Czy tatrzańskie samorządy wykorzystano jako „słupy” przy prywatyzacji Polskich Kolei Linowych w 2013 roku?

Dzień 45. z 80 / Zakopane / Poranek WNET – W dzisiejszej rozmowie ze starostą tatrzańskim o tym, jak przebiegała budząca wątpliwości prywatyzacja Polskich Kolei Linowych oraz o planach ich odkupienia.

Gościem Witolda Gadowskiego w zakopiańskim Poranku WNET był Piotr Bąk, starosta tatrzański, w czasach PRL działacz Ruchu Harcerskiego Rzeczypospolitej. Organizacja ta zrzeszała instruktorów harcerskich prowadzących pracę z młodzieżą w duchu patriotycznym i niepodległościowym. Częściowo działali oni w ramach oficjalnego ZHP, przy czym nie kierowali się jego programem, ale programem niejawnego RHR. Ich działalność nawiązywała do tradycji Szarych Szeregów i wielu konspiracyjnych organizacji młodzieżowych w historii Polski. Piotr Bąk był też burmistrzem Zakopanego. Jest ponadto założycielem i działaczem konserwatywnego Klubu im. Władysława Zamoyskiego.

Głównym tematem rozmowy była sprawa prywatyzacji Polskich Kolei Linowych, która miała miejsce w 2013 roku. PKL były własnością PKP, a kupił je zagraniczny fundusz inwestycyjny, „o którym do tej pory niewiele wiemy”.  Przy tej prywatyzacji w charakterze – jak to określił Piotr Bąk – „słupa” zostały wykorzystane lokalne samorządy. To założona przez nie spółka kupiła PKL.

Ta samorządowa spółka (jej początkowymi akcjonariuszami były miejscowe samorządy) miała kupić PKL, nie miała jednak na to funduszy. Dlatego też dokonała podwyższenia kapitału zakładowego, ale w taki sposób, że emitowane akcje objął zagraniczny fundusz inwestycyjny, który uzyskał 99,77 procent całego kapitału zakładowego spółki. Tym samym – gdy doszło do sprzedaży PKL – w istocie to ten fundusz nabył PKL, a nie samorządy tatrzańskie

PKL to nie tylko kolej na Kasprowy Wierch i dwie obok, na Halę Goryczkową i Halę Gąsienicową, ale też kolej na Gubałówkę i na Butorowy Wierch, w Krynicy na Górę Parkową i Jaworzynę Krynicką, stacja narciarska w Szczawnicy, kolejka na Mosornym Groniu w Zawoi i na Górze Żar w Międzybrodziu Żywieckim. Jest to jedno z największych tego rodzaju przedsiębiorstw w Europie. Posiada ono także liczne grunty i budynki.

Było to przedsiębiorstwo państwowe, ale zawsze dochodowe, wiarygodne kredytowo i dokonujące wielu inwestycji, np. w modernizację kolei na Kasprowy (kilkadziesiąt milionów złotych). Była do najlepsza spółka w portfelu PKP. Sprzedano ją – w sumie nie wiadomo dlaczego. W czasie tej prywatyzacji PKP nadzorowane było przez ministra infrastruktury, którym był wtedy Sławomir Nowak.

Jerzy Zacharko dodał, że koleje linowe udało się sprzedać „przy wydatnej pomocy” ówczesnego burmistrza Zakopanego Janusza Majchra. Rada Miasta Zakopanego podjęła uchwałę, w której postanowiła, że po to się powołuje spółkę, aby kupiła akcje PKL-u, przy czym zachowany miał być pakiet większościowy (81,25 procent dla miasta Zakopane, a dla pozostałych tutejszych gmin – 6,25 procent). Burmistrz Zakopanego bez zgody Rady Miasta pozwolił jednak na podniesienie kapitału w spółce i utratę przez miasto nad nią kontroli. [related id=34243]

Po zmianie władzy po wyborach samorządowych podejmowane są działania, między innymi przez starostę Piotra Bąka, aby PKL wróciła w polskie ręce. Przeciwko prywatyzacji PKL protestowały bowiem bardzo liczne środowiska i organizacje, od Solidarności po Polskie Towarzystwo Tatrzańskie. Badana nadal jest sprawa legalności działań z 2013 roku, które doprowadziły do prywatyzacji PKL. Tym zajmuje się dzisiejszy minister infrastruktury. Samorządy tatrzańskie, z powiatem tatrzańskim, rozpoczęły działania, żeby odkupić akcje PKL. W tym celu trwają rozmowy z funduszem będącym aktualnym właścicielem PKL. Dokonana została wycena spółki. W zeszłym tygodniu zarząd powiatu tatrzańskiego po uzyskaniu zgody rady powiatu złożył ofertę nabycia PKL. Jeśli właściciel wyrazi wolę sprzedania akcji PKL, utworzona zostanie spółka, której udziałowcami będą wszystkie gminy powiatu tatrzańskiego oraz Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Uczestniczący w rozmowie Jan Krzeptowski-Sabała zwrócił uwagę na to, że kolej na Kasprowy, na Halę Goryczkową i Gąsienicową przebiega na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. To, kto i jak gospodaruje kolejami linowymi, istotne jest więc także ze względu na ochronę przyrody tatrzańskiej. Ponadto ważne jest narciarstwo. Jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie możliwe jest uprawienie wysokogórskiego narciarstwa. Obecny właściciel kolei linowych – pomimo wcześniejszych szumnych zapowiedzi – wydaje się stawiać jedynie na przewożenie turystów, a nie na rozwój narciarstwa w tym miejscu.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części czwartej Poranka WNET.

JS

11.08 / W 80 dni dookoła Polski / Dzień 45. / Poranek Wnet z Zakopanego

11.08 / W 80 dni dookoła Polski / Dzień 45. / Poranek Wnet z Zakopanego

Piotr Bąk – starosta tatrzański;

Helena Buńda – dyrektorka Tatrzańskiej Agencji Rozwoju, Promocji i Kultury;

Tomasz Krzyżanowski – dramaturg, leśnik;

Jerzy Zacharko – działacz opozycyjny, współtwórca zakopiańskiego oddziału „NSZZ Solidarność”;

Jan Krzeptowski-Sabała – kierownik działu edukacyjnego w Tatrzańskim Parku Narodowym.


Prowadzący: Witold Gadowski

Wydawca: Andrzej Abgarowicz

Realizator: Karol Smyk

Wydawca techniczny: Konrad Tomaszewski


 

Część pierwsza:

Tomasz Krzyżanowski o swojej sztuce teatralnej „Gombina Staska Kubina”, która przedstawia walkę górala (Kubiny) z austriackim zarządcom tatrzańskich lasów.

-Janosik to może kierpce czyścić naszemu Staszkowi Kubinowi- podkreślił Krzyżanowski, który uważa ze z punktu widzenia góralszczyzny, tradycji góralskiej, a także uczciwości historycznej powinno się propagować Staska Kubina, a nie żadnego Juraj Janosika.

Jerzy Zacharko opowiadał o początkach Solidarności w Zakopanem późnym latem i jesienią 1980 roku, a także trudnych latach po wprowadzeniu stanu wojennego. A także o agentach SB, Wojsk Ochrony Pogranicza, tzw. II SB, czyli kontrwywiadu.

-W Zakopanem miały zawyć syreny, oczywiście wszystkie zakłady pracy, które posiadały syreny obstawili, żeby nie doszło do tej akcji. Przychodzi ustalona godzina i w jednym miejscu wyje syrena w Zakopanem. Gdzie?… Na komendzie milicji – wspomina Zacharko.

 

Część druga:

Jan Krzeptowski-Sabała zachęcał do odwiedzenia Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Jerzy Zacharko krytycznie o planach zagospodarowania przestrzennego w Zakopanem. W mieście bowiem coraz częściej są wydawane pozwolenia na budowę nowoczesnych budynków, które nie komponują się z architekturą miasta.

 

Część trzecia:

Serwis informacyjny Radia Warszawa.

 

Część czwarta:

Helena Buńda o VIII edycji Europejskich Targach Produktów Regionalnych – zakopiańskiej imprezie, która rozpoczyna się 11 sierpnia.  Będzie można na niej spróbować tradycyjnych produktów z Podhala.

Targi w Zakopanem to święto wszystkich wartościowych produktów europejskich takich jak sery, wędliny, pieczywa, soki wina, oliwy, oliwki, czyli wszystko to co rośnie w warunkach naturalnych czyli to co jest dla nas zdrowe i najlepsze- powiedziała Helena Buńda, dyrektor Tatrzańskiej Agencji Rozwoju Promocji i Kultury.

Piotr Bąk o skandalicznym sprywatyzowaniu Polskich Kolei Linowych w 2013 roku. Powiat tatrzański obecnie próbuje sprzedane Koleje wykupić. Starosta wytłumaczył, w jaki sposób odsprzedaż miałby zostać zrealizowana.

Ta samorządowa spółka (jej początkowymi akcjonariuszami były miejscowe samorządy) miała kupić PKL, nie miała jednak na to funduszy. Dlatego też dokonała podwyższenia kapitału zakładowego, ale w taki sposób, że emitowane akcje objął zagraniczny fundusz inwestycyjny, który uzyskał 99,77 procent całego kapitału zakładowego spółki. Tym samym – gdy doszło do sprzedaży PKL – w istocie to ten fundusz nabył PKL, a nie samorządy tatrzańskie.

 

Część piąta:

Jan Krzeptowski-Sabała i Tomasz Krzyżanowski zaopiniował wycinkę chorych drzew przez Lasy Państwowe; opowiedział o zagrożeniu, jakim jest kornik drukarz, przedstawił problemy, z jakimi boryka się Tatrzański Park Narodowy.

„W jednych miejscach kornika zwalczamy, w innych pozwalamy mu się rozmnażać”. Tak też jest w Puszczy Białowieskiej, gdzie 9700 ha to park narodowy, a ponad 70 000 ha to lasy gospodarcze. Poprzedni wiceminister środowiska za namową organizacji ekologicznych („Którym się wydaje, że zjadły wszystkie rozumy”) podjął błędne decyzje, czterokrotnie obniżając etat rębny.

 

 


Posłuchaj całego Poranka:

Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce. Zmiana statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne”

Prawicowa stronniczość „Wiadomości” była widoczna w relacji z wyborów prezydenckich w Austrii z 2016 r., kiedy to kandydat skrajnej prawicy przegrał. Wiadomości nie użyły określenia „skrajna prawica”.

Podobno rząd Prawa i Sprawiedliwości niszczy wolność prasy w Polsce. Tak przynajmniej uważa międzynarodowa organizacja o nazwie Freedom House, zajmująca się opisywaniem przejawów łamania demokracji na świecie. Przejawy, jakie wskazuje Freedom House, są jednak kuriozalne, wśród nich wymieniane jest np. to, że rząd PiS serwuje narrację historyczną, która „w znacznym stopniu omija udział Polaków w zbrodniach II wojny światowej”, a jednocześnie eliminuje głosy przeciwne. Jako przykład wskazuje się Jana Tomasza Grossa. Takie m.in. argumenty służą teraz za uzasadnienie zmiany statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne”. Raport jest opublikowany wyłącznie w języku angielskim. (…)

„W kwietniu prokuratorzy 5 godzin przesłuchiwali historyka zajmującego się Holocaustem – Jana Grossa. Sprawa dotyczyła zarzutów publicznego znieważenia polskiego narodu i była związana z artykułem z 2015 roku, w którym Gross stwierdzał, że podczas II wojny światowej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. (…)

Właściciele zagraniczni mają pozycję dominującą na polskim rynku medialnym, a fakt ten uzyskał dodatkowe znaczenie polityczne od czasu, kiedy u władzy jest rząd PiS. Kaczyński na głosy krytyczne względem działań PiS odpowiedział stwierdzeniem, że „większość naszych mediów jest w rękach niemieckich”. (…)

W kontekście medialnym „repolonizacja” ma jasne przesłanie polityczne, jako że niektórzy politycy PiS argumentują, że ośrodki medialne znajdujące się w obcych rękach celowo dokonują niekorzystnego przekazu na temat obecnego rządu w celu zdyskredytowania go. (…)

Własność zagraniczna jest najbardziej wyraźna w mediach regionalnych. Jednym z największych właścicieli jest Polska Press, która wydaje 20 dzienników regionalnych w 15 z 16 polskich województw, a także ponad 150 lokalnych dzienników. (…)

Prawicowa stronniczość Wiadomości była widoczna w relacji z wyborów prezydenckich w Austrii 4 grudnia 2016, podczas których kandydat skrajnej prawicy przegrał z nominatem Partii Zielonych. Tamtego wieczoru Wiadomości nie użyły określenia „skrajna prawica”. (…)

Wyraźnym przykładem na obecną stronniczość TVP jest „Pucz”, 30-minutowy film, przedstawiany jako dokument. Został wyemitowany w TVP1 15 stycznia 2017. Główny przekaz to informacja o kryzysie politycznym z grudnia 2016, kiedy próby PiS ograniczenia dziennikarzom dostępu do parlamentu spowodowały okupację sali plenarnej Sejmu przez posłów opozycji, w czasie gdy przed budynkiem gromadzili się demonstranci. Używając dokładnie wybranych przekazów informacyjnych i montażu, film pokazuje te wydarzenia jako celowe próby opozycji obalenia rządu PiS. Przedstawia demonstrantów przeciwko PiS jako osoby wulgarne i potencjalnie gwałtowne oraz sugeruje, że mają związki z były reżimem komunistycznym i Kremlem. Film snuje analogie z niepokojami na Ukrainie po proteście Majdanu w 2013–2014, pokazując palenie opon przez demonstrantów w Kijowie. Pod koniec filmu pokazany jest minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, mówiący: „to była próba anarchii, próba przejęcia władzy” (25:55).

Film kończą napisy sugerujące, że opozycja próbowała „rozniecić histerię za granicą, by zaprezentować pucz w Polsce jako majdan przeciwko opresyjnej władzy”. Przez cały film Kaczyński jest przedstawiany jako osoba zrównoważona, dążąca do rozładowania i deeskalacji sytuacji. (…)

Kancelaria Sejmu proponowała, żeby:
·        Liczbę dziennikarzy dopuszczanych do parlamentu ograniczyć do „dwojga stałych korespondentów parlamentarnych” na ośrodek;
·        Pozostałych dziennikarzy umieścić w oficjalnym centrum medialnym poza głównym budynkiem parlamentu, zamiast pozwalać im spotykać się z politykami na korytarzach sejmowych;
·        Ograniczyć nagrania audiowizualne.
Proponowane posunięcie wywołało oburzenie, i to nie tylko w środowiskach zazwyczaj krytycznych wobec PiS.

Jeden z redaktorów określił proponowane regulacje jako największe utrapienie, z jakim miał do czynienia pod rządami PiS. (…)

Wyjątkowo dramatyczna sytuacja jest w Gazecie Wyborczej. Spółka-matka Agora jest jedynym wydawcą na giełdzie, który publikuje szczegółowe wyniki w raportach finansowych. W 2016 r. dochód ze sprzedaży po raz pierwszy przewyższył dochód z reklam”.

Tłumaczenie najistotniejszych fragmentów raportu Freedom House pt. „Pluralizm pod obstrzałem: Atak na wolność mediów w Polsce” pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” znajduje się na ss. 3 i 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Fragmenty raportu Freedom House pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” na s. 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

 

 

Ksiądz Jerzy Jurkiewicz z bazyliki na nowosądeckiej Górze Przemienienia. Ewidentny cud Jezusa Przemienionego

Często spotykam młodych ludzi, którzy uważają, że przyprowadzali ich na odpust do św. Małgorzaty ich rodzice i oni również będą przyprowadzać tu swoje dzieci – powiedział opiekun cudownego obrazu.

-W Bazylice św. Małgorzaty zaczynamy o 6.00 rano odsłonięciem cudownego obrazu – powiedział ks. dr Jerzy Jurkiewicz, proboszcz parafii pw. św. Małgorzaty w Nowym Sączu, który w tym roku w czerwcu obchodził 25-lecie swej kapłańskiej posługi.

– To jest taka pobożność, jaką się wynosi z domu […], to jest wiara, jaką się przekazuje w rodzinach – powiedział proboszcz, pytany, czym się różnią wierni w Nowym Sączu od wiernych z innych stron Polski. Zwrócił uwagę, że Nowy Sącz i jego okolice były pod zaborem austriackim, w którym nie tępiono katolicyzmu, dlatego „mógł on się rozwijać w sposób naturalny”,.

Przyznał, że Sądecczyzna jest pozytywnie konserwatywna. To, co było dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy tu przybył, to fakt pozdrawiania duchownych i zakonnic słowami chwalącymi Pana Boga nawet przez „zakapturzonych młodych ludzi”.

– To jest takie specyficzne dla Nowego Sącza, że młodzi ludzie, widząc sutannę, chwalą Pana Boga. W innych rejonach Polski nie spotkałem się z tym – powiedział ksiądz Jurkiewicz. Również przed przyjęciem Najświętszego Sakramentu zachowała się tu dawna obrzędowość – przyjmowany jest na klęcząco zawsze w tygodniu, a niekiedy w niedzielę.

– Często spotykam młodych ludzi, którzy uważają, że przyprowadzali ich na odpust do św. Małgorzaty ich rodzice i oni również będą przyprowadzać tu swoje dzieci – powiedział ksiądz. W Bazylice Św. Małgorzaty co roku odbywa się tygodniowy odpust ku czci Przemienienia Pańskiego. W tym roku od 30 lipca do 5 sierpnia wierni gromadzili się na uroczystych celebracjach mszy świętych, a również na występach zespołów ewangelizujących na sądeckiej górze Tabor.

W trakcie tego odpustu do księdza Jurkiewicza podeszło kilka osób, wręczając duchownemu spisane świadectwo cudu, który wydarzył się w 2014 roku w ich rodzinie, a dotyczył młodej kobiety w ciąży.

W trakcie USG okazało się, że obok dziecka (2 cm) pojawił się duży krwiak (5 cm). Lekarze wówczas nie dawali żadnych szans na to, aby dziecko przeżyło, a jeśli – to będzie to niebezpieczne dla życia matki. W tym czasie trwał odpust na Górze Przemienienia w Nowym Sączu, „na który zawsze od lat uczęszczałam” – pisała przyszła matka. „Pamiętam doskonale, że był to ostatni dzień odpustu. Ze względu na poważny stan zagrożenia ciąży miałam zalecenia, aby leżeć. Jednocześnie miałam przekonanie, że powinnam udać się na sądecką Górę Przemienienia do innego lekarza niż ten ziemski.”

– Ta pani przyszła, wyspowiadała się, wzięła obrazek z Jezusem Przemienionym, odprawiła dziewięciodniowa nowennę i ten obrazek zawsze nosiła przy dziecku. Przyjęła potem sakrament namaszczenia chorych i w tym czasie, co parę tygodni, chodziła na badania i zawsze lekarz mówił, że jest źle – relacjonował ksiądz Jurkiewicz. – Tym razem lekarz powiedział „jest lepiej” i dziecko urodziło się zdrowe. Nadano mu imię Szymon.

„W styczniu 2015 roku lekarz, który mnie prowadził, powiedział po porodzie, że medycyna nie dawała szans na utrzymanie tej ciąży i że jest to cud. Dodam jeszcze, że niedawno się dowiedziałam, że imię Szymon oznacza – Bóg wysłuchał”.

– Dla tej rodziny to jest ewidentnie cud. Taka jest nasza Sądecczyzna – zakończył ksiądz Jurkiewicz.

Historie i legendy

Obraz przedstawiający prawdziwy wizerunek Jezusa Chrystusa (veraicon), jak głosi tradycja namalowany przez nieznanego autora na trzech deskach grubości dwóch centymetrów, wisi od 1785 roku w kościele św. Małgorzaty w Nowym Sączu. Jego autorstwo, jak i sposób dotarcia w Sądeckie, owiany jest tajemnicą, która sprawiła, że narosło wokół tych faktów wiele legend. Podejrzewa się, że pochodzi z drugiej połowy XIV wieku i powstał pod wpływem ikonostasu rzymskiego, laterańskiego. Według legendy miał być jedną z wielu kopii obrazu namalowanego przez św. Łukasza Ewangelistę.

Pierwsze podanie na ten temat pochodzi od ks. Franciszka Brzechfy, który twierdzi, że obraz Przemienienia Pańskiego znajdował się pierwotnie w Jerozolimie, a następnie wskutek układów między Portą Ottomańską a Moskwą dostał się carowi moskiewskiemu, ten z kolei miał go ofiarować królowi czeskiemu Wacławowi, który w tym czasie bawił w Węgrzech.

Gdy posłowie z tym obrazem przyjechali w góry sądeckie i zatrzymali się we wsi Kamienica, to jest w obecnym Nowym Sączu, i na drugi dzień mieli wyruszyć w dalszą drogę na Węgry podróżować, wóz, w którym przewożony był obraz, „stanął jak wryty i żadnym sposobem ruszyć się z miejsca nie dał. Na próżno założono kilka par koni i kilka jarzm wołów, wóz pozostał na miejscu”. Wszyscy byli zdumieni takim rozwojem sytuacji i udano się po radę do pobożnego pustelnika z trzeciego zakonu św. Franciszka, który po krótkiej modlitwie kazał rozpakować wóz, a znalazłszy między rzeczami obraz Przemienienia Pańskiego, rzekł: „Wola boska jest, aby ten obraz nie gdzie indziej, tylko na tym miejscu pozostał” .

Gdy tylko wykonano polecenie pustelnika, natychmiast konie z miejsca ruszyły, a posłowie po dotarciu do Węgier całe wydarzenie królowi Wacławowi opowiedzieli. Król uszanował wolę Bożą i sam na to miejsce przybył, a widząc sposobność do założenia miasta, tamże Nowy Sącz założył i wystawił klasztor i kościół dla oo. franciszkanów w 1297 roku i obraz Przemienienia Pańskiego opiece ich powierzył.

Autorem drugiego podania jest ks. Konstanty Majegowski. Zostało ono spisane w roku 1680. Według tego podania obraz został namalowany przez św. Łukasza i darowany przez cesarza wschodniego Leonowi, księciu ruskiemu. Ten z kolei ofiarował go jednemu pobożnemu pustelnikowi wiodącemu swój spokojny żywot w górach karpackich, a który go znów podarował klasztorowi franciszkańskiemu w Nowym Sączu, co wydaje się bardziej prawdopodobne.

Świadectwa cudownych uzdrowień dzięki mocy Chrystusa Przemienionego

Podziwiany przez  turystów i miłośników sztuki, dla wiernych często jest szansą na  pomoc w sytuacjach beznadziejnych. Ponad 50 świadectw spisanych w „Księdze Łask” przechowywanej na plebanii parafii św. Małgorzaty w latach od 1977 do 2005 dowodzi cudownej mocy Chrystusa Przemienionego. Oto kilka z nich, opublikowanych w „Gazecie Krakowskiej”:

„12 sierpnia 1989 r. matka 16-letniego chłopca porażonego przez prąd wspomina w księdze dramatyczną walkę lekarzy o życie jej syna. Gdy już tylko medyczna aparatura podtrzymywała życie syna, usłyszała słowa, które zabrzmiały jak wyrok: „Tu się nic nie da zrobić. Dajcie na mszę za chłopca”. Mszę pod obrazem Przemienienia Pańskiego odprawiono o godz. 8, a dwie godziny później 16-latek zaczął samodzielnie oddychać. Po trzech dniach odzyskał świadomość. Kiedy wychodził ze szpitala, lekarze prosili go: „Powiedz nam, co widziałeś po drugiej stronie, bo ty tam byłeś obiema nogami”. Podczas badania kontrolnego w Krakowie zdumiony medyk stwierdził, że nastolatek przeżył coś w rodzaju uderzenia pioruna. – Z tego się nie wychodzi – dodał”.

Pod datą 5 sierpnia 1977 r. widnienie wpis o rocznym chłopcu, który zachorował na ciężką biegunkę połączoną z ropnym zapaleniem węzłów chłonnych i płuc. Lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Matka czuwająca przy dziecku powiedziała do męża: „Idź do fary i daj na mszę do Przemienienia Pańskiego”. Nabożeństwo odprawiono o godz. 6, a już o 9 chłopiec zaczął domagać się jedzenia. Po kilku dniach opuścił szpital, co ordynator oddziału zakaźnego skwitował słowami: – To dziecko cudownie przez Boga jest uratowane, nie przez nas”.

8 listopada 1990 r. zapisano świadectwo kobiety, której mąż otarł się o śmierć. Zachorował na zapalenie opon mózgowych, które nie poddawało się żadnym lekom. Po sześciu dniach jego stan był krytyczny. Lekarze mówili, że jest w agonii, i dawali kilka godzin życia. Zrozpaczona żona nie dała za wygraną. Pobiegła do bazyliki i gorąco modliła się przed obrazem. Gdy wróciła do szpitala, zobaczyła zdumiony personel oddziału zakaźnego. Stan pacjenta nieoczekiwanie się poprawił i wkrótce mógł wrócić do domu. – To cud – mówili lekarze, choć takie pojęcie nie mieści się w ramach racjonalnej nauki, jaką jest medycyna”.

Monika Rotulska

 

Mieczysław Witowski z Nowego Sącza, miasta polskich milionerów: Pielgrzymka św. Kingi idzie, jedzie i płynie

Dzień 44. z 80 / Nowy Sącz / – Pielgrzymka św. Kingi jest jedyną w Polsce, która idzie, jedzie i płynie. Drugiej takiej nie ma, w ciągu trzech dni trzeba pokonać 80 kilometrów – powiedział Witowski.

Nowy Sącz, miasto Św. Kingi i wielu milionerów, największej liczby bentleyów (kupionych za gotówkę) przypadających na jednego mieszkańca, ale także jedno z najstarszych miast Małopolski, zostało lokowane  jako Nova Sandecz w widłach rzek Dunajca i Kamienicy Nawojowskiej w 1292 roku, tym samym, w którym umarła patronka tej ziemi.

– Mamy to szczęście, że mieszka u nas kilku milionerów i co najważniejsze, panowie inwestują w Nowym Sączu, zatrudniają sądeczan, dają nam pracę i nigdzie stąd nie wyjeżdżają, co jest piękną sprawą – powiedział Mieczysław Witowski ze stowarzyszenia św. Kingi w Nowym Sączu, dopytywany, czy rzeczywiście tak jest, jak głosi fama.

Na Nowosądecczyźnie ma swoją siedzibę wytwórnia lodów Koral, tutaj też mieszkają pan Józef i Marian Koralowie, twórcy tej firmy, którzy ufundowali pomnik Jana Pawła II stojący na nowosądeckim Rynku. W tym regionie znajduje się największy producent okien w Europie, firma Fakro, której prezesem i właścicielem jest Ryszard Florek; tu mieszka Kazimierz Pazgan, właściciel holdingu Konspol – największego w Polsce producenta przetworów z drobiu; także Roman Kluska, kiedyś największy producent komputerów Optimus, pierwszy właściciel Onetu; wreszcie Andrzej Wiśniowski, którego firma jest największym producentem bram garażowych, przemysłowych i systemów ogrodzeniowych w Polsce, sponsor reprezentacji Polski w piłce nożnej.

Pani Sądecka Św. Kinga

– Szlak św. Kingi to inicjatywa zapoczątkowana w 1990 roku przez grupę pielgrzymów pod wodzą nieżyjącego już ojca Bronisława Jelenia, aby uprosić kanonizację Pani Sądeckiej św. Kingi, która tutaj siedem wieków temu zagościła – powiedział Witowski. Dodał, że była to idea nieżyjącego już wówczas biskupa Piotra Bednarczyka.

Patronka Sądecczyzny otrzymała tę ziemię od swego męża Bolesława Wstydliwego jako wynagrodzenie za posag, który ofiarowała na potrzeby zrujnowanego po najeździe tatarskim księstwa. W 1279 r., po 40 latach wspólnego życia, zmarł książę Bolesław Wstydliwy i Kinga opuściła dwór, udając się do Sącza, gdzie oddała się sprawom całego regionu, zakładając nowe osady, organizując parafie, doprowadzając do budowy kościołów. Szczególną troską otoczyła budowę klasztoru sióstr klarysek. Zresztą sama święta złożyła tam dwa lata  przed śmiercią śluby zakonne. W przekonaniu o jej świętości pochowano Kingę w kaplicy ufundowanego przez nią klasztoru. Łaski i cuda dokonujące się przy jej grobie, jak też nieustanny napływ pielgrzymów, spowodowały, że Kościół uznał jej świętość, potwierdzając spontaniczny kult, którym otaczano ją po śmierci, i ogłosił ją błogosławioną w 1690 roku.

Pierwszą siedzibą Stowarzyszenia św. Kingi powstałego w 1990 roku była parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Sączu. 16 czerwca 1999 roku w Starym Sączu, w sanktuarium bł. Kingi, Ojciec Święty Jan Paweł II wyniósł ją do chwały świętych Pańskich. Tam też powstał Dom Pielgrzyma OPOKA im. Jana Pawła II, gdzie przeniesiono siedzibę stowarzyszenia.

– Pielgrzymka św. Kingi jest jedyną w Polsce, która idzie, jedzie i płynie. Drugiej takiej nie ma; w ciągu trzech dni trzeba pokonać 80 kilometrów – powiedział Mieczysław Witowski. Przebiega ona szlakami Beskidu Sądeckiego i Pienin. – Trzeba 36 km non stop iść pod górę, przepłynąć Dunajec.

– Co roku martwimy się o to, by można było przyjąć wszystkich chętnych – powiedział Witowski, bowiem organizatorzy nie są w stanie wziąć na szlak więcej niż 400 osób. W tym roku XXVIII Pielgrzymka Szlakiem św. Kingi odbędzie się w dniach od 22-24 września. Mają już na nią ponad 300 zgłoszeń i  zostało tylko jeszcze kilkanaście miejsc. Do udziału zgłaszają się ludzie z całej Polski, między innymi z Suwałk, Poznania, Gdańska.

Sandecja i Lachowie

Górale na mieszkańców Sądecczyzny często mówią Lachowie, bo też etnicznie wywodzą się od Lachów. Witowski wyjaśnił, że często mieszkańcy tego regionu mylnie nazywani są góralami, którzy przybyli z Wołoszczyzny. Etymologia określenia Lachy w odniesieniu do grupy etnicznej prawdopodobnie ma związek z podstawowym znaczeniem słowa Lach, czyli Polak, w języku ludów zamieszkujących niegdyś obszary położone na wschód i południe od granic Polski. Lachy Sądeckie to określenie mające wskazać polskie pochodzenie tej grupy etnicznej wśród innych grup, które występowały na terenie Ziemi Sądeckiej, chociaż sami sądeczanie widzą to często inaczej.

– Lachowie przyszli tutaj ponad 1000 lat temu i pozostali do dziś na tych terenach – powiedział pan Witowski.

[related id=34086]- Jeszcze jako młody chłopak chodziłem z tatą na dzisiejsze błonia, na aleję Wolności. Tam grała Sandecja ze słynnym Szabeckim, no a później stadion przy Kilińskiego, gdzie doczekaliśmy się I ligi, a teraz ekstraklasy – cieszy się pan Mieczysław. Przypomniał, że Sandecja ma już ponad 100 lat. Nowy Sącz to jedyne miasto w tym rejonie, które może pochwalić się prężnie działającym klubem piłkarskim grającym w ekstraklasie. Dlatego sądeczanie cenią go, jest dla nich chlubą i wizytówką miasta, która promuje Nowy Sącz.

Gdy będziemy w Nowym Sączu, nie możemy zapomnieć o odwiedzeniu Rynku, który jest drugim co do wielkości po krakowskim, i bazyliki św. Małgorzaty z Górą Przemienienia i obrazem Pana Jezusa Przemienionego. Warto też pamiętać o odpustach w Nowym Sączu i o ruinach Zamku Królewskiego, który wybudował Kazimierz Wielki. Jeśli ktoś ma czas, to powinien również zajrzeć do sali ratuszowej przy Rynku, gdzie mamy przedstawioną historię Nowego Sącza.

– Jadwiga, jadąc z Węgier na koronację do Krakowa, właśnie tu, w Nowym Sączu, się zatrzymała – powiedział Mieczysław Witowski.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

Wywiad z Mieczysławem Witowskim w części pierwszej Poranka Wnet.

Pierwsza w Polsce prywatna Wyższa Szkoła Biznesu powstała w Nowym Sączu. Rozmowa z jej twórcą dr. Krzysztofem Pawłowskim

Dzień 44. z 80/ Poranek Wnet z Nowego Sącza/ Mamy ponad 6000 absolwentów studiów stacjonarnych, którzy pracują na całym świecie. Wśród naszych wykładowców było kilku członków obecnej ekipy rządzącej.

Wyższa Szkoła Biznesu jest chlubą Nowego Sącza, a jej założyciel, doktor Krzysztof Pawłowski, stał się legendą miasta. Był senatorem I i II kadencji, jest honorowym obywatelem Nowego Sącza.

Witold Gadowski przekornie zaczął rozmowę z założycielem uczelni od stwierdzenia, że słynna, elitarna szkoła nowosądecka rozwijała się pięknie, współpracowała z USA, aż się wszystko skończyło…

– Nie skończyło się – odparł Krzysztof Pawłowski. – Uczelnia istnieje, za dwie godziny będę udzielał wywiadu na temat naszego ostatniego osiągnięcia. Stworzyliśmy program informatyczny Cloud Academy, który całkowicie przenosi szkołę do chmury. To jest unikalne rozwiązanie. Dzięki temu możemy mieć studentów z całego świata. Zresztą mamy studentów z całego świata. To nawet zabawne, że na korytarzach częściej widzi się twarze egzotyczne niż swojskie.[related id=34086]

Jerzy Gwiżdż, wiceburmistrz Nowego Sącza, przypomniał, że rzadko się zdarza, żeby prywatna szkoła wyższa przetrwała wszystkie przemiany, jakie zaszły w Polsce od 1991 roku (w tym roku powstała WSB), a do tego stale się rozwijała. Podkreślił, że dzięki obecności uczelni w mieście Nowy Sącz staje się wielokulturowy. Odbywają się tu dni kultury poszczególnych narodowości reprezentowanych przez studentów. „Świat przybliża się do Nowego Sącza”. Istotne jest, że studenci Szkoły Biznesu są zżyci z miastem, a w ocenie mieszkańców „zachowują się porządnie”.

Krzysztof Pawłowski miał kiedyś pomysł, żeby na bazie jego uczelni, po jej połączeniu z Państwową Wyższą Szkołą Zawodową, której filia znajduje się w Nowym Sączu, utworzyć Uniwersytet Sądecki. Niestety, pomysłu nie udało się zrealizować. Założyciel Szkoły Biznesu uważa, że to strata dla miasta i regionu, bo uniwersytet jako jednostka badawcza dałby impuls rozwojowy dla całego regionu. Wprawdzie obie uczelnie nadają tytuły magistra, jednak uniwersytet zapewniłby wyższą kadrę naukową, własnych doktorów.

Jednak, mówi dr. Pawłowski, „najważniejsze, że mamy absolwentów”. – Odnajduję ich na całym świecie. W najlepszym okresie uczelni, w latach 1995-2015 przychodzili do nas studenci z całej Polski, a około 10% z zagranicy. Potem byli wychwytywani przez największe firmy. 6000 osób ukończyło studia stacjonarne w Wyższej Szkole Biznesu, z tego 85% spoza regionu sądeckiego. – Mam około 13 000 dzieci, w tym 6000 stacjonarnych. Kiedy mnie pytają, jak to możliwe, odpowiadam, że mam szerokie serce.

– Ciekawa jest nasza kadra wykładowców. Zaliczało się do niej kilku ministrów i wiceministrów z obecnego rządu. W naszej uczelni wykładali Jarosław Gowin, Leszek Skiba, Krzysztof Szczerski. Piotr Naimski stworzył nawet własny program studiów magisterskich i podyplomowych, zwany SMID – Stosunki Międzynarodowe i Dyplomacja. Co ciekawe, Naimski może kojarzyć się wielu osobom z postacią szeryfa, a tymczasem okazał się znakomitym opiekunem każdego z prowadzonych przez siebie studentów.

O jeszcze innych powodach tego, że w Nowym Sączu dobrze się żyje, a mieszkańcy miasta zawsze z dumą podkreślają, że pochodzą z Nowego Sącza, w części szóstej Poranka Wnet.

 

MS

Telewizja ZDF pyta ministra Ziobrę, czemu Unia Europejska krytykuję Polskę, a nie Niemcy. Czy to dowcip tygodnia?

Dzień 44. z 80 / Nowy Sącz / Poranek WNET – W korespondencji Jana Bogatki z Niemiec o wywiadzie ministra sprawiedliwości w niemieckiej telewizji oraz o reakcji Niemiec na kwestię reparacji wojennych.

– Dlaczego Unia Europejska krytykuje Polskę, a nie Niemcy? – spytał redaktor telewizji ZDF ministra Zbigniewa Ziobrę podczas przeprowadzanego z nim wczoraj wywiadu. Jan Bogatko przyznaje, że to bardzo dobre pytanie, ale czy dobrze jest zaadresowane?

Minister Ziobro „bił się dobrze”. Był w sposób elegancki atakowany od samego początku rozmowy. Starał się wyjaśnić niemieckim widzom, że reformy, które chce przeprowadzić, nie idą tak daleko, jak niemieckie przepisy, według których państwo ma znacznie większy wpływ na nominowanie sędziów wszystkich sądów, niż on proponuje w Polsce. Gdyby sprawa nie była tak poważna, zadane Ziobrze tytułowe pytanie, czemu Unia Europejska krytykuje Polskę, a nie Niemcy, mogłoby być, według Jana Bogatki, dowcipem tygodnia.

Z reformą wymiaru sprawiedliwości i „likwidacją” Puszczy Białowieskiej walczą też inne media. Mówią, że polska opozycja jest nimi bardzo zaniepokojona, a tą opozycją okazuje się być głównie Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej. [related id=34086]

Teraz PiS – według niemieckich mediów – zamierza wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej i to wbrew społeczeństwu, które murem stoi za Unią, gdyż dzięki niej może wyjeżdżać za granicę. Wprawdzie polski rząd nie wypowiedział się, że jest za wyjściem Polski z UE, ale… ciągle krytykuje rzekomą biurokrację unijną. Tymczasem nawet w lewicowej niemieckiej prasie każdego miesiąca można znaleźć tysiące żartów z unijnej biurokracji. Tym, co ma świadczyć o zamiarze opuszczenia przez Polskę Unii, jest też krytykowanie rzekomej – według prasy niemieckiej – ingerencji Komisji Europejskiej w sprawy wewnętrzne państw członkowskich. – Jak pogodzić ten zarzut z jednoczesnym nawoływaniem, żeby Unia wywierała presję na Polskę w sprawie reform sądownictwa i Puszczy Białowieskiej? – pyta retorycznie Jan Bogatko.

Na temat żądania wypłacenia Polsce reparacji wojennych przez Niemcy media niemieckie nie mówią wiele, gdyż nie chcą wywoływać dyskusji na ten temat. Sucho jedynie stwierdzają, że sprawa została już załatwiona, bo Polska zrzekła się odszkodowania, i że nawet polska opozycja jest przeciwna występowaniu o odszkodowania wojenne, gdyż tym sposobem – zdaniem Grzegorza Schetyny – Polska znów rozpoczęłaby wojnę z Niemcami. – Znowu, czyli atakiem na radiostację w Gliwicach? – pyta Jan Bogatko na koniec swojej relacji.

Zapraszamy do wysłuchania całej relacji z Niemiec w części trzeciej Poranka WNET.

JS

Opozycja w Nowym Sączu jest tak malutka, że trudno ją znaleźć. My tutaj staramy się przede wszystkim pracować

Dzień 44. z 80/ Nowy Sącz/ Poranek WNET – Tutaj jest dużo dobrego, czystego biznesu, wśród wielkich nowosądeckich biznesmenów nie było żadnych afer. A to jest pierwsza klasa polskich przedsiębiorców.

Gościem Witolda Gadowskiego był Jerzy Gwiżdż, świadek i bezpośredni uczestnik polskiej transformacji. Przed laty był szefem sztabu wyborczego Lecha Wałęsy, posłem, a nawet szefem klubu poselskiego BBWR, przewodniczącym Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. W latach 1990-94 był prezydentem Nowego Sącza. Od 12 lat jest wiceprezydentem tego miasta.

Zapytany o swoją dawną bliską współpracę z Lechem Wałęsą, odpowiedział, że „nigdy nie wstawał po przespanej nocy z myślą o Lechu Wałęsie”. Uważa, że jest to postać bardzo skomplikowana, ale, jak twierdzi, „zawsze, tak jak u św. Pawła, liczy się bilans”. Trzeba uwzględnić wszystkie plusy i minusy i zobaczyć, co z tego zostanie. Najlepiej, jego zdaniem, aby oceną tej postaci zajęli się historycy, a nie współcześni. Jak powiedział, taka jest nasza Polska, że wszyscy mamy do wszystkich pretensje i tym żyjemy. Witold Gadowski wyraził uznanie dla dyplomatycznej zręczności swojego rozmówcy w wybrnięciu z tematu.

Odpowiadając na pytanie o władanie Nowym Sączem, Jerzy Gwiżdż podkreślił, że nie można mówić o „władaniu” miastem – to jest „współwładza”, którą dzierży z jego obecnym prezydentem Nowakiem. Współpraca trwa od 12 lat, co samo w sobie jest świadectwem jej jakości. Natomiast przypomniał, że był prezydentem Nowego Sącza w niezwykle ważnych dla Polski latach, bezpośrednio po „upadku komuny”, i jak mówi, satysfakcji z tej pracy w tym czasie „nikt mi nie zabierze”.

Miasto ma duże osiągnięcia. Bezrobocie w Nowym Sączu wynosi zaledwie 4,5%. Niedaleki Żywiec ma wprawdzie 4%, ale tam, jak przypomniał rozmówca Witolda Gadowskiego, „jest piwo”.

Natomiast w Nowym Sączu jest dużo dobrego biznesu i jest to biznes, jak określił Jerzy Gwiżdż – czysty, nie było tu żadnych afer. Nowosądeccy biznesmeni należą do pierwszej polskiej klasy.

Witold Gadowski przypomniał sprawę Optimusa. Działalność tej świetnie rozwijającej się firmy i portalu onet.pl została przerwana przez interwencję prokuratury. – Tutaj jednak aferzystami były władze, nie pan Roman Kluska – odparł wiceburmistrz. – Ówczesne władze chciały wyłudzić od niego nienależne pieniądze. Dzisiaj Roman Kluska hoduje owce i produkuje sery, i dobrze sobie radzi. [related id=34086]

Znanymi firmami związanymi z Nowym Sączem jest Fakro, Newag, Koral i mnóstwo innych, które swoimi markami promują miasto i przyczyniają się do jego rozwoju. Jerzy Gwiżdż potwierdza, że miasto jest bogate, ale największym jego bogactwem są ludzie, dobre relacje między pracodawcami i pracownikami.

Opozycja polityczna w mieście jest niewidoczna, mało też jest ateistów. – Jak jest procesja Bożego Ciała, Rynek pęka w szwach. Lud sądecki to „wierny naród”, tak się o nas mówi – powiedział polityk. Potwierdził, że także miejscowi biznesmeni są katolikami, co sprzyja porozumieniu. Na pytanie o to, czy rozmawiają także przeciwnicy polityczni, Jerzy Gwiżdż odparł, że w Nowym Sączu ludzie starają się pracować, a rozmowy to rzecz wtórna.

Na czym polega sukces Sandecji Nowy Sącz, dlaczego w Nowym Sączu nie ma demonstracji, a opozycja jest niewidoczna, jak są oceniani posłowie związani z Ziemią Sądecką – w części szóstej Poranka Wnet.

MS

 

Czy jedynym wytłumaczeniem zachowania Władysława Frasyniuka i innych jest to, że tworzyli Solidarność „służbowo”?

Dzień 44. z 80 / Nowy Sącz / Poranek WNET – O tym, czy PiS powtarza błędy AWS-u, oraz o tym, co kieruje działaniami opozycjonistów z czasów PRL wspierających opozycję „totalną” i jej „pucze”.

Witold Gadowski w Poranku WNET nadawanym z Nowego Sącza gościł Andrzeja Szkaradka, działacza Solidarności oraz posła AWS.

Andrzej Szkaradek zwrócił uwagę na to, że PiS najlepszy wynik w wyborach osiągnął w okręgu nowosądeckim, a najgorszy na Pomorzu Zachodnim i w Szczecinie. Tymczasem obecnie największe inwestycje kieruje na północno-zachodnie tereny Polski, podczas gdy w Nowym Sączu i w jego okolicach bardzo potrzebne są drogi, zwłaszcza między Nowym Sączem a Krakowem.

Tematem rozmowy były też trudności z utrzymaniem dyscypliny w klubie parlamentarnym. Pan Andrzej Szkaradek wie coś o tym, bo był rzecznikiem ds. dyscypliny w klubie parlamentarnym AWS. Jego zdaniem Jarosław Kaczyński dobrze utrzymuje dyscyplinę w PiS-ie, ale zdarzają się „występki”. Widać, że upadek AWS był dobrą nauką dla polityków PiS-u, choć nie udaje się uniknąć wielu błędów.

Główne błędy PiS mają charakter kadrowy. Nieprawdziwy jest mit tzw. krótkiej ławki, gdyż jest wielu kompetentnych i uczciwych ludzi. Nie korzysta się z nich tak jak należy. Efekt jest taki, że nie zawsze właściwe osoby trafiają na właściwe miejsca. Liczą się natomiast układy i dostęp do prezesa Kaczyńskiego.

Kolejnym błędem jest to, że polityka przeniosła się do Warszawy. Walka polityczna powinna odbywać się w terenie, w rodzinnych stronach parlamentarzystów, gdzie należy prowadzić rozmowy ze społeczeństwem i z miejscowymi członkami PiS.

Gość Poranka, zapytany o ocenę dzisiejszej postawy Jana Rulewskiego, powiedział, że są jeszcze gorsi – Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz i Władysław Frasyniuk. Jedynym wytłumaczeniem ich działań może być to, że oni „tworzyli Solidarność służbowo”. Teraz wiedzą przecież, do czego dąży opozycja, którą wspierają, kto stoi za jej manifestacjami i „puczami”. [related id=34086]

Pewnym wyjaśnieniem może też być to, że nad zwykłymi robotnikami, którzy w czasie stanu wojennego byli bardzo odważni, siedzieli po więzieniach, pieczę sprawowali „jacyś inteligentni”. We Wrocławiu było to małżeństwo Labudów. „Tak wyszkolili Władka, że dzisiaj jest po tamtej stronie, nie zdając sobie sprawy z tego, że przynosi Polsce krzywdę”. To, co się dzieje, jest też wyrazem światowej walki pomiędzy liberalnym lewactwem a prawicą mającą korzenie w wartościach chrześcijańskich.

Andrzej Szkaradek sądzi, że dzisiaj potrzebne jest „skupienie wokół Jarosława Kaczyńskiego” i trzymanie się tego, co powiedział Donald Trump w przemówieniu w czasie wizyty w Warszawie, na które zresztą Polacy w ostatnich latach wcale nie zasłużyli.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części piątej dzisiejszego Poranka WNET. Uczestniczył w niej także Robert Ślusarek, dyrektor Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu, który przedstawił zarys historii Nowego Sącza, a także sylwetkę Andrzeja Szkaradka, wybitnego działacza Solidarności.

JS

 

 

Czy polityka kulturalna to „kulturalne ramię partii rządzącej”, a rząd to dla kultury zła macocha?

Dzień 44. z 80 / Nowy Sącz / Poranek WNET – O tym czy w kulturze doszło do dobrej zmiany, o jakości stawianych w Polsce pomników oraz o poziomie prac dyplomowych na uczelniach artystycznych.

W Poranku WNET nadawanym z Nowego Sącza Witold Gadowski rozmawiał z rzeźbiarzem profesorem Andrzejem Szarkiem na temat kondycji sztuki w Polsce i tego, czy efekty „Dobrej zmiany” objęły również Polskę.

Zdaniem gościa Poranka w kulturze niewiele się zmienia, w zasadzie prawie nic. Kultura w Polsce nadal uzależniona jest od rządów i od polityki. Rząd zachowuje się jak macocha w bajkach – interesuje się tylko swoimi dziećmi, a nie wszystkimi, które są pod jej opieką. Od lat nie zmienia się to, że polityka kulturalna to „kulturalne ramię partii rządzącej”. Dla kultury nie jest to dobra sytuacja. Minister Gliński powinien bardziej przyjrzeć się swojej roli.

Gdyby za tysiąc lat odkrywano pomniki, które teraz się buduje, byłyby omawiane nie pod kątem ich tematyki, ale ich jakości. Ważne też, żeby pomniki nie były stawiane z powodu lizusostwa, dzięki znajomościom. Pomija się przy tym dobrych artystów, dlatego że mają oni charakter, osobowość, trzeba z nimi dyskutować. Powstają natomiast pomniki bez żadnej wstępnej rozmowy czy dyskusji na temat jakości, którą powinny się odznaczać. W Polsce utalentowanych artystów się odrzuca. – Nie wiem, czy jest jakikolwiek kraj na świecie, którego stać na taki luksus. [related id=34086]

Profesor skrytykował to, komu i za co przyznaje się doktoraty i habilitacje na uczelniach artystycznych. Rozdaje się je bez poważnej analizy, czy prace będące ich podstawą „do czegoś się nadają”. Dyplomy na tej zasadzie dostają przede wszystkim osoby kreujące politykę kulturalną w Polsce, związane z różnymi instytucjami kultury na wysokich szczeblach.

Na pytanie o prace, które są „prowokacyjne obyczajowo, a niezbyt odkrywcze artystycznie”, gość odparł, że obecnie wiele doktoratów i habilitacji jest „spoza obszaru sztuki”. W świat sztuki wdarło się powiedzenie, że każdy może być artystą, a wszystko może być dziełem sztuki. Z takim podejściem profesor Szarek oczywiście się nie zgadza.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w dzisiejszym Poranku WNET w części drugiej.

JS