Na północy Ukrainy, w Żytomierzu, odsłonięto tablicę upamiętniającą prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele Prezydenta RP, Sejmu oraz władz ukraińskich.
Tablica znajduje się na budynku z numerem jeden przy ulicy Lecha Kaczyńskiego, nazwanej jego imieniem w 2016 roku. „Pamięci Lecha Kaczyńskiego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Przyjaciela Ukrainy” – głosi umieszczony na niej napis.
Odsłonięcia tablicy dokonali m.in. minister w Kancelarii Prezydenta RP Adam Kwiatkowski, wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki i wicepremier Ukrainy Hennadij Zubko.
[related id=”12011″]
Minister Adam Kwiatkowski, mówiąc o uroczystości, stwierdził: „To przypomina i pokazuje Polakom, ale przecież także Ukraińcom, tym wszystkim, którzy mieszkają tutaj, na Żytomierszczyźnie, jakie znaczenie dla relacji polsko-ukraińskich miał i co wniósł prezydent Lech Kaczyński. […] Dzisiaj widzimy, że to wszystko, co robił Lech Kaczyński, spotkało się ze zrozumieniem i wdzięcznością”.
Wicemarszałek Ryszard Terlecki odniósł się do relacji polsko-ukraińskich: „Stosunki polsko-ukraińskie miewają słabsze chwile, ale generalnie przecież chodzi nam o to, żeby były jak najlepsze. Myślę, że chodzi o to obu stronom i taka uroczystość jak dzisiaj jest okazją, żeby przypominać, że zarówno w nie tak dawnej przeszłości, jak ta za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, jak i dziś, współpraca Polski z Ukrainą jest kluczowa dla bezpieczeństwa i rozwoju regionu”.
W uroczystościach wzięli również udział ambasador RP na Ukrainie Jan Piekło, poseł na Sejm RP i rzeczniczka prasowa PiS Beata Mazurek (rzecznik prasowy PiS) oraz poseł na Sejm RP Stanisław Pięta. Ukraiński parlament reprezentowała deputowana Oksana Jurynec – współprzewodnicząca polsko-ukraińskiej grupy parlamentarnej.
[related id=”12400″ side=”left”]
Tablica powstała z inicjatywy działającego na Żytomierszczyźnie Zjednoczenia Szlachty Polskiej. Jego wiceprezes Włodzimierz Iszczuk powiedzial wcześniej PAP, że Lech Kaczyński uważany jest na Ukrainie za wybitnego męża stanu: – Jest szanowany zarówno przez Ukraińców, jak i miejscowych Polaków. Uczynił bardzo wiele dla pojednania i porozumienia polsko-ukraińskiego.
Zjednoczenie zabiegało o odsłonięcie tablicy od 2011 roku, kiedy chciało w ten sposób uczcić pierwszą rocznicę tragicznej śmierci prezydenta i jego małżonki Marii w katastrofie smoleńskiej. Starania te nie przyniosły jednak wówczas rezultatów.
Jak wyjaśnił Włodzimierz Iszczuk, starań Zjednoczenia Szlachty Polskiej nie poparła wtedy Rada Miasta, ponieważ były to czasy rządów Partii Regionów (zbiegłego do Rosji b. prezydenta Wiktora Janukowycza). Teraz władze miasta chętnie przystały na propozycję umieszczenia tablicy upamiętniającej prezydenta Kaczyńskiego.
Sobotnie uroczystości rozpoczęły się mszą świętą w żytomierskim kościele pod wezwaniem św. Jana z Dukli, którą celebrował proboszcz, ojciec Pawło Szewczuk. Po odsłonięciu tablicy zaplanowano panel dyskusyjny „Lech Kaczyński i relacje polsko-ukraińsko-gruzińskie” oraz prezentację książki Tomasza Sakiewicza „Testament I Rzeczypospolitej. Kulisy śmierci Lecha Kaczyńskiego”.
Według spisu powszechnego z 2001 roku, obwód żytomierski jest największym skupiskiem mieszkających na Ukrainie Polaków. Jest ich tutaj prawie 50 tysięcy i stanowią oni 3,53 procent mieszkańców tego regionu.
Od 1965 roku Marek Jackowski był obecny na muzycznym helikonie. Odszedł na drugą stronę luster cztery lata temu, 18 maja 2013 roku. Do ostatnich chwil pracował nad swoją najnowszą solową płytą…
Marek Jackowski jest legendą polskiego rocka. Na zawsze pozostanie jedną z najbardziej charyzmatycznych i intrygujących postaci polskiej muzyki. Można o Nim mówić jako o muzyku, kompozytorze, twórcy muzyki filmowej i eksperymentalnej, ale także jako o dziennikarzu i tłumaczu, filologu angielskim, wreszcie znawcy literatury.
Całe Jego życie było łowieniem dźwięków. Najpierw podczas studiów w latach 60. grał w łódzkiej grupie Impulsy, która przerodziła się po kilku miesiącach z zespół Vox Gentis. Potem wyprowadził się do Krakowa, gdzie nawiązał współpracę z Piwnicą pod Baranami. Na cztery lata zagościł w kultowej Anawie, z którą nagrał płyty: „Marek Grechuta & Anawa” (1970) oraz kultowy „Korowód” (1971). Później grał z zespołem Osjan (1971-75). W grudniu 1975 roku w Krakowie wraz z Milo Kurtisem założył zespół M–a–M, który wkrótce zmienił nazwę na Maanam, którego został liderem.
Po wielu zmianach personalnych skład tej grupy ustalił się na początku roku 1980, a zespół udanie zadebiutował jako grupa rockowa. Jackowski stał się głównym kompozytorem materiału płytowego (m.in. albumy „O!”, „Nocny Patrol”, czy „Mental Cut”). Maanam, jako pierwsza grupa z Polski, zapełniał sale koncertowe w Danii, Holandii, Niemczech i Francji.
Marek Jackowski prowadził również autorski projekt „Złotousty i Anioły” z Robertem Gawlińskim w składzie. Nagrał trzy solowe albumy „No 1” (1994) oraz „Fale Dunaju” (1995) i ten pośmiertny, wydany w październiku 2013 roku – „Marek Jackowski”. Do kanonu polskiej muzyki weszła piosenka w jego wykonaniu (z zespołem Maanam) „Oprócz błękitnego nieba” (1979).
Ostatnie lata inwestował w projekt „The Goodboys” oraz marzenie życia: reaktywację Maanamu ze „złotymi muzykami złotego składu” – jak mawiał – pod nazwą „Złoty Maanam”. W skład zespołu, obok Marka Jackowskiego, weszli Bogdan Kowalewski, Ryszard Olesiński i Paweł Markowski. Do ostatnich dni pracował także nad swoją ostatnią solową płytą.
Marek Jackowski na tle drzewa pieprzowego. Zdjęcie zrobione przez Biankę Jackowską, córkę Marka. Z archiwum rodziny Jackowskich.
Quo vadis, polska muzyko i polskie media???
