Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji część 1. / Herbert Kopiec, „Śląski Kurier WNET” 49/2018

Antykatolickie, agresywne akcenty bluźniercze towarzyszą pochodom lesbijek i gejów na całym świecie. Przypominają, że tolerancji dla katolików nikt w homośrodowisku nie uważa za oczywistość.

Herbert Kopiec

Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji

Lobby gejowskie w Polsce dopiero się tworzy. Nie ma ono jeszcze takiej siły przebicia, jak na Zachodzie. Jednak to tylko sprawa czasu. Przekonuje o tym m.in. obszerny artykuł Kirka i Pilla The Overhauling of Straight America (Wyprzedzanie heteroseksualnej Ameryki), który ukazał się w 1987 r. w niszowym wówczas magazynie dla homoseksualistów „Gay Travel, Entertainment, Politics and Sex”. Autorzy zarysowali w nim program działania organizacji homoseksualistów. Jest on obecnie realizowany z wielkim powodzeniem w USA i w wielu innych krajach. Przedstawia program kampanii medialnej, która miała/ma na celu zasadniczą zmianę postrzegania homoseksualistów, a także zrównanie ich standardów moralnych z heteroseksualną większością w oczach społeczeństwa (W. Roszkowski, „Gość Niedzielny” 2017).

Promowaniem homoseksualizmu w Polsce zajmuje się głównie „Gazeta Wyborcza”.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi wynika, że przez trzy lata wzrosła w niej lawinowo liczba publikacji pozytywnie przedstawiających homoseksualizm oraz tzw. kulturę gejowską. W zestawieniu z innymi dziennikami GW jest prawdziwym promotorem homoseksualizmu i na tym polu może konkurować jedynie z portalami homoseksualnymi („Nasza Polska” 2006, „Opcja na prawo” 2009). Łatwo rozpoznać i odnaleźć w tekstach pomieszczonych w Wyborczej kluczową tezę amerykańskich gejów:

Zamącić to, co moralne

Jak się to robi? Ano: „należy mówić o gejach i lesbijkach na tyle głośno i często, na ile to tylko możliwe”. Zwykła obecność w debacie publicznej miała stworzyć wrażenie, że sprawa homoseksualistów jest ważna, bo interesuje duży odsetek społeczeństwa. Autorzy wzywali do wykorzystania dialogu w tej sprawie „w celu zamącenia obrazu tego, co moralne” oraz podważenia „autorytetu moralnego homofobicznych Kościołów przez przedstawienie ich jako zacofanego ciemnogrodu”. Działacze, którzy realizowali później przesłanie Kirka i Pilla, odnieśli w tej dziedzinie ogromne sukcesy. Notoryczne odgrzewanie debaty na temat homoseksualizmu przy okazji rozmaitych imprez, w których po stronie gejów i lesbijek stają heteroseksualni obrońcy praw człowieka, stało się faktem, całkowicie oderwanym od rzeczywistych rozmiarów zjawiska i problemów środowiska homoseksualnego. Dość powiedzieć, że Krakowskie Dni Kultury Gejowskiej i Lesbijskiej popierali nobliści: Szymborska i Miłosz.

Donald Tusk, Małgorzata Kidawa-Błońska, Michał Boni mówili o słabnącej w Polsce moralnej dezaprobacie dla homoseksualizmu jako o czymś bardzo pozytywnym („Gość Niedzielny” 2011). Równocześnie można się było dowiedzieć o udanych akcjach lobby gejowskiego w Polsce w postaci nacisków na władze uczelni, aby nie doszło do wykładów przedstawiających naukowe poglądy na kwestie homoseksualizmu („Gość Niedzielny” 2011). Dzisiejsi „postępowcy” co krok bombardują nas sloganami o tolerancji, wolności i prawach dla homoseksualistów. Wmawia się ludziom, iż małżeństwa homoseksualne w gruncie rzeczy są moralnie dobre, uzasadnione przez wolność, równość i braterstwo ludzi… Aktywista i działacz gejowski Robert Biedroń dobrze wie, że język zmienia świadomość, dlatego w jego wypowiedziach pojawia się sformułowanie „legalizacja związków homoseksualnych”. Chodzi bowiem o wywołanie wrażenia, że związki osób tej samej płci są w Polsce nielegalne, czyli ścigane z mocy prawa, jak pędzenie bimbru, jazda samochodem pod wpływem alkoholu czy rozpowszechnianie pornografii pedofilskiej.

Czy ktoś słyszał, żeby w Polsce do mieszkania dwóch pań czy panów żyjących w związku wpadła ekipa w kominiarkach i postawiła ich przed sądem? A przecież wciskanie kitu o potrzebie legalizacji powtarza za Biedroniem niemało ludzi, łącznie z niektórymi duchownymi i politykami partii konserwatywnych.

Mity rzekomej homofobii

Stowarzyszenia polskich gejów i lesbijek twierdzą, że nie chcą niczego więcej, tylko równych praw z parami heteroseksualnymi (z wyjątkiem praw do adopcji dzieci), a więc prawa do odwiedzin partnera seksualnego w szpitalu i informacji o stanie jego zdrowia, do odbioru korespondencji i wynagrodzenia za pracę, wspólnego kupna mieszkania itp. Poglądy negujące konieczność regulacji prawnych nazywają homofobią. Jednak w świetle obowiązującego w Polsce prawa nie ma dyskryminacji. Jedyna regulacja, która obecnie nie jest korzystna dla par homoseksualnych w porównaniu z małżeństwem, to unormowania podatkowe (podatek od dochodów osobistych, podatek od spadków i darowizn). Nie jest jednak wcale pewne, czy tu musi zachodzić równość. Małżeństwo ma inne cele i wydatki, zwłaszcza związane z dziećmi.

Wracając do wątku dbania „o dobry wizerunek gejów”, Kirk i Pill wzywali do przedstawiania ich w roli ofiar, nigdy zaś w roli agresywnych rywali, a także do przemilczania chwiejności ich związków. „W każdej kampanii pozyskiwania dla nas opinii publicznej homoseksualiści muszą być ukazywani jako ofiary, które potrzebują ochrony, tak aby w heteroseksualistach wywołać spontaniczny odruch wzięcia na siebie roli ich obrońców”.

Dziś społeczeństwa, zwłaszcza zachodnie, wiedzą już, że homoseksualiści podlegali i podlegają prześladowaniom, choć na ogół nie są w stanie przypomnieć sobie konkretnego przypadku takich współczesnych prześladowań.

Nieco historii z domieszką dydaktycznego sosu

Musi niepokoić dramatyczny spadek wartości macierzyństwa we współczesnych społeczeństwach. Upadek rodziny, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i krajach Beneluksu, to dramatyczny efekt owych ruchów liberalnych ostatnich 40 lat. Od lat kilkunastu atak ten przybiera także formy prawne: legalizacji aborcji, eutanazji, związków homoseksualnych. Te same kraje, które dały naszej cywilizacji tyle mądrości, chcą na mocy prawa stanowionego nazwać związki homoseksualne małżeństwem. Proponują, by ich rytuał i skutki prawne były analogiczne jak w przypadku sakramentu małżeństwa. Małżeństwo wywodzi się od słowa matrimonium, a ono ma swe źródło w słowie ‘matka’. Matka jest osobą dającą życie. To leży u podstaw pojęcia matki, a następnie małżeństwa. Tymczasem proponuje się, aby pojęcia te znaczyły całkowicie coś innego.

Istnieje sporo obserwacji, że ruch homoseksualny jest odnogą ruchu komunistycznego, a źródłem jego metod funkcjonowania są taktyki marksistowskie. Założyciele ruchu homoseksualnego (gejowskiego) byli zagorzałymi komunistami. I tak już raczej zostało. Dziś ich następcy brylują w dominujących mediach, na uniwersytetach i gdzie się tylko da, odziani w szaty lewackich liberałów. Aktywność gejów wpisuje się w cywilizacyjne samobójstwo – sporo o nim w moich felietonach – niewinnie zwane zmianą społeczną. W ruchu gejowskim nie powinna też zaskakiwać obecność dezinformacji i różnych forteli stosowanych wobec oponentów/wroga przez sowieckie państwo i jego agenturę, które opisał Vladimir Volkoff (Dezinformacja. Oręż wojny, 1991).

Prawa gejów (czyli „wesołych chłopaczków”) najpierw pojawiły się w Stanach Zjednoczonych, a później zostały przeniesione na grunt europejski za pomocą tych samych zasad walki klas. W niektórych środowiskach miejsce walki klas zajęła walka płci, mężczyzna jawi się jako nieprzyjaciel kobiety, co w konsekwencji powoduje chorą rywalizację.

Jak to określił kardynał Alfonso Lopez Tujillo, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny – prowadzi do „rozjątrzenia sprawy relacji między płciami”. Bagatelizuje się też biologiczną różnicę między kobietą i mężczyzną i tworzy wzorce kulturowe, które całkowicie ignorują ład biologiczny. Trudno się dziwić, że takie tendencje są pożywką dla ideologii, które kwestionują klasyczne rozumienie rodziny. Myślę, że w obliczu umacniania się poglądów o rzekomej równości heteroseksualizmu i homoseksualizmu, dobrze się stało, iż Kongregacja Nauki Wiary, opierając się na wykładni biblijnej o stworzeniu (Rdz 1-3), przypomniała kilka podstawowych prawd:

1. Ludzie są osobami, mężczyznami i kobietami, równymi sobie co do godności, bo jako mężczyźni i kobiety zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. 2. Różnica płciowa jest istotna, a nie przypadkowa – ma ona charakter i biologiczny, i psychologiczny, i duchowy, i ontologiczny, pociągając za sobą różne – i komplementarne – role kobiet i mężczyzn w społeczeństwie i w Kościele. 3. Różnica płciowa nie jest skierowana ku walce płci, ale ku harmonijnemu współistnieniu i współdziałaniu, które respektują różnicę między mężczyzną i kobietą. („Tygodnik Powszechny” 2004).

Mocna pozycja Kościoła katolickiego (stąd ciągłe próby podkopywania jego autorytetu), resztki rozsądku Polaków i stosunkowo ograniczony zasięg epidemii dyktatury tolerancji pozwolą, być może, powstrzymać harcowników jeszcze na przedpolu. Ale trzeba większej świadomości, że walec „postępu” się toczy.

Homoseksualiści jako uciemiężona mniejszość

Homoseksualiści przeniknęli w latach 50. do partii politycznych w Europie i USA. Wytworzyli i rozwinęli teorię, według której stanowią mniejszość kulturową, oczywiście prześladowaną przez dominującą heteroseksualną większość. Pozwoliło to np. korespondentowi włoskiego dziennika „La Repubblica” napisać („Rzeczpospolita” 2007), że w Polsce jest zatruta atmosfera, homoseksualiści są prześladowani: „Jeśli Polska chce należeć do UE, w której geje są burmistrzami Berlina, Paryża i Hamburga, musi zaakceptować zasadę tolerancji dla mniejszości. Z europejskich zasad nie można wybrać tylko niektórych wartości, jak z menu w restauracji. Fundamentalistyczna mobilizacja w Polsce przypomina rządy islamskie w Iranie, a ci , którzy ostatnio mówili, że geje są nieprzydatni biologicznie, rządzili Niemcami w latach 1933–1945”.

Przedstawienie zjawiska homoseksualizmu w kontekście rzekomej dyskryminacji było przebiegłym ruchem ze strony homoseksualistów. Wraz ze słowem ‘dyskryminacja’ pojawiło się natychmiast słowo ‘homofobia’. Dowodem jest rezolucja Parlamentu Europejskiego potępiająca obok Belgii, Francji i Niemiec m.in. Polskę jako kraj, w którym nastąpił wzrost nietolerancji powodowanej rasizmem, antysemityzmem i homofobią. Nietolerancję, zdaniem parlamentarzystów z UE, wywołuje w Polsce Radio Maryja, którego nikt z nich nigdy nie słyszał. Grunt pod taką opinię przygotowały polskie media i przedruki z tych mediów w krajach Unii Europejskiej („Nasza Polska” 2006).

Niewątpliwym sukcesem taktyki marksistowskiej zastosowanej przez homoseksualistów jest fakt, iż w 1973 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne orzekło, że homoseksualizm przestaje być dewiacją. Od tamtej pory przeszliśmy długą drogę, w wyniku której fundamenty kształtujące filary naszej kultury poważnie uszkodzono. Do tego stopnia, że środowisko homoseksualne, wspierane przez „postępowców”, nawołuje dziś do uwzględniania w programach szkolnych zajęć propagujących homoseksualizm oraz piętnujących „homofobię”, zarazem otwarcie protestując przeciwko popieraniu powszechnie akceptowanej normy, czyli heteroseksualnego modelu egzystencji („Opcja na prawo” 2009).

Homofobia jako choroba?

Czym jest owa homofobia, którą postępowcy wymachują jak cepem?

Ma to być groźna choroba, jeśli nie zboczenie, które trzeba zwalczać. Kto biernie, bo moralnie, wyraża swoją dezaprobatę wobec homoseksualizmu; kto negatywnie ocenia nachalne, publiczne demonstrowanie seksualnych upodobań; kto nie uznaje traktowania homoseksualistów jako odrębnej, szczególnej grupy społecznej, ten jest po prostu chory.

Zatem żart z czyichś odmiennych skłonności seksualnych zostaje uznany nie za chamstwo, lecz groźny symptom zamachu na demokrację. Jednocześnie drwiny z papieża (czy to w wykonaniu ministra Siwca, czy posłanki Senyszyn) traktowane są jako sztubackie wybryki, choć przecież urażają uczucia większości społeczeństwa deklarującego się jako katolicy.

W ogóle katolicyzm okazuje się złem samym w sobie i zagrożeniem dla nowoczesnego porządku. Jak wyraził się lewicowy eurodeputowany Daniel Cohn-Bendit w wywiadzie dla „Dziennika” (10 lipca 2006), „bez sekularyzacji demokracja nie funkcjonuje prawidłowo. We współczesnym społeczeństwie nie ma miejsca na monolityczną instytucję, która chce kontrolować moralność społeczeństwa”. Prawdziwym zagrożeniem dla Polski okazuje się więc nie bezprawie, korupcja czy oligarchizacja gospodarki, lecz katolicyzm i nietolerancja. Celem staje się zbudowanie nie państwa demokratycznego, lecz tolerancji. Trzeba wyjątkowej ślepoty, aby nie zauważyć, iż lobby homoseksualne manipulują podstawowymi pojęciami stanowiącymi fundament porządku społecznego, usiłując doprowadzić do zrównania w świadomości społeczeństwa istoty związku heteroseksualnego i homoseksualnego. Różnica między nimi byłaby nieistotna, dotyczyłaby tylko innego źródła „atrakcji” seksualnej.

Po Lizbonie nowy artykuł 10 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej mówi, że „Unia dąży do zwalczania wszelkiej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną”. Na tej podstawie homoseksualiści domagają się zrównania wobec prawa ich związków z małżeństwami, traktując „prawo do małżeństwa” jako zwykłe prawo nadawane przez państwo, na przykład – jak prawo do głosowania, które nie od razu było wszystkim przyznane. Jednak w istocie homoseksualiści nie są w stanie stworzyć rodziny, jak dowiodła już tego historia Norwegii, Szwecji i Danii. Dlatego rodzina i związek małżeński jako jej fundament cieszyć się powinny opieką ze strony państwa i szczególnymi uprawnieniami, czyli przywilejami. Małżonkowie biorą na siebie zobowiązanie wychowania nowych obywateli i żadna instytucja nie jest w stanie ich w tym zastąpić.

Lansowana w mediach homofobia stała się już na tyle poważnym zarzutem, że tego rodzaju infamia przypomina gromkie oskarżenia o antysemityzm czy rasizm.

Antykatolickie, agresywne akcenty bluźniercze towarzyszą pochodom lesbijek i gejów na całym świecie. Przypominają, że tolerancji dla katolików nikt w homośrodowisku nie uważa za oczywistość. „Postęp”, wspomagany przez poprawne politycznie media, toczy się przez Unię Europejską niczym walec i zmierza do Polski. W imię tegoż postępu homoseksualiści domagają się, by na ich żądanie zmieniano prawa i porządek społeczny, definicję małżeństwa i rodziny. Uważają, że formuła prawna ustanawia rzeczywistość. Chcą, aby taką formułę uchwaliło państwo na ich życzenie. Udało im się przecież zmusić amerykańskich psychiatrów, aby orzekli (przez głosowanie!), że homoseksualizm to coś normalnego. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rzeczywistość/natura/byt jest zawsze sobą i nie można jej zmienić.

Osobliwa definicja homofobii, przyjęta przez Parlament Europejski, kwalifikuje tak każdy objaw zwykłej niechęci wobec homoseksualizmu. Sprawia, iż wszyscy krytycy tego zjawiska stają się potencjalnym źródłem przemocy i jako tacy są rzekomo niebezpieczni dla równości. Można powiedzieć, że teoretycznym zapleczem tego pojęcia są praktyki magiczne przypominające te uprawiane przez ludy prymitywne i polegające np. na „złym spojrzeniu”. Zmusza to ludzi, zwłaszcza polityków, do mówienia tego, czego się od nich w imię poprawności politycznej oczekuje, nie zaś tego, co myślą. Przytoczmy spostrzeżenie w tej kwestii prof. W. Roszkowskiego, historyka i byłego eurodeputowanego:

„W Parlamencie Europejskim, gdy ktoś powie, że małżeństwo to jest związek kobiety i mężczyzny, to połowa sali zawyje, jedna czwarta uzna, że ma rację, ale nie należy tak ostro stawiać sprawy, a jedna czwarta skomentuje: powiedział, ale pewnie bezskutecznie” („Rzeczpospolita” 2009). Walec postępu robi swoje.

Jeszcze niedawno było we mnie więcej optymizmu. Napisałem, że Polska, mimo zachodzących w świecie obyczajowych zmian, jest krajem, w którym napotykając dwóch mężczyzn z wózkiem, wciąż można być pewnym, że to tylko złomiarze. Zapomniałem, że wybory parlamentarne w październiku 2011 r. pewność tę powinny podważyć. Przecież wówczas aktywista gejowski R. Biedroń otrzymał poselski mandat, a następnie został prezydentem Słupska.

Kończąc, skonstatujmy, póki jeszcze można: homoseksualizm nie jest i nie może być normą społeczną. Nie da się twierdzić – bez popadnięcia w niedorzeczną ideologię powszechnego egalitaryzmu – że relacje heteroseksualne i homoseksualne są równe. Te ostatnie, co oczywiste, uniemożliwiają przetrwanie gatunku, nie mają oparcia w naturze; były zawsze w historii traktowane jako, w najlepszym razie, ekstrawagancja. Nigdy nie spełniały, bo spełniać nie mogły, podstawowych funkcji socjalizacyjnych. Kto mówi więc o tak rozumianej równości, obraża zdrowy rozsądek, a przy okazji podstawowe intuicje moralne („Nowe Państwo” nr 1/2006).

Nie inaczej rzeczy się mają w przypadku rzekomej dyskryminacji. Kościół w oficjalnym stanowisku Watykanu przekonująco wyjaśnia i przypomina, że nie może być mowy o dyskryminacji tam, gdzie nie ma prawa. Domagając się dla siebie odrębnych praw, w imię tolerancji i wolności, homoseksualiści żądają w istocie protekcji państwa dla mechanizmów samobójczych. Dyskryminacja jest odmawianiem słusznych praw, niezgodnie z duchem sprawiedliwości. W przypadku homoseksualistów nie mają oni prawa ustanawiać swojego występku jako instytucji publicznej. Niestety, przywołana argumentacja zdaje się nie mieć wpływu na opinię publiczną Europejczyków.

Dominuje przekonanie, jakoby w Polsce mniejszości seksualne były prześladowane i formuje się paneuropejski ruch obrony polskich gejów i lesbijek. Szczególnie chętnie w ten ruch „wyzwalania” rzekomo uciemiężonych nad Wisłą gejów angażuje się niemiecka lewica. Niewykluczone, że już niedługo jakiś wrażliwy, lewicowy pisarz niemiecki napisze „Chatę wuja Biedronia”.

PS

Wiadomość z ostatniej chwili: Krajowa Rada Sądownictwa negatywnie zaopiniowała projekt ustawy o związkach partnerskich. Członkowie Rady jednogłośnie stwierdzili, że proponowane rozwiązania mogą naruszać konstytucję i są niezgodne z wartościami kultury chrześcijańskiej zakorzenionej w Polsce. Istotnie, Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że Pismo Święte przedstawia czyny homoseksualne jako poważną deprawację. Jednocześnie KKK zaleca unikanie „każdego przejawu niesprawiedliwej dyskryminacji”. Nic dodać, nic ująć. I tak trzymać!

Artykuł Herberta Kopca pt. „Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji” znajduje się na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji” na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Kim naprawdę był Gall Anonim? Rozmowa z prof. Jasińskim z Kórnickiej Biblioteki

prof. Tomasz Jasiński opowiedział o historii Biblioteki Kórnickiej- jednej z najstarszych polskich bibliotek, oraz o wielu historycznych ciekawostkach, m.in. o najsłynniejszym polskim kronikarzu

Zapraszam do wysłuchania całej rozmowy.

Kwadrans z „Tatą”. Moralitet bez moralizatorstwa. Znany aktor serialowy w udanej roli scenarzysty i reżysera

Skondensowane treści filmu pozostawiają wrażenie fabuły trwającej dłużej niż czas projekcji. To jeden z najważniejszych wyróżników dobrego kina: nie wiadomo kiedy czas przeleciał jak z bicza strzelił.

Zygmunt Korus

Jest to obraz o niemym krzyku chłopca, który odbija się echem po latach, gdy życie prawie zatacza już koło. To mamy po piętnastominutowym seansie usłyszeć i tego doświadczyć. Czyli przeżyć. Trudne zadanie dla reżysera… Ale fabuła Taty ma tak precyzyjnie nanizane epizody i symbolicznie dobrane (celnie skojarzone) rekwizyty, poparte dobrą grą aktorską, że jest o czym dyskutować i pisać.

Refleksja o filmie z przedpremierowego pokazu ogranicza recenzję praktycznie do zajawki: nie wolno spalić fabuły – to oczywiste. Powiem jednak od razu – kwadrans krótkiego metrażu zaprezentowany widzom przez reżysera Kacpra Anuszewskiego absolutnie się nie wlecze (to zasługa montażu Tomasza Wolszczaka, operatora) – sprawia za to wrażenie kina gotowego do dłuższego oddechu, rozbudowanej narracji, ponieważ skondensowane treści filmu pozostawiają w umyśle odbiorcy wrażenie fabuły trwającej dłużej niż czas realny projekcji. A jest to jeden z najważniejszych wyróżników dobrego kina: nie wiadomo jak to się stało, że czas przeleciał jak z bicza strzelił, a myśmy się bardzo mocno (często na trwałe) zżyli z bohaterami filmu. To jest ta największa tajemnica magii ekranu – owego psychologicznego oddziaływania na widza.

Kacper Anuszewski (rocznik 1982) kreuje filmy w pełni autorskie, gdyż jako reżyser jest dopiero na starcie – na tzw. dorobku. Stworzył prywatnie dotychczas takie tytuły – z gatunku dramatu psychologicznego – jak Myszy i szczury (poruszający problem pedofilii – 2016 r.) oraz Kurs (quasi-thriller stawiający kwestię sensu zemsty – 2017 r.), które zyskały sobie uznanie na ponad 50 międzynarodowych festiwalach filmowych, m.in. w USA (np. na Polish Short Film Festival w Las Vegas, zdobywając 3 statuetki, w tym za reżyserię) oraz Kanadzie (np. Polish Film Festiwal w Toronto, stając na podium obok takich głośnych dzieł jak Powidoki i Twój Vincent). (…)

Reżyser w prostej fabule Taty stawia trudne pytania o rodzinę, jej podważany status, konsekwencje rozpadu komórki-stadła, o skutki wymuszonej alienacji najbliższych, o okaleczenie duchowości, często niezawinione, bo będące następstwem nieszczęśliwego dzieciństwa. (…) Czy potrafimy coś w tym już przecież zepsutym zegarku – „trybienia” życia rodzinnego i ładu społecznego – naprawić? Autor daje nadzieję…

Cały artykuł Zygmunta Korusa pt. „Kwadrans z Tatą” można przeczytać na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zygmunta Korusa pt. „Kwadrans z Tatą” na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Elita „z krwi” zawsze u steru. Bezpośrednie przedłużenie III Rzeszy, wraz z jej zamiarami ludobójstwa i eugeniki

Ta klika zawsze planowała niszczenie poczucia jedności Bliskiego Wschodu i zastępowanie go formą dyktatury wojskowej, sponsorowanej i kierowanej przez zwolenników totalitarnego Nowego Porządku Świata.

Julian Rose

Izraelskie zbrodnie przeciwko ludzkości. Podział w sercu konfliktu izraelsko-palestyńskiego

Od dekad Palestyńczycy żyją na skraju zagłady. Ich ziemia była stopniowo zagarniana, aż pozostał zaledwie maleńki skrawek. Jest to historia, która nie przeminie tak po prostu, nawet dla tych, którzy znajdują się tysiące kilometrów dalej i próbują odwrócić oczy i uszy od wstydu, który spada na okrutnego ciemięzcę tego obecnie maleńkiego kawałka ziemi i znużonego ciągłą walką ludu.

W 1975 roku pracowałem w kibucu zwanym Rosh Hanikra w północnym Izraelu. Główny dochód przynosiła mu intensywna produkcja awokado. Żyło tam około czterystu ludzi. Eksperyment społeczny znany pod nazwą kibuców rozwinął się po drugiej wojnie światowej, kiedy tysiące Żydów z Europy, którzy ocaleli z pogromu Hitlera, przeniosły się do Izraela, aby tam odnaleźć swój nowy dom.

Kibuce rozwinęły się jako osady ziemskie, często zakładane na mało żyznych glebach, które stopniowo czyniono żyznymi. W kibucu Rosh Hanikra wszyscy jedliśmy wspólne posiłki w dużej jadalni i spaliśmy w małych domkach rozsianych pośrodku gospodarstwa. Nikt nie był właścicielem ziemi czy domów. Kibuc stanowił komunę, a ci, którzy byli częścią społeczności najdłużej, nabywali pewne przywileje.

Tak to funkcjonowało, a ja byłem wolontariuszem przez krótki okres. Moim celem było poznanie alternatywnych modeli osadnictwa ziemskiego pod kątem przyszłych działań w majątku ziemskim w Wielkiej Brytanii, który odziedziczyłem po śmierci mojego ojca kilka lat wcześniej.

Pewnego dnia opuściłem kibuc, aby odwiedzić mądrego starca w Tel Awiwie. W trakcie rozmowy na temat osadnictwa ziemskiego powiedział mi coś bardzo interesującego. Powiedział, że słowo „Izrael” w języku hebrajskim oznacza „pracować z Bogiem” i że to zostało zatajone przez ekstremistycznych, prawicowych syjonistów, którzy nalegają na to, że Izrael to nazwa kraju, który był Palestyną do 1918 roku, czyli do Deklaracji Balfoura, tworzącej „dwa państwa”, które – na papierze – pozostają rzeczywistością do dzisiaj.

Pomyślałem więc, że być może Izrael nigdy nie miał być „miejscem”, a raczej stylem życia – zaangażowaniem w „pracę z Bogiem”. Jeśli tak, co oznaczało to w świetle twierdzenia, że ten region geograficzny na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego jest „domem” żydowskich plemion?

Wyjaśnienia mądrego starca utkwiły mi w pamięci. Pokazywały całkowicie nowe rozumienie i być może również rozwiązanie pozornie nierozwiązywalnego kryzysu palestyńsko-izraelskiego. Jeśli córki i synowie narodu izraelskiego w samej definicji pomylili „materialne miejsce” z „misją duchową”, pomyłka ta może być bardzo znacząca. A gdyby się do niej przyznano, mogłaby zmienić bieg historii.

Trzy tygodnie temu przeczytałem nagłówek autorstwa dziennikarza Roberta Fiska, korespondenta zagranicznego „The Independent”: „Jak długo po masakrze w strefie Gazy będziemy udawać, że Palestyńczycy nie są ludźmi?”.

