Dzień 55. z 80 / Gdynia / Poranek WNET – Jeszcze jedna, dwie kadencje i ci prezydenci, burmistrzowie będą tworzyć osobną siłę polityczną niepodatną na impulsy demokratyczne – powiedział Marek Formela.
W dzisiejszym poranku Aleksander Wierzejski rozmawiał z trójmiejskim dziennikarzem, członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wydawcą „Gazety Gdańskiej” – Markiem Formelą, który od lat obserwuje rozwój kariery Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska.
Paweł Adamowicz – według Marka Formeli – ma niezwykłą łatwość w zmienianiu partii politycznych, wybiera partie stosownie do swoich aktualnych możliwości, poglądów i celów politycznych.
Zorganizował sobie zaplecze gospodarczo-towarzyskie, którego funkcjonowanie ulega petryfikacji dzięki silnie połączonej władzy politycznej, społecznej, gospodarczej i administracyjnej spoczywającej w rękach prezydenta. Ponadto prezydent jest ważnym w mieście pracodawcą, co pozwala mu przez lata umiejętnie utrwalać swoją pozycję.
Gdy były tworzone przepisy regulujące działanie samorządów, zabrakło przenikliwości. Nie przewidziano konsekwencji. Jeżeli dziś się spojrzy na wiele dużych miast, w których siła władzy wyraża się przede wszystkim ogromną kwotą budżetu do dyspozycji prezydenta, to można powiedzieć, że „Polska staje się powolutku krajem dzielnicowych książąt, którzy wymykają się spod wszelkiej demokratycznej kontroli”. Prawo i Sprawiedliwość chciało naprawić ten błąd ustrojowy polegający między innymi na tym, że urząd podlegający prezydentowi czy burmistrzowi organizuje wybory samorządowe. Po wygranych wyborach PiS jednak ociąga się ze zmianami. [related id=35102]
W Gdańsku i Sopocie doszło do wielu absurdów, np. prezydenci wydają zarządzenia we własnych sprawach – sami siebie delegują na intratne posady w radach nadzorczych. Osiągają więc korzyści dzięki własnym rozstrzygnięciom.
Innym przykładem nieprawidłowości była sprzedaż Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. Udziały w niej zostały sprzedane niemieckiej spółce komunalnej z Lipska. Prowadzi to obecnie do tego, że do niemieckiego współwłaściciela GPEC-u trafia 83% zysku spółki, czyli kilkadziesiąt milionów złotych rocznie. „To jest wkład prezydenta Adamowicza w budowę dobrostanu w Lipsku i w pozbawianie gdańszczan możliwości czerpania dochodów z własnego majątku”.
Całej audycji można wysłuchać tutaj. Wywiad z Markiem Formelą jest w części piątej.
Dzień 55. z 80/ Gdynia/ Poranek WNET – Irena Lasota o utracie stanowiska przez Steve’a Bannona, obecnej histerii dotyczącej zamieszek neonazistów w Ameryce oraz reakcji po zamachu w Barcelonie.
Z gdyńskiego portu Aleksander Wierzejski połączył się telefonicznie z Ireną Lasotą, korespondentką z Waszyngtonu, która skomentowała dla Radia Wnet ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych.
Pod koniec ubiegłego tygodnia swoją posadę głównego doradcy strategicznego Donalda Trumpa utracił Steve Bannon. Jego odejściu towarzyszył silny nacisk na prezydenta, mimo to niektórzy przewidywali, że ta sytuacja nie będzie miała miejsca.
Bannon miał bardzo zbliżone poglądy do Donalda Trumpa jeszcze zanim zaczęli współpracować. Jednak „nie pasował do całości, która i tak jest bardzo chaotyczna”. Był skonfliktowany z córką prezydenta Ivanką i jej mężem, którzy „wolą, żeby jednak nie wzbudzać takich kontrowersji, a co najmniej nie wzbudzać ich w Partii Republikańskiej, póki jeszcze nie osiągnie się jakichś zapowiedzianych w kampanii celów”. Bannon jest człowiekiem całkowicie niezależnym. Wiele osób zastanawia się, czy teraz nie będzie krytykował prezydenta z konserwatywnych pozycji, jakie prezydent zajmował w czasie kampanii.
Odejście Bannona zbiegło się z reakcją Ameryki na bójkę niewielkiej grupy neonazistów z grupą antynazistów. Z tego zaczyna robić się wielka afera. To jest nie tylko kwestia przewracania pomników, co ma miejsce obecnie w Ameryce, ale też zmiany nazw ulic. Rasiści i neonaziści nie są dobrze odbierani przez społeczeństwo. Jednak teraz zapanowała histeria społeczna, która nigdy dobrze nie służy logice. Irena Lasota uważa, że sytuacja będzie się rozwijać w najbliższych tygodniach, aż dojdzie do jakiegoś szczytu, który dopiero przywróci logikę. [related id=35102]
Od dawna mówi się o usunięciu z piedestału Tomasza Jeffersona, który posiadał wielu niewolników. Był on przyjacielem Tadeusza Kościuszki. Kościuszko dostał w prezencie od rządu amerykańskiego duże na ówczesne czasy pieniądze, które w testamencie przeznaczył na wykup niewolników Jeffersona i zapewnienie im edukacji. Wykonawcą testamentu miał być Jefferson, który się na to nie zgodził.
Irena Lasota stwierdziła, że najnudniejszą częścią ostatnich wiadomości było wyliczanie wszystkich prezydentów, premierów, polityków i tak dalej, którzy wysłali wyrazy ubolewania do rządu hiszpańskiego po ataku w Barcelonie. Jak zawsze ze standardowych formułek wyłamał się prezydent Trump, który na swoim Twitterze powołał się na historię od wielu lat odrzucaną przez historyków, uznawaną za nieprawdę. Legenda głosi, że generał Pershing, tłumiąc muzułmańskie powstanie na Filipinach, zanurzył 50 kul w świńskiej krwi, po czym rozstrzelał 49 muzułmanów, a pięćdziesiątemu powiedział, żeby opowiedział o tym wydarzeniu innym. Trump napisał, że dzięki temu przez kolejne 35 lat nikt nie podniósł głowy. Wzburzyło to opinię publiczną, która stwierdziła, że jest to zachęta do zbrodni wojennych.
Całej audycji można posłuchać tutaj. Relacja Ireny Lasoty jest w części pierwszej.
Dzień 55. z 80/ Gdynia/ Poranek WNET – Marcin Horała o spodziewanych protestach opozycji po wakacjach, o tym, czy rząd należycie walczy ze skutkami nawałnicy, i o relacjach na linii prezydent – rząd.
W nadawanym z Gdyni Poranku WNET Aleksander Wierzejski rozmawiał z gdyńskim posłem Prawa i Sprawiedliwości Marcinem Horałą.
Pierwszym tematem były spodziewane kolejne protesty opozycji po wakacjach. Gość uważa, że opozycja na pewno tego spróbuje. Jakiś sukces udało się jej osiągnąć protestami przeciwko reformie sądownictwa. Pytanie, czy jest on do powtórzenia. Ludzie, których emocje udało się rozbujać, nie kupią po raz kolejny takiego sterowania ich emocjami.
– Polska była na skraju dyktatury, na skraju jakiejś katastrofy (w ich mniemaniu). I oto wszyscy rozjechali się na wakacje, wszystko dobrze, spokojnie, nic się złego nie dzieje. Za chwilę, we wrześniu, znów będziemy na skraju dyktatury. Mimo wszystko liczę na inteligencję odbiorcy takiego przekazu.
Według posła widoczne w sondażach wysokie poparcie PiS nie wynika z tego, że wyborcy PO wyjechali na wakacje i ankieterzy agencji sondażowych nie mogli do nich dotrzeć. Na wakacje wyjeżdżają przecież sympatycy wszystkich partii. Dobre notowania obozu rządowego spowodowane są tym, że realizuje on obietnice wyborcze, co jest przełomem w polskiej polityce. Drugi powód to bardzo dobra sytuacja gospodarcza. „Baza” sprzyja więc rządzącym. Problemy są w „nadbudowie” – gdzie trwa nieustanna awantura i próby wzniecania emocji. [related id=35102]
Marcin Horała wypowiedział się także na temat pomysłu PiS na dekoncentrację mediów. Media są – jego zdaniem – elementem systemu, który był obmyślony tak, żeby w razie oddania władzy realna kontrola nad społeczeństwem została zachowana. Dlatego potrzebna jest reforma sytemu medialnego. Dzisiaj media lokalne są najczęściej w rękach niemieckich. W największych, ogólnopolskich mediach elektronicznych też nie jest dobrze – twórcą jednej telewizji jest człowiek o kilku nazwiskach w paszportach i dziwnych powiązaniach, a drugiej osoba, którą Jerzy Urban polecał generałowi Kiszczakowi jako zdolnego propagandzistę.
Poseł uważa zarzuty wobec rządu, że zbyt wolno zareagował na zeszłotygodniowy kataklizm na Pomorzu, za niesłuszne, oparte na manipulacjach polegających na nagłaśnianiu pojedynczych przypadków, gdzie pomoc jeszcze nie dotarła. Prawda jest taka, że służby państwowe, choćby Państwowa Straż Pożarna, działają od samego początku.
Jeśli już ktoś zawinił, to raczej władze samorządowe. Na przykład w Chojnicach w starostwie powiatowym otrzymano informację o nawałnicy o godzinie 15 w piątek i nic z nią nie zrobiono, bo uznano, że już wszyscy w urzędzie kończą pracę i idą do domu.
Aleksander Wierzejski zapytał posła, czy weto wobec ustaw reformujących sądownictwo i odmowa nominacji generalskich 15 sierpnia oznaczają, że prezydent „wydobywa się na samodzielność” poza obóz „dobrej zmiany”. Marcin Horała odparł, że w tym pytaniu zawarte są dwie tezy, z którymi się nie zgadza. Jedna to to, że wcześniej prezydent nie był samodzielny, a druga – że jego samodzielność musi oznaczać bycie poza obozem „dobrej zmiany”. Zaznaczył, iż nie da się ukryć, że nastąpiła pewna rozbieżność, „zgrzyt” – prezydent miał inne zdanie niż większość parlamentarna na temat uchwalonych ustaw. Jednak liczy na to, że teraz prezydent przedstawi swoje projekty, które w sposób bardziej zręczny, a w istocie taki, jakiego chce koalicja, dokonają głębokiej zmiany sądownictwa w Polsce.
Poseł zwrócił także uwagę na słabość polskiej konstytucji – pozycja ustrojowa prezydenta, jak to określił, jest „silno-słaba”.
Konstytucja była projektowana tak, żeby maksymalnie ograniczyć uprawnienia prezydenta, którym wtedy był Lech Wałęsa. Gdy w międzyczasie prezydentem został Aleksander Kwaśniewski, „miły ówczesnej większości konstytucyjnej”, część tych konstrukcji osłabiających poodwracano. Efektem jest to, że władza wykonawcza jest w Polsce dość chaotycznie i niejasno podzielona między prezydenta i rząd, powodując ich „szorstką przyjaźń”, nawet jeśli pochodzą z tego samego obozu politycznego.
– Mam nadzieję, i na to wszyscy liczymy, że nawet jeśli jakiś zgrzyt wystąpi, to będzie on wspólnie przeanalizowany i wspólnie wypracowane zostanie satysfakcjonujące rozwiązanie. Byłaby to absolutna tragedia, gdyby, wygrawszy serię wyborów, mając i władzę wykonawczą, i ustawodawczą w Polsce, obóz „dobrej zmiany” potknął się o własne nogi i jakiś konflikt wewnętrzny stanąłby nam na przeszkodzie – tak poseł Marcin Horała podsumował tę kwestię.
Wracając do źródeł dotarliśmy do Trójmiasta. Choć Poranek Wnet nadajemy z Gdyni, poruszymy również temat sytuacji politycznej w Gdańsku i Sopocie.
Goście audycji:
Aleksandra Jankowska – prezes zarządu Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej;
Adam Kasprzyk – rzecznik Grupy Energa;
Marcin Horała – poseł Prawa i Sprawiedliwości;
Prof. Grzegorz Karwasz – kierownik Zakładu Dydaktyki Fizyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu;
Michał Stróżyk – radny miasta Sopot;
Irena Lasota – dziennikarka;
Marek Formela – dziennikarz;
Zbigniew Czajka – podróżnik.
Prowadzący: Aleksander Wierzejski
Realizator: Andrzej Gumbrycht
Wydawca: Jan Brewczyński
Wydawca techniczny: Konrad Tomaszewski
Część pierwsza:
Adam Kasprzyk o odbudowie infrastruktury energetycznej na ziemiach pomorskich, które spustoszyła nawałnica.
Irena Lasota skomentowała utratę posady głównego doradcy strategicznego Donalda Trumpa przez Steve’a Bannona. Były szef portalu Breitbart zrezygnował w piątek z pracy w Białym Domu za obopólną zgodą. Korespondentka z Waszyngtonu powiedziała również o reakcji Białego Domu na niedawny atak terrorystyczny w Barcelonie.
Aleksandra Jankowska o funkcjonowaniu pomorskiej specjalnej strefy ekonomicznej, która wpisuje się w koncepcje zawartą w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Jej zdaniem dzięki strefie wzrasta liczba małych, średnich i dużych przedsiębiorstw.
Michał Stróżyk mówił o walce politycznej pomiędzy członkami Prawa a Sprawiedliwości a Platformy Obywatelskiej w powiatach pomorskich. Spór jest zacięty, albowiem województwo pomorskie w dużej części zarządzane jest przez polityków opozycyjnych wobec obecnego rządu premier Beaty Szydło. Mówił też o proniemieckiej polityce prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.
Część trzecia:
Serwis informacyjny Radia Warszawa.
Część czwarta:
Marcin Horała stwierdził, że wysokie poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości wynika z przełomu, jakiego dokonała partia Jarosława Kaczyńskiego na polskiej scenie politycznej 1989 r., realizując złożone w obietnice. Mówił także o zmianach, jakie szykują się w mediach, czyli ustawie dotyczącej dekoncentracji kapitału na rynku medialnym. Ocenił także podjęte działania w celu usunięcie skutków nawałnicy na Pomorzu. Ponadto przedmiotem rozmowy był napięte relacje między prezydentem Andrzejem Dudą a rządem.
Prof. Grzegorz Karwasz o spadającej jakości kształcenia w Polsce. Stwierdził, że oświata winna być reformowana. Skrytykował jednak wiele aspektów zmian wprowadzanych w edukacji przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.
Marek Formela o potrzebie reformy prawa wyborczego oraz prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu.
Zbigniew Czajka o odbytej przez niego podróży rowerem po państwach Europie.
Posłuchaj całego Poranka Wnet oraz nie zapomnij włączyć naszą popołudniową audycję o godzinie 12:00, w której będziemy kontynuować rozmowę dotyczącą reformy edukacji z prof. Grzegorzem Karwaszem.
Emmanuel Macron dąży do obalenia zasad panujących na rynku Unii Europejskiej. W dodatku w kwestii niekorzystnych zmian wymierzonych w przedsiębiorców z Polski za Macronem stoją nie słowa, ale czyny.
Zbigniew Stefanik
Do i o Polonii słów kilka
Wizyta urzędującego w Stanach Zjednoczonych Ameryki prezydenta Donalda Trumpa wywołała w Polsce powszechny entuzjazm. Zdaje się również, że znacząca część Polonii (nie tylko tej amerykańskiej) ten entuzjazm podzielała. Wiele mówiono w polskich mediach o tym, że Donald Trump oddal hołd Polakom, polskiej historii oraz trudnemu polskiemu marszowi ku wolności i niepodległości. Jednak jeden element związany z wizytą Donalda Trumpa w Rzeczpospolitej pozostał (jak może się zdawać) w dużej mierze niezauważony przez przeważającą większość środków masowego przekazu.
Amerykański prezydent będąc z wizytą w Warszawie podkreślił kilkakrotnie, iż wielu Polaków oddało na niego głos w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. Trump dał wyraźnie do zrozumienia, że jego obecność w Polsce jest związana z tym, iż „Poloamerykanie” masowo udzielają mu swojego poparcia.
W każdej wizycie głowy państwa czy też spotkaniach międzynarodowych głów państw można wyodrębnić dwie sfery składających się na nie elementów. Z jednej strony jest to, co należy do protokołu dyplomatycznego, dobrego tonu i niepisanych reguł; z drugiej to, co można nazwać konkretnym efektem danego spotkania. A więc wizyta Donalda Trumpa uczy nas jednej bardzo istotnej rzeczy: Polonia amerykańska jako taka stanowi istotną grupę, z którą liczy się amerykański prezydent.
To oznacza z kolei, że „Poloamerykanie” mają realną możliwość odziaływania na amerykańskiego prezydenta. Tego zaś bezpośrednią konsekwencją jest możliwość oddziaływania na decyzje głowy północnoamerykańskiego państwa. Krótko mówiąc, zdaje się, że Polonia w Stanach Zjednoczonych to siła, z którą liczą się rządzący w tym kraju. To bardzo duży atut Polski, polskiego państwa i jego rządzących, albowiem amerykańska Polonia może wspomóc polski rząd w realizacji strategicznych celów Rzeczpospolitej przez lobbowanie w USA na rzecz Polski i jej bezpieczeństwa. Niestety w krajach Europy Zachodniej sytuacja wygląda diametralnie inaczej…
Niedawna Wizyta Donalda Trumpa w Polsce dała naszemu krajowi i jego obywatelom podstawy, aby czuć się pewniej co do bezpieczeństwa Rzeczpospolitej i stabilności jej granic. Potwierdzenie przez prezydenta USA dalszego obowiązywania artykułu piątego paktu militarnego NATO powoduje, że Polacy nie muszą obawiać się zewnętrznej agresji. Jednak o ile dziś bezpieczeństwo naszych granic zdaje się pewne, to pod znakiem zapytania znajduje się gospodarcza przyszłość kraju nad Wisłą.
Niepewna staje się ekonomiczna przyszłość polskich podmiotów gospodarczych, a polscy przedsiębiorcy mają powody do obaw. Powinni czuć się zagrożeni, i to nawet bardzo, ponieważ francuski prezydent Emmanuel Macron dąży do obalenia dotychczasowych zasad panujących na rynku wspólnotowym Unii Europejskiej. W dodatku w kwestii niekorzystnych zmian wymierzonych w przedsiębiorców z Europy Środkowej (głownie polskich) za Macronem stoją nie słowa, tylko czyny.[related id=33179]
W 2014 roku nad Sekwaną weszła w życie tak zwana ustawa Macrona (wówczas Emmanuel Macron był francuskim ministrem gospodarki). Ustawa ta nakłada na przedsiębiorców branży transportowej wywodzących się z innego kraju UE i świadczących usługi na terenie Francji A/: obowiązek wykazania, że ich pracownicy zarabiają minimalną stawkę francuską, to jest 10,44 euro na godzinę netto; B/: prowadzenie swojej dokumentacji w języku francuskim; C/: deponowanie całej dokumentacji związanej z działalnością gospodarczą we Francji u tak zwanego przedstawiciela fiskalnego, który musi znajdować się na terytorium Francji, być do dyspozycji francuskich instytucji administracyjnych oraz udostępniać dokumentację podmiotów gospodarczych, które reprezentuje, za każdym razem, kiedy jakaś francuska instytucja będzie tego oczekiwała.
Ta ustawa niewątpliwie podniosła polskim przedsiębiorcom z branży transportowej koszty działalności gospodarczej na terytorium Francji. Obecnie polskie przedsiębiorstwa transportowe świadczące usługi na terytorium Francji muszą zatrudniać przedstawicieli fiskalnych we Francji oraz dostosować się do zasad płacowych dotyczących ich pracowników zgodnie z francuskim prawem pracy, co jest absolutnie sprzeczne z nadal obowiązującą na terytorium całej Unii Europejskiej dyrektywą Bolkesteina.
Dyrektywa ta zakłada, że każdy przedsiębiorca wywodzący się z jednego z państw Unii Europejskiej może świadczyć usługi na terytorium dowolnego państwa UE na zasadach obowiązujących w jego kraju rodzimym. Czyli polski przedsiębiorca ma prawo świadczyć na terytorium całej Unii Europejskiej swoje usługi zgodnie z wymogami placowymi obowiązującymi w Polsce.
Obecnie, jako już nie minister gospodarki, a urzędujący prezydent Francji, Emmanuel Macron dąży do tego, aby to zmienić i dyrektywę Bolkesteina całkowicie i definitywnie przekreślić.
W ramach walki z tak zwanym dumpingiem społecznym 31 maja bieżącego roku Komisja Europejska przyjęła projekt dyrektywy. Zakłada on, że każde przedsiębiorstwo – czy pracownik – pracujące czy świadczące usługi w innym kraju UE niż jego kraj rodzimy będzie musiało świadczyć te usługi zgodnie z zasadami płacowymi obowiązującymi w państwie, na rynku którego operuje, od czwartego dnia gospodarczej działalności poza granicami swojego kraju pochodzenia. Przykładowo, polska firma transportowa świadcząca usługi we Francji od czwartego dnia swojej działalności na rynku francuskim będzie musiała płacić wszystkie składki pracownicze we Francji zgodnie z francuskimi zasadami.
Ponadto polska firma świadcząca usługi we Francji będzie musiała wykazać, że jej pracownicy zarabiają co najmniej minimalną stawkę krajową obowiązującą we Francji. Jeśli projekt rzeczonej dyrektywy miałby zostać przyjęty, wówczas godzina pracy jednego pracownika we Francji będzie kosztowała polskiego przedsiębiorcę świadczącego usługi w tym państwie co najmniej 18 euro brutto, to jest około 80 złotych.
Ponadto wymóg posiadania przedstawicieli fiskalnych dla firm operujących na innych rynkach niż ich rynek rodzimy ma zgodnie z tym projektem obowiązywać na terytorium całej Unii Europejskiej. To oznacza, że przyjęte we Francji w 2014 roku tak zwane prawo Macrona zacznie obowiązywać na terytorium całej Unii Europejskiej, i to w wersji jeszcze bardziej zaostrzonej niż we Francji, jeśli tak zwana dyrektywa przeciwko dumpingowi społecznemu zostanie przyjęta przez Komisję Europejską. Może to się stać w najbliższych miesiącach, nawet przed końcem tego roku!
Jeśli powyższy projekt miałby stać się dyrektywą obowiązującą na terytorium całej Unii Europejskiej, to dla Polski i jej przedsiębiorców oznaczałoby to ogromne straty finansowe, i należy sobie powiedzieć wprost, że wiele polskich przedsiębiorstw w takiej sytuacji albo po prostu zostałoby doprowadzonych do bankructwa, albo musiałoby zrezygnować ze świadczenia usług w krajach Europy Zachodniej, ponieważ nie byłoby w stanie sprostać wymogom finansowym, jakie zakłada omawiany projekt.
Projekt dyrektywy przyjęty przez Komisję Europejską 31 maja tego roku jest tak naprawdę próbą całkowitej zmiany zasad funkcjonowania rynku wspólnotowego, albowiem proponowane w tym projekcie zmiany zaprzeczają w zasadzie jednemu z czterech filarów wspólnego rynku UE, czyli wolnemu przepływowi usług między krajami Unii Europejskiej.
O co w gruncie rzeczy chodzi Emmanuelowi Macronowi? Jaki jest prawdziwy cel projektu dyrektywy poświęconej walce z tzw. dumpingiem społecznym i dlaczego Francja i Niemcy rozpoczęły walkę z przedsiębiorstwami z Europy Środkowej? O co tu w rzeczywistości chodzi? Otóż chodzi tu o to, kto będzie miał w przyszłości gospodarcze przywództwo w Unii Europejskiej w takich strategicznych branżach, jak transport czy budownictwo.
Dzisiaj polscy przedsiębiorcy z branży transportowej posiadają, wedle różnych szacunków, około 25 procent rynku transportowego Unii Europejskiej. Polska staje się prawdziwym transportowym gigantem w UE, a polskie małe i średnie firmy transportowe, czy przynajmniej ich część, mają duże szanse na to, aby za 10–15 lat stać się potężnymi korporacjami – głównymi rozgrywającymi na rynku transportowym Unii Europejskiej.
Taka sama sytuacja ma miejsce w branży budowlanej, gdzie polskie podmioty gospodarcze odgrywają coraz większą rolę, a polscy pracownicy należą do najbardziej wydajnych i konkurencyjnych w UE. To wszystko powoduje, że rozwijająca się polska gospodarka, że prężnie i błyskawicznie rozwijające się polskie podmioty gospodarcze będą w niedalekiej przyszłości wielkim problemem dla państw Europy Zachodniej. Polskie firmy, polscy przedsiębiorcy – ze względu na ich konkurencyjność, wydajność, elastyczność i solidność – będą bowiem wypierali z rynku wspólnotowego mniej konkurencyjnych przedsiębiorców wywodzących się z krajów tak zwanej starej Piętnastki.
A więc działania podejmowane przez Paryż, Berlin i obecnie Komisję Europejską zmierzają do tego, aby zapobiec spadkowi konkurencyjności i znaczeniu zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych. Niestety w koncepcji Macrona i – jak może się zdawać – Jeana-Claude’a Junckera walka o konkurencyjność i znaczenie na rynku wspólnotowym zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych ma odbyć się kosztem krajów środkowoeuropejskich i wywodzących się z nich przedsiębiorstw i przedsiębiorców.
Jakie będą konsekwencje dla Polski i Polaków, jeśli dyrektywa przeciwko tak zwanemu dumpingowi społecznemu wejdzie w życie? Wówczas Polska stanie się członkiem Unii Europejskiej drugiej kategorii i warto również zastanowić się, czy w takiej sytuacji nie zostanie sprowadzona do poziomu teoretycznego (bo już nie faktycznego) członka UE.
Jeśli dojdzie do włączenia wyżej wymienionego projektu dyrektywy do porządku prawnego UE, to środkowoeuropejscy przedsiębiorcy zostaną de facto wypchnięci z rynku wspólnotowego. Środkowoeuropejscy (w tym polscy) pracownicy stracą atrakcyjność i dotychczasową konkurencyjność w UE, albowiem koszt ich zatrudnienia wzrośnie w sposób drastyczny i pracownicy oddelegowani w ogóle stracą rację bytu na rynkach zachodnioeuropejskich państw.
Taki scenariusz oznaczałby katastrofalne skutki dla polskiej gospodarki, która zostałaby pozbawiona prężnych, dobrze zarabiających i rozwijających się podmiotów gospodarczych, o rosnącym znaczeniu i konkurencyjności na rynku Unii Europejskiej. Mówiąc wprost, jeśli ten projekt dyrektywy wejdzie w życie, wówczas zostanie zlikwidowany jeden z głównych filarów założycielskich europejskiej wspólnoty, czyli wolny przepływ usług między państwami członkowskimi UE.
Polska rozpoczyna batalię, od której będzie zależało jej miejsce w Unii Europejskiej, jak również zasady i warunki członkostwa w UE tych państw, które nie nalezą ani do strefy euro, ani do grona państw tak zwanej starej Piętnastki. Nadchodzący czas będzie dla Polski decydujący, a decyzje, które zostaną podjęte w Brukseli w najbliższych tygodniach i miesiącach, mają dla nas taką samą wagę i znaczenie, jak traktat akcesyjny do UE, który podpisaliśmy 15 lat temu.
Ta sprawa dotyczy wszystkich Polaków, bez względu na ich poglądy polityczne i ich stosunek do integracji europejskiej. Dotyczy zarówno Polaków żyjących w Polsce, jak i tych poza granicami Rzeczpospolitej. Musimy mieć tego świadomość. Teraz, właśnie teraz Polska i Polacy mogą bronić swoich praw jako równoprawny członek UE, albo mogą przegrać wszystko. Jeśli przegrają tę batalię, to konsekwencje tej klęski będą odczuwali przez kolejnych kilkadziesiąt lat.
A więc – teraz albo nigdy, ponieważ to teraz tworzy się nowy, pobrexitowy polityczny i gospodarczy porządek w UE, a jednym z głównych elementów tworzenia tego nowego porządku jest walka o to, kto będzie miał gospodarcze przywództwo w Unii Europejskiej, a kto będzie grał w niej drugie, czy też jeszcze dalsze gospodarcze skrzypce w następnych kilkudziesięciu latach. Kto zostanie rozgrywającym, a kto rozgrywanym w przyszłości w Unii Europejskiej? O to właśnie dzisiaj Polska i Polacy, wszyscy Polacy powinni rozpocząć walkę!
W tej walce Polonia może i powinna odegrać znaczącą rolę. W zachodniej Europie żyją miliony Polaków. Ci Polacy muszą dziś wznieść się ponad swoje animozje i podziały polityczne, albowiem równoprawne członkostwo w UE dla Polski, albowiem zachowanie w UE zasady wolnego przepływu usług pomiędzy państwami UE to dla Polski i Polaków kwestia gospodarczego być albo nie być na następnych kilkadziesiąt lat!
Przez 28 lat wolnej Polski nie udało się wypracować żadnemu polskiemu rządowi efektywnej metody współpracy z Polonią i sposobu koordynacji działań polskiej dyplomacji i działań Polonii w Europie, umożliwiających Rzeczpospolitej osiąganie strategicznych celów. Niestety w tej kwestii polskie państwo nie zdało egzaminu i można odnieść wrażenie, że nadal go nie zdaje.
A przecież wiele na świecie jest przykładów państw, które skutecznie wykorzystują swoje diaspory, a koordynacja działań tych państw z działaniami ich diaspor umożliwia osiągnięcie politycznych i gospodarczych celów. Można podać przykład Turcji, która utrzymuje stałe więzi z Turkami żyjącymi na całym świecie. Diaspora turecka, wspierana logistycznie i finansowo przez państwo tureckie, prężnie działa na rzecz Ankary w krajach Europy Zachodniej, o czym mogliśmy się przekonać jakiś czas temu, kiedy to trwała turecka kampania referendalna, kampania, która przeniosła się wówczas na ulice holenderskie i niemieckie…
Państwo Izrael również skutecznie potrafi wykorzystać swoją diasporę, tak aby cele Tel Awiwu zostały osiągnięte. Wiele państw wykorzystuje swoich obywateli przebywających za granicą do celów promocyjnych i odnosi w tej kwestii duże sukcesy, co przetwarza się z kolei w wymierne korzyści narodowe i wpływa na to, jak te kraje są postrzegane na świecie.
Niestety Polska nie działa w tym kierunku i na tej płaszczyźnie, a polskie władze nie doceniają i nie wykorzystują potencjału, który stanowi dla Polski Polonia przebywająca przecież na całym świecie. To powinno się zmienić. To musi się zmienić, jeśli Polska zamierza uskutecznić swoje działania na rzecz osiągania swoich taktycznych i strategicznych celów w Europie i na świecie.
Stare powiedzenie mówi: Polak mądry po szkodzie. Jednak w tym przypadku chodzi o to, żeby do szkody nie dopuścić. Polska nie może dopuścić, Polacy nie mogą dopuścić do tego, aby została zlikwidowana w Unii Europejskiej możliwość wolnego przepływu usług. Jeśli do tego miałoby dojść, to konsekwencje byłyby dla Polski i Polaków tragiczne, a można się spodziewać, że po likwidacji w UE wolnego przepływu usług dojdzie również do likwidacji wolnego przepływu ludzi i kapitału z krajów Europy Środkowej do Europy Zachodniej. Polska musi się temu przeciwstawić, a Polacy żyjący w Europie Zachodniej muszą jej w tym pomóc, ponieważ jest to również w ich interesie.
Bez względu na to, jakie kto ma poglądy polityczne, bez względu na to, czy popiera się, czy nie popiera tej czy innej ekipy rządzącej w Polsce, kto kogo lubi, a kogo nie lubi w Polsce i za granicą, Polacy muszą się zmobilizować i zablokować niekorzystne dla Polski zmiany w zasadach funkcjonowania rynku wspólnotowego, ponieważ jeśli do tych zmian miałoby dojść, stracą na tym wszyscy Polacy i to niezależnie od tego, czy ktoś żyje w Polsce, czy za granicą, czy popiera, czy nie popiera kogoś w kraju i poza jego granicami.
Polacy za granicą musza lobbować na rzecz powstrzymania wyżej omawianych zmian w UE. Polacy żyjący w Europie muszą w tej kwestii działać wspólnie. Mówić w tej kwestii jednym głosem. Być może wspólnie organizować manifestacje i pikiety przeciwko tym niekorzystnym dla nas – dla nas wszystkich – zmianom. Polskie „NIE!” musi wybrzmieć w Europie Zachodniej. Nie tylko „Poloamerykanie” są wyborcami. Wyborcami są również ci Polacy, którzy żyją we Francji czy w Niemczech, i rządzący w tych krajach powinni usłyszeć ich głos.
Donald Trump usłyszał głos Polaków żyjących i glosujących w Stanach Zjednoczonych. Czy głos Polaków żyjących we Francji czy w Niemczech usłyszą Emmanuel Macron i Angela Merkel? Z pewnością tak, ale pod warunkiem że Polacy żyjący we Francji, w Niemczech, w szeroko pojętej Europie Zachodniej zjednoczą się ponad podziałami i jednym głosem powiedzą: Nie! Nie – dla niekorzystnych dla Polski i Polaków zmian w UE.
Polskiego „nie” w zachodniej Europie – tego właśnie potrzeba, aby zablokować niekorzystne dla Polski zmiany, które już zostały przygotowane przez brukselskich technokratów i są forsowane przez Emmanuela Macrona ze wsparciem Jeana-Claude’a Junckera i z aprobatą Angeli Merkel.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” na s. 10 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Decyzje, które zostaną podjęte w Brukseli w najbliższych tygodniach i miesiącach, będą miały dla Polski taką samą wagę i znaczenie, jak traktat akcesyjny do UE, który podpisaliśmy 15 lat temu.
Zbigniew Stefanik
Amerykański prezydent z wizytą w Warszawie podkreślił kilkakrotnie, iż wielu Polaków oddało na niego głos w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. Trump dał wyraźnie do zrozumienia, że jego obecność w Polsce jest związana z tym, iż „Poloamerykanie” masowo udzielają mu swojego poparcia. (…) A więc wizyta Donalda Trumpa uczy nas jednej bardzo istotnej rzeczy: Polonia amerykańska jako taka stanowi istotną grupę, z którą liczy się amerykański prezydent.
Krótko mówiąc, zdaje się, że Polonia w Stanach Zjednoczonych to siła, z którą liczą się rządzący w tym kraju. To bardzo duży atut Polski, polskiego państwa i jego rządzących, albowiem amerykańska Polonia może wspomóc polski rząd w realizacji strategicznych celów Rzeczpospolitej poprzez lobbowanie w USA na rzecz Polski i jej bezpieczeństwa. Niestety w krajach Europy Zachodniej sytuacja wygląda diametralnie inaczej… (…)
Niepewna staje się ekonomiczna przyszłość polskich podmiotów gospodarczych, a polscy przedsiębiorcy mają powody do obaw. Powinni czuć się oni zagrożeni, i to nawet bardzo, ponieważ francuski prezydent Emmanuel Macron dąży do obalenia dotychczasowych zasad panujących na rynku wspólnotowym Unii Europejskiej. W dodatku w kwestii niekorzystnych zmian wymierzonych w przedsiębiorców z Europy Środkowej (głownie polskich) za Macronem stoją nie słowa, tylko czyny.
W ramach walki z tak zwanym dumpingiem społecznym 31 maja bieżącego roku Komisja Europejska przyjęła projekt dyrektywy. Zakłada on, że każdy pracownik czy przedsiębiorstwo pracujące czy świadczące usługi w innym kraju UE niż jego kraj rodzimy będzie musiało świadczyć te usługi zgodnie z zasadami płacowymi obowiązującymi w państwie, na rynku którego operuje, od czwartego dnia gospodarczej działalności poza granicami swojego kraju pochodzenia. Przykładowo polska firma transportowa świadcząca usługi we Francji od czwartego dnia swojej działalności na rynku francuskim będzie musiała płacić wszystkie składki pracownicze we Francji zgodnie z francuskimi zasadami.
Ponadto polska firma świadcząca usługi we Francji będzie musiała wykazać, że jej pracownicy zarabiają co najmniej minimalną stawkę krajową obowiązującą we Francji. Jeśli projekt rzeczonej dyrektywy miałby zostać przyjęty, wówczas godzina pracy jednego pracownika we Francji będzie kosztowała polskiego przedsiębiorcę świadczącego usługi w tym państwie co najmniej 18 euro brutto, to jest ok. 80 złotych. (…)
Dzisiaj polscy przedsiębiorcy z branży transportowej posiadają, wedle różnych szacunków, około 25 procent rynku transportowego Unii Europejskiej. Polska staje się prawdziwym transportowym gigantem w UE, a polskie małe i średnie firmy transportowe, czy przynajmniej ich część, mają duże szanse na to, aby za 10–15 lat stać się potężnymi korporacjami – głównymi rozgrywającymi na rynku transportowym Unii Europejskiej. (…)
Działania podejmowane przez Paryż, Berlin i obecnie Komisję Europejską idą w kierunku, aby zapobiec spadkowi konkurencyjności i znaczeniu zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych. Niestety w koncepcji Macrona i – jak może się zdawać – Jeana-Claude’a Junckera walka o konkurencyjność i znaczenie na rynku wspólnotowym zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych ma odbyć się kosztem krajów środkowoeuropejskich i wywodzących się z nich przedsiębiorstw i przedsiębiorców. (…)
Ta sprawa dotyczy wszystkich Polaków, bez względu na ich poglądy polityczne oraz ich stosunek do integracji europejskiej. Dotyczy zarówno Polaków żyjących w Polsce, jak i tych poza granicami Rzeczpospolitej. Musimy mieć tego świadomość. Teraz, właśnie teraz Polska i Polacy mogą bronić swoich praw jako równoprawny członek UE, albo teraz mogą przegrać wszystko. Jeśli przegrają tę batalię, to konsekwencje tej klęski będą odczuwali przez kolejnych kilkadziesiąt lat. (…)
W tej walce Polonia może i powinna odegrać znaczącą rolę. W zachodniej Europie żyją miliony Polaków. Ci Polacy muszą dziś wznieść się ponad swoje animozje i podziały polityczne, albowiem równoprawne członkostwo w UE dla Polski, albowiem zachowanie w UE zasady wolnego przepływu usług pomiędzy państwami UE to dla Polski i Polaków kwestia gospodarczego być albo nie być na następnych kilkadziesiąt lat! (…)
Polacy za granicą muszą lobbować na rzecz powstrzymania wyżej omawianych zmian w UE. Polacy żyjący w Europie muszą w tej kwestii działać wspólnie. Mówić w tej kwestii jednym głosem. Być może wspólnie organizować manifestacje i pikiety przeciwko tym niekorzystnym dla nas – dla nas wszystkich – zmianom. Polskie „NIE!” musi wybrzmieć w Europie Zachodniej. Nie tylko „Poloamerykanie” są wyborcami. Wyborcami są również ci Polacy, którzy żyją we Francji czy w Niemczech i rządzący w tych krajach powinni usłyszeć ich głos.
Donald Trump usłyszał głos Polaków żyjących i glosujących w Stanach-Zjednoczonych. Czy głos Polaków żyjących we Francji czy w Niemczech usłyszą Emmanuel Macron i Angela Merkel? Z pewnością tak, ale pod warunkiem, że Polacy żyjący we Francji, w Niemczech, w szeroko pojętej Europie Zachodniej zjednoczą się ponad podziałami i jednym głosem powiedzą: nie! Nie – dla niekorzystnych dla Polski i Polaków zmian w UE.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” na s. 10 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Przeciwników repatriacji w Polsce nie brakowało. Toczyło się wszystko wg porzekadła: krok do przodu, dwa do tyłu. Doszedłem do wniosku, że tutaj nie chcieli tych ludzi. Ale dlaczego i kto nie chciał?
Anatol Diaczyński
Rozważania o repatriacji
Chcę się podzielić swoimi uwagami z życzliwymi dla repatriacji i repatriantów Polakami. Sam jestem repatriantem i już od 20 lat mieszkańcem i obywatelem Polski. Jestem literatem, członkiem ZLP/Rzeszów. W Kazachstanie byłem założycielem i pierwszym przewodniczącym Polaków w Kokczetawie (obecnie Kokszetau).
Szczerze mówiąc, władze Polski, już nowej, demokratycznej, przez długie lata absolutnie nie były zainteresowane repatriacją. O tym, że jest ona możliwa, że Polska to także nasza Ojczyzna, przekonywali nas w zasadzie tylko społecznicy, którzy docierali do Kazachstanu, jak chociażby znany działacz Solidarności Walczącej Piotr Hlebowicz.
W 1992 roku byłem delegatem na I Zjazd Polonii i Polaków z Zagranicy w Krakowie Uczestniczyłem w tamtych latach w wielu podobnego rodzaju oficjalnych i nieoficjalnych spotkaniach polonijnych w Rosji, Polsce, Kazachstanie.
Z każdym rokiem, razem z innymi działaczami polonijnymi z Kazachstanu i ludźmi z honorem i sercem – z Polski, coraz mocniej przekonywałem władze Rzeczpospolitej, żeby naszym ziomkom dano możliwość repatriacji do dawnej Ojczyzny, do Polski. Jak dziś pamiętam przekonujące słowa prezydenta Wałęsy na tym zjeździe: „Jestem prezydentem wszystkich Polaków!”. Wtedy bardzo chciało się w to wierzyć!
Ale przeciwników repatriacji w Polsce też nie brakowało. Toczyło się wszystko według porzekadła: krok do przodu, dwa kroki do tyłu. Pomyślałem, że może kiedy sam przeprowadzę się do Polski, da się bardziej nagłośnić tę sprawę i ten proces przyśpieszyć. Przeprowadziłem się. I co? I nic! Mimo że sejm RP w ciągu ostatnich 20 lat podjął szereg uchwał, które niby to powinny były ułatwić repatriację, i nawet powołano do życia tak zwany system „Rodak”, o którym więcej powiem później, repatriacja nie tylko nie przyśpieszyła, ale praktycznie zanikła. Dlaczego?![related id=962]
Teraz słyszę, że taka powolna repatriacja była skutkiem złej poprzedniej Ustawy o repatriacji. Władze doszły więc do wniosku, że kolejne poprawki do tamtej ustawy nic nie dadzą i trzeba uchwalić nową. Słuchałem i głęboko zastanawiałem się, czy to mówią poważni, rozsądni ludzie?! Tyle lat im było trzeba, żeby dojść do wniosku, że tamta ustawa była zła?!
A ile pieniędzy wypłacono posłom, senatorom i innym urzędnikom za te lata pracy nad nią? Przecież za te pieniądze można było sprowadzić do Polski połowę moich ziomków! Tym bardziej że jest pozytywny przykład, choćby ze strony Niemiec, które w o wiele krótszym czasie sprowadziły milion swoich rodaków ze Wschodu! W Polsce władze liczą na przyjazd zaledwie 10–15 tysięcy ludzi. I dla sprowadzenia takiej garstki potrzeba jeszcze 25 lat w nowej, demokratycznej Polsce? To, co w Polsce nazywa się repatriacją, faktycznie jest jej parodią!
Dlaczego Polska ośmiesza się w świecie tą parodią repatriacji? Dlaczego złożyła w ofierze te zaledwie kilkadziesiąt tysięcy Polaków, którzy zamieszkiwali w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR, i z których zaledwie połowa zdecydowałaby się wrócić do Polski?
Po długim rozważaniu doszedłem do jedynego wniosku, że w Polsce nie chcieli tych ludzi. Ale dlaczego i kto nie chciał? Przecież w społeczeństwie, jak też w mediach, nadal panuje przekonanie, że Polakom z Kazachstanu trzeba dać możliwość powrotu do Polski, chociażby dlatego, że Polska wyludnia się, bo dramatycznie maleje przyrost naturalny i wielu wyjechało za granicę.
Przykro mi to mówić jako patriocie i katolikowi, ale chyba prawdą jest, że ta repatriacja idzie tak marnie tylko dlatego, że sprzeciwia się jej Episkopat i MSZ Polski. Pierwszy dlatego, że chce przez Polaków w Kazachstanie rozpowszechniać katolicyzm w Azji, drugi – żeby załatwiać swoje plany polityczne. W tej sytuacji słowa kolędy „Nie było miejsca dla Ciebie” mówią chyba o moich ziomkach. A ten tak zwany system „Rodak”, o którym wspomniałem wyżej, sam nie działał na rzecz repatriacji i innym nie pozwalał. Dysponował środkami i możliwościami, ale nie działał. Z takimi mocnymi przeciwnikami walka moich ziomków była bez szans.[related id=2274]
To tylko w Biblii Mojżesz z pomocą Boga prowadził Żydów do Ziemi Obiecanej. W dzisiejszych czasach nie ma Mojżesza i obiecana przez władze Polski w różnych ustawach ziemia wciąż jest ziemią obiecaną. Oczywiście jest nadzieja, że Pan Bóg ukarze tych, którzy w Polsce przeszkadzali w repatriacji. Ja w to wierzę! Ale to będzie dopiero na tamtym świecie!
Dodatkowo przykre jest to, że w Kazachstanie teraz interesy robi wiele krajów, w tym europejskich, ale nikt, chyba z wyjątkiem Polski, nie trzyma tam swoich rodaków jako zakładników tych interesów.
Kiedy byłem jeszcze działaczem polonijnym w Kazachstanie, a i w pierwszych latach tu, w Polsce, zawsze starałem się dodawać swoim rodakom otuchy. Zapewniałem ich: Polska was kocha, pamięta o was, pomoże wam powrócić do Ojczyzny.
Mówiłem im o tym i pisałem w swoich książkach. Teraz z przykrością się zastanawiam, czy nie czują się okłamani przeze mnie? Czy jeszcze jest dla nich miejsce w Polsce? W nowej, przecież demokratycznej…
Rok temu, po ukończeniu zjazdu repatriantów w Pułtusku, grupa działaczy polonijnych, w tym ja, została zaproszona na uroczysty obiad z delegacją państwową, na czele z panią Beatą Szydło. Po zakończeniu obiadu, żegnając się, jako jedyny ucałowałem pani premier rękę i powiedziałem: „Niech Pani pamięta o Polakach w Kazachstanie!”. Teraz chyba trochę inaczej sformułowałbym swoją prośbę: „Niech Pani pamięta o obiecanej repatriacji!”.
Na razie nie wygląda to zbyt różowo. Owszem, przyleciała do Pułtuska przed Bożym Narodzeniem 150-osobowa grupa Polaków z Kazachstanu. Mieszkają tam więc już od pół roku. Ale gdzie i jak rozsiedlać tę grupę na stałe, odpowiednie osoby – z Anną Marią Anders, pełnomocnikiem prezesa Rady Ministrów do spraw repatriacji na czele – pomysłu chyba nie mają. Przynajmniej nie ma jednolitego, szczegółowego pomysłu.
A przecież wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach! Więc tych 150 osób sprowadzonych w ciągu ostatniego pół roku do Polski to żaden wybitny rezultat! W niektórych poprzednich latach, jeszcze na długo przed przyjęciem tej najnowszej ustawy, zapraszano więcej. Czyżby to kolejny, broń nas Boże, nowy, nieudany eksperyment?!
Autor był działaczem polonijnym w Kazachstanie, obecnie jest literatem polskim, członkiem Związku Literatów Polskich.
Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Dzień 52. z 80/Malbork/Poranek Wnet – Nawet dziś, gdy zbliżamy się do Zamku w Malborku, czyni on na nas wrażenie. Co musiał przeżywać przed kilkuset laty wędrowiec wyłaniający się na koniku z lasu?
„Malbork, największa góra cegieł na północ od Alp” – takie powiedzenie funkcjonuje wśród pracowników Muzeum Zamku w Malborku. Nie zmienia to faktu, że jest to największy na świecie zamek pod względem powierzchni i odwiedza go co roku 600 tysięcy turystów.
– Jest to zamek, który powstał z błota, a więc surowca pozyskiwanego z tutejszej błotnistej ziemi – powiedział Arkadiusz Dzikowski z Muzeum Zamek w Malborku, dzisiejszy gość Aleksandra Wierzejskiego w Poranku Wnet z Malborka. – W dodatku jest zbudowany w ten sposób, że nigdy – do końca II wojny światowej – jeszcze nikomu nie udało się go zdobyć.
fot. Jaśmina Nowak
Został wzniesiony w kilku etapach od 1280 r. do połowy XV w. przez zakon krzyżacki, który powołano do życia na odległych terenach ówczesnej Palestyny. W trakcie III wyprawy krzyżowej (koniec XII wieku), podczas oblężenia Akki, okazało się, że rannymi i chorymi Niemcami, ze względu na brak teutońskiego zakonu rycerskiego, nikt się nie opiekuje. Dlatego przybyli na statkach mieszczanie Lubeki i Bremy, rozebrali je i zbudowali szpital, który zamiast dachu przykryty został żaglami.
– Tak powstał pierwszy szpital, który później przyjął regułę wzorowaną na templariuszach i joannitach, zatwierdzony przez papieża jako Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie – powiedział Arkadiusz Dzikowski.
Początkowo była to siedziba komtura, w latach 1309–1457 siedziba wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego i władz Prus Zakonnych, w latach 1457–1772 rezydencja królów Polski. Zrekonstruowany w latach 1817–1842 i 1882–1944, zniszczony w 1945 r., ponownie zrekonstruowany przez polską szkołę odbudowy i restauracji zabytków jest przykładem pracy tych najlepszych na świecie w swej dziedzinie przedstawicieli. „Prace remontowe na zamku, można powiedzieć, toczą się do dziś” – jak to ujął gość Poranka. W 1997 r. zamek został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
– Przewodnicy traktują ten zamek jako część – można powiedzieć – swojej rodziny i ten zamek jest dla nich bardzo ważnym elementem życia – powiedział Krzysztof Sikora, prezes przewodników malborskich. Zdradził, że najstarszy przewodnik ma już za sobą 60 sezonów w tej roli. W dodatku przewodnicy, nawet ci naprawdę starsi, potrafią dziennie „zrobić dwie wycieczki po trzy i pół godziny każda”. Podkreślił, że aby zrobić kurs na przewodnika Zamku w Malborku, trzeba bardzo dużo się uczyć. Zażartował, że jego kursanci, gdy drukowali ściągi na egzamin, musieli zużyć po 500 stron na każdą.
– Nawet dziś, gdy zbliżamy się do Zamku w Malborku, czyni on na nas wrażenie. Co musiał przeżywać przed kilkuset laty wędrowiec wyłaniający się na koniku z lasu – trudno opisać, bowiem jest to największa budowla gotycka w Europie – powiedział prezes. To, co świadczy o skali tej budowli, to reakcja turystów „wychowanych w epoce drapaczy chmur”, którzy wchodząc na dziedziniec Zamku Średniego, są pod wielkim wrażeniem i nierzadko wyrywa im się z gardeł okrzyk „Wow!”.
– Mało kto wie, że taki krzyżak jadł tylko dwa razy dziennie, a dziewięć razy na dzień bywał w kościele – powiedział prezes Sikora. Przypomniał, że Polacy często na krzyżaków patrzą z perspektywy Sienkiewicza, a „on ich trochę obsmarował”.
[related id=34994] Arkadiusz Dzikowski zwrócił uwagę, że często młodzież i dzieci opierają swą wiedzę na grach komputerowych, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a twórcą największych mitów dotyczących średniowiecznego rycerstwa jest Henryk Sienkiewicz. Jednym z tych mitów jest opowieść o wielkim dwuręcznym mieczu krzyżackim, zdobytym pod Grunwaldem, którym władał w „Ogniem i mieczem” Longinus Podbipięta.
– To totalna bzdura, bo takich mieczy w tamtym czasie w ogóle nie było – powiedział Dzikowski, ekspert i wytwórca broni średniowiecznej. Kolejnym mitem są tunele i przejścia, którymi rzekomo można się dostać do zamku w Gniewie i Kwidzynie.
Goście Poranka wspólnie zaapelowali do zwiedzających, aby na Zamek w Malborku rezerwowali sobie minimum cztery godziny. Dodali też, że Malbork jest najlepszym miejscem do wypadów szlakiem zamków i zameczków średniowiecznych, zresztą często usytuowanych w miastach, które zachowały po dziś dzień średniowieczny układ urbanistyczny.
Dzień 52. z 80/ Malbork/ O oblężeniu Malborka i rekonstrukcjach historycznych, w tym o największej w Polsce bitwie pod Grunwaldem, opowiada Arkadiusz Dzikowski, członek Kapituły Rycerstwa Polskiego.
– Ostatnio mocno stawiamy na rekonstrukcje historyczne. Mamy specjalny dział wyposażony w repliki militariów i to jest wielka atrakcja – powiedział Arkadiusz Dzikowski z Muzeum Zamku w Malborku, który sam jest rekonstruktorem od dwudziestu kilku lat, a także Mistrzem Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej. Przez wiele lat osobiście wykonywał repliki uzbrojenia.
– Możliwość założenia na siebie elementów uzbrojenia, wzięcia do ręki miecza jest najbardziej skuteczną metodą zwalczania wszelkiego typu stereotypów – powiedział Arkadiusz Dzikowski.
– Chciałbym rozwiać mit na temat funkcji i wagi uzbrojenia rycerskiego. Mit pierwszy, że jak rycerz spadał z konia, to już nie mógł się podnieść, albo że „ważyło to tyle, że dziś nikt nie byłby w stanie tego unieść”. To są mity, my, rekonstruktorzy, biegamy w tych zbrojach po polach bitew w całej Europie i jak się przewrócimy, to nic nie staje na przeszkodzie, żeby się podnieść.
– W historii praktycznie nic się nie zmienia – zbroja rycerza ważyła około 20-25 kilogramów, a wyposażenie dzisiejszego żołnierza pola walki jest w granicach 30 kilogramów, a więc 20-30 kg to taki constans dla żołnierza – zauważył przysłuchujący się rozmowie na temat rekonstrukcji historycznych prezes Koła Przewodników Malborskich Krzysztof Sikora. Redaktor Wierzejski przypomniał, że dotyczy to również czasów starożytnych, bowiem wyposażenie greckiego hoplity ważyło również 30-40 kilogramów.
Arkadiusz Dzikowski wyjaśnił, że rekonstrukcja polega na starannym i jak najbardziej wiernym odtworzeniu przebiegu zdarzeń, dlatego nie ma obawy, że kolejną rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem Polacy mogliby przegrać. Podkreślił, że rekonstruktorzy często badają i odtwarzają zarówno przebieg zdarzeń, jak i całą otoczkę związaną z dziedzictwem materialnym danej epoki. Nie od dziś wiadomo, że rekonstrukcjami zajmują się pasjonaci historii.
– Gdy rekonstruujemy oblężenie Malborka, to, w przeciwieństwie do Grunwaldu, tutaj oczywiście wygrywają Krzyżacy – powiedział Dzikowski. Dodał, że jest to rekonstrukcja wielowątkowa i za pośrednictwem tej imprezy rekonstruktorzy pokazują nie tylko aspekty militarnej tej bitwy, ale również kulturę średniowiecza.
fot. Jaśmina Nowak
Bierze w niej udział zazwyczaj kilkaset osób zaangażowanych w odtwarzanie najróżniejszych scen dotyczących oblężonego Malborka i życia na zamku. Przyznał, że rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem jest zdecydowanie większa od tej malborskiej, bowiem to jedna z największych rekonstrukcji w Europie.
– To jest kilka tysięcy rekonstruktorów, ale samych rycerzy na polu bitwy jest mniej – powiedział Dzikowski.
Prowadzący program redaktor Aleksander Wierzejski zachęcił do „zdobywania Malborka”, tak jak to uczynili Polacy w czasie wojny trzynastoletniej, kiedy to kupił zamek dzięki inicjatywie Andrzeja Tęczyńskiego herbu Topór w roku 1457 król Polski Kazimierz Jagiellończyk za kwotę 190 tysięcy florenów (ok. 660 kg złota) od dowodzącego najemnikami Ulryka Czerwonki z Czech. Dziś możemy zwiedzać ten największy na świecie zamek średniowieczny za zdecydowanie mniejsze sumy.
Arkadiusz Dzikowski (50 l.) – członek Chorągwi Hetmańskiej Hetmana Wielkiego Kapituły Rycerstwa Polskiego.
[related id=34994]Założyciel stowarzyszenia i Mistrz Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej (www.rycerzesztum.pl) w 1994 roku. Współzałożyciel Kapituły Rycerstwa Polskiego – członek Konwentu, aktualnie Namiestnik Prowincji Prusy. Współorganizator wielu turniejów, m.in. Turnieju Rycerskiego im. Arcyksięcia Albrechta von Habsburg i Turnieju Rycerskiego im. Arnolda von Schwarzburg na Wzgórzu Zamkowym w Dzierzgoniu oraz dwóch edycji Turnieju Rycerskiego w Santoku. Uczestnik (w roli dowódcy obrony zamku) dziewięciu edycji imprezy historycznej pt. „Oblężenie Malborka”. Dowódca Chorągwi Sztumskiej podczas 4. edycji inscenizacji historycznej „Bitwa Grunwaldzka”. Współzałożyciel Towarzystwa Turniejowego „Unia Pruska” zrzeszającego grupy historyczne z terenu Polski północnej.
Twórca Grupy Turystyki i Rekonstrukcji Historycznej „Szwadron Powiśle”, kultywującej tradycje bojowe 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” (www.lupaszko.pl). Współorganizator i uczestnik (jako dowódca „Szwadronu Powiśle”) Rajdu Szlakiem 5. WB AK mjr. „Łupaszki”.
Ponadto członek kilku stowarzyszeń społecznych, m.in. stowarzyszenia społeczno-politycznego „Samorządne Powiśle”, „Wspólnoty Polskiej”, gdzie współorganizuje pobyt dzieci polskich z Białorusi na terenie powiatu sztumskiego. Współzałożyciel i lider Centrum Kultury Chrześcijańskiej, działającego przy parafii pw. św. Anny w Sztumie pod patronatem Diecezji Elbląskiej.
Uhonorowany Orderem Orła z Mieczem przez Hetmana Wielkiego Kapituły Rycerstwa Polskiego, Krzyżem Sybiru przez Związek Sybiraków i medalem Zasłużony dla Ziemi Sztumskiej przez burmistrza miasta i gminy Sztum.
Dzień 52. z 80 / Malbork / Poranek WNET – Budujemy bloki, wchodzimy do swojego mieszkania po pracy, zamykamy się. Nie interesujemy się otoczeniem czy sąsiedztwem. Jest to znak czasu.
W dzisiejszym poranku WNET Aleksander Wierzejski rozmawiał z ks. Józefem Micińskim, proboszczem parafii św. Urszuli Ledóchowskiej w Malborku. Tej młodej parafii ciągle przybywa nowych wiernych. Kolejne młode rodziny wprowadzają się do bloków otaczających świątynię. Parafia może się pochwalić większą ilością chrztów niż pogrzebów.
Ksiądz proboszcz stwierdził, że mieszkańcy Malborka to ludność niezakorzeniona, osadzona na tych terenach po wojnie. Są to ludzie ze wschodu – z Wołynia, z południa, z ziemi toruńskiej, lubawskiej i z Pomorza. Brak korzeni potęguje anonimowość.
Od siedmiu lat parafia św. Urszuli Ledóchowskiej w Malborku jako jedna z około 20 parafii w Polsce bierze udział w programie odnowy i ewangelizacji parafii. Jest to program, który ma pomóc wyjść z anonimowości, ze swojego mieszkania, zbudować relację z sąsiadami, a przez to wspólnotę, czyli też – parafię.
– To jest program, który opierając się na Soborze Watykańskim II, prowadzi do odkrywania swojego powołania i miejsca w życiu parafii, i jest skierowany do każdej osoby, która do tej parafii należy – powiedział nasz gość.[related id=34994]
W ramach programu w ciągu roku duszpasterskiego jest przygotowywanych kilka wydarzeń. Każde z nich ma swój cel, określa się jego temat i sposób przeprowadzenia. Następnie do udziału zapraszani są wszyscy członkowie wspólnoty. Tworzy się list z opisem wydarzenia i wyjaśnieniem, jak można wziąć w nim udział. Osoby zaangażowane w program, nazywane posłańcami, zanoszą przygotowany list do swoich sąsiadów. Program trwa już dwadzieścia kilka lat. Następujące po sobie lata są kolejnym etapem budowania wspólnoty, wychodzenia do ludzi.
Parafia św. Urszuli Ledóchowskiej ma dziewięć tysięcy mieszkańców. Posłańców, którzy do każdego domu i mieszkania zanoszą trzy tysiące listów, jest około 200. Ważny jest osobisty kontakt, aby przy dostarczeniu listu zaprosić mieszkańców do wzięcia udziału w wydarzeniu.
Od wielu lat parafia prowadzi budowę kościoła o nietypowej bryle, który jest dużym obiektem. Architektura jest nowoczesna, nie nawiązuje do tradycyjnych budowli. Mimo to parafianie użytkujący świątynię dostrzegają jej sakralny charakter. – Słyszałem, że częściowo architektura nawiązuje do zamku: małe okna, bryła półokrągła, trochę jak baszta lub mury obronne – powiedział ksiądz proboszcz.
Całej audycji można posłuchać tutaj. Wywiad z ks. Józefem Micińskim jest w części szóstej.