W wielu wywiadach Marek Jackowski zastanawiał się nad kondycją współczesnej muzyki rockowej i mediów. Tak oto odpowiedział na moje pytanie w kwestii mody muzycznej:
– Unifikacja, bezbarwność, krzykliwość i medialne skandale to sposób na to by „być gwiazdą” dzisiaj? Co o tym sądzisz? Czy muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to już przeszłość?
Jeżeli rządzi tak zwana globalno-wioskowa dyskoteka i „gwiazdy” tabloidu, a społeczeństwo się na to godzi, to trudno widzieć lepszą przyszłość. Stanisław Lem powiedział krótko i dobitnie: „lepiej już było”. Muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to dzisiaj podziemie muzyczne, typowy „underground”.
– W wielu wywiadach podkreślasz wyższość polskiej sceny muzycznej z lat 80. i 90. nad współczesnym rynkiem. Co w takim razie zmieniło się w duszach twórców? A może do głosu dochodzi pokolenie, które nie pamięta starych czasów, ma inną wrażliwość i całkowicie odmienne cele?
– Nie o to chodzi, by na siłę pamiętać stare czasy. W duszach dzisiejszych twórców gra, brzmi przede wszystkim nuta komercyjna. Młode pokolenie, o które pytasz, burzliwe i ciekawe muzycznie, napotyka na „beton” dużych firm fonograficznych i głuchych, nieczułych decydentów sparaliżowanych strachem przed czymś nowym. Nigdy w historii polskiej muzyki rozrywkowej sytuacja nie była tak beznadziejna jak teraz. Dla młodych, niezależnych twórców jedynym wyjściem jest chyba zaistnienie tylko w internecie. Ale tutaj, w cyberprzestrzeni, przy tak nieprawdopodobnej ilości informacji, nie ma nawet cienia tej siły przebicia, jaka była w latach 80. w radiowej Trójce czy pamiętnych nocnych programach Radia Lublin w Jedynce. Muszą powstawać nowe, niezależne wydawnictwa, by to zmienić.
Złoty, klasyczny skład grupy Maanam; od lewej stoją Paweł Markowski, Ryszard Ricardo Olesiński, Marek Jackowski, Bogdan Kowalewski oraz Kora.
– A może to wina mediów? Moje pokolenie urodzone w latach 70. miało Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna, Pawła Sito – radiowych nauczycieli muzyki. Moich przyjaciół z Irlandii, którzy często odwiedzają Polskę, dziwi to, że polskie rozgłośnie tak naprawdę niczym nie wyróżniają się w warstwie prezentowanej muzyki od stacji anglosaskich czy amerykańskich.
– Prawdziwe osobowości muzyczne, znakomite przykłady, jakie wymieniłeś, miałyby dzisiaj w radiostacjach komercyjnych tylko problemy. Radiostacje nie zarabiają na muzyce, bo za to muszą płacić. One zarabiają przede wszystkim na reklamach. Reklamy zaś najlepiej się czują w muzycznej papce. Jeśli znasz jakieś dobre radiostacje i ciekawych prezenterów, tak jak dla przykładu w Radio Near FM w Dublinie, daj mi znać, proszę (śmiech). Z drugiej strony niektóre bystrzejsze radia i myślący perspektywicznie ich szefowie przepraszają się ze starymi i dobrymi prezenterami, bo nagle po ich wyrzuceniu słuchalność zaczęła dramatycznie spadać. A to oznacza, że jednak nie jest do końca prawdziwa teza, że „słuchaczom przestało zależeć”.
Marek Jackowski był bardzo rodzinny człowiek, dumny z miłości kochanej kobiety u jego boku. Często opowiadał mi o życiu we Włoszech i swoich ukochanych córkach, zachwalając ich talenty muzyczne. Ale „bytując na włoskim bucie”, jak często żartobliwie mawiał, nie tracił kontaktu z Polską i bieżącymi wydarzeniami:
– Uważam że, gdy Polska i Polacy mają jakiś szczytny cel, to od razu wszystko gra. Jest ta harmonia. Kiedy Polak zostaje papieżem, to wtedy wszystko jest na miejscu. Natomiast w momencie, kiedy zaczynają się rządy tabloidowe, rządy paskudnej prasy, to wszystko zaczyna się rozmydlać. Wydaje mi się, że to, co napędza całą kulturę tabloidową, a jednocześnie rozbija społeczeństwo, to epatowanie konfliktami, kłótniami i tanimi sensacjami, które przesłaniają sprawy istotne. To takie żerowanie na przyziemnych instynktach.
I niestety ludzie dają się w to wpuszczać, w to wymuszone słuchanie muzyki, wymuszone ideologie, wreszcie określone sposoby zachowań. Wymuszone jest to, że na dywaniku czerwonym muszą pojawiać się gwiazdy, które natychmiast trzeba obgadać. A ja rozmawiam z Dublinem i mam przed oczami Stefana Dedalusa, który gdzieś tam chodzi i gdzieś może tam jego duch bazuje. Może po tych irlandzkich pubach. Może ta dusza artystyczna ciągle tam jest, może Irlandczycy to poeci, którzy mówią tylko właściwie poezją.
Album „Nocny patrol” – prawdziwie o stanie wojennym…
Trzeci album zespołu Maanam „Nocny patrol” wydany jesienią 1983 roku to jedna z najważniejszych pozycji w klasyce polskiego rocka. Najwybitniejsze dzieło Kory i Marka Jackowskiego naznaczone jest piętnem stanu wojennego. O nocy wojennej, krokach we mgle i wszech ogarniającym strachu i żądzy słońca i normalności opowiadał Marek Jackowski zawsze z wielkim przejęciem.
– Lata osiemdziesiąte XX wieku były dla pana i Maanamu „złotym okresem” grupy. Laury Festiwalu Piosenki w Opolu, szczyty list przebojów, zwycięstwa w rankingach popularności magazynu „Non-Stop” i setki koncertów. Debiutancki materiał nagrywaliście w gorącym okresie sierpnia 1980 roku.
– Chwile spędzone w studiu nagraniowym Polskiego Radia Lublin były dla nas wielkim wydarzeniem. Muzycznie spełniały się nasze marzenia. Kora powiedziała nawet po nagraniach, że gdyby teraz miała odejść na drugą stronę, to umierałaby szczęśliwa i spełniona. Ale to był także czas historyczny. Szczególnie zapamiętałem dzień 31 sierpnia 1980 roku, kiedy w Gdańsku podpisywano „Porozumienia sierpniowe”.
