Reparacje wojenne od Niemiec. Mularczyk: Niemcy z dużym napięciem czekają na to, co w Polsce się w tym temacie wydarzy

W 2004 roku podjęta została uchwała zobowiązującą rząd do podjęcia działań. Ale wówczas na czele rządu stali postkomunistyczni premierzy – mówi w wywiadzie poseł i adwokat Arkadiusz Mularczyk.

Wysłał pan do Biura Analiz Sejmowych zapytanie ws. możliwości prawnych wystąpienia do Niemców z wnioskiem o reparacje wojenne. Na jakim to jest teraz etapie?

[related id=33056]Wiem, że Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje kompleksową opinię, na podstawie której ma dokonać oceny stanu faktycznego i stanu prawnego, jeśli chodzi o kwestie międzynarodowych podstaw prawnych dotyczących reparacji od Niemiec. Z tego, co wiem, trwają prace kilku ekspertów nad tą opinią. Wiem też, że trwają prace archiwalne, bo trzeba zdobyć oryginały dokumentów, które są w archiwach państwowych.

Czego poszukują eksperci w archiwach?

Na to pytanie mogą odpowiedzieć eksperci. Przygotowanie tej opinii wiąże się także z dojściem do dokumentów źródłowych z czasów PRL. To jest niezwykle cenne i ważne, dlatego że dotychczas bardzo wielu ekspertów prawnych, ze strony polskiej czy niemieckiej, przyjmowało akt zrzeczenia się odszkodowań za okres II wojny światowej z 1953 r. jako pewnik, jako coś, co nastąpiło. A są poważne wątpliwości, czy w ogóle miało coś takiego miejsce i czy jest to dokument ważny w świetle prawa międzynarodowego.

Sytuacja, która się rysuje, oznacza, że będziemy musieli tę sprawę wyprowadzić na arenę międzynarodową. Jeżeli opinia Biura Analiz Sejmowych będzie pozytywna, jakie będą dalsze kroki?

Jeśli opinia będzie pozytywna, będzie dawała perspektywę i szansę podjęcia roszczeń o charakterze międzynarodowym. Myślę, że oczywiście rolą rządu będzie po pierwsze dokładne wyliczenie i zaktualizowanie na obecny stan finansów tych wszystkich strat wojennych zarówno materialnych, jak i osobowych, które miały miejsce. Zaktualizowanie ich na obecną walutę, a później przedstawienie ich państwu niemieckiemu.

Czy ten proces da się określić w czasie? Jak długo może trwać to wszystko, zanim staniemy do rozmów z Niemcami?

Moim zdaniem jest to praca na około 6-12 miesięcy.

Czy tylko rząd ma tu swoją rolę do odegrania, czy ta sprawa wróci do Sejmu? Czy Sejm będzie się tą sprawą w jakikolwiek sposób zajmował?

W 2004 r. podjęta została uchwała zobowiązującą rząd do podjęcia działań. Ale wówczas na czele rządu stali postkomunistyczni premierzy zarejestrowani przez SB jako TW: Belka czy Cimoszewicz, i oni uchwały Sejmu nie wykonali, mimo że poparł ją wówczas cały Sejm, w tym także PO. Uważam także, że dziś należałoby wyjaśnić, jakie były faktyczne ich motywy niewykonania uchwały ws. reparacji wojennych. Ona dotyczyła przecież ogromnych pieniędzy.

 Jaka była treść tej uchwały?

Obligowała rząd do podliczenia wszystkich strat oraz do wystąpienia rządu polskiego do rządu niemieckiego z roszczeniem reparacji.

Czy dochodzą do pana głosy z Niemiec, które komentują to, co w Polsce się dzieje w sprawie reparacji wojennych?

 Sądzę, że Niemcy z dużym napięciem czekają na to, co w Polsce się w tym temacie wydarzy. Oni nie mają w swoich archiwach żadnych dokumentów potwierdzających fakt zrzeczenia się odszkodowań przez Polskę. Ale co więcej, ich ustawodawstwo przez lata było nastawione na to, aby także nie wypłacać obywatelom polskim żadnych świadczeń odszkodowawczych. Celowo dyskryminowano polskich obywateli.

[related id=33407]Co więcej, ustawodawstwo niemieckie było sprzeczne z prawem międzynarodowym, bo wprowadzono takie przepisy, z których wynikało, że roszczenia obywateli polskich przedawniają się, co było sprzeczne z prawem międzynarodowym. Dlatego na straconych pozycjach byli nasi rodacy domagający się odszkodowań z tytułu prac przymusowych, z tytułu pracy niewolniczej, inwalidztwa, chorób. Niemieckie sądy odrzucały pozwy Polaków, twierdząc, że są przedawnione, albo też odrzucały te roszczenia Polaków, twierdząc, że są przedwczesne, ponieważ nie mieliśmy traktatu pokojowego.

Przypomnieć należy, że oprócz ogromnych zniszczeń kraju oraz prawie 6 mln zabitych, 2,5 mln Polaków deportowano na roboty przymusowe, 300 tys. jeńców wojennych wykonywało prace niewolnicze, po wojnie było 200 tys. inwalidów, 2 mln osób, które zostały wysiedlone, 300 tys. osób zachorowało na gruźlicę, było 4,5 mln sierot i wdów po pomordowanych Polakach. Wiele z tych osób wówczas bezskutecznie zderzało się z państwem niemieckim w sądach. I niemieckie sądy mówiły, że ich roszczenia są przedawnione, bo w niemieckim ustawodawstwie są przepisy, które mówią, że jest na to określony czas. Albo mówiły – wasze roszczenia są przedwczesne, bo nie ma traktatu pokojowego. A zdaniem Niemiec tylko w traktacie pokojowym można było uregulować sprawę odszkodowań.

Było to niemoralne zachowanie Niemiec, bo wymyślano różne podstawy prawne, różne przeszkody, które uniemożliwiały domaganie się przez Polaków jakichkolwiek roszczeń. To dyskryminacyjne ustawodawstwo było wymierzone głównie w Polaków.

To musi budzić ogromny sprzeciw, bo w tym samym czasie Niemcy zawarły 11 umów dwustronnych z 11 krajami Europy Zachodniej, także z Izraelem czy Jugosławią, gdzie wypłaciły tym krajom reparacje wojenne. Nas odsyłano do sądów, a sądy RFN tak prowadziły postępowania, aby uniemożliwiać jakiekolwiek roszczenia polskich obywateli.

Skąd pewność, że Niemcy w swoich archiwach nie mają żadnych dokumentów, z których mogliby wynieść wiedzę, że myśmy się zrzekli tych odszkodowań?

Z tego, co dotychczas ustalono, takich dokumentów po prostu nie ma. Jest tylko i wyłącznie protokół z posiedzenia Rady Ministrów PRL. W Niemczech w 1953 r. było powstanie antykomunistyczne. W rozruchach zginęło 400 osób. Wówczas ZSRR uznał, że należy zaprzestać pobierania tych reparacji.

22 sierpnia 1953 r., to była sobota, podpisano umowę, protokół w Moskwie z Niemcami, w którym Moskwa zaprzestała pobierania reparacji niemieckich. Po czym 23 sierpnia, w niedzielę, około 19.00 lub 19.30 powstał protokół z posiedzenia Rady Ministrów PRL. Jest tam tylko podpis Bieruta, bez listy obecności 30 członków Rady Ministrów. Z tego protokołu wynika, że Polska zrzeka się pobierania reparacji. Trzeba też podkreślić, że zaprzestanie pobierania reparacji od NRD było odpowiedzią na zawieszenie przez państwa zachodnie w lutym 1953 r. spłaty reparacji do momentu przyjęcia traktatu pokojowego na podstawie podpisanej przez RFN umowy w sprawie spłaty długów Niemiec.

Zwrócić też należy uwagę na wyrażenie „zaprzestanie ich pobierania” w umowie z 22 sierpnia 1953 r. pomiędzy NRD a ZSRR, z którego wynika, że sprawa nie dotyczyła zrzeczenia się reparacji, a jedynie zaprzestania ich pobierania. Można domniemywać, że w ogóle nie było posiedzenia Rady Ministrów, bo nie ma listy obecności. Nierealny jest także termin: dzień i godzina. Można domniemywać, że Rosjanie wymusili na Bierucie podpisanie takiego dokumentu.

Ale trzeba również podkreślić, że w świetle ówczesnej konstytucji PRL to wyłącznie Rada Państwa mogła zrzec się tego typu reparacji, więc to powinna być uchwała Rady Państwa. Rada Ministrów nie miała nawet takich kompetencji. Tym bardziej że takiego posiedzenia, jak widać, nie było, bo nie ma listy obecności i nie powstał żaden akt prawny. To powinna być choćby uchwała Rady Ministrów, podpisana przez 30 ministrów, zarejestrowana w Organizacji Narodów Zjednoczonych i wysłana w nocie dyplomatycznej do Niemiec z warunkami zaprzestania płacenia. Ze sporządzenia tego protokołu ukazała się jedynie depesza PAP-u, przez nikogo niepodpisana, o tym, że Polska zrzeka się reparacji. W niemieckich archiwach są tylko i wyłącznie publikacje prasowe, że Polska zaprzestaje domagania się reparacji i korespondencja z podziękowaniem dla Bieruta. Nie ma tam żadnego innego dokumentu. Taki dokument na pewno nie spełniał i nadal nie spełnia skutków prawnych w stosunkach międzynarodowych ani w świetle zwyczaju międzynarodowego, ani prawa traktatów.

PAP

Reforma polskiego wymiaru sprawiedliwości. Dzisiaj wchodzi w życie nowela Prawa o ustroju sądów powszechnych

Nowela prawa o ustroju sądów powszechnych to kolejny krok w reformie wymiaru sprawiedliwości służący m.in. obiektywizacji rozpatrywanych spraw i uniezależnieniu sędziów od nacisków przełożonych .

Projekt noweli posłowie PiS złożyli w kwietniu. Pierwsze czytanie odbyło się 25 maja, a drugie – 8 czerwca. Miały one burzliwy przebieg, tak jak i prace w komisji. Ostateczne głosowania były dwa razy zdejmowane z porządku obrad Izby. Sejm uchwalił nowelę 12 lipca. Zagłosowało za nią 229 posłów, a 3 było przeciw. Opozycja, mimo obecności na sali plenarnej, nie głosowała. 15 lipca Senat przyjął regulację bez poprawek.

