Dzień 41. z 80 / Żywiec / Poranek WNET – O tym, czy gwarą da się powiedzieć „gender”, oraz o problemach z finansowaniem działalności powiatów na przykładzie powiatu żywieckiego w Wywiadzie WNET.
W poniedziałkowym Poranku WNET z Żywca Witold Gadowski rozmawiał z wicestarostą powiatu żywieckiego Stanisławem Kucharczykiem.
Gość audycji twierdzi, że sytuacja finansowa w samorządach jest trudna, szczególnie w powiatach. Powiaty nie mają własnych dochodów. Podobnie jak gminy, powiaty otrzymują określoną część z podatku dochodowego zebranego na ich terenie. Udział powiatów w podatku dochodowym od osób fizycznych jest jednak czterokrotnie mniejszy niż udział gmin.
Powiaty zajmują się przede wszystkim szkolnictwem średnim (liceami, technikami i szkołami zawodowymi), służbą zdrowia (szpitalami powiatowymi) oraz infrastrukturą drogową. Powiat żywiecki jest jednym z największych w województwie śląskim (drugi co do wielkości), ma ponad 150 tysięcy mieszkańców. W tak rozległym powiecie trudno jest – przy takim modelu finansowania – sprostać miejscowym potrzebom w zakresie, który leży w kompetencjach powiatu.
– My musimy utrzymywać szkolnictwo średnie. Dostajemy subwencję z ministerstwa [red. – MEN]. Tak naprawdę musimy wydać te pieniądze z ministerstwa, żeby zapłacić pensje nauczycielom, utrzymać szkoły, a niestety to nie są środki, które na to wystarczają; musimy po prostu do tego dopłacać – tak sytuację finansową powiatu zobrazował wicestarosta Stanisław Kucharczyk.
W starostwie żywieckim od dwóch lat rządzi koalicja Prawa i Sprawiedliwości oraz Porozumienia Samorządowego, którego przedstawicielem jest wicestarosta. W opozycji są stowarzyszenia i partie, w tym Platforma Obywatelska, przy czym w pracach bieżących konstruktywnie uczestniczą wszyscy. [related id=33425]
Polityka centralna wpływa jednak na wszystkich, na mieszkańców Żywiecczyzny również. Przenosi się to też na działalność w samorządzie. Upolitycznienie jest zdaniem wicestarosty największym złem, które spotyka samorządy. Dziury w drodze, szpitale itp. rzeczy, którymi zajmują się władze lokalne, nie powinny być polityczne.
W rozmowie, do której włączyła się także pani Anna Tomiak, także o tym, czy na Żywiecczyźnie mówi się o kwestii gender i multikulti oraz o problemach z siecią dróg w regionie, w tym o obwodnicy Węgierskiej Górki, o której – jak twierdzi wicestarosta – zapomniała wcześniejsza władza, planując wydatki infrastrukturalne, w części czwartej Poranka WNET. Zapraszamy do słuchania.
Dzień 41. z 80 / Żywiec / Poranek WNET – O tradycjach kultywowanych na Żywiecczyźnie, o tym, czym się różnią górale żywieccy od podhalańskich, oraz o 54. Tygodniu Kultury Beskidzkiej.
Głównym tematem drugiej części Poranka WNET był wciąż żywy żywiecki folklor – tradycyjna muzyka, regionalne stroje, miejscowa gwara. Gośćmi byli Anna Tomiak, regionalistka i etnograf, Marek Regel, dyrektor Miejskiego Centrum Kultury w Żywcu, oraz burmistrz miasta Antoni Szlagor.
Pan Marek Regel opowiedział o 54. Tygodniu Kultury Beskidzkiej, który odbywał się również w Żywcu. Wystąpiło około czterech tysięcy osób – sto zespołów, każdy po około 40 uczestników. Odbywały się konkursy kapel i koncerty. W tym roku konkurs Międzynarodowe Spotkanie Folklorystyczne wygrał zespół z Chorwacji. [related id=33425]
Budżet Tygodnia Kultury Beskidzkiej wynosi 400 tys. zł w samym Żywcu, a całej imprezy, która odbywa się też w Wiśle, Szczyrku, Makowie Podhalańskim, Oświęcimiu, Jabłonkowie, Istebnej, Ujsołach – około 2 mln złotych. Pieniądze pochodzą z kasy miejskiej, a także od sponsorów (w tym żywieckiego browaru) i Ministerstwa Kultury.
Pani Anna Tomiak wyjaśniła, czym różnią się górale podhalańscy od żywieckich. Dla cepra różnice nie są pewnie zauważalne. Tymczasem jest ich sporo zarówno w stroju (np. w parzenicach lub kapeluszach), muzyce, tańcu, jak i w gwarze. W Żywcu zostały zachowane także tradycje kultury mieszczańskiej, głównie w strojach. Zaskakujące może być to, ze strój górali żywieckich różni się dużo bardziej od stroju mieszczan żywieckich niż strój tych pierwszych od stroju górali podhalańskich.
Zdaniem pani Anny Tomiak ze względu na stosunek do własnych korzeni ludzie dzielą się na pnioki, krzoki i ptoki. Siebie umieszcza w kategorii pnioków. Aby dowiedzieć się, która grupa dominuje na Żywiecczyźnie, zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w Poranku WNET.
Lata się na wysokości 6-7 tys. m, gdzie temperatura, na każde tysiąc metrów, spada nawet o 10 stopni Celsjusza, a więc nawet gdy na ziemi jest +20, to na tej wysokości jest już -30 – powiedział Kawa.
Sebastian Kawa, 12-krotny mistrz świata w szybownictwie, był gościem Witolda Gadowskiego. Aktualny mistrz zdobył do tej pory 26 medali mistrzostw świata w szybownictwie, w tym 21 złotych.
– Zacząłem latać na górze Żar – powiedział. Tamtejsza szkoła lotników szybowcowych powstała już w 1936 roku. Dawniej szybowce były wystrzeliwane ze szczytów wzgórz, gór za pomocą lin gumowych. To tam szkolił słynny polski szybownik Franciszek Kępka, który również pochodził z Żywiecczyzny.
Sebastian Kawa najczęściej jednak przebywa poza granicami Polski na kolejnych zawodach szybowcowych, „a jest ich naprawdę dużo”. Jak podkreśla, bardzo rzadko lata w Polsce, tylko czasami „wożę jakichś pasażerów”. Właśnie w sobotę powrócił z mistrzostw Europy rozgrywanych w Czechach.
– Jak zwykle złoty medal – powiedział, pytany, z jakim wynikiem powrócił z tych zawodów. Wyjaśnił, że zawody szybowcowe odbywają się głównie w dwóch kategoriach: akrobacjach i wyścigach, gdzie startujący pokonują od 200 do nawet 1000 kilometrów.
Sebastian Kawa przyznał, że sport szybowcowy może być niebezpieczny, przy czym zaznaczył, że poziom bezpieczeństwa zależy głównie od tego, czy ludzie w powietrzu zachowują określone procedury.
– Kiedyś szkoliło się duże grupy nastolatków i oni po szkoleniu świetnie sobie dawali radę – powiedział pilot. Przyznał, że potem z tych kilkudziesięcioosobowych grup na stałe w szybownictwie pozostawało kilka osób i to najczęściej byli dobrzy piloci.
– W tej chwili zmienił się niestety profil, bo zaczynają ludzie w starszym wieku, wtedy, kiedy ich stać i mają już wszystko uporządkowane w życiu. Najczęściej oni już nie dochodzą do takiego poziomu jak nastolatkowie i wówczas trzeba bardzo uważać, bo nie operują tak sprawnie szybowcem – powiedział Kawa. Podkreślił, że poziom bezpieczeństwa w szybownictwie wzrasta wraz z umiejętnościami pilota.
– Trudne sytuacje zdarzały mi się, ale nie takie, które zagrażałyby życiu, jak na przykład zagrożenie zderzenia się z kimś w powietrzu – powiedział Kawa. Przypomniał, że w szybownictwie pilot skazany jest na prądy powietrzne, a trasa wiedzie przez niedostępne terytoria, gdzie absolutnie nie można wylądować. Oznacza to, że „gdy się straci wysokość, to rzeczywiście robi się niebezpiecznie, i taka sytuacja, zwłaszcza jeżeli jest słaba pogoda, może trwać przez wiele godzin”. Jako przykład podał loty w Andach, nad wielkimi jeziorami w Finlandii czy nad dużymi kompleksami leśnymi.
– Po upadku zakładów ZDF w Bielsku Białej, które zostały utracone w momencie przemian ustrojowych, to z tych wielu z tych ludzi zostało drobnymi przedsiębiorcami, założyli firmy, m.in. firmę Avionic produkującą samoloty akrobacyjne ekstra 300. Natomiast „samoloty i szybowce Szteme są produkowane pod Bielskiem, a sprzedawane jako samoloty niemieckie”.
– Szybownictwo i latanie na paralotniach rozwija się w kierunku wożenia turystów, czym teraz szkoła na Żarze się głównie zajmuje – powiedział wielokrotny mistrz świata w szybownictwie.
– Z zawodu jestem ginekologiem położnikiem, a szybownictwo to moje hobby – podkreślił. Aktualnie ze względu na napięty grafik i liczbę zawodów szybowcowych, w jakich bierze udział, nie pracuje w szpitalu i jednie wykonuje w warunkach ambulatoryjnych USG. Mówi, że „teraz jako zawodnik jestem w dobrej formie, a lekarzem mogę być jeszcze przez długi czas”.
– Ostatnio latałem w Krośnie, dlatego że właśnie tam powstał nowy szybowiec GP 14, który jest nową polską konstrukcją – powiedział Sebastian Kawa. W krośnieńskich zakładach PESZKE powstaje szybowiec klasy GP 14 Velo, który jest bardzo interesującą propozycją dla pilotów ze względu na walory użytkowe i możliwość startowania w czterech klasach: 13,5-metrowej, club, standard i 15-metrowej – w tej ostatniej klasie właśnie ostatnio wygrał mistrzostwa świata na Węgrzech.
Pytany o możliwości latania bez przerwy na szybowcach powiedział, że najdłuższy aktualnie rejestrowany przelot to trzy tysiące kilometrów jednego dnia, czyli „trzeba lecieć z prędkością 200 km/h bez silnika i paliwa, wykorzystując tylko możliwości, jakie daje przyroda”.
– Przeloty najdłuższe i najszybsze są wykonywane na tak zwanej fali – powiedział Kawa, wyjaśniając, że jest to zjawisko podobne do fali, która powstaje nad kamieniami w strumieniu. „Tak też rzecz się ma ze strumieniem powietrza nad wysokimi górami. Tak właśnie dziej się w Andach, które są ustawione prostopadle do najczęstszych w tamtym regionie wiatrów z zachodu”.
– Właśnie tam, w Andach, nad szczytami wykonuje się takie piękne przeloty – powiedział, zaznaczając, że największym problemem w tego typu lotach jest temperatura, bowiem szybowce nie mają ogrzewania.
– Lata się na wysokości sześciu-siedmiu tysięcy metrów, gdzie temperatura na każde tysiąc metrów spada nawet o 10 stopni Celsjusza, a więc nawet gdy na ziemi jest + 20, to na tej wysokości jest już minus 30 – tłumaczył Sebastian Kawa. Długość tego typu lotu limituje aparatura tlenowa, bowiem na tej wysokości powietrze jest już bardzo rozrzedzone.
– Powyżej czterech tysięcy metrów bez tlenu człowiek przestaje myśleć i jest to niebezpieczne. Najdłużej leciałem w takich warunkach przez 14 godzin z minutami i byłem bardzo zmęczony – wspomniał. Tamta przygoda mogła się skończyć źle, ponieważ musiał lądować na przygodnym lotnisku u stóp Andów w Argentynie, przy wietrze wiejącym 130 km/h.
MoRo
Sebastian Kawa to 12-krotny mistrz świata w szybownictwie, ma 44 lata, z zawodu jest ginekologiem położnikiem. Przed paru laty pracował jako ginekolog położnik w szpitalach w Bielsku-Białej i Żywcu. Teraz skupia się na szybownictwie. Jest mistrzem świata w szybownictwie i jednym z najlepszych pilotów szybowcowych na świecie. W 2014 roku jako pierwszy pilot szybowca przeleciał nad Himalajami.
„Razem walczmy wszyscy, tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga”. To, co powiedział prezydent USA, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „doktryną Trumpa”.
Krzysztof Pasierbiewicz
Po przemówieniu Trumpa
Po wysłuchaniu przemówienia Donalda Trumpa wygłoszonego wśród owacji Polaków tłumnie zebranych na warszawskim placu Krasińskich przed Pomnikiem Powstania Warszawskiego usiadłem do komputera, chcąc napisać, co czułem w trakcie tego przemówienia. Nie dawała mi spokoju myśl, że już kiedyś przeżyłem coś podobnego. Pisałem, kreśliłem, poprawiałem, odkładałem zmięte kartki i próbowałem od nowa. Ale zawsze czegoś brakowało, wciąż było nie tak. Aż sobie przypomniałem, że coś podobnego czułem, będąc jeszcze małym chłopcem, kiedy… Posłuchajcie zresztą pewnej opowieści.
Jak nam w roku 1952 bezpieka wykończyła Ojca Akowca, mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby nas z bratem utrzymać, pisała całymi nocami na maszynie i sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian, na którym przygrywając sobie na cztery ręce, Rodzice mieli zwyczaj podśpiewywać ulubione piosenki. Od śmierci Taty przez lata nie widziałem Mamy uśmiechniętej. Aż naszedł październik roku 1957.
Mama przyszła z pracy jakaś inna niż zwykle i zakomunikowała, że jedziemy na mecz z Rosją do Chorzowa. W rozklekotanym zakładowym autobusie panowała atmosfera, jakbyśmy jechali na wojnę. Pamiętam, że po przyjeździe na miejsce spojrzałem odruchowo w niebo, bo myślałem, iż nadciąga burza. Ale niebo było czyste, a grzmiał Stadion Śląski. W miarę jak zbliżaliśmy się do trybun kultowego kolosa, wzmagał się groźny pomruk zdradzonych w Jałcie Polaków, którzy przyjechali na mecz, ale tak naprawdę, by wykrzyczeć i zamanifestować nienawiść do sowieckiego ciemiężcy i komuszej władzy zaprzedanej Moskwie.
Zdjęcie uczniów mojej klasy ze szkoły podstawowej, stojących na schodach dębnickiego kościoła im. Stanisława Kostki w Krakowie, wykonał w roku 1952 uwielbiany przez nas katecheta ks. Socha. Autor pierwszy z lewej w dolnym rzędzie. Zamieszczam tę fotkę, gdyż wiem, że każdy Polak ma w swoim domu podobne zdjęcie.
Jako 12-letni chłopak nie do końca rozumiałem, co się dzieje. Po chóralnym odśpiewaniu „Mazurka Dąbrowskiego” na stadionie zawrzało jak w piekielnym kotle. To nie był doping, lecz desperacki krzyk protestu, wydobywający się ze stu tysięcy gardeł, który przypominał huk rozszalałych fal na wzburzonym oceanie. Według mnie to była najgorętsza patriotyczna manifestacja w powojennej Polsce.
Aż nadszedł ów pamiętny moment, gdy maleńki Gerard Cieślik pokonał po raz drugi Lwa Jaszyna, strzelając główką zwycięskiego gola Ruskim. Myślałem, że się niebo rozstąpiło. Sto tysięcy ludzi zawyło ze szczęścia. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, płakali z radości, poleciały w górę czapki, kapelusze, marynarki, torebki. Wszyscy krzyczeli: Niech żyje wolna Polska! Rozbrzmiewały toasty i bimber lał się strumieniami.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że, jak kilkakrotnie powtórzył Donald Trump, „nie da się zabić naszej polskiej duszy”. Że prawdziwi Polacy nigdy nie ugną karku przed Moskwą. I raptem zobaczyłem, że moja mama się śmieje. Oszalała z radości wzięła mnie w objęcia, wrzeszcząc mi do ucha: „Synku mój kochany! Wygraliśmy z Rosją!!! Pomściliśmy ojca!!!”.
W swym historycznym przemówieniu wygłoszonym u stóp Pomnika Powstania Warszawskiego Donald Trump nawiązał do wiekopomnych słów Jana Pawła II wygłoszonych do Polaków w dniu 2 czerwca 1979 roku na ówczesnym placu Zwycięstwa, dziś Piłsudskiego: „Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.
Gdy chwilę później amerykański prezydent przywołał słowa polskiej pieśni religijnej „My chcemy Boga”, odśpiewanej wówczas w Warszawie przez setki tysięcy Polaków, którym Ojciec Święty dodał ducha, myślałem, że mi serce ze wzruszenia pęknie, gdyż przypomniałem sobie coś, o czym teraz pragnę opowiedzieć Polakom, szczególnie tym młodym.
We wczesnych latach 50. ubiegłego wieku, kiedy w kraju szalał stalinowski terror, chodziłem do podstawówki przy ul. Konfederackiej na krakowskich Dębnikach, mieszczącej się opodal kościoła pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, gdzie przystępowałem do Pierwszej Komunii Św. i tam również byłem bierzmowany.
W tym kościele młody kapłan Karol Wojtyła odprawił dnia 3 listopada 1946 roku swoją Mszę św. prymicyjną i w tejże świątyni jest także obraz Matki Boskiej, przed którym „wymodlił sobie i ugruntował swoje powołanie kapłańskie”, jak – już jako papież – powiedział parafianom. O tej parafii Jan Paweł II mówił także, nawiązując do bestialstwa hitlerowców wobec polskich księży patriotów w dniu 17 sierpnia 2002 roku:
„Czasy te wspominam w sposób bardzo osobisty. Jestem przekonany, że do powołania kapłańskiego, do którego doszedłem właśnie w tym czasie i tu, w tej parafii, przyczyniły się modlitwy moich braci i moich sióstr, i tych moich ówczesnych duszpasterzy, którzy za życie chrześcijańskie każdego parafianina, a zwłaszcza każdego młodego parafianina – wtedy należałem tutaj do młodzieży – płacili nie tylko dobrym słowem, nie tylko szlachetnym przykładem swojego życia, ale także ofiarą i krwią”.
Przed naszą podstawówką był sąsiadujący z kościołem wielki podworzec, na którym każdego dnia przed lekcjami mieliśmy poranne apele rozpoczynające się od obowiązkowego odśpiewania przez uczniów komunistycznej pieśni pt. „Naprzód młodzieży świata”, a dyrektorka szkoły baczyła pilnie, czy wszyscy śpiewają. Potem następowały wyróżnienia uczniów, którzy wykonali najlepsze gazetki ścienne o Józefie Stalinie, Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. A na koniec komunistyczni politrucy wygłaszali doktrynerskie pogadanki okolicznościowe.
Tak bestialsko i metodycznie kaleczono wtedy młode polskie mózgi. Nie zdołano jednak zabić naszej polskiej duszy. Bo pamiętam, iż śpiewając rano pod czujnym okiem pani dyrektorki napisany przez sowieckiego doktrynera Nowikowa toksyczny Hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej, myślami byłem przy wieczornym nabożeństwie majowym odbywanym przed stojącym opodal kościołem, w którym mieliśmy lekcje religii, w tamtych czasach wyrzuconej przez komunistów z polskiej szkoły.
Tam uwielbiany przez nas ksiądz Socha, prócz religii, uczył nas także miłości do Polski. I do śmierci nie zapomnę, jak z epidiaskopu, który wtenczas zdawał nam się cudem techniki, wyświetlał nam na ścianie przemiennie obrazki przedstawiające ukrzyżowanego Chrystusa i polskie godło z białym orłem bez korony, z której odarli go komuniści, tłumacząc nam, kto i w jakim celu to zrobił.
Boże! Jak On pięknie mówił o Polsce! Ile w nim było pasji! Ile mu się chciało! Ten przezacny człowiek o gorącym sercu i pięknym umyśle na zawsze ubogacił nasze dusze etosem najdroższych Polakom wartości.
Od tamtego czasu upłynęło ponad pół wieku. Słów lewackiego hymnu już od dawna nie pamiętam, lecz to, co mówił nam ks. Socha, wryło mi się w duszę – na zawsze. Nasz ukochany katecheta każdego roku chodził z nami na wieczorne majowe nabożeństwa, które nazywaliśmy „majówkami”. Tam na zakończenie śpiewaliśmy zawsze: „My Chcemy Boga, Panno Święta, o usłysz naszych wołań głos (…) My chcemy Boga w książce, w szkole (…) Niech Boga wielbi Chrobry, Lech (…)”.
Gromkie echo tej pieśni niosło się wówczas od kościoła do kościoła, od miasta do miasta, od wsi do wsi i cała Polska odważnie śpiewała, mimo sowieckiego terroru i wszechobecnych ubeków, którzy nie mieli odwagi stawić czoła bohatersko zdesperowanym ludziom. Zaś dla mnie osobiście pieśń „My chcemy Boga” ma od tamtego czasu znaczenie tożsame z polskim hymnem narodowym.
I do dzisiaj Polacy tę kultową pieśń śpiewają w kościołach z podniesionym czołem, o czym przypomniał odważnie w przemówieniu Donald Trump: „Stojąc tu dzisiaj przed tym niesamowitym zgromadzeniem, jakże wiernym narodem, nadał słyszę te głosy odbijające się echem w historii. Ich przesłanie jest tak samo aktualne dzisiaj, jak kiedykolwiek – Polacy, Amerykanie, Europejczycy nadal wołają wielkim głosem: My chcemy Boga!”.
To zawołanie czyni Donalda Trumpa postacią historyczną. To zaś, co powiedział w Warszawie amerykański prezydent, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „doktryną Trumpa”.
Na zakończenie swego dziejotwórczego przemówienia amerykański prezydent powiedział: „Więc razem walczmy wszyscy tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech Was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki!”.
Więc Mu odpowiadam: „Dziękujemy, Panie Prezydencie, za przypomnienie zagubionemu zachodniemu światu o najważniejszych dla Polaków i Amerykanów wartościach, wyrosłych z chrześcijańsko-narodowych korzeni. Niech Bóg błogosławi Amerykę, niech Bóg błogosławi Amerykanów, niech Bóg błogosławi Polskę i Polaków!”.
Cały artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” na s. 1 i 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
07.08/ Dzień 41. z 80/ „Poranek” z Żywca. Ostatni historyczny pogrzeb miał miejsce w 2012 r., kiedy to żegnaliśmy wnuczkę Karola Stefana Marię Krystynę. O nich właśnie mówimy „nasi Habsburgowie”.
Żywiec – miejsce piękne i czarowne, z bogatą historią i kulturą, piękną przyrodą i własnymi górami, „spokojniejszymi”, jak zaznaczają mieszkańcy. Mimo, że dziś przypisany administracyjnie do województwa śląskiego, nigdy Śląskiem nie był. Od wieków związany z ziemią krakowską, jest najdalej na zachód położonym fragmentem Małopolski.
– Stary Zamek w Żywcu z naszą Małą Kaplicą Zygmuntowską przy kościele farnym, jest zwany Małym Wawelem – powiedziała Dorota Firlej, kustosz, historyk sztuki Muzeum Miejskiego w Żywcu, gość Witolda Gadowskiego w „Poranku Wnet”.
Fot. Luiza Komorowska. Dziedziniec Zamku Starego w Żywcu z charakterystycznymi renesansowymi krużgankami, bardzo podobnymi do tych na Wawelu.
Jego budowę przypisuje się książętom oświęcimskim lub Mikołajowi Strzale herbu Kotwicz ( I poł. XV w.). Wówczas była to tylko pojedyncza wieża mieszkalna wraz z drewnianymi zabudowaniami, otoczonymi ziemnym wałem oraz płytką fosą. Za czasów panowania rodziny Komorowskich zamek uległ kilku poważnym zmianom w wyglądzie. Pod koniec XV w. budowla stała się obronną fortecą (powstały cztery wieże mieszkalne z dziedzińcem wewnętrznym, mury obronne z czterema narożnymi basztami). W 2 poł. XVI w. średniowieczne zamczysko przeistoczyło się w renesansową rezydencję (krużganki, dachy z attykami i dekoracją sgraffito, nowa kamieniarka okien i portali). Wiek XVII oraz nowi właściciele – rodzina królewska dynastii Wazów – nie wnoszą poważniejszych zmian w architekturze budowli. Drugi okres świetności w historii zamku przypada na lata panowania w Żywcu rodu Wielopolskich. Początek XVIII w. przyniósł decydujące zmiany w wyglądzie zamku i jego otoczenia. Dawny obronny zamek stał się rezydencją o charakterze pałacowym (rozbudowa skrzydła południowego z reprezentacyjną klatką schodową, nowe barokowe elewacje, okna, wysokie dachy, portale, kaplica). Zmieniło się także otoczenie siedziby, od północnego zachodu stworzono dziedziniec otoczony oficynami, zabudową gospodarczą oraz od południa ogród włoski. Przebudowa zamku prowadzona przez Wielopolskich nie była ostatnią. Nowi właściciele – Habsburgowie – zmienili elewację zewnętrzną (zachowaną do dzisiaj, w stylu historyzmu); jej projekt wykonał Karol Pietschka.
– Najbardziej znani właściciele Starego Zamku to rodzina Habsburgów, polskich Habsburgów – powiedziała pani kustosz, która przypomniała, że rezydencja obok to jest Nowy Zamek – pałac Habsburgów, gdzie jeszcze do niedawna mieszkała Maria Krystyna Habsburg, „czyli wnuczka polskiego Habsburga, pretendenta do polskiego tronu, Karola Stefana Habsburga”.
Przypomniała, że Stary Zamek nazywany jest Małym Wawelem ze względu na podobieństwo jego renesansowych krużganków do tych na Wawelu.
Dobra żywieckie, zwane „państwem żywieckim”, kupił w 1838 roku od rodu Wielopolskich arcyksiążę Karol Ludwik Habsburg. Jego syn Albrecht Fryderyk Habsburg założył browar w Żywcu. W 1895 roku, po śmierci Albrechta Fryderyka, odziedziczył dobra żywieckie bratanek – Karol Stefan Habsburg, oficer marynarki wojennej Austro-Węgier, miłośnik morskich podróży, pretendent do polskiego tronu.
Karol Stefan Habsburg nauczył się języka polskiego. Był protektorem krakowskiej Akademii Umiejętności. Dwie córki wydał za przedstawicieli najbardziej prominentnych polskich rodów arystokratycznych: Renatę za księcia Hieronima Radziwiłła, Mechtyldę za księcia Olgierda Czartoryskiego. Gdy w listopadzie 1916 roku, decyzją cesarzy Wilhelma I i Franciszka Józefa I, proklamowane zostało Królestwo Polskie, pojawiła się kandydatura Karola Stefana Habsburga jako jego władcy.
Na mocy traktatu pokojowego zawartego w 1919 roku między państwami Ententy i Austrią państwo polskie przejęło pod przymusowy zarząd dobra Habsburgów. Stan ten trwał do 1924 roku, kiedy to Karol Stefan odzyskał swoje majątki, liczące około 50 tys. ha. Podarował wówczas Polskiej Akademii Umiejętności 10 tys. ha ziemi. Na zwrot majątku miała niewątpliwie wpływ postawa dwóch jego synów, którzy wstąpili do wojska polskiego i walczyli w wojnie z bolszewicką Rosją.
– Ostatni historyczny pogrzeb miał u nas miejsce w 2012 roku, kiedy to żegnaliśmy wnuczkę Karola Stefana, Marię Krystynę Habsburg. To o nich właśnie mówimy z tym przymiotnikiem „nasi, polscy, żywieccy Habsburgowie”. Na dziadka Marii Krystyny starsze pokolenie zawsze mówi „stary arcyksiążę” – powiedziała Dorota Firlej, która przypomniała, że arcyksiążę był wspaniałym gospodarzem i mecenasem sztuki, który przez 40 lat zarządzał dobrami żywieckimi, w tym browarem arcyksiążęcym.
– Tradycje piwowarskie Żywca to czasy średniowiecza. Pierwsze browary powstają blisko Starego Zamku i są związane z właścicielami Żywca, chociażby z Komorowskimi – powiedziała Firlej, która uważa, że o wyjątkowości piwa żywieckiego stanowi woda, środowisko i ludzie warzący to piwo. Przypomniała, że obok browaru żywieckiego innym produktem tej ziemi jest kiełbasa żywiecka, produkowana pod ta nazwą po dziś dzień przez wiele masarni, niekoniecznie z Żywiecczyzny. Jej zdaniem również charakterystyczne są stroje mieszczańskie żywieckie, które nie są ludowe, ale właśnie mieszczańskie.
Fot. Muzeum Miejskie w Żywcu, Stary Zamek. Na pierwszym planie czepce stroju mieszczek żywieckich.
Żywiecki strój mieszczański odbiega całkowicie od stroju górali żywieckich. Stroje te szyto z drogich, importowanych tkanin, jak jedwab, i często używano złotych nici do ich haftowania. Strój ten jest związany tylko z jednym miastem, czyli z Żywcem. Co charakterystyczne, stroje te nawiązywały do ubiorów polskiej szlachty, bo strój męski mieszczański to żupan przepasany szerokim, zdobionym pasem, kolorowa czapka, buty z cholewami. Natomiast strój kobiecy mieszczański to jednobarwna (biała lub kolorowa), szeroka spódnica na kilku spodach, okryta białym tiulowym fartuchem z kwiatowym motywem hafciarskim; jedwabna katanka (szafirowa lub innego koloru) z pelerynką ozdobioną złocistym haftem; na głowie czepiec ze złotogłowiu. Do tego szeroki i długi szal tiulowy, haftowany; dookoła szyi wysoka, suto haftowana kreza i pantofle pokryte adamaszkiem.
– To są mieszczanie od wielu pokoleń. Ten strój zakłada się przynajmniej do trzech stuleci do dnia dzisiejszego – powiedziała kustosz Starego Zamku w Żywcu, dla której „Asysta Żywiecka to historia żywa naszego miasta”. Wyjaśnijmy” „Asysta (delegacja – przyp. red.) Żywiecka” to mieszczanie w tradycyjnych strojach.
– Najpiękniejsze stroje to kobiece, gdzie mamy tiule ręcznie haftowane, które mają ponad 150 lat, i czepce mające przynajmniej trzy stulecia – pochwaliła się kustosz Muzeum. Do tradycyjnych rodów żywieckich, które po dziś dzień mieszkają przy rynku, zaliczyła Molińskich – „słynnych piekarzy żywieckich”, o których wspomina burmistrz i wójt Jędrzej Komieniecki w swoim dziele z XVIII wieku.
– Najstarszy kościół Żywca to gotycki kościółek pod wezwaniem Świętego Krzyża, skąd pochodzi wspaniała kolekcja dzieł gotyckich – powiedziała Dorota Firlej – m.in. „Madonna z Poziomką”, którą aktualnie przez miesiąc można oglądać w Europeum Muzeum Narodowego w Krakowie, bo potem powróci „do murów Starego Zamku”.
Optymistyczne jest to, że się zaczęło. Od przyjazdu do Polski prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Jego prosta mowa została zrozumiana przez wszystkich, w tym przez naszych sąsiadów.
Jan Kowalski
Światowe Imperium gwarantuje Polsce niepodległość i możliwość naprawy państwa. Już nie jesteśmy sami przeciwko dwudziestu siedmiu, jak wykrzykiwali jeszcze wczoraj świadomi i nieświadomi zwolennicy reżimu Okrągłego Stołu. Bardzo potrzebne było nam to poparcie. Wobec niego bledną wszystkie strachy nowej Targowicy, mającej poparcie brukselskiej eurokracji. Objawiło się natychmiast wielu zatroskanych tym, że Amerykanie chcą nas tylko wykorzystać. Odpowiem tak – niech nas wykorzystują jak najdłużej! (…)
Jak wszyscy znamy się na piłce nożnej, tak wszyscy znamy się oczywiście na polityce i wiemy, co należy zrobić tu i teraz, natychmiast. Zapominamy tylko o jednym, o cierpliwości. To cierpliwość jest najcenniejszą zaletą nie tylko na boisku, nie tylko w życiu, ale również w polityce. Gdy wreszcie się doczekamy swoich pięciu minut i zachowamy morale, wtedy możemy osiągnąć sukces.
Piszę to pod rozwagę wszelkim malkontentom. Wszyscy to widzimy, że zmiany są wprowadzane zbyt wolno, za słabo, że lokalni działacze PiS-u to często miernoty. Zgoda, sam już chciałbym żyć w V Rzeczypospolitej, w silnym państwie bez biurokracji, wolnym i bogatym. Ale najpierw Polacy muszą odzyskać kontrolę nad Polską. I to się właśnie dokonuje za sprawą Prawa i Sprawiedliwości. Pozwólmy i pomóżmy im wygrać do końca, pozwólmy wygrać IV Rzeczypospolitej.
Cały felieton Jana Kowalskiego pt. „Nasze polskie pięć minut” znajduje się na s. 13 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Jana Kowalskiego pt. „Nasze polskie pięć minut” na s. 13 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Musimy być wyposażeni w bardzo silne argumenty natury prawnej, bo to będzie bardzo poważny spór na gruncie prawa międzynarodowego-tak o reparacjach wojennych od Niemiec powiedział Krzysztof Szczerski.
Mówiąc o reparacjach wojennych od Niemiec Krzysztof Szczerski stwierdził, że czeka na stanowisko MSZ w tej sprawie.
„Ja czekam przede wszystkim na stanowisko MSZ, departamentu prawno-traktatowego” – oświadczył Szczerski w niedzielę w TVP Info. Jak zaznaczył, to ten departament ma kompetencję do tego, „by określić prawny charakter naszych zobowiązań (…), bo on będzie w efekcie prowadził te negocjacje”.
„Po pierwsze jest oczywistym dla wszystkich, że Polska była pod podwójną okupacją Rosji Radzieckiej i Niemiec, doznała wielkich krzywd i zniszczeń. Wyrządzono polskiemu społeczeństwu niewyobrażalne szkody i straty ludzkie i majątkowe” – podkreślił minister. „To sprawa, która nie podlega dyskusji. Moralne w tym względzie winy ciążą i na Rosji Radzieckiej i na Niemczech w sposób bezdyskusyjny, w związku z czym jest rzeczą haniebną, że dzisiaj zarówno jeden, jak i drugi kraj próbuje zrzucić (winę-PAP) z siebie i źle reaguje na każdy moment, kiedy się te zbrodnie wypomina” – ocenił.
„Inną rzeczą jest kwestia prawna, ta dotycząca reparacji wojennych” – zaznaczył jednak szef gabinetu prezydenta.
Na pytanie, czy rozmowy o reparacjach powinny przejść ze sfery publicznej do kwestii formalno-prawnych, Szczerski odpowiedział, że „tego w ogóle nie da się przeprowadzić dyskusją publiczną, tylko musimy znaleźć do tego mocne podstawy prawne”.
Jak dodał, „tego się nie załatwi deklaracją polityczną; to się załatwi naciskiem politycznym, ale bardzo jasną ścieżką, dobrze przygotowaną, jeśli ktoś za to bierze odpowiedzialność”.
„A jeśli widzi taką możliwość, powinien wziąć za to odpowiedzialność i przeprowadzić tę ścieżkę prawną, to musi mieć bardzo mocną podstawę prawną, bo przecież zdajemy sobie sprawę z tego, że partner niemiecki nie będzie chciał tych pieniędzy płacić” – podkreślił.
Dopytywany, czy według niego w 1953 r. Polskie państwo mogło się czegokolwiek zrzec, odpowiedział: „to jest spór prawny i – jak rozumiem – jest silny argument mówiący za tym, że jest to niewiążące dla całych Niemiec i nie jest to zamknięcie tej całej ścieżki”.
„Przede wszystkim musimy być wyposażeni w bardzo silne argumenty natury prawnej, bo to będzie bardzo poważny spór na gruncie prawa międzynarodowego” – oświadczył.
Szczerski zastrzegł, że „to trzeba oddzielić od oczywistych ocen niemieckich i rosyjskich zbrodni w Polsce i tego gwałtu jaki zadano Polsce”.
„I to musimy wymusić: odpowiedzialność obu państw – moralną, polityczną i historyczną, także w sensie edukacyjnym – odpowiedzialność za zbrodnie, jakie uczynili w Polsce Rosja Radziecka i Niemcy” – dodał.
Podczas lipcowej konwencji Zjednoczonej Prawicy prezes PiS Jarosław Kaczyński zwracał uwagę, że Polska nigdy nie otrzymała odszkodowania za gigantyczne szkody wojenne, których „tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś”. „Straty w ludziach, w elitach, są właściwie nie do odrobienia, to trzeba 5, czy 7 pokoleń, żeby to nadrobić” – podkreślił prezes PiS. „Polska się nigdy nie zrzekła tych odszkodowań. Ci, którzy tak sądzą, są w błędzie (…)” – dodał.
W podobnym tonie wypowiadał się we wtorek minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, który stwierdził, że z punktu widzenia prawnego bezdyskusyjnie Niemcy winne są Polsce reparacje, a państwo polskie nigdy nie zrzekło się praw do odszkodowania za straty wojenne.
„Pewne nieprzemyślane zachowania, dzielące w szczególności środowisko PiS, szkodzą całemu projektowi dobrej zmiany; wszelkie tego typu przejawy zachowań, również te ambicjonalne, powinny być tłumione”
Prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla portalu 300polityka.pl stwierdził, że chciałby, aby społeczeństwo nie było tak podzielone, a wszelkie zachowania dzielące środowisko dobrej zmiany trzeba zdusić w zalążku”.
Prezydent zadeklarował, że z uwagą i niecierpliwością oczekuje projektu ustawy dotyczącego dekoncentracji mediów i będzie obserwował prace parlamentu w tej kwestii. „Dziś mogę powiedzieć, że pochylę się nad tą ustawą ze szczególną uwagą. Mam nadzieję, że dobra idea zostanie przekuta na dobre rozwiązania legislacyjne z pożytkiem dla Polski, niezależności mediów od nacisków biznesu i polityki oraz medialnego pluralizmu” – powiedział.
Dziennikarze zapytali prezydenta o to, kiedy ostatni raz rozmawiał z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. „Jeżeli pytacie o spotkanie i bezpośrednią rozmowę z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, to mogę odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że miała miejsce już jakiś czas temu. Ostatnio nie było okazji do bezpośrednich rozmów. Ale pozostajemy w kontakcie i tzw. kanały komunikacyjne są otwarte, a jeśli sprawy państwa będą tego wymagały, to z pewnością do spotkania i bezpośredniej rozmowy dojdzie” – odpowiedział.
Prezydent zaznaczył, że nie boi się, iż zostanie młodym komentatorem z ochroną. „Nie, nie boję się i proszę się o mnie nie martwić. Zawsze do tej pory dawałem sobie radę i jestem życiowym optymistą. Jeśli ktoś się boi, to lepiej żeby nie zostawał głową państwa. A tak poważnie, jeżeli mówimy o wykonywaniu prezydentury, to podejmując decyzje w sprawach państwowych kieruję się zawsze dbałością o jak najlepszą przyszłość Polski i Polaków, a nie kalkulacjami na temat mojej osobistej przyszłości” – odparł.
Andrzej Duda podkreślił, że wykonując swoje obowiązki nie kieruje się kryterium kolejnej kadencji. „Jeśli moi rodacy będą chcieli, żebym ponownie ubiegał się o urząd prezydenta, jeśli moja kandydatura będzie miała poparcie ludzi, to wystartuję” – powiedział.
Prezydent ocenił również, że „z pewnością pewne nieprzemyślane zachowania, dzielące w szczególności środowisko Prawa i Sprawiedliwości, szkodzą całemu projektowi dobrej zmiany”.
„Myślę, że wszelkie tego typu przejawy zachowań, również te, nazwijmy je ambicjonalne, powinny być tłumione w zalążku. Jeśli nie, będziemy mieć na polu dobrej zmiany więcej chwastów niż pszenicy. Wówczas pojawią się dwa scenariusze: albo utrata władzy jak w 2007 roku lub podział jak w 2011” – powiedział.
„Jestem głęboko przekonany, że gdy przyjdzie czas spokojnej refleksji nad tym, co się wydarzyło, będziemy potrafili wyciągnąć wnioski na temat tego, kto był w tej debacie stroną działającą na rzecz podziału i sporu, a kto dbał o porządek instytucjonalny w państwie i ład ustrojowy. A wtedy zapewnimy sukces formacji dobrej zmiany i przedłużymy jej mandat do dokonywania reform państwa” – zaznaczył prezydent.
Odnosząc się do mijających właśnie dwóch lat swojej prezydentury, Andrzej Duda ocenił, że „gdy spojrzymy na sprawy wewnętrzne, istotnym spełnieniem obietnicy wyborczej jest obniżenie wieku emerytalnego, program 500+, ustawa o 6-latkach”.
W kwestii polityki międzynarodowej za najważniejsze wydarzenia uznał szczyt NATO w Warszawie w 2016 r. i będącą jego wynikiem obecność wojsk Sojuszu na terenie naszego kraju, a także uzyskanie przez Polskę niestałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na lata 2018-2019.
„Wśród innych ważnych wydarzeń tych dwóch lat wymieniłbym również Światowe Dni Młodzieży i wizytę Ojca Świętego Franciszka (…) i wizytę prezydenta USA Donalda Trumpa, który z Warszawy wysłał na cały świat porywające przesłanie o Polsce i Polakach, jako narodzie bohaterskich i niezłomnych ludzi” – powiedział Duda.
„Można zatem ogólnie powiedzieć, że te wszystkie wydarzenia wskazują na wyraźny i znaczący wzrost roli i pozycji Polski na arenie międzynarodowej. I z pewnością jest to powód do satysfakcji” – ocenił.
Pytany o największą porażkę dwóch lat swojej prezydentury, Andrzej Duda powiedział: „Nie wiem, czy można to nazwać moją porażką, bo zjawisko jest znacznie wcześniejsze niż moja prezydentura, ale z pewnością jest ono moją prezydencką troską. Otóż chciałbym, aby społeczeństwo polskie nie było tak podzielone, żeby ludzie z przeciwnych stron sceny politycznej patrzyli na siebie z szacunkiem i tolerancją. Aby świadomość wspólnej Polski i wspólnych celów brała górę nad tym co różni”.
Jak powiedział Duda, dwa zasadnicze projekty, na których obecnie koncentruje swoją uwagę, to idea referendum konsultacyjnego co do nowej konstytucji oraz obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. „Konstytucja wymaga zmian i jest to widoczne na każdym kroku. Musi ona być odbiciem opinii i poglądów Polaków, bo to dokument dla Polaków, a nie odwrotnie. Obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości to niebywale ważne wydarzenia dla kształtowania naszej tożsamości narodowej, to szansa na poczucie tego, co znaczy być Polką i Polakiem” – wyjaśnił.
Pozytywną stroną prezydentury Andrzeja Dudy jest próba wyjścia z przyklejonego wizerunku osoby niesamodzielnej, podpisującej wszystko, co otrzyma- skomentował dr Olgierd Annusewicz, ekspert wizerunku.
Politolog, dr Olgierd Annusewicz z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert od politycznego wizerunku skomentował dla PAP 2 lata prezydentury Andrzeja Dudy.
„Silną stroną prezydentury Andrzeja Dudy jest to, że prezydent unika angażowania się w bieżące konflikty. To jest powtórzenie strategii Bronisława Komorowskiego, dlatego, że Polacy lepiej oceniają głowę państwa jeżeli unika wdawania się bieżące spory i utarczki, unika pyskówki: czy to z opozycją, czy to z osobami z własnego obozu”- podkreślił.
Dodał, że „pozytywną stroną prezydentury jest próba wyjścia z przyklejonego, satyrycznego wizerunku osoby niesamodzielnej, podpisującej wszystko, co otrzyma”.
„Decyzje podjęte w sprawie weta były pierwszym krokiem, aby zaakcentować swoją niezależność” – konkluduje Annusewicz.
Dr Annusewicz za najsłabszy element w dwuletnim okresie prezydentury Andrzeja Dudy uznał „pewnego rodzaju bierność”.
„Prezydent dużo mówi, często występuje, ale rzadko kiedy za tą mową idą działania. Przez to, dwa lata prezydentury doczekały się karykaturalnego przedstawienia w postaci Adriana. Wizerunek Andrzeja Dudy, dość niesamodzielnego jest zasługą po części samego prezydenta a w dużej części ugrupowania z którego się wywodzi. PiS tak pokazało prezydenta swoimi komunikatami, że Duda nie jest dla nich partnerem tylko raczej realizatorem, trybem w procesie realizacji. Być może to się skończyło za sprawą wet prezydenta”- zaznaczył.
Ekspert ds. wizerunku przypomniał, że „przed Andrzejem Dudą są 3 lata prezydentury dlatego warto zapytać, co teraz powinien robić, żeby zmieniać wizerunek”.
„Na pewno Andrzej Duda musi wykazywać się większą aktywnością. Nie chodzi o to, żeby na potęgę zaczął wetować ustawy Prawa i Sprawiedliwości. Nie powinniśmy wcale na to czekać, w końcu to jest obóz polityczny i program polityczny z którym się identyfikuje. Trudno, żeby stał się liderem opozycji”- podkreślił Annusewicz.
„Natomiast korzystając ze swoich prerogatyw: inicjatywy ustawodawczej i prawa weta, powinien korzystać i kreować własną politykę, negocjując z Prawem i Sprawiedliwością. Pojawiłby się wtedy mechanizm, który nadaje prezydentowi silną podmiotowość, bo rzeczywiście od Głowy Państwa coś zależy. Polacy powinni zobaczyć, że PiS nie jest w stanie realizować swojego programu zmiany państwa bez uzgodnienia tego z Andrzejem Dudą”- skonkludował dr Annusewicz.
6 sierpnia 2015 roku Andrzej Duda złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym; przez dwa lata prezydent odbył ponad 50 wizyt zagranicznych oraz 187 krajowych; podpisał ponad 450 ustaw.
[related id=”33685″]W drugą rocznicę prezydentury Andrzeja Dudy Kancelaria Prezydenta przypomniała najważniejsze wydarzenia i inicjatywy, jakie podjął prezydent, a także pierwsza dama Agata Kornhauser-Duda.
W lipcu tego roku na zaproszenie prezydenta Dudy do Polski przyjechał 45. prezydent USA Donald Trump. Był on gościem honorowym dwudniowego Szczytu Inicjatyw Trójmorza – platformy współpracy prezydentów dwunastu państw położonych między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym.
Z kolei w ubiegłym roku prezydent był gospodarzem szczytu NATO, w czasie którego spotkał się z ówczesnym prezydentem USA Barackiem Obamą. W sumie Warszawę w tych dniach odwiedziło 18 prezydentów, 21 szefów rządów, 41 ministrów spraw zagranicznych i 39 ministrów obrony.
Jak podsumowuje Kancelaria, Andrzej Duda w 2015 roku przyjął w kraju 6 głów państw i szefów rządów, w kolejnym roku 19 przywódców, zaś do połowy 2017 r. – trzynaście. Do chwili obecnej złożył 52 wizyty zagraniczne.
Według Kancelarii Prezydenta istotnym elementem polityki prezydenta jest obronność.
Na początku czerwca Polska została wybrana niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ – na nasz kraj oddało głos 190 państw. Wybór poprzedziła intensywna kampania.
Podczas szczytu NATO przywódcy państw Sojuszu podjęli decyzję o wzmocnieniu wschodniej flanki Sojuszu poprzez rozmieszczenie czterech batalionów liczących około 1000 żołnierzy w Polsce i krajach bałtyckich.
Polska jako jedno z nielicznych państw NATO realizuje zobowiązanie dotyczące wydatków na obronność na poziomie 2 proc. PKB, a prezydent w pełni popiera projekt stopniowego zwiększania wydatków obronnych do 2,5 proc. w 2030 r.
[related id=”33691″]Prezydent, często w towarzystwie małżonki Agaty Kornhauser-Dudy oraz ministrów Kancelarii Prezydenta, złożył 187 wizyt krajowych, spotykając się z mieszkańcami Polski oraz uczestnicząc w najważniejszych uroczystościach i wydarzeniach.
Do tej pory Andrzej Duda podpisał ponad 450 ustaw, skierował do Sejmu 7 wniosków o ponowne rozpatrzenie ustawy, a do Trybunału Konstytucyjnego 3 wnioski o zbadanie zgodności z konstytucją.
W punkcie zatytułowanym „Tak dla kultury” Kancelaria przypomina, że prezydent wziął udział w otwarciu 41. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO, który po raz pierwszy obradował w Polsce; było to jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w tym roku.
Jeszcze w czasie kampanii wyborczej Andrzej Duda powołał tak zwaną „Dudapomoc”, której celem jest podejmowanie interwencji prawnej w sprawach obywateli, którzy znaleźli się w sytuacji konfliktu z organami władzy publicznej. Od 6 sierpnia 2015 r. do biura wpłynęło 33 670 pism i e-maili.
Kancelaria Prezydenta zaangażowała się także w projekt edukacyjny skierowany do młodzieży: tzw. Lekcja RP ma przybliżyć polską historię i jej wybitne postaci.
Andrzej Duda wraz z małżonką chętnie działa charytatywnie, zarówno w kraju, jak i za granicą. Wśród akcji, które wspierają znajdują się m.in. Szlachetna Paczka, Bank Żywności i Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, na którą pierwsza dama przekazała słynne zdjęcie ze Światowych Dni Młodzieży – zostało ono wylicytowane za rekordowe 200 tysięcy złotych. Para prezydencka co roku uczestniczy w kampaniach Caritas. Agata Kornhauser-Duda wspiera również działalność hospicjów dziecięcych.
Jak podkreśla Kancelaria Prezydenta, pierwsza dama ze względu na swoje długoletnie doświadczenie pedagogiczne wiele uwagi poświęcała zagadnieniom związanym z edukacją. Zainicjowała m.in. cykl debat „Eksperci Pytają Młodych”, zapraszając do Pałacu Prezydenckiego młodzież ze szkół z całej Polski.
Wspólnie z prezydentem pierwsza dama kontynuuje kampanię czytelniczą Narodowe Czytanie, które promuje najważniejsze dzieła literatury polskiej.
[related id=”33681″]Prezydentowa patronowała wydarzeniom na rzecz osób chorych i z niepełnosprawnościami, jak również angażowała się w ogólnopolskie kampanie związane z promocją bezpieczeństwa wśród najmłodszych.
Pierwsza dama udzielała też wsparcia zagranicznym placówkom, które oferują pomoc osobom potrzebującym. Podczas programu odrębnego realizowanego w ramach wizyt zagranicznych prezydentowa odwiedzała ośrodki działające dzięki wsparciu w ramach programu Ministerstwa Spraw Zagranicznych „Polska pomoc”.
Zgodnie z informacjami Kancelarii Prezydenta Agata Kornhauser-Duda honorowym patronatem objęła łącznie 151 inicjatyw. Będąc z wykształcenia germanistką, jako pierwsza dama udzieliła 55 lekcji języka niemieckiego.