Pamiętam jak redaktor Jerzy Janiszewski, legendarna postać polskiego eteru, wbiegał co kilka minut do studia i wykrzykiwał: „Zaraz podpiszą porozumienie, zaraz to się stanie!”. Mija kilka chwil i znowu pojawia się w studiu, mówiąc z ekscytacją: „Już siedzą przy stole! Już podpisują! Wałęsa z wielkim długopisem z fotografią Jana Pawła II!”. Potem wielki szał radości, łzy szczęścia i padanie sobie w ramiona. To był niesamowity czas…
– Była wtedy w nas nadzieja i wiara, że będzie inaczej. Ale zaraz potem, niespełna pół roku później, ogłoszono stan wojenny. To wszystko, co działo się po 13 grudnia, zmieniło ludzi i charaktery…
– Tak jak wszyscy Polacy, wiedzieliśmy, że żyć trzeba dalej. Robić wszystko co się da, by nie zwariować, by się nie poddać. Nie zawsze to było bezpieczne. ZOMO królowało na ulicach i tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć. Stan wojenny obfitował w wiele tragicznych zdarzeń, sytuacji potwornych. Dlatego nasza trzecia płyta „Nocny patrol” przesiąknięta jest atmosferą tamtych czasów. Tamtych tragicznych dni…
– Album nagrywaliście w studiu Teatru STU w Krakowie. Teksty Kory są pełne katastrofizmu, wołania o azyl i przestrzeń bez przemocy. „Krakowski spleen” w moich programach radiowych zapowiadam jako hymn do normalności i chęci zwykłego życia. Przejmujące „Polskie ulice”, „Jestem kobietą”, z zaśpiewem Kory „nie wyobrażam sobie, abyś na wojnę szedł” i tytułowy, otwierający płytę „Nocny patrol”… Do dziś, gdy słucham tej płyty mam ciarki na całym ciele.
– „Nocny patrol” to jest płyta prawdziwa, bo płyta życia. Jest w niej emocja i anturaż tamtych czasów. Ta płyta jest niezwykła, bo czasy były niezwykłe, choć straszne i dziwne. Sami przeżywaliśmy, to co się działo. W nocy baliśmy się wychodzić, bo godzina policyjna, bo patrole ZOMO, bo zatrzymania… A trzeba było normalnie żyć i funkcjonować. Bardzo często zatrzymywali nas pijani zomowcy.
Pamiętam taką scenę, jak z czarnego snu. Zostajemy zatrzymani. Z samochodu wytacza się kompletnie pijany dowódca i wymachuje bronią przed naszymi twarzami. Młodsi rangą musieli go uspokajać, aby nie doszło do jakiegoś tragicznego zdarzenia. Boże, jak wtedy baliśmy się. Pamiętam pytanie jednego z tych młodszych zomowców: „Skąd idziecie we mgle?”. Nie wiem dlaczego, ale zapamiętałem to pytanie na całe życie…
– „Skąd idziecie we mgle?”… W normalnym życiu i sytuacji potraktowałbym to jak okruch poezji.
– We mgle było słychać tylko kroki nocnego patrolu i nasze. Słyszeliśmy jak zbliżamy się do siebie. Oni słyszeli nasze kroki, my słyszeliśmy ich. Wiedzieliśmy jedno, jeśli zaczniemy uciekać, to oni wszczęliby pościg i użyli broni. O Boże Ty mój! (z ciężkim westchnieniem w głosie). Piosenka Kory „Jestem kobietą” związana jest z tamtym wydarzeniem. Potem powstał tekst „Nocny patrol” i we mnie zakiełkowała melodia do instrumentalnego utworu „Zadymione ulice” (późniejszy tytuł „Polskie ulice”, przypomina autor).
– Zawsze nie mogłem się nadziwić, że cenzura przepuściła do tłoczenia płytę, a potem większość tych protest-songów gościła na antenach radiowych.
– Wspaniałe jest to, że wielka moc i odwaga cechowała ówczesnych ludzi radia. Pamiętam jakim przeżyciem było dla mnie, jak usłyszałem w Trójce radiowej „Polskie ulice”. Radiowcy z krwi i kości, o których myślę, to legendarne postaci: Piotr Kaczkowski, wspominany już Jerzy Janiszewski czy Marek Niedźwiecki. Oni się nie bali i dla wielu dzisiejszych dziennikarzy mogą być wzorem.
– Nie zagraliście w Sali Kongresowej z okazji rewolucji i sojuszu ze Związkiem Radzieckim i dostaliście „szlaban” niemal na wszystko. Mimo, że nie wolno było grać waszych nagrań, to Marek Niedźwiecki się nie bał i grał je w zestawieniach Listy Przebojów Programu 3. W końcu i tam nie można było grać Maanamu. Ale i na to znalazł się sposób. Gdy padała nazwa „Maanam” w kolejnym zestawieniu i tytuł piosenki, to odzywały się werble, wstęp do nagrania „To tylko tango”.
– To było niesamowite. W tych charakterystycznych werblach z „Tanga”, w ich złowróżbnym pogłosie w całej Polsce było wiadomo, że coś się dzieje z Maanamem. Zespół jest, ale skazany został na banicję. Rodziły się pytania: co mogło się stać i dlaczego? Fani doskonale wiedzieli o tym. Szacunek dla Marka Niedźwieckiego za to, co zrobił wtedy.
– „Nocny patrol” to jednak album z gamą światła na końcu tunelu złych czasów i losu.
– Na początku lat osiemdziesiątych Polacy byli przesiąknięci ideą pierwszej, wielkiej „Solidarności”. Była świadomość, że walczy się o wolną Polskę, że wspiera nas papież Jan Paweł II , który w tym czasie pielgrzymował do Ojczyzny. Mój Ty Boże, te miliony ludzi na Błoniach w Krakowie i we wszystkich innych miejscach, gdzie On się pojawiał i zasiewał w nas spokój, niezłomność i wiarę. A dzisiaj czytamy tabloidy, oglądamy gwiazdy we wszystkich możliwych programach i formatach. Ba, wszyscy są gwiazdami, bo nagle okazuje się, że pani, która reklamuje groszek czy marchewkę jest… gwiazdą. Nagle okazuje się, że w stacjach radiowych nie ma rockowej i ambitnej muzyki. Na szczęście jest Facebook, gdzie ludzie przekazują sobie piosenki i ważne nagrania. Są polonijne audycje w rozgłośniach zachodnich, które strzegą płomienia żywej i szczerej muzyki. I to cieszy, to jest genialne.
Dwa dni przed śmiercią Marka Jackowskiego rozmawiałem z Nim przez dwie, może trzy minuty. Był pełen życia, pasji i spełnienia. Krótko relacjonował, że płyta powstaje i będzie najpóźniej jesienią. Potwierdził nasze wakacyjne rozmowy dla NEAR FM i WNET. Miałem mu wysłać kilka nowych wierszy i teksty dwóch piosenek.
Nie zdążyłem. Miałem to wielkie szczęście poznać go i obcować z nim dłużej niż fani podczas koncertów. W sobotni wieczór w Radiu WNET (20 maja 2017, od godziny 19:00, w programie „PoliszCzart”) nieznane rozmowy z Markiem Jackowskim.
Tomasz Wybranowski współpraca: Katarzyna Sudak fot. archiwum Marka Jackowskiego
Wspomnienia o Marku Jackowskim znajdziecie w książce Renaty Bednarz „Marek Jackowski pięciolinia życia”.
Premier Polski w wywiadzie dla Super Expressu stwierdziła również, że Unia Europejska nie ma w tej chwili możliwości, by UE zastosowała wobec Polski sankcje za nieprzyjmowanie migrantów.
W sobotnim wywiadzie dla „Super Expressu” szefowa rządu, zapytana, w jakim kierunku będą następowały zmiany polskiej konstytucji, stwierdziła, że propozycja prezydenta skonkretyzuje się w najbliższym czasie i wtedy będzie można coś więcej na ten temat powiedzieć. Przede wszystkim, aby zmienić konstytucję, trzeba mieć taką możliwość, czyli mieć większość konstytucyjną. Obecnie rządzący obóz polityczny stawia sobie za cel, by w 2019 r. taką większość mieć.
Premier powiedziała, że osobiście chciałaby, aby zapisać w konstytucji gwarancje wsparcia dla rodzin czy też gwarancje wieku emerytalnego – czyli tych projektów, które zostały wprowadzone w życie, a które PO po dojściu do władzy zlikwiduje.
Na kolejne pytanie, co UE może nam realnie zrobić za nieprzyjmowanie migrantów, premier odpowiedziała, że nie ma takiej możliwości, żeby w tej chwili UE zastosowała jakieś sankcje, mimo że grożą nimi niektórzy politycy.
Beata Szydło podkreśliła, że groźby, jakie płyną ze strony UE między innymi pod adresem Polski, są próbą zamaskowania błędnych decyzji unijnych i przerzucenia konsekwencji za nie na państwa członkowskie, ale szantaż i pogróżki nie są dobrym rozwiązaniem, a problemu nie rozwiąże przymusowe narzucenie państwom członkowskim rozwiązań dotyczących polityki migracyjnej.
Polski rząd stoi na stanowisku, że UE musi wypracować dobrą i skuteczną politykę migracyjną, która pomoże ludziom. – Rozwiązaniem nie jest niekończące przyjmowanie migrantów do Europy. Przez kilka lat taka polityka migracyjna jest realizowana i nie przynosi efektów – podkreśliła premier.
Odnosząc się do wypowiedzi szefa Rady Europejskiej, Donalda Tuska, który zapowiedział konsekwencje dla Polski, jeśli ta nie będzie uczestniczyć w mechanizmie relokacji, Beata Szydło stwierdziła, że Tusk udowadnia w ten sposób, iż jego wybór na szefa RE „był pomyłką i jako szef tego ciała nie koncentruje się na rozwiązywaniu problemu migracyjnego, tylko na walce z rządem polskim i węgierskim”.
I przypomniała, że nie tylko tylko polski rząd bardzo głośno mówi o złej polityce migracyjnej Unii. Ta polityka nie jest realizowana przez zdecydowaną większość państw członkowskich: – Dotychczas rozlokowano raptem ok. 10 proc. migrantów, co o czymś świadczy.
Premier przypomniała, że Polska od samego początku konsekwentnie i z odwagą podnosiła ten problem i nie bała się dyskusji na ten temat, a cały Wyszehrad jest w tej chwili tego samego zdania.
Podkreśliła przy tym, że „Polska chce pomagać tym wszystkim, którzy wymagają pomocy”.
– Systematycznie zwiększamy pomoc humanitarną, którą realizujemy poprzez projekty w Libanie, Jordanii, Syrii. Projekty te dotyczą konkretnej pomocy medycznej, odbudowy szkół, szpitali czy domów. Realizowane inicjatywy na bieżąco monitorujemy i kontrolujemy wydatkowanie przekazywanych środków. Dzisiaj mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, iż nasze działania sprawdzają się i przynoszą konkretne efekty – powiedziała Beata Szydło.
Premier oceniła też, że gdyby w Polsce rządziła PO, „naraziłaby nas na zagrożenie dwojakiego rodzaju”. Stwierdziła, że politycy PO po pierwsze są ulegli wobec UE i zgodziliby się na przymusową relokację. Po drugie, nie pomogliby też imigrantom, ponieważ nie mają własnego zdania na ten temat.
– Grzegorz Schetyna z dnia na dzień zmienił zdanie, gdy tylko UE tupnęła nogą. Gdy Donald Tusk powiedział o karaniu, Schetyna natychmiast stwierdził, że uchodźców trzeba przyjmować. PO nie jest partią, która byłaby zdolna prowadzić suwerenną politykę migracyjną i suwerenną politykę wobec UE, reprezentować w Brukseli polskie racje. Tak zachowywali się przez osiem lat i widać, że nadal podążaliby w tym kierunku – powiedziała premier.
Odniosła się również do miesięcznic smoleńskich. Oświadczyła, że służą upamiętnieniu katastrofy, a jest wiele ośrodków, które chcą, by Smoleńsk został zapomniany.
Zapytana o rekonstrukcję rządu, Beata Szydło powiedziała, że w tej chwili nie ma takiej potrzeby.
Tymczasem SN odpowiada, że nie ma podstaw, by kwestionować wybór i powołanie prof. Gersdorf na to stanowisko i uznać za niebyłe dokonane przez nią jako pełniącą od 2014 r. funkcję I prezesa czynności.
22 czerwca Trybunał Konstytucyjny z wniosku parlamentarzystów PiS zbada konstytucyjność regulaminu wyboru I prezesa Sądu Najwyższego. Natomiast 13 lipca TK rozpatrzy wniosek Zbigniewa Ziobry ws. wyboru w 2010 r. do TK sędziów: Stanisława Rymara, Piotr Tulei i Marka Zubika.
Informacje o takich terminach rozpraw pojawiły się w piątek na stronach Trybunału. W obu sprawach przewodniczącym składów Trybunału będzie jego prezes Julia Przyłębska, a sprawozdawcą – sędzia Mariusz Muszyński (oboje wybrał do TK Sejm w grudniu 2015 r. – PAP).
W marcu br. grupa parlamentarzystów PiS wystąpiła do TK o stwierdzenie zgodności z konstytucją ustawy o SN i uchwały Zgromadzenia Ogólnego SN z 2003 r. w sprawie regulaminu wyboru kandydatów na stanowisko I prezesa SN – na którego podstawie jest dokonywany wybór SN kandydatów na I prezesa, przedstawianych następnie prezydentowi RP. Na tej podstawie prof. Małgorzata Gersdorf została w 2014 r. powołana na funkcję I prezesa SN.
Zdaniem wnioskodawców konstytucję narusza fakt określenia zasad wyboru kandydatów na I prezesa SN w regulaminie, podczas gdy zagadnienie to powinno być uregulowane w ustawie. Inna ich wątpliwość to brak uchwały Zgromadzenia Ogólnego SN o przedstawieniu prezydentowi kandydatów na I prezesa SN. PiS chce też, by Trybunał Konstytucyjny uznał za niebyłe lub nieskuteczne czynności dokonywane do tej pory przez prof. Gersdorf jako I prezesa SN.
Nie ma żadnych podstaw do kwestionowania prawidłowości wyboru i powołania prof. Gersdorf na stanowisko I prezesa SN – uznał SN. Podał, że regulamin wyboru kandydatów wydano w 2003 r. na podstawie ustawy o SN z 2002 r. oraz regulaminu SN wydanego na podstawie tej ustawy. „Wniosek poselski zmierza do stworzenia ustawodawcy – a więc każdorazowej większości parlamentarnej – możliwości oddziaływania na proces wyłaniania kandydatów na I prezesa SN” – ocenił SN.
Rzecznik Praw Obywatelskich, który zgłosił udział w tym postępowaniu przed TK, wniósł o uznanie zaskarżonych przepisów za zgodne z konstytucją.
W lutym br. warszawski sąd apelacyjny zadał SN pytanie prawne w sprawach „umocowania” sędzi Przyłębskiej jako prezesa Trybunału oraz problemu, czy tę kwestię może oceniać sąd powszechny. Sąd wskazał m.in., że w 2016 r. nie została podjęta przewidziana w przepisach uchwała Zgromadzenia Ogólnego TK przedstawiająca prezydentowi kandydatów na stanowisko prezesa. SN ma zbadać to 12 września br. Zagadnienie prawne do SN skierowano na wniosek byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego.
„TK ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że sąd cywilny prowadzi sprawę z powództwa osoby nieposiadającej żadnej legitymacji procesowej do zajmowania się problemem funkcjonowania TK, a taką osobą jest były już prezes TK” – komentował wtedy sprawę Trybunał.
W styczniu br. Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zaskarżył do TK uchwałę Sejmu z listopada 2010 r. w sprawie wyboru do Trybunału: Stanisława Rymara, Piotra Tulei i Marka Zubika. Według wniosku Ziobry nie zostali oni wybrani zgodnie z konstytucyjnymi zasadami – nie spełniono wymogu, że sędzia TK musi być wybierany przez Sejm w oddzielnym, indywidualnym głosowaniu, a więc w trybie odrębnej uchwały, z wyznaczeniem mu kadencji.[related id=”19018″]
Zdaniem Ziobry „głosowanie nad wyborem tych osób odbyło się łącznie”, w sposób określany jako wybór zblokowany, w którym wybrane zostały osoby uzyskujące najwięcej głosów spośród wszystkich kandydatów. Według wniosku Rymar, Tuleja i Zubik nie mogą być uznani za sędziów Trybunału; składy orzekające TK z ich udziałem „można uznać za niezgodne z prawem”, a orzeczenia tych składów – za wadliwe. Ziobro dodał, że w dotychczasowym orzecznictwie TK dopuszczał kontrolę niektórych uchwał Sejmu pod kątem ich zgodności z konstytucją.
Trybunał nie może ocenić sejmowej uchwały o wyborze sędziów, bo zakwestionowany przez akt prawny nie mieści się w kognicji TK – wynika ze stanowiska przyjętego przez sejmową komisję ustawodawczą. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński wniósł o umorzenie postępowania ze względu na niedopuszczalność wyroku, bo uchwały „nie cechuje normatywność”.
O umorzenie sprawy wniósł też do TK RPO Adam Bodnar, który zgłosił swój udział w postępowaniu. Według niego uchwała nie ustanawia żadnej normy prawnej, co oznacza, że orzeczenie przez TK jest niedopuszczalne. Umieszczenie wyników głosowania indywidualnego w jednej uchwale sejmowej nie świadczy o „zblokowanym” wyborze – dodał Bodnar.
W styczniu prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił w kontekście wniosku Ziobry, że „Trybunał Konstytucyjny decyzji Sejmu nie ocenia, to przekracza jego kompetencje”.
Trybunał rozpozna ten wniosek w składzie: Julia Przyłębska, Mariusz Muszyński i Michał Warciński.
Pod koniec 2015 roku Polska zadeklarowała możliwość relokowania 100 uchodźców, lecz ze względu na „brak gwarancji bezpieczeństwa” proces ten został anulowany w maju ubiegłego roku.
– Ja widzę Polskę jako piękny i bezpieczny kraj. To nie jest tak, że nie mamy litości. Mamy nową ustawę o repatriacji, będziemy wprowadzać swoich ludzi. Polska nie jest bogatym krajem. Rozumiem te wszystkie kraje, które były pod władzą komunistyczną przez wiele lat i boją się inwazji islamu. Widzimy, co się dzieje we Francji, w Belgii, w Anglii. Powinniśmy być wdzięczni, że mamy taki kraj, w którym możemy chodzić po Nowym Świecie czy ulicami Krakowa i nie bać się, że coś wybuchnie. To nie chodzi o litość. Najpierw zadbamy o swoich, potem będziemy myśleć o innych – powiedziała minister.
Tymczasem w Brukseli wiceszef MSWiA Jakub Skiba przyznał, że Polska zadeklarowała jakiś czas temu możliwość relokowania 100 uchodźców, ale nasze służby nie były w stanie upewnić się, czy ci, którzy mieliby trafić do Polski, są faktycznie tymi, za kogo się podają. Jak tłumaczył, były przypadki sfałszowanych paszportów – wiek osoby, która miała być relokowana, nie zgadzał się z wiekiem na dokumencie. „Nie było żadnych gwarancji zweryfikowania tożsamości” – oświadczył Skiba.
Polska zgłosiła wstępną gotowość przyjęcia 100 uchodźców – 65 z Grecji i 35 z Włoch – pod koniec 2015 roku. Kraje te zmagają się z masowym napływem imigrantów i uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu – głównie z Syrii, Afganistanu i Iraku. Według danych Biura Wysokiego Komisarza ONZ do Spraw Uchodźców (UNHCR), tylko w 2015 roku do Europy przez Morze Śródziemne trafiło ponad 1 mln osób.
Eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców kilkadziesiąt razy wyjeżdżali do Włoch i Grecji, wspomagając tamtejsze służby w prowadzeniu procedur azylowych. Praca Polaków była koordynowana przez unijną agencję EASO (Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu). Misje w Grecji były kierowane na wyspy położone najbliżej wybrzeża tureckiego: Lesbos, Samos, Leros, Kos i Chios oraz do Aten i Salonik. We Włoszech Polacy pracowali na Sycylii oraz w Rzymie i Mediolanie.
– Praca polskich ekspertów za granicą jest bardzo wysoko oceniana przez naszych partnerów. Urząd do Spraw Cudzoziemców deklaruje gotowość dalszej pomocy krajom Unii Europejskiej zmagającym się z masowym napływem migrantów – mówił PAP szef UdSC Rafał Rogala.
Wiceminister Skiba przypomniał, że każda osoba wnioskująca o nadanie statusu uchodźcy musi przejść weryfikację pod względem bezpieczeństwa. Zajmowały się tym zarówno służby kraju dokonującego pierwszej rejestracji cudzoziemca, jak i służby państw członkowskich, które otrzymywały dokumentację relokowanego uchodźcy.
Osoby zgłoszone przez Grecję i Włochy były weryfikowane pod kątem potwierdzenia ich tożsamości, wiarygodności i bezpieczeństwa. Resort spraw wewnętrznych i administracji podkreślał, że dopóki osoby napływające z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy nie zostaną odpowiednio zweryfikowane, „istnieje zagrożenie, że wśród relokowanych cudzoziemców mogą znaleźć się osoby związane z terroryzmem”.
W maju 2016 roku MSWiA poinformowało PAP, że ze względu na „brak osiągnięcia poziomu gwarancji bezpieczeństwa” proces relokacji uchodźców z terytorium Włoch został anulowany. Resort wskazywał, że również po stronie greckiej wystąpiły problemy, które „uniemożliwiły efektywną weryfikację”.
W misje związane z kryzysem migracyjnym zaangażowana jest także Straż Graniczna. Tylko w 2016 roku ponad 100 funkcjonariuszy SG służyło m.in. w Grecji, Bułgarii, Rumunii, Hiszpanii, Francji, Chorwacji, we Włoszech i na Węgrzech. Polacy pełnili służbę na granicach w rejonach szczególnie narażonych na napływ imigrantów.[related id=”17867″]
W rozwiązanie kryzysu migracyjnego jest zaangażowane także polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które w ub.r. przekazało 12 mln zł dotacji na program pomocy 10 tysiącom syryjskich uchodźców przebywających w Libanie (na terenie czteromilionowego Libanu mieszka przynajmniej milion syryjskich uchodźców). Koordynatorem programu jest Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej – jedyna polska pozarządowa organizacja humanitarna działająca w tym kraju od 2012 roku. Środki zostały przeznaczone m.in. na schronienie i zapewnienie uchodźcom podstawowej opieki medycznej.
Kwestie dotyczące m.in. osiedlania się uchodźców w kraju bezpiecznym reguluje prawo międzynarodowe, w szczególności Konwencja Genewska z 1951 roku. Zgodnie z nią cudzoziemcowi nadaje się status uchodźcy, jeżeli na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może lub nie chce korzystać z ochrony własnego kraju.
Ze strony ukraińskiej mamy do czynienia z fałszowaniem historii, polityką historyczną gloryfikującą OUN-UPA, a także brakiem zgody na upamiętnienie ofiar – głosi oświadczenie Reduty Dobrego Imienia.
Historyczny wymiar stosunków Polski z Ukrainą jest wciąż powodem kontrowersji. Szczególne zaniepokojenie polskiej opinii publicznej budzi obecna u naszych wschodnich sąsiadów afirmacja ugrupowań i osób odpowiedzialnych za ludobójstwo wobec Polaków w latach II wojny światowej. Reduta Dobrego Imienia – instytucja od lat walcząca o obronę wizerunku Polski za granicą i adekwatną politykę historyczną – wydała Oświadczenie na temat relacji polsko-ukraińskich z uwzględnieniem niepokojących tendencji w ukraińskiej polityce historycznej. Gościem Krzysztofa Skowrońskiego była Mira Wszelaka, prezes Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom.
Z niepokojem obserwujemy gloryfikowanie na Ukrainie OUN-UPA, formacji bezpośrednio odpowiedzialnych za rzeź tysięcy Polaków na Wołyniu. (…) Fałszowaniem historii zajmują się w tej chwili również politycy ukraińscy na czele z szefem tamtejszego IPN, Wołodymyrem Wiatrowyczem. (…) Po raz pierwszy w historii jest szansa ułożenie wzajemnych relacji na gruncie prawdy. Jednak do tego potrzebna jest wola obu stron. Takiej woli nie widzimy po stronie ukraińskiej.
Zdaniem Miry Wszelakiej w relacjach polsko-ukraińskich widać rażący brak symetrii – zarówno w obszarze polityki historycznej, jak i w dzisiejszych stosunkach. Istnieją co prawda liczne miejsca i instytucje zajmujące się dialogiem, jednak nie przekłada się to na jakiekolwiek skutki.
Raport fundacja przekazała najwyższym władzom Rzeczypospolitej. [related id=”19223″]
Z głosem polemicznym wobec wypowiedzi Prezes Reduty wystąpiła na antenie Radia WNET Maria Przełomiec, redaktor Studia Wschód TVP Info i znawca zagadnień ukraińskich. Dziennikarka zarzuciła oświadczeniu Reduty jednostronność spojrzenia. Stwierdziła też, że krytykowany przez Mirę Wszelaką szef ukraińskiego IPN nie jest politykiem i nie należy utożsamiać jego poglądów z całą ukraińską sceną polityczną. Natomiast fakt, że instytucje powołane do koordynowania dialogu obu krajów, np. Forum Partnerstwa, nie spełniły dotychczas swoich zadań, nie jest jedynie winą Ukraińców.
Maria Przełomiec uważa, że zadrażnień we wzajemnych kontaktach nie można zrozumieć bez wzięcia pod uwagę prowokacyjnych działań mediów rosyjskich. O ich ostatnich działaniach i fałszywych wiadomościach na temat Polski mówił w Radiu WNET ostatnio Paweł Bobołowicz.
Poza Krzysztofem Janikiem i Wiesławem C. na ławie oskarżonych zasiądą byli szefowie katowickiego aparatu skarbowego i przedsiębiorca, który miał wręczać łapówki. Oskarżeni nie przyznają się do winy.
Były minister spraw wewnętrznych i administracji Krzysztof Janik z SLD oraz były wiceminister finansów za rządów SLD Wiesław C. odpowiedzą wkrótce przed sądem za przyjmowanie w latach 2004-05 łapówek od jednej z katowickich firm kooperującej z kopalniami.
Informację o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przekazał w czwartek PAP rzecznik Prokuratury Regionalnej w Katowicach Ireneusz Kunert. Przed sądem odpowie pięć osób. Na ławie oskarżonych zasiądą także byli szefowie katowickiej skarbówki i przedsiębiorca, któremu zarzuca się wręczanie łapówek. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.
Sprawa dotyczy dostarczającej m.in. artykuły chemiczne dla kopalń katowickiej firmy, która przed laty miała poważne zaległości podatkowe. Śledztwo rozpoczęło się od zawiadomienia złożonego przez Andrzeja B., współwłaściciela tej firmy. Według niego spółka korumpowała urzędników, by mieć wpływ na kontrole skarbowe i uzyskać umorzenia zobowiązań podatkowych. Świadek zeznał, że był naocznym świadkiem korupcyjnych zachowań. Obciążył swojego wspólnika Antoniego G. i inne osoby, które odpowiedzą przed sądem.
Zarzuty wobec Janika dotyczą lat 2004-05. Był on w tym czasie posłem. Według prokuratury przyjął od katowickiej firmy 140 tys. zł – w 13 ratach – za pośrednictwo w skontaktowaniu jej przedstawicieli z osobami pełniącymi funkcje publiczne w organach skarbowych. „Informował, kto w katowickich organach skarbowych będzie kompetentny, by podejmować decyzje” – powiedział Kunert. Janik usłyszał 13 odrębnych zarzutów.
Innym oskarżonym jest Wiesław C., który był posłem SLD kilku kadencji Sejmu, a w latach 2001-04 sekretarzem stanu w resorcie finansów i generalnym inspektorem kontroli skarbowej. Zdaniem prokuratury od katowickiej firmy C. przyjął 240 tys. zł korzyści majątkowych – „w zamian za przychylność i gotowość podjęcia działań należących do jego kompetencji”. Miał też udzielać Antoniemu G. porad w zakresie prawa podatkowego i wskazywać osoby pełniące funkcje w organach skarbowych, które rozpoznawały sprawy podatkowe spółki i mogły decydować o umorzeniu należności.
Według ustaleń prokuratury była wiceszefowa Izby Skarbowej w Katowicach Elżbieta K. – za życzliwość polegającą na wskazaniu uchybień i ukierunkowaniu przy sporządzaniu dokumentacji – przyjęła korzyści majątkowe o wartości ok. 10 tys. zł, m.in. w postaci obrazu czy patery. Firma rzeczywiście uzyskała umorzenie części zobowiązań podatkowych – podał Kunert.
Były dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach Henryk Ś. jako jedyny nie ma zarzutów o charakterze korupcyjnym; odpowie przed sądem za przekroczenie uprawnień. Miał namawiać Elżbietę K. do przychylności wobec firmy.
Oskarżeni podczas śledztwa w składanych wyjaśnieniach nie przyznali się do winy. To stanowisko podtrzymuje także Janik. „Nie uczestniczyłem w tym procederze, nie brałem żadnych pieniędzy. Stawiane mi zarzuty opierają się na zeznaniach jednego świadka. Prokuratura jest samodzielnym organem i może podejmować swoje decyzje” – powiedział były minister w czwartek PAP. Zgodził się na podawanie nazwiska.
W innym wątku śledztwa prokuratura badała, czy Antoni G. korumpował także wysokich rangą oficerów policji. Umorzyła tę sprawę z uwagi na brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.[related id=”18693″]
Umorzona została także sprawa Andrzeja B. – skorzystał z klauzuli bezkarności, przysługującej osobie, która zawiadomi organy ścigania o korupcji. Prokuratura zaznacza, że choć sprawa w dużej mierze opiera się na jego zeznaniach, w śledztwie zgromadzono także inny materiał dowodowy, potwierdzający zarzuty, jak dokumenty, zapisy i logowania telefonów.
Liczący około 60 stron akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód.
Krzysztof Janik w PRL należał do PZPR, później był jednym z założycieli SdRP. Od 1997 roku do rozwiązania tej partii był sekretarzem generalnym SdRP. Od założenia SLD w 1999 roku był sekretarzem generalnym również tego ugrupowania. Później był jednym z wiceszefów SLD i szefem klubu SLD w Sejmie, a 2004 roku także szefem tej partii.
Posłem był od 1993 roku, w wyborach startował zawsze z Tarnowa. W latach 1996-97 jako podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta zajmował się sprawami samorządowymi. Po uchwaleniu w 1997 roku konstytucji zabraniającej łączenia wysokich funkcji państwowych z mandatem poselskim wybrał Sejm. Resortem spraw wewnętrznych kierował w latach 2001-2004 w rządzie Leszka Millera. W późniejszych wyborach parlamentarnych kandydował bez powodzenia.
Najpoważniejszy zarzut jest związany ze zbieraniem dokumentów papierowych i elektronicznych, w tym dokumentów niejawnych, w celu udzielenia ich obcemu wywiadowi. Za taki czyn grozi do 8 lat więzienia.
Proces porucznika rezerwy Wojska Polskiego Piotra C. rusza 22 maja przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie – ustaliła Polska Agencja Prasowa.
Jak powiedział w czwartek PAP rzecznik WSO sędzia ppłk Tomasz Krajewski, proces będzie toczył się z wyłączeniem jawności.
Akt oskarżenia wysłała 7 kwietnia Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Rzecznik prokuratury Michał Dziekańskie nie ujawnił szczegółów sprawy. Powiedział, że Piotr C. jest oskarżony przede wszystkim o szpiegostwo – zbierał m.in. tajne dokumenty, które zamierzał przekazać obcemu wywiadowi. Za taki czyn grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.
Do 10 lat więzienia grozi formalnie C. za inne przestępstwo objęte aktem oskarżenia – samowolne zabranie amunicji z jednostki wojskowej, jednak w tym przypadku chodzi tylko o trzy sztuki amunicji. Były oficer jest też oskarżony o przechowywanie dokumentów niejawnych poza kancelarią tajną jednostki wojskowej.
Piotr C. przebywa w areszcie od czasu, gdy został zatrzymany w grudniu 2016 roku. Był poszukiwany listem gończym od sierpnia 2016.
Sprawę prowadził wydział ds. wojskowych prokuratury okręgowej pod nadzorem departamentu ds. wojskowych Prokuratury Krajowej. Ta ostatnia podawała, że chodzi o byłego oficera 1. Bazy Lotnictwa Transportowego w Warszawie, która powstała w miejsce 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (rozwiązanego po katastrofie smoleńskiej).
Prokuratura i Żandarmeria Wojskowa nie informowały, na czym miała polegać działalność porucznika ani na rzecz jakiego państwa miał on działać.
W 2015 r. media pisały o namierzeniu oficera Sił Powietrznych podejrzewanego o szpiegostwo. „Gazeta Wyborcza” podawała wtedy, że chodzi o pilota śmigłowca, który służył w 36. pułku. Podkreślała, że działalność oficera nie miała związku z katastrofą smoleńską.
Oficer miał zostać zatrzymany w 2014 roku przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Nie został aresztowany; przebywał na zwolnieniu lekarskim. Jak wynika z listu gończego w tym czasie odszedł ze służby.[related id=”19468″]
Według mediów w tej sprawie doszło do zatargu między SKW a prokuraturą o skalę zarzutów – SKW chciała zarzutu szpiegostwa, a prokuratura wojskowa – uznania działań oficera za przestępstwo mniejszej wagi, związane z niedopełnieniem obowiązków dotyczących materiałów niejawnych.
Wielokrotnie sprawa C. była przedmiotem obrad komisji ds. służb specjalnych w poprzedniej kadencji Sejmu. Informacje w tej sprawie przedstawiały zarówno SKW i Żandarmeria Wojskowa, jak i prokuratura.
W marcu br. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał na cztery lata więzienia za szpiegostwo na rzecz Rosji Stanisława Sz., prawnika z obywatelstwem Polski i Rosji. Według sądu wykonywał on zlecenia wywiadu wojskowego GRU dotyczące polskiej energetyki. Obrona zapowiedziała apelację.
Stanisław Sz. i ppłk. Wojska Polskiego Zbigniew J. zostali aresztowani w październiku 2014 roku. Sprawy wojskowego i cywila łączą się, ale związek nie polega na tym, że ze sobą współdziałali – mówił w 2014 roku ówczesny prokurator generalny Andrzej Seremet. W 2016 roku Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie skazał J. na sześć lat więzienia (dobrowolnie poddał się on karze).
Dzisiaj zostanie ogłoszone, że szczyt będzie odbywał się cyklicznie co rok. Zakładamy, że ten format będzie umacniany, ale nie ulegnie rozszerzeniu o nowe państwa – podkreślił prof. Waldemar Paruch.
Jak podkreślił doradca marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego po dzisiejszym spotkaniu nie należy się spodziewać żadnych konkretnych postanowień:
– To jest element dyplomacji parlamentarnej, więc nie należy się spodziewać podjęcia żadnych twardych decyzji. W tym spotkaniu chodzi o to, żeby stworzyć dobrą atmosferę polityczną, podjąć pewne idee i pomysły, które następnie przerodzą się w konkretne działania polityczne.
Dodał, że wśród najważniejszych tematów kluczowym będzie szeroko rozumiane bezpieczeństwo regionu, od energetyki po bezpieczeństwo kulturowe. Zwrócił też uwagę, że szczyt nie zamierza wyłonić żadnej struktury, która miałaby być konkurencyjna dla Unii Europejskiej. Prof. Waldemar Paruch zaznaczył, że istotną kwestią rozmów będzie problem rozbudowy infrastruktury w naszym regionie.
– Wysłaliśmy zaproszenie do 31 parlamentów państw położonych na osi północ-południe, między Niemcami a Rosją. Zaproszenia zostały wysłane od państw skandynawskich po kraje z południa Bałkanów – powiedział w rozmowie z Radiem Wnet prof. Paruch, jednocześnie wskazując, że były państwa, które nie przyjęły zaproszenie. „Brakuje przedstawicieli parlamentów krajów skandynawskich, ale poczekajmy cierpliwie, może za rok, kiedy to spotkanie przyniesie efekty, to przewodniczący tych parlamentów” zmienią zdanie.
Minimalnym polem porozumienia wszystkich państw regionu, o jakim w rozmowie z Radiem Wnet mówił prof. Waldemar Paruch, jest przekonanie, że rozwój gospodarczy będzie zależał od realizacji wielkich międzynarodowych projektów infrastrukturalnych, co przyniesie korzyści dla wszystkich krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Zdaniem profesora obszaremwspólnym wszystkich 22 państw może być również jednolite stanowisko w obliczy kryzysu migracyjnego.
Decyzja PK o przeprowadzeniu ekshumacji 83 ofiar katastrofy wynika m.in. z wykrytych nieprawidłowości w rosyjskiej dokumentacji medycznej oraz niezgody Rosji na przesłuchanie rosyjskich biegłych.
Jak powiedziała PAP rzeczniczka Prokuratury Krajowej prokurator Ewa Bialik, ciało kolejnej ofiary zostało przewiezione do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie. – Mogę potwierdzić, że przeprowadzono kolejną ekshumację ofiary katastrofy smoleńskiej. Ze względu na prośbę rodziny nie ujawniamy żadnych szczegółów ani dotyczących tego, o czyj grób chodzi, ani o miejscu ekshumacji – dodała.
Na początku kwietnia ubiegłego roku śledztwo smoleńskie od zlikwidowanej prokuratury wojskowej przejęła Prokuratura Krajowa. Już w czerwcu prokuratorzy poinformowali, że konieczne jest przeprowadzenie ekshumacji 83 ofiar katastrofy (wcześniej w latach 2011-12 przeprowadzono 9 ekshumacji; cztery osoby zostały skremowane). Uzasadnieniem decyzji są zarówno błędy w rosyjskiej dokumentacji medycznej i brak dokumentacji fotograficznej, jak i to, że Rosja nie zgodziła się na przesłuchanie rosyjskich biegłych, którzy na miejscu przeprowadzali sekcję zwłok.
W poniedziałek Prokuratura Krajowa poinformowała, że na 5 lipca – w charakterze świadka – wezwany został na przesłuchanie szef Rady Europejskiej, b. premier Donald Tusk. Ma on zeznawać w śledztwie dotyczącym m.in. nieprzeprowadzenia sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej.
Jak podawała Prokuratura Krajowa w siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej, jedno z postępowań dotyczy zaniechań prokuratury wojskowej – m.in. braku wniosku strony polskiej o dopuszczenie do wykonania w Rosji sekcji zwłok ofiar.
Wątpliwości co do przyczyn katastrofy pojawiły się już w 2011 roku. Po pierwszych ekshumacjach z lat 2011-12 stwierdzono, że sześć ciał zostało złożonych nie w swoich grobach – tak było m.in. z Anną Walentynowicz oraz ostatnim prezydentem RP na uchodźstwie Ryszardem Kaczorowskim. Biegli, którzy wówczas przeprowadzali badania, ocenili, że błędy są w 90 procentach rosyjskiej dokumentacji medycznej. Obecnie badania zlecone przez Prokuraturę Krajową przeprowadza 14-osobowy międzynarodowy zespół ekspertów.
Ekshumacje rozpoczęły się w połowie listopada 2016 roku. Pierwszych ekshumowano Lecha i Marię Kaczyńskich. Do końca grudnia ubiegłego roku ekshumowano w sumie 11 osób, choć planowano początkowo 10. Dodatkowa ekshumacja była wynikiem wykrycia, że ciała kolejnych dwóch ofiar zostały zamienione i spoczęły w innych grobach (ciała Mariusza Handzlika, podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i Piotra Nurowskiego, b. prezesa PKOl.). Wśród ekshumowanych znaleźli się też Stefan Melak, Tomasz Merta, Aleksander Szczygło, Edward Duchnowski, Janina Natusiewicz-Mirer, Ewa Bąkowska i Dariusz Michałowski.
Po dwóch miesiącach przerwy, w marcu 2017 roku, ruszył kolejny etap ekshumacji. Ekshumowano ciała sześciu osób: Andrzeja Przewoźnika, Natalii Januszko, Wojciecha Seweryna, Aleksandry Natalli Świat, Stanisława Mikkego oraz osoby, której nazwisko ze względu na prośbę rodziny nie jest ujawniane. W kwietniu ekshumowano kolejne cztery ciała generałów Bronisława Kwiatkowskiego i Włodzimierza Potasińskiego, abp. Mirona Chodakowskiego, zwierzchnika prawosławnego ordynariatu WP, oraz biskupa Tadeusza Płoskiego. Kolejnej ekshumacji dokonano w maju – wówczas również na prośbę rodziny prokuratura nie podała, o czyj grób chodzi.
Prokuratura nie ujawnia żadnych szczegółów. Na początku kwietnia poinformowano jedynie, że w trakcie przeprowadzanych od listopada ekshumacji stwierdzono dwa przypadki zamiany ciał, a w pięciu trumnach znaleziono szczątki innych osób.
Podczas każdej ekshumacji jest sprawdzana nie tylko tożsamość ofiary katastrofy. Biegli przeprowadzają sekcje zwłok, wykonują tomografie, pobierają próbki do badań DNA, histopatologicznych, toksykologicznych i fizykochemicznych.
Już na początku marca Prokuratura Krajowa poinformowała, że do końca roku ma zostać ekshumowanych w sumie 46 osób (po uwzględnieniu marcowych i kwietniowych ekshumacji – jeszcze 36), a w następnym roku – 26.
Decyzje o ekshumacjach spotkały się ze sprzeciwem części rodzin ofiar. Do Prokuratury Krajowej wpłynęły zażalenia, skargi i wnioski o uchylenie postanowień ws. ekshumacji. Prokuratura od początku stoi jednak na stanowisku, że przepisy kodeksu postępowania karnego nie przewidują możliwości złożenia zażalenia na decyzję o ekshumacjach. Jednak w październiku 2016 roku ponad 200 osób, członków rodzin siedemnastu ofiar, zaapelowało w liście otwartym o powstrzymanie ekshumacji ich bliskich.