Prezydent podpisał nowelę 24 lipca. Równocześnie zawetował dwa inne akty dotyczące sądownictwa – nową ustawę o Sądzie Najwyższym oraz nowelizację ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Zapowiedział, że w ciągu dwóch miesięcy zostaną przygotowane projekty ustaw o SN i KRS.

Spór z Komisją Europejską

Podpisanie Ustawy o sądach powszechnych uzasadnia uruchomienie procedury o naruszenie unijnych przepisów – oświadczył 26 lipca wiceszef KE Frans Timmermans. KE wezwała już Polskę do „usunięcia uchybienia”. Polska ma miesiąc na odpowiedź.

Główne zastrzeżenie KE dotyczy dyskryminacji ze względu na płeć. Chodzi o to, że nowela wprowadza odmienny wiek wcześniejszego przejścia na sędziowską emeryturę dla kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat). KE ma też zastrzeżenia wobec uprawnienia ministra sprawiedliwości do odwoływania i powoływania prezesów sądów oraz prawa przedłużania przezeń służby sędziom, którzy osiągnęli wiek emerytalny. Według KE, podważy to niezależność polskich sądów.

Sprawy wymiaru sprawiedliwości mieszczą się w zakresie wewnętrznych uprawnień państwa – komentował stanowisko KE minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. „W tym zakresie będziemy z naszej kompetencji, naszego demokratycznego mandatu korzystać, nie ulegając jakiejkolwiek presji, naciskom, pogróżkom, czy groźbom” – dodał. Jak mówił zaś wiceszef MSZ Konrad Szymański, stanowisko KE jest nieuzasadnione, bo Ustawa o sądach powszechnych dostosowuje wiek stanu spoczynku sędziów do powszechnego wieku emerytalnego w Polsce, a prezesi sądów odgrywają rolę przede wszystkim administracyjną.

Nowela wchodzi w życie w sobotę z jednym wyjątkiem. 1 października 2017 r. wejdą w życie zapisy o tym, że sędzia przechodzi w stan spoczynku z dniem ukończenia 60. roku życia w przypadku kobiety i 65. roku – mężczyzny, chyba że oświadczy ministrowi wolę dalszego pełnienia służby i przedstawi zaświadczenie, że zdrowie mu na to pozwala. W razie zgody ministra sędzia mógłby pełnić urząd nie dłużej niż do 70. roku życia. Według KE, brak określenia ram czasowych na decyzję ministra daje mu „możliwość wywierania wpływu na sędziów przez cały czas pozostały do wygaśnięcia ich mandatu”.

Prezesi sądów powszechnych

Nowelizacja odstępuje od modelu powoływania prezesów sądów apelacyjnych i okręgowych przez ministra sprawiedliwości po uzyskaniu opinii zgromadzeń ogólnych sądów. Zakłada też – „dla wzmocnienia nadzoru zewnętrznego sprawowanego przez ministra” – odstąpienie od zasady powoływania prezesów sądów rejonowych przez prezesów sądów apelacyjnych z zastosowaniem procedury opiniowania kandydata – na rzecz powołania go przez ministra.

Resort uzasadniał, że „środowisko sędziowskie niejednokrotnie kierowało się sympatiami koleżeńskimi w opiniowaniu kandydatów na prezesów i wiceprezesów sądów, a względy merytoryczne i kompetencje nie miały znaczenia”. „W wielu sądach – o czym mówią sami sędziowie – doprowadziło to do stworzenia bizantyjskich systemów powiązań i folwarków prezesów, którzy sami, według własnych pozamerytorycznych opinii, decydowali o podziale funkcji czy awansów. Zmiana uniezależnia sędziów od takiego systemu i wprowadza zasadę, że decydujące będą kompetencje kandydata, a nie układy czy szczebel sądu, w którym orzeka” – dodano. Według MS, zmiany mają umożliwiać „szybkie działanie i zapobiegać bulwersującym społecznie sytuacjom, gdy prestiżowe funkcje pełnią osoby, które utraciły zaufanie, jak w przypadku afery związanej z podejrzeniem wyłudzenia co najmniej 10 mln zł z Sądu Apelacyjnego w Krakowie”.

Dotychczas prezesi sądów apelacyjnych i okręgowych mogli być odwołani przez ministra w przypadku: rażącego niewywiązywania się z obowiązków służbowych oraz gdy dalsze pełnienie funkcji nie da się pogodzić z dobrem wymiaru sprawiedliwości. Nowela wprowadza możliwość odwołania również w sytuacji „rażącego lub uporczywego niewywiązywania się z obowiązków służbowych” oraz szczególnie niskiej efektywności działań w zakresie pełnionego nadzoru administracyjnego lub organizacji pracy w sądzie lub sądach niższych.

Przy procedurze odwoływania prezesów opinia Krajowej Rady Sądownictwa byłaby wiążąca – jeśli byłaby podjęta większością 2/3 głosów.

Z kolei przepis przejściowy przewiduje, że prezesi i wiceprezesi sądów „mogą zostać odwołani przez ministra sprawiedliwości, w okresie nie dłuższym niż 6 miesięcy od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy” – bez zachowania wymogów określonych w tych przepisach. Przez pół roku będzie też możliwość dokonania przez prezesów „przeglądu stanowisk funkcyjnych” w sądach, czyli m.in. przewodniczących wydziałów.

Zdaniem opozycji, doprowadzi to do usunięcia doświadczonych prezesów i spowolnienia prac sądów. „To będzie czystka” – oceniali podczas prac legislacyjnych posłowie PO i N. To, że jest potencjalnie kilkuset prezesów do zmiany, to nie znaczy, że wszyscy będą odwołani – zapewniał wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak.

Losowe i równe przydzielanie spraw

Według noweli, sprawy mają być przydzielane sędziom losowo, w ramach poszczególnych kategorii. Jak mówił Piebiak, „obywatel zyskuje gwarancję, że nikt nie wskaże palcem sędziego, który osądzi jego sprawę”. „Budujemy barierę – prezesi odpowiadają za administracje, a sędziowie za orzekanie” – dodał.

Przydział spraw sędziom ma być równy. Nowelizacja – jak podkreślało MS – zapewnia „równe i sprawiedliwe obciążenie pracą sędziów oraz zagwarantowanie bezstronności stronom postępowań”. „Specjalny elektroniczny system wzorowany na niemieckim zważy gatunkowo poszczególne sprawy i doprowadzi do sytuacji, że żaden z sędziów w Polsce nie będzie miał większego zakresu obowiązków niż jego kolega z wydziału czy sądu” – wskazał resort.

W razie przydzielenia sprawy wymagającej „nadzwyczajnego nakładu pracy”, sędzia-sprawozdawca będzie mógł wystąpić do prezesa sądu o wstrzymaniu mu na określony czas przydziału kolejnych spraw. Od decyzji prezesa przysługiwałoby odwołanie do kolegium sądu aby – jak podkreślało PiS – uniknąć „ewentualnych arbitralnych decyzji”.

Przeniesienie sędziego do innego wydziału wymagałoby jego zgody, poza sytuacjami, gdy następuje ono m.in. do wydziału, w którym rozpoznaje się sprawy z tego samego zakresu lub gdy żaden inny sędzia wydziału nie zgodził się na przeniesienie (wtedy bierze się pod uwagę staż pracy sędziów w wydziale).

Wprowadzono zasadę niezmienności składu orzekającego. „Raz wylosowany skład sądu nie powinien ulegać zmianie do zakończenia sprawy. Dziś w wielu sądach nowemu sędziemu w wydziale przydziela się sprawy już rozpoczęte przez innych sędziów, ze szkodą dla sprawności postępowania” – podkreślało MS.

Według Piebiaka, dzięki noweli „będzie więcej sędziów na linii”, bo ograniczone zostaną wizytacje planowe, zlikwidowane oceny okresowe i „zbędna biurokracja sądowa”. Wiceminister oceniał, że „obywatele zyskają też to, iż sędzia, który awansuje, albo przeniesie się do innej miejscowości będzie miał obowiązek sprawę dokończyć i nie zostawi sprawy rozgrzebanej”.

Sędzia sądu Apelacyjnego  

Zgodnie z nowelą, sędzią sądu apelacyjnego będzie mógł zostać sędzia sądu rejonowego lub prokurator – pod warunkiem 10 lat stażu pracy. Zapis ten krytykowała opozycja. Ministerstwo Sprawiedliwości replikowało, że już wcześniej sędzia rejonowy lub prokurator mogli trafiać do Sądu Najwyższego – co nie wywołuje kontrowersji.

Nowela wprowadza również jawność oświadczeń majątkowych sędziów za 2016 r., złożonych do 5 stycznia br., które na razie nie podlegały ujawnieniu. Jawne są już oświadczenia złożone po tej dacie. Ponadto rozszerzono zakres oświadczeń majątkowych sędziów. Obowiązkiem złożenia takich oświadczeń objęto także dyrektorów sądów.

Nadzwyczajne uprawnienia ministra sprawiedliwości

Nowe przepisy umożliwiają ministrowi sprawiedliwości wydanie decyzji o przyznaniu Skarbowi Państwa uprawnień wynikających z autorskich praw majątkowych do programu komputerowego obsługującego systemy informatyczne wymiaru sprawiedliwości. Będzie to możliwe w sytuacji zagrożenia dla „sprawności działania czy ciągłości funkcjonowania programu komputerowego albo systemu teleinformatycznego lub jeżeli zapewnienia ich sprawności czy ciągłości wymaga ważny interes państwa lub dobro wymiaru sprawiedliwości, a porozumienie z osobą, której przysługują prawa do programu, napotyka przeszkody”. Wysokość wynagrodzenia dla autora przejętych praw minister określi po zasięgnięciu opinii biegłego.

Nowością jest instytucja urlopu rehabilitacyjnego sędziego. Nowela wprowadza także możliwość delegowania sędziego do Kancelarii Prezydenta RP czy MSZ. W okręgach sądowych powołani będą koordynatorzy do współpracy międzynarodowej, prawa europejskiego i praw człowieka w sprawach cywilnych oraz karnych.

Zdaniem opozycji – która wnosiła o odrzucenie projektu – „wywraca to konstytucyjny porządek, oparty na klasycznym trójpodziale władzy”, bo daje za duże uprawnienia ministrowi sprawiedliwości. Zmiany uniezależniają sędziów od nacisków przełożonych, przywracając bezstronność i prawdziwą niezawisłość – podkreślał resort sprawiedliwości.

PAP/MoRo

Program Wschodni 12 sierpnia 2017 r. Operacja polska (1937 -1938) Goście: dr Łukasz Adamski, Krystyna Brzezińska

Operacja polska – zbrodnicza akcja wymierzona przez NKWD przeciwko Polakom na podstawie rozkazu Nikołaja Jeżowa z 11 sierpnia 1937 r., w wyniku której zamordowano co najmniej 111 tysięcy osób.

Woroszyłow, Mołotow, Stalin, Jeżow, licencja: Domena Publiczna

Goście:

dr Łukasz Adamski – Wicedyrektor Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia;

Krystyna Brzezińska – Klub Inteligencji Katolickiej w Krapkowicach na Opolszczyźnie, organizatorka kolonii dla polskiej młodzieży z parafii rzymskokatolickiej w Równem na Wołyniu;


prowadzenie: Wojciech Jankowski

realizacja: Andrzej Gumbrycht

Wydawca techniczny: Jaśmina Nowak


 

Część pierwsza:

Krystyna Brzezińska – podziękowanie za wpłaty na „Akcję Równe”.  Dzięki wsparciu słuchaczy udało się zebrać 13 tys. zł.

Część druga:

Łukasz Adamski opisał ogrom zbrodni operacji polskiej:

„Operacja Polska w praktyce oznaczała eksterminację Polaków- obywateli  sowieckich. To byli przeważnie Polacy, którzy mieszkali na obszarze Ukrainy i Białorusi sowieckiej, a także w takich tradycyjnych skupiskach polskich, jak Leningrad czy Moskwa, w większych miastach rosyjskich albo na Kaukazie”.

„W trakcie operacji polskiej rozstrzelano także przedstawicieli innych narodów, zwłaszcza Ukraińców, Białorusinów, Żydów i Rosjan, wszystkich tych, których paranoja sowiecka podejrzewała o współpracę z polskim wywiadem”.

Ponad to tematem rozmowy były współczesne stosunki polsko-ukraińskie. Na zakończenie rozmowy Łukasz Adamski przyznał, że polska strona powinna zrezygnować z wizerunku cmentarza Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy w Wilnie w aktualnie projektowanym, nowym paszporcie polskim.

Zapraszamy do wysłuchania całej audycji:

Czytaj również: Prezes IPN: Zbrodnie niemieckie „przykryły” tamte mordy. Dziś nie ma powszechnej wiedzy o mordzie Polaków z 1937 roku

 

 

Prezes IPN: Zbrodnie niemieckie „przykryły” tamte mordy. Dziś nie ma powszechnej wiedzy o mordzie Polaków z 1937 roku

Operacja polska to apogeum polskiego cierpienia na terenie Związku Sowieckiego – powiedział rosyjski historyk Nikołaj Iwanow podczas piątkowego spotkania w warszawskim centrum Przystanek Historia.

Spotkanie z Nikołajem Iwanowem, autorem publikacji Zginęli, bo byli Polakami. Koszmar „operacji polskiej” NKWD 1937-1938 i prezesem Instytutu Pamięci Narodowej odbyło się w warszawskim Przystanku Historia – Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki. Zdaniem rozmówców ta operacja stała się niezwykle ważnym elementem tworzenia „człowieka sowieckiego” w wyniku „złamaniu kręgosłupa rosyjskiej ludności”.

„To rzecz niezwykła. 100 tysięcy, niektórzy mówią, że 200 tysięcy naszych rodaków zamordowano. Ale ofiar jest więcej – to bliscy, którzy pozostają z pamięcią i cierpieniem. Dlaczego wiedza o tym nie przedostała się do świadomości? To rok 1937. Polaków mordowano, represjonowano od samego początku. Nie tylko Polaków zresztą – mordowano wszystkich, którzy sprzeciwiali się bolszewizmowi. Późniejsze zbrodnie niemieckie przykryły tamte mordy. Dziś nie ma powszechnej świadomości tych wydarzeń” – powiedział prezes IPN,. Na celowniku byli także duchowni.

Dodał, że „był to czas, gdy zachodni intelektualiści byli przywożeni do Moskwy, to czas zafascynowania tym systemem. Także wśród części polskiej inteligencji. Kilka lat później, po 17 września we Lwowie, część polskiej inteligencji poszła na kolaborację. Skala tych zbrodni była tak wielka, że trudno przyjąć ją do świadomości”.

Jak przypomniano, w latach 1937-38 w Związku Radzieckim doszło do zamordowania ponad 200 tysięcy Polaków przez NKWD. Egzekucje poprzedzały przesłuchania, przeradzające się w tortury, których celem było wydobycie fałszywych zeznań lub przyznanie się do fikcyjnych zbrodni. Autor publikacji podkreślił, że wszystko to działo się na rozkaz Józefa Stalina, a jedyną winą ofiar operacji była ich narodowość.

„Popatrzmy na tych żołnierzy, którzy wykonywali egzekucje, strzelali. Czy to są kaci? To są również ofiary – nikt z nich nie przeżył. Praktycznie wszyscy zostali zamordowani. Tak działał ten nieludzki system” – powiedział Iwanow podczas spotkania w Centrum Edukacyjnym IPN. „Operacja polska to apogeum polskiego cierpienia na terenie Związku Sowieckiego, ale represje to cały okres międzywojnia” – zaznaczył.

„Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie młodego mężczyznę, powiedzmy że 35-letniego, mającego napisane w paszporcie, że jest narodowości polskiej. W 1937 r. nie ma szansy przeżycia. Jedyne, co może zrobić, to uciec do lasu i spróbować przejść przez granicę. Nieważne, czy miał faktycznie coś wspólnego z Polską Organizacją Wojskową. Wystarczyło, że jest Polakiem. Dla Jeżowa i Stalina to był potencjalny wróg. Czy ktokolwiek mógł zagrozić Stalinowi w 1937 roku? Kto z nią graniczył? Estonia, Łotwa, Finlandia… no i Polska. Pamięć o 1920 r., o porażce w bitwie o Warszawę spowodowała, że Polska była dla Stalina idealnym straszakiem do rozpętania terroru i wyczyszczenia Związku Sowieckiego z potencjalnych wrogów” – zauważył autor „Zginęli, bo byli Polakami”.

Eksterminację Polaków przeprowadzono na podstawie rozkazu operacyjnego nr 00485, który szef NKWD Nikołaj Jeżow wydał 11 sierpnia 1937 roku. Rozkaz, przed jego wydaniem, zaakceptowało Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP(b) z Józefem Stalinem na czele. W ocenie niektórych historyków w wyniku operacji funkcjonariusze NKWD zamordowali od 140 do 200 tys. osób narodowości polskiej.

 

Podczas spotkania głos zabrał również Robert Malicki, członek zarządu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, która jest mecenasem tego albumu. Stwierdził, że mimo swojego zainteresowania historią o tych wydarzeniach dowiedział się przed rokiem. Kilka słów powiedział też Tomasz Szponder z wydawnictwa Rebis.

 

Na koniec spotkania, odpowiadając na pytania publiczności, autor stwierdził między innymi, że nie ma zbyt dużych szans na dostęp do rosyjskich archiwów.

 

 

WJB/PAP

VIII Europejskie Targi Produktów Regionalnych w Zakopanem: Sześć dni wspaniałej zabawy i kulinarnych podróży po Europie

Dzień 45. z 80 / Zakopane – Będzie można popróbować za darmo, ale zachęcam do odwiedzania stoisk, na których będą naprawdę wartościowe produkty regionalne, które warto nabyć – mówiła Helena Buńda.

Na Górnej Równi Krupowej w Zakopanem pełną parą działa miasteczko festiwalowe, w którym odbywają się VIII Europejskie Targi Produktów Regionalnych. Otwarto je dziś i jeszcze przez cały przedłużony do 15 sierpnia weekend będzie można skosztować europejskich wyrobów z certyfikatem żywności regionalnej, w tym „króla wszystkich europejskich serów – oscypków podhalańskich”.

– Targi w Zakopanem to święto wszystkich wartościowych produktów europejskich, takich jak sery, wędliny, pieczywa, soki, wina, oliwy, oliwki, czyli wszystko to, co rośnie w warunkach naturalnych, co jest dla nas zdrowe i najlepsze – powiedziała Helena Buńda, dyrektor Tatrzańskiej Agencji Rozwoju Promocji i Kultury.

Jak co roku w sierpniu na zakopiańskiej Dolnej Równi Krupowej swoje produkty zaprezentują producenci z całej Europy. Będzie można się poznać dziedzictwo kulinarne wielu krajów Europy. Nie zabraknie również wyrobów rękodzieła ludowego.

– Chcemy pokazać, że bardzo często tuż obok nas wytwarzane są produkty wartościowe, o których jednak niewiele wiemy – powiedziała pani Buńda. W tym roku na targach będzie dużo o jagnięcinie – mięsie niedocenianym w Polsce.

[related id= 34238]Sierpień to czas, gdy w Tatrach odpoczywa kilkaset tysięcy turystów z Polski i z całego świata. Dla nich więc Europejskie Targi Produktów Regionalnych będą wyprawą w najciekawsze zakątki autentycznej Polski i Europy – bez tandety i rzeczy, które przez globalizację obecne są w dzisiejszych czasach wszędzie.

– Będzie można popróbować za darmo, ale zachęcam do odwiedzania stoisk, na których będą naprawdę wartościowe produkty regionalne, które warto nabyć – mówiła dyrektor TARPiK.

Celem targów jest także wymiana doświadczeń pomiędzy wystawcami oraz nawiązanie współpracy międzynarodowej.
Podczas targów odbywa się: Festiwal Oscypka i Serów Wszelakich otwierany barwnym korowódem, w którym uczestniczą bacowie, delegacje władz samorządowych, goście zaproszeni i tłumy turystów. Podczas festiwalu pokazana jest m.in. produkcja osypka, różne sposoby jego zastosowania w kuchni. Odbywają się również zawody z udziałem baców i publiczności. „Próba smaku”, czyli konkurs na najlepszy oscypek, gdzie brane są pod uwagę wielkość, kształt i kolor osypka, „Pucenie Oscypka”, „Dojenie i strzyżenie owiec” zawody dla baców, juhasów i honielników.

fot. Luiza Komorowska

Przez cały czas trwania festiwalu odbywają się występy zespołów regionalnych, degustacja potraw góralskich i oscypka, bundzu i żętycy. Nagrody przyznawane są przez komisję konkursową składającą się z baców, starosty tatrzańskiego, inspektora weterynaryjnego, zaproszonych gości i publiczności. Podczas imprezy przeprowadzany jest też konkurs „Na najlepszy produkt Europejskich Targów Produktów Regionalnych”.

Europejskie Targi Produktów Regionalnych skupiają producentów produktów regionalnych i tradycyjnych z kraju i z zagranicy. Mimo tradycyjnego charakteru podczas Targów, obok występów regionalnych,  odbywają się również koncerty gwiazd muzyki popularnej, a także pokazy kulinarne wraz z degustacjami i wszelakiego rodzaju konkursy.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

Kornik jest efektem błędnych decyzji w przeszłości, kiedy wielogatunkowe lasy zastąpiono sztucznymi monokulturami

Dzień 45. z 80 / Zakopane / Poranek WNET – O tym, jak kornik drukarz stał się „zwierzęciem politycznym”, oraz o tym, czy i jak należy go zwalczać – w Radiu WNET w rozmowie z tatrzańskimi leśnikami.

W ostatniej części Poranka WNET w Zakopanem Witold Gadowski rozmawiał z Jan Krzeptowskim-Sabałą i Tomaszem Krzyżanowskim, leśnikami z Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Ich zdaniem w dyskusji, czy wolno w Polsce zwalczać kornika drukarza, jest więcej polityki niż merytorycznych argumentów. Kornik drukarz jest elementem ekosystemów w Polsce. Jest szkodnikiem, powoduje duże straty. Metodą jego zwalczania jest bieżąca kontrola lasu, wycinanie zainfekowanych drzew i korowanie ich. W ten sposób hamuje się ekspansję kornika, gdyż z jednego zarażonego drzewa może wylecieć kilka tysięcy korników i zarazić około trzydziestu drzew. Ekspansja kornika jest bardzo dynamiczna, taki proces może powtarzać się kilkakrotnie w ciągu sezonu.

Na zwalczanie kornika ma wpływ wiele kwestii, między innymi struktura własności lasów i struktura gospodarczo-użytkowa. W obszarach ochrony ścisłej kornika się nie zwalcza, gdyż jest tam traktowany jako element ekosystemu. Rezerwat ścisły „nie znajduje się na księżycu”. W niewielkiej odległości od niego są lasy gospodarcze, w których kornika się zwalcza. Jest to sytuacja „trochę nienormalna” –  „w jednych miejscach kornika zwalczamy, w innych pozwalamy mu się rozmnażać”.

Tak też jest w Puszczy Białowieskiej, gdzie 9700 ha to park narodowy, a ponad 70 000 ha to lasy gospodarcze. Poprzedni wiceminister środowiska za namową organizacji ekologicznych („którym się wydaje, że zjadły wszystkie rozumy”) podjął „błędne decyzje, czterokrotnie obniżając etat rębny.

Istotny jest też kontekst historyczny lasów. Większość regla dolnego są to lasy przekształcone. Kiedyś były to lasy głównie bukowe. „Tam kornik nie za bardzo miał co robić”. W XIX wieku na potrzeby przemysłu buki zostały wyrąbane, a w jego miejsce posadzono świerki. Kornik jest więc efektem błędnych decyzji w przeszłości, kiedy bogate wielogatunkowe lasy zastąpiono sztucznymi tzw. monokulturami. Stworzona została w ten sposób „stołówka dla kornika”. Odkąd powstał park narodowy, prowadzony jest program stopniowej przebudowy lasów, sadzi się buki, jodły, jawory, stopniowo usuwa świerki.  [related id=34243]

Coraz więcej połaci lasów w Tatrach to lasy wyschnięte. Są to lasy prywatne, gdzie nie prowadzi się wyrębu i rozmnaża się kornik. Widoczne jest to nawet z centrum Zakopanego, skąd można zobaczyć stoki Gubałówki, „które powoli coraz bardziej stają się nie zielone, a rude lub brązowe”. Na pewno są to zaniedbania prywatnych właścicieli i publicznego nadzoru – starostwa lub nadleśnictwa.

Kornik rozwija się też w działkach leśnych, nawet niewielkich, które mają kilku prywatnych właścicieli. Często nie mogą oni porozumieć się co do wykonania niezbędnych prac. Kornik rozmnożony na takim terenie przenosi się na sąsiednie.

W tej całej sytuacji rodzi się kornik jako „zwierzę polityczne”. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, co chcemy osiągnąć i jakimi metodami się przy tym posługiwać. Mogą to być metody naturalne – czyli takie, jakie wytworzyła natura. Przy tym jednak przyjąć należy, że nie zależy nam na produkcji leśnej („Niech się dzieje, co chce, niech się wszystko wyrówna”). Musimy wtedy jednak wiedzieć, że obecnie są inne realia niż były np. w XIII czy XIV wieku. Są różnego rodzaju zagrożenia, które wytworzyła cywilizacja ludzka (np. wspomniane monokultury leśne).

Jeśli decydujemy się, że dany las jest lasem gospodarczym, to musimy przyjąć metody naukowe. Przy takim założeniu działalność Ministerstwa Środowiska i Lasów Państwowych jest jak najbardziej słuszna. Tylko pozostaje żal, że z Puszczy Białowieskiej stworzono pole bitwy politycznej.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy z Janem Sabałą-Krzeptowskim i z Tomaszem Krzyżanowskim w ostatniej, piątej części Poranka WNET.

JS

„Wielkopolski Kurier Wnet” 38/2017: Skandaliczny raport o wolności prasy w Polsce stronniczo interpretujący fakty

Zmiana statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne” pod wpływem tendencyjnego raportu A. Chapman, przedstawicielki organizacji Freedom House, opublikowanego 29 czerwca 2017 roku.

Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce

Podobno rząd Prawa i Sprawiedliwości niszczy wolność prasy w Polsce. Tak przynajmniej uważa międzynarodowa organizacja o nazwie Freedom House, zajmująca się opisywaniem przejawów łamania demokracji na świecie. Przejawy, jakie wskazuje Freedom House, są jednak kuriozalne, wśród nich wymieniane jest np. to, że rząd PiS serwuje narrację historyczną, która „w znacznym stopniu omija udział Polaków w zbrodniach II wojny światowej”, a jednocześnie eliminuje głosy przeciwne. Jako przykład wskazuje się Jana Tomasza Grossa. Takie m.in. argumenty służą teraz za uzasadnienie zmiany statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne”. Raport jest opublikowany wyłącznie w języku angielskim, dlatego prezentujemy tłumaczenie najbardziej istotnych fragmentów tego raportu.

Tytuł raportu: Pluralizm pod obstrzałem: Atak na wolność mediów w Polsce – Raport Freedom House (fragmenty)

Zmiana statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne” została spowodowana przez nietolerancję rządu dla niezależnego bądź krytycznego dziennikarstwa, nadmierne polityczne zaangażowanie w sprawy mediów publicznych oraz ograniczenia wolności słowa w zakresie polskiej historii i świadomości. To wszystko razem przyczyniło się do wzmożonej autocenzury oraz polaryzacji.

Kluczowe zmiany w 2016 roku [wg Freedom House – uzup. red.]:

  • Prawo medialne, które zaczęło obowiązywać od stycznia, nadaje Ministrowi Skarbu (zamiast ciału niezależnemu) prawo wyznaczania menadżerów polskich publicznych mediów – radia i telewizji. Do kwietnia ponad 140 pracowników mediów publicznych zrezygnowało bądź zostało wyrzuconych z pracy.
  • W grudniu rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość próbowała ograniczyć dziennikarzom dostęp do posłów w budynku parlamentu, ale porzuciła swoją inicjatywę w wyniku oporu opozycji i presji opinii publicznej.
  • Biura rządowe zrezygnowały z subskrypcji mediów sprzyjających opozycji, a w tym samym czasie spółki należące do państwa polskiego przekierowały środki na reklamę do medialnych ośrodków prorządowych.
  • Rząd Prawa i Sprawiedliwości podejmował próby podważania wiarygodności głosów kwestionujących preferowaną narrację historyczną, która w znacznej mierze pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej.

Streszczenie Raportu

Polska ma żywotne, ale silnie spolaryzowane środowisko medialne, gdzie nadal obowiązują restrykcyjne prawa. Po zdobyciu władzy pod koniec 2015 roku konserwatywny rząd Prawa i Sprawiedliwości rozpoczął głęboką przebudowę mediów publicznych, powołując się na potrzebę ich odpolitycznienia.

Prawo przegłosowane w grudniu 2015 wygasiło kadencje menadżerów w polskich publicznych mediach – radiu i telewizji. Równocześnie przyznano Ministrowi Skarbu prawo wyboru następców tych menadżerów. Do kwietnia 2016 ponad 140 pracowników mediów publicznych zrezygnowało bądź zostało wyrzuconych z pracy. Zmiany personalne, które miały miejsce w ciągu roku, spowodowały wzmożenie autocenzury wśród dziennikarzy pracujących w ośrodkach mediów publicznych. W wyniku konfliktowej relacji rządu z krytycznymi mediami autocenzura nasiliła się również wśród dziennikarzy pracujących dla mediów prywatnych, sprzyjających opozycji.

W grudniu 2016 polski Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok, że władze złamały konstytucję, podejmując decyzję o wyłączeniu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z decyzji dotyczących składu nowych zarządów i rad nadzorczych w mediach publicznych. Nowa Rada Mediów Narodowych, która uzyskała w czerwcu uprawnienia do obsadzania tych stanowisk, zignorowała ten wyrok.

Przekaz mediów publicznych przez cały rok faworyzował Prawo i Sprawiedliwość. Równocześnie agencje rządowe zrezygnowały z dalszej subskrypcji mediów sprzyjających opozycji, a firmy należące do państwa zrezygnowały z kontraktów reklamowych z nimi. W grudniu starania rządu, aby ograniczyć dziennikarzom dostęp do posłów w parlamencie, spowodowały próbę zablokowania głosowania nad budżetem na rok 2017, a także publiczne demonstracje przed budynkiem parlamentu. W konsekwencji władze porzuciły swój plan.

W ciągu całego roku rząd Prawa i Sprawiedliwości dążył do zakwestionowania tych głosów w mediach, które rzucały wyzwanie preferowanej przez władze narracji historycznej, w znacznym stopniu pomijającej zaangażowanie Polaków w zbrodnie z okresu II wojny światowej. W lutym TVP przed emisją filmu „Ida” (o katolickiej zakonnicy odkrywającej, że jej rodzice byli Żydami i zginęli podczas II wojny światowej) nadała 12-minutowy wstęp, w którym komentatorzy stwierdzali, że film niedokładnie przedstawia polską historię.

W osobnym zdarzeniu, w kwietniu, prokuratorzy pięć godzin przesłuchiwali historyka zajmującego się Holocaustem – Jana Grossa. Sprawa dotyczyła zarzutów publicznego znieważenia polskiego narodu i była związana z artykułem z 2015 roku, w którym Gross stwierdzał, że podczas II wojny światowej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. Opinie Grossa spowodowały, że Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy rozważała odebranie mu Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, który otrzymał w 1996 roku.

Wstęp do Raportu

(…) Zgodnie z opisem Annabelle Chapman zawartym na stronach raportu, Polska w ostatnim czasie stała się ważnym polem bitwy liderów o skłonnościach autorytarnych, którzy chcą uzyskać kontrolę nad dyskursem politycznym oraz zniszczyć pluralizm mediów.

Polska stanowi ważny klin w nasilającym się konflikcie między zwolennikami krytycznego i niezależnego dziennikarstwa a tymi, którzy dążą do dominacji państwa. (…)

Polska po dekadach komunistycznej opresji objawiła się jako ważny uczestnik światowej demokratycznej wspólnoty. Jakikolwiek poważny krok w tej dziedzinie miałby reperkusje wykraczające daleko poza samą Polskę. Przywództwo rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość wykorzystało swoją dominację w parlamencie do ataku na autonomię innych, obok mediów, instytucji demokratycznych – organizacji prawniczych, uniwersyteckich i społecznych. Liderzy tej partii przyjęli wiele metod, które w sąsiednich Węgrzech doprowadziły do antydemokratycznych przemian po 2010 roku. Mówią językiem populistów w Europie i na świecie, oskarżając swoich politycznych oponentów o brak patriotyzmu – „nie są prawdziwymi Polakami”. Są napędzani impulsem większościowym – stwierdzeniem, że większość parlamentarna, nieważne, jak mała, przyznaje zwycięzcom prawo do podkopywania prawnych, konstytucjonalnych oraz normatywnych kontroli władzy politycznej. (…)

Atak na pluralizm

Wkrótce po wygraniu wyborów parlamentarnych w październiku 2015 r. prawicowa partia Prawo i Sprawiedliwość, wymieniła zarządy nadawców publicznych – telewizji i radia. Od tego czasu program wieczornych wiadomości w telewizji publicznej stał się rzecznikiem rządu PiS, chwaląc jego codzienne sukcesy w kraju i za granicą. Przywódcy partyjni przemyśleli sposoby dławienia krytyki, która wylała się ze strony mediów prywatnych na działania rządu. W tym wysiłku znaczącą rolę odgrywa podskórna obawa przed prasą, zarówno krajową, jak i zagraniczną. Widoczna jest ona w relacjach polityków PiS z dziennikarzami oraz w udaremnionej próbie z 2016 r. ograniczenia dostępu dziennikarzy do parlamentu. Próby okiełznania mediów ze strony PiS są częścią szerszego planu tej partii, by osłabić mechanizmy kontrolne, które gwarantują demokratyczność Polski.[related id=34289]

Pod przywództwem swego samotniczego lidera Jarosława Kaczyńskiego PiS kontroluje władzę wykonawczą i ustawodawczą, gdzie posiada samodzielną większość, a także posunęło się w kierunku podważenia autonomii władzy sądowniczej. Jego agresywne zmiany dokonywane w Trybunale Konstytucyjnym spowodowały oskarżenia o podważanie prawa w Polsce: w zdarzeniu bez precedensu Komisja Europejska badała kwestię na początku 2016 roku. W tym czasie partia zajęła się obsadzaniem politycznymi lojalistami stanowisk w państwowych firmach, w służbie cywilnej, wojskowej oraz dyplomatycznej.

Gracze międzynarodowi, w tym Unia Europejska, wyrazili zaniepokojenie zmianami przeprowadzonymi przez PiS w mediach publicznych, ale mieli kłopot ze sformułowaniem bardziej konkretnego stanowiska. Co więcej, istnieje ryzyko, że sytuacja w polskich mediach zostanie zapomniana wraz z przeniesieniem gdzie indziej uwagi analityków i tych, którzy tworzą prawo. Jednakże w kraju ma nadal miejsce niszczenie wolności prasy, gdzie zarówno publiczne, jak i prywatne ośrodki adaptują się do nowej sytuacji w Warszawie. Sama partia stwierdza, że „reformowanie” mediów nie zostało jeszcze ukończone. (…)

Polaryzacja i stronniczość

Polskie media są silnie spolaryzowane, z grubsza odzwierciedlając rozdźwięk między PiS a jego politycznymi oponentami. Od wyborów 2015 ta polaryzacja stała się jeszcze bardziej dotkliwa. Podział dotyczy kontrowersyjnych decyzji PiS, dotyczących dzielącego ludzi stosunku do równych praw dla środowiska LGBT (lesbijki, geje, transseksualiści oraz osoby transpłciowe), możliwych uchodźców z Bliskiego Wschodu oraz Unii Europejskiej. Podział jest widoczny na okładkach tygodników. Na przykład w lipcu 2016 numer jednego prawicowego tygodnika „DoRzeczy” miał okładkę z hasłem „Polska kontra homoimperium: Jak możemy się bronić przed terrorem progresistów”. Na okładce polskiej edycji „Newsweeka” w tym samym tygodniu hasło brzmiało „Polska w runie”, odnoszące się do ustaw PiS od czasu przejęcia władzy.

Sprzeczne wizje świata były podobnie widoczne także po reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europy w marcu 2017. Reelekcję tę rząd PiS próbował zablokować. „DoRzeczy” na swojej okładce pokazało Tuska, z podpisem: „Ich człowiek w Brukseli” – echo słów Kaczyńskiego, który wcześniej nazwał Tuska „niemieckim kandydatem”. W tym czasie okładka „Newsweeka” przedstawiła Kaczyńskiego, który pali flagę Unii Europejskiej, i podpis „Rozwód z Europą”. Słowa te odnosiły się do faktu, że wszystkie pozostałe kraje UE zagłosowały za Tuskiem i robiły aluzję do obaw – jakkolwiek mało prawdopodobnych – że Kaczyński może wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. (…)

Na przestrzeni lat publiczne radio i telewizja miały zwyczaj sympatyzować z partią, która aktualnie jest u władzy. Polska nie ma tradycji niezależnego nadawcy „w służbie publicznej”, takiego jak BBC (British Broadcasting Corporation). Jednakże od czasu, kiedy na początku 2016 r. PiS wymienił szefów nadawców publicznych, przekaz wiadomości stał się znacznie bardziej stronniczy. Wieczorny program informacyjny TVP, Wiadomości, jeden z dwóch najbardziej popularnych
w kraju, stał się tubą propagandową dla przywódców PIS.

Stronniczość w polskich mediach jest związana z uprzedzeniami samych dziennikarzy. Wielu z nich nie jest neutralnych; dopingują oni PiS lub jego przeciwników od 10 lat lub dłużej. Są nawet dwie główne organizacje dziennikarskie o różnych orientacjach: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP), postrzegane jako sympatyzujące z rządem PiS, oraz Towarzystwo Dziennikarskie (TD), które protestuje przeciwko pomysłom PiS. Po obu stronach politycznego spektrum linia graniczna między wiadomością a politycznym komentarzem jest często dość nieostra. (…)

Właściciele zagraniczni mają pozycję dominującą na polskim rynku medialnym, a fakt ten uzyskał dodatkowe znaczenie polityczne od czasu, kiedy u władzy jest rząd PiS. Kaczyński na głosy krytyczne względem działań PiS odpowiedział stwierdzeniem, że „większość naszych mediów jest w rękach niemieckich”. W maju 2016 powiedział, że sytuacja, w której „zagraniczny kapitał wykorzystuje bieżącą sytuację polityczną dla akcji politycznych, jest niedopuszczalna”. By przeciwdziałać tak postrzeganemu problemowi, Kaczyński wezwał do „repolonizacji” mediów. Nie jest jasne, jak rząd miałby przeprowadzić takie zadanie (…)

„Repolonizacja”

Rząd PiS używa tego określenia w odniesieniu do mediów, a także banków, mając na myśli wysiłki mające zwiększyć krajową własność w polskim sektorze finansowym. W kontekście medialnym „repolonizacja” ma jasne przesłanie polityczne, jako że niektórzy politycy PiS argumentują, że ośrodki medialne znajdujące się w obcych rękach celowo dokonują niekorzystnego przekazu na temat obecnego rządu w celu zdyskredytowania go.

Mimo że polskie media drukowane oraz ośrodki radiowe są przed wszystkim prywatne i zdywersyfikowane pod względem struktury własności, zagraniczni właściciele, głównie niemieccy, kontrolują około trzech czwartych polskiego rynku mediów. Należą do nich Bauer Media Group, Verlagsgruppe Passau (działający w Polsce pod nazwą Polska Press) oraz Ringier Axel Springer. Jedynym krajowym konkurentem jest Agora, do której należy „Gazeta Wyborcza”, a także pewna liczba czasopism, stacji radiowych, platform internetowych oraz dom wydawniczy.

Firma Agora jest notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych od 1999 r. Spośród największych dzienników „Fakt” należy do Ringier Axel Springer Polska, a „Puls Biznesu” do szwedzkiego Bonnier Business Polska. „Newsweek Polska” także należy do Ringier Axel Springer. Bauer posiada RMF FM, najbardziej popularne radio w Polsce. W latach i dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych „Rzeczpospolita” była częściowo w posiadaniu firm zagranicznych, takich jak norweska Orkla Group oraz brytyjska Mecom Group. W 2011 została kupiona przez polską firmę Gremi Media, do której obecnie należy 100% udziałów. Na rynku telewizyjnym TVN został w 2015 zakupiony przez amerykańską firmę Scripps Networks Interactive.

Własność zagraniczna jest najbardziej wyraźna w mediach regionalnych. Jednym z największych właścicieli jest Polska Press, która wydaje 20 dzienników regionalnych w 15 z 16 polskich województw, a także ponad 150 lokalnych dzienników. Wedle informacji na ich stronie, firma codziennie osiąga 6,3 miliona czytelników w Polsce. W 2013 zakupiła ona od Mecom Group Media Regionalne, drugiego największego gracza na rynku mediów regionalnych. Transakcja została ostatecznie zaakceptowana przez polski urząd ds. konkurencji. (…)

„Mała ustawa medialna”

Media publiczne stanowiły jeden z głównych celów PiS po wygraniu przez tę partię wyborów w październiku 2015 r. Krzysztof Czabański, były dziennikarz, został mianowany wiceministrem kultury oraz pełnomocnikiem rządu do przygotowania reformy publicznych nadawców – radia i telewizji. PiS działało w trybie pilnym. „Jeśli media sądzą, że będą w najbliższym czasie zajmowały uwagę Polaków krytykowaniem naszych zmian lub naszych planów zmian, to muszą zostać zatrzymane” – powiedział tej jesieni do dziennikarzy Ryszard Terlecki, szef ścisłego kierownictwa partii.

28 grudnia tzw. mała ustawa medialna przygotowana przez PiS została przedstawiona w parlamencie. Była ona w zamierzeniu prawem tymczasowym, mającym obowiązywać przez sześć miesięcy, by w tym czasie było możliwe stworzenie bardziej wszechstronnego prawa. Główne postanowienia oznaczałyby wygaszenie mandatów ówczesnych członków rad nadzorczych i zarządów w mediach publicznych oraz obsadzenie tych stanowisk przez bezpośrednie nominacje Ministra Skarbu, a nie, jak dotychczas, w wyniku konkursów organizowanych przez KRRiT. Taki stan miał obowiązywać do czasu, aż dzięki nowemu prawu będzie możliwe stworzenie „nowej narodowej organizacji medialnej”.

PiS przepchnął ustawę przez parlament dwa dni później, ignorując głosy z zagranicy, wyrażające obawy. Opozycja głosowała przeciw, a Ruch Kukiz’15 wstrzymał się od głosu. (…) Ustawa wkrótce zatrzęsła polskimi mediami publicznymi. Nawet zanim weszła ona w życie, dyrektorzy TVP1, TVP2, TVP Kultura oraz Telewizyjnej Agencji Informacyjnej zrezygnowali ze stanowisk, aby w ten sposób wyrazić swój protest. 8 stycznia TVP i Polskie Radio otrzymały nowych dyrektorów; szefem telewizji został Jacek Kurski, były poseł PiS. Zmiany personalne od stycznia 2016 nie ograniczyły się do pozycji na szczytach. Wedle listy przygotowanej przez Towarzystwo Dziennikarskie (bardziej liberalne z dwóch głównych organizacji dziennikarskich w Polsce) 225 dziennikarzy opuściło media publiczne w ciągu 2016 r., ze względu zarówno na zwolnienia, jak i rezygnacje. Dotyczyło to nie tylko dziennikarzy zajmujących się polityką.

Kontrowersyjne zmiany PiS dotyczące kierownictwa oraz pracowników mediów publicznych wywołały protesty w Polsce. Przeciwnicy ostrzegali, że rząd domaga się bezpośredniej kontroli nad polityką redakcyjną i treścią w celu przepychania swoich partyjnych oraz ideologicznych interesów. Protest dotyczący „wolnych mediów” zorganizowany przez KOD przed biurami TVP w śródmieściu Warszawy odbył się 9 stycznia 2016 r., a brało w nim udział ponad 20 000 osób – w tym władze miasta. Na scenie dziennikarze związani z Gazetą Wyborczą oraz inni liberalni publicyści potępili zmiany i wypowiadali się, popierając wolność słowa. „Dziś zabrali się za media publiczne, a jutro będą chcieli przechwycić media prywatne – mówił Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej. Podobne protesty miały miejsce tego dnia w innych polskich miastach oraz wśród Polonii za granicą.

Bracia Kurscy

Podział w polskiej polityce sięga poziomu rodzin, a wyraźny przykład stanowi przypadek znanych postaci medialnych – Jarosława oraz Jacka Kurskich. Bracia dorastali w Gdańsku, portowym mieście, które było kolebką związku zawodowego Solidarność. Jarosław był rzecznikiem lidera Solidarności Lecha Wałęsy. Jest obecnie pierwszym zastępcą redaktora naczelnego liberalnego dziennika – Gazety Wyborczej, będącej w konflikcie z rządem PiS. Jego młodszy brat Jacek od stycznia 2016 r. jest szefem publicznego nadawcy – TVP. Jest częścią kierownictwa, które otrzymało nominacje w kontrowersyjny sposób po przejęciu władzy przez PiS. W latach 2005–2009 był posłem PiS, a następnie eurodeputowanym z ramienia tej partii. Angażował się w kampanię prezydencką Lecha Kaczyńskiego, brata bliźniaka lidera PiS – Jarosława Kaczyńskiego.[related id=34281]

Nowa ustawa oraz fluktuacja kadr zostały poważnie skrytykowane za granicą. We wspólnym oświadczeniu Europejskie Stowarzyszenie Dziennikarzy, Europejska Unia Nadawców, Stowarzyszenie Dziennikarzy Europejskich, Reporterzy bez Granic, Komitet Obrony Dziennikarzy oraz Indeks Cenzury nazwały ustawę „krokiem wstecz”. Przedstawiciel Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie Dunja Mijatović ostrzegł, że zmiany mogą „zagrozić podstawowym warunkom niezależności, obiektywizmu oraz bezstronności nadawców publicznych”. 13 stycznia „mała ustawa medialna” stała się przedmiotem debaty w Komisji Europejskiej, kiedy Komisja rozpoczęła ocenę sytuacji w Polsce w odniesieniu do procedury sprawdzania praworządności. Jednakże, później skoncentrowano się na zmianach wprowadzonych przez PiS w Trybunale Konstytucyjnym. (…)

Dziennikarz sportowy Tomasz Zimoch

Fluktuacja pracowników w polskich mediach publicznych od przejęcia władzy przez PiS nie ogranicza się do komentatorów politycznych. Ofiary działań PiS znajdują się między dziennikarzami sportowymi, jak Tomasz Zimoch, który od czterdziestu lat pracował w radiu publicznym. Jego audycje były tak popularne wśród Polaków, że podczas meczów wyłączali oni dźwięk w telewizorach, aby słuchać jego radiowego komentarza. Zimoch, którego ojciec pracował jako szef Krajowej Rady Adwokackiej, oraz który sam ma kwalifikacje sędziego, wypadł z łask w maju 2016. Stało się tak, kiedy w wywiadzie skrytykował działania PiS wobec Trybunału Konstytucyjnego i nazwał podejście PiS wobec mediów publicznych „gorszym niż to w czasach komunizmu”. Niedługo potem został zawieszony przez komisję etyki publicznego radia za rzekomy brak lojalności względem swojego ośrodka. Zimoch odpowiedział, wypowiadając swój kontrakt. Od tego czasu pracuje dla komercyjnego Radia ZET. (…)

Wieczorne wiadomości

Najbardziej widocznym przejawem konsekwencji zmian przeprowadzonych przez PiS w mediach publicznych jest wpływ na program wieczornych wiadomości w telewizji publicznej. Wiadomości to program informacyjny nadawany codziennie o 19:30 na antenie TVP1. Od stycznia 2016 szefuje mu Marzena Paczuska, długoletnia dziennikarka TVP. Przekaz zawarty w Wiadomościach ma znaczenie: to jeden z dwóch najczęściej oglądanych wieczornych programów informacyjnych z przeciętną widownią na poziomie blisko 3 milionów.

Od początku roku 2016 przekaz Wiadomości o wydarzeniach w kraju i za granicą współgra z poglądami rządu PiS. Ta zbieżność mogła być dostrzeżona w relacjach z „czarnego protestu” 3 października 2016. Tego dnia w całej Polsce 100 000 ubranych na czarno kobiet protestowało przeciwko projektowi ustawy zaostrzającej restrykcje dotyczące aborcji, projektowi popieranemu przez posłów PiS. 2 minuty i 58 sekund przekazu poświęconego protestowi poprzedziło 2 minuty 22 sekundy informacji o „białych” kontrmanifestacjach zwolenników poważniejszych restrykcji. Takie przedstawienie sprawy sugerowało, że oba rodzaje manifestacji miały podobny zasięg i znaczenie. Komentarz spoza kadru brzmiał, że 11 000 ludzi wzięło udział w wydarzeniu facebookowym, które sprzeciwiało się „czarnemu protestowi”. W kwestiach międzynarodowych prawicowa stronniczość Wiadomości była widoczna w relacji z wyborów prezydenckich w Austrii 4 grudnia 2016, podczas których kandydat skrajnej prawicy przegrał z nominatem Partii Zielonych. Tamtego wieczoru Wiadomości nie użyły określenia „skrajna prawica”. Relacja skupiona była na rzekomej kampanii nienawiści wymierzonej w kandydata skrajnej prawicy. Mówiono także widzom, że ten kandydat propagował dobre relacje z Polską i Węgrami (…)

Dokument TVP „Pucz”

Wyraźnym przykładem na obecną stronniczość TVP jest „Pucz”, 30-minutowy film, przedstawiany jako dokument. Został wyemitowany w TVP1 15 stycznia 2017. Główny przekaz to informacja o kryzysie politycznym z grudnia 2016, kiedy próby PiS ograniczenia dziennikarzom dostępu do parlamentu spowodowały okupację sali plenarnej Sejmu przez posłów opozycji, w czasie gdy przed budynkiem gromadzili się demonstranci. Używając dokładnie wybranych przekazów informacyjnych i montażu, film pokazuje te wydarzenia jako celowe próby opozycji obalenia rządu PiS. Przedstawia demonstrantów przeciwko PiS jako osoby wulgarne i potencjalnie gwałtowne oraz sugeruje, że mają związki z były reżimem komunistycznym i Kremlem. Film snuje analogie z niepokojami na Ukrainie po proteście Majdanu w 2013–2014, pokazując palenie opon przez demonstrantów w Kijowie. Pod koniec filmu pokazany jest minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, mówiący: „to była próba anarchii, próba przejęcia władzy” (25:55). Film kończą napisy sugerujące, że opozycja próbowała „rozniecić histerię za granicą, by zaprezentować pucz w Polsce jako majdan przeciwko opresyjnej władzy” oraz „doprowadzić do zmiany reżimu przez zamieszki, rewoltę w aparacie bezpieczeństwa, nacisk zewnętrzny i medialny oraz paraliż Sejmu i rządu”. Przez cały film Kaczyński jest przedstawiany jako osoba zrównoważona, dążąca do rozładowania i deeskalacji sytuacji.

Dostęp do parlamentu

Próba rządu PiS ograniczenia dziennikarzom dostępu do parlamentu pokazała po raz pierwszy, jak polityka tej partii bezpośrednio wpływa na cały system medialny, a nie tylko elementy publiczne. Kancelaria Sejmu proponowała, żeby:

  • Liczbę dziennikarzy dopuszczanych do parlamentu ograniczyć do „dwojga stałych korespondentów parlamentarnych” na ośrodek;
  • Pozostałych dziennikarzy umieścić w oficjalnym centrum medialnym poza głównym budynkiem parlamentu, zamiast pozwalać im spotykać się z politykami na korytarzach sejmowych;
  •  Ograniczyć nagrania audiowizualne.

Te regulacje były prezentowane jako próba poprawy warunków pracy oraz dostępności. Oficjalna, wyjaśniająca zmiany broszura opublikowana przez Sejm głosiła, że obecność mediów w parlamencie „nie jest uregulowana przez konkretne i jednoznaczne prawa, które pozwoliłby i posłom, i dziennikarzom na wykonywanie ich obowiązków zawodowych w sposób profesjonalny”. Dodano, że komunikacja między posłami a mediami ma miejsce w „chaotycznych, przypadkowych warunkach”. Dokument wskazywał również na „brak pluralizmu i równego dostępu” w interakcji mediów z politykami, twierdząc że obecna sytuacja dyskryminuje określone ośrodki, szczególnie mniejsze. Podsumowanie broszury zawierało fragment o zasadach dostępu w innych krajach europejskich oraz Parlamencie Europejskim.

Proponowane posunięcie wywołało oburzenie, i to nie tylko w środowiskach zazwyczaj krytycznych wobec PiS. Jeden z redaktorów określił proponowane regulacje jako największe utrapienie, z jakim miał do czynienia pod rządami PiS. W swym oświadczeniach największe polskie prywatne ośrodki wiadomości stwierdzały: „To ograniczenie przede wszystkim dotknie nie dziennikarzy, ale zagrozi prawu obywateli do pełnej informacji o tym, co robią ludzie wybrani przez nich do parlamentu”. Do protestujących dziennikarzy dołączyli posłowie opozycji, którzy w końcu zablokowali obrady sejmowe. To zapoczątkowało kryzys parlamentarny ciągnący się przez okres świąteczny w 2016 aż do nowego roku.

W wyniku protestów PiS ostatecznie wycofał się z proponowanych regulacji. (…)

Reklamy oraz dystrybucja

(…) Od chwili zdobycia władzy przez PiS nastąpiło przesunięcie wpływów z reklam na rzecz wydawnictw prawicowych. Zmiana jest widoczna na rynku tygodników. Wpływy w Newsweeku i Polityce, tygodnikach krytycznych wobec rządu, od czerwca 2015 do czerwca 2016 spadły o odpowiednio 7,9% i 14,6%. W tym samym czasie przychód z reklam wzrósł w tygodnikach DoRzeczy o 14,4% i wSieci o 38,5%. Oba tygodniki wspierają linię rządu. Największy wzrost zanotowano w nacjonalistycznej Gazecie Polskiej, w której dochód z reklam wzrósł niemal czterokrotnie – należy jednak odnotować, że z poziomu znacznie niższego niż inni.[related id=33034]

Podobny wzorzec jest dostrzegalny w programach telewizyjnych, gdzie Polsat News, TVN24 oraz TVN odnotowały największe spadki ogłoszeń ministerialnych i spółek skarbu państwa. Obraz jest komplikowany przez fakt, że równocześnie ośrodki te odnotowały wzrosty w reklamach związanych z mistrzostwami Europy w piłce nożnej oraz olimpiadzie w Rio de Janeiro latem 2016.

Wyjątkowo dramatyczna sytuacja jest w Gazecie Wyborczej. Spółka-matka Agora jest jedynym wydawcą obecnym na giełdzie, który publikuje szczegółowe wyniki w raportach finansowych. Pozwala to na bardziej wyczerpującą analizę niż wypadku innych gazet. W 2016 dochód ze sprzedaży po raz pierwszy przewyższył dochód z reklam, wynosząc odpowiednio 51,7 i 41,2 miliona złotych (13,3 i 10,6 miliona $). Dochód z reklam zmniejszył się o 21,4% w stosunku do poprzedniego roku. To część bardziej długotrwałego trendu, którym jest spadek dochodu z reklam notowany od rekordowego roku 2008. W grudniu 2016 menadżerowie Agory ogłosili decyzję o zwolnieniu 190 osób, czyli 9,6% personelu (w tym wielu dziennikarzy). Wśród tych, którzy stracili pracę, był korespondent gazety z Brukseli. (…)

Są także sygnały, że rząd może próbować ograniczać dystrybucję krytycznych publikacji. Czytelnicy Newsweeka i Gazety Wyborczej donoszą, że trudniej znaleźć egzemplarze tych gazet na stacjach benzynowych Orlenu, firmie należącej do państwa. W tym czasie w Lotos Paliwa (spółce skarbu państwa o 480 stacjach) pracownicy mieli być instruowani, by tygodniki prawicowe były szczególnie widoczne – DoRzeczy, wSieci oraz Gazeta Polska. (…)

Freedom House jest jedynym podmiotem odpowiedzialnym za treść Raportu. Powstanie Raportu pt. „Pluralizm pod obstrzałem: atak na wolność mediów w Polsce” wsparła finansowo Fundacja JyllandPosten. Autorką Raportu jest Annabelle Chapman, dziennikarka zamieszkała w Warszawie; pisze dla The Economist oraz innych międzynarodowych mediów.

Freedom House o tragedii smoleńskiej

10 kwietnia 2010 r. polski samolot rządowy rozbił się w pobliżu Smoleńska w Rosji. Zginęło wszystkie 96 osób na pokładzie, w tym wiele osób z elity politycznej i wojskowej. Między ofiarami znajdował się ówczesny prezydent – Lech Kaczyński. Od tego czasu wypadek stał się bardzo kontrowersyjną kwestią w Polsce, odzwierciedlając i podsycając podział społeczeństwa, a także osobistą wrogość między liderami PiS i PO. Przewodniczący PiS Jarosław Kaczyński, brat bliźniak zmarłego prezydenta utrzymuje, że ówczesny rząd PO pod dowództwem Donalda Tuska jest odpowiedzialny za tragedię. Niektórzy zwolennicy PiS wierzą, że Tusk działał wspólnie z przywódcą Rosji, Władimirem Putinem, aby doprowadzić do wypadku samolotu. Jednakże badania opinii publicznej wskazują, że procent Polaków wierzących, że wypadek nie był przypadkowy, spada.

Freedom House o Radiu Maryja

PiS od dłuższego czasu ma sojusznika w Radiu Maryja, ultrakonserwatywnej stacji radiowej prowadzonej przez ojca Tadeusza Rydzyka, katolickiego zakonnika. Ze swojej bazy w Toruniu w północnej Polsce Rydzyk zbudował dochodowe imperium medialne. Oprócz Radia Maryja, założonego w 1991 r., wchodzą w jego skład telewizyjny program TV Trwam oraz gazeta Nasz Dziennik. Te ośrodki ostrzegają swoich widzów/czytelników/słuchaczy przed niebezpieczeństwami w rodzaju „islamizacji” Europy oraz rozprzestrzeniania się „ideologii gender” (zbiorcze określeniem używane przez polskich konserwatystów na określenie twierdzenia, że role płciowe są skonstruowane społecznie). Udział w podziale publiczności jest niewielki – mniej niż 2% dla Radia Maryja. Mimo to ośrodki medialne Rydzyka zdobyły znaczenie pod rządami PiS, uzyskując wywiady z liderami partyjnymi lub politykami rządowymi. W przemówieniu podczas uroczystości 24 rocznicy założenia Radia Maryja (pod koniec 2015 r.), kilka tygodni po wygranych przez PiS wyborach, Kaczyński stwierdził, że bez Rydzyka „nie byłoby tej wygranej”. (…)

Tłumaczenie najistotniejszych fragmentów raportu Freedom House pt. „Pluralizm pod obstrzałem: Atak na wolność mediów w Polsce” pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” znajduje się na ss. 3 i 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

 

Fragmenty raportu Freedom House pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” na s. 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

 

Fragmenty raportu Freedom House pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” na s. 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Paweł Lisicki o raporcie Freedom House: odwróciłbym znane hasło reklamowe – jest to typowy raport dla idiotów

Kiedy poprzedni rząd prenumerował rządową prasę, było cacy, gdy robi to obecny, jest „be”. Gdy pieniądze za reklamy płynęły do ówczesnej prasy prorządowej, było to demokratyczne; teraz – autorytarne.

Paweł Lisicki

[D]owodem na ograniczenie wolności w Polsce ma być wypowiedzenie przez urzędy prenumeraty prasy sprzyjającej opozycji, przeniesienie budżetów reklamowych przez spółki Skarbu Państwa do mediów prorządowych oraz „ograniczenia wolności wypowiedzi na temat polskiej historii oraz tożsamości”. Doprawdy, kiedy czytałem ten raport, przypomniało mi się hasło reklamowe dużej sieci supermarketowej, tylko że tym razem bym je odwrócił: jest to typowy raport dla idiotów.

Ciekawe, że jego autorzy nie zastanowili się nad prostą rzeczą: jeśli prawdą jest twierdzenie, że obecnie urzędy nie prenumerują opozycyjnej prasy, to znaczy, że wcześniej ją prenumerowały. Pomijam już pytanie: Czy tak się rzeczy mają? Skupiam się na logice autorów raportu: ich zdaniem, kiedy rządziła obecna opozycja i prenumerowała obecnie opozycyjną wobec rządu prasę, wtedy był to przejaw wolności. Kiedy poprzedni rząd prenumerował poprzednią rządową prasę, było cacy, ale gdy teraz obecny rząd robi to samo, jest to „be”. Podobnie z budżetami reklamowymi: gdy płynęły do ówczesnej prasy prorządowej, było to demokratyczne; gdy teraz zmieniły kierunek, jest to autorytarne.

Jeszcze większym absurdem jest twierdzenie, że w Polsce ogranicza się wypowiedzi na temat historii. Raport: „Rząd PiS starał się osłabiać głosy przeciwstawiające się preferowanej narracji historycznej, która w dużym stopniu pomija udział Polaków w zbrodniach okresu II wojny światowej”. A, to was boli – pomyślałem sobie.

Wreszcie od pewnego czasu w mediach publicznych – i chwała im za to! – skończyło się ujadanie na polską historię, wreszcie propagandyści, którzy chcą z Polaków zrobić współsprawców zbrodni, muszą sobie szukać miejsca na prywatnych portalach i w prywatnych mediach i to jest… ograniczenie wolności!

Prostowanie bzdur, polemika z kłamstwami, odrzucenie fałszów, których stałym dostarczycielem jest choćby Jan Tomasz Gross, mają być znakiem cenzury. Niedługo okaże się, że zaprzeczanie „polskim zbrodniom podczas II wojny światowej” będzie tożsame z „kłamstwem oświęcimskim”.

Dla tych ludzi wolnością jest powtarzanie przygotowanych z góry, poprawnościowych sloganów. Być wolnym to płynąć w głównym nurcie. Doprawdy, współcześni liberałowie w pełni przejęli orwellowską nowomowę, w której stare słowa zmieniają całkowicie znaczenie i używane są nie do opisu świata, ale kreacji własnej utopii.

Dlatego nie przeszkadza mi spadek Polski w ich rankingu. Niech spadnie jeszcze dalej – to tylko dowód uprzedzeń i ślepoty autorów. A wolność nigdy nie miała się lepiej.

Źródło: www.dorzeczy.pl

Felieton Pawła Lisickiego pt. „Raport dla idiotów” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Pawła Lisickiego pt. „Raport dla idiotów” na s. 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Jerzy Zacharko o latach 80. w Zakopanem. Zastanawiałem się za rządów PO, czy nie uruchomić znów „płotu dyskusyjnego”

Dzień 45. z 80/ Zakopane/ W latach 80. nie było możliwości informowania społeczeństwa o tym, co się dzieje. W Zakopanem mieliśmy „płot dyskusyjny”, prowadzony przez pana Wojciecha Niedziałka.

– Latem 1980 roku mieszkańcy Zakopanego wyjeżdżali na Wybrzeże i stąd wiedzieliśmy, że coś się dzieje, burzy. W związku z tym prowadziliśmy nasłuch Radia Wolna Europa – wspominał Jerzy Zacharko, wicestarosta tatrzański. Niemal od razu podjęto działania, aby Solidarność stworzyć także w Zakopanem.

W tamtym czasie udało mu się stworzyć Komisję Zakładową Solidarności przy Powszechnej Spółdzielni Spożywców Społem, gdzie pracowało ponad 1500 osób. Przypomniał, że Zakopane w tamtym czasie nie miało zwartych zakładów pracy i jedynym liczącym się zakładem poza Społem była Cepelia. Dlatego działacze opozycyjni starali się „skrzyknąć” i już 31 X 1980 roku utworzyli Międzyzakładową Komisję Koordynacyjną Solidarności w Zakopanem, zrzeszającą niemal 7,5 tys. członków.

– Rozpoczęliśmy wtedy działalność nie tylko związkową, ale szeroko rozumianą społeczno-polityczną – powiedział Zacharko. Przyznał, że w Zakopanem silna była „bezpieka”, „bo mieli swoich rezydentów i przedstawicieli w dużych hotelach”.  Do „psikusów”, jakie udało się spłatać „bezpiece”, należało powstanie tuż „pod ich nosem” Komisji Zakładowej Solidarność w słynnym hotelu Kasprowy.

– Tu ubecji do ścisłego kręgu nie udało się wcisnąć swoich informatorów i o wielu rzeczach oni nie wiedzieli – powiedział Zacharko.  Za przykład podał „bardzo zabawną historię” pewnej akcji protestacyjnej.

– W Zakopanem miały zawyć syreny. Oczywiście wszystkie zakłady pracy, które posiadały syreny, obstawili, żeby nie doszło do tej akcji. Przychodzi ustalona godzina i w jednym miejscu wyje syrena w Zakopanem. Gdzie?… Na komendzie milicji – wspomina Zacharko.

W czasie uwięzienia po wprowadzeniu stanu wojennego Zacharko w areszcie w Załężu „prycza w pryczę” siedział z Władysławem Skalskim, nieżyjącym już słynnym działaczem Solidarności na Podhalu.

– W tamtym czasie nie mieliśmy możliwości informowania społeczeństwa o tym, co się dzieje. W Zakopanem mieliśmy „płot dyskusyjny”, prowadzony przez pana Wojciecha Niedziałka, i rzeczywiście cieszył się niesamowitym powodzeniem – wspominał pan Zacharko. – A ta cała rzesza ludzi, która przyjeżdżała do Zakopanego, miała niesamowitą radochę i przede wszystkim informację.

Dodatkowo na Krupówkach w Bazarze Polskim w delikatesach wywieszali teleksy z serwisami informacyjnymi z Regionu Małopolska, Mazowieckiego i również Gdańska. Cieszyły się wielkim zainteresowaniem.

– Nawet zastanawiałem się za rządów Platformy, jak żeśmy praktycznie stracili media, czy z powrotem nie uruchomić tego „płotu dyskusyjnego” – zwierzył się Zacharko, który uważa, że jeśli chodzi o media, w Polsce „już jest lepiej”.

Jerzy Zacharko (ur. 1951), działacz opozycyjny w PRL, samorządowiec, lutnik. W 1980 roku pracował w Wojewódzkiej Spółdzielni Spożywców „Społem” w Zakopanem, gdzie współorganizował Komitet Organizacyjny Solidarności w Społem, a 24 października 1980 został jego przewodniczącym. 31 października brał udział w zakładaniu Miejskiej Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność” w Zakopanem, wybrano go razem z Jerzym Lewcunem na koordynatora jej działalności. 26–27 listopada 1980 uczestniczył w I Zjeździe Solidarności Pracowników Społem w Gdyni. Wybrano go na wiceprzewodniczącego Krajowej Komisji Koordynacyjnej Solidarności Pracowników Społem. Na II Zjeździe Pracowników Społem (26–28 października 1981) został przewodniczącym. 10–12 lipca 1981 brał udział w I Walnym Zebraniu Delegatów Regionu Małopolska. Po wprowadzeniu w Polsce 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego został internowany. Był drukarzem i kolporterem podziemnych wydawnictw (1986–1989). 4 maja 1989 został wiceprzewodniczącym Tymczasowej Komisji Miejskiej NSZZ „Solidarność”, a od 19 września przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego w Zakopanem. W lutym 1990 wybrano go na przewodniczącego Miejskiej Komisji Koordynacyjnej.

W 2011 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj. Rozmowa z Jerzym Zacharką – w części pierwszej.

A. Chapman otrzymała niezasłużoną szansę wyrządzenia wielkich strat wizerunkowych sporemu środkowoeuropejskiemu państwu

Pani Annabelle tego, co nie pasowało, po prostu się pozbyła. Po co się męczyć, spierając się, weryfikując argumenty, odnosząc się do nich, skoro można je po prostu wykasować z dyktafonu i pamięci.

Wiktor Świetlik

Pół roku temu z okładem zgłosiła się do mnie, jeszcze jako dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy, niejaka Annabelle Chapman, sympatycznie wyglądająca młoda Brytyjka, chyba z polskimi korzeniami i całkiem sprawnie mówiąca po polsku. Pani Annabelle poinformowała mnie, że skończyła filozofię na Oksfordzie, a teraz, by nabrać doświadczeń, podróżuje jako dziennikarka, a to po Ukrainie, a to po Polsce. Teraz dodatkowo złapała taką fuchę, że ma napisać raport o wolności słowa w Polsce, no i chciałaby ze mną pogadać na ten temat.

Gadaliśmy więc dwie godziny. Opowiedziałem, jak wyglądały losy telewizji publicznej w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, jak traktowały media kolejne ekipy, o kłopotach z inwigilacją i najściach na redakcje za czasów Donalda Tuska.

Swojego czasu podobne rzeczy opowiedziałem dziennikarzom przygotowującym raport na zlecenie Komisji Europejskiej. Nie był on cudem obiektywizmu, ale przynajmniej co nieco zostało uwzględnione. Przynajmniej było widać, że opinie w Polsce są podzielone.

Pani Annabelle się tak nie certoliła. Jako wzorowa absolwentka filozofii zastosowała znaną zasadę, ponoć wyrażoną przez Georga Hegla, i tego, co nie pasowało, po prostu się pozbyła. Po co się męczyć, spierając się, weryfikując jakieś argumenty, odnosząc się do nich, skoro można je po prostu wykasować z dyktafonu i pamięci.

Produkcja panny Annabelle, która stała się raportem organizacji Freedom House, została ogłoszona wszem i wobec i dość jednoznacznie z niej wynika, że pod kątem wolności słowa Polska lokuje się gdzieś w okolicach Uzbekistanu, tylko jest trochę gorzej. Poważny raport, poważna organizacja – jak tu nie wierzyć?

I co teraz? „I co mi zrobisz, krowo?” – mogłaby odpowiedzieć pani Annabelle, która otrzymała niezasłużoną szansę wyrządzenia wielkich strat wizerunkowych sporemu środkowoeuropejskiemu państwu. Nic nie zrobię, napiszę tweeta, podrwię w felietonie. Większość nawet tego nie może.

Swoją drogą, można dziś spokojnie na świecie tłumić swobody demokratyczne i niszczyć wolne media. Skoro pisze się to o kraju takim jak Polska, to znaczy, że można napisać w miarę o każdym, a skoro wszyscy są winni, to winnych nie ma.

W gruncie rzeczy potrzebne są uczciwe media i tym bardziej porządnie działające ośrodki eksperckie, apolityczne organizacje pozarządowe, bezstronne raporty. Tyle, że dziś, nawet jak takie zaczną powstawać, to trudno będzie w nie uwierzyć. Bo wszystko się zmiesza, całkiem jak u Orwella, który pisał, że „zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim”.

Chociaż nie, czasem można się połapać, kto jest świnią.

Źródło: tygodnik „W Sieci”, lipiec 2017

Felieton Wiktora Świetlika pt. „Kozuchy bezkarniuchy” znajduje się na s. 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Wiktora Świetlika pt. „Kozuchy bezkarniuchy” na s. 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl