Oskarżenia wyciągane z komunistycznych akt bezpieki czy prasy komunistycznej należy bardzo dokładnie sprawdzać. Nie można bowiem odmówić komunistom kreatywności w prowadzeniu wojny psychologicznej.
Osoby niechętne naszym Żołnierzom Niezłomnym prosiłbym, by w ocenach moralnych naszych żołnierzy zachowały ostrożność. I przypominam, że oskarżenia wyciągane z komunistycznych akt bezpieki czy prasy komunistycznej należy bardzo dokładnie sprawdzać. To, czego nie można odmówić bowiem komunistom, to kreatywność w prowadzeniu wojny psychologicznej z wrogiem.
Nie ma wątpliwości, że żołnierze „Burego” walczyli dzielnie, narażali życie dla Polski Wolnej i Niepodległej.
Walczyli w warunkach skrajnie trudnych, na częściowo wrogim terenie. Nie jest tajemnicą, że wielu mieszkańców, zwłaszcza wiosek białoruskich, było wrogo nastawionych do Państwa Polskiego, podatnych na komunistyczną propagandę już w czasach II RP. Tereny Podlasia po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1944 r. były przedmiotem negocjacji między komunistami sowieckiej Białorusi a PKWN. Nie było pewne, że zostaną pozostawione jurysdykcji Warszawy. W tym czasie NKWD, UB, KBW używały wszelkich sposobów, by zniszczyć polski opór. Działania propagandowe, manipulacja, kłamstwa pomieszane z prawdą miały odciąć polskich partyzantów od ich naturalnego zaplecza. Instalowano agenturę we wsiach, w oddziałach, jak i na wyższych szczeblach dowodzenia. Agentura była także obecna w łączności. Dowódcy partyzanccy działali jak oddziały specjalne.
Ich nadrzędnym celem było zadanie wrogowi maksymalnie dużych strat i jak najdłuższe zachowanie swoich zasobów, by dotrwać do rozpoczęcia spodziewanego konfliktu zbrojnego między Zachodem a ZSRS. W kontekście rozpowszechnionego zarzutu, że „Bury” i jego żołnierze zabijali ludzi za wiarę prawosławną, godzi się w tym miejscu przypomnieć, że w okresie walki toczonej przez „Burego” z reżimem komunistycznym u jego boku stali, pełniąc odpowiedzialne funkcje, także żołnierze wyznania prawosławnego, tzw. tutejsi, a także osoby przyznające się do swojej białoruskości. Mam na myśli zastępcę „Burego” z 1945 r., ppor. Mikołaja Kuroczkina „Leśnego”, i dowódcę 1. plutonu 3. Brygady Wileńskiej NZW, Władysława Jurasowa „Wiarusa”. Obaj zginęli za Polskę – „Leśny”, kawaler Krzyża Walecznych za walkę z Niemcami, został zamordowany na mocy wyroku sądu komunistycznego 18 lutego 1947 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, zaś „Wiarus” poległ 16 lutego 1946 r. w walce z NKWD pod wsią Gajrowskie.
Czy prawosławni dowódcy pododdziałów zabijali swoich rodaków, bo chcieli przypodobać się Polakom? Nie – bali się, by ich tropione oddziały nie zostały zadenuncjowane. Wiązali się z polskim podziemiem niepodległościowym, bowiem uważali, że Sowieci zagrażają także białoruskiej tożsamości narodowej.
Możemy przeprosić za niewinne ofiary, możemy próbować zadośćuczynić ich rodzinom, ale nie możemy nie docenić wysiłku naszych żołnierzy, jaki włożyli w odzyskanie niepodległości Polski. Historia naszych białoruskich sprzymierzeńców wciąż czeka na głębsze opracowanie. Stereotyp: Białorusin-zwolennik ZSRS jest bowiem krzywdzący i nie do końca zgodny z prawdą. Do dziś w środowiskach białoruskich przeważa narracja pisana przez historyków sowieckich, bezwiednie przyjmowana w Polsce.
Wracając do meritum, logika wojny totalnej już taka była, że także żołnierze walczący o słuszną sprawę nie tylko dokonywali czynów bohaterskich, ale i zbrodni. Znamy takie przykłady z odleglejszej historii. Stefan Czarniecki, nasz bohater znany jako pogromca Szwedów i Moskali, jednocześnie dokonywał okrutnych pacyfikacji na Ukrainie. Tak bywa, że ci, którzy dla nas są bohaterami, dla innych mogą być zbrodniarzami.
Ta uwaga dotyczy także narracji historycznych naszych sąsiadów. W Rosji w Smoleńsku zbudowano pomnik zasłużonych enkawudzistów. W Mińsku stoją pomniki Dzierżyńskiego, a na Ukrainie czczony jest Roman Szuchewycz.
Historii nie zmienimy, współcześnie możemy jednak prowadzić politykę tak, by nie było w przyszłości wojen, okupacji i zaborów. Możemy, ucząc się na błędach, nie dopuścić, by nasze dzieci stawały przed takimi wyborami, jak nasi dziadowie w czasach okupacji czy to niemieckiej, czy sowieckiej…
W „Ince” rozkochali się młodzi ludzie i zakochała się Polska. Myślę, że zadecydowała o tym jej historia, która niesie za sobą ból tego, co przeżyliśmy w czasie wojny i po jej zakończeniu.
ks. Jarosław Wąsowicz
Zbliżamy się do kolejnej odsłony Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. W naszym regionie odbędzie się, jak zwykle, wiele uroczystości upamiętniających bohaterów antykomunistycznego powstania. Od dwóch lat organizowane dotąd oddolnie obchody wspierane są przez władze państwowe, dzięki czemu zyskują one na splendorze. (…)
Przy okazji nadchodzących wydarzeń, upamiętniających naszych niezłomnych bohaterów walczących po 1945 roku z sowietyzacją Polski, warto mobilizować do aktywności wszystkie patriotyczne środowiska. Musimy zwłaszcza wspierać młodzież w jej inicjatywach, bo jak zawsze walka idzie o serca kolejnego pokolenia Polaków. O wrażliwość młodych, o wychowanie w duchu poszanowania narodowych wartości i o to, kto dla nich stanie się autorytetem.
W ramach Pilskich Dni Pamięci Żołnierzy Wyklętych przygotowujemy w tym roku kilkadziesiąt spotkań obejmujących wykłady, zawody sportowe, konkursy dla dzieci oraz publikacje poświęcone narodowym bohaterom. Tradycyjnie naszym oddziaływaniem obejmiemy kilkanaście miejscowości naszego regionu. (…)
Punktem centralnym tegorocznych uroczystości stanie się poświęcenie kolejnego w Polsce pomnika Danuty Siedzikówny ps. Inka, który stanie koło kościoła pw. Świętej Rodziny w Pile, animowanego przez salezjanów. To przy tej świątyni w naszym regionie od sześciu już lat odbywają się centralne uroczystości upamiętniające żołnierzy antykomunistycznego podziemia. (…) Danuta Siedzikówna należy do grona salezjańskich wychowanków z Różanegostoku. Kiedy po wojnie rozpoczynała naukę w gimnazjum, prowadzonego przez salezjanów zastępczo w Nierośnie, zwierzyła się babci, że to najpiękniejszy dzień w jej życiu.
W „Ince” rozkochali się młodzi ludzie i zakochała się Polska. Myślę, że zadecydowała o tym jej historia, która niesie za sobą ból tego, co przeżyliśmy w czasie wojny i po jej zakończeniu. Cała jej rodzina zapłaciła olbrzymią cenę za zaangażowanie niepodległościowe. Dość wspomnieć, że za to zginęli rodzice „Inki”. Danuta jako 15-letnia dziewczyna złożyła przysięgę w szeregach Armii Krajowej, żeby później, po 1945 r., kiedy większość już miała dość walki, stanąć w szeregach oddziału „Łupaszki” do konfrontacji z kolejnym okupantem. (…)
Zbudujemy więc pomnik sanitariuszki od „Łupaszki” w Pile, w Wielkopolsce. Zapraszam już dzisiaj na uroczystość jego odsłonięcia w niedzielę 25 marca o godz. 11.00. A do naszych Czytelników i ludzi dobrej woli, którym nie jest obojętne wychowanie młodego pokolenia w patriotycznych wartościach, zwracamy się o materialne wsparcie naszej inicjatywy i z góry dziękujemy za okazaną pomoc.
Wpłat można dokonywać bezpośrednio na konto:
Nr konta: 66-8162-0003-0021-3354-3000-0010
Parafia Świętej Rodziny
ul. św. Jana Bosko 1
64-920 PIŁA
Pomnik „Inki”
Cały artykuł ks. Jarosława Wąsowicza pt. „Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Wielkopolsce” znajduje się na s. 2 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł ks. Jarosława Wąsowicza pt. „Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Wielkopolsce” na s. 2 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Sfera gospodarcza w obszarze pryncypiów jest przestrzenią zgody między prawicą i lewicą. Panuje tu niepisana zgoda niestrzelania do pianisty, za jakiego bezdyskusyjnie uważany jest Mateusz Morawiecki.
Jan Parczewski
Polityka gospodarcza rządu, oparta na Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju utożsamianej z osobą Mateusza Morawieckiego, generalnie cieszy się poparciem aktorów głównej sceny politycznej – od jej prawej strony począwszy, a skończywszy na lewej.
Zjawisko to jest fenomenem o tyle, że występuje równolegle do spektakularnych, coraz bardziej widowiskowych i niejednokrotnie wręcz dramatycznych sporów przedstawicieli stron, połączonych z pogłębiającą się polaryzacją publiczności, prowadzącą niejednokrotne do rękoczynów.
Na lewej stronie sceny akceptacja budowana jest poprzez pogląd, iż de facto obecna polska polityka gospodarcza transmituje na nasz grunt i materializuje oczekiwania gospodarcze globalne/UE/Niemiec. Ludzie małej wiary połączonej z dużym doświadczeniem odczytują to wręcz jako swoistą kontynuację relacji gospodarczych poprzedniej ekipy.
Na prawej stronie sceny akceptacja, wspierana oficjalną retoryką rządową, budowana jest według syndromu oblężonej twierdzy. Zgodnie z tym syndromem często nieuniknione spory załogi twierdzy powinny być wyciszane i eliminowane, gdyż stają się jawnym prezentem dla oblegających. Warto podkreślić, że w syndromie tym, zdaniem socjologów, eliminowanie wewnętrznej krytyki miewa z zasady cechy psychomanipulacji i może służyć do realizacji pomysłów nie zawsze najkorzystniejszych dla egzystencji obleganych.
Obietnice przedwyborcze zarówno prezydenta, jak i PiS wskazywały wyraźnie na kierunek pronarodowy i gospodarczo podmiotowy zapowiadanych zmian. Niestety, rzeczywistość zmiany okazała się być w wielu elementach istotnie inna.
Dlatego też wspomniana, oficjalnie demonstrowana homogeniczność poglądów gospodarczych ma swoją gorzką cenę na prawicy. Jest nią głęboka, ukryta trauma znacznej części prawicowego elektoratu. Szczególnie dotkliwy okazał się rozziew pomiędzy przedwyborczymi deklaracjami a rzeczywistością w obszarze stosunku do roli kapitału zagranicznego oraz patriotyzmu gospodarczego.
Sfera gospodarcza w obszarze jej pryncypiów jest obecnie przestrzenią zgody pomiędzy prawicą oraz lewicą. Obie strony wspierają bardzo podobny model patriotyzmu gospodarczego. Panuje tu niepisana zgoda niestrzelania do pianisty, za jakiego bezdyskusyjnie uważany jest Mateusz Morawiecki.
W odróżnieniu od sfery gospodarczej, stosunek do imponderabiliów narodowych, społecznych, historycznych oraz kulturowych rytualizuje i tworzy pole konfliktu stron. Atrybutami tych widowiskowych sporów są szable i sztandary, a nie wielkie pieniądze, kapitał oraz własność, właściwe dla chłodnych i realizowanych w ciszy gier gospodarczych z wątkiem globalnym.
Obecna sytuacja, w której szczególnie po prawej stronie, na zasadzie nieformalnej cenzury bądź autocenzury eliminowane są znaczące głosy polemiczne, nie sprzyja racjonalnej, bieżącej ocenie stanu naszej gospodarki.
Przykładem może być bezkrytyczny, żeby nie powiedzieć dziecinny entuzjazm, z jakim mainstreamowe media prawicowe przyjęły wiadomość o wprowadzeniu banku JP Morgan do Polski. Patrząc racjonalnie, skądinąd niczego nie ujmując temu potężnemu i zasłużonemu bankowi, wypadałoby podjąć także próbę analizy, jaki cel gospodarczy przyświeca tejże operacji i na ile byłyby on zgodny (bądź nie) z polskim interesem gospodarczym.
Wzorem minionych okresów w historii mamy obecnie do czynienia z jedynie słuszną prawdą – im dłużej tak będzie, tym jej upadek może być bardziej przykry.
Dlatego też na miejscu obozu rządzącego za pochopne należałoby uznać przyjmowanie daru, jakim jest zgoda na obecny model ekonomiczny zarówno opozycji, jak i globalnych graczy gospodarczych. Należy pamiętać, że interesariusze ci lubią udawać Greka, a jak wiadomo, bezkrytyczne przyjmowanie podarków od Greków bywa w efekcie dość kłopotliwe.
(…) Stosowane obecnie w oficjalnym dyskursie pojęcia owocują znaczącym przesunięciem znaczeń i zafałszowaniem przekazu gospodarczego. Gwoli ścisłości, rząd w tej sferze jest zdecydowanie bardziej użytkownikiem określonej wykładni niż jej twórcą.
Jakie znaczenia kryją się pod określeniem „polski” we współczesnej retoryce gospodarczej?
Polska firma– co to jest? Od strony formalnoprawnej to firma zarejestrowana na terytorium kraju. Może mieć 100% kapitału zagranicznego oraz zarząd osób zagranicznych.
Postulat: należy rozdzielić pojęciowo określenie ‘polskie firmy’. Używanie tego terminu bez doprecyzowań w obszarze własności prowadzić może do dramatycznych nieporozumień po stronie odbiorcy oraz do ew. maskowania działań de facto godzących w status firm polskich z kapitałem polskim.
Gospodarka polska – co to jest? Gospodarka polska, nazywana także gospodarką narodową, mierzona jest obecnie przez produkt krajowy brutto (PKB), tj. wskaźnik scalający wartość dodaną, wytwarzaną przez podmioty zarejestrowane na terytorium kraju, niezależnie od ich pochodzenia i kapitału.
Postulat: należy rozdzielić pojęciowo określenie ‘polska gospodarka’ na części, pod kątem praw własności czynników produkcji te części tworzących. Używanie terminu ‘polska gospodarka’ bez doprecyzowań może prowadzić do dramatycznych nieporozumień po stronie odbiorcy.
Cały artykuł Jana Parczewskiego pt. „Nie strzelać do pianisty” znajduje się na s. 15 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jana Parczewskiego pt. „Nie strzelać do pianisty” na s. 15 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Żeby podbić Polskę, trzeba było zamordować elitę. Tego święta by nie była gdyby nie wiele lat pracy i badań. Każda naukowa książka jest lekarstwem na kłamstwo – mówi w Poranku WNET szef IPN
1 marca 2018 roku gościem Poranka WNET był Prezes Instytutu Pamięci Narodowej, dr Jarosław Szarek. Gość Poranka mówił o obchodach i wydarzeniach związanych z dzisiejszym świętem. m.in. o nowej wystawie w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, na której zostaną pokazane przedmioty wykopane wraz ze szczątkami pochowanymi m.in. na „Łączce” czy na Cmentarzu Bródnowskim. Krzysztof Skowroński rozmawiał też z szefem IPN o aktualnych problemach związanych ze świadomością historyczną i o nowelizacji ustawy o IPN.
Rodzina powinna mieć świadomość zagrożeń cybernetycznych, nieskrępowany dostęp do informacji i metainformacji, zapewnione bezpieczeństwo swoich danych, swobodę wypowiedzi i doboru źródeł informacji.
Tomasz Woźniakowski
Zadaniem projektowanej legislacji jest zapewnienie „niezakłóconego świadczenia usług kluczowych i usług cyfrowych oraz osiągnięcie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa systemów informacyjnych służących do świadczenia tych usług”. Celem nadrzędnym ustawy powinno być jednak odpowiednio zaakcentowane bezpieczeństwo wszystkich obywateli Rzeczypospolitej oraz ochrona ich przed zagrożeniami bezpośrednimi, jak i pośrednimi, płynącymi ze świata cyfrowego. (…)
Chęć wywiązania się ze zobowiązań międzynarodowych (a właściwie unijnych) jest niezwykle bogato opisana w uzasadnieniu projektu. Powstaje pytanie, czy taki powinien być priorytet w niezwykle istotnym obszarze bezpieczeństwa państwa i obywateli?
(…) Błędem merytorycznym projektu jest traktowanie cyberbezpieczeństwa państwa i obywateli tylko jako sumy cyberbezpieczeństwa sektorów: energetyki, transportu, instytucji finansowych, ochrony zdrowia, zaopatrzenia w wodę, infrastruktury cyfrowej oraz organów publicznych. System, który skutecznie chroni obywateli, jest zdecydowanie bardziej złożony. (…) chociażby wypracowanie standardów technicznych dla przedsiębiorstw, działalności gospodarczych oraz rodzin odnośnie do np. sieciowego bezpieczeństwa dzieci jest równie ważne jak posiadanie CIRT-ów, odpowiedniej legislacji czy strategii. (…)
Istotnym elementem bezpieczeństwa i siły państwa pod każdym względem jest bezpieczna i silna rodzina. Również działania związane z bezpieczeństwem cybernetycznym powinny objąć tę podstawową komórkę.
Rodzina powinna cechować się świadomością zagrożeń cybernetycznych, nieskrępowanym dostępem do informacji i metainformacji, bezpieczeństwem swoich danych osobowych, wrażliwych i poufnych, swobodą wypowiedzi oraz świadomym doborem źródeł informacji. Istotnym elementem jest także sprawowanie odpowiedniej opieki rodzicielskiej i wychowawczej także w cyberprzestrzeni. Obszary tych działań mogłyby zawierać się w punktach:
a) świadomość zagrożeń,
b) bezpieczna komunikacja,
c) wolność od manipulacji,
d) bezpieczeństwo danych, osobowych, biometrycznych i lokalizacyjnych,
e) zapobieganie cyberprzemocy,
f) kontrola rodzicielska.
Zaproponowany projekt ustawy praktycznie nie odnosi się w ogóle do tej, jakże istotnej, sfery.
Cały artykuł Tomasza Woźniakowskiego pt. „Bezpieczeństwo cyfrowe. Uwagi do projektu ustawy” znajduje się na s. 12 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Woźniakowskiego pt. „Bezpieczeństwo cyfrowe. Uwagi do projektu ustawy?” na s. 12 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Na całym naszym środkowym Wybrzeżu brakuje portu przynajmniej z jednym nabrzeżem głębokowodnym, chociażby dla rozładowania się amerykańskiej armii. Gdzież podziewa się nasze planowanie strategiczne?
Tomasz Hutyra
Jan Lechoń mógł pisać swoje pozytywne wiersze o Polsce prawie sto lat temu bez przeszkód. Widzieć ją prosto – jako swoją ojczyznę. Tymczasem politykom przełomu Okrągłego Stołu nasz kraj przedstawia się już zgoła inaczej…
Wszyscy pamiętamy słowa Donalda Tuska, że polskość to nienormalność! A któż z Szanownych Czytelników może wiedzieć, że na przykład taki zasłużony działacz Solidarności, jak obecny szef Stowarzyszenia Godność, będąc radnym miasta Gdańska śmiał twierdzić, że Niemcy budują lepsze statki, a zatem po co nam ta cała Stocznia Gdańska? A inni działacze związkowi? Gdzie byli, gdy rozkładano Polskie Linie Oceaniczne, likwidowano zakłady kooperujące, szeroko orano przemysł średni i ciężki?! (…)
Jeżeli nie poznamy mechanizmów wrogiego przejęcia tych zakładów, nie poznamy zewnętrznych działań na arenie międzynarodowej osób lobbujących za likwidacją naszego przemysłu, to nigdy niczego wielkiego nie zbudujemy. Damy radę z drogami, ze stadionami, damy radę nawet z mostami. Bo posiadamy bardzo mądrych inżynierów, zawsze ich mieliśmy – ale nie mamy niestety wizjonerów, na przykład takich, jakim był Eugeniusz Kwiatkowski. (…)
Chcemy budować morski port centralny. I dobrze! Tylko kim chcemy go zbudować, skoro około 15 lat temu zamknęliśmy na gdańskiej politechnice katedrę budownictwa morskiego? Tak po prostu wyzbyliśmy się kształcenia w tej dziedzinie. Niedobór kadr może być poważną przeszkodą.
Na całym naszym środkowym Wybrzeżu brakuje portu przynajmniej z jednym nabrzeżem głębokowodnym, chociażby dla rozładowania się amerykańskiej armii. Gdzież podziewa się nasze planowanie strategiczne w tym przypadku? (…)
Gospodarka morska musi być kluczem do wszystkich naszych strategicznych układanek. Rok temu wystarczyło, aby jeden ze światowych armatorów zbankrutował i już w eksporcie nie można było znaleźć pustych kontenerów, a jak tylko się pojawiły, stawki poszły o 300% w górę.
Eugeniusz Kwiatkowski doskonale rozumiał geogospodarcze położenie Polski. Wiedział, że Niemcy będą w Gdańsku blokować nam inicjatywę i utrudniać działania na każdym polu, dlatego zdecydował się na budowę portu w Gdyni. Zaplanowano również miejsce dla stoczni. Gdy popadła ona w kłopoty, ówczesny zarządca komisaryczny Gdyni Franciszek Sokół zorganizował pieniądze na ratowanie zakładu. Wiedział, że bez tego przemysłu Polsce będzie bardzo trudno się rozwijać.
Obecny prezydent tego miasta nie wykazał w tej materii refleksu. Największym pracodawcą w Gdyni dzisiaj jest Urząd Miejski! Kto by się tam chciał jakimiś stoczniami przejmować! Teren odda się deweloperom i po kłopocie.
Cały artykuł Tomasza Hutyry pt. „Gospodarki morskiej przypadki” znajduje się na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Hutyry pt. „Gospodarki morskiej przypadki” na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Leszek Żebrowski mówił o komunistycznej propagandzie dotyczącej Żołnierzy Wyklętych, oraz o tym, dlaczego dzieci działaczy socjalistycznych w czasach PRL z taką zawziętością bronią swoich rodzin.
Zdaniem historyka, ludzie z podziemia antykomunistycznego wywołują wielkie podziały w społeczeństwie i nie zmieni się to w najbliższym czasie:
„Te podziały będą bardzo długo trwały i będą wyraźne, natomiast argumenty nie będą działały do żadnej ze stron. Tak samo było z Jaruzelskim czy Lechem Wałęsą”.
Gość Radia Wnet powiedział, że po roku 90., kiedy wydawało się, że epoka propagandy minęła i że można mówić prawdę bez większych emocji, społeczeństwo zobaczyło, że UB-ecy nie ponieśli żadnych konsekwencji. Tak samo, jak uczeni, piszący nieprawdę. Dzieci komunistów dostały więc wybór:
„Czy mam przestawić się i lansować nowych bohaterów? Ale co z moimi rodzicami czy dziadkami? Musiałbym się od nich publicznie odciąć i mówić prawdę”.
Skoro nie ma konsekwencji za przekłamania, wiele osób woli przyjmować narrację, że ich rodzice byli w porządku. Jako przykład Żebrowski podał byłego premiera Polski, Włodzimierza Cimoszewicza, którego ojciec był zdeklarowanym komunistą, służył w Głównym Zarządzie Informacji a w latach 1945-46 czynnie uczestniczył w likwidacji podziemia AK:
„Cimoszewicz utrzymuje, że tatuś był w porządku, że miał czyste ręce-a nie miał. Trzeba zapytać o to ofiary przesłuchań, które przeżyły”-podkreślił.
Historyk w Poranku WNET wytykał również błędy książki Piotra Zychowicza „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”.
Jest to medal za zasługi dla narodu i państwa polskiego – za obronę godności narodowej, podtrzymywanie i utrwalanie tradycji narodowej oraz działalność na rzecz rozwoju Polski i jej pozycji w świecie.
Laureaci Medali Przemysła II za rok 2017
10 stycznia 2018 roku w Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich na Starym Rynku w Poznaniu odbyła się uroczystość wręczenia przez Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu Medali Przemysła II za 2017 rok.
Wiceprezes IPN dr Jarosław Szarek z medalem i dyplomem Przemysła II | Fot. A. Karczmarczyk
Zostało uhonorowanych dwóch laureatów: Medal przyznany Instytutowi Pamięci Narodowej za całokształt działań odebrał prezes Instytutu dr Jarosław Szarek. Drugie odznaczenie zostało wręczone zastępcy prezesa IPN prof. Krzysztofowi Szwagrzykowi za odkrywanie miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego oraz pobudzanie patriotyzmu, szczególnie wśród młodzieży. (…)
Przewodniczący Kapituły Medalu Przemysła II – prof. Leon Drobnik odczytał laudację na cześć Instytutu Pamięci Narodowej. Podkreślono w niej, że słowa mowy pochwalnej odnoszą się do całego zespołu pracowników Instytutu. Wyrażono uznanie dla odwagi i wytrwałości w odkrywaniu prawdy o wydarzeniach z najnowszej historii Polski i jej rzetelnym przedstawianiu oraz wdzięczność za przywracanie dobrego imienia tym wszystkim Polakom, którzy stając przed wyborem między najwyższymi wartościami a wyparciem się swojej tożsamości, zdecydowali się na wierność zasadom.
W mowie padły również słowa o przywróceniu nadziei, że społeczeństwo nie będzie już zmuszane do nazywania kłamstwa prawdą, a tchórzostwa bohaterstwem oraz o tym, że szczególne uznanie należy się Instytutowi Pamięci Narodowej za uczenie Polaków szacunku wobec siebie samych. Medal wraz z okolicznościowym dyplomem wręczono na ręce prezesa Instytutu dr. Jarosława Szarka.
Następnie odczytano mowę pochwalną na cześć prof. Krzysztofa Szwagrzyka. Podkreślono w niej ogromne zaangażowanie Profesora w prace badawcze upamiętniające ofiary zbrodni stalinowskich, przyczyniły się do pobudzenia patriotyzmu. Zdaniem Kapituły Laureat swoją postawą i osiągnięciami udowadnia, jak wiele może zmienić i uczynić dobra jeden człowiek, co potwierdzają liczne odznaczenia i wyróżnienia przyznawane prof. Szwagrzykowi. Medal Przemysła II jest wyrazem szacunku Kapituły za przywracanie rodzinom i społeczeństwu szczątków bohaterów walk o wolną Polskę, w tym dowódców podziemia niepodległościowego. Prof. Krzysztof Szwagrzyk odebrał osobiście Medal wraz z pamiątkowym dyplomem.
Cały artykuł redakcyjny pt. „Laureaci Medali Przemysła II za rok 2017” znajduje się na s. 1 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł pt. „Laureaci Medali Przemysła II za rok 2017” na s. 1 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Polska powinna rozpocząć opowiadanie światu swojej historii, także w Izraelu. Trzeba zostawić na boku skrajnie negatywne opinie. W Izraelu też jest bardzo wielu ludzi otwartych i życzliwych Polsce
Wielu Żydów w Izraelu uważa Polskę za swoją ojczyznę i można na nich liczyć.
Polska powinna przestać prowadzić politykę ograniczającą się do reagowania na negatywne opinie, tylko zacząć opowiadać światu swoją historię, także w Izraelu.
Głos z Tel Awiwu w Poranku WNET – o relacjach polsko-izraelskich i szansach na zakończenie obecnego sporu Aleksander Wierzejski rozmawiał z Jarosławem Papisem , prezesem Fundacji Trzeci Wymiar Kultury. Gość Poranka mówi m.in. o niefortunnym czasie uchwalenia nowelizacji ustawy o IPN, udziale polskich Żydów w walce o niepodległość a także potrzebie opowiadania światu o polskiej historii.
Siostry ofiarnie poświęcały nam swój czas. Same szyły sukienki, bluzki, płaszczyki. Dokarmiały nas owocami i warzywami z własnego ogrodu. Żadne dziecko nie wyszło do szkoły bez śniadania i kanapek.
Mirosława Jagodzińska-Podemska (Jagoda)
„Wspomnienia z lat 1950–1962”
Do napisania tych wspomnień skłoniła mnie tocząca się od kilku lat dyskusja na temat zwrotu majątku kościelnego, pełna nienawiści, przekłamań, złej woli i po prostu braku wiedzy. W jaki sposób odbierano ten majątek? Byłam tego świadkiem.
Moja młodsza siostra i ja wychowywałyśmy się w nieistniejącym już domu dziecka prowadzonym przez siostry urszulanki (szare) w Poznaniu na Chartowie (obecnie os. Rusa). Dom – z przeznaczeniem na sierociniec – ofiarowała siostrom pani Mroczkowska. Siostry podjęły to zobowiązanie, założyły dom dziecka i zajęły się opieką nad osieroconymi dziećmi. Trud ten pełniły przez lata z wielkim poświęceniem, oddaniem i miłością. Pamiętam ogromną życzliwość, z jaką odnosiły się do nas siostry – począwszy od siostry kierowniczki Józefy Więckowskiej poprzez siostry wychowawczynie: Ancillę Kujawską, Teresę Vogt, Rut Kurzankę, Adalbertę, Urszulę, siostrę pielęgniarkę Pawłę, aż po siostry kucharki Salomeę i Leonardę, i siostry krawcowe – Elwirę i drugą, której imienia nie pamiętam. Zajmowała się nami także zawsze uśmiechnięta, cichutka siostra Blandyna Garczewska oraz wspaniała siostra Dolores Matulajtis, z którą miałam kontakt nawet po założeniu przeze mnie rodziny. Była ona uczennicą Matki Urszuli Ledóchowskiej w Petersburgu, a potem jedną z pierwszych zakonnic tego zgromadzenia. Wszechstronnie uzdolniona, znała kilka języków (chyba siedem), grała na organach. To ona zdopingowała moje dzieci do nauki języków, ucząc je z dużym powodzeniem najpierw niemieckiego, potem angielskiego.
Do dziś przechowuję listy od siostry Dolores, pełne wskazówek dotyczących patriotycznego i religijnego wychowywania dzieci w duchu miłości do Boga, Kościoła i Ojczyzny, inspirowane nauką Matki Urszuli Ledóchowskiej.
Siostry ofiarnie poświęcały cały swój czas podopiecznym, od bardzo wczesnych godzin rannych do późnego wieczora. Gdy wychowanki szły spać, siostry zaglądały do każdej sypialni, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Rano pilnowały, aby żadne dziecko nie wyszło do szkoły bez śniadania i kanapek. Kontrolowały nasz ubiór, szczególnie jesienią i zimą – czy ubranie dostosowałyśmy do temperatury na zewnątrz. Po powrocie dostawałyśmy ciepły posiłek, nawet jeśli któraś się spóźniła przez dodatkowe zajęcia szkolne. Jeśli pora była późna, siostra wychodziła po nią na przystanek.
Urszula Ledóchowska 1907 | Fot. domena publiczna, Wikipedia
Stawka dzienna na każde dziecko była jednakowa, bez względu na wiek. Nie pamiętam dokładnie, jaka to była suma, chyba około sześciu złotych – musiało starczyć na wyżywienie, ubiór, opiekę, leki. A mimo to zakonnice bardzo starały się, abyśmy niczym nie różniły się od innych dzieci w klasie. Same szyły sukienki, bluzki, płaszczyki. Dokarmiały nas owocami i warzywami z własnego ogrodu. Siostra Salomea z okazji Wielkanocy robiła dla nas cukrowe baranki, a z okazji Bożego Narodzenia – gwiazdorki. Na Wielkanoc przychodził do nas zajączek, szukany często w formie podchodów. Zwiedzałyśmy wtedy okolicę, znajdując po drodze dowcipne prezenty z pouczającym przesłaniem. Sam zajączek ukryty był w starannie utrzymanym wokół domu parku.
W dniu imienin każdej z nas pieczono specjalnie dla solenizantki pyszne ciasto, wręczano prezent, potem herbata, jedzenie słodyczy i miła zabawa. A czasie karnawału siostry smażyły dla nas piękne i pyszne „róże karnawałowe”. Pamiętam też winobranie, które z uwagi na brzydką pogodę odbywało się w świetlicy. Winogrona na sznureczkach zwisały z sufitu, a zdobycie kiści wywoływało salwy śmiechu i radości z trofeum.
Siostry dbały o nasze zdrowie, często miałyśmy badania lekarskie, a w czasie choroby czuwały w dzień i w noc, podawały leki, picie, zmieniały koszule. A gdy któraś ze starszych dziewczynek chciała jeszcze przed lekcjami się pouczyć, siostra ją budziła, cichutko, by reszta mogła jeszcze spać.
Zakonnice bardzo dbały o nasz rozwój intelektualny i duchowy. Chodziłyśmy do teatru, brałyśmy udział w licznych konkursach, np. na temat kultury, architektury, historii czy geografii. Korzystało się wtedy z biblioteki miejskiej, ale także z dużej biblioteki zgromadzenia. Miałyśmy też regularne, choć dobrowolne spotkania biblijne oraz formacyjne w duchu nauki Kościoła. W niedzielne popołudnia, zwłaszcza jesienią i zimą, oglądałyśmy filmy wyświetlane w świetlicy przez ks. Edwarda Pospiesznego.
Nasze spokojne i – jak na tamte czasy – bezpieczne życie przerwano nagle i niespodziewanie. Nadszedł niespokojny 1961 rok. Już wcześniej wyczuwałyśmy niepokój sióstr, ale nie wtajemniczały nas one w żadne szczegóły. I nagle któregoś dnia po powrocie ze szkoły nie zastałyśmy sióstr, tylko personel świecki. Nasze życie zmieniło się diametralnie, od opieki począwszy, a na jedzeniu kończąc. Ale przede wszystkim zaczęła się ideologiczna tyrania.
Wychowawcy byli młodzi, niedoświadczeni pedagogicznie, ale za to gorliwi w głoszeniu lewicowej ideologii. Wyśmiewali się z naszych uczuć religijnych, drwili z Boga, Kościoła, ośmieszali nasze kochane siostry. W niedzielne przedpołudnia organizowano obowiązkowe zajęcia, tylko dlatego, żeby uniemożliwić nam uczestnictwo w Mszy św.; wieczorne nabożeństwa zaś były wtedy rzadkością. Moja siostra doświadczyła na własnej skórze szykan nowych wychowawców. Otóż w którąś niedzielę poszła na Mszę św. do kaplicy, a po powrocie czekała na nią kara: mycie w nocy schodów w dwupiętrowym budynku. Usłyszała też, że nie zasługuje nawet na kopnięcie.
Stawka dzienna na dziecko wprawdzie wzrosła, ale poziom naszego życia wyraźnie się obniżył. Na śniadanie wydzielano kromki chleba bez względu na wiek. Nikogo nie obchodziło, czy wychowanka zje śniadanie, czy ma kanapki do szkoły, nawet wtedy, gdy szła na późniejszą godzinę i wracała wieczorem. Obiad na nią nie czekał, bo kucharka kończyła pracę o godz. 15.00. Sama często kończyłam zajęcia wieczorem i jedynym moim posiłkiem był poranny, wydzielony chleb.
Byłam wtedy w klasie maturalnej technikum chemicznego. Dobrze pamiętam tamtą bezsilność i zwyczajny głód. Ze względu na moją anemię, zainteresowała się mną moja szkolna wychowawczyni i odtąd obiady jadłam u niej w domu. Nie wiem, czy bez tej pomocy mogłabym przystąpić do matury.
Duży problem i bałagan powstał za przyczyną naszej odzieży. Dawniej siostry utrzymywały system oznaczania półek przydzielonym numerkiem i każda wiedziała, co jest jej. Teraz, jeśli którejś czegoś brakowało, wychowawcy brali to, co wpadło im akurat w ręce. Nie miałyśmy swojej własności, wszystko mogło być wspólne. W ten sposób straciłam półbuty i nie miałam w czym chodzić.
Poza trudnym bytem miałyśmy świadomość, że nie tylko my przeżywamy silny stres na skutek „przejęcia” domu przez władze świeckie, z pogwałceniem woli ofiarodawczyni. Nasze siostry pozbawiono własności, mało tego, nie mogły znaleźć pracy, bo nie wolno było ich nigdzie zatrudniać. Niektóre z nich podejmowały z konieczności sezonowe ciężkie prace fizyczne.
Po zdaniu matury w 1962 roku z ulgą odeszłam z Państwowego (!) Domu Dziecka w Poznaniu-Chartowie. W moich wspomnieniach Dom Sióstr pozostał jako pełen miłości, ciepła, serdeczności, bezpieczeństwa, a także niezwykłej czystości, z lśniącymi podłogami, no i pięknym napisem w holu: „Wszedłeś do siebie – uśmiechnij się‘’.
Chciałabym wszystkim Siostrom serdecznie podziękować za wszelkie Dobro wyświadczone nam, wychowankom: żyjącym ucałować ręce, a dla zmarłych prosić dobrego Boga o wieczną radość w niebie.
W tym samym roku byłam też mimowolnym świadkiem – jako gość na wakacjach – odbierania siostrom urszulankom prowadzonej przez nie od 40 lat szkoły gospodarczej w Pniewach.
Pokój św. Urszuli Ledóchowskiej w Pniewach Fot. Albertus teolog, CC A-S 4.0, Wikipedia
Nastąpił dla mnie trudny okres, bowiem nikogo nie interesowało, gdzie mam mieszkać po opuszczeniu domu dziecka. Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie, którzy mi bardzo pomogli. Ktoś nawet anonimowo podarował mi materiał na sukienkę na bal maturalny, a latem jedna z sióstr zaprosiła mnie do Pniew. Nadszedł dzień 20 lipca 1962 roku, kiedy to w godzinach porannych zjawili się u sióstr cywilni mężczyźni. Wszystkie bramy zostały zamknięte i postawiono przy nich uzbrojonych milicjantów. Nikt nie mógł wyjść poza teren, nikt nie mógł też wejść, wszystkie drzwi zostały zapieczętowane. Nawet nie pozwolono nam zabrać osobistych rzeczy, kazano nam wyjść z budynku szkoły, siadłyśmy więc na stopniach schodów. Dopiero po trwającej do wieczora inwentaryzacji pozwolono nam wejść – pod kontrolą „panów” – po swoje rzeczy. Stres był duży, nie wiedziałyśmy, co będzie dalej, pakowałam się krótko, więc z tego wszystkiego nie wzięłam swoich przyborów toaletowych i koszuli nocnej. Nigdy ich nie odzyskałam. W całkowitych ciemnościach podstawiono autobus, który wywiózł nas do centrum Pniew. Tam, zostawione same sobie, bez możliwości dalszego transportu, niepewne dalszego losu, nie wiedziałyśmy, co robić. Na szczęście na nocleg przygarnęli nas mieszkańcy Pniew. Tych przeżyć – uzbrojona milicja, długie siedzenie na schodach przed szkołą, noc, autobus w nieznane, nocleg u obcych ludzi – do końca życia nie zapomnę, mimo upływu 50 lat.
Dopiero później, z książek, np. Obrazki nie tylko z Pniew, dowiedziałam się, że owymi mężczyznami w cywilu byli przedstawiciele urzędów – kuratorium oświaty, wydziału ds. wyznań itp. Wręczyli oni pismo „Obywatelce Przełożonej Zgromadzenia SS Urszulanek SJK w Pniewach”, zawiadamiające, że „na najbliższy rok szkolny 1962/1963 nie zatwierdza się ob. Krystyny Winnickiej na stanowisko dyrektora Prywatnego Technikum Gospodarczego i Prywatnej Zasadniczej Szkoły Gospodarczej”, zaś samo Technikum ulega zamknięciu. Decyzji nadaje się „rygor natychmiastowej wykonalności”.
Tak wyglądało odebranie siostrom szkoły. A przecież ośrodek urszulański w Pniewach – jak opisuje Matka Urszula Ledóchowska w zapiskach-pamiętniku Byłam tylko pionkiem na szachownicy – ma swoją niezwykle ciekawą i długą historię. Otóż w 1915 roku Komitet Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, założony w szwajcarskim Vevey przez Henryka Sienkiewicza, Ignacego Paderewskiego i Antoniego Osuchowskiego, zwrócił się z prośbą do Matki Urszuli Ledóchowskiej o współpracę. W tym czasie wygłaszała ona odczyty o Polsce w Szwecji i Danii, w szwedzkiej gazecie opublikowała odezwę w sprawie pomocy dla naszego kraju, a w 1917 roku założyła w Danii ochronkę dla sierot po polskich emigrantach. Ludzie nie skąpili datków, np. podczas przedstawień z udziałem sierot, ofiarnych darczyńców przybywało. Konsul Stalt-Nielson, norweski armator i filantrop, podarował Matce Urszuli 20 tysięcy koron z uwagą, by przestała jeździć z wykładami, bo widać, że jest bardzo zmęczona. Potem dołożył jeszcze 10 tys. koron.
Dnia 11 lutego 1920 roku Matka Urszula kupiła posiadłość w Pniewach, zaś na cześć darczyńcy dom nazwano „Zakładem św. Olafa”, patrona Norwegii. W sierpniu pierwsza grupa sióstr wraz z sierotami przyjechała do Pniew, zaś 23 września została otwarta szkoła gospodarcza. W 1962 roku, po tylu latach funkcjonowania szkoły, po wychowaniu wielu pokoleń w duchu szacunku do Ojczyzny, ludzi, Kościoła, to wielkie dzieło Matki Urszuli Ledóchowskiej zostało odebrane jednym dekretem, w brutalny, nieludzki sposób.
Czy zwrot – w dobie dzisiejszej – niewielkiej przecież części zagrabionego majątku kościelnego, może zrekompensować tamte krzywdy i niesprawiedliwości? Dodajmy – majątku pochodzącego z darowizn, spadków i dobrowolnych ofiar? Chcę wierzyć, nawet wbrew faktom, że wrzawa wokół tej sprawy pochodzi z niewiedzy, z braku znajomości najnowszej historii Polski. Stąd moje świadectwo.
Artykuł Mirosławy Jagodzińskiej-Podemskiej (Jagody) pt. „Wspomnienia z lat 1950–1962” znajduje się na s. 6 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mirosławy Jagodzińskiej-Podemskiej (Jagody) pt. „Wspomnienia z lat 1950–1962” na s. 6 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl