73. ROCZNICA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. Prezydent: Nie jest przegrane powstanie, które prowadzi do wolnej Polski

Nie jest przegrane powstanie, które prowadzi do wolnej Polski-mówił prezydent Andrzej Duda podczas Apelu Pamięci Powstania Warszawskiego. Powstańcy oczekują, by Polacy szanowali siebie na wzajem.

[related id=”32637″]Prezydent składając hołd – jak mówił – „rycerzom biało-czerwonej”, uczestnikom sierpniowego zrywu w 1944 r., wspomniał swoją rozmowę ze zmarłym w ubiegłym roku gen. Januszem Brochwiczem-Lewińskim „Gryfem”, którego zapytał, czy warto było rozpoczynać powstanie. „Popatrzył na mnie, a przecież wiedziałem jaka była jego przeszłość (…). Powiedział: Panie prezydencie, dla tej Polski, teraz, to było warto” – przypomniał Duda, którego słowa przyjęto oklaskami.

„Było warto, zapewniam was o tym, zapewniam was o tym i chylę czoła przed wami tak jak wy chyliliście czoła przed powstańcami styczniowymi w II Rzeczypospolitej, a oni chylili czoła przed powstańcami kościuszkowskimi i listopadowymi. Było warto, bo nie jest przegrane powstanie, które w efekcie prowadzi do wolnej Polski, a do takiej one doprowadziły” – powiedział Duda.

Przypomniał też, że na początku lipca w tym samym miejscu, przy Pomniku Powstania Warszawskiego, przemawiał prezydent USA Donald Trump. „Prezydent największego mocarstwa, także militarnego, mocarstwa, które jest dzisiaj na świecie w stanie wygrać każdą wojnę, bo ma tak nieprawdopodobny potencjał. I mówił o Polsce, o nas Polakach, o powstaniu warszawskim. Mówił: Was ciemiężyli, niszczyli przez 200 lat, i zabrali wam ziemię, ale nie zabrali wam dumy” – przypomniał.

[related id=”32826″]W ocenie prezydenta o dumie Polaków wiedzieli nie tylko alianci, ale również Rosjanie, którzy po wojnie zniewolili Polskę przez prawie 50 lat. „Widzieli, że warszawiacy mimo tego, że nie otrzymali pomocy, że nie mieli broni, że byli osamotnieni i miażdżeni (to) walczyli przez 63 dni. Często gołymi rękami, walczyli o każdą piędź ziemi, o każdą cegłę swojego miasta. Walczyli o dumę – o Boga, honor i ojczyznę” – podkreślił.

„I to dlatego, moim zdaniem, Rosjanie nigdy nie odważyli się uderzyć zbrojnie podczas żadnego z buntów jakie były w Polsce przez okres zniewolenia komunistycznego. Nigdy rosyjskie czołgi nie pojechały na polskich robotników i demonstrantów. Bo Rosjanie to widzieli i to zapamiętali, tę lekcję – i powstania warszawskiego, i powstania styczniowego i powstania listopadowego. Oni to pamiętali” – zaznaczył prezydent.

Podczas przemówienia Andrzej Duda zwrócił się też bezpośrednio do powstańców nazywając ich „solą ziemi tego miasta i Rzeczypospolitej”. „Jesteście panteonem bohaterów. Czynię to kolejny raz, ale nigdy tych razy nie będzie za wiele: jako prezydent nisko chylę przed wami czoła, także w imieniu Rzeczypospolitej i z całego serca wam dziękuję za tamto męstwo i świadectwo – to, które dawaliście w czarnych latach komunizmu i to, które dajecie dzisiaj” – powiedział.

Prezydent podkreślił, że to dzięki powstańcom Polacy żyją w wolnym kraju. „I macie prawo upominać nas i być dla nas upomnieniem, że najważniejsze, co jest naszym obowiązkiem, to jest szanować naszą ojczyznę, szanować Rzeczypospolitą, i szanować siebie nawzajem w Rzeczypospolitej. I to jest wielkie przesłanie powstania warszawskiego, bo przecież my dzisiaj nie dzielimy powstańców na tych o lewicowych poglądach, na tych o prawicowych poglądach. Mówimy o nich: to bohaterowie powstańczej Warszawy. Powstańcy warszawscy – nasi bohaterowie. Oni tego samego oczekują od nas” – podsumował prezydent.

W imieniu żołnierzy powstania warszawskiego głos zabrał weteran AK ppłk Zbigniew Galperyn ps. Antek, który dziękując za organizację uroczystości wymienił trzy wartości składające się na etos powstania warszawskiego – godność, honor i poczucie obowiązku wobec swojego kraju.

„Jesteśmy pokoleniem przeszłości, ale mamy jeszcze obowiązek przekazania młodemu pokoleniu ideałów, wzorców zawartych w etosie powstania warszawskiego” – mówił Galperyn, pełniący funkcję wiceprezesa Związku Powstańców Warszawskich.

Weteran walk o niepodległość Polski zauważył też, że „AK-owski etos to są wartości i patriotyczne postawy, których nikt nie kwestionuje”. „Powstanie to była lekcja obywatelskości i najważniejsze przeżycia naszej młodości i pragniemy, żeby młodzi ludzie tę obywatelskość przejęli” – dodał kombatant.

Głos zabrała również prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz, która podkreśliła, że wolność jest dla Polaków jedną z najwyższych wartości. Zwracając uwagę na pobliski gmach Sądu Najwyższego przypomniała, że na jednej z jego kolumn jest wyryta sentencja: „wolność jest rzeczą bezcenną”.

„Ks. Tischner mówił, że gdybym ze wszystkich wartości, jakie są w Polsce, miał dać którąś na pierwszym miejscu, wybrałbym wolność. I niech świat nigdy nie zapomina, że wolność to swoiste DNA Polaków i warszawiaków” – mówiła.

Podkreśliła też bohaterstwo kobiet – uczestniczek powstania warszawskiego. Przypomniała, że podczas poniedziałkowych obrad rady miasta wręczono tytuł Honorowego Obywatela Warszawy m.in. Wandzie Traczyk-Stawskiej. „(Wtedy) przypomniałam sobie Sławkę (Halinę Jędrzejewską), Paulinkę (Annę Jakubowską) i szereg innych sanitariuszek, łączniczek i po raz kolejny zdałam sobie sprawę z niebywałej siły tych kobiet” – dodała.

W uroczystości na pl. Krasińskich, która była częścią obchodów 73. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, wzięli udział weterani II wojny światowej – powstańcy, żołnierze AK i innych polskich formacji zbrojnych, a także przedstawiciele władz państwowych, w tym Sejmu i Senatu, IPN i Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Obecni byli duchowni, Wojsko Polskie, służby mundurowe, m.in. Policja, harcerze. Licznie przybyli również mieszkańcy Warszawy.

Apel Poległych, który był wygłaszany w poprzednich latach, został w ubiegłym roku zastąpiony Apelem Pamięci. Wymienieni zostali w nim nie tylko ci, którzy polegli, ale także np. dowódcy powstania warszawskiego, którzy zmarli śmiercią naturalną. Dodana została również grupa kilku osób, które są zasłużone w kultywowaniu pamięci o powstaniu warszawskim, m.in. prezydent Lech Kaczyński, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

Po uroczystości przy Pomniku Powstania Warszawskiego, podczas której złożono kwiaty i zapalono znicze, rozpoczął się koncert pt. „Chłopcy z tamtych lat”.

PAP/MoRo

 

CAŁY TEKST APELU PAMIĘCI 

Ks. Jarosław Jóźwik: Wiara, którą się kierujemy, to nauka Jezusa Chrystusa, wskazanie miłości, miłości bliźniego

Supraśl to takie szczególne miejsce, w którym styka się Wschód z Zachodem, następuje wymiana myśli, poglądów, miejsce dialogu, które łączy – powiedział Jarosław Jóźwik, kanclerz Akademii Supraskiej.

– Burzliwe dzieje tych terenów, jak i generalnie granic Polski sprawiły, że liczba prawosławnych zmieniała się bardzo często, a szczególnie po drugiej wojnie światowej – powiedział gość Poranka Wnet. Jego zdaniem należałoby odbudować ośrodki życia prawosławnego, monastycznego, bowiem dzisiaj na terenie Polski żyje około 500 tysięcy wyznawców prawosławia.

Akademia Supraska, której jest kanclerzem,  to centrum konferencyjne, ośrodek szkoleniowy i oświatowy, tworzony przez prawosławną diecezję białostocko-gdańską, monaster Zwiastowania Bogarodzicy w Supraślu oraz fundację OIKONOMOS. Podobne prawosławne instytucje działają w Czechach, Finlandii, Grecji i Rosji.

Głównym celem Akademii Supraskiej jest krzewienie i upowszechnianie wiedzy o bogactwie prawosławnej wiary, duchowości, tradycji i kultury. Jej zadaniem jest również reagowanie na aktualne problemy, zmiany zachodzące w coraz bardziej zeświecczonym społeczeństwie, potrzeby chrześcijan żyjących we współczesnym świecie. Jest co robić, bo jak szacuje ksiądz Jóźwik, na terenie Podlasia jest około 300 tysięcy prawosławnych.

– W monasterze supraskim mamy część budynków, które wykorzystujemy do działalności statutowej – powiedział.

– Przede wszystkim zajmujemy się stroną naukową przedsięwzięcia, między innymi wydajemy czasopismo naukowe „Latopis Akademii Supraskiej”, organizujemy doroczną konferencję naukową – powiedział ksiądz Jóźwik, dodając, że skupia się ona na  historii i wpływie monasteru supraskiego na cywilizację Europy Środkowej.

– Supraśl to takie szczególne miejsce, w którym styka się Wschód z Zachodem, następuje wymiana myśli, poglądów, to miejsce dialogu, które łączy – powiedział gość Poranka Wnet.

Od czasu powstania Akademii Supraskiej były prowadzone różnego rodzaju warsztaty, zarówno dla dzieci, jak i osób dorosłych, między innymi warsztaty ikonograficzne i hezychastyczne. Organizowano również koncerty i wystawy.

– Jesteśmy właśnie w trakcie warsztatów ikonograficznych dla dzieci i młodzieży – pochwalił się duchowny. Mówił również o trzech bardzo ważnych aspektach prawosławia, jakimi są: architektura, ikona i śpiew. Podczas warsztatów młodzież poznaje podstawy ikonografii.

– Dzieci mogą napisać swoje pierwsze ikony, przy których modlą się później w swoich domach – powiedział ksiądz.

– Architektura to nasza cerkiew – wyjaśnił. Jego zdaniem supraski monaster od kilkunastu lat odzyskuje miejsce, jakie zajmował w dawnych wiekach wśród prawosławnej społeczności.

– Mamy również ikonostas dla osób niewidomych i niedowidzących, które mogą przyjść i dotknąć ikonostasu specjalnie stworzonego dla nich, bowiem nawet podpisy są w języku Braille’a – powiedział ksiądz Jóźwik.

– Wiara, którą się kierujemy, to nauka Jezusa Chrystusa, wskazanie miłości, miłości bliźniego – powiedział ksiądz Jóźwik, pytany, co najpiękniejszego jest w prawosławiu. Podnosił, że zarówno architektura, jak i śpiew, ikonostas to wszystko mówi o miłości Boga do człowieka.

[related id=”32622″]- Trzeba kochać, bo jeśli nie jesteśmy w stanie pokochać tego człowieka, którego mamy przed sobą, to jak moglibyśmy być w stanie pokochać Boga, którego nie widzimy – powiedział ksiądz. Powołując się na Ojców Kościoła mówił o tym, że możemy wielbić świętych na ikonach, bo przecież druga osoba Boska wcieliła się w człowieka.

Supraśl ponownie staje się jednym z najważniejszych centrów duchowych prawosławia w Polsce i w tej części Europy. Z każdym rokiem wzrasta liczba wiernych uczestniczących w modlitwach przed cudowną Supraską Ikoną Bogarodzicy.

Wszystkich, którzy mają ochotę, zaprosił ksiądz Jarosław Jóźwik na wystawę Leona Tarasewicza, wybitnego malarza, od 4.08.2017  do 6.08, od godz. 17.00 w sali im. Wiktora Wołkowa, innego wielkiego mieszkańca Supraśla. Wstęp wolny

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj.

Rozmowa z księdzem Jarosławem Jóźwikiem odbyła się w części 6 Poranka.

 

Czym zajmuje się Donald Trump – czy tylko sprawami osobistymi i tweetowaniem na temat poszczególnych osób?

Dzień 34. z 80 / Supraśl / Poranek WNET – O sytuacji w USA oraz o tym, czy Polacy mogą dać odpór niekorzystnym opiniom na temat Polski produkowanym w USA, w dzisiejszej rozmowie z Ireną Lasotą.

[related id=”32814″]Z Ireną Lasotą w poniedziałkowym Poranku WNET rozmawiał Antoni Opaliński. W ostatnich tygodniach Donald Trump doświadczył, że nie rządzi w USA. Stany mają bardzo mocną konstytucję i klasę polityczną, która jest w stanie daleko się posunąć, żeby bronić swojego lidera. Jednak, mimo że Trump wygrał głosami Republikanów i był kandydatem Partii Republikańskiej, partia ta nie identyfikuje się z nim do końca, a nawet boi się, że niektóre jego działania lub ich brak mogą kosztować poszczególnych kongresmenów miejsca w Kongresie.

Prezydent, któremu „cały czas coś nie wychodzi” – np. obalenie ustawy o ubezpieczeniach zdrowotnych, tzw. Obamacare – zaczął atakować poszczególne osoby, co jest dla niego bardzo charakterystyczne. Konflikt, który był bardzo widoczny, a z którego Donald Trump ostatecznie się wycofał, dotyczył osoby sprawującej funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, Jeffa Sessionsa. Prezydent chciał go zmusić do ustąpienia ze stanowiska, na co nie zgadzali się senatorowie, a sam zainteresowany nie chciał ustąpić.

[related id=”32801″]Zarówno kongresmeni, jak i prasa zaczęli zadawać pytanie, czym zajmuje się Donald Trump. Czy tylko sprawami osobistymi, tweetowaniem na temat poszczególnych osób, czy też zwraca uwagę na to, co się dzieje wokół niego?

Najbliższy tydzień przyniesie – według Ireny Lasoty – parę ciekawych momentów. Rosja postanowiła ostro odpowiedzieć na to, że przez Kongres przeprowadzono specjalną ustawę nakładającą sankcje na Rosję i podającą jako tego powód aneksję Krymu.

Prezydent Trump znalazł się w nieciekawej sytuacji, gdyż chciał otwarcia w stosunkach z Rosją. Gdyby zawetował ustawę o sankcjach, spotkałby się ze sprzeciwem całego Kongresu. Dlatego najprawdopodobniej ją podpisze, co „zaostrzy” pokojowy, ale zimnowojenny stan pomiędzy USA a Rosją.

Napięte są również stosunki z Chinami, które robią wszystko, by pokazać, że są potęgą światową. Trump był przekonany, ze ma doskonałe kontakty z Chinami. Miały one uspokoić Koreę Północną. Niestety nie zrobiły tego, za to zorganizowały wielką paradę, w której pokazały, że mają międzykontynentalne pociski i nikogo się nie boją.

Prezydentowi USA zarzuca się również brak zainteresowania sprawami Wenezueli, gdzie trwa wojna domowa. Irena Lasota uważa, że jest to dziwne. Stany Zjednoczone tak mało się tym zajmują, a mogłyby na przykład skorzystać z pomocy z Organizacji Państw Amerykańskich. Prawie każdy inny prezydent dużo bardziej zainteresowałby się sytuacją w Wenezueli.

[related id=32622]Irena Lasota dziwi się, że mimo tylu ważnych wydarzeń na świecie, w USA pojawiają się kolejne głosy na temat rzekomo złego stanu demokracji w Polsce i braku wolności mediów. Ostatnio ukazał się raport na temat prześladowania prasy w Polsce. Ma się wrażenie, że w USA jest kilkanaście osób zajmujących się sprawami Polski, ale oddźwięk tego, co robią, jest bardzo duży. Można mieć w związku z tym żal do prawicy w Polsce i do rządzących, że nie są w stanie przedstawić po angielsku kontrargumentów i pokazać prawdy o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce.

Całego Poranka można posłuchać tutaj. Zapraszamy.

MW

Supraśl to miasto mistyczne, w którym przenikają się przyroda z kulturą oraz religie – katolicyzm z prawosławiem

Dzień 34. z 80 / Supraśl / Poranek WNET – W rozmowie Wojciecha Jankowskiego z burmistrzem Supraśla dr. Radosławem Dobrowolskim o historii i współczesności Supraśla i supraskiego monasteru.

Gość Poranka w rozmowie w Radiu WNET opowiadał o Supraślu, czyli – jak go nazwał – perle Puszczy Knyszyńskiej i Podlasia. Jest to miasto, w którym jak w soczewce skupia się kultura dawnej Rzeczypospolitej. Ta związana jest z unią polską-litewską i ziemiami Wielkiego Księstwa Litewskiego. Supraśl leży bowiem na terenie właśnie dawnego Wielkiego Księstwa, w tej części, która pozostała przy Polsce. Przenika się tutaj przyroda z kulturą, przenikają się też religie – katolicyzm z prawosławiem, a od starożytności mieszają się i żyją razem różne ludy i narody.

Początki Supraśla wiążą się z osobą Aleksandra Chodkiewicza, który parę lat przed 1500 rokiem sprowadził do Gródka w Puszczy Knyszyńskiej ponad 40 mnichów z góry Athos i z Kijowa z Ławry Peczerskiej. Gródek miał być zbyt ludny, aby prowadzić w nim życie monastyczne. W 1500 roku mnisi przenieśli się z Gródka do Supraśla, który na początku XVI wieku, po Ławrze Peczerskiej, był drugim prawosławnym ośrodkiem monastycznym w Rzeczypospolitej.

Monaster supraski był miejscem pojednania Kościołów prawosławnego i łacińskiego. Poszukiwano tu jedności na bazie unii florenckiej z 1439 roku. Klasztor ten był klasztorem dwóch obediencji, gdzie metropolita Kościoła prawosławnego deklarował posłuszeństwo nie tylko wobec patriarchy konstantynopolitańskiego, ale też papieża.

Klasztor był bardzo ważny dla kultury prawosławnego ludu, dzisiejszych Białorusinów i Ukraińców. Tutaj przechowywano od początku XVI wieku najcenniejsze rękopisy. Na uwagę szczególnie zasługuje „rękopis supraski” – spisany na skórze, najstarszy zabytek języka starocerkiewnosłowiańskiego (z X lub XI wieku).

W 1596 roku doszło do unii między Kościołami prawosławnym i rzymskim. Monaster supraski faktycznie przyjął unię dopiero w 1603 roku. Dzięki opiece rodu Chodkiewiczów klasztor zachowywał niezależny status. Przejawiło się to między innymi tym, że gdy w 1617 roku powstawał zakon bazylianów (kongregacja w Nowogródku), mnisi suprascy do niego nie weszli. Tutaj miała być zachowywana i pielęgnowana tradycja cerkiewna. Dzięki temu monaster w Supraślu nie ulegał wpływom łacińskim (głównie w liturgii), jak to było w wypadku bazylianów, którzy weszli do kongregacji. [related id=32622]

Ważnym obiektem Supraśla była drukarnia supraska – oficyna zakonna ojców bazylianów, która powstała w 1695 roku. Metropolita stworzył jeden, centralny ośrodek typograficzny, który zajmował się drukowaniem ksiąg liturgicznych dla całego Kościoła unickiego. Stopniowo zaczęto też wydawać książki o tematyce świeckiej – słowniki, poradniki, również książki w języku polskim. Księgi liturgiczne tutaj tłoczone docierały do najdalszych zakątków Rzeczypospolitej. W Supraślu zostały wydrukowane w 1792 roku „Pieśni nabożne” Franciszka Karpińskiego zawierające m.in. kolędę „Bóg się rodzi” czy pieśni „Kiedy ranne wstają zorze” i „Wszystkie nasze dzienne sprawy”.

Suprascy bazylianie prowadzili też prace translatorskie i teologiczne. To oni stworzyli wiele pojęć teologii moralnej, które weszły do polskiego języka teologicznego.

Dzisiaj Supraśl rozwija się pod względem turystycznym i uzdrowiskowym. Powstaje wiele hoteli i sanatoriów. Problem emigracji zarobkowej oczywiście też dotknął Supraśla. Jednak – zdaniem burmistrza – daje się zaobserwować zjawisko powrotów. Powracający wnoszą bardzo wiele dobrego do życia kulturalnego i społecznego w Supraślu. Bezrobocie nie jest duże, aczkolwiek większość mieszkańców Supraśla pracuje w oddalonym o 12 kilometrów Białymstoku.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części pierwszej i trzeciej Poranka WNET. A w niej także obok historii o bieżącej polityce w Supraślu.

JS

W Niemczech jest ponad 246 tysięcy osób, które dostały nakaz opuszczenia kraju, a tymczasem… zapadły się pod ziemię

Dzień 34. z 80 / Supraśl / Poranek WNET – W rozmowie ze Sławomirem Ozdykiem o dwóch ostatnich zamachach w Niemczech oraz o tym, czy niemieckie służby potrafią skutecznie przeciwdziałać atakom.

[related id=”32839″]W Poranku WNET w Supraślu Wojciech Jankowski rozmawiał ze Sławomirem Ozdykiem, ekspertem ds. bezpieczeństwa, na temat dwóch zamachów, które miały miejsce ostatnio w Niemczech. Jeden wydarzył się w Hamburgu, drugi – w Konstancji.