Fisk, należący do nielicznych w dzisiejszych czasach dziennikarzy, którzy przekazują prawdę, eksponuje horror masakry dokonanej na Palestyńczykach, którzy podeszli zbyt blisko zabezpieczeń na granicy pomiędzy Izraelem a strefą Gazy. Sześćdziesiąt mężczyzn i kobiet, i jedno dziecko zastrzeleni jednego tylko dnia. Dwa tysiące czterystu rannych. Żaden Izraelczyk nie ucierpiał. Palestyńska młodzież rzucała kamienie i puszczała płonące latawce przeciwko ostrej amunicji. Każda runda miała zabijać.

W czasie, gdy ta masakra rozgrywała się na granicy strefy Gazy, Jared Kushnev, zięć Donalda Trumpa, otwierał nową ambasadę amerykańską w Jerozolimie, otoczony przez świtę syjonistycznych propagandzistów. Głosicieli poglądu, że wydarzenie to było znakiem i zapowiedzią wielkiej apokalipsy i nadejścia Mesjasza. Czasu, kiedy Żydzi powrócą do swojego „domu”, a tych, którzy nie nawrócą się na syjonizm, czekać będą piekielne płomienie.

Ci, którzy zgromadzili się wewnątrz nowej ambasady USA w Jerozolimie, wierzą, że warto przelać każdą ilość krwi, aby Jerozolima została uznana za żydowską stolicę Izraela, a palestyńskie żądania tego samego w odniesieniu do ich państwa zostały całkowicie odrzucone.

„To wielki dzień dla pokoju” – powiedział Benjamin Netanjahu w czasie, gdy nieuzbrojeni Palestyńczycy byli zabijani przez wojsko izraelskie na granicy ze strefą Gazy. Donald Trump bez wątpienia podzielał ten pogląd, gdyż jak powszechnie wiadomo, wchodzi w buty Netanjahu w każdej sytuacji.

Mija już siedemdziesiąt lat, odkąd Palestyńczycy protestują przeciwko pozbawianiu ich własności przez tych, którzy nie przestrzegają ustaleń odnośnie do podziału ziemi z Deklaracji Balfoura, będącej kompromisowym aktem prawnym. Wielu Palestyńczyków uciekło przez granicę do Libanu w trakcie brutalnych pogromów, które miały miejsce w okresie przesiedleń po drugiej wojnie światowej. Inni dołączyli do Hamasu, który powstał, aby próbować chronić społeczności wiejskie przez niekończącym się rozgrabianiem ziemi przez izraelskich konserwatystów.

Pamiętam, jak w 1975 roku nad kibucem Rosh Hanikra przeleciał pocisk od strony granicy z Libanem. Nikt nie zwrócił na to większej uwagi, ponieważ wiedziano, że za jakiekolwiek szkody po stronie izraelskiej i tak odpłacano pięciokrotnie. Od samego początku to była jednostronna walka. Nic dziwnego, skoro, jak wiemy, senat USA zatwierdza poważne sumy, by wspierać działania militarne fanatyków „jednego Izraela”.

Po zakończeniu pracy w kibucu pojechałem do Jerozolimy, a następnie do Jordanii. Pamiętam, że z podróży tej wyniosłem odmienne wrażenia odnośnie do tych dwóch kultur. Izraelczycy, składający się głównie z przesiedlonych Europejczyków i Amerykanów, uosabiali cechy zachodnie i byli intelektualistami. Arabowie z Jordanii, rdzenni mieszkańcy Bliskiego Wschodu, byli otwarci, ciepli i naturalnie usposobieni do wyrażania emocji.

Miałem wrażenie, że obie kultury stanowią dwie części jednej całości. Obie przejawiają cechy, które zestawione razem, mogłyby uzupełniać się i stworzyć pozytywną równowagę. Myślę, że takie pozytywne rozwiązanie byłoby możliwe, gdyby konserwatywna frakcja syjonistów nie zdobyła dominującej pozycji kontroli w polityce izraelskiej od początków historii kraju.

Jesteśmy zmuszeni poczynić obserwację, że dynastie Rothschildów, Rockefellerów, Sorosów, z ich silnymi powiązaniami z Projektem dla Nowego Amerykańskiego Wieku, z Komisją Trójstronną i grupą Bilderberg utrzymują nieprzerwany wpływ na rozwój polityki Izraela. Wprowadzają z powodzeniem starą technikę opartą na zasadzie „dzielić i zwyciężać”, upewniając się, że wąska wizja konserwatystów jest niezmiennie reprezentowana na czołowych fotelach władzy.

To zapala cały Bliski Wschód, ponieważ ta klika zawsze miała w planie niszczenie poczucia jedności tego regionu i zastępowanie go jakąś formą dyktatury wojskowej, sponsorowanej i kierowanej przez zwolenników totalitarnego Nowego Porządku Świata, w którym „elita z krwi” pozostaje zawsze u steru. Jest to bezpośrednie przedłużenie III Rzeszy, wraz z jej głoszonymi otwarcie zamiarami ludobójstwa i eugeniki.

Położenie Izraela zapewnia mu ważny geopolityczny wpływ na międzynarodowe szlaki handlowe korzystające z Kanału Sueskiego, jak również sąsiadujących krajów posiadających bogactwa naturalne, a zwłaszcza ropę naftową. Utrzymywanie tego państwa jako przyczółka dla tych celów oraz powiązanych z nimi zachodnich interesów hegemonicznych odgrywa znaczącą rolę w wyborze przywódców izraelskich i tego, skąd pochodzi wsparcie finansowe dla tych przywódców.

Podczas gdy kryzys na Bliskim Wschodzie jest podkręcany przez takich niereformowalnych despotów, ludzie się budzą i zaczynają dostrzegać oszustwo. Dlatego właśnie próbuje się ukrócić jakąkolwiek krytykę sprawy syjonistów. Nagle stało się to tematem podchodzącym pod działania zbrojne, w związku z którym należy ukrócić nawet fundamentalne prawo do wolności słowa.

Widzieliśmy już brutalny atak na brytyjską Partię Pracy i jej przywódcę, Jeremiego Corbyna, który rzekomo żywił antysemickie sympatie. W rzeczywistości jednak dużo bardziej prawdopodobne jest to, że pewne jednostki głosiły po prostu te same prawdy, które ja próbuję przekazać w tym artykule. Inspiratorem tego ataku było Brytyjskie Stowarzyszenie Żydów i Przyjaciół Izraela.

Najbardziej zadziwiającym aspektem tego był list wysłany do Corbyna, pod którym podpisali się przywódcy tych organizacji, domagający się tego, aby podjął działania mające na celu usunięcie z partii rzekomo antysemickich wichrzycieli. Poinformowano Corbyna, że ma dostarczyć dowód na to, że w ciągu miesiąca podjął działania w związku z rzeczonym żądaniem i dopiero po zweryfikowaniu dowodów zapadnie decyzja o tym, czy umieścić partię na czarnej liście, czy nie.

Widzimy tutaj te same symptomy autorytarnego despotyzmu, jakie stoją za próbami zduszenia przez Netanjahu sprawy palestyńskiej i oporu, który Palestyńczycy tak dzielnie stawiają. Poza absurdalnym wyzwaniem dla brytyjskiej Partii Pracy, podżegacze wyrażają przekonanie o swej wyższości moralnej, która daje im prawo do tego, by dyktować warunki.

Celowa, prowokacyjna decyzja Donalda Trumpa o przeniesieniu ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy jest działaniem mającym na celu scementowanie ciągłego, prawicowego poparcia dla rządu Netanjahu i jego polityki wykorzeniania wszelkiej opozycji opowiadającej się przeciwko „jednemu państwu” izraelskiemu. Znaleźliśmy się więc w punkcie zapalnym konfliktu, który wciąga kraje sąsiadujące w ten kocioł.

Masakra w strefie Gazy popchnęła Narody Zjednoczone do międzynarodowego dochodzenia w sprawie przestępstw wojennych popełnionych przez oddziały izraelskie. Jedynymi krajami, które głosowały przeciwko temu, były Stany Zjednoczone i Australia.

Tyle tylko, że takie dochodzenia nigdy nie przynoszą definitywnych rozwiązań, ponieważ Narody Zjednoczone mają silne powiązania z globalnymi brokerami władzy i są raczej „przykrywką” służącą do tego, by czasowo zażegnywać konflikty, a nie autentycznym arbitrem sprawiedliwości.

Wyjechałem z kibucu Rosh Hanikra latem 1975 roku. Powróciłem do Anglii, aby wziąć udział w ważnej konferencji poświęconej ekologicznym metodom uprawy. Konferencję prowadziło stowarzyszenie Soil Association, na czele którego stała Eve Balfour – wnuczka lorda Arthura Balfoura, który stworzył deklarację, która w 1918 roku podzieliła Palestynę na dwie części. Mimo iż system dwóch państw przetrwał do dzisiaj, ustalenia naruszano ciągle poprzez ustanawianie izraelskich kolonii na ziemiach zabieranych Arabom, którzy posiadali je na własność i żyli na nich od pokoleń. Wydaje się, że ten rzekomo nierozwiązywalny konflikt opiera się wszelkim pozytywnym i pokojowym rozstrzygnięciom. Jednak takie sytuacje wymagają kreatywnych rozwiązań – i nawet jeśli trzeba kopać głęboko, żeby je znaleźć, należy podjąć wysiłek.

Czy może być tak, że słowa mądrego starca, którego spotkałem w Tel Awiwie w 1975 roku, są kluczem do poznania prawdy? Być może miał rację, a Izrael nie jest wcale miejscem geograficznym, ale dążeniem – starożytnym zaangażowaniem w „pracę z Bogiem”.

A jeśli ten Bóg jest tym samym bóstwem, które stworzyło olśniewający Wszechświat, Izrael jest rzeczywiście nazwą, którą mądrzy ludzie powinni czcić i respektować. Nazwą, która mogłaby być zwiastunem pokoju i pojednania zamiast wojny i podziału. Jest to głębokie przesłanie nie tylko dla Bliskiego Wschodu, ale dla mieszkańców całej Ziemi.

Pomedytujmy nad tym. Utrzymajmy te wnioski w naszych sercach i umysłach i tym samym odegrajmy naszą rolę w rozwiązaniu tego tragicznego konfliktu.

Julian Rose jest wczesnym pionierem rolnictwa ekologicznego, międzynarodowym aktywistą, pisarzem i przedsiębiorcą społecznym, prezesem Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi. Pod adresem www.renesans21.pl. można znaleźć więcej informacji o nim i zamówić jego książki: Zmieniając kurs na życie oraz W obronie życia.

Artykuł Juliana Rose’a pt. „Izraelskie zbrodnie przeciwko ludzkości. Podział w sercu konfliktu izraelsko-palestyńskiego” można przeczytać na s. 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Juliana Rose’a pt. „Izraelskie zbrodnie przeciwko ludzkości. Podział w sercu konfliktu izraelsko-palestyńskiego” na s. 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

 

Organizacja queerowa uczyła w Poznaniu pokątnych metod aborcji / Marcel Skierski, „Wielkopolski Kurier WNET” 49/2018

Gyne Punk w swym manifeście zwraca uwagę na opresyjny charakter publicznej opieki zdrowotnej: „pozyskujemy własną krew, będącą wściekłą wulkaniczną rzeką naszego gniewu uderzającą w drzwi parlamentu”.

Marcel Skierski

Jak skutecznie zorganizować „warsztaty z aborcji”. Wypowiedź obserwatora świata sztuki

W czerwcu przez media przetoczyła się informacja o warsztatach z hiszpańskim kolektywem queerowym Gyne Punk, odbywających się w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu. W niniejszym artykule staram się przybliżyć konteksty związane z tą grupą i ich działalnością w Galerii Miejskiej, ponieważ jej przedstawiciele niechętnie ujawniają szczegóły dotyczące przebiegu, okoliczności i celu warsztatów. Zrozumienie istoty wydarzenia można osiągnąć jedynie na drodze metodycznej rekonstrukcji faktów, które w tym przypadku przedstawiają niekorzystny obraz działalności kolektywu oraz znaczenia ich przyjazdu do Poznania.

Wyrażam nadzieję, że wydarzenie w Galerii odniesie chociaż jeden pozytywny skutek, skutecznie prowokując wszystkich zainteresowanych do włączenia się do dyskusji na temat granic wolności w sztuce współczesnej. Dyskusja taka jest możliwa tylko wtedy, gdy przyjmiemy rozumienie swobody wypowiedzi opartej na racjonalnych argumentach, nie wynikające z ideologicznych przesłanek narzucanych przez jedną ze stron.

***

Nierzadko krytyk sztuki zmuszony jest skapitulować wobec mnogości wymykających się racjonalnemu osądowi działań artystów współczesnych. Do znacznej ilości performance’ów, dzieł konceptualnych czy spontanicznych gestów w przestrzeni publicznej nie można przykładać miary tradycyjnej sztuki, rządzącej się zasadami piękna, dobra, mimetyzmu – mniej lub bardziej określonych wartości, uznanych za anachronizm przez rzeczników współczesnej kultury postępu. Na szczęście dla krytyków, przez wieki filozofowie zapełnili setki bibliotek opasłymi tomami rozpraw, pełnych ogólnych pojęć. Sofistyczna żonglerka zapożyczonymi terminami pozwala nasycić pozorem treści wiele tekstów poświęconych sztuce, nawet jeżeli same „dzieła” tchną martwą pustką lub, co najwyżej, szybko dezawuującym się publicystycznym znaczeniem.

W znacznie gorszej sytuacji znajdują się „nieprofesjonalni” odbiorcy sztuki, dla których obcowanie z dziełami nie stanowi źródła zarobku lub poszerzania naukowych zainteresowań. Tacy widzowie, w obliczu bariery niezrozumienia znaczniej części zjawisk sztuki współczesnej, muszą polegać na opinii różnorakich ekspertów, których kompetencji nie są w stanie zweryfikować.

W czerwcu przez media przetoczyła się informacja o warsztatach z hiszpańskim kolektywem queerowym Gyne Punk, odbywających się w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu.

Media ogólnopolskie zdominowały dwie przeciwstawne narracje – spotkania w Galerii okrzyknięto „warsztatami z aborcji”, przy zdecydowanym sprzeciwie organizatorów, którzy w oświadczeniu napisali, że „członkinie grupy [Gyne Punk – przyp. autora] podzieliły się wiedzą historyczną odnośnie do rozwoju dziedziny ginekologii i zaprezentowały m.in. używane dawniej narzędzia”, oraz, co najważniejsze, że „prezentacja i warsztaty mają charakter artystyczny i wyrażają osobiste przekonania autorek”.

Witkacy pisał, że „rzeczą krytyka jest uzasadnienie swego subiektywnego wrażenia z jakiegoś stałego punktu widzenia”. W mojej opinii prezentacja i warsztaty nie miały charakteru artystycznego, co motywuję z jednej strony brakiem jakiejkolwiek transcendentnej wartości i znaczenia, jakie można by przypisać formie tego konkretnego wydarzenia, a z drugiej strony – opartemu na własnym światopoglądzie rozpoznaniu szkodliwego przesłania, jakie niosła treść przedstawiana przez Gyne Punk.

Sądzę, że trudno dyskutować z wartością warsztatów, nie wpadając w koleiny absurdu lub pustych terminów poprawności politycznej. Niniejszy tekst stanowi próbę odwrócenia uwagi od jałowych sporów światopoglądowych dwóch nieprzystających do siebie stanowisk. Wobec jasno wyrażonej opinii dotyczącej warsztatów w Galerii, za istotne uważam przyjrzenie się sytuacji, w której kompetencje ludzi kultury i badaczy sztuki zużywane są na tłumaczenie oczywistości, dostępnych na wyciągnięcie ręki przy wykorzystaniu tak często pogardzanego dzisiaj zdrowego rozsądku.

***

Posługując się łamaną angielszczyzną prowadząca mówi: – „…To narzędzie jest używane by – właśnie w taki sposób – wewnątrz macicy… takimi narzędziami przeprowadza się aborcję, jak moją. Moja aborcja była przeprowadzona takim narzędziem…”.

Kobieta trzyma w dłoni podłużny metalowy przedmiot, którym wykonuje zdecydowane, okrężne ruchy. Tekst promujący warsztaty głosi: „Eksperymentalne laboratorium ginekologiczne posługujące się zdegenerowanymi, prostatycznymi technikami pozwalającymi na krytyczne samopoznanie”. W manifeście grupy czytamy: „Pragnę […] własnoręcznych narzędzi aborcyjnych, gangów akuszerek, brokatowych aborcji, rozlanych łożysk w każdym kącie […]”. Po udostępnieniu opinii publicznej przez dziennikarzy informacji o wydarzeniu, organizatorzy zdecydowanie protestują przeciwko określeniu „warsztaty z aborcji”. Wicedyrektor Galerii i kuratorka wydarzenia Zofia nierodzińska (nazwisko z małej litery zgodnie z wolą kuratorki) mówi: „Trzeba być szaleńcem, żeby uznawać, że narzędzie z XIX wieku może być uznane za sprzęt do wykonania domowej aborcji. Nikt do czegoś takiego nie namawiał, wręcz przestrzegał, że w krajach, w których aborcja jest nielegalna, tak jak Chile, Polska […] te narzędzia w dalszym ciągu są stosowane i jest to bardzo niebezpieczne” – kontynuuje kuratorka.

Ostrze oskarżenia zostaje przekierowane na „opresyjne” zapisy polskiego prawa, umożliwiającego dokonanie aborcji w trzech przypadkach – zagrożenia życia kobiety, podejrzenia wad wrodzonych u dziecka lub poczęcia w wyniku gwałtu. Organizatorzy przekonują, że występują na rzecz dobra kobiet i ich wyzwolenia z dyskryminującego systemu.

Krytycy warsztatów zostają oskarżeni o przekłamanie rzeczywistości i sprowadzanie wydarzenia do skandalu. Potencjalnie bulwersujące treści dyrektor Galerii i jego zastępczyni tłumaczą odniesieniem do praktyk ugruntowanych w historii sztuki (okazuje się, że wydarzenie nie jest zwykłym warsztatem, lecz nosi znamiona wypowiedzi artystycznej) – między innymi do działalności akcjonistów wiedeńskich. Stanowią zatem prowokację, wpisaną w sposób oddziaływania sztuki współczesnej.

***

Odbiorca, który dowiaduje się, że w placówce artystycznej miało miejsce wydarzenie wykraczające poza tradycyjnie pojmowaną sztukę, może sprawdzić informacje u źródła. Napotyka jednak barierę często stosowaną przez współczesnych artystów i kuratorów – tekst promujący wydarzenie. W przypadku warsztatów napotykamy zdania:

„Gyne Punk zaprasza do ekstremalnego poznania własnego ciała, odzyskania jego obszarów poprzez dekolonizację anatomii przyjemności, do tworzenia narzędzi i zawłaszczania technologii laboratoryjnych, zarówno na poziomie technologicznym, jak i interpretacyjnym. Wszystko to ma na celu przełamywanie tabu technologią biolab DIY, nauką DIT i hakowaniem medycyny odwróconą inżynierią. Pomysł polega na umożliwieniu kolektywnej, samozwańczej i dysydenckiej współpracy skoncentrowanej wokół ciała, wzmacnianiu oddolnej polityki seksualnej emancypacji poprzez ponowne zbadanie techniczno-naukowych tez na temat zdrowia/choroby, uzdrowienia/zaleczenia zakorzenionego w ciele, w którym mieszkamy”.

Odbiorca zatapia się w bełkocie zamieszczonym na oficjalnym portalu uznanej instytucji kultury, a jego tonący umysł chwyta się jednej z dwóch brzytw: „brakuje mi kompetencji, żeby zrozumieć hermetyczny język sztuki współczesnej” lub „nie będę więcej tego czytał, nie interesują mnie te współczesne głupoty”. Przez nieodpowiedzialne posługiwanie się językiem, który zostaje nasycony pseudonaukowym żargonem, dla zdrowo myślącego człowieka zamykają się podwoje najnowszej sztuki, za którymi (pomimo usilnych starań realizatorów postmarksistowskich ideologii) wciąż jeszcze czeka na nas wiele wartościowych i rozbudzających wrażliwość dzieł.

***

Gyne Punk w swoim manifeście zwraca uwagę na opresyjny charakter publicznej opieki zdrowotnej: „Instytucje medyczne stosują do diagnostyki zakazane i przerażające technologie, patriarchalny konserwatyzm i mroczne metody diagnostyczne…”. Kolektyw nie zakłada jednak dialogu ani racjonalnych prób przezwyciężenia problemu. Tekst ma jednoznacznie anarchistyczne przesłanie – „pozyskujemy własną krew, będącą wściekłą wulkaniczną rzeką naszego gniewu uderzającą w drzwi parlamentu”, która prowadzić ma do „nieskończonego pandemonium”. Żarty się kończą, kiedy „patriarchalny konserwatyzm i mroczne metody diagnostyczne” skłaniają naszych zdesperowanych „wyzwolicieli” do użycia tak zdecydowanych metod.

***

Poza odrzuceniem oficjalnej pomocy medycznej, kolektyw przedstawia również szereg źródeł wiedzy i umiejętności służących rozwijaniu swojego emancypacyjnego pomysłu. Jedną z nich jest „naukowa metodologia”, która ma zostać „wydarta” systemowi i wykorzystana we własny, spontaniczny sposób – poprzez konstruowanie narzędzi diagnostycznych, leczenie i manipulowanie ciałem. Równocześnie na łamach manifestu odnajdujemy odniesienia do „rytuałów voodoo”, „mądrości przodków”, a także szamańskich praktyk południowoamerykańskich Indian Mapuche.

Mapuche są interesujący w kontekście działalności Gyne Punk z dwóch powodów. Po pierwsze, struktura społeczności charakteryzuje się większa płynnością identyfikacji płci niż w tradycyjnym społeczeństwie europejskim. Po drugie, duża część indiańskiej kultury oparta jest na szamanizmie i magicznych praktykach leczniczych.

Wobec szerokiego spektrum inspiracji działalność Gyne Punk staje się zbiorem luźno związanych metod paramedycznych, które łączy przewodnia myśl anarchistycznej emancypacji. Poznańskie warsztaty można ujmować z wielu – niepowiązanych w istocie – perspektyw i budować między nimi sztuczny konsensus. Medycyna związana z zastosowaniem wysokich technologii, ziołolecznictwo, magia, postmarksistowska ideologia, nieograniczony kult wolności, zainteresowanie biologią i majsterkowaniem – każdy z tych tematów jest adekwatnym kluczem do rozmów o warsztatach. Organizatorzy zyskują możliwość wprowadzania do przestrzeni publicznej dowolnych treści, a żadne z nich, wskutek rozmycia znaczeń, nie zostaje podjęte w kompetentny sposób.

***

Wyobrażam sobie, że punkt wyjścia kolektywu stanowi płaszczyznę porozumienia pomiędzy Gyne Punk i krytykami. Zgodnie z powszechną opinią, polska opieka medyczna wymaga zdecydowanych reform (trudno mi określić, jak sprawy wyglądają w zachodniej Europie). Od krytyki służby zdrowia daleko jednak do antysystemowego radykalizmu, który u Gyne Punk znajduje wyraz także w sferze estetyki.

Konstruowanie własnych narzędzi ginekologicznych i praktykowanie alternatywnych sposobów leczenia uzupełnia emocjonalna forma przekazu i wampiryczno-satanistyczna otoczka. Mroczna estetyka – spotykana podczas występów scenicznych wykonawców muzyki ekstremalnej – zdaje się nie przystawać do działalności medycznej.

O ile łatwiej można by zaakceptować postulaty grupy, gdyby wypowiedzi ich cechowały się naukowym obiektywizmem, merytorycznym wskazaniem podejmowanych problemów, a grupa akcentowała jedynie alternatywne podejście do ochrony zdrowia.

Oczywiście strategię Gyne Punk można określić mianem prowokacji, dadaistycznych działań drażniących „oburzonego kołtuna”. Osłabia to jednak skuteczność prezentowanych postulatów, które miejscami zbliżają się do deklaracji podjęcia działań terrorystycznych – „TERAZ to czarownice mają płomienie”.

***

Medialna aktywność organizatorów warsztatów stanowi ciąg odkrywania i gubienia tropów. Sekwencję wydarzeń rozpoczyna ujawnienie nagrań wideo przedstawiających fragmenty warsztatów, na których widzimy, jak prowadząca opowiada o historycznych narzędziach do wykonywania aborcji, odnosząc je do swoich własnych doświadczeń. Media informują, że istnieją podstawy, by sądzić, że w Galerii odbywają się warsztaty niekompetentnie i wybiórczo podejmujące tematy z zakresu ginekologii, mogące stanowić działanie afirmujące zabieg usuwanie ciąży.

W odpowiedzi organizatorzy warsztatów podejmują szereg wyjaśnień i tłumaczeń. Przyjętych strategii jest wiele, ale dają się one podzielić na dwie, w zasadzie wykluczające się grupy. Pierwszą reprezentują argumenty „artystyczne”.

Zofia nierodzińska wpisała warsztaty w tradycję sztuki związanej z wystąpieniami wiedeńskich akcjonistów. Przypomnijmy, że austriacka grupa zasłynęła prowokacjami, podczas których publicznie defekowano, masturbowano się, pokrywano swoje ciała ekskrementami i wymiocinami.

Czołowi reprezentanci nurtu to między innymi Otto Muehl, skazany na siedem lat więzienia za czyny pedofilskie, i Hermann Nitsch, twórca Teatru Orgii i Misteriów – wydarzeń czerpiących z tradycji pogańskich i satanistycznych rytuałów, którego stałymi rekwizytami były martwe zwierzęta i hektolitry krwi. Akcjoniści w swoich działaniach zmierzali do transgresji, a więc przekroczenia ograniczeń własnej biologii, moralności i norm społecznych.

W tym ujęciu przywołanie akcjonistów jest kneblem kończącym wszelką dyskusję. Każde ekstremum może zostać uznane za transgresyjne i wpisać się w ciąg quasi-filozoficznych rozważań, które, poza samousprawiedliwieniem, nie prowadzą do żadnego pozytywnego rezultatu. Złapanie się mocno zardzewiałej brzytwy „akcjonizmu wiedeńskiego” pozwala na wtłoczenie działania Gyne Punk w rozdęte ramy świata sztuki i zamknięcie ust „niedouczonych ciemniaków”, którzy w swojej drobnomieszczańskiej ignorancji nie dostrzegli, że „tak się robi sztukę w wielkim świecie”.

Wszystko to odbywa się przy łomotaniu w bęben „światopoglądowej cenzury” i „politycznej nagonki” – praktyki wdrażanej niejako „z automatu” przy jakiejkolwiek próbie krytyki działań podejmowanych w obrębie sztuki najnowszej.

Wolność słowa, zdaniem organizatorów, pozwala na zaistnienie w przestrzeni Galerii każdego, nawet najbardziej nonsensownego i szkodliwego zjawiska, w imię „subiektywnych przekonań” i poszerzania definicji sztuki, lecz nie przysługuje krytykom starającym się przedstawić problem opinii publicznej, posługując się racjonalnymi argumentami.

Drugą linię obrony oparto na „edukacyjnej” wartości warsztatów. Z chęcią zapoznam się z opinią uczestnika, który przekonująco przedstawi zysk poznawczy płynący z wydarzenia. Póki co, pozostają domysły – co robiły zafoliowane, plastikowe narzędzia ginekologiczne podczas prezentacji XIX-wiecznych technik aborcyjnych? Gdzie zainteresowani mogą zapoznać się z efektami zajęć, do których organizatorzy zaliczają wykonany własnoręcznie mikroskop?

Jaki związek ma prezentacja grupy podnoszącej postulat radykalnego przejęcia kontroli nad własnym ciałem, w tym swobodnego dostępu do aborcji (przy czym nie jest to żadne „własne ciało”, tylko odrębny organizm ludzki, na co „postępowi” entuzjaści przerywania ciąży pozostają głusi), z działalnością wicedyrektor Galerii, zaangażowanej w proceder tak zwanej „turystyki aborcyjnej”? Organizatorzy dotychczas nie ustosunkowali się do tych pytań.

 

Artykuł Marcela Skierskiego pt. „Jak skutecznie zorganizować »warsztaty z aborcji«. Wypowiedź obserwatora świata sztuki” znajduje się na s. 6 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


 

„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marcela Skierskiego pt. „Jak skutecznie zorganizować »warsztaty z aborcji«. Wypowiedź obserwatora świata sztuki” na s. 6 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Studio Dublin – 6 lipca 2018 – Start o 10:00. W gronie gości dr Jolanta Hajdasz i Bogdan Feręc, portal Polska-Ie.com

Jak zwykle w piątek, tuż po Poranku WNET, wieści ze Szmaragdowej Wyspy, w programie Tomasza Wybranowskiego „Studio Dublin”.

W piątkowym programie informacyjno – muzycznym, nadawanym ze stolicy Irlandii, przegląd najważniejszych wydarzeń z Irlandii:

  • strajk pilotów linii lotniczej Ryanair
  • susza na Wyspie i alert dla czternastu hrabstw
  • wzrost liczby bezdomnych w Dublinie i kryzys w branży mieszkaniowej
  • przygotowania do wizyty papieża Franciszka i … kolejnego referendum, tym razem dotyczącego roli kobiet.

W przeglądzie prasy omówienie tekstów z tygodnika „Nasz Głos” i magazynu „MiR”.

Pojawią się także goście. Z dr Jolantą Hajdasz, z Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, rozmawiałem o zakończonej konferencji „Media, jako służba publiczna”.

 

Dr Jolanta Hajdasz, gość Studia Dublin. Foto. Archiwum Radia WNET.

 

Bogdan Feręc, portal Polska – IE, medialny partner Radia WNET.

Bogdan Feręc, dziennikarz i właściciel najpoczytniejszego portalu informacyjnego dla Polonii w Irlandii – Polska – IE, podsumuje najważniejsze wydarzenia mijającego tygodnia. Jednym z tematów będzie susza w Irlandii.

We wtorek odbyło się nadzwyczajne posiedzenie rządu w sprawie wysokich temperatur i suszy, jaka panuje w całym kraju, a na naradzie obecni byli przedstawiciele wszystkich hrabstw i powiatów.

Do tego grona dołączyło także szefostwo Straży Pożarnej, Obrony Cywilnej i Irish Water, którzy przedstawili raporty o stanie ich działań w warunkach kryzysowych.

Na  naradzie obecny był również minister budownictwa Eoghan Murphy, który powiedział, że sytuacja z niedoborem wody, zapewne ulegnie pogorszeniu i jednocześnie ostrzegł, że część kraju może do września borykać się z ograniczeniami w używaniu wody.

 

 

Do wysłuchania programu, tuż po zakończeniu wyjazdowego Poranka WNET, który prowadził Antoni Opaliński, zaprasza Tomasz Wybranowski. 

Żaryn: Broniąc prawdy o historii II wojny światowej będziemy musieli zderzyć się z żydowskim mitem Holokaustu [VIDEO]

Senator Prawa i Sprawiedliwości podkreślił, że przekaz środowych konferencji premierów Polski i Izraela był sukcesem Rzeczpospolitej, w walce o popularyzację naszej narracji historycznej Holokauście.

 

Zdaniem gościa Poranka Wnet nowelizacja ustawy o IPN oraz następnie konferencje premierów Morawieckiego i Netanjahu były sukcesem Polski: Deklaracja premierów jest naszym zwycięstwem w walce o narrację historyczną, ponieważ storna izraelska stara się, by historia holocaustu nie uległa żadnej deformacji, poprzez jakieś wyjątkowe doświadczenie innego narodu. A my mieliśmy wyjątkowe doświadczenia II wojny światowej.

Jeżeli chodzi o kwestie roszczeń bezspadkowych, to niewątpliwie wartość deklaracji premierów zobaczymy dopiero w trakcie kolejnych negocjacji, które pewnie będą wynikiem nacisków USA – podkreślił w Poranku Wnet profesor Jan Żaryn, historyk, znawca dziejów Holokaustu oraz senator Prawa i Sprawiedliwości.

Zdaniem gościa Poranka Wnet w ramach walki o historyczną prawdę musi dojść do sporu innymi narodami: W społeczności żydowskiej jest bardzo wiele osób i środowisk, które są zainteresowane w podtrzymaniu mitu o wyjątkowy losie narodu żydowskiego w czasie II wojny świętej, w którym żaden obcy dźwięk ma nie być obecnym. W tym micie kluczowe jest, że Holokaustu dokonali naziści z Niemiec, ale za zgodą chrześcijańskich narodów Europy i stanowił finał antyżydowskiej opowieści toczącej się co najmniej od 70 roku po Chrystusie.

Prof. Jan Żaryn podkreślił, że jeszcze wiele działań przed rządem oraz polskim społeczeństwem, zanim polska narracja o II wojnie światowej zajmie właściwe miejsce w światowym obrazie tych wydarzeń: Po tej deklaracji front z Izraelem nie jest zamknięty. W relacjach między USA i Izraelem a Polską i w tym trójkącie mamy jeszcze wiele zadań do wykonania. Zrobiliśmy pierwszy krok, ale teraz czas na edukację i naukę. Trzeba powoływać katedry zajmujące się kulturą i historią Polski na zachodnich uniwersytetach i nie oddawać ich w ręce takich ludzi jak Tomasz Gross, a tak działo się dotychczas.

Musimy zdawać sobie sprawę, że ta prawda historyczna dotycząca II wojny światowej, stawia nas w pozycjach wyjątkowych, jeśli chodzi o przebieg II wojny światowej, więc musimy się zderzyć z narracjami obcymi i musimy się zderzyć, także z mitologiami, w związku z tym musimy być potraktowany jako intruz. To jest kwestia, która powinna być dla nas oczywiste – podkreślił profesor Jan Żaryn.

ŁAJ

Postępowa inżynieria społeczna odarła wielkie rzesze ludzi z rodzin i godności / Jacek Koronacki, „Kurier WNET” 48/2018

Ameryka potrzebuje rechrystianizacji. Zwłaszcza klasy wyższej, by ta mogła stać się elitą narodu, który dziś tej elity nie ma. Szansa w tym, że klasa ta jeszcze nie oślepła i dostrzeże swoją klęskę.

Jacek Koronacki

W poszukiwaniu amerykańskiej elity społecznej

Amerykańska nowa klasa wyższa

Siedemdziesiąt siedem lat temu, w 1941 roku, amerykański uczeń wybitnego włoskiego socjologa Wilfryda Pareta, James Burnham, pisał o rewolucji menedżerskiej. W USA i na całym rozwiniętym świecie miał zapanować nowy ustrój – menedżerski liberalizm. I miała powstać zupełnie nowa wyższa klasa, stanowiąca swego rodzaju elitę państwa. Pięćdziesiąt lat później najchętniej określano tę nową klasę terminem „merytokracja”. Jej członkowie mogli pochwalić się wysokim ilorazem inteligencji i elitarnym wyższym wykształceniem.

Znakomity amerykański badacz Charles Murray uznaje dziś za merytokratyczną klasę wyższą te 5% pracujących osób z wyższej klasy średniej wraz z ich rodzinami, którym powodzi się najlepiej. Członkowie wyższej klasy średniej to osoby zajmujące stanowiska kierownicze lub będące lekarzami, prawnikami, inżynierami, naukowcami spoza uczelni lub należącymi do grona uczelnianych profesorów, wreszcie pracownikami prasy, radia i telewizji tworzącymi treści przekazywane przez te media. Wśród nich członkowie merytokratycznej klasy wyższej to warstwa licząca w USA ponad 1,4 miliona osób. Jeśli uwzględnić, że 69% tych osób jest żonatych lub zamężnych i dołączyć współmałżonków do rzeczonej warstwy wyższej, otrzymujemy populację liczącą około 2,4 miliona osób.

Cała wyższa klasa średnia zachowuje tradycyjny kod moralny. Gdy chodzi o małżeństwa, wśród osób w wieku 30 do 49 lat 94% osób żyło w związku małżeńskim w roku 1960 i 90% w roku 2010. Rozwodów prawie nie było w roku 1960, kiedy to ich liczba zaczęła rosnąć, by zbliżyć się do 5% w latach 80. i na tym poziomie zatrzymać. Dzieci uczą się w dobrych szkołach, ich rodzice zaś często aktywnie współpracują ze szkołą. Tylko w 3% gospodarstw domowych dzieci są wychowywane przez osoby rozwiedzione lub takie, które nigdy nie były w związku małżeńskim.

Gdy chodzi o religijność, ta zaczęła spadać w USA w latach 70., podobnie w prawie wszystkich warstwach społecznych. W roku 1972 tylko 4% białych Amerykanów w wieku 30 do 49 lat odpowiadało, że nie wyznaje żadnej religii, w roku 1980 już 10%, zaś w roku 2010 aż 21%. Gdy dodać do nich tych, którzy pojawiają się w kościele nie częściej niż raz w roku, dla wyższej klasy średniej otrzymamy w roku 2010 liczbę prawie dwukrotnie większą, bo 41%. Z tym, że odrzucenie religii (wyznania) nie oznacza ateizmu. W USA procent zadeklarowanych ateistów jest praktycznie niezmienny i wynosi 4.

Niestety dobre prowadzenie się nawet poważnej części narodu to za mało. Każdy naród potrzebuje elity, która potrafi promieniować wzorcami przez nią uosabianymi na cały naród i tym sposobem sprawować misję przewodzenia mu na polu kultury. Bez takiej elity naród ulega degeneracji. I oto amerykańska węższa nowa klasa wyższa, która powinna stanowić taką elitę, jest doskonale odcięta od reszty Ameryki. Żyje w gettach ze swoimi szkołami, kościołami, klubami, tylko tam tworząc żywe, ale zamknięte dla innych wspólnoty. Zachowuje się schizofrenicznie – zamiast sprzeciwić się wulgaryzacji języka, obyczajów i sztuki, sprzyja im. Mówi językiem współczesnego liberalizmu i na zewnątrz popiera moralny nihilizm. Jest nieznośnie politycznie poprawna, ulega lewicowemu terrorowi i popiera najbardziej absurdalne idee współczesnych lewaków.

…i niższa

Średnia klasa Amerykanów została zostawiona sama sobie w kraju, którego elity nie reprezentują własnego narodu i odrzuciły misję przewodzenia mu. Co jeszcze gorsze, biali z warstwy robotniczej, pozbawieni przewodników, częściowo ulegli moralnej degeneracji. Powstała także nowa biała klasa niższa.

Postępowa inżynieria społeczna dawno temu zrobiła ze zbyt wielu czarnych Amerykanów nieszczęśników bez rodzin i godności, żyjących z państwowego zasiłku. Podobna klęska dotyka dziś także białych robotników. W tej robotniczej warstwie, w grupie osób w wieku 30 do 49 lat, 84% osób żyło w związku małżeńskim w roku 1960, ale tylko 48% w roku 2010. Procent rozwodów wzrósł w tej grupie z 4% w roku 1960 do 33% w roku 2010. Aż 22% dzieci jest wychowywanych przez osoby rozwiedzione, żyjące w separacji lub przez matki, które nigdy nie miały męża. Wśród białych matek, które nie ukończyły szkoły średniej, procent dzieci nieślubnych sięgnął 60. W roku 2010 procent dzieci żyjących w pełnej biologicznej rodzinie, gdy matka osiągnęła 40. rok życia, spadł do 35 (w wyższej klasie średniej jest to 85%). W warstwie białych robotników aż 60% populacji albo nie wyznaje żadnej religii, albo nie pojawia się w kościele częściej niż raz w roku.

Jeśli za nową klasę niższą uznać za Charlesem Murrayem tę część mężczyzn z populacji robotników, która nie potrafi lub nie chce zarobić na utrzymanie dwuosobowego gospodarstwa domowego powyżej tzw. progu ubóstwa, to okaże się, że takich białych mężczyzn w wieku 30 do 49 lat było w populacji robotniczej 8% w roku 1967 i odtąd procent ten stale rósł, by w roku 2007 osiągnąć 27%.

Kilkadziesiąt lat temu biali Amerykanie nie zarabiający na utrzymanie dwuosobowej rodziny nie stanowili klasy, która mogłaby wyznaczać obyczaje i sposób życia warstwy pracowników fizycznych. Żyli na marginesie bez własnej winy albo z własnego wyboru. Dziś zbudowali nową klasę niższą, współwyznaczającą cywilizacyjny wzorzec dla niemałego segmentu amerykańskiego społeczeństwa.

Wielki biznes, bank centralny, postępowa era i … religijna utopia

Amerykańskie społeczeństwo znalazło się w stanie rozkładu. Czy nowa klasa wyższa dostrzeże swoją klęskę i z czasem włączy się w ratowanie narodu, którego jest członkiem? Czy opamięta się, widząc, że ostatnim okresem społecznej konsolidacji i spójności było pierwsze dziesięciolecie po II wojnie światowej? Odpowiedź na pytanie o szanse społecznego odrodzenia – z koniecznym tego elementem w postaci zdrowej społecznej elity – wymaga rozpoznania przyczyn kryzysu.

Trochę tylko upraszczając, historia USA to od początku spór federalistów z Północy, nade wszystko Alexandra Hamiltona – zwolenników silnej władzy centralnej i wspieranego przez państwo rozwoju przemysłowego – z federalistami i tym bardziej antyfederalistami z rolniczego Południa – prowadzonymi przez Thomasa Jeffersona zwolennikami suwerenności luźno skonfederowanych stanów. Polityka tych pierwszych od początku istnienia Stanów Zjednoczonych cieszyła się poparciem ludzi biznesu oraz bankierów ze stanów północno-wschodnich. Ziemianie z Południa byli przeciwni centralizacji władzy, w tym centralnie sterowanej polityce fiskalnej państwa, wielkim programom infrastrukturalnym oraz merkantylizmowi, który wspierał produkcję przemysłową kosztem produkcji rolnej.

Gdy w 1829 roku prezydentem został Andrew Jackson, kandydat powstałej rok wcześniej na Południu Partii Demokratycznej, władza znalazła się w rękach zwolenników leseferyzmu, polityki wolnorynkowej oraz „twardego” pieniądza, mającego pokrycie w złocie. W roku 1836 jacksonowscy Demokraci zamknęli Bank Centralny (dokładniej, Kongres nie zgodził się na jego dalsze trwanie). Nowa Partia Republikańska, powstała w 1854 roku, wraz z objęciem władzy przez Abrahama Lincolna rozpoczęła realizację zupełnie innego programu ekonomicznego – nacjonalistycznego i protekcjonistycznego, z czasem subsydiującego wielkie programy infrastrukturalne (np. koleje transkontynentalne). Odeszła od standardu złota, wprowadziła papierowy pieniądz (tzw. greenbacks) i po dwóch latach trwania wojny z Południem zaczęła finansować tę wojnę długiem publicznym.

Ostatnie dekady XIX wieku przyniosły tzw. pozłacany wiek (c. 1870–1900) i w jego ramach dynamiczny rozwój wielkiego biznesu, kontynuowany podczas tzw. postępowej ery (c. 1890–1920). Jednym z fundamentów owego rozwoju było korupcyjne i wówczas bezprecedensowe związanie tegoż biznesu i coraz potężniejszych banków z klasą polityczną.

O pierwszeństwo na polu biznesu i bankowości rywalizowały rodziny Morganów i Rockefellerów, wspomagając się swoimi biznesowymi koalicjantami. John Pierpont Morgan i John Davison Rockefeller zwalczali się bez pardonu w sferze biznesu, przeszkadzając sobie w budowaniu coraz potężniejszych karteli i trustów, mających zniszczyć mały i średni biznes. Ale współpracowali w dziele stworzenia bankowego giganta w postaci Banku Centralnego, który został utworzony w 1913 roku.

W świecie wielkiej polityki aż do prezydentury Franklina Delano Roosevelta (1933–1945) więcej do powiedzenia miał dom Morganów (F.D. Roosevelt był mocno związany z kręgami biznesowymi J.D. Rockefellera, ale także z rekinem biznesu Josephem P. Kennedym, rodziną Gianninich z Kalifornijskiego Banku Ameryki i mormońskimi bankierami z Utah). Ludzie Morganów byli w najbliższym otoczeniu prawie każdego prezydenta od początku postępowej ery (wcześniej, z Morganami był związany prezydent Grover Cleveland i to J. Pierpont Morgan zorganizował wsparcie finansistów dla Williama McKinleya w wyborach prezydenckich w latach 1896 i 1900).

Największy z prezydentów postępowej ery, Theodore Roosevelt (1901–1909), owocnie współpracował – choć ich cele wydawały się stać na antypodach – z samym J.P. Morganem. Ci dwaj tytani – jeden wielkiej polityki, drugi finansów – mieli wiele wspólnego. Pochodzili z tej samej klasy społecznej, łączył ich wiktoriański moralizm, ambicja przewodzenia krajowi oraz poczucie misji – chcieli zaprowadzenia w kraju ładu i dobrobytu. Postępowy prezydent, w zasadzie przeciwny trustom, w praktyce nie przeszkadzał wielkiemu finansiście rozbudowywać jego trusty – dla dobrobytu wszystkich i fortuny finansisty (za prezydentury Roosevelta przywrócona została do życia antytrustowa ustawa Shermana, ale została głównie skierowana przeciw Rockefellera Standard Oil Company i liniom kolejowym Edwarda Henry’ego Harrimana – konkurenta J.P. Morgana). Tak powstawał nowy ład łączący w sposób systemowy i uporządkowany wielką politykę, finanse państwa i wielki biznes. Słowem, co najmniej od początku postępowej ery Stany Zjednoczone doświadczały przyspieszonej państwowej centralizacji i etatyzacji, dążenia do państwowej regulacji na polu ekonomicznym, takiej jednak, która nie zagroziłaby wielkiemu biznesowi.

Strażnikiem stabilnego wzrostu ekonomicznego, minimalizacji bezrobocia oraz stabilności systemu finansowego, w tej ostatniej kwestii nie mającego nad sobą żadnej kontroli, stał się Bank Centralny (Rezerwa Federalna). Okres ten oznaczał także postępującą kartelizację – wzrost potęgi już nie korporacji, ale ich trustów. Zaś stale rosnąca federalna administracja stała się czwartą gałęzią władzy (o jej obecnej wszechwładzy świadczą np. takie liczby: rząd to 15 ministerstw, ale społeczeństwo jest ponadto kontrolowane przez około 70 agencji federalnych; zbiór federalnych regulacji liczył w 2012 roku 174 545 stron, i to nie licząc wielu tysięcy stron prawa podatkowego, ustaw Kongresu oraz wykonawczych zarządzeń Prezydenta).

W takiej Ameryce nie było dość miejsca dla politycznej myśli amerykańskiego Południa, jankeskich konserwatystów, czy szerzej, przeciwników uczynienia z Ameryki imperium mundi z silną władzą federalną (centralną).

W swojej mowie pożegnalnej w roku 1961 prezydent Dwight Eisenhower przestrzegał naród przed obdarowaniem kompleksu wojskowo-przemysłowego zbyt dużym wpływem na rząd. Na darmo. Kompleks wojskowo-przemysłowy, bank centralny i ponadnarodowe korporacje uczyniły z Ameryki światowego hegemona, nie licząc się z narodem i niewiele sobie robiąc z zadłużania Ameryki na niebotyczną skalę. Dziś hegemon stara się za wszelką cenę zachować kontrolę nad światowym przemysłem wydobycia ropy i gazu, oraz utrzymać pozycję dolara jako waluty światowej.

Zwracałem już wcześniej uwagę na łamach portalu Teologii Politycznej, iż wraz z nastaniem postępowej ery, w USA zadomowiła się postępowa inżynieria społeczna. W sferze kultury i obyczajów inżynieria ta nabrała rozmachu dopiero na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. Natomiast wśród elit uniwersyteckich i prasowych zapanowała niezwykle szybko, za swoich pionierów mając Herberta Croly’ego i Johna Deweya. Obydwaj wywarli ogromny wpływ na amerykańską myśl (Croly) i praktykę (Dewey) postępowego liberalizmu. Pierwszy z nich wychodził od analiz Auguste’a Comte’a, w tym jego religii ludzkości (z czego przyszłość już nie skorzystała), oraz podziwu dla bismarckowskiego państwowego socjalizmu. Drugi był twórcą szczególnie rozumianego pragmatyzmu, w istocie bliskiego neomarksistowskiej teorii krytycznej. Obydwaj zgadzali się, że myśl nowoczesna nie miała odtąd służyć zrozumieniu świata i człowieka, lecz ich zmianie.

Ale jak w ogóle mógł się etatystyczny progresywizm zadomowić w USA, prędzej czy później? Otóż mógł albo i nieomal musiał na protestanckiej Północy. Historycy religii przypominają, że purytanie, którzy dotarli do brzegów Nowej Anglii w latach 30. i 40. XVII wieku, umykali z angielskiej ojczyzny przekonani, iż dzieło reformacji, zapoczątkowane przez Lutra, Kościół anglikański i nawet przez Kalwina, nie zostało dokończone. Uważali, że zbyt wiele było w nim wciąż elementów katolickich. Purytanie przywieźli ze sobą tzw. postmillenaryzm, według którego Ameryka stawała się, dzięki danemu im Bożemu powołaniu, narzędziem stałej poprawy świata, aż do ziszczenia się Królestwa Bożego na ziemi (inaczej niż w młodszym o dwa wieki tzw. premillenaryzmie, powtórne przyjście Chrystusa i Sąd Ostateczny mają nastąpić dopiero po tysiącu lat trwania Królestwa, a nie z chwilą powstania tego Królestwa, z Chrystusem jako jego Królem). Zacząć należało od wyrugowania resztek papizmu, likwidując na przykład katolickie święta, cały kalendarz liturgiczny i unieważniając ortodoksyjną sakramentologię.

Wyeliminowawszy rok liturgiczny, purytanie usunęli szkielet, który pozwalał nabożeństwu być skupionym na Zwiastowaniu, Narodzinach, życiu i śmierci oraz Zmartwychwstaniu Chrystusa. Zamiast skupienia się na zbawczej mocy Bożej miłości, Wcielenia, Ukrzyżowania i Zmartwychwstania, pozostawało uznanie, że zbawienie człowieka przychodzi przez nawrócenie się jego umysłu i serca, zaś po nawróceniu pozostaje moralne doskonalenie się wedle wskazówek przynoszonych przez surowych kaznodziei oraz stałą lekturę Pisma Świętego.

Purytanie, nie chcąc tego, zasiali w Ameryce ziarna wczesnego ewangelikalizmu, który przyszedł w latach 1730. i uznawał za najważniejsze, jeśli nie jedyne ważne, jednorazowe doświadczenie nawrócenia oraz późniejsze cnotliwe życie wierzącego. Zasiali też ziarna unitarianizmu, który na przełomie XVIII i XIX wieku przyjęły Kościoły nazwane później liberalnymi (unitarianizm przyjęła też część wspólnot purytańskich).

Jak to ujął jeden z konserwatywnych historyków religii, jankeska koalicja ewangelikalnych protestantów i unitarian – którą wcześniej purytanie nauczyli studiować Biblię po to, by stale odpowiadać na pytanie „co Jezus uczyniłby w danej sytuacji” – odpowiadała na to pytanie, maszerując przez cały wiek XIX i połowę XX od jednej społecznej kampanii do drugiej. Od radykalnego abolicjonizmu przez prohibicjonizm do prezydenta Woodrowa Wilsona idei „wojny, która skończy wszystkie wojny”. Odrzucenie katolickiego szacunku dla Tradycji i mądrości wieków postawiło tę koalicję po stronie „społecznego postępu” (notabene, Wilson został prezydentem tylko dlatego, że Morganowie postanowili uniemożliwić Williamowi Howardowi Taftowi – który zerwał z Theodorem Rooseveltem i stał się człowiekiem Rockefellera – ponowny wybór na prezydenta w 1912 roku).

Postępowi ideologowie XX wieku zostawili za sobą pietystyczny protestantyzm, ale zachowali millenaryzm. Chrześcijańska wiara w transcendentne rozwiązanie konfliktów ziemskich poza czasem została zastąpiona nieustającym wysiłkiem na rzecz ich rozwiązania w czasie – w ciągu naszej ludzkiej historii. Takiego wysiłku może się podjąć jedynie państwo o władzy nad społeczeństwem nieomal nieograniczonej – najlepiej od przedszkola i szkoły, poprzez całe życie aż po śmierć. Który to program jednako odpowiadał możnym świata polityki, finansów i biznesu.

Warto jeszcze wspomnieć, że najlepiej wykształceni amerykańscy rzecznicy postępu bardzo przydali się wielkim ze świata biznesu i finansów. Naród nie miał zaufania do bogaczy, bogactwo drażniło, Wall Street była znienawidzona. Naród nie chciał ani trustów, ani Banku Centralnego. Niezbędne było więc powstanie ośrodków opiniotwórczych, które społeczeństwo uzna za godne zaufania, a ich argumenty za nowym ładem ekonomicznym i społecznym za przekonujące. Tymczasem w końcu XIX wieku amerykańskie uczelnie nie nadawały jeszcze doktoratów. Najzdolniejsi jechali zatem po doktoraty do etatystycznych (socjalistycznych) Niemiec. I przywieziona przez nich fascynacja niemieckim ustrojem doskonale odpowiadała potrzebie chwili.

Niechcianą ceną postępowego eksperymentu okazała się duchowa dezorientacja i w rezultacie śmierć elit oraz rozkład społeczeństwa.

Pytania o szanse uzdrowienia

Parę pierwszych kroków w stronę okiełznania omnipotencji państwa można wykonać – i takie propozycje już są – organizując legalne akcje paraliżujące absurdalne działania urzędów federalnych. Na przykład można zacząć gromadzić specjalne fundusze na masowe zaskarżanie takich działań do sądów. Pewne ośrodki analityczne pracują nad zaproponowaniem sposobów obniżenia kosztów życia gorzej zarabiających i udrożnienia kanałów awansu ekonomicznego grup najuboższych oraz niższej klasy średniej. Na przykład podmioty lokalne, publiczne i prywatne, mogą współpracować na rzecz obniżenia kosztów ubezpieczenia zdrowotnego, kosztów studiów wyższych i dla najuboższych – kosztów wychowania dzieci.

Dziś można pokładać jakąś nadzieję w rodzących się oddolnych i lokalnych ruchach odbudowy wspólnot społecznych, i przynajmniej w nich – ożywieniu narodowej tradycji oraz wspólnego dziedzictwa. Chodzi o ożywienie takich lokalnych wspólnot, które przywrócą obywatelowi podmiotowość i odnowią jego poczucie odpowiedzialności za siebie i innych. To oczywiście zadanie na pokolenia, na razie wykonalne dla małych i na pewno nielicznych wspólnot.

Wszak Ameryka jest dziś państwem, które jest światowym, imperialnym hegemonem, którego hegemonia będzie coraz trudniejsza do utrzymania i którego obywatele tej hegemonii wcale nie potrzebują, ale zarazem są zniewolonymi trybikami całej tej machiny. Podczas gdy wyższa klasa średnia jest bezkrytyczną siłą napędową owej machiny, cała klasa średnia jest biernym proletariatem na jej usługach. Szerokim rzeszom ma wystarczyć praca oraz oglądanie krótkich reklam telewizyjnych i widowisk sportowych, seriali oraz teleturniejów, a młodszym pozostają portale społecznościowe. Rzesze te żyją w obcym im państwie.

W planie szerszym niezbędne jest zatem znalezienie sposobu na przejście od świata monocentrycznego, z USA w roli światowego hegemona, poprzez świat jedno-wielo-centryczny do wielocentrycznego, z kilkoma mocarstwami regionalnymi. Nie należy jeszcze wykluczać, że – za zgodą amerykańskich tytanów świata finansów i biznesu oraz sterującej dziś polityką zagraniczną „partii wojny” – Ameryka rozpocznie marsz ku światu jedno-wielo-centrycznemu z nią jako hegemonem, ale wspomaganym przez kilka mocarstw regionalnych. Dziś nic na to nie wskazuje, ale też można mieć nadzieję, że Ameryka widzi inne rozwiązanie własnych problemów geopolitycznych i finansowych, niż mnożenie lokalnych wojen nie do wygrania.

I jeśli jest jeszcze na to czas, Ameryka nade wszystko potrzebuje rechrystianizacji. Zwłaszcza klasy wyższej, by ta mogła stać się elitą narodu, który dziś tej elity nie ma. Szansa w tym, że klasa ta jeszcze nie oślepła i przeto dostrzeże swoją klęskę. Zaś będąc dziś w istocie społecznością pochrześcijańską – a dokładniej poprotestancką – jest wolna od millenarystycznych utopii. Jeśli zatem obudzi się, jej rechrystianizacja będzie prawdziwa i przyniesie dobre owoce. Jeśli…

Artykuł Jacka Koronackiego pt. „W poszukiwaniu amerykańskiej elity społecznej” znajduje się na s. 6 i 9 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jacka Koronackiego pt. „W poszukiwaniu amerykańskiej elity społecznej” na s. 6 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Cywilizacja europejska znika pod wpływem globalizacji. Będziemy mieć do czynienia z coraz większą rolą islamu

Dzisiaj nawet europejski wyznawca judaizmu, który sprzeciwi się promowaniu masowej imigracji lub zakwestionuje możliwość integrowania imigrantów, zostanie przez media nazwany nazistą.

Antoni Opaliński
David Engels

Nadchodzi epoka imperiów

Rozmowa z profesorem Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności, wykładowcą Université Libre de Bruxelles, autorem m.in. książki o podobieństwach historycznych między późną republiką rzymską a obecną Unią Europejską. Wywiad został przeprowadzony podczas tegorocznej edycji Kongresu Polska Wielki Projekt. Rozmawiał Antoni Opaliński.

Co Pan sądzi o sytuacji w Polsce? Z niektórych zachodnich mediów można się dowiedzieć o postępującym nacjonalizmie i kryzysie demokracji.

Jako historyk starożytności nie śledzę bardzo dokładnie polskiej polityki i nie czytam polskich gazet. Jednak widzę ogromną przepaść między tym, co jest przedstawiane w mediach, a tym co naprawdę się dzieje. Czytając o polskiej polityce w zachodnich mediach, można stwierdzić, że wiele zarzutów wysuwanych wobec polskiego rządu jest nieporównywalnych wobec wydarzeń akceptowanych w innych krajach. Nawet najdrobniejsze rozwiązanie proponowane przez polski rząd jest natychmiast traktowane jako potencjalnie nacjonalistyczne czy ksenofobiczne. Ale kiedy w innych krajach dzieją się rzeczy dużo bardziej niebezpieczne, np. hiszpańskie podejście do sprawy katalońskiej, spotyka się to jedynie z milczeniem i zapewnieniami, że Unia nigdy nie ingeruje w wewnętrzne sprawy swoich członków.

Podczas ostatnich podróży do Warszawy, Krakowa czy Przemyśla zawsze czułem się bardzo dobrze. Na ile mogłem to stwierdzić, wszędzie w Polsce panuje żywa, demokratyczna debata.

Nie ma wrażenia, że jest się w autorytarnym państwie policyjnym. Przeciwnie, miałem poczucie, że jestem w kraju o wiele bardziej wolnym i normalnym niż np. dzisiejsza Belgia, gdzie ludzie o pewnych poglądach są po prostu zmuszani do milczenia. Natomiast obecność policji na ulicach Brukseli jest prawdopodobnie dziesięć razy większa niż w Warszawie.

To jak wygląda dziś wolność słowa w tej „starej”, „pokarolińskiej” Europie?

Nie żyjemy oczywiście w państwie autorytarnym, gdzie wypowiadanie poglądów, które nie odpowiadają rządowi, jest karane więzieniem. Nic z tych rzeczy. Jednak panuje szeroko rozpowszechnione poczucie, że pewnych rzeczy mówić nie wolno. Na przykład nie wolno krytykować masowej imigracji, nie można krytykować Unii Europejskiej. Nie można propagować pewnych poglądów religijnych, na przykład katolickiego punktu widzenia na aborcję. Takie opinie od razu są kwalifikowane jako ekstremistyczne. Kiedy się raz zostanie określonym jako konserwatysta, można stać się wkrótce reakcjonistą, następnie faszystą, a potem nazistą. Jeżeli raz się wypadnie ze spektrum dozwolonych poglądów, można szybko trafić do kąta dla ekstremistów.

To bardzo utrudnia normalne funkcjonowanie w życiu społecznym i zawodowym, bo ludzie zaczynają cię omijać, unikają wymiany poglądów – bo jeszcze ktoś mógłby stwierdzić, że zgadzają się z twoimi opiniami. Ten bardzo misterny i efektywny sposób na ograniczanie wolności słowa spowodował, że o wielu problemach ludzie rozmawiają w wąskim kręgu. I każdy powtarza – tego nie mogę powiedzieć głośno, bo ludzie pomyślą, że… Zupełnie nie czuję tej opresyjnej atmosfery, kiedy przyjeżdżam do Polski albo na Węgry.

Jakie są przyczyny tej sytuacji? Czy to ma związek z lewicową rewolucją lat sześćdziesiątych?

Tak, to może być jedna z konsekwencji rewolucji kulturalnej 1968 roku. Uważam, że ma to również ścisły związek z poczuciem winy po II wojny światowej. Zwłaszcza w przypadku Niemiec wydaje się to zrozumiałe. Nie jestem Niemcem, ale pracowałem w Niemczech przez długi czas i obserwowałem z bliska tę sytuację.

Trauma niemieckiej winy po II wojnie światowej nie znikła w ciągu kolejnych dziesięcioleci, ale wręcz się powiększyła w następnych pokoleniach. Poczucie odpowiedzialności wydaje się obecnie większe niż pół wieku temu. Ten proces rozszerzył się na inne zagadnienia i inne kraje. Obecnie nie chodzi już tylko o II wojnę światową, ale też o winy kolonializmu, o wojny poprzednich epok, o inkwizycję i wyprawy krzyżowe.

Pozostałe narody starają się wypracować własne podejście do kolonialnej przeszłości. Mamy więc do czynienia z powszechnym poczuciem historycznej winy, wręcz z masochizmem, który jest konsekwencją takiej postawy. To wszystko wpływa na przykład na stosunek do kryzysu migracyjnego. Każda krytyka imigracji czy też sposobu integracji ludzi związanych z innymi kulturami zmienia się szybko i często bez powodu w debatę o rasizmie. Natychmiast wspominany jest holokaust, a każdy, kto nie wyraża powszechnie akceptowanych poglądów politycznych, staje się od razu nazistą. Dzisiaj nawet europejski wyznawca judaizmu, który sprzeciwi się promowaniu masowej imigracji lub zakwestionuje możliwość integrowania imigrantów, zostanie przez media nazwany nazistą. To oczywiście absurdalne, ale właśnie do tego doszliśmy.

Jest Pan autorem książki o podobieństwach między kryzysem starożytnej republiki rzymskiej a kryzysem Unii Europejskiej. Jakie wspólne cechy widzi Pan w tych dwóch tak odległych procesach?

Jestem przede wszystkim historykiem starożytności, a moja podstawowa wiedza dotyczy historii Grecji i Rzymu. Parę lat temu napisałem książkę o narzucających się analogiach między tymi dwiema historycznymi sytuacjami – późna republika rzymska, a więc I wiek przed Chrystusem, i obecne czasy.Chciałbym podkreślić, że nie piszę o upadku imperium rzymskiego, tylko właśnie o kryzysie republiki, o jej powolnej dezintegracji i transformacji w autorytarne państwo. Ten proces wydał mi się kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje w dzisiejszej Europie. Jest wiele podobnych czynników – np. kryzys demograficzny, fenomenem masowej imigracji. W okresie późnej republiki występuje też kryzys tradycyjnej rodziny i fala rozwodów. Jest także schyłek tradycyjnej religii republikańskiego Rzymu i napływ nowych wierzeń ze wschodnich części imperium, które zdobywały coraz silniejszą pozycję w miastach. Była analogia do globalizacji w formie romanizacji całego znanego świata – tak jak dziś globalizacja przybiera formę amerykanizacji. Można zaobserwować kryzys uczestnictwa w polityce i powstanie ekonomicznej oligarchii, która używała pseudorepublikańskiej dekoracji.

Technokracja, asymetryczne wojny – nie konflikty między krajami, tylko wojny państwa, które uważa się za gwaranta cywilizacji i praw człowieka z barbarzyńcami. Terroryzm, piractwo… wszystkie te zjawiska, które możemy zaobserwować dzisiaj. A przede wszystkim – powolna, wewnętrzna dezintegracja systemu politycznego, który stracił zdolność do rozwiązywania problemów ludzi. Późna republika charakteryzowała się też – podobnie jak dziś Unia – pewną bezradnością, z której korzystała oligarchia, ale która była szkodliwa dla większości społeczeństwa. To doprowadziło do sporów wewnętrznych i wojen domowych. Uważam, że jesteśmy obecnie na krawędzi podobnego rozwoju sytuacji w Europie. A potem jedynym wyjściem z katastrofy okazuje się transformacja państwa w kierunku autorytarnym z republikańską fasadą, trochę jak w dzisiejszej Rosji, Turcji czy Chinach. Sądzę, że to może nastąpić w Europie w najbliższych dekadach.

Gdzie będzie wtedy ośrodek władzy?

To bardzo dobre pytanie, ponieważ dzięki Grupie Wyszehradzkiej Europa jest dziś podzielona. Zachodnia część jest liberalna – w takim sensie, o jakim mówiliśmy na kongresie, liberalna społecznie, kulturalnie i obyczajowo w duchu kontynuacji roku 1968. Spora część krajów europejskich jest już zislamizowana. Ale jest też wschodnia część Unii Europejskiej, która próbuje przeciwstawić się tym ogólnym trendom. Nie wiem, co z tego wyniknie, bo jest oczywiście wiele różnic między aktualną sytuacją a schyłkiem republiki rzymskiej. Historia nigdy nie powtarza się w ten sam sposób. Jednak obserwując ogólny kierunek przypuszczam, że zachodnia Europa będzie dużo mniej stabilna politycznej od wschodniej części Unii. Uważam, że problemy z imigracją, brak równowagi społecznej i stagnacja gospodarki spowodują ogólny kryzys, brak stabilności politycznej i dominację partii populistycznych, które nie muszą koniecznie wchodzić do rządów, ale przez samą obecność w parlamentach będą zmuszać inne partie do uwzględniania swoich postulatów. Spodziewam się więc, że zachodnią Europę czeka powolny schyłek i że coraz trudniej będzie nią rządzić. Z powodów demograficznych będziemy mieć do czynienia z coraz większą rolą islamu.

Natomiast Europa Środkowa ma sporą szansę, aby nie ulec tej ewolucji, zarówno ekonomicznej, jak i migracyjnej i stać wyspą stabilności.

Uważa Pan, że to w ogóle możliwe – nie ulec presji migracyjnej?

Mam nadzieję. Myślę, że to jest przede wszystkim kwestia odpowiedniej decyzji politycznej.

Czy da się powstrzymać fale migracji za pomocą decyzji politycznej?

W tej chwili to działa całkiem sprawnie. Ja mieszkam w mieście, w którym trzecia część ludności ma korzenie muzułmańskie. Aby osiągnąć taki poziom, do Polski musiałyby przybyć miliony ludzi. Nawet gdyby Polska czy Węgry przyjmowały więcej imigrantów, nie osiągnęłyby łatwo takiego poziomu.

Tymczasem wczoraj, na Kongresie Polska Wielki Projekt wysłuchaliśmy odmiennej wizji. Znany niemiecki filozof Peter Sloterdijk tłumaczył, że Europa powinna być postimperialna, postheroiczna, postreligijna… Właściwie post-wszystko… Po prostu słuchajmy wskazań europejskiej centrali i wszystko będzie w porządku.

Sam Pan powiedział, że Sloterdijk mówił jak „powinno być”. To bardzo miłe, kiedy ktoś mówi, że będzie pięknie. Też mógłbym powiedzieć o Europie, masowej ekonomii, hiperkapitalistycznej gospodarce i marksizmie kulturowym, że będą dobrze działać, kiedy ludzie będą dobrze się zachowywać. Tak jak wczoraj usłyszeliśmy, w państwie złożonym z aniołów nie ma żadnych politycznych problemów. Ale problem polega na tym, że mamy do czynienia z prawdziwą historią i prawdziwymi ludźmi, z realnymi konfliktami i z określonym dziedzictwem kultury, które każdy z nas posiada.

Apelowanie o Unię Europejską, która nie będzie imperialna, jest może i godne podziwu, ale absolutnie naiwne. Historia nigdy nie była opowieścią o pacyfizmie. Historia zawsze była – i obawiam się, że zawsze będzie – o walce kultur, imperiów, narodów, politycznych i ekonomicznych interesów. Zawsze będzie mówiła o religiach, które chcą rozszerzać swój zasięg, bo uważają, że znają prawdę i chcą ją upowszechniać. Tak więc możemy oczywiście mieć nadzieję, że świat będzie dobry, ale kiedy zapominamy o doświadczeniu historycznym, taka naiwność staje się niebezpieczna.

Ja też oczywiście mam nadzieję, że Unia Europejska poradzi sobie z tymi wszystkimi problemami i będzie żyć w pokoju ze swoimi sąsiadami. To powinien być nasz cel, ale powinniśmy pamiętać o zasadzie – si vis pacem, para bellum. Trzeba być gotowym na wszystko, co może nadejść. A Sloterdijk proponuje, aby po prostu wyjść poza historię. To byłoby możliwe, gdyby na świecie nie było żadnego państwa poza Unią Europejską.

Jeśli mamy zastanowić się nad tym, czego zabrakło w jego wystąpieniu, to np. odpowiedzi, jak postępować wobec powstającego imperium chińskiego, potężniejszego niż Unia i Stany Zjednoczone razem. Jak poradzić sobie ze światem islamu, dynamicznym, ekspansywnym i poszukującym własnej politycznej drogi. Jest też populacja Afryki, eksplodująca, żyjąca w ogromnym ubóstwie. To są wszystko fakty, których nie można zignorować. Nie możemy powiedzieć, że mamy Unię Europejską, historia się skończyła, a my żyjemy sobie w pokoju.

Wróćmy zatem do historii. Który z antycznych pisarzy jest dziś najbardziej aktualny i może nam powiedzieć coś istotnego o naszych czasach?

Wskazałbym dwa nazwiska. Z jednej strony to oczywiście Cyceron. Analiza upadku jego państwa, którą zawarł w traktacie De re publica, jest wciąż aktualna również dla nas. Cyceron pokazuje i tłumaczy transformację republiki w państwo bardziej scentralizowane, bezwiednie przygotowując nadejście formy państwa z czasów Augusta. Drugi to Salustiusz, historyk czasów późnej republiki, ze swoją pesymistyczną, lecz realistyczną wizją polityki. Pokazuje, jak wojny domowe i zamieszki I wieku przed Chrystusem nie wydarzyły się przypadkiem, lecz stanowiły konsekwencję wewnętrznego rozprzężenia obyczajów. Ta diagnoza może okazać się profetyczna także w odniesieniu do naszych czasów.

Dziedzictwo Europy to antyk, ale to również chrześcijaństwo. Czy uważa Pan, że chrześcijaństwo odegra jeszcze jakąś rolę w dziejach zachodniej Europy?

Chrześcijaństwo znajduje się u korzeni naszej europejskiej tożsamości. Sądzę, że nawet bardziej niż dziedzictwo świata antycznego. Zresztą przez wieki dzieła autorów starożytnych były interpretowane za pośrednictwem chrześcijaństwa. W pewnym sensie chrześcijaństwo jest Europą.

Skutkiem porzucenia, a nawet walki z tym dziedzictwem od XVIII wieku stało się w dłuższej perspektywie podcięcie naszych korzeni. Teraz ponosimy konsekwencje. Na przykład współczesne państwo demokratyczne nie ma podstaw gwarantujących jego funkcjonowanie. Sposób, w jaki ludzie odnoszą się do siebie, lojalność, rodzina, wiara w Boga, moralność… wszystkie te rzeczy, których nie da się zawrzeć w pisanej konstytucji, ale bez których demokracja nie działa. Z powodu niszczenia chrześcijaństwa demokracja powoli przemija i jest w nieustannym kryzysie.

W tym momencie można powiedzieć, że chrześcijaństwo w Europie Zachodniej właściwie zanikło. Nawet wśród tych niewielu ludzi, którzy mogliby powiedzieć, że mają katolickie lub protestanckie korzenie. Mówią, że są chrześcijanami, bo byli jeszcze ochrzczeni, ale czy rzeczywiście w cokolwiek wierzą, czy też jest to jedynie wyraz pewnej przynależności kulturowej? Niewielu ludzi można naprawdę nazwać chrześcijanami, większość to w najlepszym razie monoteiści, którzy uważają, że w ostateczności wszystkie religie są takie same, a Święta Trójca czy Maryja Dziewica to jedynie symbole. W tej chwili z chrześcijaństwa w Europie Zachodniej zostało niewiele. Jeżeli spojrzymy na statystyki, już teraz więcej ludzi realnie praktykuje islam niż katolicyzm.

Mam niewielką nadzieję, że wobec wzrostu islamu i postępującej dezintegracji społecznej i ekonomicznej na Zachodzie, ludzie mogą na nowo odkryć chrześcijaństwo, by potwierdzić swoją tożsamość. Kiedy presja z zewnątrz jest tak duża, może pojawić się potrzeba zdefiniowania siebie samych. Jeszcze dwa pokolenia wstecz nie było takiej potrzeby.

Wobec masowej imigracji ludzi z innych kultur, Europejczycy mogą zapragnąć samookreślenia: „my, czyli chrześcijanie”. Może więc pojawić się pewna forma chrześcijaństwa, konieczna, aby zdefiniować się w opozycji np. do islamu. Nie wiem, czy to nowe, może „drugie” chrześcijaństwo może być bardziej duchowe, raczej nie będzie opierać się na żarliwej wierze i modlitwie. To będzie raczej formuła przyznawania się do dawnej kultury europejskiej. Trudno też przewidzieć, na ile ten proces może osiągnąć masowy charakter.

Nasze czasy nie są pierwszą epoką, w której ogłasza się kryzys Europy. Zajmuje się Pan także niemieckim myślicielem Oswaldem Spenglerem, który już 100 lat temu pisał o „zmierzchu Zachodu”.

Jestem pod wielkim wrażeniem Oswalda Spenglera. Mogę chyba określić siebie jako jednego z kilku obecnie spenglerian, przewodniczę nawet Oswald Spengler Society. Jestem więc, jeśli chodzi o Spenglera, nieco stronniczy. Tak, uważam, że nawet dziś, w roku 2018, to, co Spengler przewidywał w roku 1918, jest w 90, a może 95% wciąż aktualne. To, co przewidywał jako nasz przyszły rozwój, rzeczywiście się wydarzyło.

To zresztą wcale nie musi prowadzić tylko do pesymistycznych wniosków. On bardzo dobrze wyraził przede wszystkim ideę, że wszystkie wielkie kultury mają swoje narodziny, swój początek, apogeum, upadek i śmierć.

Rzeczywiście, myślę, że nasza kultura bardzo powoli zmierza – jak kultura grecko-rzymska w I wieku przed Chrystusem – do pewnej formy końca swojej biologicznej ewolucji. I może wejść w okres może nie posthistorii, ale stagnacji. Jeszcze do tego nie doszliśmy, ale już wkrótce…

Ja niestety nie wierzę w nastanie prawdziwego renesansu Europy. Myślę raczej o możliwości pewnej stabilizacji, o kreowaniu dążeń do nieco bardziej konserwatywnych form rządów, obrony wartości europejskich i przekazania ich naszym dzieciom. Być może osiągniemy – po okresie wewnętrznych zamieszek, a nawet wojen domowych na zachodzie Europy – okres imperialnej stagnacji, gdzie wszystko jest wewnętrznie dobrze uporządkowane. Będziemy raczej dbali o przeszłość niż rozwijali cokolwiek dla przyszłości.

A co z przyszłością świata? Czy czeka nas globalna cywilizacja, jak na ulicach San Francisco, z wielością narodów, języków i ras, czy raczej walka imperiów?

Walka imperiów, ewidentnie. Nawet sama idea globalizacji nie jest wcale prawdziwa. Jedyną cywilizacją, która stała się zglobalizowana i zróżnicowana, jest cywilizacja europejska. Wspomniał Pan o ulicach San Francisco; to samo można powiedzieć o Paryżu czy Londynie, gdzie spotkamy ludzi ze wszystkich kultur, o różnych korzeniach. Ale to wszystko dotyczy Europy i USA.

Kiedy udamy się np. do Chin, do Pekinu, nie spotkamy mas ludzi ze świata islamu, z Afryki czy Europy, tylko samych Chińczyków. Oni żyją w samowystarczalnym świecie, gdzie nie zrobisz kroku jedynie ze znajomością angielskiego. Podobnie jest w Bagdadzie, w Kairze, a nawet w Indiach. Powiedziałbym, że już teraz żyjemy w świecie olbrzymich kulturowych, a często i politycznych bloków: Chiny, Indie, świat islamu, jest też południowa część Afryki, obecnie w stanie chaosu. Wszystkie te regiony są raczej homogeniczne pod względem kultury, a często i polityki. Jedyną częścią świata, która naprawdę uległa globalizacji jest Europa.

Nie powinniśmy ulegać złudzeniu, że skoro nasze kraje stały się „wymieszane”, to podobnie jest na całym świecie. Wprost przeciwnie: jedyną kulturą, która znika wskutek globalizacji, jest cywilizacja europejska.

Cywilizacja chińska nie ulega żadnemu wymieszaniu kultur. Wprost przeciwnie, każdy w tej chwili odkrywa na nowo swoją tożsamość. Chińczycy w ostatnich latach dokonali ogromnego wysiłku, aby odnowić tradycję sprzed rewolucji, nawiązują do Konfucjusza czy Lao Tse. Muzułmanie są przekonani o konieczności wracania do dorobku przodków, Indie są często postrzegane jako kraj nacjonalistyczny. Wszędzie widzimy tworzenie bloków kulturowych, z wyjątkiem Zachodu, gdzie staramy się być otwarci, tolerancyjni i ulegamy coraz większym wpływom, a częściowo wręcz zalewowi ze strony innych cywilizacji.

Ostatnie pytanie będzie do historyka starożytności. Tak wiele pokoleń badaczy pracowało nad tą epoką. Czy w tej dziedzinie jest jeszcze cokolwiek nowego do odkrycia?

Oczywiście mógłbym odpowiedzieć, że zawsze można na nowo interpretować stare teksty i dostrzegać w nich nowe znaczenia. Tak, możemy robić nowe rzeczy. Z jednej strony badamy – ten nurt stał się bardzo silny – obrzeża świata antycznego. Odkrywamy epoki i źródła, których nie braliśmy dostatecznie pod uwagę. Na przykład ja sam jestem specjalistą od Seleukosa, jednego z hellenistycznych następców Aleksandra Wielkiego, który panował nad Iranem, Afganistanem, Irakiem i Syrią. Zostało odkrytych wiele nowych źródeł: inskrypcji, monet, zabytków archeologicznych, które pomogły nam zrozumieć to ogromne imperium. A jeszcze kilka dekad temu było ono prawie nieznane, bo zostało po nim niewiele śladów i zachowanych źródeł. Czyli przynajmniej na obrzeżach świata starożytnego jest jeszcze wiele do zrobienia. I oczywiście wciąż odkrywamy nowe papirusy, a praca nad papirusami z Herkulanum i Pompei cały czas postępuje. Czyli otrzymujemy nowe informacje.

Oczywiście nie odkryjemy nowego cesarza rzymskiego, bo już wszystkich znamy, czyli istnieją ograniczenia w poszerzaniu naszej wiedzy. Ale wciąż istnieją w tej wiedzy spore luki i nadzieja, że uda się je wypełnić. Z drugiej strony rzeczywiście wciąż na nowo czytamy stare teksty – Cycerona, Wergiliusza, Liwiusza, Salustiusza czy Polibiusza. Treść ich dzieł jest znana od stuleci, ale każda generacja uczonych próbuje na nowo określić swój stosunek do tego, co napisali ci autorzy, tak ważni dla powstania i rozwoju kultury europejskiej.

Jednym z licznych problemów naszej tożsamości jest zanik związku współczesnej edukacji z korzeniami Europy, jak antyk, wczesne chrześcijaństwo czy Stary Testament. Te wszystko źródła, z których w drugim millenium wyrosła nasza kultura, przestały stanowić podstawę wykształcenia, a zainteresowanie nimi ogranicza się do wąskiej grupy specjalistów.

Za to odcięcie korzeni płacimy dziś cenę. Wyrosło pokolenie, które nie czuje żadnego związku ani poczucia solidarności z własną przeszłością. Dla moich studentów starożytny Rzym jest czymś równie odległym, jak starożytne Chiny. Zanikło poczucie jakiejkolwiek ciągłości intelektualnej i z jednym, i z drugim. Rezygnacja z wykształcenia ogólnego spowodowała, że moi studenci postrzegają jako obce wszystko, co wydarzyło się przed II wojną światową. Nie wiedzą np., że są duchowymi i kulturalnymi potomkami XIX wieku. Żyją już poza historią.

To jest poważny problem, z którym porządny system edukacyjny i porządny management kulturowy będzie się musiał zmierzyć, aby przywrócić sens naszej tożsamości. Bo bez poczucia tożsamości – widzimy to dziś na zachodzie Europy – stajemy się bezbronni w obliczu nacisku takich kultur jak islam, który jest mocno zakorzeniony w swojej przeszłości, w swoim micie założycielskim, swojej wizji rodziny i społeczeństwa. Europa została tego wszystkiego pozbawiona. Powstała wielka próżnia tożsamości, którą inne siły mogą bez trudu wypełnić.

Rozmowa Antoniego Opalińskiego z prof. Davidem Engelsem, pt. „Nadchodzi epoka imperiów”, znajduje się na s. 1 i 5 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Rozmowa Antoniego Opalińskiego z prof. Davidem Engelsem, pt. „Nadchodzi epoka imperiów” na s. 5 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Monika Banasiak, ex-żona „Słowika”: Kobiety w więzieniach potrafią być bardziej okrutne i perfidne niż mężczyźni [VIDEO]

Monika Banasiak opowiedziała o książce pt. „Słowikowa o więzieniach dla kobiet”, której współautorem jest Artur Górski.

Opis ze strony wydawnictwa Proszczyński i S-ka: „Samobójstwa, samookaleczenia, kobiecy seks i piekło, które kobietom gotują kobiety. Więzienia dla mężczyzn to temat dobrze znany. Ale zakłady karne dla kobiet to temat tabu. Tymczasem ten świat kieruje się zupełnie innymi zasadami niż świat męskich więzień. Ten świat doskonale poznała „Słowikowa”, czyli Monika Banasiak. Spędziła w nim ponad dwa lata jako podejrzana o kierowanie grupą przestępczą. Do aresztu śledczego „wjechała” na legendzie żony słynnego pruszkowskiego bossa, a to wcale nie ułatwiało jej życia. Trudno powiedzieć, czy bardziej ją szanowano czy prowokowano; jak sama wspomina: dojechanie Słowikowej to było coś! W pewnym momencie otarła się nawet o śmierć z ręki współosadzonej. Dopiero teraz zdecydowała się na szczerą opowieść o miejscu, które nazywane jest najniższym kręgiem piekła”.

Podtytuł tej książki brzmiałby „Słowikowa w miejscu, gdzie człowiek musi stanąć przed wyborem siebie, w miejscu, które łamie ludzi”.

Zdaniem naszego gościa, należy bardzo mocno zastanowić się, jakie sankcję karne stosować dla kobiet.

„W damskich więzieniach znajdują się różne kobiety. Część z nich zasłużyła sobie na swój los, a część nie. Kobiety na ogół nie są stworzone do tego, aby zamykać je w więzieniach. Z drugiej strony kobiety potrafią być bardziej okrutne i perfidne od mężczyzn”.

Przemoc i agresja w zakładach zamkniętych są na porządku dziennym. Nieumiejętnością opanowania negatywnych emocji, doprowadza często do ogromnych konfliktów. Kobiety używają przemocy fizycznej, psychicznej.

Na koniec rozmowy Monika Banasiak zachęciła do zakupu swojej książki, w której jak podkreśla, pisze, o tym, jak dawała sobie radę, w skrajnie trudnym środowisku, jakim jest więzienie:

„To książka o tym, jak ocaliłam siebie i jak znalazłam swoją wewnętrzną wolność”.

JN