Polacy biorą się za łby głównie z powodu różnic w pojmowaniu Prawdy i związanej z tą fundamentalną dla ładu społecznego wartością – tj. światową, destrukcyjną ofensywą barbarzyńskiego postmodernizmu.
Herbert Kopiec
Będąc już nie pierwszej młodości belfrem, obserwuję od lat, że z roku na rok młodzi ludzie coraz mniej wiedzą o Polsce i świecie. Jeśli ktoś gotów byłby zasilić szeregi „siewców nienawiści”, to zapewne nazwałby ich ignorantami. Nic by się raczej nie stało, bo odnoszę wrażenie, że nie bardzo się tą swoją przypadłością przejmują. Nie mówiąc już o zawstydzeniu. Miałem studenta, który z wielką pewnością siebie zapewniał mnie, że znakomicie orientuje się, co dzieje w Polsce i na świecie, ponieważ regularnie czyta lewicowy, antykatolicki tygodnik „NIE” Jerzego Urbana. Na moje pytanie, czy wie, kim był/jest Jerzy Urban, odpowiedział: „ależ tak, wiem, to chyba ładowany gość, gazeta przecież dobrze się sprzedaje”… (…)
Nicolas Gomez Davila był zauważył, że „ażeby zgorszyć lewicowca, wystarczy powiedzieć prawdę”. Trudno się temu dziwić, jeśli zważyć, że rasowy lewak (tzw. marksista kulturowy, obecny w moich felietonach „agent transformacji”) – z grubsza rzecz biorąc – pojmuje rzeczywistość świata i człowieka w oparciu o dwa wielkie aksjomaty.
Pierwszy aksjomat głosi, że we wszechświecie nie istnieją wartości absolutne. A więc nie ma standardów dobra i zła, piękna i brzydoty. Natomiast drugi aksjomat jest taki: „We wszechświecie pozbawionym Boga lewica utrzymuje wyższość moralną jako ostateczny arbiter działań ludzkich”. (…)
Amerykanie, którzy dziś przyjmują te patologiczne idee, nie wiedzą, że wylęgły się one w marksistowskich głowach (Gramsci, Adorno, Marcuse oraz szkoła frankfurcka), a ich celem był/jest przewrót i obalenie cywilizacji zachodniej. (…) Ideowy dorobek Gramsciego łatwiej obserwować nie poprzez bezpośrednie odniesienie do jego nauki, ale poprzez spustoszenie cywilizacyjne: społeczne, polityczne, obyczajowe i religijne, jakie na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat dokonało się w Stanach Zjednoczonych . (…)
Doświadczenie dowiodło, że najprostszą drogą zdobycia kontroli nad społeczeństwem jest utrzymanie społeczności w niewiedzy (w ignorancji, H.K.) i niezdyscyplinowaniu co do podstawowych wartości, z jednoczesnym odwracaniem uwagi od spraw zasadniczych i skupieniem jej wokół spraw, które nie mają żadnego znaczenia. Dlatego w szkołach należy zadbać o utrzymanie młodego pokolenia w nieznajomości prawdziwej historii, ekonomii, prawdziwego prawa. Niech się nie uczą, nie stresują. Nauka jest tylko dla niektórych. Dla tych, którym będzie potrzebna, którzy będą sterować. (…)
Prof. E. Potulicka, analizując ogólny poziom edukacji Amerykanów, wprawdzie uznała za stosowne posłużyć się wymownie/prowokacyjnie(?) sformułowanym pytaniem: „Czy Stany Zjednoczone dotknęła epidemia głupoty?, jednak polski czytelnik może spokojnie (bo czerpaliśmy stamtąd wzory) odetchnąć.
„W Stanach Zjednoczonych nie ma epidemii głupoty, natomiast jest ignorancja”. Przyczyna? Ano, „obecny zasób wiedzy jest tak ogromny, że poza własną wiedzą specjalistyczną wykazujemy dużą ignorancję”. Koniec. Kropka.
„Neoliberalny kapitał – wyjaśnia dalej prof. Potulicka – potrzebuje robotników, którzy chętnie wykonują to, co się im zleca, i myślą w sposób dozwolony. Produkcja takiego materiału ludzkiego jest najbardziej fundamentalną rolą szkolnictwa funkcjonującego zgodnie z ideologią korporacjonizmu”. Dla klarowności wywodów postawmy kropkę nad i. Zauważmy bowiem, że wyszło na to, iż mamy do czynienia z osobliwym zblatowaniem interesów korporacjonizmu z… ignorancją. W takiej perspektywie trudno się poniekąd dziwić, że promotorzy zarysowanej strategii, zmierzającej do wytrenowania „nowej generacji robotników”, z wyniosłą arogancją ujmują ją także w słowach: „Przetrwanie ludzkości wymaga, by ci, którzy nie myślą, nie przeszkadzali myślącym”.
Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Ignorancja w służbie postępu” znajduje się na s. 5 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Herberta Kopca pt. „Ignorancja w służbie postępu” na s. 5 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
Jeśli pozostaniemy bierni, nasza tożsamość narodowa, religijna, kulturalna będzie zagrożona. Może nie dosłownie nasza, ale na pewno naszych dzieci i wnuków – a to przecież dla nas jeszcze smutniejsze.
Celina Martini
Piękny zamysł Schumanna, Monneta i Adenauera zbudowania pokojowej Europy opartej na łączących ją wartościach chrześcijańskich i wspólnej, wywodzącej się z Antyku kulturze, został zawłaszczony przez uzurpatorów wyznających dokładnie przeciwne poglądy.
Tym razem Nowy Człowiek zostanie uwolniony już nie od swej własności prywatnej, lecz od swej tożsamości. Cele walki są te same, co przed stu laty: rodzina, naród, religia, zwłaszcza katolicka, która pozostała głównym i zasadniczym wrogiem twórców Nowego Człowieka. Środki zaś zostały zamienione z „twardych”, jak więzienia, łagry, bagnety i karabiny, które niszczyły przede wszystkim ciało, ale często duszy zwyciężyć nie mogły, na o wiele skuteczniejsze i tańsze środki „miękkie”, które atakują wprost mózgi, serca i dusze. Fałszywe teorie naukowe, fałszywe wartości, deprawacja, zmieniają ludzką mentalność, rozbijają związki międzyludzkie, niszczą wielowiekową kulturę i tradycję. Aborcja, eutanazja, pseudonauka gender, taran muzułmańskich imigrantów do dekompozycji homogenicznych społeczności – to wszystko narzędzia nowych uszczęśliwiaczy ludzkości. Wyalienowana jednostka wydana na łup własnych zachcianek i żądz, karmiona lewicowymi dogmatami – kontrkulturą, postprawdą i dekonstrukcją, pozbawiona tożsamości i oparcia w rodzinie, w tradycji i wierze, stanowi łatwy materiał do manipulacji dla tych, którzy uznali się godnymi władzy nad światem.
Proces budowy Nowego Człowieka na tzw. Zachodzie postępuje w tempie błyskawicznym i zmierza ku ukończeniu. „Krwawy skończy się trud, gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród” (kto dziś pamięta tekst Międzynarodówki – hymnu komunistów…).
W Polsce proces ten, mimo konserwatywnej władzy, również rozszerza się z szybkością pożaru w lesie, a lud w ogóle nie reaguje – czego dowodem była smętna grupka protestująca w Warszawie przeciw lekcjom „równości” Trzaskowskiego. O ile więcej czarnych parasolek manifestowało akceptację dla aborcji!
W naszym społeczeństwie wiedza na temat zagrożeń marksizmem kulturowym jest znikoma. Niedawno dotkliwie uzmysłowiła mi powagę sytuacji wypowiedź pewnej bliskiej mi osoby, lekarki-matki-katoliczki, na temat warszawskich protestów: „Zawsze mnie intrygowało, dlaczego część większości tak się boi znacznej mniejszości. O ile wiem, osoby LGBTQ stanowią niezmiennie ok. 5%, niezależnie od doświadczanych represji czy tolerancji. Tak jak nie można zmienić orientacji z homo na hetero, tak nie można i w drugą stronę. Skąd więc niepokój, że dzieci nagle zmienią orientację pod wpływem lekcji zorganizowanej w szkole?”. Potem dodała, że przejrzała podręczniki proponowane do lekcji i że protest jest manipulacją Centrum Życia i Rodziny i podobnych organizacji.
Oznacza to, że przeglądając podręczniki, nie zauważyła lewackiej ideologii wylewającej się z każdej strony (ja też przejrzałam).
Dla „nieuświadomionych” takie hasła jak ‘równość’, ‘tolerancja’, ‘akceptacja odmienności’, ‘przełamywanie stereotypów’, ‘pomoc uchodźcom’ brzmią bardzo pozytywnie.
Mało kto domyśla się, jaką faktyczną treść niosą te słowa w interpretacji „ludzi postępu”. Zastanawiam się więc, co można zrobić, żeby uczulić – przynajmniej katolików – na problem rewolucji kulturowej i jej niepokojących możliwych rezultatów.
Cały artykuł Celiny Martini pt. „Widmo komunizmu krąży nad Europą” znajduje się na s. 2 i 3 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Celiny Martini pt. „Widmo komunizmu krąży nad Europą” na s. 2 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
„Mowa nienawiści” – czuję się wręcz osaczony tą etykietą. Boję się słuchać, ale jeszcze bardziej boję się mówić. Wszędzie bowiem mowa nienawiści rozbrzmiewa jak dzwon. Ogłusza swym dźwiękiem i rani.
Paweł Bortkiewicz TChr
Nie – dla „mowy nienawiści”?
Chciałbym się jej sprzeciwić. To oczywiste, bo słowo ‘nienawiść’ wskazuje na postawę, której nie mogę zaakceptować. Żeby walczyć z „mową nienawiści”, muszę ją zidentyfikować, rozróżnić w tysiącach słów, w prostych i złożonych komunikatach. W tym celu sięgam do dwóch tekstów dwojga znakomitych znawców słowa, mowy i nowomowy. Do tekstów prof. Jadwigi Puzyniny i prof. Michała Głowińskiego.
W tekście Mowa nienawiści – a etyka słowa ZES (ZES to Zespół Etyki Słowa przy Radzie Języka Polskiego) prof. Puzynina zwraca uwagę na to, że „Wyrażenie ‘mowa nienawiści’ (ang. hate speech) jest obecnie międzynarodowym terminem określającym negatywnie oceniane i zwalczane przez wiele środowisk agresywne wypowiedzi kierowane do jednostek lub zbiorowości, ale właściwie adresowane zawsze do zbiorowości, zbiorowości takich których się w zasadzie n i e w y b i e r a. Są to przede wszystkim grupy naturalne”. Dodaje jednak, że „niektórzy autorzy artykułów i książek zajmujących się mową nienawiści chcą ją widzieć także jako piętnującą osoby i grupy ludzkie o odmiennych (wybieranych przez nie) poglądach, szczególnie orientacjach politycznych”. Nietrudno dostrzec, że adresaci „mowy nienawiści” (przyjmuję tę mowę jako założenie) są zróżnicowani. Kim innym są bowiem przedstawiciele grup naturalnych (orientacji seksualnych czy ras), a kimś innym ludzie deklarujący i realizujący poglądy polityczne.
Istotnie bezpodstawne jest ocenianie w kategoriach dobra lub zła tego, że ktoś jest homoseksualistą, ale zasadne jest ocenianie na przykład promocji homoideologii przez polityka.
Oczywiście nie usprawiedliwiam w tym momencie nienawiści wobec polityka – homoideologa, ale zwracam jedynie uwagę na zasadność samej oceny etycznej jego postępowania.
Pani Profesor próbuje przybliżyć samo pojęcie ‘mowy nienawiści’: „Samo określenie ‘mowa nienawiści’ wydaje się w bardzo wielu wypadkach naruszeń etyki jako słowa przesadne. W Innym słowniku języka polskiego PWN czasownik ‘nienawidzić’ opatrzony jest następującą, trafną definicją: »Jeśli ktoś nienawidzi jakiejś osoby, to czuje do niej bardzo silną niechęć lub wrogość i jest zdolny życzyć jej nieszczęścia lub cieszyć się jej nieszczęściem«. Nienawiść jest w tym słowniku określona jako »uczucie, jakie żywimy wobec kogoś, kogo nienawidzimy«”. Nienawiść jest tutaj wyraźnie określona jako uczucie. Mowa nienawiści jest zatem ekspresją uczuć. Oczywiście mowa podlega ocenie etycznej podobnie jak czyn (w przestrzeni religijnej mówimy – „zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”). Niemniej mowa – raz jeszcze to podkreślę – dotyczy sfery uczucia, sfery, która naznaczona jest dość dużym subiektywizmem. O ile zatem spoliczkowanie kogoś jest czynem jednoznacznym, o tyle wypowiedziane emocjonalne słowo takiej jednoznaczności mieć nie musi. Chyba dlatego prof. Puzynina stwierdza: „Hejty, zwłaszcza dotyczące osób niepełnosprawnych, innych seksualnie czy też kobiet bywają raczej pogardliwe, poniżające, obraźliwe, ale nie aż nienawistne”.
Tutaj docieram do pierwszego ważnego dla mnie wniosku – nie wszystkie negatywne, krytyczne, nawet pogardliwe oceny i opinie stanowią mowę nienawiści.
Zatem czy na przykład krytyczne, nawet posunięte do ostrego określenia oceny działań polityka, który usiłuje dokonać – jak sam to określa – rozdzielenia sfery kościelnej i miejskiej poprzez wyrzucenie z herbu stanowiącego nową wizualizację miasta elementów religijnych – krzyża i kluczy Piotrowych – jest wyrazem nienawiści czy krytyki działań? Czy przywoływanie afer finansowych lub w najbardziej łagodnej wersji – niejasności finansowych związanych z posiadaniem kilku kont bankowych, kilku mieszkań, niejasnym udziałem w jednej z największych afer finansowych – jest wyrazem nienawiści czy po prostu demaskacji? Czy nazywanie dążenia osób homoseksualnych do legalizacji ich związków pod nazwą ‘małżeństwa’, które to pojęcie posiada jednoznaczną konotację – nazwanie tych działań ‘roszczeniami’, a nie ‘prawami’ – jest wyrazem nienawiści? Czy przykładem nienawiści jest określanie niektórych mediów znajdujących się w rękach obcego kapitału i realizujących nie polskie interesy, ale interesy właściciela, „mediami polskojęzycznymi”, a nie polskimi?
W żadnym z tych określeń nie ma w gruncie rzeczy wrogości czy życzenia nieszczęścia bądź cieszenia się nieszczęściem. To, że ktoś jest obcy mi światopoglądowo, nie oznacza, że jest wrogiem. Jest po prostu obcym. Nie jest z ojczyzny mojej. To, że ktoś jest demaskowany jako pospolity, choć niebanalny oszust, jeśli nawet kryje w sobie wolę ukarania – to jako oczekiwanie sprawiedliwości, a nie żądzę odwetu i sprowadzenie nieszczęścia.
Jeśli pomyli się kategorie obcości i wrogości, sprawiedliwości i odwetu, zasadnej kary i nieszczęścia, rujnuje się podstawy cywilizacji.
Na ten problem rozróżnienia zwraca uwagę prof. Michał Głowiński w swoim tekście z 2007 roku. Pisze, proponując przeciwstawienie retoryce nienawiści – retorykę empatii: „W rozróżnieniu retoryki nienawiści i retoryki empatii, choć nie jest to przeciwstawienie ogarniające całość zjawisk, podstawowym kryterium jest stosunek do tego, przeciw komu dyskurs jest skierowany. (…) W retoryce nienawiści jest on pojmowany jako wróg, a więc ktoś wyzbyty wszelkich racji, ktoś, kogo w życiu publicznym trzeba wszelkimi dostępnymi środkami zdezawuować, unieszkodliwić czy wręcz zniszczyć. W retoryce niewykluczającej choćby minimalnego udziału empatii ten, z którym podmiot polemizuje, przeciw któremu kieruje swą wypowiedź, traktowany jest jednak nie jako wróg, ale przeciwnik”. Profesor przyznaje, że trudno jest precyzyjnie przeprowadzić między tymi kategoriami rozróżnienie semantyczne, ale przyznaje, że najbardziej istotne w tym rozróżnieniu byłoby uznanie, że o ile w walce z wrogiem stosować można środki wszelkiego rodzaju, o tyle z przeciwnikiem takich środków nie godzi się stosować – i to jest uznane i przyjęte przez oponentów.
Pani Profesor zwraca wreszcie w swoim tekście uwagę na sprawę pryncypialną: „Do istotnych praw człowieka zaliczamy przy tym również prawo odbiorców do p r a w d y w komunikacji”. I wyjaśnia: „chodzi zarówno o prawdę w opisywaniu rzeczywistości, zależną od autentycznej wiedzy na temat tego, o czym się mówi (o tzw. prawdę epistemiczną; z tym wiąże się wymaganie posiadania takiej wiedzy od głoszących ją nadawców), jak też o prawdę stanowiącą przeciwieństwo kłamstwa (tj. mówienia tego, czego samemu nie uważa się za prawdziwe)”.
Ta sprawa ma znaczenie absolutnie centralne i zasadnicze. Niestety w całej obecnej dyskusji wokół tzw. mowy nienawiści nie liczy się zupełnie pojęcie prawdy i kłamstwa. Zupełnie nie ma znaczenia horyzont obiektywizmu. To niewątpliwie element kultury postmodernistycznej, która cierpi na alergię wobec pewników, wobec kategorii jednoznacznie definiowanych. To dlatego nie ma już normy i patologii, dobra i zła, prawdy i kłamstwa, mądrości i głupoty. Jednoznaczne określenie patologii, zła, kłamstwa czy głupoty działania spotyka się z naruszeniem neutralności światopoglądowej obowiązującej w pluralizmie aksjologicznym, dyktacie poprawności politycznej.
Inaczej mówiąc – propozycja jest taka: albo zgodzę się żyć w świecie, w którym zło jest dobrem inaczej, patologia – normą inaczej, kłamstwo formą użytecznego przekazu, kompromisu, a głupota staje się słowem zakazanym, albo – mogę się zamknąć w jakiejś niszy własnych poglądów, nie mając prawa wyrażania ich publicznie w przestrzeni świata wolności – równości i tolerancji.
W tym miejscu przywołują się same bezcenne słowa Orwella, dziwne, że nie podjęte przez żadnego ze znakomitych profesorów analizujących ‘mowę nienawiści’: „Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, co ją głoszą. Prawda jest nową mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania jest rewolucyjnym czynem”.
Intrygujące jest określenie przez prof. Głowińskiego wyróżników retoryki nienawiści. Syntetycznie ujmując, można je tak oto przedstawić:
„Jest to retoryka racji bezwzględnych. Są one zawsze po naszej stronie, bezdyskusyjnie nam przysługują”.
„Retoryka nienawiści w istocie nie zwraca się do tych, którzy stali się jej przedmiotem. O nich mówi, ich oskarża, budzi do nich właśnie nienawiść, ale do nich się nie zwraca”.
„Niezbywalnym elementem retoryki nienawiści są podziały dychotomiczne. [..] Podziały dychotomiczne łączą się bezpośrednio z aksjologią”.
„Podziały dychotomiczne łączą się zwykle ze spiskowym widzeniem świata”.
Określanie konkretnych osób i czasem ich grup – „wartościowanie jest całkowicie jednoznaczne i jednorodne: wszystko, co można o nich powiedzieć, ma świadczyć przeciw nim i je kompromitować”.
„Swoistość występującego w niej [retoryce nienawiści] podmiotu. […] Podmiot mówiący wypowiada prawdy uznawane za ostateczne i bezdyskusyjne, formułuje swoje twierdzenia w sposób skrajnie apodyktyczny. Legitymizacja znajduje się bowiem nie w mówiącym, ale w ideologii, którą reprezentuje, w słuszności tego, co mówi itp.
Nie sposób w tym miejscu podejmować szerszej analizy tych wyróżników. Jeśli nawet wydają się one oczywiste i zasadne, to poczucie to może ulec zachwianiu, gdy doczyta się ilustracje tych wyróżników podane przez prof. Głowińskiego – są nimi artykuł Marka Nowakowskiego pod „Oskarżam!” („Dziennik” z 9 stycznia 2007 r.), publicystyka Jerzego Roberta Nowaka („Z narodem czy z dworem?”, „Nasz Dziennik” z 20 marca 2007 r.), fragment wypowiedzi radiowej ówczesnego premiera: „Polskie państwo było do tej pory jakimś gigantycznym skandalem”(cyt. za „Gazetą Wyborczą” nr 80 (5388) z 4 kwietnia 2007 r.).
Pani prof. Puzynina deklaruje tymczasem w imieniu Zespołu Etyki Języka: „Łączy się z tym zdecydowana ponadpolityczność wszelkich naszych wypowiedzi, czym różnimy się od części narracji przeciwników mowy nienawiści”. I w tym miejscu stawiam sobie pytanie o ową „ponadpolityczność” analiz prof. Głowińskiego. Jest ona taką w świecie, w którym jest alergia na tych, co mają tak za tak, nie za nie, bez światłocienia, ale nie jest to postawa ponadpolityczna w świecie tych, co tęsknią za owym światem bez światłocienia. W tym miejscu przypomina się znów inny ciekawy cytat na temat „mowy nienawiści” – „obecnie walka z mową nienawiści polega na przypisywaniu własnej nienawiści politycznym przeciwnikom” (prof. Roger Scruton).
Cały ten wywód miał być w zamierzeniu moim osobistym wyznaniem stanowczego i jednoznacznego potępienia mowy nienawiści. Może nie wyszło to przekonująco, ale dlatego, że wciąż nie wiem, czym ona w swej istocie jest. Nie wiem i nie chcę jej poznawać. Deklaruję jednoznacznie – zdecydowane NIE mowie nienawiści. Natomiast jednoznaczne TAK, absolutnie bezwzględne TAK mowie sprzeciwu! Mowie sprzeciwu wobec patologii, zła, kłamstwa, głupoty. Nawet, jeśli to będzie wyrazem mniejszości poglądów. To nie może przerażać.
Bo jak pisał mądry Orwell: „Należenie do mniejszości, nawet jednoosobowej, nie czyni nikogo szaleńcem. Istnieje prawda i istnieje fałsz, lecz dopóki ktoś upiera się przy prawdzie, nawet wbrew całemu światu, pozostaje normalny. Normalność nie jest kwestią statystyki”.
Wierzymy w możliwość dochodzenia w wielu wypadkach w spokojnych rozmowach do porozumienia lub przynajmniej życzliwego rozumienia inności poglądów i przekonań rozmówcy, które my inaczej niż on pojmujemy i oceniamy. Warto przypomnieć wypowiedź Michała Głowińskiego z cytowanego wyżej artykułu Retoryka nienawiści: „Jako przeciwstawienie retoryki nienawiści traktować można retorykę empatii. A ona, nawet gdy powołana do celów polemicznych wobec osób, instytucji, wysoce krytyczna, wykazuje dla drugiej strony pewne zrozumienie, uznaje, że to, co mówią jej przedstawiciele, co reprezentują i do czego zmierzają, nie jest po prostu wynikiem złej woli, bandyckich zamierzeń, podłych i potępienia godnych gier. […] W interesujących nas przypadkach empatyczność retoryki polega przede wszystkim na tym, że mówca, publicysta, komentator jest w stanie choćby w stopniu minimalnym zrozumieć racje tego, z którym polemizuje lub którego oskarża. Innymi słowy, nienawiść i pogarda nie stają się czynnikami bezwzględnie dominującymi w wypowiedzi”.
Łączy się z tym zdecydowana ponadpolityczność wszelkich naszych wypowiedzi, czym różnimy się od części narracji przeciwników mowy nienawiści.
Artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „Nie – dla »mowy nienawiści«?” znajduje się na s. 7 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „Nie – dla »mowy nienawiści«?” na s. 7 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
Istnieją bowiem ideologie ofensywne i defensywne. Te pierwsze idą tak daleko, jak to jest możliwe; te drugie ustępują z drogi i giną. Przykład: ofensywa genderyzmu przeciw katolicyzmowi.
Andrzej Jarczewski
Ideologie Polaków
W Polsce pierwszych dekad XXI wieku główny podział polityczny jest rezultatem starcia dwóch ideologii: podległości i niepodległości. Ideologia niepodległości wynika z historycznych doświadczeń narodu i jest ugruntowana w arcydziełach polskiej literatury, muzyki, malarstwa, w różnych przejawach kultury chrześcijańskiej, w obyczajach, obrzędach itd. Ideologia podległości jest nowotworem złośliwym, implantowanym z zewnątrz. Arcydzieł nie wytwarza. Nieleczona… zabija.
Ideologia może być szczera i fałszywa, osobista i grupowa, uświadomiona i nieuświadomiona, korzystna i zgubna, może skłaniać do dobrowolnej aktywności lub dobrowolnej bierności itd. Jeżeli w danej sytuacji mamy możność podjęcia różnych decyzji, to o wyborze sposobu działania zadecyduje nie tylko wygoda, ale i wyznawana ideologia, chyba że wygoda stała się ideologią.
Gramatyka ideologii
Ujęcie rzeczownikowe każe widzieć ideologię, jako pewien zbiór wartości czy poglądów, podzielanych we wspólnocie. Ujęcie czasownikowe pozwala zauważyć, że ideologia działa tak, jak matryca naszych przyszłych czynów. Zgodne z tą ideologią decyzje przychodzi nam podejmować łatwo, a niezgodne trudno.
Rozróżnienia gramatyczne nabrały szczególnego znaczenia, gdy niedawno potwierdzono, że mózg człowieka szybciej operuje rzeczownikami niż czasownikami, co daje niesprawiedliwe preferencje myśleniu rzeczownikowemu. Jeżeli tak działo się w miliardach mózgów przez tysiące lat, musiało to jednostronnie kształtować cywilizację globalną w przeszłości i może być skorygowane w przyszłości. Poza tym rzeczownik, by miał sens jako nazwa, wymaga na ogół dowodu na istnienie swojego desygnatu. A to trudna sprawa, gdy w grę wchodzą abstrakcje i uniwersalia.
Filozofia czasownikowa nie skupia się na tym, czym rozpatrywana kategoria jest, ale – jak ona działa i jak działają ludzie ze względu na ową kategorię. Korzystając z paradygmatu czasownika, w kolejnych książkach przebadałem już następujące pojęcia: ‘prawda’, ‘dobro’, ‘piękno’, ‘możność’, ‘prowokacja’ i ‘ustrój’. Teraz przygotowuję Czasownikową teorię ideologii, a wybrane tezy prezentuję poniżej.
Fizyka ideologii
Dowodzenie czegokolwiek na podstawie interdyscyplinarnych analogii jest poważnym błędem metody, natomiast metodologicznie poprawne jest korzystanie z interdyscyplinarnych inspiracji. Niekiedy bowiem rozróżnienia poczynione w jednej nauce szczegółowej mogą sprzyjać badaniom prowadzonym na zupełnie innym terenie. Nie wolno tylko przenosić czy kopiować gotowych wniosków ani korzystać z obcych metod wedle jakkolwiek rozumianego podobieństwa.
Do szczególnie inspirujących rozróżnień, przydatnych w czasownikowym opracowaniu zagadnienia ideologii, zaliczam dokonany w fizyce podział podstawowych wielkości fizycznych na skalary i wektory. Nie zagłębiając się dalej, niż to pod rozpatrywanym względem jest teraz ważne, możemy powiedzieć, że w fizyce skalary mają tylko liczbową wartość fizyczną (np. 5 kg masy). To samo dotyczy powierzchni, temperatury, ciśnienia statycznego itd. Natomiast wektory mają jeszcze kierunek, zwrot i niekiedy punkt przyłożenia. By coś sensownego powiedzieć o działaniu pocisku, nie wystarczy podać wartości liczbowej jego prędkości i masy (skalary), ale trzeba znać trajektorię (kierunek) i wiedzieć, w którą stronę (zwrot) ów pocisk leci.
Analizując czasownikowo kategorię dobra, do skalarów zaliczyłem m.in. wolność, demokrację, edukację i prawdę w nauce; natomiast do wektorów: państwo, wychowanie, prawdę w sądzie, odpowiedzialność itd. Wynika to z badania korelacji dobra i danej kategorii w działaniu.
Prawda w nauce (podobnie jak nóż w kuchni) może służyć zarówno dobru, jak i złu, jest więc skalarem. Natomiast prawda w sprawiedliwym sądzie służy dobru, a fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu – złu. Tam prawda jest wektorem.
Pomocniczą inspirację w tym punkcie czerpię z logiki. Otóż w życiu nic nie dzieje się zgodnie z logiką dokładnie dwuwartościową. Matematycy opracowali więc opis pewnych aspektów rzeczywistości za pomocą logiki wielowartościowej z wykorzystaniem teorii zbiorów rozmytych (mogą być dwie wartości lub więcej, przynależność elementu do zbioru jest niepewna, a wartość liczbowa jest niedokładnie określona).
Skalary odpowiadają tylko na pytanie „ile tego jest”. Wielkości skalarne mogą być zwyczajnie dodawane i porównywane. W fizyce, gdzie długość jest skalarem, możemy powiedzieć, że pręt dwumetrowy jest dłuższy od metrowego. Podobnej oceny nie możemy wykonać względem ideologii. Nie można bowiem orzec, że dana ideologia jest większa czy mniejsza od innej, a już proste dodawanie jednej ideologii do drugiej prowadzi do absurdu. Trzeba zadawać inne pytania.
By zdefiniować wektor w filozofii, trzeba najpierw – podobnie jak w fizyce – określić przestrzeń, w której istnieją wyróżnione punkty. I jeżeli rozpatrywana kategoria zmierza do któregoś z tych punktów wyróżnionych, może być uznana za wektor, a to znów potrzebne jest do dalszego badania danej kategorii.
Dla religii punktem odniesienia jest Bóg, natomiast dla ideologii – jawne lub ukryte dobro jawnego lub skrytego podmiotu danej ideologii (podmiotu, a nie przedmiotu, którym jest zwykle pewna społeczność).
Marksistowskie teorie ideologii przyjmują (rzeczownikowo), że ideologia to uporządkowany zbiór poglądów współdzielonych przez pewną grupę. Marksiści dodają ryzykowną tezę, że te poglądy są zgodne z interesem danej grupy, a nawet, że są świadomie przyjęte przez jej członków. Jak spróbuję dalej wykazać, najciekawsze są takie ideologie własne, które są dla wspólnoty szkodliwe i są nie w pełni uświadamiane.
Bywa też, że szkodliwe składowe jakiegoś wektora są konieczne dla dobrego działania całości. Ważna jest bowiem harmonia, a nie maksymalizacja lub eliminowanie jakiegokolwiek składnika. Przykład. Wielowymiarowy wektor sprawiedliwości ma w sobie nieusuwalną składową przeciwną: niesprawiedliwe preferencje dla własnych dzieci przy dzieleniu spadku, a – w czasach głodowych – nawet przy dzieleniu chleba. To nic, że gdzieś w Afryce, czy wręcz za ścianą ktoś umiera z głodu. „Mój dorobek dostaną tylko moje dzieci!”. Niech no ktoś spróbuje usunąć tę krzyczącą niesprawiedliwość, a zawali się cały porządek społeczny. Matematycy wykazali niezbicie, że optimum całościowe większego agregatu tylko wyjątkowo może składać się z sumy optimów cząstkowych. Innymi słowy – doskonałego zegarka nie da się zrobić z doskonałych trybików, a doskonałego społeczeństwa z doskonałych jednostek. Potrzebne są też osoby niedoskonałe.
Hedonka i sawonarolka
Generalnie potępiamy hedonistów. Ja ich też nie lubię, ale pamiętam, że nieraz w historii okazywali się pożyteczni. Ot, chociażby internet z pewnością by się tak szybko nie rozwinął, gdyby nie kontent rozrywkowy, np. gry komputerowe, wymuszające tworzenie urządzeń dziesięć czy sto razy szybszych i lepszych niż potrzebne do celów biurowych lub do wymiany korespondencji.
Pewna przymieszka hedonki jest więc nie tylko zgodna z naturą człowieka, ale wręcz potrzebna ludzkości. Trudno sobie wyobrazić czynności głupsze niż to, co wykonujemy w tańcu. Ale jeszcze trudniej wyobrazić sobie świat bez tańca. Jak długo wytrzymamy w takim świecie?
Z kolei żywimy wielki szacunek do głosicieli szlachetnych haseł, choć bywało, że te hasła nie miały poparcia większości, przegrywały wraz ze swoimi Savonarolami i w efekcie przynosiły więcej szkody niż pożytku. Cenne obserwacje możemy czynić aktualnie w Polsce. Rządzący badają, czy mogą zrealizować jakiś słuszny postulat w sprawie, dajmy na to, sądowniczej czy międzynarodowej. Przyjmują jakąś ustawę, a następnie z pewnych rzeczy się wycofują, bo widzą, że Polska jest jeszcze za słaba, by obronić taką czy inną wartość przed polonofobiczną napaścią. Zapewne powrócimy do sprawy, gdy się – jako państwo – wzmocnimy. Tymczasem trzeba próbować i godzić się na nieuniknione drobne porażki, konieczne w drodze do celu.
Zawsze jednak w takich sytuacjach pojawia się grupka „moralnie doskonałych”, uprawiających sawonarolkę, czyli głoszących konieczność bicia głową w mur, a w rezultacie – nieuchronnego oddania władzy tym, którzy zajmują się rzucaniem kamieniami w mamuty (w wersji dla idiotów: w dinozaury!). Nic na to nie poradzimy. Jesteśmy normalnym społeczeństwem, mamy własnych idiotów, własnych hedonistów i własnych zaślepieńców, którzy dążą do samounicestwienia przez moralny szantaż i zmuszanie innych do ponoszenia ciężarów przekraczających ich moralną wyporność. Najsłuszniejsze wektory mają swoje składowe wsteczne lub rozmyte, ale „doskonali” nie chcą o tym słyszeć. Szkodzą Polsce.
Ideologia rozmyta
Rozmyte granice nie oznaczają dowolności. Niemożliwe jest więc, by element był jednocześnie swą negacją. To odróżnia matematyczną ‘rozmytość’ od baumanowskiej ‘płynności’, która pozwala elementowi przyjmować dowolne wartości i niejako „płynnie” przechodzić od danej wartości do jej negacji. Płynność oznacza w praktyce dowolność. Natomiast w teorii zbiorów rozmytych granice istnieją, lecz z różnych powodów nie mogą być wyznaczone dokładnie.
W uproszczeniu można powiedzieć, że każdy Poznaniak urodził się w Wielkopolsce. Pod pojęciem ‘Poznaniak’ (wyraz pisany wielką literą) rozumiemy każdego, kto urodził się w województwie poznańskim (nie tylko aktualnego mieszkańca Poznania, bo wtedy byłby nazywany ‘poznaniakiem’). Ja sam jestem więc Poznaniakiem, ale nie jestem poznaniakiem. To samo mniej dokładnie, ale bardziej wiarygodnie można wyrazić tak: wszyscy – z tolerancją ±20% – Poznaniacy urodzili się w Wielkopolsce. Nie badałem sprawy, więc nie wiem, czy tolerancja ±20% wystarczy. Zakładam więc, że również ta granica jest określona niedokładnie, z tolerancją np. ±10% itd. Zawsze jednak nakładam granicę również na tolerancję, a tolerancję na granicę.
Odnotujmy, że ci, którzy głoszą ideologię tolerancji, domagają się w istocie tolerancji bez granic. A to oznacza kompletny chaos albo totalitaryzm, jeżeli tolerancja ma być selektywnie ukierunkowana na tolerowanie tylko tego, co wskażą totalitaryści, i represjonowanie tego, co zostanie przez nich uznane za niegodne tolerancji.
Tolerancja musi mieć granice. Jeżeli coś tolerujemy bezgranicznie, przestaje to być tolerancją, a staje się kapitulacją względem wymuszanej na nas ideologii.
Rysują się teraz dwie rozdzielne przestrzenie, w których ideologia może być rozpatrywana. Pierwszą przestrzeń wyznaczają dwa bieguny: świadomość i nieświadomość interesów grupy. Bieguny drugiej przestrzeni to pożytek i szkoda, jaką grupa (jednostka w grupie) może mieć z własnej ideologii. Na tych dwóch dwubiegunowych przestrzeniach na razie poprzestanę, choć oczywiście różnych przestrzeni może być wiele, a każda może być wielobiegunowa. Wektorem prymarnym danej ideologii jest dążenie do najważniejszego bieguna w najważniejszej – dla wyznawców tej ideologii – przestrzeni. Ideologia (jako swoista prefiguracja naszych przyszłych czynów) sprawia, że pewne działania wykonamy bez wahania, a innych będziemy unikać. Oczywiście – podejmujemy mnóstwo decyzji motywowanych różnymi okolicznościami, np. ceną towaru, sympatią do osoby czy po prostu wygodą. Tu rozpatruję tylko decyzje motywowane ideologią.
Jeżeli te decyzje i idące za nimi czyny lub zaniechania przyczyniają się do trwałego dobra danej społeczności, oceniamy tę ideologię jako pożyteczną, jeżeli zaś decyzje motywowane ideologią są złe dla narodu – taką ideologię uznamy za szkodliwą. Dobra i zła już tu nie definiuję; było to przedmiotem mojej książki pt. Czasownikowa teoria dobra (2018). Nie analizuję również ideologii zewnętrznych względem danej grupy, bo ta grupa nie ma na nie większego wpływu, a narzekanie na innych nie poprawia ideologii własnej.
W XXI wieku w Polsce rzeczownika abstrakcyjnego ‘ideologia’ wciąż nie lubimy. W PRL nazywaliśmy nim zbiór fałszywych poglądów legitymizujących władzę, zwłaszcza komunistyczną, instalowaną przemocą.
Społeczne odium, które spadło na termin ‘ideologia’, jest autentyczne i głębokie. Utrudnia sformułowanie zbioru idei, które mogłyby tak kształtować nasze decyzje i czyny, by ich wynik służył dobru Polski.
Zmiana nastawienia do rozpatrywanego rzeczownika nie będzie w krótkim terminie możliwa, szczególnie w obliczu naporu kolejnych ideologii ofensywnych, takich jak genderyzm, neointernacjonalizm, poprawność polityczna, multikulti, antypolonizm itp.
Ideologie narodów
Niniejszemu rozdziałowi nadałem tytuł „Ideologie narodów”, nie: „Ideologie narodowe”, by nie sugerować jakichkolwiek związków, nawet negatywnych, z Ideologią niemiecką, zwłaszcza że to dzieło Marksa i Engelsa wcale nie prezentuje ideologii niemieckiej, dla której główne punkty odniesienia są starsze od Marksa i nie zostały przezeń istotnie zmienione. Osią ideologii niemieckiej, wektorem prymarnym tej ideologii, podobnie jak włoskiej (od Machiavellego przez Hegla, Verdiego, Wagnera itd. do Garibaldiego, Bismarcka i Kohla), było: zjednoczenie. Politykom, ale też filozofom i twórcom kultury włoskiej i niemieckiej zależało na zbudowaniu jednolitego państwa dla wielkiego narodu, dzielonego przez setki lat granicami mnóstwa różnych księstewek, królestewek, minirepublik i innych tworów państwopodobnych.
Ideologia prymarna szybko nie gaśnie. Właśnie przez obecność w dziełach kultury wysokiej danego narodu i przez jej – często już wypaczone – inercyjne działanie w polityce bieżącej i w kulturze popularnej. Włosi już ideę zjednoczenia dawno przełknęli, strawili i chyba zaczynają ją… pomijać. Ale ten wektor wciąż jest aktywny w Niemczech, bo upragnione zjednoczenie pozostaje silnie i pozytywnie obecne w pamięci żyjących pokoleń. Niemcy nadal próbują „jednoczyć”. Własny naród zjednoczyli, więc „jednoczą” teraz inne narody konceptami i tworami o często zmienianej nazwie (Mitteleuropa, EWG, Euratom, Unia Europejska itd.). Zideologizowane myślenie zbiorowe jest jak „Titanic”. Widzisz już górę lodową, płyniesz, robisz to czy tamto, ale wiesz, że kursu nie da się zmienić…
Takim inercyjnym, bezwładnościowym przedłużeniem wektora niemieckiego zjednoczenia stała się ideologia multikulti, wzmocniona ostatnio przez Willkommenskultur. Ideologia tego typu nie mogłaby się zrodzić np. w Czechach, których ideę prymarną (po Białej Górze) najpełniej wyraziła postać Szwejka. Z innych powodów (po Trianon) również Węgrzy nie mogliby wytworzyć u siebie ani zaakceptować przychodzącej z zewnątrz ideologii multikulti. Z jeszcze innych powodów nie byłoby to możliwe również w Polsce, Rumunii, na Litwie i chyba w całej Europie Wschodniej.
Dla odmiany w Szwecji, gdzie ideologia eugeniczna została po kilku pokoleniach zeksternalizowana (czyli zinternalizowana powszechnie) – już przed urodzeniem i bez społecznego oporu masowo morduje się Szwedów podejrzanych o niedoskonałość. Za to przybysze z różnych części świata przyjmowani są chętnie, pod warunkiem wszak, że są zdrowi i zdolni do odświeżenia szwedzkiego genotypu, co niewątpliwie dokonane zostanie, po czym całe społeczeństwo stanie się eugenicznie doskonałe według szwedzkich standardów szczęścia jednostkowego. Ale to już nie będą Szwedzi.
Ideologie w kulturze
Nie przypadkiem najciemniejsze strony ludzkiej psychiki stały się znamieniem szwedzkiej popkultury zwłaszcza literackiej i filmowej, ale też muzycznej. Tamtejsze mroczne kryminały są w XXI wieku uważane za najlepsze na świecie. Nie sądzę, by w tej konkurencji mogli wygrać powieściopisarze narodów cierpiących, okazujących czynne współczucie swoim niedoskonałym współobywatelom i pielęgnujących cnotę solidarności.
Szwedom, ale też np. Holendrom i Belgom empatia w ogóle przestaje być potrzebna, więc wraz z religią szybko zanika w filozofii, w kulturze wysokiej i popularnej, w polityce i w życiu codziennym obywateli, kończonym sterylnie i bezboleśnie w jakże sympatycznych szpitalach… eutanazyjnych.
Ludzie potrzebują ideologii, która scala narody silniej niż język. Dowodzą tego Szwajcarzy, ale również Chińczycy, którzy mówią różnymi językami, choć piszą tymi samymi znakami. Ideologia – jako zeksternalizowana w danym narodzie matryca przyszłych decyzji – potrzebna jest po to, byśmy wiedzieli, co w danej sytuacji każdy z nas powinien zrobić i co również na pewno zrobi lub choćby z aprobatą przyjmie zdecydowana większość współplemieńców.
Tu znów dobrym przykładem jest ideologia „narodu wybranego przez Boga” utrzymująca się wśród religijnych Żydów przez tysiące lat. Gdy względnie niedawno pojawiła się kategoria Żydów niereligijnych, gdy religia przestała scalać ten naród – zastąpiła ją w tej funkcji właśnie ideologia „narodu wybranego”, choć już wybranego nie przez Boga, ale przez siebie. Bardzo to ryzykowne, bo najłatwiej wygenerować ideologię dokładnie przeciwną. Niemcy pod rządami Hitlera kradli żydowskie mienie nie dlatego, że ono należało się Niemcom, ale dlatego, że było żydowskie. Niemcy masowo mordowali Żydów nie dlatego, że Żydzi byli czemukolwiek winni, ale dlatego, że byli Żydami. To był prawdziwy antysemityzm w odróżnieniu od dzisiejszego znaczenia tego wyrazu. Oto 3 maja 2018 burmistrz Jersey, Steven Fulop, nazwał marszałka polskiego senatu „antysemitą”. Marszałek niczym w życiu nie zasłużył na ten epitet. Użyto „antysemityzmu” jak bagnetu w plecy, by zdyskredytować poglądy marszałka na temat zupełnie inny. Przez takie nadużycia wyraz „antysemita” oznacza dziś tylko tyle, że ktoś kogoś nie lubi, a raczej… nic nie znaczy.
Ideologie niektórych narodów trwają wieki a nawet tysiąclecia, zapewniając spoistość grupie swoich wyznawców właśnie w sensie „matrycy przyszłych czynów”. Niemcy będą więc nadal „jednoczyć”, Polacy będą wciąż walczyć o niepodległość, Francuzi chwalić swoje wino, Rosjanie prowadzić politykę imperialną itd. Na tym tle ciekawie prezentuje się ideologia Ukraińców.
Po Euromajdanie spodziewaliśmy się, że Ukraińcy wpiszą dramat „Niebiańskiej Sotni” na karty swojej tożsamości. Tymczasem wypromowała się zakazana w ZSRR ideologia banderowska, wspierana (również finansowo) przez emigrantów kanadyjskich, którzy nie identyfikowali się z „Niebiańską Sotnią” i forsowali symbole obecne na własnych sztandarach.
Z kolei w Kijowie nie objawił się jeszcze wielki twórca kultury, nie powstał film ani poemat, którego siła artystyczna zapewniłaby Majdanowi trwałe miejsce w narodowej świadomości. Pozostał na razie Bandera i jego ideologia.
Ideologia Polaków
Mickiewicz, Słowacki, Chopin, Matejko, Gerson, Pol, Bełza, Moniuszko, Sienkiewicz, Wyspiański, Żeromski… to tylko początek długiej listy nazwisk genialnych wyrazicieli ideologii Polaków. Nie wszyscy byli etnicznymi Polakami, ale żyli tu, cenili kulturę polską, tworzyli tę kulturę, choć nie tworzyli ideologii. Ta – po rozbiorach – zrodziła się sama. Prymarnemu wektorowi tej ideologii nadaliśmy nazwę NIEPODLEGŁOŚĆ. Dzieła powstałe w XIX wieku pomogły nam przetrwać i pokonać również komunę w wieku XX. One będą trwać tak długo, jak długo trwać będzie Polska na mapie, a choćby tylko w sercach Polaków.
Niepodległość głoszą kartony Artura Grottgera, wiersze Marii Konopnickiej, nowele Bolesława Prusa i wymagające niezwłocznej rehabilitacji artystycznej powieści Marii Rodziewiczówny.
A skąd wiemy, że… niepodległość? Ano nie musimy wiedzieć. To wie się samo i samo działa na kolejne pokolenia, nie wymagając żadnej definicji. Dlatego jest zwalczane i poniżane przez jurgieltników ideologii przeciwnej.
W III RP ukształtowały się bowiem dwa wektory wiodące. Niepodległość jest wektorem najważniejszym, ale niejedynym. Ku przeciwnemu biegunowi tej przestrzeni zmierza – znana targowiczanom i wszelkiemu zaprzaństwu – ideologia podległości. Wyznawcy tej ideologii pogardzają Polską („brzydka panna na wydaniu”), pragnęliby nas wyzuć z polskości patriotycznej na rzecz roztopienia się w „narodzie europejskim”, ubogacanym zresztą dość intensywnie przez pięknych nie-Europejczyków. Podobny proces, choć w innej przestrzeni, obserwowaliśmy w PRL, kiedy najpierw pozbawiono nas wszelkiej własności, a później próbowano roztopić czy utopić Polaków w internacjonalistycznym narodzie sowieckim.
A jak to było z nami w XVII i XVIII wieku? Wywołaną rozbiorami ideę niepodległości poprzedzała ideologia sarmatyzmu, która przez kilkaset lat kształtowała polskie życie publiczne i prywatne, a po rozbiorach wciąż oddziaływała siłą inercji. Sarmatyzm został opisany przez wielu autorów; teraz próbuję tylko wyekstrahować relewantny wektor prymarny. Znalezienie takiego wektora wśród ogromnej różnorodności przejawów sarmatyzmu wcale nie jest proste. Można to robić w wielu przestrzeniach i przekrojach. Tu wybieram przestrzeń decyzji, co eliminuje z tych rozważań chłopów i mieszczan, bo ich decyzje nie wpływały na losy państwa.
Ideologia sarmatyzmu
Sarmatyzm pochwalał uprawę roli, podnosił znaczenie sprzedaży własnych płodów rolnych czy leśnych, cenił wyroby rzemieślnicze wysokiej jakości, ale gardził czystym handlem, czyli sprzedawaniem towaru… cudzego. Działo się to w czasie, gdy w Anglii szerzyła się już ideologia merkantylizmu, a na handlu rosły potęgi wielu państw. Sarmaci uprawiali więc rolę, sprzedawali zboże, a zarobione pieniądze trwonili w wystawnym życiu towarzyskim. Nie handlowali! To było źle widziane, bo przeczyło ideologii większości (ideologię traktuję zawsze jako prefigurację, matrycę czynów akceptowanych w grupie odniesienia).
Szczególne odium padało na handlowanie pieniędzmi, nazwane ‘lichwą’. Paranie się działalnością finansową było niegodne pięknoducha. Ale nie gardzili tym Żydzi, Ormianie, Niemcy i inni, więc ci, co nominalnie rządzili Rzecząpospolitą, pozbywali się wpływu na to, co o rozwoju, o wręcz istnieniu państwa stanowi.
Zamiast pokoleniami gromadzić kapitał, Sarmaci często popadali w zadłużenie i coraz mniej chętnie godzili się na podatki na wojsko. Skutki kazały na siebie czekać zadziwiająco długo.
W końcu państwa ościenne wzmocniły się wystarczająco, by rozebrać nasze ziemie bezkarnie, uprzednio starannie psując naszą monetę i korumpując posłów.
Nie ulega wątpliwości, że sarmatyzm był ideologią dobrze uświadomioną przez szlachtę, ale też była to ideologia jak najbardziej dla państwa polskiego szkodliwa. Interesy państwa i obywatela zawsze stoją w pewnej sprzeczności, zwłaszcza gdy chodzi o podatki. Ideologia powinna sprzyjać równowadze, choćby była to równowaga chwiejna. Wewnątrz państwa może pojawić się np. ideologia konsumpcjonizmu, niszcząca państwo; może też na jakiś czas wygrać ideologia niszcząca obywateli, co zresztą niedawno przerabialiśmy w naszej części Europy, a teraz jest to udziałem Wenezueli, Korei Północnej i in.
By rzeczownikowo nazwać postawę szlachty polskiej w XVIII wieku, należałoby chyba skorzystać z użytego wyżej terminu XX-wiecznego: ‘konsumpcjonizm’. Może też: ‘pacyfizm’, może… ‘ciepła woda w misce’? Ale nie nazwy nas interesują, lecz decyzje motywowane sarmatyzmem. Zarówno dobre, których było niemało, jak i złe. Chodzi tu o decyzje królów, sejmów i – co najważniejsze – decyzje o braku decyzji w sprawach decydujących o losach kraju. Doprawdy zachodzę w głowę, jak to się mogło stać, że wbrew tendencjom coraz bardziej widocznym w katolickiej i protestanckiej Europie, polska szlachta in gremio odżegnała się, a w praktycznym działaniu wręcz potępiła wszelką bankowość, korzystając wszak z lichwiarskich pożyczek, które wielu wyzuły z majątku.
Lekceważenie tak zasadniczych spraw, jak bicie i psucie monety w czasach saskich, nie mogło być rezultatem przypadku lub jednostkowych decyzji. Bo antybankowy czy antyfinansowy obłęd ogarnął zbyt wiele umysłów, a takie rzeczy nie mogą być skutkiem ulegania władzy głupiego króla. Zwykle są następstwem królowania głupoty w szerokich kręgach decyzyjnych i nawet prywatnych, co pobrzmiewa w literaturze tamtego okresu. Zapanowała ideologia szkodliwa i dla państwa, i dla obywateli. Ale kto siał ten obłęd?
Pewne światło na ów XVIII-wieczny, zgubny dla Polski proces rzuca dokonana w III RP prywatyzacja banków i mediów. Błyskawiczne wyzbycie się połowy instytucji finansowych i prawie wszystkich gazet regionalnych nie było uzasadnione sytuacją ekonomiczną kraju ani żadnymi innymi obiektywnymi czynnikami.
Pamiętamy nagły wybuch ideologii prywatyzacji. W ten sposób skanalizowano naturalną potrzebę wyzwolenia się spod komunistycznej ideologii własności państwowej.
Inercyjność ideologii
Inercja w mechanice polega na tym, że – zgodnie z pierwszą zasadą Newtona – ruch trwa nawet po ustaniu przyczyny, która go wywołała, np. rzucony kamień leci, choć żadna ręka już go nie ciska. Takim kamieniem, rzuconym jeszcze w czasach PRL, była wprowadzona przymusem ideologia własności państwowej, według ówczesnej konstytucji: „ogólnonarodowej”, czyli – de facto – niczyjej. By wiedzieć, że akcja wywołuje reakcję, nie trzeba znać trzeciej zasady dynamiki Newtona. Skoro opresyjna władza upaństwowiła własność, to my, obywatele, jak tylko pojawi się taka możliwość – zabraną nam własność… sprywatyzujemy! Najłatwiej wygenerować ideę dokładnie przeciwną.
W tym myśleniu nie ma błędu. To nawet nie jest myślenie, lecz inercyjna konieczność w przestrzeni własności: jednym biegunem tej przestrzeni jest własność państwowa. Skoro ją negujemy – naturalnym odruchem jest skierowanie się ku własności niepaństwowej, a wśród różnych wariantów tejże wybieramy to, co nasuwa się w pierwszej kolejności: własność prywatną. Początek III RP musiał więc jakoś zrealizować nasz powszechny postulat. I niestety zrealizował.
W III RP utrzymywały się w naszym myśleniu – mocą inercji – motywy ważne w poprzedniej epoce. Myśli same z siebie nie zmieniają się zbyt szybko. Odrzucony oficjalnie kamień upaństwowienia wciąż w nas leciał jako własna negacja i siłą bezwładności skutkował akceptacją idei prywatyzacji do tego stopnia, że aż obezwładniał w obliczu prywatyzacji patologicznej czy wręcz złodziejskiej. Prywatna własność jest oczywiście efektywniej wykorzystywana niż państwowa, spółdzielcza czy niczyja i tej oczywistości nikt nie zaprzecza. Problem w tym, że w PRL-u nikt nie mógł uczciwie dorobić się pieniędzy tak wielkich, by kupić bank, gazetę czy fabrykę.
Głoszono, że „kapitał nie ma narodowości”. Ale nie dodawano, że zakupiona przez ten kapitał gazeta, telewizja, portal, fabryka czy bank – już narodowość ma! Że w momencie krytycznym realizować będzie interesy narodu swojego, a nie naszego!
Widzimy to na każdym kroku i próbujemy co nieco odwojować. Obyśmy zdążyli przed następnym paroksyzmem dziejowym.
Głoszono, że wszystko ureguluje „niewidzialna ręka rynku”. Nie dodano, że ręka, nawet „niewidzialna”, ma widzącą głowę, która tą ręką jednym ludziom wyciąga pieniądze z kieszeni, innym je hojnie przydziela. Skutki tej regulacji, nazwanej dla niepoznaki „deregulacją”, odczuwamy na każdym kroku. Bezsilność wobec uwłaszczenia nomenklatury czy wyprzedaży obcym „rodowych sreber” za bezcen (bez na stole, cena pod stołem) – to również skutek inercji w naszych głowach.
Mówiono: najlepsza polityka kulturalna, historyczna, gospodarcza itd. – to brak polityki. „Zlikwidować ministerstwo kultury”! Nie dopowiedziano, że wszystkie narody bardzo dbają o swoją kulturę i uprawiają stanowczą politykę historyczną we własnych szkołach i we wszelkich przejawach swojej państwowości. Nie dopowiedziano, że brak własnej polityki gospodarczej jest realizowaniem cudzej polityki gospodarczej. Że właśnie to odróżnia kolonizatorów od państw kolonialnych: suwerenność w sprawach gospodarczych.
Ideologia nie jest bezinteresowna! Możemy po marksistowsku założyć, że ideologia wyraża interesy swoich wyznawców i sprzyja ich realizacji. Pułapka kryje się już na starcie. Takie zarysowanie problemu nie ma w sobie kontrolnego sprzężenia zwrotnego! Zakłada, że ideologia, którą nam narzucono, sprzyja realizacji naszych interesów. Mija czas, a ta ideologia naszym interesom nie sprzyja i nie sprzyja. Zauważamy, że podejmowanie decyzji o działaniu zgodnym z tą ideologią jest niezgodne z naszymi interesami. I nic nie możemy zmienić, wszak ta ideologia „sprzyja” nam… z założenia! A założenia ideologii nie mogą być zmienione, bo runie cały posadowiony na nich gmach władzy!
Ideologia a prawda
Odrzucenie kategorii prawdy przez filozofów postmodernistycznych prowadzi do uzyskania władzy symbolicznej przez osoby i grupy zdolne do produkowania i narzucania dowolnych, nawet fantastycznych narracji. Rzecz jasna nikt tego nie robi bezinteresownie.
Ideologiczny zamach na prawdę ma na celu czyjeś korzyści, przy czym natura tych korzyści może być różna: finansowa, polityczna, godnościowa, roszczeniowa itd.
Akurat początek XXI wieku przyniósł Polsce co najmniej dwa ważne przykłady forsowania pewnych narracji przy jednoczesnym zakazie czy uniemożliwieniu dociekania prawdy.
W krzywoprzysiężnym sądzie dominuje narracja wolna od zobowiązań względem prawdy (czego kilkakrotnie doświadczyłem na własnym grzbiecie), natomiast naukę interesuje tylko prawda atrybutywna, czyli taka, o której orzeczono zgodnie z pragmatyką danej dyscypliny naukowej. Celem nauki jest dotarcie do granicy wiedzy, do limesu, do prawdy limezyjnej, która jest niemal tożsama z arystotelesowską prawdą korespondencyjną wg nadanej przez św. Tomasza definicji rzeczownikowej: adaequatio intellectus et rei. Prawda limezyjna to kres ludzkich dociekań osiągany na drodze do prawdy, pojmowanej zgodnie z definicją korespondencyjną. Natomiast prawda korespondencyjna jest granicą, o której nie wiemy, czy jest osiągalna. Istnieje niezależnie od naszych badań i nic jej nie zmieni (zainteresowanym tą tematyką polecam moją książkę Prawda po epoce post-truth, 2017).
Jeżeli wykonanie badań przez kompetentnych i uprawnionych w danej dziedzinie badaczy jest zakazane lub niemożliwe – dalsze postępowanie zostaje wstrzymane. Tak było np. w sprawie katyńskiej. Zakłamana narracja mogła być utrzymywana przez dziesiątki lat tylko dlatego, że uniemożliwiono badanie miejsca zbrodni i ukrycia szczątków ludzkich. Podobna sytuacja od wielu lat trwa w Jedwabnem. Podobnie – przez pół wieku – było na „Łączce”, gdzie chowano, a raczej ukrywano ciała pomordowanych patriotów polskich.
Ideologia – matryca decyzji
Kto godzi się na odrzucenie prawdy, otwiera bramy przed naporem nieprawdy. Sprzyja temu taka ideologia, której celem nie jest dociekanie prawdy, lecz modyfikowanie matrycy naszych przyszłych decyzji, a także uzasadnianie czynów i słów zgodnych z daną ideologią, nawet gdy nie są one zgodne z prawdą. W rewersie – ideologia nieprawdy ma uzasadniać potępienie wypowiedzi z tą ideologią niezgodnych oraz uniemożliwiać lub przynajmniej utrudniać wszelkie badania, na podstawie których prawda mogłaby być ujawniona. Rezultatem ma być triumf narracji: supremacja kompilacji deformacji informacji.
Przemoc ideologiczna polega na wymuszaniu decyzji zgodnych z daną ideologią, choć zwykle sprzecznych z dobrem strony słabszej. Istnieją bowiem ideologie ofensywne i defensywne. Te pierwsze idą tak daleko, jak to jest możliwe; te drugie ustępują z drogi i giną. Przykład: ofensywa genderyzmu przeciw katolicyzmowi. Ideologia defensywna polega na nieuchronnym, systematycznym opuszczaniu kolejnych redut i poddawaniu coraz głębszych linii obrony. W końcu okazuje się, że we Francji i w kilku innych krajach nie ma już czego bronić, choć nadal jest co atakować.
Istnieją gazety, które taki sam czyn nazywają raz dobrym, raz złym. Dziś dobry jest ten, kto wczoraj był zły. Jeżeli na podstawie takich informacji podejmujemy decyzje, to wynik może zależeć od kalendarza. Wczoraj – idąc po schodach – byśmy dzięki tej gazecie zadecydowali, że należy wchodzić, dziś… że schodzić. Ale ktoś tam trzyma kluczyk. Wczoraj szliśmy pod górę na własną szkodę, dziś zejdziemy – również na własną szkodę – w dół. O szkodzie dowiemy się lub nie.
Nie są to przypadki rzadkie, że dana ideologia zawiera elementy jawnie sprzeczne z faktami lub niedowodliwe. Do takich należy na przykład oskarżanie Polaków o antysemityzm rzekomo wyssany z mlekiem matki. Nikt nie przeprowadził badań mleka polskich matek pod tym kątem.
Nikt też nie udowodnił, że antysemityzm jest w ogóle problemem jakoś szczególnie właściwym narodowi polskiemu, a innym narodom niewłaściwym. W ten sposób można oskarżyć dowolną osobę, grupę, naród czy rasę o najzupełniej dowolnie nazwane produkty umysłu oskarżyciela.
Przerabialiśmy to masowo. Przerabiamy na nowo. Rozpatrzmy pod tym kątem różnice między represjami, jakim poddawali Polaków gestapowcy w czasie wojny i stalinowscy oprawcy z UB po wojnie. Nie wymierzam win, lecz wydobywam istotne pod rozpatrywanym względem różnice. Otóż Gestapo tworzyło swoje agentury w różnych miejscach i starało się wyłapać tych Polaków, którzy byli zaangażowani w działalność antyniemiecką. Gestapowcy stosowali straszliwe tortury i mordowali Polaków masowo, ale – te tortury i realne groźby śmierci służyły w pierwszej kolejności poszukiwaniu prawdy. Chodziło o wykrycie, kto naprawdę należy do organizacji antyhitlerowskiej. Następnie wykrytą osobę aresztowano lub zabijano na miejscu.
Natomiast kaci z UB stosowali takie same tortury i morderstwa, ale często ich celem nie było wykrycie prawdy o ew. działalności antykomunistycznej, lecz wykrycie tego, co… kazali wykryć ich przełożeni. To jest charakterystyczny rys wielu przesłuchań, o których wiemy z relacji Światły. Wiemy, że wcześniej w podobny sposób wmawiano winy różnym obywatelom ZSRR w ramach kolejnych fal represji. Celem tych działań nie było poszukiwanie prawdy o zagrożeniach dla ustroju, ale wytworzenie przesłanek swoistej narracji, która stawała się uzasadnieniem wydanego z góry wyroku.
I to się dziś powtarza w tym sensie, że już nie poszczególne osoby, ale cały naród polski obwiniany jest o dowolne zbrodnie tylko po to, by wytworzyć narrację, która służyć będzie uzasadnieniu czegoś bardzo dziwnego. Robi to drugie i trzecie pokolenie ówczesnych oprawców przeciw trzeciemu pokoleniu polskich patriotów, a na rozwój tego rozboju pozwalały kolejne polskie rządy, wyznające ideologię defensywną, przekształcaną powoli w matrycę kapitulanckich decyzji.
Ideologia a dobro
Ideologia, zwłaszcza ideologia legitymizowana kłamstwem, nie jest bezinteresowna. Nie zawsze wiemy, kto i w jaki sposób na tym skorzysta, ale dostatecznie dużo wiemy o tych, którzy na danej ideologii mogą stracić. O nas samych. W książce o teorii dobra starałem się uzyskać czasownikowe zrozumienie dobra doczesnego. Sformułowałem to następująco: „nie umrzeć i nie cierpieć” (z powodów innych niż nieuniknione). To są wspólne wszystkim ludziom, zwierzętom, państwom, klubom itd. dwa nieusuwalne warunki konieczne dobra, a gdy są spełnione, dążymy do dóbr partykularnych tak wielu i tak różnych, że nie da się ich spisać.
Niepodległość – jako najważniejszy wektor ideologii narodu polskiego – ma również fundamentalne dwie składowe czasownikowe: nie umrzeć i nie cierpieć.
Te składowe różnią nas od wielu innych narodów. Dajmy na to Hiszpanie też toczyli w dawnych wiekach różne wojny. Ale to były wojny o władzę lub bogactwo, nie o życie narodu. Polacy na swoje nieszczęście mieszkają między takimi narodami, które co pewien czas próbują nas wymordować lub przysporzyć nam jak największych cierpień. Dlatego te dwie składowe są dla nas takie ważne.
Dla odmiany wyznawcy ideologii podległości próbują podmienić różne wartości na takie, które osłabiają wektory niepodległości. Są to w komplecie idee importowane, układające się w całe ideologie naskórkowe: genderyzm, feminizm, internacjonalizm, komunizm i różne inne krócej lub dłużej świecące błyskotki intelektualne. Na szczęście tego rodzaju wynalazki nie powstają w Polsce. Wszystko to są kserokopie wytworów cudzych intelektów, wymieniane co pewien czas na nowsze modele kserokopii.
Nie chcę opisywać motywacji podległościowych, bo ich nie znam. Wystarczy mi informacja o instytucjach finansujących głosicieli tej ideologii, o stypendiach, nagrodach, publikacjach, tłumaczeniach, tematach doktoratów i o pozostałych dystrybutorach prestiżu w stworzonym przez nich lub dla nich światku. Wyznawców podległości nie jest zbyt wielu, ale opanowali miejsca, skąd ich głos słychać mocno i daleko. Mają wpływ na wymywanie i rozmydlanie polskiego patriotyzmu. Mają wpływ na opisywanie czy raczej obmawianie Polski w cudzych mediach. Są groźni.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ideologie Polaków” znajduje się na s. 4–5 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ideologie Polaków” na s. 4–5 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
Aborcja to działanie, którego destrukcyjną siłę w matkach, ojcach, lekarzach i w każdym, kto współuczestniczył w procesie decyzji o aborcji, przysłaniają liczne mechanizmy zakłamywania rzeczywistości.
Agata Rusak
Nie sposób zaprzeczyć, że ten, kto zabił, ukradł, cudzołożył czy skłamał, zrobił to sam. Ponosi lub powinien ponieść karę, jest bowiem obarczony winą. Idziemy do spowiedzi, nie tłumacząc się z tysiąca towarzyszących okoliczności, które sprawiły, że oto „musiałem” zgrzeszyć i nie dało się inaczej. Przyznajemy się do własnego działania niezależnie od tego, co się wydarzyło wcześniej i kto nam „pomagał”. Taka postawa nas uwalnia, ale też pomaga dojrzale dźwigać odpowiedzialność. (…)
Każdy człowiek wychodzi z domu rodzinnego z kilkoma walizkami wyposażenia na życie. Są to z jednej strony wskazówki rodziców lub wyuczone umiejętności radzenia sobie czy szkolone talenty, z drugiej zaś jest to ogromny zestaw postaw albo poglądów wchłoniętych mimowolnie przez lata dzieciństwa i dorastania. W tym niematerialnym posagu mieszczą się również wzorce postaw dotyczących budowania miłości odpowiedzialnej, przyjmowania dzieci, a także przechodzenia przez kryzysy lub umiejętności szukania pomocy u mądrych osób.
Jeśli w rodzinie z pokolenia na pokolenie powtarzają się rozwody czy odejścia mężczyzn, to dziewczyna dorasta z przekonaniem, że nie można się oprzeć na mężczyźnie, że z problemami zostaje się samej, że ludziom nie należy ufać. Tam, gdzie wchodząca w dorosłe życie kobieta otrzymała dobry model małżeństwa, rodziny, rodzicielstwa, nie będzie zasadniczo narażona, że w obliczu zaskoczenia ciążą straci grunt pod nogami, da się pokonać lękowi i będzie przeżywała i działała w samotności.
Ogromna większość kobiet po aborcji, które poznałam, nie miała zaplecza rodzinnego, które by ją nauczyło wartości przychodzącego życia oraz oparcia się wówczas na pomocnych osobach.
Przeciwnie, wiele z nich, dowiadując się o poczętym dziecku, bało się ujawnić swoją tajemnicę i pogrążało się w lęku przed tak dużą zmianą życiową, opinią innych, problemami finansowymi, przed utratą szkoły czy pracy itp. Tak dzieje się często w bardzo „porządnych” domach, w których niewyobrażalnie piętnowane jest wykraczanie poza przyjęte normy. (…)
Żeby zdecydować się na aborcję, trzeba najpierw zamiast pojęć: „dziecko” czy „życie poczęte” używać choćby terminów medycznych, biologicznych typu: „zarodek”, „embrion” czy „płód”. Takie odczłowieczenie dziecka ułatwia wejście na drogę aborcji, ale również powoduje, że potem, często przez wiele lat, można utrzymywać swój stan psychiczny bez konfrontacji, że oto „przyczyniłam się do śmierci mojego dziecka”. Cała maszyneria aborcyjna oparta jest na kłamstwie pojęciowym wspieranym przez szereg znieczulających mechanizmów obronnych. Wiele osób wypiera z pamięci lub bagatelizuje ten fakt swojego życia, ale potrafi on wracać niespodzianie pod wpływem nagłych skojarzeń, obrazów, dźwięków, patrzenia na niemowlaki czy przypomnienia sobie rocznicowej daty. Czasem bywa to impuls do otworzenia się na prawdę, częściej jednak po chwili człowiek znów wraca do ratującej komfortowe status quo niepamięci. Bywa jednak i tak, że niektóre kobiety całymi latami nie mogą pozbyć się kainowego znaku na duszy. (…)
Kobiety po aborcji zmagają się statystycznie częściej z dolegliwościami psychosomatycznymi różnych organów; głównie dotyczy to narządów rodnych i piersi, częstsza jest tu zapadalność na nowotwory. W dalszej kolejności są zaburzenia lękowe przejawiające się często w postaci zaburzeń snu, koszmarach nocnych, stałym napięciu, a potem często ratowaniu się lekami nasennymi lub uspokajającymi i uzależnianiu się od nich. Wiele osób przeżywa przygniatające poczucie winy, wstydu i niegodności związane z niemocą wyjścia ku nadziei. Księża znają to choćby z powtarzających się spowiedzi mimo uzyskanego rozgrzeszenia. To tak, jakby kobieta nie mogła zmyć plamy krwi z siebie i ciągle szorowała ręce. Jest w tym rodzaj skupienia się na sobie, swojej winie, niemoc wyjścia poza ten egocentryczny sposób katowania się. Psychologowie kliniczni czy psychiatrzy wielokrotnie widzą powiązania aborcji z obniżeniem poczucia własnej wartości, ze stanami depresyjnymi, myśleniem samobójczym, znieczulaniem się poprzez używki, hazard, nieopanowany seks czy permanentne poirytowanie. (…)
Żaden grzech i żadna trauma nie są w stanie zmienić tożsamości człowieka w jego pełnym godności dziecięctwie Bożym, choć oszpecają go w widzeniu siebie.
Te wydarzenia oblepiają człowieka brudem jakby z zewnątrz tak, że widząc siebie, można się sobą brzydzić czy gorszyć, poniżać siebie i nienawidzić, nie dawać więc sobie żadnych szans na dobre życie, żadnych nadziei na miłość. Jest to swego rodzaju przekonanie, że po aborcji staje się człowiekiem drugiej kategorii, niegodnym niczego dobrego. Tymczasem droga uzdrowienia jest dobrze pokazana w spotkaniu Jezusa z Samarytanką, tą, która chodziła po wodę o porze, w której nikogo przy studni nie było. Jezus stopniowo prowadzi tę kobietę ku uznaniu przez nią prawdy o jej życiu. Finałem jest odwaga kobiety, pójście do innych ludzi i głoszenie uzdrawiającego spotkania z Bogiem.
Każdy człowiek, który przeszedł prawdziwą drogę uwolnienia, jest zaproszony do tego, żeby być świadkiem dla innych. Przy rozeznawaniu tej perspektywy szczególnie pomocny może być spowiednik czy kierownik duchowy, który pomoże ocenić odpowiedni moment i rodzaj posługi innym. Należy być bowiem uważnym, by świadectwo czy zaangażowanie choćby na rzecz ruchu pro-life nie wyprzedzało własnej drogi zdrowienia. Byłoby to wówczas jedynie próbą niedobrej ekspiacji, parawanu aktywności, czy nawet nadaktywności. Spotykałam kobiety, które nawet przyjeżdżając na rekolekcje, zamiast wejść w głębię swojego przeżywania, zajmowały się bardzo intensywnie, choć płytko, agitowaniem na rzecz dzieła duchowej adopcji dziecka poczętego. Po rozmowie można się było zorientować, że akcja ta służyła oddaleniu emocjonalnego bólu związanego z niezałatwionym poczuciem winy. (…)
Droga proponowana osobom cierpiącym z powodu aborcji i jej konsekwencji jest, z pewną korektą, drogą każdego z nas, kto błądząc na różnych ścieżkach i ślepnąc przy tym duchowo oraz psychicznie, zmierza ku wyzwoleniu i coraz większej życiowej mądrości.
Cały artykuł Agaty Rusak pt. „Znamię Kainowe?” znajduje się na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Agaty Rusak pt. „Znamię Kainowe?” na s. 18 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
Społeczności zwarte etnicznie, o ustabilizowanym porządku etycznym oraz jasnych i przestrzeganych normach moralnych mają niejako „wbudowany” odruchowy system samoobrony przed wrogim podszeptem.
Rafał Brzeski
Agentura wpływu i sieć
W dobie galopującego obiegu informacji i mediów o globalnym zasięgu z możliwością jednoczesnego oddziaływania na różne grupy językowe, walka o międzynarodową supremację nabiera nowego wymiaru. Naga fizyczna przemoc ustępuje coraz częściej miejsca zafałszowanej informacji i manipulacyjnej perswazji. Prawdziwą rewolucję w perswazyjnych możliwościach spowodowało pojawienie się sieci Internetu, a później mediów społecznościowych. Ich potencjał docierania do mas odbiorców jest gigantyczny. Tylko do Facebooka loguje się dziennie półtora miliarda użytkowników i wprowadzanych jest średnio 300 milionów zdjęć. Co minutę wpisywanych jest ponad pół miliona komentarzy.
W mediach społecznościowych potencjał rozpowszechniania informacji jest olbrzymi. Przeciętny użytkownik Facebooka ma około 150 przyjaciół, a każdy z nich ma swoich 150 przyjaciół. Każdy użytkownik mediów społecznościowych może być źródłem informacji. Jeśli będzie ona atrakcyjna, to można założyć, że większość przyjaciół prześle ją do swoich przyjaciół. Bardzo często bez zastanowienia, czy jest to informacja prawdziwa. Ot, klik-klik i poooszło!
Działa psychologiczny automat – informacja od przyjaciela, a więc wiarygodna. Rzadko kto pamięta, że przeszło 80 milionów aktywnych profili Facebooka jest fałszywych.
W działaniach wojny informacyjnej internet daje możliwość nie do przecenienia, czyli praktycznie bezpośredni dostęp nadawcy treści do odbiorcy: tekstowych, audio, video, czarno-białych lub w kolorze, a przy tym w czasie realnym lub w dowolnym (z zapisu). Wiele stuleci ludzkiego komunikowania się skoncentrowanych w jednej technologii.
Prawie sto lat temu sowiecki wirtuoz organizowania agentury wpływu Willi Münzenberg zalecał: „Musimy… mieć w ręku artystów i profesorów, wykorzystać teatry i kina, by szerzyć za granicą doktrynę, iż Rosja gotowa jest poświęcić wszystko, aby utrzymać pokój na świecie”. Dzisiaj nie musiałby wykorzystywać kosztownej i kłopotliwej infrastruktury teatrów i kin. Dzisiaj artyści i profesorowie, których miał w ręku, mogliby bezpośrednio sączyć jad kłamstwa w mózgi łatwowiernych odbiorców. Ich następcy to robią. Nietrudno znaleźć w sieci wygadanych znawców przedmiotu i youtuberów głoszących, czego Polska nie powinna robić, ale nie oferujących wiarygodnych propozycji, co powinna zrobić. Ci „eksperci” o miękkim języku to agentura aktywna. Sieciowa agentura pasywna to trolle. Ci ograniczają się do chamskich ataków, wulgarnych komentarzy, klikania „łapek”, tworzenia pozorowanego klimatu poparcia lub niewybrednego nękania i niszczenia wiarygodności ludzi wytypowanych przez mocodawcę. Technologia pozwala przy tym multiplikować działania trolli poprzez tak zwane boty, czyli automaty, a tylko patrzeć, kiedy w okłamywanie ludzi włączona zostanie sztuczna inteligencja. Techniczny potencjał sieci i mediów społecznościowych oraz niewyczerpany potencjał ludzkiego lenistwa wykorzystują planiści działań wojny informacyjnej, którzy werbują, kreują i wykorzystują realną i wirtualną agenturę wpływu.
Agent wpływu to wedle jednej z definicji osoba wykorzystywana do dyskretnego urabiania opinii polityków, dziennikarzy i grup nacisku w kierunku przychylnym zamiarom i celom obcego państwa.
Inna definicja za agenta wpływu uważa osobę, która subtelnie i zręcznie wykorzystuje swoje stanowisko, możliwości, władzę i wiarygodność do promowania interesów obcego mocarstwa w sposób uniemożliwiający zdemaskowanie tego mocarstwa.
Agentura wpływu należy do najskuteczniejszych i najtrudniejszych do wykrycia sposobów informacyjnego oddziaływania na przeciwnika. Agent wpływu postrzegany jest w swoim środowisku i społeczeństwie jako lojalny obywatel, który prywatnie i publicznie głosi swoje poglądy.
Fakt, że są one zbieżne z linią polityczną i zabiegami propagandowymi obcego mocarstwa, oceniany jest zazwyczaj wygodnie jako zbieg okoliczności niewart głębszej analizy, natomiast szkody wyrządzone przez agenta wpływu są potencjalnie ogromne, zwłaszcza jeśli jest on wysokim urzędnikiem państwowym, uznanym autorytetem lub znajduje się na stanowisku kontrolującym przepływ informacji.
Do zadań agentury wpływu należy sterowanie aparatem władzy i opinią publiczną atakowanego kraju, poprzez rozpowszechnianie odpowiednio dobranych informacji, dezinformacji, pojednawczych lub alarmistycznych opinii i argumentów oraz chwytliwych sloganów i słów-wytrychów zastępujących wiarygodną ocenę faktów. Agentura wpływu ma sterować opiniami środowiska, w którym się obraca. Zadanie to wypełnia, posługując się „technikami zarządzania postrzeganiem”, co w mniej politycznie poprawnych słowach można określić jako atrakcyjnie podane, ordynarne fałszowanie rzeczywistości. Podstawową różnicą między agenturą wywiadowczą a agenturą wpływu jest fakt, że pierwsza zbiera informacje, a druga rozpowszechnia.
Wprawdzie zazwyczaj obie prowadzone są przez tą samą służbę, to jednak agentura wywiadowcza informuje, co dzieje się wewnątrz obozu przeciwnika, natomiast agentura wpływu formuje postrzeganie przeciwnika i to już we wczesnej fazie planowania i podejmowania decyzji.
Pozwala sterować zestawem obrazów, opinii i odczuć tak, by odbiorcy kierowali się nie tyle rzeczywistością, co narracją podsuniętą przez agenturę i zgodną z intencjami jej mocodawcy. Z tych względów przyszłą agenturę wpływu typuje się pod kątem nie tyle jej możliwości wykradania tajnych dokumentów lub zbierania poufnych informacji, co rozpowszechniania odpowiednio spreparowanych wiadomości i opinii. Proces pozyskiwania agentów jest jednak zbliżony do werbowania agentury wywiadowczej. Agentów wpływu dobiera się spośród ludzi inteligentnych, ambitnych i pozbawionych skrupułów, gotowych za wszelką cenę piąć się po szczeblach kariery i łaknących poklasku.
W straszliwym okresie kolektywizacji rolnictwa w Związku Sowieckim, w latach „rozkułaczania” i wymuszonego głodu, kiedy na Ukrainie i Północnym Kaukazie notowano liczne przypadki ludożerstwa, rolę szczególnie haniebnej agentury wpływu odegrali czołowi zachodni intelektualiści, luminarze kultury i politycy. Irlandzki dramaturg i myśliciel George Bernard Shaw zapewniał, że „nie widział w Rosji ani jednej niedożywionej osoby”. Francuski polityk, dwukrotny premier Edouard Herriot kategorycznie zaprzeczał „kłamstwom burżuazyjnej prasy, że w Związku Sowieckim panuje głód”. Brytyjscy piewcy socjalizmu – Beatrice i Sidney Webbowie – strofowali ukraińskich chłopów za „podkradanie ziaren z kłosów”, co w ich opinii było „bezwstydną kradzieżą kolektywnej własności” (Christopher A., Gordijewski O., KGB, tłum. Rafał Brzeski, Bellona, Warszawa 1997, str. 121–122). Podobne zapierające dech kłamstwa i wygibasy intelektualne można obecnie usłyszeć codziennie od polskich ludzi kultury i polityków w stacji telewizyjnej znajdującej się pod protektoratem ambasador Stanów Zjednoczonych.
Z punktu widzenia oficera werbującego i prowadzącego najlepszym rozwiązaniem jest rozbuchane ego, usilnie szukające uznania i pełne niespełnionych ambicji, wsparte odpowiednim zastrzykiem finansowym.
Jeżeli werbowany ma do tego jakieś perwersyjne skłonności lub jakieś grzechy przeszłości do ukrycia, to sukces jest prawie pewny. Dobrym środowiskiem do werbunku jest społeczność homoseksualna. Należą bowiem do niej ludzie wpływowi i jest ona wyjątkowo dyskretna.
Przy werbowaniu agentury wpływu skutecznym wabikiem jest obok oferowanych profitów finansowych obietnica przyznania prestiżowych nagród i wprowadzenia do „międzynarodowych salonów”, co w przypadku osób pnących się po drabinie zawodowej lub w hierarchii państwowej pomaga w spełnieniu ambicji politycznych lub aspiracji osobistych. Na mechanizm ten już w 1938 roku zwracał uwagę Peter Gutzeit, szef nowojorskiej rezydentury NKWD, który w obszernym memorandum proponował „aktywnie spenetrować” życie polityczne Stanów Zjednoczonych, zwerbować kongresmenów, senatorów oraz dziennikarzy i z ich pomocą nie tyle zbierać informacje, co kształtować przychylny dla Związku Sowieckiego klimat wewnątrz administracji prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Gutzeitowi nie dane było jednak zrealizować proponowanego programu, bowiem został odwołany do Moskwy i rozstrzelany w ramach „wielkiej czystki” końca lat trzydziestych ubiegłego wieku.
Skuteczność agentury wpływu zależy w dużej mierze od jej uplasowania i wiarygodności. Zarówno odpowiednie awansowanie i „przesuwanie” agenta w hierarchii, jak i budowanie jego autorytetu wymagają czasu. Dlatego też werbownicy najczęściej działają na uniwersytetach, które tradycyjnie są miejscem ścierania się idei i rewolucyjnych koncepcji urządzenia świata. Tym bardziej, że nawet skrajne poglądy głoszone w świecie akademickim nikogo nie rażą i stosunkowo łatwo przesączają się do szkół, środowisk naukowych, a nawet do kościołów.
Przy tworzeniu agentury wpływu w środowiskach politycznych, akademickich i studenckich, po wytypowaniu odpowiednich kandydatów do współpracy, obok tradycyjnych technik werbunkowych coraz częściej stosuje się metodę niejako „bezkontaktową”. Wytypowani są przykładowo zapraszani na prestiżowo zaaranżowaną konferencję naukową, na której prezentowana jest określona narracja faworyzująca stanowisko kraju budującego agenturę. Osoby, które w rozmowach kuluarowych odniosą się pozytywnie do tej narracji, są po jakimś czasie zaproszone na kolejną konferencję, potem proponuje im się napisanie artykułu naukowego, ich dorobek zostaje „zauważony”, otrzymują stypendium badawcze, są zaproszone na wykłady, otrzymują nagrody itp. Ich kariera naukowa lub zawodowa jest umiejętnie sterowana, a współpraca – w większym stopniu dorozumiana niż uzgodniona.
Wykrycie agentury wpływu jest bardzo trudne. Agenci wpływu należą do osób o najściślej strzeżonej tożsamości w ewidencji służby. Są bowiem najczęściej postaciami publicznymi, a ich skuteczność opiera się na totalnym utajnieniu. Raz zdemaskowany agent wpływu nieodwracalnie traci swą przydatność. Agenci wpływu, zwłaszcza uplasowani wysoko w hierarchii politycznej, prowadzeni są albo „bezkontaktowo”, albo werbalnie, drogą ustnych sugestii, bez zostawiania śladów w dokumentacji służby.
Wysoki stopień utajnienia tożsamości agentów wpływu sprawia, że udowodnienie im przed sądem działania na rzecz obcego państwa jest praktycznie niemożliwe. Podstawą demokracji jest bowiem prawo do głoszenia własnych poglądów.
Agent wpływu nie wykrada tajemnic z sejfów i prawie nie sposób przyłapać go na gorącym uczynku. Najczęściej nie kontaktuje się potajemnie z oficerem prowadzącym i nie otrzymuje od niego instrukcji, zadań lub wynagrodzenia. Nie odwiedza skrzynek kontaktowych, nie zostawia nigdzie mikrofilmów lub innych materiałów wywiadowczych. Agent wpływu wyjeżdża oficjalnie na jawne seminaria lub konferencje naukowe, pobiera stypendia naukowe lub wykłada na zagranicznym uniwersytecie, zagraniczni wydawcy publikują jego książki, otrzymuje nagrody twórcze, spotyka się z politykami, ludźmi ze świata gospodarki i nauki. Zebrane „wrażenia”, ubrane we „własne przemyślenia”, publikuje w mediach, rozpowszechnia w „politycznych salonach”, w sieci albo podczas spotkań z politykami i decydentami własnego kraju. Formalnie nie robi nic nielegalnego.
Ponadto agent wpływu najczęściej działa pośrednio (to nie on podejmuje decyzje, lecz polityk, któremu on doradza!). Dlatego jest trudny do zdemaskowania i zneutralizowania, natomiast jego mocodawcom stosunkowo łatwo jest zorganizować jego obronę drogą petycji, interpelacji parlamentarnych lub demonstracji poparcia ze strony znanych postaci lub medialnej akcji pod hasłem obrony przed dyskryminacją. Świeżym przykładem może być peregrynacja po europejskich instytucjach politycznych pewnej Ukrainki z rosyjskim paszportem, która została wydalona z Polski i otrzymała zakaz wjazdu na terytorium RP.
W obronie agenta można również zaaranżować medialną wrzawę, a jeśli nie przyniesie ona spodziewanych rezultatów, można zorganizować manifestację protestacyjną, której umiejętnie zainspirowani uczestnicy będą ochoczo wywrzaskiwać hasła podsunięte przez inną siatkę agentury wpływu. Liczba i struktura kombinacji zależy od wyobraźni służby prowadzącej agenta.
Dodatkowym utrudnieniem w eliminacji agentury wpływu jest konieczność poruszania się po delikatnym gruncie. Jej zignorowanie zachęca do dalszych działań. Zbyt gwałtowna reakcja naraża na zarzut skłonności do zamordyzmu i tłumienia swobody wypowiedzi.
W eliminacji skuteczniejsze są działania administracyjne, prowadzące do ucięcia możliwości oddziaływania, niż sądowe, prowadzące do ukarania.
Bardzo trudne jest bowiem sądowe udowodnienie, że ktoś głosi to, co głosi na zlecenie, a nie jest to prezentacja własnych opinii. W przypadku działalności agentury wpływu w internecie dochodzi do tego element geograficzny – nadawca treści może mieszkać w innym kraju, poza jurysdykcją sądową.
Skutecznym sposobem eliminacji agentury wpływu są dyskretnie kontrolowane „przecieki” do mediów. Brytyjski polityk, konserwatysta, Liam Fox miał przyjaciela i drużbę Adama Werritty’ego. Obaj należeli do grupy Konserwatywni Przyjaciele Izraela. Kiedy Fox został ministrem obrony, tak się jakoś przypadkowo składało, że jeśli wyjeżdżał służbowo, to Werritty mieszkał w tym samym hotelu. Od maja 2010 roku do października 2011 roku Werritty 22 razy odwiedził Foxa w ministerstwie obrony i towarzyszył mu w 18 podróżach zagranicznych, aż dziennik „The Times” dotarł do wyciągów bankowych założonej przez Adama Werritty’ego fundacji Pargav i okazało się, że jej głównym dobroczyńcą jest miliarder Chaim Zabludowicz, prezes pro-izraelskiego lobby BICOM. Kilka dni później gazeta niedzielna „Mail on Sunday” miała zadziwiająco dokładne informacje, kiedy i w jakiej sprawie Werritty telefonował do Foxa z Dubaju. Wreszcie dziennik „Daily Mail” zwrócił uwagę, że Werritty nie jest urzędnikiem państwowym, a zatem nie podlega weryfikacji przez Służbę Bezpieczeństwa MI5, oraz na możliwość „wykorzystania Foxa przez Mossad w charakterze pożytecznego idioty”. Dzień przed publikacją tego artykułu Liam Fox podał się do dymisji i Werritty stracił możliwość wpływu na szefa brytyjskiego resortu obrony.
Najskuteczniejszą obroną państwa przed działaniami agentury wpływu jest cierpliwe demaskowanie każdej wykrytej manipulacji i zapewnianie obywatelom stałego dostępu do rzetelnych informacji. Sterowanie świadomością całych grup społecznych przy użyciu agentury wpływu wymaga czasu, a to można i należy wykorzystać dla przeciwdziałania.
Odpowiedzią na sterowanie winna być „gra w otwarte karty”, czyli maksimum prawdy podanej w sposób wyważony, bez rzucania oskarżeń lub przypinania etykiet.
Rządzący winni przy tym pamiętać, że działalność agentury wpływu jest najskuteczniejsza w społecznościach niejednolitych, rozchwianych i zdemoralizowanych, gdyż społeczności zwarte etnicznie, o ustabilizowanym porządku etycznym oraz jasnych i przestrzeganych normach moralnych mają „wbudowany” w siebie odruchowy system samoobrony przed wrogim podszeptem.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Agentura wpływu i sieć” znajduje się na s. 5 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Agentura wpływu i sieć” na s. 5 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
W piątkowe przedpołudnie w Radiu WNET, jak zwykle wieści z Irlandii i Wielkiej Brytanii. Rozmowy, analizy, przeglądy prasy, a także korespondencje i muzyka irlandzka. Już 17 marca dzień św. Patryka.
Prowadzenie: Tomasz Wybranowski i Tomasz Szustek (gościnnie)
Wydawca: Tomasz Wybranowski
Realizacja: Tomasz Wybranowski (Dublin)
Realizacja: Paweł Chodyna (Warszawa)
Produkcja: Studio 37 Dublin
Tradycyjnie pierwszą pozycją piątkowego Studia Dublin był przegląd prasy.
Tomasz Szustek i Tomasz Wybranowski omawiali artykuły i relacje dziennikarzy „The Irish Times” i „Irish Independent”.
Mowa była m.in. o zmianie preferencji wyborczych i oceny mieszkańców Irlandii Północnej rządu premier Teresy May.
Czarne chmury zbierają się także nad głową szefowej DUP, Arlene Foster. Powodem tego stanu rzeczy jest brak konkretów związanych z finalnymi postanowieniami w sprawie Brexitu.
Leo Varadkar, premier rządu Republiki Irlandii. Fot. European Peoples Party (CC BY 2.0)
Także premier Republiki Irlandii nie ma powodów do zadowolenia. Jak wynika bowiem z najnowszego sondażu dla dziennika „Irish Times”, premier Leo Varadkar stracił w ostatnim czasie aż 8 procent poparcia, które jeszcze w październiku ubiegłego roku wynosiło 51%. Pozytywnie ocenie pracę szefa irlandzkiego rządu 43% procent ankietowanych.
Jak donosi portal www.polska-ie.com , jeszcze gorzej wynik wygląda w porównaniu do początków kariery na tym stanowisku, bo tuż po objęciu sterów państwa, Leo Varadkar otrzymał wysokie poparcie społeczne i było to 60%.
Leo Varadkar wówczas miał być „najlepszym lekiem” na wszystkie bolączki kraju i zastępując nie cieszącego się zbyt dużą popularnością wtedy Endę Kenny’ego, wprowadzić Republikę Irlandii do gospodarczego raju.
W Studiu Dublin Tomasz Wybranowski i szefem portalu Polska-IE, Bogdan Feręc raz jeszcze powrócili do wydarzeń z wtorku. Tego dnia trzy bomby, które podłożone zostały w Londynie, zakłóciły spokój stolicy Zjednoczonego Królestwa i zmroziły krew w żyłach jej mieszkańców, którzy przypomnieli sobie czasy „Troubles”.
Śledczy z wydziałów antyterrorystycznych Wielkiej Brytanii i Republiki Irlandii uznali, że listy – pułapki podłożyli republikańscy dysydenci mający powiązania z Nową IRA. Przynajmniej dwie z bomb wysłane zostały z Dublina.
Na koperty naklejono znaczki pocztowe An Post (irlandzka poczta), z walentynkowymi serduszkami i widniały na nich stemple pocztowe jednego ze stołecznych urzędów pocztowych.
An Garda Siochána (irlandzka policja) zidentyfikowała w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy pięćdziesięciu aktywistów i ponad dwustu sympatyków Nowej IRA.
Irlandzcy policjanci donoszą także, że część z członków Nowej IRA zdobywali umiejętności, szkoląc się w Czechach i na Słowacji.
W Studiu Dublin powracamy do publikacji dziennika „Irish Times” (największego irlandzkiego dziennika), która skupia się na historii II Wojny Światowej i relacjach polsko – żydowskich, także w kontekście tych ostatnich wydarzeń związanych ze szczytem Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie i słowach izraelskiego ministra spraw zagranicznych.
Oto smakowity tytuł artykułu Dereka Scally:
„Muzeum żydowskie stawia Polakom trudne pytania i kończy się to kłótnią o politykę historyczną.”
Na początku artykułu, który omawia Tomasz Szustek, Derek Scally przedstawia krótko historię powstania muzeum Żydów Polskich – Polin i wspomina o Polakach, którzy „są najliczniej reprezentowaną narodowością pośród uhonorowanych orderem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.
Wskazuje również, że muzeum pokazuje bardziej złożony i skomplikowany obraz trudnych wzajemnych polsko-żydowskich stosunków w czasie okupacji. Ubiegłoroczna książka wydana przez muzeum Polin, podkreślała, że
„wielu spośród 250 tys. Żydów, którzy ukrywali się na terenach okupowanej Polski została wydana i zdradzona przez zwykłych Polaków.”
W następnej pozycji naukowej, bazującej na aktach sądowych, przedstawiono podobne wnioski. Jako przyczynę, szeroko zakrojonej kolaboracji, naukowcy wskazują, jak konkluduje Derek Scally
„głęboko zakorzenioną w Polsce tradycję antysemityzmu, który współgrał z oficjalną doktryną nazistów” – to cytat z artykułu „Irish Times”
I pisze dalej Derek Scally- Takie opinie są wyzwaniem dla obecnej polskiej narracji historycznej widzącej tylko bohaterów i ofiary. Wywołało to emocjonalną debatę i ostrą odpowiedź partii rządzącej.
Autor artykułu niestety nie wspomina, że tylko w Polsce, jako jedynym kraju w Europie, za ukrywanie i nie wydanie Żydów obowiązywała kara śmierci dla winnych i ich rodzin. Ani słowa o tym, że część Polaków wskazywała miejsca, w których ukrywali się Żydzi, się z pistoletem przy własnej skroni lub przy skroni swojej najbliższej rodziny. To jest dylemat przed którym nie stawali inni obywatele podbitej Europy.
Tomasz Wybranowski przypomniał serię artykułów w irlandzkiej prasie sprzed roku, kiedy to wspomniany korespondent Derek Scally relacjonował batalię wokół nowelizacji ustawy o IPN. Przypomniał także, że w lutym 2018 roku o portal dziennika „Irish Independent” napisał:
„Polskie Centrum Badań nad Zagładą Żydów w Warszawie szacuje, że z rąk Polaków zabito około 180 do 200 tys. Żydów, bądź Polacy oddali ich Niemcom”.
Portal dziennika „Irish Independent” i jego dziennikarka Vanessa Gera podali te dane w oparciu o informacje i publikacje Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytut Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie. Na dowód tego poniżej zamieszczamy twitt z konta Irish Independent z 5 lutego 2018 roku.
Niestety na publikacje sprzed roku, jak i artykuł Dereka Scally nie doczekaliśmy się jakiejkolwiek reakcji ze strony polskiej ambasady w Dublinie, ani oficjeli z MSZ. Śledząc irlandzkie portale i pisma, oraz portale i konta społecznościowe naszej ambasady, dziennikarze i redaktorzy Radia WNET w Dublinie nie natrafili na choćby najmniejszą wzmiankę na ten temat.
Dodać należy, że Polska wciąż nie ma ambasadora w Republice Irlandii, co Polonia określa mianem skandalu w przededniu Brexitu.
Dużymi krokami zbliża się dzień św. Patryka – święto narodowe Irlandii. Jak wyglądają przygotowania do parad w tym roku, co kulturalnie dzieje się po zachodniej stronie Wyspy i jaki jest stan ducha Polonii pod niebem Hibernii? O to zapytaliśmy prezesa Stowarzyszenia Come2gether, Aleksandra Puzika.
Aleksander Puzik, prezes stowarzyszenia Come2Gether.
Jak zwykle Tomasz Szustek przygotował kalendarium Studia Dublin. Oto 8 marca 1966 roku, w Dublinie wysadzono w powietrze znienawidzoną kolumnę Nelsona. Gdy Irlandia była pod brytyjską okupacją, Brytyjczycy wystawili swojemu bohaterowi narodowemu – admirałowi Horatio Nelsonowi okazały pomnik w samym centrum Dublina.
fot. National Library of Ireland (1,2), Studio37(3)
Horatio Nelson żył w XVIII wieku, wsławił się m.in. tym, że dwukrotnie pokonał flotę Napoleona. Ale nie miał prawie żadnych koneksji z Irlandią i był postrzegany przez Irlandczyków jako obcy bohater i irytował swoją obecnością.
Kolumna była wysoka na ponad 40 metrów, a na szczycie górował posąg admirała. Można było wejść do wnętrza kolumny i schodami wejść na sam szczyt na małą galerię. Warto posłuchać tej pasjonującej gawędy w Studiu Dublin.
W finale Studia Dublin „Londyński WNETowy Zwiad” i gorąca korespondencja Aleksandra Słotwińskiego.
Alex Sławiński, Radio WNET Londyn. Fot. archiwum Alexa Sławińskiego.
Szef naszego londyńskiego studia tym razem nie tylko opowiadał o coraz większym chaosie informacyjnym przed zbliżającycm się Brexitem, oraz marazmie mieszkańców Wielkiej Brytanii, którzy już są zmęczeni brakiem konkretów, w przededniu 29 marca (data wyjścia UK ze struktur Unii Europejskiej).
Korespondent Radia WNET opowiedział także o pladze przemocy i morderstw w Londynie. Statystyki są alarmujące. W opinii angielskich służb mundurowych w Londynie dochodzi do większej liczby morderstw niż w owianych złą sławą nowojorskim Bronxie.
Tomasz Wybranowski – Studio 37 Dublin – Radio WNET
Dlatego publicznie składam tutaj propozycję zastosowania naszej technologii likwidującej emisję wszystkich szkodliwych substancji już w kotle domowym. Metoda jest tania w zastosowaniu i skuteczna.
Marek Adamczyk
Oto dane, które mnie, walczącego ze smogiem od kilku lat, przeraziły najbardziej. W dniu 19.01.2019 roku o godz. 21:00 w miejscowości Skała (obok znajduje się zamek w Pieskowej Skale) czujniki zanotowały przekroczenie norm emisji pyłów PM 10 o 3187% (osiągając poziom zanieczyszczeń – 1594 µg/m³), pyłów PM 2,5 o 2192% (z poziomem zanieczyszczeń – 548 µg/m³). Skalę zagrożeń utraty zdrowia możemy dostrzec przy wiedzy, że obowiązujące normy dla mikropyłów PM10 ustalone są w Polsce (w oparciu o średnią dobową) na 3 poziomach:
poziom dopuszczalny 50 µg/m3,
poziom informowania 200 µg/m3,
poziom alarmowy 300 µg/m3.
(…) W dniu 20.01.2019 roku o godz. 05:00 w Wieliczce (ul. Adama Asnyka) czujniki zanotowały przekroczenie norm emisji pyłów PM 10 o 1359% (osiągając poziom zanieczyszczeń – 679 µg/m³) – został przekroczony ponad trzynastokrotnie. Poziom emisji pyłów PM 2,5 wyniósł 1362% (340 µg/m³). Ta sytuacja nie rzutuje dobrze na wizerunek miasta z kopalnią soli „Wieliczka” wpisaną w 1978 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. W 2015 roku kopalnię odwiedziło ponad 1390 tysięcy turystów z całego świata.
Na miejscu burmistrza i radnych zrobiłbym wszystko (nawet stanął na uszach), aby ten problem szybko rozwiązać. To leży w interesie nie tylko miasta, ale i całej Polski.
Dlatego publicznie składam w tym miejscu propozycję zastosowania naszej technologii likwidującej emisję wszystkich szkodliwych substancji już w kotle domowym, na etapie wspólnego spalania z sorbentem ER1 paliw stałych w obecności tzw. „kierownicy spalin”.
Metoda jest tania w zastosowaniu i niesamowicie skuteczna, dająca jednocześnie możliwość oszczędności paliw do 30%. Najwyższy czas podjąć skuteczne działania w celu ostatecznego rozwiązania tego problemu. Zachęcam wszystkich decydentów do działania.
Sprawdźcie nas na miejscu, dajcie sobie i mieszkańcom, a także i turystom odwiedzającym Wasze piękne miasto szansę zdrowego życia.
Cały artykuł Marka Adamczyka pt. „Smog nadal panoszy się w Polsce” znajduje się na s. 1 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marka Adamczyka pt. „Smog nadal panoszy się w Polsce” na s. 1 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
Niepokojem napawa fakt, że zapisy znajdujące się w innych częściach “Deklaracji” zmierzają do zinstytucjonalizowania postaw LGBT – napisali w oświadczeniu kard. Kazimierz Nycz i bp Romuald Kamiński.
We wspólnym oświadczeniu arcybiskup warszawski i biskup diecezji warszawsko-praskiej odnieśli się do kontrowersyjnej deklaracji „Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+”, którą podpisał prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Biskupi ordynariusze podkreślili rolę rodziców w wychowaniu seksualnym dzieci oraz przypomnieli stanowisko Kościoła Katolickiego.
Należy dołożyć wszelkich starań, aby każdy uczeń i uczennica byli otoczeni szczególną opieką ze strony dyrekcji, pedagogów, nauczycieli, zwłaszcza gdy są zagrożone jakąkolwiek formą przemocy czy dyskryminacji. Należy zadbać o mądre wychowanie seksualne, które powinno mieć swój początek w rodzinie i być kontynuowane w szkole. Nie może stać ono w sprzeczności z wartościami wyznawanymi przez rodziców, którzy chcą je przekazać swoim dzieciom. Dziękujemy rodzicom i wszystkim wiernym za podjęte działania w celu obrony wartości chrześcijańskich.
Pełna treść oświadczenia:
Kard. Kazimierz Nycz, arcybiskup metropolita warszawski
Bp Romuald Kamiński, biskup warszawsko-praski
Stanowisko biskupów warszawskich w sprawie tzw. „Deklaracji LGBT+”
Publikacja deklaracji „Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+” wzbudziła emocje i uzasadnione zaniepokojenie wiernych, którzy w różnorodnej formie coraz liczniej zwracają się do biskupów warszawskich z prośbą o wsparcie. Również pasterze archidiecezji warszawskiej i diecezji warszawsko-praskiej krytycznie i z niepokojem odnoszą się do treści zaprezentowanego dokumentu, szczególnie w części dotyczącej edukacji seksualnej w szkołach.
Chrześcijańska antropologia a LGBT
W oficjalnych dokumentach Kościół katolicki nie podejmował kwestii „LGBT+”, ale wielokrotnie wypowiadał się na temat homoseksualizmu i osób homoseksualnych. Często przypomina o szacunku, jakim powinno się obdarzać osoby homoseksualne. „Bóg kocha każdego człowieka – powtórzyli biskupi zebrani na ostatnim Synodzie o młodzieży – i podobnie czyni Kościół, ponawiając swoje zaangażowanie w zwalczanie wszelkiej dyskryminacji i przemocy na podstawie płciowości”.
Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina naukę opartą na Piśmie Świętym, że „akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane”, a osoby homoseksualne wezwane są do życia w czystości [1].
Chrześcijańska antropologia nie może zaakceptować wielu obecnych w ideologii LGBT aspektów, działań i postulatów, w tym związanych z promocją zawartej tam wizji ludzkiej płciowości, rodziny i jej roli w społeczeństwie, małżeństwa oraz tzw. „praw reprodukcyjnych”.
Kościół o edukacji seksualnej
Temat edukacji seksualnej podjął papież Franciszek w adhortacji „Amoris laetitia” (punkty 280-286) i jest to jak dotąd najobszerniejsze stanowisko Kościoła w tej sprawie. Franciszek wyraził swoją pozytywną opinię, aby edukacja seksualna była prowadzona w szkołach [2], podkreślił jednak przy tym pierwszoplanową rolę rodziców. To oni są pierwszymi wychowawcami odpowiedzialnymi za wychowanie swoich dzieci.
W chrześcijańskiej wizji „pozytywne i mądre wychowanie seksualne” powinno być obiektywne, wolne od jakiejkolwiek ideologii, a jednocześnie osadzone w kontekście „wychowania do miłości, do wzajemnego daru z siebie” [3]. Edukacja seksualna musi też być dostosowana do wieku dzieci i młodzieży.
Celem edukacji seksualnej jest ochrona dzieci i młodzieży przed różnorodnymi destrukcyjnymi zjawiskami. Franciszek w “Amoris laetitia” pisze: „Młodzi ludzie powinni mieć możliwość uświadomienia sobie, że są bombardowani przesłaniami, które nie dążą do ich dobra oraz ich dojrzałości” [4]. „Nieodpowiedzialna jest wszelka zachęta kierowana do nastolatków, by bawić się swoim ciałem i swoimi pragnieniami, jak gdyby osiągnęli już dojrzałość, wartości, wzajemne zaangażowanie i cele właściwe małżeństwu. W ten sposób beztrosko zachęca się ich do używania innej osoby jako przedmiotu eksperymentów” [5].
Kontrowersje wynikające z lektury “Deklarcji LGBT+”
Biskupi warszawscy w pełni solidaryzują się i wspierają rodziców zaniepokojonych zapisami „Deklaracji LGBT+”. Duży niepokój wzbudzają standardy i wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), które, jak wynika z zapisu w “Deklaracji”, stoją u podstaw zaprezentowanej tam „edukacji antydyskryminacyjnej i seksualnej w każdej szkole” [6]. Brak jakiejkolwiek wzmianki w omawianym dokumencie na temat roli rodziców – wobec których szkoła wraz ze wszystkimi obecnymi w niej elementami edukacji ma charakter służebny – może oznaczać, że “Deklaracja” jest sprzeczna z konstytucyjnym prawem rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz z obowiązującym prawem oświatowym.
Autorzy przyznają, że konsultowali jej treść w dialogu ze społecznością LGBT+, a więc pominęli pozostałą część społeczeństwa Warszawy. Niepokojem napawa fakt, że zapisy znajdujące się w innych częściach “Deklaracji” zmierzają do zinstytucjonalizowania postaw LGBT.
Popieramy działania zmierzające ku temu, aby to rodzice mieli decydujący wpływ na kształtowanie swoich dzieci. Należy dołożyć wszelkich starań, aby każdy uczeń i uczennica byli otoczeni szczególną opieką ze strony dyrekcji, pedagogów, nauczycieli, zwłaszcza gdy są zagrożone jakąkolwiek formą przemocy czy dyskryminacji. Należy zadbać o mądre wychowanie seksualne, które powinno mieć swój początek w rodzinie i być kontynuowane w szkole. Nie może stać ono w sprzeczności z wartościami wyznawanymi przez rodziców, którzy chcą je przekazać swoim dzieciom. Dziękujemy rodzicom i wszystkim wiernym za podjęte działania w celu obrony wartości chrześcijańskich.
Przypisy
[1] Katechizm Kościoła Katolickiego, paragraf 2358, 2359
[2] Konferencja w samolocie w drodze z Panamy, http://w2.vatican.va/content/francesco/it/speeches/2019/january/documents/papa-francesco_20190127_panama-volo-ritorno.html [dostęp 2.03.2019]
[3] Franciszek, Adhortacja „Amoris Laetitia”, punkt 280
[4] Tamże, punkt 281
[5] Tamże, punkt 283
[6] WHO, „Standardy edukacji seksualnej w Europie. Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem”, s. 40-44
– W ten jeden dzień w roku politpoprawność nie obowiązuje niemieckich polityków. Jednak szefowa CDU musiała się w czwartek tłumaczyć z żartu o toaletach dla płci „owej” – mówi Jan Bogatko.
Jan Bogatko, korespondent Radia WNET w Niemczech, opowiada o dowcipach, na które pozwolili sobie w Środę Popielcową niemieccy politycy. W ten jeden dzień w roku bowiem „mówią oni ludzkim głosem”, ignorując poprawność polityczną.
Żartem, który odbił się najszerszym echem, była wypowiedź szefowej CDU Annegret Kramp-Karrenbauer, która podczas dorocznego spotkania partii na niemieckim Pomorzu pozwoliła sobie na kąśliwą uwagę pod adresem osób LGBTQ+. Nawiązując do rozróżnianych przez krajowe prawo trzech płci – kobiety, mężczyzny i nieokreślonej niemiecka polityk, nazywana również AKK, powiedziała, że w trakcie trwania wydarzenia będzie problem z toaletami dla ostatniej z wymienionych płci. Stwierdziła przy tym, że służą one jedynie mężczyznom, którzy nie mają pewności, czy w związku ze swoją samoidentyfikacją powinni przy oddawaniu moczu stać czy siedzieć. Słowa te spotkały się z negatywnym odbiorem pewnych grup, w związku z którym następnego dnia szefowa CDU musiała się z nich tłumaczyć.
W Środę Popielcową na szczerość zdobyli się także dwaj politycy AfD kandydujący do Parlamentu Europejskiego. Jeden z nich zauważył, że co prawda na ulicach nie widać płci nieokreślonej, jednak po przyjeździe do Berlina i wkroczeniu do Bundestagu spotyka ją na każdym kroku. Drugi natomiast opowiedział niewybredny żart o kanclerz Niemiec Angeli Merkel.
„ – Czym różni się Angela Merkel od Martina Schulza?
– Kanclerz Merkel jest lepiej ogolona.”
Gość Poranka mówi również o kampanii na prezydenta Zgorzelca.