Zamachy te, według gościa Poranka, bardzo się od siebie różniły. Zamach w Hamburgu został przeprowadzony przez azylanta, który krzycząc „Allahu Akbar!”, biegał z dużym nożem kuchennym, którym zabił jednego Niemca. Charakterystyczne jest to, że zamachowiec był umysłowo niepełnosprawny, miał dżihadystyczne zapatrywania, a także już wcześniej dostał nakaz opuszczenia kraju.

Osób, które z różnych powodów otrzymały nakazy opuszczenia kraju, ma być w Niemczech ponad 246 tysięcy. Praca służb imigracyjnych pozostaje jednak na papierze, ponieważ nakazy nie są egzekwowane, tak jak w przypadku zamachowca z Hamburga. Urzędy pracują, ale ich praca idzie na marne, bo osoby, które mają opuścić teren Niemiec, zapadają się pod ziemię.

Przypadek zamachowca z Hamburga jest też interesujący z innego powodu. Wiadomo o nim, że pił, brał narkotyki, zapożyczał się. Trafił jednak do meczetu salafickiego, gdzie dostał się pod wpływy radykalnych imamów i zmienił styl życia. Meczet ten jest pod obserwacją służb niemieckich, ale jak widać, niewiele ona daje.

– Jedynym rozwiązaniem byłoby zburzenie tego przybytku – uważa Sławomir Ozdyk.

[related id=32622]Zamach w Konstancji miał mieć inne podłoże. Dokonał go Kurd z Iraku, który już 15 lat temu przybył do Niemiec. Podobno był związany ze środowiskiem handlarzy narkotyków. Pokłócił się z ochroną dyskoteki, której właścicielem był jego szwagier, poszedł do domu, wziął karabin, wrócił i zaczął strzelać. Zamachu tego policja nie łączy z islamem i z ISIS.

Sławomir Ozdyk zwraca jednak uwagę, że przed ISIS w Niemczech był już radykalny islam. Był też handel narkotykami, kradzieże samochodów, byli muzułmanie, którzy nie uznawali wartości europejskich, były też rodziny islamskie terroryzujące całe dzielnice.

Jeśli zamach w Konstancji nie był zamachem terrorystycznym, pytać należy – zdaniem gościa Radia WNET – skąd zamachowiec miał karabin, skąd miał tak dużo amunicji itd.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części szóstej Poranka WNET.

JS

Poseł Dariusz Piontkowski: Opadły już emocje po zapowiedzi weta, spokojnie czekamy na propozycje prezydenta

Dzień 34. z 80 / Supraśl / Poranek WNET – O emocjach w obozie PiS po podwójnym wecie oraz o odpowiedzialności, jaką wziął na siebie prezydent, zapowiadając przygotowanie nowych projektów ustaw.

W rozmowie prowadzonej w przez Wojciecha Jankowskiego w Poranku WNET w Supraślu podlaski poseł PiS Dariusz Piontkowski skomentował sytuację w partii Prawo i Sprawiedliwość i pośród jej wyborców, powstałą po zawetowaniu przez prezydenta Andrzeja Dudę dwóch spośród trzech ustaw, za pomocą których koalicja rządząca zamierzała zreformować wymiar sprawiedliwości w Polsce.

Poseł powiedział, że po ogłoszeniu informacji o tym, że prezydent nie podpisze ustaw o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa, emocje osiągnęły bardzo wysoki poziom. Wielu sympatyków rządu, polityków i wyborców PiS ta decyzja zaskoczyła, poczuli się oszukani, a nawet zdradzeni. Pojawiła się też niepewność, co będzie dalej z reformą sądownictwa.

Gość Poranka zaznaczył przy tym, że prezydent, zgodnie z konstytucją, oczywiście miał prawo do zawetowania ustaw. Wydawało się jednak, że nie ma znaczących różnic programowych między nim a resztą obozu rządzącego. Nie wiemy też przy tym, jakie były dokładnie powody weta i dlaczego jedną z trzech ustaw (ustawę o ustroju sądów powszechnych) prezydent zdecydował się podpisać.

Zdaniem Dariusza Piontkowskiego prezydent – biorąc na siebie ciężar przygotowania nowych projektów ustaw reformujących sądownictwo – wziął na siebie bardzo dużą odpowiedzialność z jednej strony wobec tych, którzy protestowali przeciwko planom PiS wobec wymiaru sprawiedliwości, z drugiej – wobec jego własnego elektoratu, który oczekuje realizacji programu wyborczego, a więc między innymi głębokiej reformy wymiaru sprawiedliwości. [related id=32622]

Wojciech Jankowski zauważył, że prawa strona, w tym sympatyzujący z nią komentatorzy i publicyści, podzieliła się w ocenach działania prezydenta. Przykładowo – z jednej strony Jerzy Targalski i Witold Gadowski decyzję prezydenta zdecydowanie krytykują, a Rafał Ziemkiewicz i Łukasz Warzecha ją popierają. Poseł odparł na to, że dziennikarze zawsze byli podzieleni, a ci dwaj to nie są „twardzi zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości” i zawsze byli mocno krytyczni wobec PiS.

Dariusz Piontkowski zwrócił uwagę na to, że Jarosław Kaczyński poprosił o stonowanie nastrojów i spokojne czekanie na propozycje prezydenta.

Gość uważa, że ostatnie wydarzenia nie spowodują straty poparcia Andrzeja Dudy w tzw. twardym elektoracie PiS. I tak będzie on głosować na niego, jednak trudniej będzie go zmobilizować w kampanii wyborczej.

W drugiej części rozmowy poseł wypowiedział się na temat decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który nakazał natychmiastowe wstrzymanie prowadzenia wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej (jest to tymczasowe rozstrzygnięcie do czasu wydania wyroku w tej sprawie). Jego zdaniem polityka dominuje w sporze o zasadność działań podejmowanych w Puszczy przez ministra Jana Szyszkę i podległe mu służby, a brakuje merytorycznej dyskusji na temat tego, czy są to właściwe działania.

Zapraszamy do wysłuchania całego Poranka WNET z Supraśla. Rozmowa z posłem Dariuszem Piontkowskim jest w części piątej.

JS

31.07 / W 80 dni dookoła Polski / Dzień 34. / Poranek WNET z Supraśla

Zapraszamy na Poranek WNET z Supraśla, z Akademii Supraskiej przy Monasterze Zwiastowania Bogarodzicy

Goście Poranka WNET:

Dr Radosław Dobrowolski – burmistrz Supraśla;

Dariusz Piontkowski – poseł PiS;

Ksiądz Jarosław Jóźwik – kanclerz Akademii Supraskiej;

Maria Przełomiec – dziennikarka TVP Info, Studio Wschód;

Irena Lasota – publicystka, Waszyngton;

Sławomir Ozdyk – specjalista od ekstremizmu islamskiego, Berlin.

 


Prowadzący: Wojciech Jankowski

Realizator: Andrzej Gumbrycht

Wydawca: Antoni Opaliński

Wydawca techniczny: Jan Brewczyński


 

Część pierwsza:

Radosław Dobrowolski opowiedział o historii i legendach o powstaniu Supraśla. Między innymi przedstawił rolę tego miasta jako zwornika pomiędzy Kościołem rzymskim a Konstantynopolem.

 

Część druga:

Maria Przełomiec skomentowała zapowiedź Rosji o wydaleniu amerykańskich dyplomatów z terenu Federacji. Wyjaśniła również, dlaczego pięć lat temu zachęciła Krzysztofa Skowrońskiego do odwiedzenia Supraśla.

List Josepha Conrada

 

Część trzecia:

Radosław Dobrowolski o rozwoju polskiej myśli teologicznej w Supraślu. To w tym miejscu stworzono wiele pojęć w języku polskim do dziś używanych w teologii moralnej. Opowiedział też o tym, jak widzi współczesną sytuację w Supraślu.

 

Część czwarta:

Serwis informacyjny Radia Warszawa

 

Część piąta:

Irena Lasota komentowała spadek popularności Donalda Trumpa, również wśród senatorów. Wyraziła także swoje zdziwienie zainteresowaniem amerykańskich mediów sytuacją w Polsce. Jej zdaniem jest wiele ważniejszych wydarzeń, którymi USA powinny się interesować, np. to, co się dzieje w Wenezueli.

Dariusz Piontkowski mówił o tym, jakie emocje wywołało weto prezydenta wobec ustaw o KRS i SN u wielu działaczy i wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

 

Część szósta:

Sławomir Ozdyk przedstawił tło dwóch ostatnich zamachów w Niemczech oraz opowiedział o tym, jak niemieckie służby imigracyjne nie radzą sobie z wydalaniem emigrantów, którzy otrzymali nakaz opuszczenie terenu Niemiec.

Ksiadz Jarosław Jóźwik opisał działalność Akademii Supraskiej – działalność kulturową i naukową, skupiając się na historii i wpływie monasteru supraskiego na cywilizację Europy Środkowej.

Dariusz Piontkowski na zakończenie Poranka stwierdził, że cieszy się z widocznych efektów „dobrej zmiany”.

 


 

Cała audycja:

I Zlot Harcerski w 73 rocznicę Powstania Warszawskiego. Bp Guzdek: przyjmijcie powstańcze wartości i ideały jako własne

Z apelem do wszystkich harcerzy, aby przyjęli powstańcze wartości oraz ideały jako własne-zwrócił się bp polowy WP gen.bryg. Józef Guzdek, przed zbliżającą się rocznicą wybuchu powstania warszawskiego

W niedzielę, w Warszawie rozpoczyna się I Zlot Harcerski w rocznicę powstania warszawskiego. O godz. 18. w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego odprawiona zostanie msza z udziałem powstańców, harcerzy i warszawiaków, podczas której odczytany zostanie apel bpa Guzdka.

„Rocznica Powstania Warszawskiego po raz kolejny przypomina nam, jak wielką wartością jest wolność. Dziesiątki tysięcy żołnierzy Armii Krajowej 73 lata temu pokazały, że wolność jest bezcenna, że warto zapłacić za nią nawet życiem. Razem z nimi walczyło wielu harcerzy Szarych Szeregów, ludzi młodych, pełnych ideałów, nadziei i optymizmu. Choć 63 dni samotnej walki odarły powstańców z marzeń, pozostał w nich wielki szacunek dla ludzkiej godności oraz nadzieja budowania przyszłości, w której dom wolności będzie wznoszony w zgodzie i harmonii przez całe polskie społeczeństwo” – napisał w apelu bp Guzdek.

Podkreśla w nim, że każdego roku na Eucharystii w Parku Wolności gromadzą się uczestnicy powstania oraz wielu młodych ludzi, zwłaszcza harcerki i harcerze. „Składam wyrazy szacunku i czci tym, którzy pisali powstańczą historię. Was, młodzi przyjaciele, pragnę prosić, żebyście przyjęli, jako własne, powstańcze wartości oraz ideały. Dzisiaj nie jest konieczna walka o wolność z bronią w ręku. Jednak nadal potrzeba pracy nad sobą, by osiągnąć skarb wewnętrznej wolności: od nałogów, lenistwa i egoizmu. Nadal trzeba się uczyć oddawania życia, już nie z bronią w ręku, ale w służbie – Bogu, Ojczyźnie i bliźnim” – czytamy w apelu biskupa polowego.

„Niech ta sztafeta pokoleń trwa i buduje nasz wspólny ojczysty dom” – głosi apel biskupa Guzdka, skierowany do harcerek i harcerzy.

Powstanie Warszawskie było największą akcją zbrojną podziemia w okupowanej przez Niemców Europie. 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w Warszawie zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Straty wśród ludności cywilnej były ogromne – zabitych zostało ok. 180 tys. osób. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, w sumie około pół miliona osób, hitlerowcy wypędzili z miasta, które po powstaniu zostało niemal całkowicie zniszczone.

PAP/MoRo

28 VII nad ranem zmarł w Warszawie Andrzej Rozwód, ratownik górniczy, działacz opozycji, przeciwnik Okrągłego Stołu

Andrzej był wierny wielkiemu ruchowi społecznemu NSZZ Solidarność, który do końca chciał ratować przed ekipą Lecha Wałęsy. Opozycja koncesjonowana nie pozwoliła mu realizować się w Związku.

Andrzej Rozwód, urodził się 19 czerwca 1956 roku w Tarnobrzegu, zmarł nad ranem 28 lipca 2017 w Warszawie. Był ratownikiem górniczym w kopalni siarki w Tarnobrzegu. W 1980 roku był uczestnikiem strajku i współorganizatorem „Solidarności” w Siarkopolu, od początku stanu wojennego kolporter prasy podziemnej, członek Terenowej Komisji Zakładowej w Siarkopolu. Od 1983 w Porozumieniu Prasowym „Solidarność Zwycięży” (Kraków-Nowa Huta-Bochnia-Brzesko-Tarnów-Rzeszów-Konin-Poznań), uczestnik manifestacji w Krakowie (1983). Od listopada 1987 roku zaprzysiężony członek „Solidarności Walczącej”(SW), szef pododdziału SW w Tarnobrzegu pod pseudonimem „Dariusz Zawada”, współredaktor pisma „Solidarność Walcząca” i „Zapora”, współorganizator Radia SW w Tarnobrzegu. W 1986 odmówił przyjęcia Brązowego Krzyża Zasługi za wieloletnią pracę w górnictwie. Przeciwnik Okrągłego Stołu. Otrzymał wiele wyróżnień, w tym Odznakę Honorową PCK za długoletnie honorowe oddawanie krwi (1992), odznakę Zasłużony Ratownik Górniczy (2001), wyróżnienie Zasłużony dla Siarkopolu. W grudniu 2009 roku w Rzeszowie odznaczony został przez prof. Zybertowicza Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (nadanym przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego).


Solidarność Walcząca w Tarnobrzegu formalnie została zawiązana w lutym 1988 r, której założycielem był Andrzej Rozwód, pracownik Siarkopolu. Jednakże osoby, które były współzałożycielami SW w Tarnobrzegu już z chwilą wprowadzenia stanu wojennego rozpoczęły prowadzenie działalności zgodnej z ideami i z programem Solidarności Walczącej. Pierwsze egzemplarze wydawane przez SW Andrzej Rozwód zaczął przywozić z Krakowa i Nowej Huty już w 1983 roku, a w 1984 r. ulotki przez niego drukowane sygnował hasłem „Solidarność Walcząca”.

W tym okresie wspólnie z Kazimierzem Zarychem uruchomili zagłuszarkę dzienników TV, jak też przy pomocy nadajnika skonstruowanego przez Zarycha wchodzili na TV z własnym programem na fonii. Andrzej w latach 1983-85  pozyskał do działalności konspiracyjnej kilkanaście osób, z których większość znalazła się później w pododdziale tarnobrzeskim SW. Byli to m. in. Wojciech Wiśnieski, Władysław Zieliński, Krzysztof Wianecki, którzy przeszli przez więzienia komunistyczne na początku stanu wojennego.

Andrzej za swoją działalność był wielokrotnie zatrzymywany i dwukrotnie pobity przez funkcjonariuszy ORMO. W lutym 1989 r. podczas obrad Okrągłego Stołu został dopuszczony po raz pierwszy do udziału w posiedzeniu Rady Politycznej SW o. Rzeszów z głosem doradczym i wszyscy obecni: A. Kopaczewski, A. Kucharski i J. Szkutnik uznali jego wypowiedzi za na tyle rozsądne, iż postanowiono włączyć Andrzeja Rozwoda do Rady Politycznej.

Istotne chyba będzie przypomnienie, że Andrzej był również wierny wielkiemu ruchowi społecznemu NSZZ Solidarność, który do końca chciał ratować przed ekipą Lecha Wałęsy. W związku z tym w 1988 r. został członkiem TKZ Siarkopolu, a następnie wybrano go na walny Zjazd Delegatów w 1989 r. Jednakże opozycja koncesjonowana nie pozwoliła mu się realizować w Związku.

Janusz Szkutnik

„Kurier Wnet” 37/2017, Wywiad z prezes Stowarzyszenia Łagierników AK: Zawsze był we mnie szalony optymizm

Stefania Szantyr-Powolna: zapamiętałam smród wjeżdżającej armii. Coś niesamowitego. Żołnierze w kapciach, karabiny przewiązane sznurkami, na schodach ludzie krzyczący i wiwatujący po rosyjsku.

Antoni Opaliński
Stefania Szantyr-Powolna

Zawsze był we mnie szalony optymizm

Z dr Stefanią Szantyr-Powolną, honorową prezes Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK, rozmawia Antoni Opaliński.

Gdzie Pani się urodziła?

Urodziłam się w moim najukochańszym mieście, Wilnie, i dotąd uważam, że to jest najcudowniejsze miasto na świecie.

Dlaczego najcudowniejsze?

Może dlatego, że jest związane z moim dzieciństwem sielskim-anielskim… I nie tylko – potem od 1939 roku już z konspiracją. Bo ja zostałam zaangażowana i zaprzysiężona już w jesieni 1939 roku. Więc to był cały okres konspiracji, mego dorastania w duchu działania w podziemiu. Potem aresztowanie w roku 1944 i pożegnanie mego miasta już z okien odjeżdżającego pociągu.

Wróciła Pani jeszcze kiedykolwiek do Wilna?

Czy wróciłam? Nie bardzo, byłam 11 lat na Syberii. Potem wróciłam do Polski, skończyłam studia. Później miałam okazję pojechać do Wilna – właściwie już w bliższych latach. Miasto powitałam z dużym wzruszeniem i ze łzą w oku.

Co Pani pamięta z wileńskiego dzieciństwa? Jakie to było miasto?

Tak jak powiedziałam, moje dzieciństwo było sielskie-anielskie. Wychowana byłam w rodzinie, która mnie darzyła wielką miłością – byłam jedynaczką. Właściwie nie pamiętam – może byłam za mała – żadnych przykrych momentów, które by zalegały mi w pamięci. Dla mnie to zawsze była cudowna rodzina, cudowne czasy, szkoła…

A jakie jest Pani pierwsze wspomnienie z czasów wojennych?

Z czasów wojennych pamiętam, po 17 września, wejście Armii Sowieckiej do Wilna. Rozpacz ludzi na ulicach. Pamiętam, jak moja mamusia bardzo szlochała, bo miała w pamięci poprzednią wojnę. To dziwne, ale muszę powiedzieć: zapamiętałam smród wjeżdżającej armii. Coś niesamowitego. Żołnierze w kapciach, karabiny przewiązane sznurkami, na schodach ludzie krzyczący i wiwatujący po rosyjsku. Koszmar.

Toteż przerażenie nasze – młodzieży i dzieci – było ogromne. Nie wiedzieliśmy, co robić: Polski nie ma, jak mamy się zachować? Spotkał mnie starszy kolega z harcerstwa. Powiedział: my wiemy, co robić. I zaangażował mnie do konspiracyjnego harcerstwa. Bardzo szybko, już w jesieni zostałam zaprzysiężona. Otrzymałam pseudonim „Hanka” i tak już zostało do końca.

Fot. ze zbiorów prywatnych S. Szantyr-Powolnej

Czy mogę zapytać, ile Pani wtedy miała lat?

W 1939? Jestem z 1924 roku, więc miałam 15 lat. Byłam takim dzieciuchem, biegałam z warkoczykami. Ale po zaprzysiężeniu wydawało się, że nagle wydoroślałam. Inna odpowiedzialność. Inne wartości się pojawiły. Wydawało mi się, że jestem bardziej dorosła. Każde zadanie mi powierzane, każda funkcja – na początku to było tylko roznoszenie jakichś gazet wydawanych przez podziemie – wydawało mi się, że to jest coś tak bardzo wielkiego, że od tego zależy, żeby ta Polska wróciła. Oczywiście byłam taką małą śrubką w mechanizmie konspiracyjnym, ale zawsze miałam wrażenie, że od spełnienia mojego zadania zależy, żeby wróciła Polska.

Jak to się stało, że Pani się znalazła na zesłaniu?

Oczywiście w konspiracji było nas bardzo wielu. Ja miałam taką grupę dziewcząt. Skończyłam kursy łącznościowe, więc byłam łączniczką, miałam kontakty, tajne – bo znaliśmy się tylko po kilka osób. Jedna z mojej grupy została przez kogoś wskazana – nie wiem, w jakich okolicznościach. W każdym razie ona mnie „wsypała” i zostałam aresztowana.

Zostałam zabrana do gmachu NKGB, miałam bardzo trudne śledztwo, byłam bardzo bita, miałam złamany nos. Trzydzieści kilka godzin bez picia, bez jedzenia, bez snu, tylko cały czas badania, badania, badania… I tak, jak zostałam aresztowana, już oczywiście nie wróciłam do domu. Trzymali mnie w piwnicy. W tym budynku NKGB był schron na dole i w piwnicy były cele.

Cela, w której się znalazłam, to była cela po ubikacji; jeszcze na ścianach były widoczne ślady używania, a na posadzce wyrwane miejsce po sedesie. Nas siedziało w tej celi ponad dwadzieścia. Leżałyśmy tak na zakładkę, bo to było dwa i pół metra na dwa i pół metra albo mniej. Byłyśmy bardzo stłoczone, rozebrane.

Ja zresztą po tym pierwszym, trzydziestokilkugodzinnym śledztwie trafiłam na początku do innej celi, w której jakaś litościwa ręka podała mi kawałek chleba. Ten chleb dziwnie chrzęścił, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że cela była tak zawszona, że te wszy wchodziły do chleba. Potem szybko przerzucono mnie do tej celi po ubikacji, w której siedziałam już cały czas do sądu.

Byłam sądzona – dostałam paragraf 58/2/11. Najwyższa kara więzienia z tego paragrafu to było wtedy dziesięć lat. Za „powstanie grupowe z bronią w ręku”. Wyrok przy tym paragrafie to była kara śmierci albo wyrzucenie z kraju. Bo oni uważali nas za obywateli sowieckich. Na sądzie dostałam te dziesięć lat wyroku. Za rok z tego samego paragrafu już dawali dwadzieścia pięć lat, ale wtedy już nie wchodziła w grę kara śmierci.

Po wyroku zostałam przerzucona do głównego więzienia w Wilnie, na Łukiszkach. Tam była sala, w której było nas chyba osiemdziesiąt osób. Tam też spotkałam swoje koleżanki z konspiracji.

W tej dużej celi był organizowany transport do Związku Radzieckiego. To były pierwsze dni maja 1945 roku; nie pamiętam, czy to był pierwszy, czy trzeci. Ale na pewno maj, bo jeszcze w kwietniu byłam na Łukiszkach. Do więzienia przylegał kościół świętego Jakuba. Pamiętam, jak w Wielkanoc przeżywałyśmy rezurekcyjne dzwony.

Transport obejmował ponad tysiąc osób, głównie mężczyzn, i tylko około dwadzieścia kobiet. Więzienie jest dość daleko od stacji kolejowej. Na początku szli mężczyźni, na końcu my – wygłodzone, wymęczone badaniami, bo śledztwa były intensywne, męczące i zawsze w nocy; a za nami niebezpieczne psy. I tak doszliśmy do dworca. Tam stały podstawione dla nas zwierzęce wagony. Najpierw musiałyśmy klęczeć przed wagonami, a potem na dane hasło nas do nich pakowano.

Nie wiem, w jaki sposób, ale rodziny dowiedziały się o tych transportach, bo wkrótce za torami zgromadził się tłum naszych rodziców, braci. Ja byłam jedynaczką, więc tylko rodzice. Nawet nie mogłyśmy ich rozpoznać. Starałyśmy się do tych bydlęcych okienek w wagonach podsadzać jedna drugą, żeby zobaczyć nasze rodziny, ale było za daleko.

Tak nadszedł dzień, kiedy transport ruszył. Jechaliśmy parę tygodni. Któregoś dnia pociąg się zatrzymał i usłyszałyśmy wiwaty, krzyki, strzały. Nie wiedziałyśmy, co się dzieje, zapytałyśmy konwojenta, powiedział, że skończyła się wojna.

Pojawił się błysk nadziei, że w związku z tym powinnyśmy wrócić do Wilna, do Ojczyzny. Przecież nas traktują jak jeńców wojennych. Myśmy nie zdradziły swojej Ojczyzny. Byłyśmy pod okupacją i chciałyśmy powrotu naszej Polski. Niestety pociąg mknął dalej i po kilku tygodniach dojechałyśmy do Uchty.

Najpierw zabrano nas do ogólnego obozu. Tam przyjeżdżali naczelnicy obozów i jak niewolników dobierali sobie siłę roboczą. Nas wziął pod swoją opiekę naczelnik z sowchozu, który się nazywał Sediu. W tym sowchozie byli zatrudnieni prawie sami kryminaliści, którzy mieli do stu lat wyroku, wiele morderstw i przestępstw na sumieniu.

Jak przyjechaliśmy, naczelnik powiedział na odprawie, żebyśmy nie używały żadnych naczyń, kubków, bo wszyscy są zarażeni chorobami wenerycznymi. Chociaż oni bardzo chętnie chcieli nam wypożyczać swoje kubeczki czy łyżki.

Śmierć była zawsze bardzo blisko. Może opowiem jeden z przypadków. Naczelnik uczył nas, jak się znaleźć w lesie. Myśmy przecież nie mieli pojęcia o żadnym liesopowale, czyli cięciu lasu. Uczył nas, że najpierw trzeba obrąbać drzewo z jednej strony, a potem piłować z drugiej. Latem to jeszcze było możliwe, ale nie kiedy spadł śnieg, a spadał wcześnie, śniegu było po pas. To była bardzo ciężka praca, bo trzeba było odkopać śnieg wokół drzewa prawie do ziemi, a dopiero potem ciąć drzewo. Bo inaczej dostawało się karcer, gdyby pień był za wysoko ucięty. Praca była niebezpieczna, pole do roboty ograniczone, bo trzeba było dużo śniegu usuwać. I nieraz zdarzały się przypadki, że takie drzewo padało na nas, miałyśmy uszkodzone kręgosłupy. A nieraz drzewo wykręcało się na pniu i miażdżyło nam stopy.

Raz zdarzyła się taka sprawa. Na moment przy cięciu drzewa wyprostowałyśmy się z koleżanką. Stałam, a obok mnie w odległości pół metra Rosjanka, młoda, bardzo piękna dziewczyna, bandytka niesamowita, mająca wiele lat wyroku, ponoć pochodziła z arystokracji. Więc stała obok mnie i obie „prostowałyśmy kości”. Nagle podbiegła druga Rosjanka z siekierą i rąbnęła ją w głowę. Początkowo nie zdawałam sobie sprawy, że to rzeczywiście miało miejsce. Ta głowa się rozleciała i upadła. To mogłam być również ja, bo tej drugiej Rosjance było wszystko jedno. To nie chodziło o żadne porachunki, tylko o to, żeby zabrano ją do „zwykłego” więzienia, gdzie miałaby chleb, kąt i nie musiałaby tak ciężko pracować.

Takie momenty pojawiały się bardzo często. Podobna historia zdarzyła się też w baraku, w którym mieszkałyśmy. Było nas tam ponad 150. Któregoś dnia pewna Cyganka razem z Ukrainką zaciągnęły jedną panią – w naszych oczach starszą, bo miała 30 lat – za umywalnik i tam ją zwyczajnie zarąbały. Też w tym samym celu – żeby zabrano je z tych robót do więzienia, gdzie nie będzie tyle ciężkiej pracy.

Innym razem w czasie pracy usiadłyśmy na moment na pniu drzewa, żeby zjeść kawałek chleba. Byłyśmy młode, któraś coś opowiadała, śmiałyśmy się… Podbiegł konwojent, żebyśmy natychmiast zamilczały i przestały się śmiać. Na to jedna z koleżanek: „A co? Będziesz strzelał?”. On mówi: „A będę”. Ona na to: „No to strzelaj”. I rzeczywiście otworzył ogień, jedną zabił od razu, kilka ranił. Tak jak powiedziałam, śmierć czyhała na każdym kroku.

Muszę opowiedzieć o jednej historii, która była potem opowiadana we wszystkich obozach. Na skutek kontuzji, której nabawiłam się w lesie, zostałam przewieziona do centralnego szpitala. To był ogromny teren z odgrodzoną zoną szpitalną. Obok znajdowała się zona łagierników. To byli przede wszystkim mężczyźni, był tylko jeden barak żeński. Po pewnym czasie, jak mój stan się poprawił, zostałam zatrudniona w laboratorium – dzięki głównemu lekarzowi, który Polaków darzył wielką sympatią. Zresztą siostrą oddziałową była tam Polka.

Żeby przejść do tej zony szpitalnej, trzeba było wyjść z zony żeńskiej i przejść dosłownie kilka metrów obok baraku męskiego. Proszę sobie wyobrazić, że pewnego dnia, kiedy szłam do pracy, mężczyźni mieszkający w baraku, który mijałam, grali w karty. Grali w karty o tego, kto pierwszy przejdzie koło ich okien. I właśnie to byłam ja. Dowiedzieliśmy się przez przypadek. Obok laboratorium był gabinet dentystyczny. Do dentysty z różnymi sprawami przychodzili również bandyci. Jeden z tych bandziorów powiedział: „Szkoda takiej młodej i ładnej dziewczyny, że została przegrana w karty”. Dentysta natychmiast powiedział o tym lekarzowi głównemu i sprawa rozeszła się w obozie i w szpitalu. Lekarz główny zakazał mi opuszczać laboratorium, miałam tam nocować i nie wychodzić.

Wezwano naczelnika obozu. Jednak naczelnik powiedział, że wobec tego typu zakładów tych bandziorów on jest bezsilny. Bo oni wcześniej czy później muszą wykonać ten wyrok. Mogli mnie zarąbać, zgwałcić, zrobić, co chcą. Powtórzył, że jest bezsilny. W szpitalu wszyscy to przeżywali, bo, tak jak mówiłam, darzyli Polaków sympatią.

Ja byłam w tym czasie zaprzyjaźniona z pracującą na oddziale wewnętrznym siostrą medyczną. To była Estonka, nazywała się Made Tikerpour. Śliczna dziewczyna, wszyscy pacjenci byli w niej zakochani. Jak się dowiedziała, jaki wyrok nade mną wisi, bardzo płakała. W tym czasie na oddziale leżał jeden z przywódców tych bandziorów, który też się w niej kochał. Zapytał, dlaczego ona tak płacze. Na drugi dzień ten człowiek znikł z łóżka szpitalnego. Nie było go dwa – trzy dni. Po powrocie podszedł do Made i powiedział: „Słuchaj, ja dla ciebie odegrałem w karty twoją przyjaciółkę”.

Ta historia lotem błyskawicy rozeszła się nie tylko w naszym obozie, ale i w innych. Nawet kolega z innego obozu opisał to w swojej książce. To był cud boski, ja wierzę, że to moja mama wymodliła. Bo ona nie uwierzyła, że nie żyję, chociaż miała wiadomość z Czerwonego Krzyża, że zmarłam w obozie.

Po tym wydarzeniu bardzo szybko zostałam przeniesiona na Workutę do obozu „srogiego reżimu”. Tam już nie mieliśmy nazwisk, tylko numery na ubraniach, na czapkach, na plecach.

Po ilu latach została Pani zwolniona?

Kiedy zbliżał się koniec wyroku, przewieziono mnie do innego obozu i tam ponoć szykowano dokumenty. Wezwano mnie do kancelarii, przeczytano setki paragrafów i dano do podpisania dokument, że odtąd jako obywatel radziecki będę już na tej Workucie przebywać. Powiedziałam, że nie podpiszę tego. „Jak nie podpiszesz, to dostaniesz nowy wyrok i wrócisz do obozu”. Odpowiedziałam, że wrócę, ale nie podpiszę. I rzeczywiście cofnęli mnie do obozu.

Przeżyłam to ogromnie, bo bałam się, że mogę dostać drugie dziesięć lat. Teraz, jak mam jakieś kłopoty życiowe, to mi się śni, że dochodzę do furtki i zawracają mnie z powrotem.

Po jakimś tygodniu wezwano mnie ponownie. Tym razem dano do podpisu tylko dokument, że w tym momencie znajduję się na Workucie. Z takim papierkiem wyszłam. Byłam na wolności, ale właściwie przywiązana do tej Workuty.

Zostałam zwolniona po dziesięciu latach, ale jeszcze prawie cały następny rok czekałam na powrót do Polski. Jak wyszłam z obozu, to już tam było około stu Polaków, kobiet i mężczyzn. Niektórzy się połączyli w małżeństwa. Tymczasem Niemcy wystarali się, że kobiety Niemki wracały do Niemiec. Pomyślałam, że to niemożliwe. Polski też powinna dotyczyć jakaś umowa. Poszłam do gmachu NKGB i powiedziałam, że jest mi wiadome, iż na podstawie umowy polsko-sowieckiej Polacy mogą już wracać do Polski. Urzędnik był mocno zdziwiony, powiedział, że oni nic o tym nie wiedzą, ale żebym za tydzień przyszła.

Za tydzień, wyposażona w zmianę bielizny, w kanapki – każdy zawsze spodziewał się najgorszego – poszłam do tego urzędu. Dowiedziałam się, że rzeczywiście jest taka umowa. Tylko muszę otrzymać z Polski zaproszenie z potwierdzeniem, że rodzina mnie weźmie na swoje utrzymanie.

Szczęśliwie kolega, który zresztą ożenił się na Workucie z jedną z koleżanek, miał już kontakt ze swoją rodziną. Napisał do swojej mamy, że taka Stenia Szantyr jest tutaj i czeka na jakiś kontakt, żeby dała ogłoszenie w gazecie, może ktoś z rodziny się zainteresuje. Jego mama mieszkała w Gdańsku. A moja mamusia też mieszkała u kuzynów w regionie gdańskim. Ponieważ, na całe szczęście, lubiła czytać gazety, więc przeczytała w gazecie apel do kogoś z rodziny Szantyrów. W ten sposób trafiła na mój ślad. Wyrabianie odpowiednich dokumentów trwało około roku i w następnym, 1955 roku wróciłam do Polski.

Znalazła się Pani na zesłaniu jako bardzo młoda dziewczyna i przeżyła tam cały początek dorosłości. Jak Pani udało się po tym wszystkim pogodzić ze światem?

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że gdzieś tam rozpocznę życie rodzinne. Wiedziałam, że muszę wrócić do kraju. Kiedy w szpitalu byłam świadkiem, jak umierali Polacy, m.in. potomek Ruszczyca zmarł przy mnie na gruźlicę, dałam sobie słowo honoru, że zostanę lekarzem. Więc jak wróciłam, starałam się jeszcze powtórzyć ostatni rok maturalny, zresztą w szkole popołudniowej. Bo ja miałam maturę w 1944 roku na kompletach zrobioną.

Dostałam się na studia, zaczęłam studiować. Nie wyobrażałam sobie, że mogę tak po prostu odpoczywać po obozie. We mnie była taka chęć życia, pokazania sobie samej, że jeszcze stać mnie na wiele, że mogę coś w życiu osiągnąć. Zresztą chciałam zostać lekarzem. Zrobiłam specjalizację, zrobiłam doktorat… Oprócz tego cały czas działam w Stowarzyszeniu Żołnierzy Łagierników.

I jest w Pani cały czas uśmiech.

Zawsze był we mnie szalony optymizm. Chyba jakoś to wyniosłam z domu.

Z Wilna?

Z Wilna, mego kochanego. I zawsze czułam opiekę Matki Boskiej Ostrobramskiej. W wielu wystąpieniach mówiłam, że dzięki niej wróciliśmy.

Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.

Rozmowa została przeprowadzona 8 czerwca 2017 podczas XXXII Międzynarodowego Zjazdu Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej w Kuklówce.
Autor wywiadu dziękuje za pomoc prezesowi Arturowi Kondratowi.

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z dr Stefanią Szantyr-Powolną pt. „Zawsze był we mnie szalony optymizm” na ss. 16–17 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl