Ciekawostką jest to, że wysokość pensji nie wiązała się ze stopniem, ale z potrzebami i zobowiązaniami rodzinnymi. Większe pobory otrzymywali szeregowi obarczeni rodziną niż oficerowie-kawalerowie.
Jadwiga Chmielowska
Choć przyszło Ślązakom czekać na decyzję mocarstw przyznania Polsce ich ziem, doświadczeni ciągłymi tylko obietnicami, przestali wierzyć, że w drodze zabiegów dyplomatycznych można cokolwiek osiągnąć. Przygotowywali się więc do powstania. Już od grudnia 1920 r. kpt. Tadeusz Puszczyński zaczął tworzyć Grupę Destrukcyjną. Miała ona odciąć całkowicie teren plebiscytowy, czyli Górny Śląsk, od Rzeszy, by uniemożliwić przerzut wojska niemieckiego w rejony walk. Puszczyński przyjął pseudonim Wawelberg – czyli Wzgórze Wawelskie.
Po wnikliwych penetracjach terenu Puszczyński z Baczyńskim opracowali plan działań destrukcyjnych. „Grudniowy plan działalności dywersyjnej oprócz zasadniczego celu, jakim była izolacja niemieckich ośrodków dyspozycyjnych, miał również „dążyć do osiągnięcia fizycznego i psychicznego efektu, który podniósłby nastrój w pierwszych dniach powstania. Pokazać w pierwszej chwili tak swoim, jak i obcym, że przyszła rozgrywka zbrojna nie jest burdą polityczną, lecz konsekwentną walką, do której każdy musi się ustosunkować w sposób rzeczowy i ściśle określony” – zacytowała Puszczyńskiego Zyta Zarzycka w swojej książce Polskie działania specjalne na Górnym Śląsku 1919–1921.
Oddział II sztabu Generalnego WP, a zwłaszcza kpt. Kierkowski, nie tylko pozytywnie odniósł się do tego pomysłu, ale od razu wsparł Puszczyńskiego. Referat Destrukcji otrzymał status autonomicznej jednostki z własnym budżetem i niezależnością organizacyjną. Pieniądze przeznaczano na zakupy broni, środków technicznych, materiałów wybuchowych, opłacenie podróży, kwater i żywności oraz diety dla pracowników referatu. Ciekawostką jest to, że wysokość pensji nie wiązała się ze stopniem, ale z potrzebami i zobowiązaniami rodzinnymi. „Większe pobory otrzymywali szeregowi obarczeni rodziną niż oficerowie-kawalerowie. Uwzględniano również posiadanie na utrzymaniu rodziców lub rodzeństwa” – napisała Zyta Zarzycka w swojej książce.
Nad finansami czuwał ppor. Edmund Charaszkiewicz. Wypłacał on kolejne zaliczki dopiero po drobiazgowym rozliczeniu poprzednich kwot. (…) Po zakończeniu powstania do kasy zwrócono 4 364,05 z dokładnością do feniga. Resztę rozliczono rachunkami. Oczywiście referat dysponował też markami polskimi i dolarami. Walutę niemiecką kupowano w Gdańsku na czarnym rynku, przez wysyłanych tam specjalnie z Warszawy oficerów Wydziału Plebiscytowego. (…)
Kpt. Puszczyński nie miał problemów z budową referatu. Liczyło się przede wszystkim doświadczenie w pracy konspiracyjnej, gdyż wśród górników było bardzo dużo osób potrafiących obchodzić się z materiałami wybuchowymi, a nawet mających doświadczenia saperskie z armii niemieckiej z czasów niedawnej wojny.
Kandydaci, którzy trafiali do Referatu Destrukcji, musieli odznaczać się umiejętnością podejmowania błyskawicznych i ryzykownych decyzji oraz odpowiednimi, bardzo specyficznymi cechami psychicznymi – zdolnościami aktorskimi, umiejętnością wcielania się w różne role i profesje. Od wszystkich pochodzących spoza Śląska wymagano też znajomości tzw. hochdeutsch, czyli niemieckiego literackiego.
Referat potrzebował minimum ok. 100 osób, aby dokonać zniszczeń obiektów rozrzuconych na przeszło 90-km odcinku. Byli członkowie Referatu do Zadań Specjalnych, działającego przy Dowództwie Głównym POW, zasilili szeregi tworzącej się Grupy Wawelberga – byli to w większości Górnoślązacy. (…) Niestety bojowcy-weterani rewolucji 1905–07 nie zawsze nadawali się już do czynnego uczestnictwa w oddziałach terenowych; mieli olbrzymie doświadczenie, lecz niestety lata konspiracji i stresów z tym związanych sprawiły, że obniżyła się nie tylko ich sprawność fizyczna, ale i odporność psychiczna. Byli oni w zasadzie jedynie instruktorami i konstruktorami bomb.
W działalność referatu włączali się też byli członkowie Lotnych Oddziałów POW, Pogotowia Bojowego i Milicji Ludowej PPS. Mieli oni wszyscy wielkie doświadczenie w pracy dywersyjnej. „Tych kpt. Puszczyński znał osobiście, byli to bowiem jego dawni towarzysze broni z pracy niepodległościowej lub partyjnej. Znał ich doświadczenie konspiracyjne, wady i zalety, i odporność psychiczną w obliczu nieprzyjaciela, bowiem z milicjantami przeszedł szlak frontowy VIII batalionu strzelców w 1919 r. Ta właśnie grupa, choć nieliczna, stała się podstawą rekrutacji personalnej do Referatu Destrukcji” – napisała Zyta Zarzycka w swej książce. Do „Destrukcji” trafiali też ochotnicy – saperzy z Wojska Polskiego. Rozkaz ministra spraw wojskowych zezwalał na urlopowanie z szeregów polskiej armii ochotników śpieszących na pomoc Górnemu Śląskowi.
Nie przyjmowano wszystkich chętnych. Za każdym razem kandydat musiał zdać specyficzny egzamin. Wszyscy niemal saperzy-ochotnicy rekrutowali się z Wielkopolski, między innymi dzięki znajomości języka niemieckiego. Mieli oni też doświadczenie nabyte podczas swojego powstania.
Zbieranina w tym referacie była wielka. Od górników po studentów, powstańcy śląscy i wielkopolscy, oficerowie WP i peowiacy z całej Polski. „Znaleźli się w nich ludzie o rozmaitych poglądach politycznych, od skrajnie konserwatywnych – jak ppor. Edmund Charaszkiewicz, poprzez działaczy PPS, jak kpt. Tadeusz Puszczyński, por. Stanisław Baczyński, Stanisław Dubois, Kazimierz Kuszell, Stanisław Machnicki, Stanisław Saks, Wacław Wardaszako – po komunistów – jak Bohdan de Nissau. Różnice poglądów czy przekonań nie zaważyły jednak absolutnie na spoistości wewnętrznej i sprawności oddziałów dywersyjnych. Niemałą rolę w kształtowaniu dyscypliny wewnętrznej i wysokiego morale żołnierskiego oddziałów odegrali bez wątpienia tzw. wychowawcy” – napisała Zyta Zarzycka (op. cit.).
Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Grupa Destrukcyjna »Wawelberga«. Historia powstań śląskich cz. XX” znajduje się na s. 9 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Grupa Destrukcyjna »Wawelberga«. Historia powstań śląskich cz. XX” na s. 9 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020
Dla Stalina rzecz była od początku przesądzona. Bawił się emocjami swych adwersarzy, obalając argument, że Lwów nigdy nie był rosyjski, przewrotnym i złowrogim przypomnieniem, że… Warszawa była.
Dariusz Brożyniak
Lwów utracony
102 lata temu nikomu nie przychodziło do głowy, że bohatersko obronione miasto, dumne krzyżem Virtuti Militari i patriotyzmem swych mieszkańców, z potwierdzeniem polskości bezprecedensowym zwycięstwem nad bolszewicką nawałą sprzed 100 lat, zostanie zaledwie 21 lat później brutalnie Polsce wyrwane.
Już w wyniku zamachu stanu dokonanego przez Ukraińców we Lwowie nocą 1 listopada 1918 r., dzielną i ofiarną obronę ludności przed napaścią wsparły elity. Między innymi koło 300 osób społeczności Politechniki włączyło się czynnie w obronę polskości miasta. Profesor zwyczajny geometrii wykreślnej Kazimierz Bartel organizował wojska kolejowe dla utrzymania łączności z Przemyślem i resztą kraju. Usuwając zewsząd austriackiego dwugłowego czarnego orła i zastępując białym w koronie na czerwonej tarczy, zerwano jednocześnie symbolicznie z habsburskim zaborem. To we Lwowie właśnie powstały wszystkie paramilitarne organizacje, takie jak strzeleckie, stanowiące zalążek Polskiej Armii, pozwalające realnie zamarzyć po 123 latach o znów wolnej Polsce. Dwa lata później Józef Stalin, mając świadomość gdzie mocno i energicznie bije intelektualne i patriotyczne serce Polski, wbrew rozkazowi Tuchaczewskiego oblegał Lwów, przyczyniając się walnie do spektakularnej klęski bolszewików w Bitwie Warszawskiej.
Lwów, będąc ze swymi uniwersytetami o wszystkich kierunkach naukowych centrum kultury Polski, wypełniał tym samym znów swą odwieczną historyczną rolę i dla jej wschodniego płuca. Od unii lubelskiej tworzył się bowiem naród polityczny, którego wspólnym domem była właśnie Polska.
Był czas, kiedy – jak pisze Paweł Jasienica – księstwa ruskie pełniły rolę wielkich i bogatych ośrodków kultury. Najazdy tatarskie, tureckie i wchłaniająca ekspansja księstwa moskiewskiego zniszczyły to bezpowrotnie. Dzika i łupieżcza Litwa, podbijając także ziemie ruskie, zagrażała i Królestwu Polskiemu, powodując ogromne straty ciągłymi rabunkowymi najazdami, przede wszystkim porywaniem ludzi („brańcy” z całymi rodzinami osiedlani byli nad Niemnem, Wilią i Niewiażą, by niewolniczą pracą na roli łagodzić ciągły niedostatek). Dwóch jednak wielkich wrogów zagrażało wszystkim – Krzyżacy i Moskwa. Wielki projekt Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego – Rzeczpospolita Obojga Narodów – z Władysławem Jagiełłą jako królem Polski, stworzył wreszcie potężny bastion przeciw temu historycznemu przekleństwu dwóch frontów. Dopiero trzema zaborami udało się go rozerwać.
Zwycięstwo na bolszewikami znów wyzwoliło entuzjazm dla energicznej budowy projektu „Polska”. Nie było zupełnie istotne miejsce urodzenia; wartością stała się możliwość stworzenia – dla wszystkich chcących polskiej tożsamości – gmachu na solidnym fundamencie tysiącletniej zachodniej kultury łacińskiej. Przetrwanie polskiej kultury, tradycji i języka dowodziło najlepiej jego trwałości i sensu kontynuacji. Ruska szlachta, nękana hajdamacko-kozackimi stepowymi rabusiami, prosiła Rzeczpospolitą o objęcie jej tym projektem. Profesorowie Bartel, Mościcki i inżynier Kwiatkowski – „grupa lwowska”, rzucając się na głęboką wodę wielkich projektów technicznych, rozpoczęła budowę nowoczesnej Polski, mając przecież świadomość nieuchronności kolejnej wojny po traktacie wersalskim.
Port w Gdyni przełamał niemiecką blokadę gospodarczą mogącą zadławić kraj, a magistrala węglowa łączyła go z południem, z przemysłowym Śląskiem. Centralny Okręg Przemysłowy, lokujący we wschodniej dziś Polsce przemysł zbrojeniowy, miał uzupełnić strategicznie niepewny Śląsk i załagodzić napięcia społeczne kryzysu lat 30. w rejonach najbiedniejszych. Lwowskie Targi Wschodnie i zachodnie Targi Poznańskie wychodziły z polską ofertą na świat.
Po wkroczeniu 22 września 1939 r. Armii Czerwonej do Lwowa, profesorowie lwowscy obawiali się podzielenia losu swych kolegów z krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, wywiezionych 6 listopada przez Niemców do Sachsenhausen. Po aresztowaniu przez NKWD, wywieziono do ZSRR byłego posła na Sejm RP, znamienitego profesora ekonomii Uniwersytetu Jana Kazimierza, Stanisława Grabskiego (zwolnionego w ramach układu Sikorski-Majski). Poza jednak kilkunastoma przypadkami przepadnięcia bez wieści czy pojedynczych rozstrzelań, głównie na skutek indywidualnych denuncjacji, sowieci zdecydowali się wykorzystać zastany niezwykle wysoki potencjał naukowy. Sensacyjne i brawurowe wystąpienie profesora Stanisława Fryzego z sukcesem rozładowało napięcie wiecu zorganizowanego na klatce schodowej Politechniki Lwowskiej przez komisarza Politechniki, podpułkownika zarządu politycznego Armii Czerwonej, brudnego prymitywa, Jusimowa. W rezultacie nastąpiła współpraca naukowa w Moskwie, w trakcie której profesorowi Bartlowi po raz pierwszy zaproponowano stanięcie na czele prosowieckiego rządu polskiego, i to pod warunkiem zwolnienia z więzień i deportacji wszystkich Polaków. Odrzucając tę propozycję w lipcu 1940 r., profesor nie wiedział jeszcze o losie więźniów Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa.
Początek lata 1941 roku okazał się złowrogi dla profesorskiej elity Lwowa. Miasto nie otrząsnęło się jeszcze po przerażającej zbrodni NKWD – wymordowaniu więźniów politycznych w spływających krwią więzieniach „Brygidek”, „Zamarstynowa”, czy „Łąckiego” – gdy w nocy z 3 na 4 lipca z kolei Niemcy przeprowadzili akcję pacyfikacyjną i rankiem 4 lipca, poniżej II Domu Techników, na stoku Wzgórz Wuleckich zgładzono 40 osób, w tym 13 związanych z Politechniką Lwowską. Mija właśnie bez mała 80 lat od tego tragicznego wydarzenia, którego ofiarą padł także Tadeusz Boy-Żeleński, pisarz, poeta, satyryk, lekarz, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, od 1939 roku z nadania sowieckiego kierownik katedry literatury francuskiej Uniwersytetu Jana Kazimierza (prosowiecki lewak i liberał, zwolennik przyłączenia Lwowa do ZSRR). To był początek końca polskości tego miasta, rozpoczęty uderzeniem w jego akademicką elitę. 8 października 1941 r. dokonano ekshumacji pogrzebanych na miejscu zbrodni, zwłoki wywieziono do lasu Krzywczyckiego, gdzie oblano je benzyną i spalono, rozrzucając następnie popioły.
Profesorowi Kazimierzowi Bartlowi, pięciokrotnemu premierowi rządu RP, zaproponowano utworzenie z kolei proniemieckiego rządu polskiego. Kiedy odmówił, został na rozkaz Himmlera skazany w więzieniu przy ul. Łąckiego na rozstrzelanie i zamordowany o świcie 26 lipca 1941 r. na tzw. Piaskach Janowskich; tam też pogrzebany.
Niemcy zamknęli wszystkie uczelnie Lwowa. Przygotowany rząd ukraiński z Jarosławem Stećką-Karbowyczem na czele, aresztowali i internowali w Berlinie, a trzy południowo-wschodnie województwa II RP ze Lwowem przyłączyli jako Distrikt Galizien do Generalnej Guberni w tymże jeszcze lipcu 1941. Życie akademickie przerodziło się w życie towarzyskie bezrobotnych profesorów i ich asystentów na wewnętrznym dziedzińcu politechnicznej biblioteki, a w razie niepogody – w katedrze teorii maszyn cieplnych u profesora Kazimierza Ochęduszki, dla pokoleń autorytetu w dziedzinie termodynamiki. Dzielono się wiadomościami bieżącymi, z nasłuchu radiowego, danymi delegatury rządu londyńskiego. Większość kadry naukowej zaangażowana była w podziemny ruch oporu. Na Politechnice Lwowskiej znajdował się jeden z najważniejszych punktów kontaktowych struktur AK Okręgu Lwowskiego. Po decyzji Niemców w 1942 r. o podjęciu niektórych kursów zawodowych, powstała możliwość tajnego nauczania i, w uzgodnieniu z rządem emigracyjnym, realizacja w ten sposób pełnego programu akademickiego z 1938 roku.
Lipiec 1944 r. przyniósł ofensywę Armii Czerwonej. Dowództwo AK w ramach akcji „Burza” przystąpiło do walki o miasto. Kompanie Kedywu wyzwalały także uczelnie. Nad miastem, które uniknęło wyburzenia, powiewały, często obok sowieckich, biało-czerwone flagi – po raz ostatni. Zaczęto przeczuwać, dla kogo zachowano, w przeciwieństwie do Warszawy, to miasto. Po wejściu oddziałów NKWD rozpoczęły się wywózki. Od 2 do 4 stycznia 1945 r. odbywały się we Lwowie aresztowania i deportacje w głąb Związku Sowieckiego. Według danych AK wywieziono w ciągu trzech dni 17 000 osób, w tym 31 pracowników Uniwersytetu i Politechniki, oraz 38 inżynierów i techników, w tym odnawiających Panoramę Racławicką uszkodzoną bombardowaniem. Między innymi profesor Stanisław Fryze, kierownik katedry elektrotechniki ogólnej Politechniki Lwowskiej, trafił do obozu pod Krasnymdonem w Zagłębiu Donieckim, do tamtejszych kopalń antracytu. Uderzenie w środowisko akademickie było możliwe za sprawą listy wywozowej sporządzonej przez członka jeszcze przedwojennej komunistycznej jaczejki, zlikwidowanego w 1945 r. wyrokiem sądu AK.
Jeszcze w trakcie wywózek pojawiła się we Lwowie delegacja PKWN z Lublina. Usiłowano wymusić na profesorach, pod groźbą uznania ich za hitlerowców, podpisanie rezolucji potępiającej rząd emigracyjny w Londynie oraz AK. Po raz kolejny władze lwowskich uczelni wykazały niezłomny patriotyzm, nie ulegając komunistycznej prowokacji.
Jednocześnie intensywną działalność prowadził Związek Patriotów Polskich we Lwowie, założony w oparciu o przedwojennych komunistów, którzy po wrześniu 1939 r. znaleźli się tam pozbawieni zdelegalizowanej w 1938 roku KPP i przywództwa zlikwidowanego w Moskwie. Ster objęła Wanda Wasilewska, ciesząca się nieograniczonym zaufaniem Stalina. ZPP wydawał organ prasowy „Wolna Polska”, organizował dla uwiarygodnienia (ukrycia rzeczywistych sowieckich intencji) życie „patriotyczno-kulturalne”, prowadził na szeroką skalę działalność pomocową i opiekę społeczną. Jednocześnie Wanda Wasilewska i tworzący promoskiewską Krajową Radę Narodową Władysław Gomułka byli zagorzałymi zwolennikami przyłączenia Lwowa do Związku Sowieckiego. W 1944 r. w obecności Churchilla Bierut wprawił obecnych wręcz w zażenowanie, domagając się natarczywie i wyjątkowo służalczo „w imieniu narodu polskiego wcielenia Lwowa do ZSRR”. Przeciwny był nawet Zygmunt Berling, obawiając się o morale w LWP, gdyż „polskie Wilno i polski Lwów stanowią dla nich [tzn. żołnierzy] kamień węgielny zaufania i szczerości wzajemnych stosunków między nami a Związkiem Radzieckim”. Także Oskar Lange argumentował: „rząd radziecki powinien uznać istnienie starych ośrodków kultury polskiej [takich jak np. Lwów], które choć usytuowane na etnicznym terytorium ukraińskim lub białoruskim, ukształtowały się jako integralna część polskiego życia narodowego”; „W Polsce było pięć centrów kulturalnych: Warszawa, Kraków, Poznań, Lwów i Wilno. Utrata dwóch z nich byłaby bardzo ciężka, a uzyskanie niemieckich miast bez polskiego dziedzictwa kulturalnego nie może być uważane za wyrównanie utraty starych historycznych polskich ośrodków”; „Lwów był w każdym razie poza Ukraińską Republiką Radziecką”.
Dla Stalina rzecz była jednak od początku przesądzona. Bawił się emocjami swych adwersarzy, obalając argument, że Lwów nigdy nie był rosyjski, przewrotnym i złowrogim przypomnieniem, że… Warszawa była.
Zadra 1920 roku pozostała głęboko. Stalin wolał nawet oddać połowę Puszczy Białowieskiej. Ten patologiczny morderca wiedział, jak okaleczyć Polskę, by pozostała słabym politycznym inwalidą na dziesięciolecia, bez wystarczającej siły dla budowy własnej suwerenności. Wiedział także, że bez Polski i dawne kresy Rzeczypospolitej stają się znów łatwym łupem w zasięgu, tym razem bolszewickiej, Moskwy.
W lutym 1945 r. „Czerwony Sztandar” podał pierwsze wiadomości o ustaleniach konferencji w Jałcie. Do Lwowa przyjechał z Londynu profesor Stanisław Grabski, walczący o Lwów w rozmowach ze Stalinem do końca, tzn. do otwartego pogwałcenia traktatu ryskiego przez aliantów i faktu niemal wybaczenia Stalinowi paktu Ribbentrop-Mołotow. Uznano konieczność ratowania ludzkiego i umysłowego potencjału Lwowa dla Polski, poprzez połączenie z narodem. W przypadku Politechniki Lwowskiej postanowiono przeniesienie jej in corpore do Gdańska i ukonstytuowanie jej tam jako Politechnikę Morską. Rząd w Lublinie nie wyraził na to zgody. Prosowieccy komuniści postanowili ostatecznie wygasić i wymazać tradycje polskiej nauki i kultury we Lwowie, domagając się wyjazdu profesorskiego grona w rozproszeniu do Krakowa, Gliwic, Wrocławia i Gdańska. Ostatnia z czterech grup wyjechała ze Lwowa w czerwcu 1946 roku, wraz z profesorami zwolnionymi z donbaskich łagrów i więzień w tym z prof. Stanisławem Fryzem.
Wyjeżdżali z całymi rodzinami i dobytkiem, towarowymi wagonami (mieszczącymi 40 ludzi lub 8. koni). Na jedną rodzinę przypadało około jednej czwartej takiego wagonu. Wyjeżdżali z pocieszeniem swego znakomitego lwowskiego kolegi, geografa i geopolityka prof. Eugeniusza Romera, który utrzymywał tezę o „ciążeniu terenów nad górnym Bugiem i Dniestrem ku Polsce, a nie w stronę Kijowa” (ponad dwa miliony Ukraińców i Białorusinów pracujących w dzisiejszej Polsce, z czego tak wielu inwestuje i chce pozostać na stałe, wydaje się potwierdzać ten pogląd sprzed 75 lat). W latach 1944–46 pod naporem władz sowieckich i groźbą wywózki do Kazachstanu i Donbasu, rozpoczął się exodus polskiej ludności ze Lwowa (66,7% mieszkańców miasta według statystyk sowieckich na 1 października 1944 r.). Następowała planowa, sztuczna wymiana ludności. Wysiedlano ogromną ilość firm i rzemieślników, z których żyło to miasto przez setki lat. Chociażby „batiarski” Zamarstynów, który z dość cuchnącą rzeką Pełtwią był mekką pracowitych i zręcznych w rzemiośle polskich Ormian, zasilających swymi wyrobami meblarskimi Targi Wschodnie, wzbogacających produktami swych odlewni miejską infrastrukturę (a i ostrogi dla Rydza-Śmigłego musiał ktoś wykonać). Cała sfera kultury, opera, teatry, wystawy, kluby lotnicze, samochodowe, motocyklowe, sportowe – wszyscy zapełniali listy wysiedleń. Oparciem do ostatnich polskich dni miasta był arcybiskup lwowski Eugeniusz Baziak, stawiając opór sowieckim szykanom. Jego wyjazd 26 kwietnia 1946 roku stał się momentem zwrotnym w historii Lwowa.
To miasto kochało życie, było nowoczesne i awangardowe, promieniowało na całą Polskę, było w najlepszym sensie swych kontaktów europejskie, a nawet światowe.
W chwili próby zdumiewało patriotyzmem i odwagą. Polski Lwów pozostał w prozie Adama Zagajewskiego, syna lwowskiego profesora elektroniki przemysłowej Tadeusza Zagajewskiego, pisanej już w Gliwicach. I pozostał w dziełach genialnego matematyka Stefana Banacha, w dziełach architektów – jak kościół św. Elżbiety, Dworzec Główny we Lwowie czy nowe łazienki w Krynicy, sanatorium w Żegiestowie, w muzyce Wojciecha Kilara, w śladach na murach, w nazwiskach na pokrywach miejskiej kanalizacji – wymieniając wyłącznie sygnalnie. Pozostał w sercach prawdziwie patriotycznych Polaków rozumiejących sens tworzenia jak najwartościowszej przywódczej elity, kulturowo-historycznych korzeni, wzorca i chwalebnego przykładu – dla tożsamości narodu i jego państwowotwórczych zdolności. Dziś Ukraińcy lubią pisać w pozdrowieniach do Polaków: „Witanje ze Lwowa, najlepszego miasta na Ukrainie!”.
„Czwarty rozbiór Polski” doprowadził do rozdrobnienia na kresach Rzeczpospolitej, gdzie jakże łatwo można dziś wzniecać lokalne nacjonalizmy i antagonizmy dodatkowo osłabiające Polskę, skazaną teraz na koniunkturalne sojusze. Małe państwa bałtyckie same wymagają polskiej opieki, Białoruś, sojusznik Federacji Rosyjskiej, ledwo negocjuje warunki swej niepodległości z Moskwą. Rękę Moskwy widać i w samym Lwowie, gdzie ogromny pomnik Bandery stoi bezpośrednio właśnie obok kościoła św. Elżbiety. Ciągłe utarczki i trudności z obroną tradycji języka polskiego na Litwie, Białorusi i Ukrainie dowodzą jednoznacznych intencji tworzenia stałego poczucia zagrożenia od wschodu, przy ciągle wzrastającej sile Niemiec o potencjale IV Rzeszy. Polska Piastów przyjęła z zachodu chrześcijaństwo wraz z kulturą łacińską. W rezultacie mogła budować państwo, namaszczając królów. Z czasem stała się także Rzecząpospolitą dla innych narodowości, kultur i religii.
Geopolityczne rozumienie znaczenia Lwowa to rozumienie państwowotwórczej roli Rzeczypospolitej Polskiej, jedynego zachodniołacińskiego bytu politycznego w tej części Europy. To rozumienie także wielu ważnych przyczyn trudności 30-letnich już zmagań znów wolnej Polski. Można jednak odnieść wrażenie, że do tej pory rozumieją to ciągle najlepiej odwieczni jej wrogowie.
Artykuł Dariusza Brożyniaka pt. „Lwów utracony” znajduje się na s. 1 i 5 lipcowego „Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Rzeczywistość pokazuje, że status polityka można uzyskać przez zasiedzenie, jak np. w wypadku Janusza Korwin-Mikkego, którego kasta autentycznie nie lubi, ale swoje miejsce rzeczywiście zasiedział.
Piotr Sutowicz
Nie twierdzę, że złe jest to, że między grupami politycznymi i stojącymi za nimi dziennikarzami i innymi autorytetami, często zresztą całkowicie samozwańczymi, toczy się spór. To niestety wpisane jest w naturę systemu, a od czasu, kiedy wymyślono ideologie polityczne, ludzie ci dzielili się według linii podziału właśnie przez nie wyznaczonych. Czy to koniecznie musi być złe? (…)
Bo czyż powinniśmy się spierać co do tego, czy mamy żyć w bezpieczeństwie? Czy przedmiotem walki politycznej powinny być kwestie inwestycji przemysłowych, czy – ogólnie rzecz biorąc – infrastrukturalnych, służących społeczeństwu, a szerzej – całemu narodowi? Czy kwestia rozwoju społecznego musi być elementem irracjonalnych awantur? Oczywiście, że nie. Z drugiej jednak strony rozumiem, że ktoś może podnosić argumenty, w których wyraża troskę o ochronę środowiska, czy też większą niż inni uwagę przykłada do konieczności ochrony świata pracy przed nadmierną eksploatacją i wyzyskiem. Tyle tylko, że nie powinno tu być zacietrzewienia, a jeszcze gorzej, kiedy za nim stoi płatna agentura. (…)
Polityka współczesna bowiem niestety nie dąży do rozwiązania problemu, co najwyżej do przekonania jakiejś większości do swoich racji. Jeżeli mam wiedzę na jakiś temat, to bywa, że chcę się nią podzielić. Jeżeli mam pomysł natury społecznej, to muszę do niego przekonać… no właśnie, kogo? Społeczeństwo? Raczej to mi się nie uda. Polityków albo główne ośrodki medialne? Jedni i drudzy muszą wiedzieć, że coś z tego będą mieli, a fakt, czy ów mój rzeczony pomysł jest dobry, może okazać się drugorzędny. (…)
„Nasze dzieci powinien leczyć ktoś spoza świata medycyny. Nasze domy powinien budować ktoś spoza świata architektury. Naszym państwem powinien rządzić ktoś spoza świata polityki. To równie niemądre zdania, nie sądzicie?”
(…) Wpis, z jednej strony dziwny, z drugiej znamienny. Dziwny, bowiem obóz polityczny kierowany przez pana Tuska, a potem jego następców, w trakcie kampanii często sięgał po kandydatury spoza polityki. Na listach Platformy Obywatelskiej (u przeciwników zresztą bywało podobnie) widnieli sportowcy, artyści, dziennikarze i ludzie innych, niekoniecznie politycznych profesji. Jakoś wtedy było to akceptowane. Zresztą na Ukrainie prezydentem również jest ktoś spoza polityki, a nawet powiązanej z nią gospodarki. A obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, zdaje się, w tej dziedzinie zaktywizował się w dość zawansowanym wieku; jeden z jego wybitnych poprzedników zaś był przez większość życia aktorem. Inny aktor, były kulturysta Arnold Schwarzenegger, był np. gubernatorem Kalifornii, a w szranki walki prezydenckiej nie stanął z powodów prawnych. Takich przypadków jest na tyle dużo, że spokojnie można powiedzieć, że nie ma czegoś takiego, jak 100% obecność polityków w polityce. A bez bawienia się w procenty powiem, że liczba ta może okazać się całkiem mała. Chyba więc nie o to chodzi. (…) Sprawa jest jasna. Chodzi o rządy sprawowane przez zamkniętą kastę.
Pojęcie ‘kasty’ jest używane niezwykle często. Ostatnio w odniesieniu do sędziów. Ten przypadek jednak może okazać się tylko jednym klockiem w ramach kastowego układu obowiązującego, czy też wprowadzanego natrętnie, współcześnie. W swym wpisie Donald Tusk zestawił polityków w jednym rzędzie z zawodami, które wymagają fachowego kształcenia i zdobywanego latami doświadczenia. Rzeczywiście wolałbym, by leczył mnie ktoś, co do kogo byłbym przekonany, że potrafi to robić, a umiejętności ma poparte wiedzą teoretyczną. Tylko, że… lekarzem ani murarzem nie zostaje się ze społecznego wyboru. Co prawda, w ramach systemu mam pewną możliwość udania się do tego czy innego medyka, ale demokracją bym tego nie nazwał.
Jeżeli mowa o kastowości systemu, to w tym sensie, że aby zostać przyjętym do jakiegoś zawodu, należy – przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz – spełnić pewne kryteria, które bywają nieczytelne i wydają się nie do przebrnięcia dla kogoś spoza grona zaufanych, powiązanych czy to rodzinnie, czy środowiskowo osób. O takową kastowość bywają posądzani właśnie lekarze, prawnicy, często dziennikarze i pewnie cały szereg innych zawodów.
Politycy teoretycznie pochodzą z wyboru, który powinien być nieskrępowany. W konstytucji i wszystkich innych aktach prawnych, nie tylko Polski, obywatele mają zagwarantowane nie tylko czynne, ale i bierne prawo wyborcze. To znaczy, że po spełnieniu pewnych postulatów ustawowych, teoretycznie równych dla wszystkich, możemy stawać w szranki na każdy obieralny urząd w państwie, a nawet w strukturach międzynarodowych, konkretnie Parlamentu Europejskiego. Sprawa jest więc prosta i oczywista. Przytoczony tweet pana Tuska zdaje się kontestować ten porządek rzeczy. Może nawet nawołuje on tu do zmiany systemu na taki, w którym taka możliwość, choćby teoretyczna, nie była powszechnie dostępna. Polityka bowiem ma być domeną polityków, kimkolwiek mieliby oni być.
Wcześniej uczyniłem uwagę, że autorowi chyba nie chodzi o promocję politologów, a tytuł technika polityka czy też magistra polityka chyba nigdzie nie jest nadawany. Moim zdaniem sprawa jest prosta: mianem polityka można nazwać tego, kogo kasta do takiej godności dopuści. Może to być sportowiec, prostytutka, murarz bądź magister historii, ale prawo do bycia politykiem musi mu być nadane z wewnątrz grupy polityków, tak jak w wypadku prawa przynależności do partii czy stowarzyszenia, które można uzyskać na mocy decyzji odpowiednich ciał statutowych. Rzeczywistość pokazuje, że status polityka można też uzyskać przez zasiedzenie, jak np. w wypadku Janusza Korwin-Mikkego, którego kasta autentycznie nie lubi i pewnie wolałaby by go nie było, ale swoje miejsce rzeczywiście zasiedział i zdobył sobie w ten sposób prawo obecności w tym gronie. Chociaż nie brak głosów, że on i jemu podobni powinni być otoczeni „kordonem sanitarnym” ze strony mediów, czyli mieliby nie istnieć w sferze publicznej, co jednak w dzisiejszych czasach dekoncentracji informacji może być trudno wykonalne.
Tak więc to kasta polityków miałaby sprawować rządy, których demokratyczna legitymacja byłaby rzeczą wtórną. Po co bowiem utrzymywać dość kosztowną fasadę? Z drugiej jednak strony jest ona jakoś korzystna.
Ludzie mediów i społeczeństwo czerpią niejaką przyjemność z obserwacji tego, co im się wydaje autentycznym dyskursem społecznym.
Być może pan Tusk uważa, że jest warte zachodu, by owa fikcja powszechnej demokracji była na razie zachowana.
Pragnę zwrócić uwagę, że umacniający się najwyraźniej system kast jest zerwaniem z tradycjami intelektualnymi Europy, a nawiązuje do bardzo starej aryjskiej tradycji zachowanej częściowo do dziś dnia choćby w Indiach. Czy tendencja ta będzie kontynuowana, oczywiście czas pokaże.
Cały artykuł Piotra Sutowicza pt. „Kasta polityków i polityka kastowości” znajduje się na s. 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Edukację seksualną wprowadzono w Rosji bolszewickiej i w Węgierskiej Republice Rad. Odtąd po dzień dzisiejszy postulat kształcenia erotycznego dzieci pojawia się stale w środowiskach „postępowych”.
Jan Martini
Największą troską Sorosa jest szerzenie demokracji, a jak powszechnie wiadomo, najlepiej wdraża się demokrację za pomocą tajnych stowarzyszeń. Takim stowarzyszeniem jest tajemniczy Klub Bilderberg, który organizuje coroczne spotkania znakomitych osobistości, z bankierami i możnymi tego świata na czele. Media nie mają wstępu na obrady, a uczestników obowiązuje tajemnica.
Politycy, którzy dostąpili zaszczytu zaproszenia często później zostają premierami czy prezydentami, bo takie są prawa demokracji. Tak było m.in. w wypadku Billa Clintona i Tony’ego Blaira, którzy po wizycie w Klubie Bilderberg zostali demokratycznie wybrani wolą elektoratu.
Rafał Trzaskowski był uczestnikiem takiego „konklawe” w roku 2019, twierdząc, że zaprosił go kolega Sikorski. Jest to prawdopodobne, bo Radosław Sikorski jest członkiem Komitetu Sterującego Grupy Bilderberg i uczestniczy (wraz ze swoją wpływową małżonką Anne Applebaum) we wszystkich spotkaniach od roku 2016. (…)
Twórcą założonego w 1954 roku Klubu Bilderberg był pochodzący ze spolonizowanej rodziny żydowskiej Józef Retinger – postać tajemnicza, o niezwykłym życiorysie. (…) Najbardziej mroczna część jego życiorysu to „wspomaganie postępu” w Meksyku, gdzie był doradcą z ramienia europejskiej masonerii. (…) W przeciwieństwie do rewolucji bolszewickiej, w Meksyku nie walczono z religiami, tylko konkretnie z religią katolicką (wspomagano np. zielonoświątkowców). (…)
Represje osiągnęły apogeum za prezydentury Plutarcha Callesa i właśnie temu prezydentowi doradzał Józef Retinger. Ogłoszono wówczas tzw. prawo Callesa, którego główne tezy odnoszące się do „wolnego i socjalistycznego wychowania młodzieży” głosiły: „Dziecko było w tyranii kleru, rodziców i nauczycieli, dziś ma stanowić o sobie; Każde dziecko od piątego roku życia należy do państwa; Wszystko zło pochodzi od kleru; Bóg nie istnieje, religia jest mitem, Biblia kłamstwem; Nie potrzebujemy uznawać żadnych bożków”. W obronie religii katolickiej wybuchło wówczas powstanie ludowe (tzw. Christiada) podczas którego śmierć poniosło 100 tys. ludzi. Dopiero interwencja Stanów Zjednoczonych skłoniła rząd do kompromisu i złagodzenia represji.
Jeden z ministrów gabinetu Callesa nadał swoim trzem synom imiona: Szatan, Lucyfer i Lenin, a minister oświaty wprowadził do szkół „edukację seksualną”. Wcześniej taką edukację wprowadzono w Rosji po rewolucji bolszewickiej i w komunistycznej Węgierskiej Republice Rad.
Odtąd aż po dzień dzisiejszy postulat kształcenia erotycznego dzieci pojawia się stale w środowiskach „postępowych”, czego wyrazem są słynne zalecenia WHO dla Europy. (…) „Ojcem założycielem” edukacji seksualnej był Wilhelm Reich – polski Żyd z Tarnopola, komunista, współpracownik Zygmunta Freuda we Wiedniu, który nauczał robotników, studentów i żołnierzy o sprawach seksu. Reich zauważył, że mówiąc o walce klas, szybko traci zainteresowanie słuchaczy, natomiast wszyscy chętnie słuchają pogadanek z dziedziny seksuologii.
Doskonałym parawanem dla osiągania faktycznych celów „żołnierzy jasności” (luciferae militans), którzy pchają świat w kierunku postępu i oświecenia, bywa troska o człowieka. Zalecenia WHO pisane przez ekspertów niemieckich mają na uwadze wyłącznie zdrowie i dobrostan dzieci (tylko europejskich! – tych z innych kontynentów już nie).
Cały artykuł Jana Martniego pt. „Żołnierze postępu” znajduje się na s. 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Pomimo głębokiego podziału politycznego między głównymi partiami na Tajwanie, większość jego obywateli woli utrzymać status quo i suwerenność Tajwanu, niż poddać się komunistycznej dyktaturze Pekinu.
Peter Zhang
Podczas redefiniowania tzw. konsensusu z 1992 roku jako „jednego kraju, dwóch systemów”, Xi omówił pięć zasad postępowania wobec Tajwanu: 1. urzeczywistnienie pokojowego zjednoczenia, 2. zjednoczenie w ramach „jednego kraju, dwóch systemów”, 3. naleganie na niezachwianą zasadę „jednych Chin”, 4. promowanie ściślejszej współpracy/obustronnego rozwoju oraz 5. promowanie wzajemnego uznania pokojowego zjednoczenia. Ponowne zjednoczenie pod rządami Xi było „noworocznym prezentem” dla Tajwanu, który – jego zdaniem – pragnie powrotu do serca kraju.
Prezydent Tajwanu Caj Ing-wen nie czekała jednak długo z odrzuceniem „konsensusu z 1992 roku”, jak również oferty Xi dotyczącej „jednego kraju, dwóch systemów”. (…)
„Nigdy nie zaakceptowaliśmy konsensusu z 1992 roku” – utrzymuje Caj. Zaapelowała o udzielenie międzynarodowego wsparcia dla faktycznej niepodległości Tajwanu po tym, jak Xi zagroził, że w razie potrzeby użyje siły, aby doprowadzić do zjednoczenia wyspy z kontynentem. Pomimo głębokiego podziału politycznego między KMT i DPP na Tajwanie, większość jego obywateli woli utrzymać status quo i suwerenność Tajwanu, niż poddać się represyjnej komunistycznej dyktaturze Pekinu. Nawet Chiang Wan-an, prawnuk Czang Kaj-szeka (przywódcy KMT 1928–1975 r.) i członek parlamentu reprezentujący KMT, poparł sprzeciw Caj wobec żądań Pekinu w kwestii „jednego kraju, dwóch systemów”. Chiang zauważył, że „Tajwan nie jest Hongkongiem i większość Tajwańczyków nie może zaakceptować propozycji Pekinu”. Chociaż Chiang uznaje „konsensus z 1992 roku”, to powiedział, że zasada jednych Chin odnosi się tylko do Tajwanu, a nie ChRL.
2 stycznia, w odpowiedzi na naciski Pekinu, Caj sprzeciwiła się im, stawiając „cztery warunki konieczne”, aby stosunki po obu stronach cieśniny mogły się pozytywnie rozwinąć: 1. Pekin musi uznać istnienie Republiki Chińskiej/Tajwanu, 2. Pekin musi uszanować wolę 23 mln Tajwańczyków co do wolności i demokracji, 3. Pekin musi traktować obustronne różnice jako pokojowo nastawiony i równy partner oraz 4. Pekin musi negocjować z rządem Tajwanu lub podmiotem przez niego upoważnionym.
Nieudany „jeden kraj, dwa systemy” w Hongkongu
W 1979 roku Deng Xiaoping po raz pierwszy przedstawił ideę „jednego kraju, dwóch systemów” dla Hongkongu. „Pokojowe zjednoczenie” i „jeden kraj, dwa systemy” stały się od tego czasu oficjalnym stanowiskiem Pekinu wobec Tajwanu. 1 sierpnia 2017 roku, podczas obchodów 90 rocznicy utworzenia Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, Xi wystosował ostrzeżenie: „Nikt, żadna organizacja ani partia polityczna, nie ma pozwolenia na oddanie żadnego fragmentu terytorium Chin w jakimkolwiek momencie lub w jakiejkolwiek formie”.
W artykułach „The New York Times” poczyniono sugestie, że biorąc pod uwagę osobistą spuściznę Xi, może on mieć ambicje przejęcia Tajwanu siłą w czasie swoich rządów, szczególnie gdy potrzebne jest odwrócenie uwagi od narastających kryzysów wewnętrznych. W 2017 roku RAND Corporation (amerykański think tank – przyp. redakcji) prognozowała, że Pekin może podjąć działania wojskowe w celu odzyskania Tajwanu około roku 2020 i że najprawdopodobniej uda mu się tego dokonać. Zależy to oczywiście w dużej mierze od stopnia interwencji USA w przypadku konfliktu zbrojnego. Według Chrisa Pattena, 28. i jednocześnie ostatniego gubernatora Hongkongu, zaledwie 10 lat po przekazaniu terytorium Chinom przez Wielką Brytanię okazało się, że ustalona na 50 lat tzw. doktryna „jednego kraju, dwóch systemów” zakończyła się niepowodzeniem.
Zgodnie z sondażem przeprowadzonym przez Uniwersytet Chiński w Hongkongu, ponad 50 proc. Hongkońskiej młodzieży rozważa emigrację, ponieważ wolność wypowiedzi i stowarzyszania się pod nadzorem Pekinu nie jest już taka jak kiedyś.
W 2018 roku Economist Intelligence Unit (dział grupy medialnej The Economist Group – przyp. redakcji) ocenił, że pod względem poziomu demokracji Hongkong znajduje się na 73 miejscu na świecie, o siedem miejsc wyprzedzając Singapur. Tajwan natomiast zajął 32 miejsce, a Chiny ponure 139.
Cały artykuł Petera Zhanga pt. „Tajwan: przyszłość ma społeczeństwo otwarte” znajduje się na s. 11 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Wszystkie osoby, przeciwko którym toczą się procesy sądowe, należą do środowisk politycznych, tworzących opozycję na poziomie społeczeństwa obywatelskiego albo partii politycznych.
Wład Kowalczuk
Na początku swojej kadencji prezydent Wołodymyr Zełeński zrobił kilka miłych gestów wobec tych, którzy bronili i bronią Ukrainy przed rosyjską agresją. Jednym z nich było nadanie obywatelstwa zagranicznym weteranom walk w Donbasie. Jednak pod koniec pierwszego roku swojej prezydentury całkowicie zmienił podejście do nich.
Najpierw Zełeński zasłynął w mediach oraz sieciach społecznościowych, kiedy arogancko rozmawiał z ochotnikiem i weteranem pułku „Azow” Denysem Jantarem, który brał udział w akcji przeciwko wycofaniu się ukraińskiej armii z miejscowości Zołote-4. W obecności kilku ochroniarzy prezydent Zełeński poniżał weterana, który protestował przeciwko implementacji formuły Steinmeiera, przewidującej wycofanie się wojsk, a później wybory w Donbasie pod kontrolą OBWE z możliwością zapewnienia samozwańczym republikom specjalnego statusu, amnestii dla bojowników oraz polityczną i gospodarczą autonomię.
Wstępna zgoda na formułę podczas spotkania zespołu negocjacyjnego w Mińsku wywołała ogólnokrajowe protesty pod hasłem „Nie kapitulacji”. W protest zaangażowali się również weterani walk w Donbasie, którzy rozpoczęli blokadę wycofania się ukraińskiej armii ze względu na ryzyko przejęcia opuszczonych pozycji przez separatystów i rosyjskie wojska. (…)
Pierwszą jaskółką represji był proces przeciwko żołnierzowi Sił Operacji Specjalnych Andrijowi Antonience oraz weterankom Janie Dugar – pielęgniarce i Julii Kuzmenko – znanej lekarce chirurg dziecięcej. Wszyscy są oskarżeni o zabójstwo dziennikarza z Białorusi Pawła Szeremeta.
Jana Dugar została zwolniona po wpłacie kaucji i pozostaje w areszcie domowym. Co do Andrija Antonienki i kardiochirurga oraz kandydatki nauk medycznych Julii Kuzmenko, to wciąż przetrzymywani są w areszcie śledczym, mimo że nie ma żadnych dowodów ich winy. Warto zaznaczyć, że kaucję 168 tysięcy hrywien na zwolnienie Jany Dugar zebrano w ciągu trzech godzin. (…)
Procesy sądowe wytoczone weteranom sprawiają wrażenie zemsty, a nie sprawiedliwego sądu. Wszystkim trzem, bez względu na ich zasługi wobec państwa, grozi więzienie tylko za to, że wyrazili swój sprzeciw wobec polityki negocjacji i zapewnienia amnestii prorosyjskim terrorystom. (…)
Nie mniej upolityczniana jest sprawa mieszkańca Odessy Sergija Sternenki, który walczył z korupcją w swoim mieście oraz w sposób prawny zwalczał prorosyjskie organizacje. W trakcie swojej działalności Sergij trzy razy był ofiarą zamachu na jego życie. (…)
Bez względu na sympatie lub antypatie do byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, jego też należy uznać jedną z ofiar prześladowań politycznych. (…) Ostatnie oskarżenie budują na fakcie, że dzięki staraniom Petra Poroszenki ukraińska cerkiew prawosławna uzyskała Tomos, czyli niezależność od rosyjskiej prawosławnej cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego.
Opisane wyżej sprawy nie są pojedynczymi przypadkami – są po prostu najbardziej znanymi i obserwowanymi przez społeczeństwo. Łączy je fakt, że wszystkie osoby, przeciwko którym toczy się proces sądowy, należą do środowisk politycznych, tworzących opozycję na poziomie społeczeństwa obywatelskiego albo partii politycznych.
Cały artykuł Włada Kowalczuka pt. „Prześladowania polityczne na Ukrainie” znajduje się na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Gdy myślę o zarysowanej deprawacji, której towarzyszy cyniczny uśmiech, przypomina mi się spostrzeżenie Kazimierza Przerwy-Tetmajera: „W niczym się tak chamstwo ludzkie nie wyjawia jak w uśmiechu”.
Herbert Kopiec
Trwa w Polsce wielki rwetes wokół LGBT. Można odnieść wrażenie, że nie ma ważniejszej sprawy na tym Bożym świecie. Myślę, że trudno o lepszy dowód na to, że program organizacji homoseksualistów (opublikowany w 1987 r.) jest wreszcie także w Polsce pomyślnie realizowany. (…)
Istotnym elementem tego programu jest tworzenie swoistego wizerunku przeciwników homoseksualizmu. Otóż tworzy się go w ten sposób, by wszyscy chcieli się odciąć od tak odrażających typów.
(…) Ostatecznie – w myśl analizowanego programu – należy doprowadzić do całkowitego zakłamania sytuacji: realne problemy środowiska homoseksualnego mają być całkowicie oderwane od rzeczywistych rozmiarów tego zjawiska. Słowem: ma być wielka ściema! Już choćby na tym przykładzie trudno się dziwić, iż można się coraz częściej spotkać z opinią, że żyjemy w spatologizowanym kraju, a państwo z jakichś (?) względów nie chce się temu przeciwstawić. Natomiast społeczeństwo jako takie też nie jest w stanie tego zrobić. Zakłada się, że mógłby tu coś wskórać ruch społeczny, który trzeba zorganizować.
To „szambo” (cytat), w jakim żyjemy, nie zrobiło się samo. Ono wbrew pozorom nie jest produktem naturalnym, bo gdyby takim było, wyglądałoby zupełnie inaczej. To jest wynik bardzo określonego ruchu społecznego, który został uruchomiony przez niewielką grupę aktywistów. Tak twierdzi Krzysztof Karoń (usiłujący – przypomnijmy – ująć marksizm całościowo, by zrozumieć, dlaczego współczesny świat wygląda tak, a nie inaczej). Myślę, że w tym, co twierdzi ten – jak mówi o sobie – dyletant, jest coś na rzeczy. Gdy mówię o niewielkiej grupie aktywistów, to mam na myśli osoby, które wczoraj twierdziły, że Ziemia jest w centrum wszechświata, a dziś, że kręci się wokół Słońca. I wczoraj mieli rację, i dziś mają rację, bo są przecież tak zwanymi autorytetami. (…)
Myślę, że atakowanie wrogów/oponentów (o dziwo bywa, że wrogów wydumanych, bo czy są rzeczywiści, jest tu jakby mniej istotne) należy do najbardziej odstręczających chamskich praktyk III RP. Szczególnie obrzydliwy jest tu styl działania: szczucie, nagonka, jątrzenie, a następnie przedstawianie się w roli pokrzywdzonego (Mamy dość! Nie damy się obrażać!).
(…) Tak oto doczekaliśmy czasów, iż bywa, że nawet ci mający się za tzw. przyzwoitych ludzi, widząc złodzieja wołającego, by łapać złodzieja, nie stukają się już (jak jeszcze niedawno bywało) w czoło.
Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Świat na opak” znajduje się na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Jako dyrektor gdańskiej placówki IPN okazał się lojalny wobec prawa. Nie dał się zastraszyć. No i co? Oczywiście został odwołany. Taki był i taki pozostał. Dostał pracę urzędniczą w porcie.
Stefan Truszczyński
Edmund Krasowski, rocznik 1955. Jest elblążaninem. Kocha swoje miasto. Ale na studia jedzie do Warszawy. Uniwersytet Warszawski – astronomia, specjalność – obserwator. Patrzy w gwiazdy. I tak mu zostało.
– Która jest twoja wybrana? Wenus?
– Wenus to planeta – śmieje się z mojego niedokształcenia.
Spotkaliśmy się, bo chciałem posłuchać opowieści, jak telewizyjny gwiazdor próbował manipulować wypowiedzią Edmunda. Konkretnie Michał Rachoń zabawił się w cenzora. Ale niech będzie po kolei.
Plakat
Konspiracja zaczęła się na studiach. Stworzyli na Uniwersytecie Warszawskim małą grupę. Bardzo małą. Tak jest najbezpieczniej. Był rok 1978. Zaczęło się od powielania materiałów dla „ROPCiO” (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela). Dostawali papier – A4. Nauczyli się szybko. Odbitki były coraz lepsze.
W katedrze na Świętojańskiej przygotowywana była ważna msza – 11 listopada 1978 roku.
– Chłopaki – zapytali ci z ROPCiO – a plakat potraficie zrobić? Ale ma być first class.
Tego już nie dało się zrobić na powielaczu na Kickiego. Przedstawiono im fachowca plastyka. Wzbudził zaufanie, ale drukarnia konspiracyjna była pod Ostrołęką. Pociągiem – najpierw do Ostródy, a potem drugim – ciuchciowatym. Wysiedli po kilkudziesięciu kilometrach ze sporym ciężarem papierów na plecach. Powiedziano im, by byli bardzo ostrożni, bo to ważna drukarnia. Poszli więc okrężnie i oddzielnie. „Jacek” zmienił jednak marszrutę. Dobiegł do Edka.
– Chyba ktoś lezie za nami. Przerywamy.
Wrócili do Warszawy. Ale nie odpuścili. Następnego dnia powrócili. Teraz już poszło gładko, choć oczywiście było tak samo ciężko z dźwiganymi ryzami. Czekano na nich w nieźle wyposażonej drukarni. Koleś-plastyk był rzeczywiście artystą. Ale i oni, w końcu studenci fizyki, i to z pewną praktyką drukarską, poradzili sobie. Plakaty – ogłoszenia o rocznicowej mszy – wypadły świetnie. Był to pierwszy poważny tekst konspiracyjny. Szkoda, że IPN ciągle nie może odszukać tych plakatów w tonach materiałów odebranych ubecji w 1989 roku po czerwcowych wyborach.
W poczuciu dobrze wykonanej pracy idzie Edek Nowym Światem na mszę do katedry. Mija witryny licznych rzemieślniczych sklepików. A wtedy na tym spacerniaku warszawskim było ich jeszcze dużo. I widzi, że co rusz w tych prywatnych zakładzikach przyklejone są do szyb od wewnątrz jego plakaty. Duma i radość. Warto było ryzykować. (…)
Sukcesy osłabiają czujność. Ktoś zabalował, ktoś się upił i chlapnął. W styczniu 1983 roku w miejscowości Stare Pole pod Malborkiem, gdzie hodują krasule i jest piękny pomnik krowy, ubecja zastawiła pułapkę. Edwarda zaskoczono, skuto i zawieziono do Elbląga. To było pierwsze porwanie Edka. Proces – wyrok. Wyszedł z więzienia po 1,5 roku. Wrócił do roboty konspiracyjnej. Niewielu wiedziało, że to on został szefem regionu.
Porwanie drugie
W kraju już wrzało. Stolarze rżnęli dechy pod okrągły stół. Opozycja coraz bardziej się dzieliła. Może nawet władza w Warszawie nie o wszystkim wiedziała, jak działali jej ubeccy pełnomocnicy w terenie. A oni w końcu rozpracowali elbląską opozycję. Edka porwali z ulicy. Dwaj faceci wrzucili go na tylne siedzenie samochodu. Trzeci już tam siedział. Jego kolano boleśnie ugodziło kręgosłup Edmunda. Stracił na chwilę przytomność. Gdy ją odzyskał, nie miał czucia w nogach.
– Panowie – grzecznie poprosił – zawieźcie mnie na pogotowie. Nóg nie czuję.
Zawieziono go na komendę MO przy ul. Armii Czerwonej w Elblągu. Nie mógł nawet stanąć. Zawleczono go więc do sali przesłuchań. Szef grupy wydawał polecenia przez radio. Jego twarzy ani wtedy, ani potem nie widział. Natomiast ubeków tarmoszących go, mimo że wył z bólu, widywał w ciągu następnych kilkudziesięciu lat wielokrotnie. Dopracowali w służbach do emerytury.
Zadzwoniono w końcu po pogotowie. Był już w karetce, gdy oprawcy zmienili decyzję. Przez chwilę był sam na sam z kierowcą karetki. Poprosił, by zawiadomił księdza współpracującego z opozycją. Znowu zawieziono go do komendy. I trzymano tam półprzytomnego przez całą noc i dzień następny. Dopiero wieczorem mec. Jacek Taylor i pani profesor medycyny Joanna Penson, współpracująca z Lechem Wałęsą, zabrali go do szpitala. (…)
Żeglarz i „cenzura”
Edmund Krasowski, były szef oddziału IPN, poseł, astronom, jest również żeglarzem.
To właśnie on w 1990 roku był inicjatorem przepłynięcia jachtem przez Cieśninę Pilawską pod lufami rosyjskich armat na Bałtyk. Była to dość szalona demonstracja. Sfilmowana znakomicie przez reportera TVP śp. Jacka Grelowskiego. Popłynęli z wiatrem solidarności i nikt ich nie śmiał zatrzymać.
Takie to były gorące czasy po czerwcowych wyborach, których 31 rocznicę właśnie obchodzimy. Skromnie.
Telewizyjny, ale i radiowy prowadzący, Michał Rachoń, znał najwyraźniej tę historię. Zaprosił niedawno Krasowskiego do programu na żywo Polskim Radiu 24. Przez kilkanaście minut przypominano tamten rejs. Potem była krótka przerwa, a w drugiej części rozmowy Rachoń nawiązał do sprawy przekopu przez mierzeję. Właśnie dlatego kopiemy, by nie pozostawiać wód Zalewu Wiślanego na łasce lub niełasce Rosjan. Rachoń nie sprawdził (bo chyba by nie zaprosił do radia Krasowskiego), jaką ma opinię Krasowski w sprawie przekopu. A ma on zastrzeżenia natury ekologicznej i – zapytany – użył słowa „kuriozalny”. Poszło, bo program był na żywo. Ale już w wersji elektronicznej znalazła się tylko pierwsza część – ta o przepłynięciu przez cieśninę. Potem zaczęło się krętactwo – mailowo: czy ma również pójść druga część. W końcu rozmowy nie wyemitowano właśnie z uwagi na owe pojedyncze słowo – „kuriozalny”.
Stanowisko – dosłownie to jedno słowo – Krasowskiego nie było ani ostre, ani nie może zaszkodzić słusznej idei przekopania mierzei. Też uważam, że jest to inwestycja potrzebna i nie można dopuścić do jej zatrzymania. Interwencje i nieprzyjemna kombinacja decydentów radiowych to powtórzenie sprawy piosenki Kazika. Jest to po prostu głupie i szkodzi również PiS-owi. Cenzorzy niby już zdechli śmiercią naturalną. Niestety odradzają się raz po raz w decyzjach tchórzliwych osobników.
Cały artykuł Stefana Truszczyńskiego pt. „Krasowski” znajduje się na s. 16 lipcowego „Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Czy rzeczywiście mieszkańcy Zawiercia byli obywatelami PRL-u głęboko uświadomionymi politycznie i wierzącymi tylko w komunistyczny raj na ziemi, a nie ten obiecany nam przez Stwórcę po śmierci?
Tadeusz Loster
Kapliczki Andrzeja Brąblika
Andrzej Brąblik był chłopem, mieszkał w Kocikowej w pobliżu Pilicy w powiecie zawierciańskim. Oprócz uprawiania roli zajął się budowaniem betonowych kapliczek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że budował je w okolicach Zawiercia i to w okresie propagowanego w „Czerwonym Zagłębiu” ateizmu.
Dla rodowitego Ślązaka za rzeką Brynicą rozciąga się „czerwony matecznik”, kraina, gdzie uwielbia się towarzysza „Wiesława”, podziwia Gierka, z rozrzewnieniem wspomina się robotniczo-chłopski sojusz, jednym słowem – czuje się nostalgię do prawdziwej Polski („Ludowej” ). Czy Zagłębie zwane Dąbrowskim, część Górnego Śląska, było i jest „czerwonym matecznikiem”? Czy rzeczywiście jego mieszkańcy należeli do robotniczo-chłopskiej grupy obywateli PRL-u głęboko uświadomionych politycznie i wierzących tylko w komunistyczny raj na ziemi, a nie ten obiecany nam przez Stwórcę po śmierci?
Andrzej Bąblik z żoną Balbiną, Kocikowa, lata 40. XX w. Fot. ze zbiorów rodziny Brąblików
Zawiercie to miasto powiatowe leżące na terenie historycznej Małopolski. Zaliczane jest do Zagłębia Dąbrowskiego ze względu na bliskość miast Zagłębia oraz historię olbrzymiego rozwoju przemysłu pod koniec XIX wieku, takiego jak włókienniczy, hutniczy, odlewniczy, ciężki czy szklarski. Mimo tego przemysłu oraz rozwijającej się struktury miejskiej, Zawiercie otrzymało prawa miejskie dopiero w 1915 roku. Obecnie miasto liczy około 50 tys. mieszkańców. W okresie międzywojennym liczyło blisko 30 tys., a co ciekawe, rozwinięty przemysł zawierciański w okresie międzywojennym i jeszcze w latach 50. XX w. zatrudniał więcej pracowników, niż wynosiła liczba ludności zamieszkującej w mieście. Niedobór robotnika miejscowego uzupełniali chłopi z pobliskich miejscowości, tworząc typową społeczność robotniczo-chłopską. Wszelkie zawirowania historyczne, które dotykały miasto, a przede wszystkim przemysł spowodowały, że Zawiercie nazywano „miastem umarłym” lub „miastem bezrobotnych”. Taki stan skutkował silnym wpływem komunistycznym. I tak w 1928 roku komuniści w mieście zdobyli blisko 25% głosów, a PPS około 8%. W tym okresie działaczem komunistycznym w Zawierciu był towarzysz „Wiesław” – Władysław Gomułka. W 1930 roku doszło do starć zbrojnych między bezrobotnymi a policją. Zginęły trzy osoby, a dzień ten – 18 kwietnia 1930 roku – nazwano „Krwawym Piątkiem”.
Kapliczka w Kocikowej, 1945 r. | Fot. A. Bąba
Zawiercie leży w połowie drogi pomiędzy Częstochową a Krakowem, czyli w środku Jury Krakowsko Częstochowskiej. Nazywane jest Bramą do Jury. Tu rozchodzą się szlaki turystyczne na tereny Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd do atrakcyjnych turystycznie obszarów wapiennych ostańców i średniowiecznych ruin zamków: w Ogrodzieńcu, Bobolicach, Mirowie, w Smoleniu czy w Morsku. Najbliższe okolice Zawiercia obfitują także w rezerwaty skalne i przyrody, wymarzone dla miłośników turystyki i wspinaczki.
Zwiedzając okolice powiatu zawierciańskiego, można natknąć się na pomniki-kapliczki, które do złudzenia przypominają „pomniki wdzięczności” stawiane tu w 1866 roku na cześć cara Rosji i króla Polski Aleksandra II po uwłaszczeniu włościan. Kapliczek jest około czterdziestu, usytuowane są przy drogach, na skrzyżowaniach dróg oraz na prywatnych posesjach.
Kapliczki mają solidne cementowe fundamenty, na nich podstawę wymurowaną z jurajskiego kamienia wapiennego, na podstawie betonowy segment w formie prostopadłościanu zwieńczonego stylizowaną koroną, w której tkwi betonowy krzyż. Na widokowej stronie segmentu wypisane są sentencje o różnych treściach. Przy nich wyryto daty wystawienia kapliczek, co ciekawe – przeważnie z okresu tzw. stalinowskiego oraz ateistycznego PRL-u. Na niektórych kapliczkach, w tylnej ich części wypisane jest nazwisko wykonawcy: „A. Brąblik, Kocikowa”.
Kapliczka w Gieble z 1949 r. | Fot. Aleksander Bąba
Andrzej Brąblik urodził się w 1890 roku w Kwaśniowie koło Klucz. Był chłopem – prowadził małe, kilkuhektarowe gospodarstwo we wsi Kocikowa koło Pilicy. Praca w gospodarstwie nie wystarczała Brąblikowi. Założył kuźnię, miał także warsztat kamieniarski, rozpoczął produkcję cementowych wyrobów oraz otworzył sklep z artykułami spożywczymi. Wnuczka Brąblika, Stanisława Żyła, wspomina go jako człowieka uczciwego i dobrego, o pogodnym usposobieniu, bardzo religijnego. Może dlatego jeszcze podczas wojny, w 1942 roku wybudował kapliczkę-pomnik przy drodze do Biskupic, a zaraz po zakończeniu wojny, w 1945 roku, kapliczkę przy swoim drewnianym domku. W 1946 roku Andrzej Brąblik wraz z Antonim Wnukiem postawili podobną w Ryczowie przy drodze leśnej do Pilicy, a w 1949 roku – na Górce przy wjeździe do Kocikowej. Wszystkie cztery kapliczki przypominały wyglądem starsze od nich „pomniki wdzięczności” stawiane carowi Rosji przez okolicznych chłopów w 1866 roku po uwłaszczeniu włościan. Dzieła Brąblika spodobały się okolicznym mieszkańcom i do jego zakładu zaczęli zgłaszać się klienci, zamawiając budowę „takiego” pomnika.
Nowe kapliczki kamieniarz budował dla fundatorów w okolicy Zawiercia, zamiast wcześniej stojących drewnianych krzyży lub w nowych miejscach. Stawiał je nawet na terenach oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od warsztatu. Na wybrane miejsce przywożony był piasek, cement z pobliskiej cementowni „WIEK” w Ogrodzieńcu, polne i wapienne kamienie. Z tego materiału powstawał fundament oraz kamienna podstawa kapliczki. Na tak wybudowanym postumencie montowane były górne segmenty – gotowe elementy wykonane wcześniej w zakładzie Brąblika. Dekoracje i zdobienia elementów betonowych rzemieślnik sporządzał w odpowiednich drewnianych formach. Tekst inskrypcji, omawiany z fundatorem i przez niego zatwierdzany, wydrapywany był w betonie jeszcze przed jego utwardzeniem. Kapliczkę zwieńczał osadzony w otworze górnego segmentu betonowy krzyż. Niekiedy był to krzyż stalowy, z cmentarnego odzysku. U podnóża krzyża montowano betonowe „pudło” o łukowym sklepieniu, w którym można było umieścić gipsową lub porcelanową figurkę. Postawiona w ten sposób kapliczka miała około 4 m wysokości.
Kapliczki były do siebie podobne, jednak nie identyczne. Niektóre z nich, w zależności od zasobności fundatora, są pokaźniejsze i bogatsze w ozdoby, napisy i zewnętrzny wystrój.
Jedna z najwcześniej wybudowanych kapliczek, przy domu Brąblików, nosi napis „JEZUS MARYJA NIECH WAM BĘDZIE CZEŚĆ I CHWAŁA ZAWSZE I WSZĘDZIE FON. A. i B. BRĄBLIKOWIE KOCIKOWA ROK P. 1945”. (Ten i pozostałe teksty w oryginalnej pisowni).
Pomrożyce to wieś oddalona od Kocikowej o ponad 20 km. Tutaj stoją dwie kapliczki wybudowane przez Brąblika w 1951 roku. Obydwie zostały ufundowane przez mieszkańców Pomrożyc. Na jednej z nich jest napis: „O JEZU POKORNIE CIĘ BŁAGAMY NIECH POKÓJ SERCA I DUSZY W TOBIE MAMY. FUNDATOROWIE GROMADA POMROŻYCE ROK P. 1951”.
Kapliczka w Bzowie z 1959 r. Fot. Aleksander Bąba
Bzów – obecnie dzielnica Zawiercia – to dawny zaścianek szlachecki. Tutaj przy ul. Konopnickiej została postawiona kapliczka w 1959 roku. Na jej licu widnieje napis: „BOŻE BŁOGOSŁAW WSZYSTKIM KTÓRZY CIĘ WZYWAJĄ STRZEŻ I ZACHOWAJ OD ZŁEGO KIEDY W TOBIE UFAJOM, ROK P. 1959”.
Trudno przytoczyć wszystkie sentencje umieszczone na blisko 40 kapliczkach. Należy zaznaczyć, że tekst na każdej z nich jest inny. Chciałbym zatrzymać się jeszcze przy dwóch, które charakteryzują okres, kiedy były stawiane. Jedna z nich to kapliczka w Gieble przy ul. Częstochowskiej, wybudowana w 1949 roku w miejscu starego drewnianego krzyża, datowanego już w 1843 roku. Na kapliczce tej widnieje sentencja: „BOŻE BŁOGOSŁAW PRACY ROLNIKA. GIEBŁO DN. 15. IV. ROK P. 1949”.
Najważniejsza kapliczka, okazalsza i większa od innych, została wystawiona przy szosie nr 790 na skrzyżowaniu drogi prowadzącej do Giebła. Wybudowano ją w miejscu szczególnym, gdzie w tamtych czasach był przystanek przewozu pracowniczego. Chłoporobotnicy dojeżdżający do przystanku z dalszych odległości na rowerach, pozostawiali je do czasu powrotu u zaprzyjaźnionego gospodarza. Podczas rozmów w oczekiwaniu na „robotniczy” przewóz pojawił się pomysł wybudowania w tym miejscu kapliczki. Pomysłodawcy odczuwali potrzebę polecenia się opiece boskiej na czas pracy. Finansowanie budowy przez robotników wsparli mieszkańcy pobliskich zabudowań. Tak w 1953 roku rozpoczęła się budowa kapliczki na posesji Kazimierza i Franciszki Cichorów. Przy budowie pomagał Brąblikowi murarz z rodziny Cichorów. Na wystawionej kapliczce wypisano sentencję:
„PÓJDŹCIE DO MNIE WSZYSCY, KTÓRZY PRACUJECIE I OBCIĄŻENI JESTEŚCIE, A JA WAS OHŁODZĘ. CHWAŁA NA WYSOKOŚCI BOGU A NA ZIEMI POKÓJ LUDZIOM DOBREJ WOLI. – BUDOWA TEJ FIGURY Z DOBROWOLNYCH OFIAR ROBOTNIKÓW GIEBŁA I KIEŁKOWIC. – NA CZEŚĆ CHRYSTUSOWI W HOŁDZIE – ROBOTNICY 1953 R”.
W treści tej sentencji jest ukryty obraz i dużo prawdy o tym, jacy byli ROBOTNICY ROKU 1953. Na pewno inni niż pisała, mówiła i chciała PRL-owska propaganda.
A był to Rok Pański szczególny. 22 lutego w więzieniu mokotowskim po sfingowanym procesie został powieszony generał August Fieldorf „Nil”. 5 marca zmarł Józef Wissarionowicz Stalin, próbując wytrzeźwieć po długotrwałej libacji z Nikitą Chruszczowem. Dzień pogrzebu Stalina, 9 marca, został ogłoszony dniem żałoby narodowej w PRL-u. Jeszcze przed pogrzebem, 7 marca, nastąpiła zmiana nazwy Katowice na Stalinogród, województwa katowickiego na stalinogrodzkie i jednocześnie Pałacowi Kultury i Nauki nadano imię Józefa Stalina dla „uczczenia pamięci Wielkiego Wodza i Nauczyciela mas pracujących i jego wiekopomnych zasług dla Polski”. Mimo śmierci Stalina walka z Kościołem w Polsce nasiliła się, aresztowano i skazano na długoletnie więzienie księży, w tym biskupa Czesława Kaczmarka. 25 września został aresztowany przez bezpiekę Prymas Polski Kardynał Stefan Wyszyński, a robotnicy „Czerwonego Zagłębia” oddawali się w opiekę Panu Bogu, budując kapliczkę.
Kapliczka przy szosie nr 790 z 1953 r. (napis na kapliczce po renowacji w maju 2020 r.) | Fot. Aleksander Bąba
Warto wspomnieć opiekunów kapliczek, ale trudno opisać i wymienić wszystkich. Przyjrzyjmy się przykładowo tym od „robotniczej kapliczki”. Postawiona na posesji rodziny Cichorów, była przez nich doglądana do 1992 roku, przy wsparciu sąsiada Jarosława Guzika. Opiekę nad kapliczką przejęła ich córka Kazimiera wraz z mężem Jerzym Jarosem. Obecnie, od 2005 roku, kapliczką opiekuje się wnuk Antoni Jaros z żoną Urszulą. W maju bieżącego roku kapliczka ze szczególną starannością została odnowiona przez Urszulę Jaros.
W lutym 1978 roku zmarł Andrzej Brąblik. Ostatnia jego kapliczka została wzniesiona w Cisowej w 1980 roku, już po jego śmierci. W miejscu, gdzie została postawiona, stał drewniany krzyż z czasów powstania 1863 roku. W 1974 roku właściciele posesji, państwo Rochowie, zdecydowali, że na miejscu, w którym kiedyś stał krzyż, ufundują kapliczkę. Do Andrzeja Brąblika pojechał Franciszek Roch i złożył zamówienie. Jednak przywieziona na miejsce w elementach, nie została postawiona z uwagi na „brak zezwolenia administracyjnego na budowę”. Wyleżała się na placu do 1980 roku. Wraz z gospodarzami wymurował ją i złożył murarz ze Smolenia, Jan Sikora. Na postawionej kapliczce wypisana jest sentencja: „JEZUS MARIA MY SIĘ ZAWSZE WASZEJ OPIECE POLECAMY ROK P. 1974” W 1981 roku w nowej politycznej rzeczywistości, w okresie „Solidarności”, podczas obrzędu poświęcenia pól w Cisowej kapliczkę poświęcił proboszcz parafii św. Jana Chrzciciela w Pilicy, ks. Kanonik Mieczysław Zaława.
Autor pragnie podziękować Panu Aleksandrowi Bąbie – miłośnikowi historii Ziemi Zawierciańskiej – za udostępnienie materiałów oraz wykonane zdjęć kapliczek umieszczonych w artykule.
Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Kapliczki Andrzeja Brąblika” znajduje się na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
„Zamiarem grupy de Bilderberg jest bez żadnej wątpliwości, by przy tworzeniu rządu światowego jego członkowie byli wszechwładni. (…) Bez żadnych legalnych praw ludzie z Bilderbergu kupczą wpływami”.
Stanisław Florian
Pod koniec maja, gdy stało się jasne, że wykidaną kandydatkę POstKOmuny na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zastąpi prezydent warszawskich salonów, któremu ręki nie chciała podać nawet poprzednia prezydent tych salonów – postanowiłem sprawdzić, kto on zacz.
Najpierw trafiłem na ciekawą socjologicznie analizę Stanisława Janeckiego z tygodnika „Sieci”. Zdefiniował on nowego kandydata POKO poprzez jego elektorat, „trzaskowszczyznę”, jako „doświadczenie pokoleniowe (czterdziestolatków), środowiskowe ze względu na status (inteligencja, twórcy), wielkomiejskie, obyczajowe (to nie są eksperymentatorzy, choć nastawieni liberalnie) i kulturowe (tzw. syndrom europejczyka). (…) Trzaskowszczyzna to nierewolucyjna wersja pokolenia marcowych i pomarcowych komandosów, wykorzystujących pozycję swoich rodziców i ich grupowe powiązania oraz świadczone sobie przysługi. (…) Jest elitą tzw. warszawki i bardzo imponuje »słoikom«, które chciałyby być jej częścią”.
Postanowiłem sprawdzić, co o kandydacie POKO piszą w Wikipedii. A tam: szok i niedowierzanie – informacja z czerwca 2019 r., że „był uczestnikiem spotkania Grupy Bilderberg”. Jako że nie wszyscy muszą wiedzieć, o co chodzi – odsyłam najpierw do hasła w Wikipedii o tej grupie.
Pierwsze, co musi uderzać: w spotkaniach tej Grupy się nie uczestniczy tak po prostu, jak mogłoby wynikać z biogramu Trzaskowskiego w Wikipedii. Nie jest się demokratycznie wybranym przedstawicielem swojej społeczności, narodu. Na te spotkania jest się zapraszanym. Jak onegdaj – na dywanik do Moskwy.
(…) Oficjalnie Grupa Bilderberg jest to międzynarodowe stowarzyszenie najwyższej rangi osób ze środowisk politycznych i gospodarczych, które organizuje coroczne spotkania za zamkniętymi drzwiami, podczas których zaproszeni uczestnicy omawiają i oceniają najważniejsze z punktu widzenia interesów elit światowych sprawy globalnego bezpieczeństwa, polityki i gospodarki. Jak można przeczytać w Wikipedii, „Pierwsze spotkanie zorganizowane przez grupę miało miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Oosterbeek w maju 1954 roku. Odbyło się z inicjatywy polskiego emigranta i wpływowego europejskiego polityka Józefa Retingera, który przekonał do swojego pomysłu holenderskiego księcia Bernharda. (…)
Już w 1995 r. ukazała się w Polsce książka Mathisa Bortnera W drodze do upadku ekonomii światowej. Jak dobija się gospodarkę polską od 1989 roku. List otwarty do mojego przyjaciela Lecha Wałęsy (Nicea 1995), w której wskazano korzenie Grupy Bilderberg. Retinger – słynny burzyciel „suwerenności państw narodowych” – jeszcze w 1948 r. założył w Genewie Centrum Kultury Europejskiej, które „czerpało idee z Unii Federalnej Narodów [austriackiego – S.F.] hrabiego Ryszarda Coudenhove-Kalergi (1926)”, czyli Międzynarodowej Unii Paneuropejskiej.
Według M. Bortnera utworzone przez Retingera Centrum atakuje „cywilizację techniczno-przemysłową, państwo narodowe, suwerenność narodową, republikę, rozum, postęp i emancypację obywateli. (…) zachwala regionalizm, separatyzm, federalizm”.
Członek Grupy, urodzony w Niemczech bankier James Warburg, syn bankiera Paula Warburga, z wybitnego rodu niemieckich i amerykańskich bankierów żydowskiego pochodzenia, doradca finansowy prezydenta Franklina D. Roosevelta oraz „ojciec” systemu Rezerwy Federalnej, podczas przesłuchania 17 lutego 1950 r. przed Senacką Komisją Spraw Zagranicznych USA w chwili szczerości ogłosił: „Będziemy mieć światowy rząd, niezależnie od tego, czy nam się to podoba. Pytanie dotyczy tylko tego, czy światowy rząd zostanie osiągnięty za zgodą, czy poprzez podbój”…
Według M. Bortnera „ostatecznym zamiarem grupy de Bilderberg jest bez żadnej wątpliwości, by przy tworzeniu rządu światowego jego członkowie byli wszechwładni. (…) Bez żadnych legalnych praw ludzie z Bilderbergu kupczą wpływami w celu mianowania polityków wyższej rangi, prezydentów, ministrów ważnych resortów w szczególności w służbach bezpieczeństwa oraz resortach spraw zagranicznych, w handlu i komunikacji bez względu na formację polityczną, z której się wywodzą, republikanów, demokratów czy monarchistów na całym świecie.
Wygląda na to, że ich ulubioną metodą byłoby zarządzanie kryzysami, aby nie dopuścić (…) narodów świata do wyjścia z kryzysu, przedłużenie nieporządku, konfliktów, wojen, aż poddadzą się one same tym naciskom, znieruchomiałe, zagłodzone, bez pracy, w łapach tyranii mondialistycznej. Stworzono okoliczności analogiczne do tych, które pozwoliły Stalinowi zawładnąć Polską w 1945”. (…)
„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej. Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium”. Dlatego uważam, że o ile może być prezydent z takiej czy innej partii politycznej – bo są prawnym elementem systemu politycznego w Polsce – albo mieć poparcie którejś z partii, a do żadnej nie należeć, to niezgodne z Konstytucją jest, aby prezydent był reprezentantem masońskiej organizacji ponadnarodowych hochsztaplerów, bo tego w Konstytucji nie mamy.
Ktoś taki nie będzie „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej”, a tej pozapolskiej formacji, ani nie będzie „gwarantem ciągłości władzy państwowej”, bo ta mafijna struktura nie liczy się z poszczególnymi państwami, a realizuje interesy ponadpaństwowych lobby ponadnarodowych grup interesów wielkich kapitalistów. Dlatego nie będzie czuwać „nad przestrzeganiem Konstytucji”, bo ma ją w głębokim poważaniu, jeśli nie zapewnia im realizacji nadzwyczajnych zysków i przywilejów. Nie będzie też stać „na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium”, bo granice i niepodzielne terytorium są przeszkodami w realizacji ich ponadnarodowych, neokolonialnych konszachtów, dla niepoznaki nazywanych interesami i inwestycjami.
Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „Trzaskowszczyzna i Grupa Bilderberg” znajduje się na s. 4 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.
Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.