Wszystko, co jej zostało po nader skromnym zaspokojeniu potrzeb osobistych, oddawała stołówkom dla bezdomnych, hospicjom, niepełnosprawnym. Miała Boży wzrok i widziała to, czego inni nie dostrzegają.
Jerzy Banak, Iwona Niemyjska
Przyjaciele, dla których była „naszą Zosieńką”, w nekrologu napisali o niej: „działaczka solidarnościowa, niezłomnie walczyła o Polskę polską i katolicką, v-ce Przewodnicząca Kongresu Polonii Szwedzkiej, niestrudzona organizatorka pomocy represjonowanym przez układ magdalenkowy, obrończyni Krzyża Smoleńskiego, nasz Drogowskaz i Światło”. (…)
Niezwykła wrażliwość na ludzką biedę sprawiała, że śp. Zofia była człowiekiem czynu, akcji, działania – daleka od próżnego dyskutowania, deliberacji, polemik, pustosłowia. Dla niej zawsze liczył się konkretny człowiek. Trzeba działać, pomagać, trzeba dać: na to, na tamto; trzeba wesprzeć.
Otoczenie, w którym się znalazła nawet przypadkowo, od razu szczegółowo informowała, gdzie dzieją się dobre inicjatywy, które trzeba konkretnie wesprzeć, gdzie jest sierociniec, któremu trzeba pośpieszyć z pomocą (np. w Rudniku nad Sanem), a gdzie wioska dla niepełnosprawnych (np. w Kałkowie). Potrafiła inicjować zbiórki ad hoc – nawet przy stole świątecznym. Zawsze coś chciała robić, być użyteczną, organizować, czynić dobro. (,,,)
Bogatą osobowość naszej Zosieńki ukształtował w niej dom rodzinny i tradycje patriotyczne rodzin: Marcinkowskich (ze strony ojca) i Okieńczyców (ze strony matki), sięgające naszych powstań narodowych. Pani Zofia – w zachowanych notatkach – tak opisywała swoje dzieciństwo i wczesną młodość:
Dzieci wojny nie miały normalnego dzieciństwa, wszystkie (mówię o Zagnańsku i okolicach) chciały walczyć o Polskę, a nawet za nią zginąć. W okolicy działały dwie partyzantki – Armia Krajowa i Narodowe Siły Zbrojne. Starsi koledzy poszli walczyć z bronią w ręku. My, trzynasto–czternastoletnie też chciałyśmy się na coś przydać. Grupa NSZ zorganizowała mały oddział NSZ – brałyśmy udział w szkoleniu na temat udzielania pierwszej pomocy. Wyszywałyśmy orzełki na czerwonych podkładkach dla oddziału żołnierzy NSZ, rozprowadzałyśmy różne gazetki, znaczki i czekałyśmy, by dorosnąć i naprawdę walczyć o Polskę…
Piszę o tym tak dużo, bo właśnie te najwcześniejsze lata zaważyły na całym moim życiu. Mój ojciec był w Legionach – bardzo się tym interesowałam, do szkoły podstawowej chodziłam w małych, wiejskich szkółkach – nauczycielami byli różni ludzie, większość stanowili wspaniali polscy patrioci. (…)
Refrenem życia śp. Zofii były słowa „trzeba dawać, trzeba pomagać”. Sięgała nimi do sedna ewangelii, do samego Chrystusa, który też po wielekroć powtarzał to „trzeba” – „trzeba, aby Syn Człowieczy cierpiał (…) aby został wydany… (Łk 9,22; 9,44). (…)
Już jako młoda dziewczyna, niemal jeszcze dziecko – jak wielu jej rówieśników w tamtym czasie – musiała cierpieć dla Polski i dla sprawy. W swoich wstrząsających wspomnieniach zatytułowanych Nocne majaki, przytoczonych we wspomnianej książce Barbary Jachimczak, 17-letnia Zosia zapisała: W Suchedniowie w kwietniu 1946 r. na przedstawieniu jakiegoś objazdowego teatrzyku wpadli wojskowi, wyciągnęli z sali sporo ludzi, zabrali także mnie i ciężarówką zawieźli do budynku Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach. Te przeżycia były tak przerażające, strach tak się tak wsączył w moją duszę, że po latach nie umiem określić dokładnie okresu mojego tam pobytu. (…)
Wypuścili mnie do domu stłamszoną i rozbitą psychicznie. Zagrozili, że gdy pisnę słówko na temat mego tam pobytu, przyjdę na dalszy ciąg. A poza tym miałam polecenie, by słuchać, co mówią ludzie i za miesiąc przyjść do nich na rozmowę. (…) Bałam się nocy, bałam się w dzień. Unikałam ludzi, nie rozmawiałam nawet z koleżankami.
Kiedy czekałam na peronach, miałam zawsze w ręku książkę, choć często nie wiedziałam, co czytam. Mówiłam sobie, że jeśli chcą wiedzieć, co ludzie mówią, to niech sami słuchają, a ja od wszystkich będę z daleka. Po miesiącu pojechałam do Kielc, jak kazali, i powiedziałam, że nic nie wiem, z nikim nie rozmawiałam. Nie dostałam żadnego nowego nakazu. Byłam dla nich zbyt marnym łupem…
Do dziś nie mogę oglądać niektórych filmów ani czytać książek z opisami prześladowań, tortur, znęcania się nad ludźmi czy zwierzętami. Natychmiast drętwieję, czuję się jak sparaliżowana. Nie umiem też wybaczać, oczywiście tym, którzy przez prawie pół wieku znęcali się fizycznie czy psychicznie nad niewinnymi, bezbronnymi ludźmi tylko dlatego, że mieli inne poglądy polityczne. Bałam się przez wiele lat. Miałam uraz na tle tego strachu. (…)
Cały artykuł Jerzego Banaka i Iwony Niemyjskiej pt. „Dopóki się żyje, trzeba dużo pracować i pomagać innym” znajduje się na s. 19 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jerzego Banaka i Iwony Niemyjskiej pt. „Dopóki się żyje, trzeba dużo pracować i pomagać innym” na s. 19 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Zachód chwalebnie próbuje otworzyć się, pełen zrozumienia, na zewnętrzne wartości, ale nie kocha już siebie; w swojej własnej historii widzi obecnie tylko to, co jest godne ubolewania i destrukcyjne.
Kard. Joseph Ratzinger
W naszym współczesnym społeczeństwie, dzięki Bogu, ktokolwiek zhańbi wiarę Izraela, jego obraz Boga lub jego wielkie osobowości, zostaje ukarany. Kto gardzi Koranem i podstawowymi przekonaniami islamu, zostanie również ukarany. Tymczasem w odniesieniu do Chrystusa i tego, co jest święte dla chrześcijan, wolność opinii wydaje się być dobrem najwyższym, a jej ograniczanie wydaje się zagrażać lub nawet niszczyć tolerancję i wolność w ogóle.
Optymizm dotyczący zwycięstwa europejskiego żywiołu, który Arnold Toynbee był w stanie jeszcze utrzymywać na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, wygląda dziś na dziwnie przestarzały. „Z 28 kultur, które zidentyfikowaliśmy… 18 jest martwych, a dziewięć z dziesięciu pozostałych – w zasadzie wszystkie z wyjątkiem naszej – pokazują, że już zostały śmiertelnie poranione”. Kto powtórzyłby te słowa dzisiaj?
A w zasadzie jaka jest nasza kultura, co z niej pozostało? Czy cywilizacja techniki i handlu, rozprzestrzeniona zwycięsko na cały świat, jest rzeczywiście europejską kulturą? Czy raczej nie narodziła się ona w sposób posteuropejski, wraz z końcem starożytnych kultur europejskich? Widzę tutaj paradoksalną współbieżność.
Zwycięstwo techno-świeckiego posteuropejskiego świata: z upowszechnieniem tego modelu życia i sposobu myślenia związał się cały świat, a szczególnie zupełnie nieeuropejskie światy Azji i Afryki. Pozostaje wrażenie, że świat wartości Europy, jej kultury i wiary, na których opiera się jej tożsamość, dobiegł końca i w zasadzie zszedł już ze sceny, gdyż nadeszła teraz godzina wartości innych światów, Ameryki sprzed Kolumba, Islamu, mistycyzmu Azji.
Europa, dokładnie w tej swojej godzinie maksymalnego sukcesu, zdaje się być opustoszała wewnętrznie, w pewnym sensie sparaliżowana przez kryzys w swoim układzie krążenia, kryzys, który naraża jej życie na niebezpieczeństwo; szukająca ratunku w przeszczepach, które nie pomagają, lecz niszczą jej tożsamość. Do tego wewnętrznego braku podstawowych sił duchowych przystaje fakt, że – nawet etnicznie – Europa wydaje się zmierzać ku końcowi.
Istnieje zadziwiający brak pragnienia przyszłości. Dzieci, które są przyszłością, postrzegane są jako zagrożenie dla teraźniejszości. Myśli się, że zabierają one coś z naszego życia. Nie są one postrzegane jako nadzieja, lecz raczej jako ograniczanie teraźniejszości.
Jesteśmy zmuszeni do dokonywania porównań z Imperium Rzymskim w czasach jego upadku: ciągle jeszcze trwało jako wspaniała historyczna struktura, ale w praktyce było to egzystowanie tych, którzy je rozwiązali, ponieważ nie miało już życiowej energii.
W tym momencie doszliśmy do problemów dnia dzisiejszego. Jeśli chodzi o możliwą przyszłość Europy, istnieją dwie przeciwstawne diagnozy. Z jednej strony jest teza Oswalda Spenglera, który wierzył, że można określić pewien rodzaj prawa naturalnego dla wielkich zwrotów kulturowych: jest moment narodzin, stopniowego wzrostu, rozkwitu kultury, następnie nadejście zmęczenia, starość i śmierć. Spengler imponująco upiększa swój pogląd dokumentacją zaczerpniętą z historii kultur, w których można dostrzec prawo naturalnej ewolucji. Według niego Zachód osiągnął już swoją finalną epokę, która prowadzi nieubłaganie do śmierci tego kulturowego kontynentu, mimo wszelkich starań, aby ją oddalić.
Teza ta, nazwana biologistyczną, znalazła gorliwych przeciwników w okresie między I a II wojną światową, szczególnie w kręgach katolickich. Gwałtownie sprzeciwił się jej Arnold Toynbee, występując z postulatami, które dzisiaj znajdują oczywiście niewielki posłuch. Toynbee podkreśla różnicę między postępem materialno-technicznym a postępem realnym, który definiuje jako uduchowienie. Przyznaje on, że Zachód – świat zachodni – jest w kryzysie, którego przyczyny leżą w upadku religii na rzecz ubóstwienia techniki, narodu, militaryzmu. Ostatecznie dla niego kryzys oznacza sekularyzm.
Jeżeli znamy przyczyny kryzysu, możemy znaleźć sposób wyjścia z niego: czynnik religijny musi zostać przywrócony. Zdaniem Toynbee’ego częścią tego jest „dziedzictwo religijne wszystkich kultur, a zwłaszcza to, co pozostało z zachodniego chrześcijaństwa”. Biologistycznej wizji przeciwstawia on wizję woluntarystyczną, która spoczywa na sile twórczych mniejszości oraz na wyjątkowych, indywidualnych osobowościach.
Pytanie brzmi: czy ta diagnoza jest poprawna? A jeśli tak, to czy jest w naszej mocy przywrócenie religijnego znaczenia syntezie pozostałości chrześcijaństwa i dziedzictwa religijnego ludzkości? W końcu spór pomiędzy Spenglerem i Toynbeem pozostaje otwarty, ponieważ nie możemy przewidzieć przyszłości. Niezależnie od tego musimy zmierzyć się z pytaniem, co może nam zagwarantować przyszłość i przenieść żywą wewnętrzną tożsamość Europy przez wszystkie historyczne metamorfozy? Albo nawet jeszcze prościej – co zapewni, na dzisiaj i na jutro, przekazywanie ludzkiej godności i egzystencję odpowiadającą takiej godności?
W ten sposób stajemy przed pytaniem: czego potrzeba, aby iść dalej? Czy gwałtowne zawieruchy naszego czasu przetrwała tożsamość europejska, która ma przyszłość i w którą możemy się zaangażować całym swoim jestestwem? Nie jestem przygotowany, aby wejść w szczegółową dyskusję na temat przyszłej Konstytucji Europejskiej. Chciałbym jedynie krótko wskazać podstawowe moralne zasady, których, moim zdaniem, nie powinno zabraknąć.
Pierwszą zasadą jest bezwarunkowość, z jaką godność i prawa człowieka muszą być przedstawiane jako wartości, które poprzedzają jakąkolwiek jurysdykcję ze strony państwa. Te podstawowe prawa nie są stworzone przez prawodawcę ani przyznawane obywatelom, „ale raczej istnieją same w sobie, zawsze mają być przestrzegane przez prawodawcę, zostały mu uprzednio dane jako wartości nadrzędnego porządku”.
Ta ważność godności człowieka, poprzedzająca każde działanie i decyzję polityczną, odsyła ostatecznie do Stwórcy: tylko On może ustalić wartości oparte na istocie człowieka, i to takie, które są nienaruszalne. Istnienie wartości, którymi nikt nie może manipulować, stanowi rzeczywistą i prawdziwą gwarancję wolności i wielkości człowieka. Wiara chrześcijańska widzi w tym tajemnicę Stwórcy i przesłankę dla obrazu Boga, na którego podobieństwo zostaliśmy uczynieni.
Prawie nikt w dzisiejszych czasach nie zaprzeczyłby bezpośrednio pierwszeństwu ludzkiej godności i podstawowych praw człowieka nad wszystkimi politycznymi decyzjami. Okropności nazizmu i jego rasistowskie teorie są wciąż zbyt świeże. Ale w konkretnym obszarze tzw. postępu medycyny istnieją bardzo realne zagrożenia dla tych wartości: czy to gdy pomyślimy o klonowaniu, czy o konserwacji ludzkich płodów w celach transplantacji, czy o całej dziedzinie manipulacji genetycznej. Nikt nie może ignorować stopniowej erozji ludzkiej godności, która nam tu zagraża.
Do tego należy dodać wzrost migracji ludności, nowych form niewolnictwa, handlu ludzkimi organami. Zawsze obiera się dobre cele, aby usprawiedliwiać to, co jest nie do usprawiedliwienia. Istnieje kilka stałych i trwałych zasad w Karcie Praw Podstawowych, z których możemy być zadowoleni, ale kilka spraw zostało ujętych zbyt ogólnikowo. I to właśnie naraża na niebezpieczeństwo powagę zasady, o której mówimy.
Drugim elementem, w którym pojawia się tożsamość europejska, jest małżeństwo i rodzina. Monogamiczne małżeństwo jako podstawowa struktura relacji między mężczyzną a kobietą i jednocześnie jako komórka tworząca wspólnotę państwową, wywodzi się z wiary biblijnej. Dało to zarówno Europie Zachodniej, jak i Europie Wschodniej własne, szczególne oblicze i własne, szczególne człowieczeństwo.
I dokładnie dlatego ta forma wierności i wyrzeczenia musiała być w kółko zdobywana, z ogromnym wysiłkiem i cierpieniem. Europa nie byłaby dłużej Europą, jeśli ta podstawowa komórka jej struktury społecznej miałaby zniknąć albo zostać zasadniczo zmieniona.
Karta Praw Podstawowych mówi o prawie do małżeństwa, ale nie określa żadnej szczególnej ochrony małżeństwa – ani prawnej, ani moralnej – nie nadaje mu też bardziej precyzyjnej definicji. A wszyscy wiemy, jak zagrożone są dzisiaj małżeństwo i rodzina: z jednej strony poprzez niszczenie jego nierozerwalności na skutek coraz łatwiejszego rozwodu, z drugiej strony za pomocą nowego i coraz bardziej rozpowszechnionego stylu życia – kohabitacji mężczyzny z kobietą bez prawnej formy małżeństwa.
Silnie kontrastujące z tym wszystkim jest żądanie wspólnego życia dla homoseksualistów, którzy, paradoksalnie, obecnie domagają się prawnej formy związku o takiej samej wartości jak małżeństwo. Ta tendencja zaznacza odejście od systemu moralnej historii ludzkości, która – nie zważając na wszystkie różnorodne formy prawne małżeństwa – zawsze uznawała, że małżeństwo jest w swojej istocie szczególną komunią mężczyzny i kobiety, która jest otwarta na dzieci, a tym samym na rodzinę.
To nie jest kwestia dyskryminacji, ale raczej pytania, kim jest istota ludzka jako mężczyzna i kobieta i jak wspólnocie mężczyzny i kobiety można nadać formę prawną. Jeśli z jednej strony ich wspólnota jest coraz bardziej odrywana od form prawnych, a z drugiej strony związek homoseksualny jest postrzegany coraz bardziej jako posiadający taką samą wartość jak małżeństwo, to jesteśmy przed rozpadem wizerunku człowieka, który może mieć wyłącznie niezwykle poważne konsekwencje.
Ostatni punkt dotyka kwestii religijnej. Nie chcę wchodzić w złożone dyskusje ostatnich lat, a skupić się tylko na jednym aspekcie, który jest podstawowy dla wszystkich kultur: szacunek dla tego, co drugi uważa za święte, a w szczególności poszanowanie sacrum w najwyższym tego słowa znaczeniu: dla Boga, dla czegoś, co słusznie możemy przyjmować, że możemy odnaleźć nawet w tym, kto nie jest skłonny wierzyć w Boga.
Gdziekolwiek tego szacunku się odmawia, coś podstawowego w społeczeństwie zostaje utracone. W naszym współczesnym społeczeństwie, dzięki Bogu, ktokolwiek zhańbi wiarę Izraela, jego obraz Boga lub jego wielkie osobowości, zostaje ukarany. Kto gardzi Koranem i podstawowymi przekonaniami islamu, zostanie również ukarany. Tymczasem w odniesieniu do Chrystusa i tego, co jest święte dla chrześcijan, wolność opinii wydaje się być dobrem najwyższym, a jej ograniczanie wydaje się zagrażać lub nawet niszczyć tolerancję i wolność w ogóle.
Wolność opinii jednak ma znajdować swoją granicę w tym, że nie może ona zniszczyć honoru i godność innych. Nie jest wolnością kłamstwo lub niszczenie praw człowieka.
Zachód ujawnia tutaj nienawiść do siebie, co jest dziwne i może być postrzegane jedynie jako patologia. Zachód chwalebnie próbuje otworzyć się, pełen zrozumienia, na zewnętrzne wartości, ale nie kocha już siebie; w swojej własnej historii widzi obecnie tylko to, co jest godne ubolewania i destrukcyjne, natomiast nie jest już w stanie dostrzec tego, co jest wielkie i czyste.
Przełożył Adam Domaradzki
Artykuł Josepha Ratzingera pt. „Europa nienawidzi siebie” znajduje się na ss. 2 i 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Josepha Ratzingera pt. „Europa nienawidzi siebie” na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Zachód chwalebnie próbuje otworzyć się, pełen zrozumienia, na zewnętrzne wartości, ale nie kocha już siebie; w swojej własnej historii widzi obecnie tylko to, co jest godne ubolewania i destrukcyjne.
Joseph Ratzinger
W naszym współczesnym społeczeństwie, dzięki Bogu, ktokolwiek zhańbi wiarę Izraela, jego obraz Boga lub jego wielkie osobowości, zostaje ukarany. Kto gardzi Koranem i podstawowymi przekonaniami islamu, zostanie również ukarany. Tymczasem w odniesieniu do Chrystusa i tego, co jest święte dla chrześcijan, wolność opinii wydaje się być dobrem najwyższym, a jej ograniczanie wydaje się zagrażać lub nawet niszczyć tolerancję i wolność w ogóle. (…)
A w zasadzie jaka jest nasza kultura, co z niej pozostało? Czy cywilizacja techniki i handlu, rozprzestrzeniona zwycięsko na cały świat, jest rzeczywiście europejską kulturą? Czy raczej nie narodziła się ona w sposób posteuropejski, wraz z końcem starożytnych kultur europejskich? Widzę tutaj paradoksalną współbieżność. (…)
Europa, dokładnie w tej swojej godzinie maksymalnego sukcesu, zdaje się być opustoszała wewnętrznie, w pewnym sensie sparaliżowana przez kryzys w swoim układzie krążenia, kryzys, który naraża jej życie na niebezpieczeństwo; szukająca ratunku w przeszczepach, które nie pomagają, lecz niszczą jej tożsamość.
Do tego wewnętrznego braku podstawowych sił duchowych przystaje fakt, że – nawet etnicznie – Europa wydaje się zmierzać ku końcowi. Istnieje zadziwiający brak pragnienia przyszłości. Dzieci, które są przyszłością, postrzegane są jako zagrożenie dla teraźniejszości. Myśli się, że zabierają one coś z naszego życia. Nie są one postrzegane jako nadzieja, lecz raczej jako ograniczanie teraźniejszości. (…)
Musimy zmierzyć się z pytaniem, co może nam zagwarantować przyszłość i przenieść żywą wewnętrzną tożsamość Europy przez wszystkie historyczne metamorfozy? Albo nawet jeszcze prościej – co zapewni, na dzisiaj i na jutro, przekazywanie ludzkiej godności i egzystencję odpowiadającą takiej godności? (…)
Prawie nikt w dzisiejszych czasach nie zaprzeczyłby bezpośrednio pierwszeństwu ludzkiej godności i podstawowych praw człowieka nad wszystkimi politycznymi decyzjami. Okropności nazizmu i jego rasistowskie teorie są wciąż zbyt świeże. Ale w konkretnym obszarze tzw. postępu medycyny istnieją bardzo realne zagrożenia dla tych wartości: czy to gdy pomyślimy o klonowaniu, czy o konserwacji ludzkich płodów w celach transplantacji, czy o całej dziedzinie manipulacji genetycznej. Nikt nie może ignorować stopniowej erozji ludzkiej godności, która nam tu zagraża.
Do tego należy dodać wzrost migracji ludności, nowych form niewolnictwa, handlu ludzkimi organami. Zawsze obiera się dobre cele, aby usprawiedliwiać to, co jest nie do usprawiedliwienia. Istnieje kilka stałych i trwałych zasad w Karcie Praw Podstawowych, z których możemy być zadowoleni, ale kilka spraw zostało ujętych zbyt ogólnikowo. I to właśnie naraża na niebezpieczeństwo powagę zasady, o której mówimy.
Drugim elementem, w którym pojawia się tożsamość europejska, jest małżeństwo i rodzina. Monogamiczne małżeństwo jako podstawowa struktura relacji między mężczyzną a kobietą i jednocześnie jako komórka tworząca wspólnotę państwową, wywodzi się z wiary biblijnej. Dało to zarówno Europie Zachodniej, jak i Europie Wschodniej własne, szczególne oblicze i własne, szczególne człowieczeństwo. I dokładnie dlatego ta forma wierności i wyrzeczenia musiała być w kółko zdobywana, z ogromnym wysiłkiem i cierpieniem. Europa nie byłaby dłużej Europą, jeśli ta podstawowa komórka jej struktury społecznej miałaby zniknąć albo zostać zasadniczo zmieniona. (…)
Ostatni punkt dotyka kwestii religijnej. Nie chcę wchodzić w złożone dyskusje ostatnich lat, a skupić się tylko na jednym aspekcie, który jest podstawowy dla wszystkich kultur: szacunek dla tego, co drugi uważa za święte, a w szczególności poszanowanie sacrum w najwyższym tego słowa znaczeniu: dla Boga, dla czegoś, co słusznie możemy przyjmować, że możemy odnaleźć nawet w tym, kto nie jest skłonny wierzyć w Boga. Gdziekolwiek tego szacunku się odmawia, coś podstawowego w społeczeństwie zostaje utracone.
Cały artykuł Josepha Ratzingera pt. „Europa nienawidzi siebie” znajduje się na ss. 2 i 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Josepha Ratzingera pt. „Europa nienawidzi siebie” na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Dla imamów Daesh nie ma miejsca na „szarą strefę” między dżihadystami a „krzyżowcami”, czego nie potrafią albo nie chcą zrozumieć europejscy głosiciele politycznej poprawności i tolerancji.
Rafał Brzeski
Ostatnie zamachy w Europie Zachodniej, a zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, świadczą dobitnie, że mamy do czynienia z próbą podboju naszego kontynentu, w którym terroryzm jest tylko narzędziem atakujących. Jest to zresztą nowa forma terroryzmu, odmienna od terrorystycznych działań lat 1970. i późniejszych. Wówczas zhierarchizowane organizacje terrorystyczne miały jasno zdefiniowane cele. Zgodnie ze swoją nazwą, Irlandzka Armia Republikańska atakowała przede wszystkim cele wojskowe lub paramilitarne, a obiektem ataków grup skrajnie lewicowych – Frakcji Czerwonej Armii w Niemczech oraz Czerwonych Brygad we Włoszech – byli politycy, przedsiębiorcy, bankierzy, słowem: ludzie kapitału i establishmentu.
W przypadku terroryzmu islamskiego jest inaczej. Brak jest łatwych do infiltracji i rozbicia zhierarchizowanych organizacji. Zamiast nich funkcjonują niepowiązane ze sobą terrorystyczne komórki i tak zwane „samotne wilki”. Samozwańcze Państwo Islamskie, zwane Daesh albo ISIS, dopiero jakiś czas po zamachu komunikuje, że został przeprowadzony przez ludzi z nim powiązanych albo przez bojowników, którzy złożyli przysięgę na wierność Daesh.
Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście zamachowcy mieli jakieś organizacyjne kontakty z Amn al-Chardżi – służbą specjalną Państwa Islamskiego, która organizuje i prowadzi działalność szpiegowską i terrorystyczną w krajach europejskich. Wiele wskazuje, że nicią wiążącą terrorystów z ISIS jest tylko ideologia, wspólna myśl przejawiająca się w radykalnym islamie, w którym nie ma miłosierdzia, a jest walka z „krzyżowcami”, czyli ludźmi Krzyża, do których zaliczani są wszyscy rdzenni Europejczycy bez względu na religię, płeć i wiek.[related id=27088]
Wbrew różnym zapewnieniom głosicieli tolerancji, islam jest raczej religią miecza niż pacyfizmu, co zresztą widać na rozpowszechnianych przez ISIS filmach z krwawych i perwersyjnie wręcz okrutnych egzekucji. Wymyślnego okrucieństwa katów Daesh doświadczają przede wszystkim obywatele Państwa Islamskiego, którym, jak w Sowietach, brutalnie narzucany jest wybór między obozem prawdy, czyli jedynie słuszną interpretacją Koranu, a obozem kłamstwa, do którego zaliczani są „krzyżowcy” oraz ci, którzy się z nimi bratają.
Oficjalny magazyn propagandowy Państwa Islamskiego Dabiq wyjaśnił krótko, że „świat jest dzisiaj podzielony na dwa obozy” – obóz kufr, czyli niewiernych, oraz obóz wyznawców nauki imamów uważających Daesh za „kalifat”, czyli państwo rządzone przez następcę Mahometa. Sunnici uważają, że kalif musi pochodzić z arystokracji w Mekkce, natomiast szyici dodają, że musi być z Ahl-al Bayt, czyli z rodu Proroka. Przywódca samozwańczego Państwa Islamskiego, Abu Bakr al-Baghdadi, który obwołał się kalifem latem 2014 roku, podpisuje wszystkie swoje komunikaty pełnym nazwiskiem, dodając al-Qurashi al-Hassani, co oznacza, że mieni się potomkiem wnuka Proroka z osiadłego w Mekce rodu Qurashi.
Pełne nazwisko Abu Bakra al-Baghdadiego skracane jest, najczęściej z wygody, przez zachodnie media, ale dla muzułmanów świadczy, że Daesh jest prawdziwym kalifatem, a zatem winni przestrzegać koranicznego nakazu posłuszeństwa. Magazyn Dabiq nie pozostawia w tej mierze jakichkolwiek wątpliwości: „żaden muzułmanin nie może wymawiać się, że chce być niezależny, kiedy kalifat prowadzi wojnę w jego imieniu”, w innym miejscu zaś głosi: „postawa neutralności skazuje muzułmanina na zgubę”.
Dla imamów Daesh nie ma miejsca na „szarą strefę” między dżihadystami a „krzyżowcami”, czego nie potrafią albo nie chcą zrozumieć europejscy głosiciele politycznej poprawności i tolerancji. Muzułmanie, którzy nie angażują się w wojnę po stronie kalifatu to „hipokryci”, których należy „wyplenić mieczem”, a jeśli ktoś w jakikolwiek sposób chce sobie ułożyć życie w sąsiedztwie „krzyżowców” to jego nagrodą będzie piekło. Tak przynajmniej głosi Dabiq.
Dla radykalnych imamów „szara strefa” asymilacji między dżihadystami a „krzyżowcami” jest największym zagrożeniem, bowiem jej istnienie, nie mówiąc już o prosperowaniu, zadaje kłam ideologicznym fundamentom kalifatu. Stąd tak energicznie nawołują do wypowiadania posłuszeństwa niewiernym, do powszechnego stosowania prawa szariatu zamiast lokalnego prawa „krzyżowców” oraz do tworzenia społeczności i obszarów „tylko dla muzułmanów”. Wewnątrz tych społeczności działają werbownicy służb specjalnych Daesh, którzy namawiają do bezpośredniego wsparcia kalifatu na jawnym froncie w Iraku i Syrii albo na tajnym w konspiracyjnych siatkach terrorystycznych.[related id=16563]
Analiza życiorysów islamskich terrorystów, którzy w ostatnich miesiącach atakowali w różnych miastach europejskich, wskazuje, że większość z nich żyła w „szarej strefie”, ale uznała, że nie jest to dla nich właściwe miejsce. Wielu z nich miało konflikt z prawem, dopuściło się drobnych przestępstw, odsiedziało krótkie wyroki i dopiero w radykalnym islamie i zbrojnym międzynarodowym dżihadzie odnalazło swoje spełnienie.
Żyjącym nadal w „szarej strefie” niezdecydowanym propagandowe materiały Daesh proponują nawrócenie i odkupienie win poprzez akty terroru z użyciem pojazdów i przedmiotów codziennego użytku. Mogą robić to indywidualnie lub w niewielkich grupach krewnych lub znajomych. Deklarację wierności kalifatowi można wysłać e-mailem, sms-em, złożyć na specjalnych zaszyfrowanych stronach internetowych, itp. kilka minut przed akcją, kiedy nie ma już niebezpieczeństwa przejęcia ich przez „krzyżowców”.
Kierownictwo Daesh liczy, że zdalne sterowanie działaniami drobnych grup terrorystycznych i „samotnych wilków” doprowadzi do desperacji policje i służby specjalne „krzyżowców”, które z czasem wyczerpią swe możliwości ludzkie, organizacyjne, logistyczne i finansowe. W konsekwencji brak bezpieczeństwa w europejskich miastach sprawi, że ich niewierni mieszkańcy zmuszą polityków do bardziej drastycznych kroków.
Rozwiązania takie uderzą rykoszetem w chętnych do asymilacji i w konsekwencji ograniczą „szarą strefę”. Ponadto będzie je można przedstawiać jako przejawy rasizmu i islamofobii, wykorzystując w propagandzie przekupioną agenturę wpływu i pożytecznych idiotów zaczadzonych tolerancją. A to z kolei przysporzy werbownikom Daesh nowych kandydatów na dżihadystów. Koło się zamknie, a „szara strefa” asymilacji się skurczy.
Planiści tej samonakręcającej się spirali stopniowego likwidowania „szarej strefy” szczególnie istotną rolę wyznaczają dżihadystom już urodzonym albo przynajmniej długo mieszkającym w krajach „krzyżowców”. Ich przykład ma dowodzić, że współżycie wiernych z niewiernymi jest niemożliwe. W maju 2016 roku Abu Muhammad al-Adnani, uważany – zanim zginął w nalocie na Aleppo – za następcę kalifa Abu Bakra al-Baghdadiego, głosił, że jeden atak terrorystyczny „samotnego wilka” w Stanach Zjednoczonych lub Europie „wart jest dla nas więcej niż największa nasza akcja w Iraku lub w Syrii”.
Powolna likwidacja „szarej strefy” ma według strategów Daesh doprowadzić do cichej okupacji Europy i jej podziału na wiernych i niewiernych bez żadnego buforu. Wówczas niewierni postawieni zostaną przed wyborem – przyjęcie jedynie słusznego islamu lub likwidacja. Bez względu na to, co wybiorą, kalifat zwycięży.
Do osiągnięcia tego celu droga jeszcze daleka, ale Daesh ma już wiele atrybutów funkcjonującego państwa. Ma terytorium, hymn, flagę, siły zbrojne, policję, służby specjalne i wywiadowcze, skarb zasilany dochodami ze sprzedaży ropy naftowej, system podatkowy, wymiar sprawiedliwości oparty na szariacie, program szkolny itp. Stopniowe kurczenie się terytorium Państwa Islamskiego pod naporem wstrząsanej wewnętrznymi sporami koalicji ma tylko bardzo mierny wpływ na długofalową strategię kalifatu.[related id=26445]
Nawet jeśli kalif Abu Bakr al-Baghdadi al-Qurashi al-Hassani zginie, to jeszcze długo w muzułmańskiej umysłowości pozostaną jego myśl, jego nauki i ambitny plan podboju świata „krzyżowców”. Przegrane bitwy Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie nie mają większego wpływu na strategię rozbudowy kalifatu, który nawet jeśli nie będzie miał terytorium, to będzie funkcjonował w świadomości wyznawców islamu. Porażki sprawiają, że zaprawieni już w walce ochotnicy, którzy przyjechali wspierać Daesh z różnych stron świata, wracają teraz do krajów swych paszportów, by dzielić się doświadczeniami, szerzyć dżihad w muzułmańskiej diasporze i dawać przykład, jak skutecznie likwidować „krzyżowców”.
Słowa i czyny powracających weteranów wspiera propaganda Daesh rozpowszechniana z wykorzystaniem różnych form globalnej sieci internetu. W założeniu ma ona inspirować ludzi z „szarej strefy” do samodzielnego działania. Ma ich radykalizować i przekształcać w żołnierzy kalifatu działających pod czarną flagą z własnej inicjatywy, bez organizacyjnego powiązania z Państwem Islamskim. Służą temu zwłaszcza powtarzane i liczne wezwania do popełniania aktów terroru.
Bardziej ambitni znajdą w internecie receptury na przygotowanie materiałów wybuchowych domowej roboty oraz plany i schematy połączeń zapalników do „pasów szahida” dla terrorystów samobójców. Mniej ambitni lub technicznie utalentowani mogą zawsze siąść za kierownicę samochodu i wjechać z możliwie z największą prędkością w tłum „krzyżowców”, albo wyjąć z kuchennej szuflady największy nóż i z okrzykiem „Allahu Akbar” sztyletować na ulicy, w kawiarni, na stacji metra – gdzie popadnie. Trzeba tylko dbać o właściwy stosunek strat. Jak najmniejsze po stronie wiernych, jak największe po stronie niewiernych.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Mroczna strategia kalifatu” na s. 1 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Złą tradycją w Polsce jest tworzenie prawa pod chwilową sytuację autorów. Najlepszym tego przykładem jest obowiązująca konstytucja. Rządzący muszą pamiętać, że prędzej czy później będą w opozycji.
Zbigniew Kopczyński
Dotychczas jedyną publicznie dyskutowaną propozycją było ograniczenie ilości kadencji prezydentów, burmistrzów i wójtów do dwóch. Kwestia istotna, lecz, według mnie, nie najważniejsza. Istotniejszą kwestią jest wiarygodność wyników wyborów, czyli zabezpieczenie ich przed fałszowaniem. Wydaje mi się, że konieczny będzie powrót do oparcia się na papierowych protokołach jako trudniejszych do zhakowania, a wersje elektroniczne traktować można jedynie jako pomocnicze. (…)
PiS musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy celem zmian jest wygranie wyborów, czy uobywatelnienie samorządów. Cel pierwszy można osiągnąć prosto, poprzez ograniczenie możliwości zgłaszania kandydatów tylko do komitetów wyborczych partii politycznych. Sukces gwarantowany, tak jak gwarantowana klęska w przypadku zmiany preferencji wyborców w skali kraju.
Osiągnięcie drugiego celu jest trudniejsze, a propozycji rozwiązań tyle, co ich autorów. Ja chcę przedstawić sposób podpatrzony w wyborach lokalnych w niemieckim Palatynacie, a więc jak najbardziej europejski: Każdy komitet zgłasza maksymalnie tylu kandydatów, ile jest mandatów do zdobycia, a wszystkie listy umieszczone są na jednej karcie do głosowania. Przybiera ona często postać sporej płachty, lecz i tak jest rozwiązaniem zdecydowanie lepszym, bo bardziej transparentnym od niesławnej broszury, preferowanej z uporem przez Państwową Komisję Wyborczą.
Wyborca z kolei dysponuje taką ilością głosów, ile jest mandatów do obsadzenia i może oddać je na kandydatów z różnych list lub zagłosować na jedną listę – wtedy wszyscy kandydaci z tej listy otrzymują po jednym głosie. Mandaty otrzymują ci, którzy zbiorą najwięcej głosów. Proste i jednoznaczne. (…)
Oprócz sposobu wyboru, należy zastanowić się nad sposobem funkcjonowania organów gminy i ich wzajemnymi relacjami. Obecne skupienie całej władzy wykonawczej w rękach prezydenta oceniam pozytywnie. Pozwala to na skuteczne zarządzanie gminą i jednoznacznie określa odpowiedzialność za podejmowane decyzje.
Cały felieton Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Czas na samorządy” znajduje się na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Czas na samorządy” na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Dla imamów Daesh nie ma miejsca na „szarą strefę” między dżihadystami a „krzyżowcami”, czego nie potrafią albo nie chcą zrozumieć europejscy głosiciele politycznej poprawności i tolerancji.
Rafał Brzeski
Wbrew różnym zapewnieniom głosicieli tolerancji, islam jest raczej religią miecza niż pacyfizmu, co zresztą widać na rozpowszechnianych przez ISIS filmach z krwawych i perwersyjnie wręcz okrutnych egzekucji. Wymyślnego okrucieństwa katów Daesh doświadczają przede wszystkim obywatele Państwa Islamskiego, którym, jak w Sowietach, brutalnie narzucany jest wybór między obozem prawdy, czyli jedynie słuszną interpretacją Koranu, a obozem kłamstwa, do którego zaliczani są „krzyżowcy” oraz ci, którzy się z nimi bratają.
Oficjalny magazyn propagandowy Państwa Islamskiego „Dabiq” wyjaśnił krótko, że „świat jest dzisiaj podzielony na dwa obozy” – obóz kufr, czyli niewiernych, oraz obóz wyznawców nauki imamów uważających Daesh za „kalifat”, czyli państwo rządzone przez następcę Mahometa. (…)
Dla radykalnych imamów „szara strefa” asymilacji między dżihadystami a „krzyżowcami” jest największym zagrożeniem, bowiem jej istnienie, nie mówiąc już o prosperowaniu, zadaje kłam ideologicznym fundamentom kalifatu.
Stąd tak energicznie nawołują do wypowiadania posłuszeństwa niewiernym, do powszechnego stosowania prawa szariatu zamiast lokalnego prawa „krzyżowców” oraz do tworzenia społeczności i obszarów „tylko dla muzułmanów”.
Wewnątrz tych społeczności działają werbownicy służb specjalnych Daesh, którzy namawiają do bezpośredniego wsparcia kalifatu na jawnym froncie w Iraku i Syrii albo na tajnym w konspiracyjnych siatkach terrorystycznych. (…)
Kierownictwo Daesh liczy, że zdalne sterowanie działaniami drobnych grup terrorystycznych i „samotnych wilków” doprowadzi do desperacji policje i służby specjalne „krzyżowców”, które z czasem wyczerpią swe możliwości ludzkie, organizacyjne, logistyczne i finansowe. W konsekwencji brak bezpieczeństwa w europejskich miastach sprawi, że ich niewierni mieszkańcy zmuszą polityków do bardziej drastycznych kroków.
Rozwiązania takie uderzą rykoszetem w chętnych do asymilacji i w konsekwencji ograniczą „szarą strefę”. Ponadto będzie je można przedstawiać jako przejawy rasizmu i islamofobii, wykorzystując w propagandzie przekupioną agenturę wpływu i pożytecznych idiotów zaczadzonych tolerancją. A to z kolei przysporzy werbownikom Daesh nowych kadydatów na dżihadystów. Koło się zamknie, a „szara strefa” asymilacji się skurczy. (…)
Do osiągnięcia tego celu droga jeszcze daleka, ale Daesh ma już wiele atrybutów funkcjonującego państwa. Ma terytorium, hymn, flagę, siły zbrojne, policję, służby specjalne i wywiadowcze, skarb zasilany dochodami ze sprzedaży ropy naftowej, system podatkowy, wymiar sprawiedliwości oparty na szariacie, program szkolny itp.
Stopniowe kurczenie się terytorium Państwa Islamskiego pod naporem wstrząsanej wewnętrznymi sporami koalicji ma tylko bardzo mierny wpływ na długofalową strategię kalifatu. Nawet jeśli kalif Abu Bakr al-Baghdadi al-Qurashi al-Hassani zginie, to jeszcze długo w muzułmańskiej umysłowości pozostaną jego myśl, jego nauki i ambitny plan podboju świata „krzyżowców”.
Przegrane bitwy Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie nie mają większego wpływu na strategię rozbudowy kalifatu, który nawet jeśli nie będzie miał terytorium, to będzie funkcjonował w świadomości wyznawców islamu. Porażki sprawiają, że zaprawieni już w walce ochotnicy, którzy przyjechali wspierać Daesh z różnych stron świata, wracają teraz do krajów swych paszportów, by dzielić się doświadczeniami, szerzyć dżihad w muzułmańskiej diasporze i dawać przykład, jak skutecznie likwidować „krzyżowców”.
Cały artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Mroczna strategia kalifatu” znajduje się na ss. 1 i 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Mroczna strategia kalifatu” na s. 1 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Za najwyższe uważa się wartości religijne. Pod nimi widnieją moralne, duchowe i witalne. Niżej – hedonistyczne, czyli zmysłowe. Na samym zaś dole dopiero pojawiają się materialne, także ekonomiczne.
Barbara Maria Czernecka
Słowo ‘wartość’, tłumaczone ze starożytnych języków – po grecku: áksios, a z łaciny: valor – znaczy tyle samo, co: cenny, godny. Sama zaś aksjologia, czyli nauka (myśl) o wartościach zajmuje się badaniem ich kryteriów, natury, rodzajów i sposobów poznawania. (…)
Internetowa skarbnica wiadomości o tym słowie informuje, że są to przedmioty i przekonania, determinujące względnie podobne przeżycia psychiczne i działania jednostek.
W rozumieniu kulturowym wartości to powszechnie pożądane w społeczeństwie przedmioty o symbolicznym charakterze oraz powszechnie akceptowane sądy egzystencjalno-normatywne (orientacje wartościujące). (…)
Dawniej to, co upragnione, najczęściej określano terminami: ‘dobro’, ‘dobroć’; porównywano do najcenniejszych przedmiotów. A posiadaniem skarbów szczycili się zawsze zwłaszcza rządzący.
Cesarze, królowie i książęta nie bez głębszej przyczyny stroili się w regalia o ogromnej wartości, które symbolizowały ich monarszą godność. Korona oznaczała szczególne uświęcenie w sensie mistycznym, ale także i rozsądek. Berło – siłę sprawiedliwości władcy, czyli praworządność. Królewskie jabłko zaś – potęgę, obejmującą cały świat. (…)
Dostojnicy kościelni, ślubując wierność swojej diecezji czy zakonowi, otrzymują pierścień, którego symbolika związana jest z zaufaniem, poświęceniem i zawartym przymierzem. Specjalnie dobierane były również barwy zdobiących je klejnotów. (…)
Nieoficjalna polska dewiza wojskowa: „Bóg, Honor, Ojczyzna” także zawiera w sobie takie spójne elementy, które wskazują na to, co jest najważniejsze dla całego narodu. Anglicy dotąd szczycą się zawołaniem: „Boże, chroń królową!” Pod herbem Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej na srebrnej wstędze złotymi literami wypisano dewizę: „Bóg i moje prawo”.
Odnowione przez Karola Wielkiego Cesarstwo Rzymskie w nazwie własnej miało wyraz „Święte”. Krzyż Rycerzy Chrystusa wisiał na łańcuchu tarczy Królestwa Portugalii. Francja niegdyś szczyciła się Orderem Świętego Ducha. Odwiecznym znakiem Węgier, obok biało-czerwonych pasów Arpadów, był srebrny, bizantyjski krzyż patriarchalny. Podobny, lecz złoty na błękitnej tarczy, został umieszczony w godle litewskiej Pogoni. W protestanckim Królestwie Pruskim surowa dyscyplina nakazywała, zwłaszcza żołnierzom, iść do boju: „Z Bogiem za króla i ojczyznę!” Imperialna Rosja także powtarzała: „Boże chroń cara!”. Księstwo Monako do dzisiaj istnieje „Z Bożą pomocą”.
Chyba wśród wszystkich narodów aktualne są symbole lub hasło w kilku barwach i słowach wyrażające ich najważniejszą obywatelską wartość. Amerykanie swoją dewizę „Bogu ufamy” umieścili nawet na dolarach. W Dominikanie i Ekwadorze nawołują: „Bóg, ojczyzna, wolność”. Podobnie brzmi hasło Hondurasu: „Bóg, jedność i wolność”. Na Filipinach najważniejsi są: „Bóg, ludzie, natura i państwo”. Bojowe zawołanie wyznawców islamu głosi: „Bóg jest wielki!”. (…)
Pan Bóg, już na początku świata, kształtując ludzi na swój obraz i podobieństwo, zaplanował dla nas wartości najwyższe. Stworzył człowieka jako dobrego. Dopiero w konsekwencji grzechu pierworodnego wszyscy staliśmy się skłonni do zła. Świadomi tej słabości, nie zapominajmy o naszej zdolności do czynienia dobra. Ta łaska została nam przywrócona przez sakrament chrztu świętego. Najważniejszą zaś z wartości chrześcijańskich, wyróżniającą nas spośród wyznawców innych religii, jest miłość nieprzyjaciół, czyli postawa życzliwości wobec wrogów.
Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Wartości” znajduje się na ss. 11 i 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Wartości” na ss. 11 i 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Millennium Archidiecezji Poznańskiej jest prawdziwie radosną nowiną dla całego Kościoła w Polsce. Poznaniowi zawdzięczamy to, że Polonia „coepit habere Episcopum” – zaczęła mieć swojego biskupa.
Stanisław Gądecki
Szczęśliwi jesteśmy w Poznaniu z tego powodu, że to wyznanie wiary trwa u nas od ponad 1050 lat. W związku z tym w przyszłym, 2018 roku będziemy obchodzić jubileusz narodzin pierwszego w Polsce biskupstwa; powstanie pierwszych w Polsce struktur kościelnych, służących integralnemu przekazowi wiary.
Razem z pierwszym biskupem Jordanem przybył wówczas do Poznania dar sukcesji apostolskiej, dzięki której możliwe stało się bezpieczne czerpanie z czystego źródła wiary, zagwarantowana została ciągłość pamięci Kościoła. Zagwarantowane zostało głoszenie „całej woli Bożej” (Dz 20,27). Dzięki temu dotarła do nas nienaruszona ta wola Boża, a wraz z nią radość, że możemy ją realizować w pełni (por. Lumen fidei, 49).
W 966 roku Mieszko I bowiem wraz ze swoim dworem przyjął chrzest, a dwa lata później – w 968 roku – ustanowiono dla Poznania pierwsze w Polsce biskupstwo, obejmujące całe państwo. Zrodziły się początki Kościoła Poznańskiego, zależne wprost od Stolicy Apostolskiej. Wtedy też przybył do Poznania – ustanowiony przez papieża Jana XIII – biskup Jordan, pierwszy biskup poznański, który zapoczątkował historię hierarchii kościelnej w naszej Ojczyźnie. Biskupstwo to miało charakter misyjny i podlegało bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, obejmując zasięgiem swego działania teren całego ówczesnego państwa polskiego.
Zazwyczaj decyzję o powstaniu nowego biskupstwa ogłaszano na uroczystych synodach, którym przewodniczył papież. Taki synod – w którym uczestniczył papież Jan XIII oraz cesarz Otton I i Otton II – odbył się 2 stycznia 968 roku. Skoro z zapisek rocznikarskich wiemy, iż najstarsze polskie biskupstwo powstało w roku 968, stąd możemy przypuszczać, że stało się to na synodzie w Rzymie dnia 2 stycznia 968 roku (prof. Tomasz Jasiński).
W swoim czasie – aby uczcić ten przełomowy dla rozwoju chrześcijaństwa w Polsce moment tysiąclecia biskupstwa poznańskiego – arcybiskup Baraniak zaprosił do Poznania cały episkopat polski (w dniach 29 i 30 czerwca 1968 roku). Odpowiadając na jego zaproszenie, kardynał Wojtyła – w liście z dnia 28 grudnia 1967 roku – pisał m.in.: „Millennium Archidiecezji Poznańskiej jest prawdziwie radosną nowiną dla całego Kościoła w Polsce. Poznaniowi bowiem zawdzięczamy to, że Polonia coepit habere Episcopum, co jest dla Kościoła w Polsce faktem historycznym najwyższej wagi”.
I tak – w sobotę 29 czerwca 1968 roku, w uroczystość Apostołów Piotra i Pawła, patronów poznańskiej katedry, o godz. 17.30 na placu katedralnym – kardynał prymas Stefan Wyszyński dokonał koronacji obrazu Matki Bożej w Cudy Wielmożnej. W homilii prymas Wyszyński wspomniał o poznańskim franciszkaninie, który w 1666 roku kupił obraz i z zawieszonym na szyi wizerunkiem Matki Bożej odwiedzał biednych, wypraszając im liczne łaski. W ten sposób ks. prymas nawiązywał do uwięzienia na Jasnej Górze pielgrzymującego obrazu Matki Bożej podczas obchodów Millennium w 1966 roku.
Następnego dnia o godz. 10.30 miała miejsce uroczysta procesja biskupów do katedry. Głównym celebransem sumy pontyfikalnej na placu przed katedrą był arcybiskup Baraniak, a kazanie wygłosił Prymas Polski.
Po zakończeniu Mszy św. – na którą przybyły niezliczone tłumy wiernych – słowo Boże wygłosił metropolita krakowski. Mówił wtedy: „Przed tysiącem lat stanął na ziemi polskiej, tu, w Poznaniu, następca apostołów. Dlatego też nasze uczucia hołdu i wdzięczności przede wszystkim kierujemy do Stolicy Apostołów. Czynimy to w Poznaniu, przed bazyliką archikatedralną pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła”.
Na zakończenie liturgii biskupi zeszli do podziemi katedralnych, gdzie odsłonili pamiątkowy kamień jako znak dziękczynienia za wprowadzenie narodu polskiego do rodziny Kościoła rzymskokatolickiego (por. Hubert Kubica, Na tysiąclecie biskupstwa, PK 19/2005).
Do tego samego faktu ustanowienia biskupstwa w Poznaniu nawiązał raz jeszcze św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Poznaniu: „Ty jesteś Mesjasz (Chrystus), Syn Boga żywego!’ (Mt 16,16). Powtórzyłem to wyznanie Szymona Piotra w dniu 22 października 1978 roku, kiedy z niezbadanych wyroków Bożej Opatrzności wypadło mi rozpocząć posługiwanie na Piotrowej Stolicy w Rzymie. Dziś je powtarzam tu, w Poznaniu, w miejscu, w którym wyznanie to najdawniej było wypowiadane na ziemiach piastowskich, po chrzcie Mieszka w 966 roku. Najdawniej wypowiadały to Piotrowe wyznanie usta biskupa, bo już w dwa lata po chrzcie Poznań, pierwszy w Polsce, coepit habere episcopum: zaczął mieć swego biskupa” (Msza święta beatyfikacyjna Matki Urszuli Ledóchowskiej, Łęgi Dębińskie – 20.06.1983).
My dzisiaj, podążając w procesji Bożego Ciała, dajemy wyraz tej wierze, która została nam przekazana – począwszy od czasów biskupa Jordana – przez ten wielki, ponadtysiącletni łańcuch dziejów Kościoła w naszej Ojczyźnie. Jesteśmy integralną częścią tego ciągu dziejów i podobnie jak nasi przodkowie, tak i my chcemy przekazywać dalej tę wiarę, „aby świat uwierzył”. Przekazywać podobnie jak światło paschału, które w liturgii wielkanocnej zapala tyle innych świec; podobnie jak płomień zapala się od innego płomienia.
Fragment homilii abpa Gądeckiego podczas tegorocznych obchodów uroczystości Bożego Ciała w Poznaniu znajduje się na s. 5 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Fragment homilii abpa Gądeckiego podczas tegorocznych obchodów uroczystości Bożego Ciała w Poznaniu na s. 5 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Dziś powódź dociera do serca Europy. Tamy zostały przerwane, a raczej dobrowolnie rozmontowane ze śpiewem na ustach przez Europejczyków, którym wmówiono, że dawne zagrożenia są szansą.
Magdalena Sobolewska
Jan Sobieski wiedział, za sprawą tego mistycznego daru, który nazywa się zdrowym rozsądkiem, że kiedy islam dotarł do pewnego punktu, stał się sprawą każdego ochrzczonego i cywilizowanego człowieka. To samo dotyczy przemocy bolszewickiej. Jeśli bolszewizm dociera do pewnego punktu, staje się sprawą każdego ochrzczonego i cywilizowanego człowieka. A dla nas tym punktem jest Polska.
Tak pisał wielki przyjaciel Polski, G.K. Chesterton, w 1920 roku, w posłowiu do książki Kazimierza Prószyńskiego „Poland” wydanej w Wielkiej Brytanii. Wyrażał w ten sposób przekonanie, że opór wobec bolszewizmu jest sprawą całej Europy. podobnie jak był nim opór wobec islamu w XVII w. „Cywilizacja europejska wciąż istnieje, ale przestanie istnieć, jeśli nie będziemy trzymać się razem” – alarmował.
Aktualne? I tak, i nie. Coś takiego jak „cywilizacja europejska” jeszcze istnieje, ale nie jest to już ta cywilizacja, o której pisał Chesterton. Nie ma cywilizacji „ochrzczonego i cywilizowanego człowieka”. Dlaczego? Diagnoza Chestertona ukazuje to bardzo dobitnie: Europa nie dość, że nie wytrwała w jedności, to jeszcze poddała się wobec swoich dwóch największych wrogów.
Najpierw – zdradzona Polska i inne państwa Europy Środkowej i Wschodniej zostały oddane we władanie „bolszewickiej przemocy”. Ale równocześnie państwa Europy Zachodniej otworzyły swoje podwoje dla tej samej przemocy w aksamitnym wydaniu. Intelektualiści, elity polityczne, środowiska akademickie aż dotąd poddają się kolejnym wcieleniom myśli marksistowskiej, traktując ją jak Ewangelię o losie człowieka.
Ostatnie wcielenie tej Ewangelii to ideologia gender oparta na założeniu, że człowiek jest kowalem nie tylko swojego losu, ale i płci. A zatem pierwszy wróg dotarł do serca Europy niejako tylnymi drzwiami.
A drugi wróg? Chesterton nie miał złudzeń co do islamu i jego pokojowej natury. O Imperium Otomańskim pisał tak: „narodziło się z najazdu i samo było jednym wielkim najazdem (…)
Stulecie po stuleciu, w tej części świata czy w innej, duch tego starodawnego, niezwykłego imperium wciąż żyje, a jego sukcesorzy nadal postępują tak, jak najdziksza żołnierska tłuszcza, napadająca i rabująca obce miasto. (…) ten duch pełnej dystansu, jałowej dominacji ma korzenie religijne”.
I właśnie ten drugi wróg został wpuszczony do Europy przez drzwi frontowe i przy dźwięku fanfar, wśród baloników i transparentów z napisami „Witajcie!”. (…)
Cały artykuł Magdaleny Sobolewskiej „Na marginesie Chestertona. O Europie, islamie i bolszewikach?” znajduje się na s. 2 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Magdaleny Sobolewskiej „Na marginesie Chestertona. O Europie, islamie i bolszewikach” na s. 2 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Będziemy Cię, Polsko, nieśli jak żagiel, jak płomienie, chcemy Cię donieść do wolności, do niepodległości, do prawdziwej suwerenności, bo nas nie interesują połowiczne rozwiązania trochę lepszego PRL.
Andrzej Duda
„Niosę Ciebie, Polsko, jak żagiew, jak płomienie i gdzie Cię doniosę – nie wiem”. Szanowny Panie Marszałku Seniorze, Szanowni Państwo Ministrowie, Szanowni Państwo Prezesi, Szanowni Państwo Posłowie, Senatorowie, wszyscy zebrani dostojni goście, ale przede wszystkim, drodzy, wspaniali bohaterowie tamtych dni, tamtych lat!
Te słowa zapisane kiedyś przez nieznanego dzisiaj poetę podziemia wypowiedział w Sejmie pan Marszałek Senior Kornel Morawiecki. „Niosę Ciebie, Polsko, jak ogień, jak płomienie, i gdzie Cię doniosę – nie wiem”. One chyba rzeczywiście najpełniej o Państwa walce o wolną Polskę mówią.
Stoję tutaj dzisiaj przed Państwem jako Prezydent Rzeczypospolitej, ale z wielkim wzruszeniem, bo to dla mnie kolejny raz, kiedy mam możliwość spotkania się, kiedy mam możliwość odznaczenia w imieniu Rzeczypospolitej, właściwie tylko przekazania Państwu w imieniu Rzeczypospolitej odznaczeń i wyrazów wielkiego szacunku i podziękowania. Podziękowania od Polski, od mojego pokolenia, podziękowania od wszystkich młodszych, czyli kolejnego pokolenia, pokolenia mojej córki za wolność, którą dzisiaj mamy, a którą państwo swoją niezłomnością wywalczyliście.
I przed rokiem osiemdziesiątym, bo wielu z Państwa już wtedy prowadziło działalność opozycyjną, i w roku osiemdziesiątym, kiedy rodziła się Solidarność, i kiedy do niej przystępowaliście z nadzieją na wolną Polskę – nie tylko na poprawę warunków pracowniczych, nie tylko na to, że jakoś tam się ułoży, ale na wolną Polskę, niepodległą Polskę, co znalazło swój wyraz później po stanie wojennym, kiedy był już wprowadzony w osiemdziesiątym drugim roku, kiedy właśnie – dziś Pan Marszałek Senior Kornel Morawiecki – powiedział: „No nie tędy droga, moim zdaniem, Panowie” – i zainicjował powstanie Solidarności Walczącej obok tej Solidarności narodzonej w osiemdziesiątym roku.
Solidarności Walczącej, która mówiła: Będziemy stawali zdecydowanie na ulicach, mimo wszystkich represji będziemy stawali przeciwko komunie, przeciwko tej władzy. Będziemy prowadzili ostrą, aktywną działalność, będziemy Cię, Polsko, nieśli jak żagiel, jak płomienie, nie wiemy, dokąd Cię doniesiemy, ale chcemy Cię donieść do wolności, do niepodległości, do prawdziwej suwerenności, bo nas nie interesują żadne połowiczne rozwiązania trochę lepszego PRL-u.
A prawda przecież jest taka, że wielu tego nie czuło. Ja wtedy byłem dzieckiem, ale pamiętam tamten czas, wielu tego nie czuło, wielu uważało, że to jest niemożliwe, żeby PRL zniknął, że to jest niemożliwe, żeby komuna upadła, że to jest niemożliwe już w ogóle, że nastąpi rozpad ZSRR. Przecież wielu ludzi w latach osiemdziesiątych, w połowie lat osiemdziesiątych, zwłaszcza w osiemdziesiątym drugim powiedziałoby, że to są jakieś kpiny i śmiech na sali, że to jest po prostu niemożliwe.
Otóż niemożliwe okazało się możliwe właśnie dzięki postawie takich ludzi jak Wy. I jak wręczałem te odznaczenia Państwu przed momentem, to mówiłem: Dziękuję Wam za to, że mogę Wam dzisiaj wręczyć to odznaczenie w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, dzięki Wam mogę je wręczyć. To paradoks, że wolna Polska może wręczyć te odznaczenia Wam, dzięki Waszej walce, bo gdyby tej walki nie było, to tej wolnej Polski, która mogłaby Was odznaczyć, nie byłoby. Takiej Polski, która wybija się na całkowitą wolność, na całkowitą suwerenność, na całkowitą niezależność od złogów PRL-u.
Dlaczego? Dlatego, że Wyście nie chcieli żadnego, absolutnie żadnego kompromisu, nie godziliście się na kompromis, dlatego nie byliście wśród tych, którzy popierali wtedy działania związane z Okrągłym Stołem. Bo uważaliście, że jest to pójście na kompromis z komunistycznym reżimem, z ludźmi tego reżimu i że jest to rozwiązanie połowiczne.
I prawda jest taka, że to było rozwiązanie połowiczne, czego dowiodły i połowicznie wolne wybory w osiemdziesiątym dziewiątym roku, a przede wszystkim to, że operacja SB pod kryptonimem „Ośmiornica”, która była prowadzona przeciwko Solidarności Walczącej, przeciwko ludziom Solidarności Walczącej, została zamknięta w lutym 1990 roku.
I to między innymi mamy na myśli, kiedy mówimy, że w osiemdziesiątym dziewiątym roku Polska była teoretycznie wolna i teoretycznie upadł komunizm. Naprawdę komunizm upadł znacznie później, a niektórzy twierdzą, że tak do końca to nie upadł do dzisiaj. A ja twierdzę, że się pozbywamy do dzisiaj powoli złogów PRL-u.
I to nie chodzi o ludzi, bo ja nie ludzi mam na myśli w tym momencie, żeby była pełna jasność, bo za chwilę ktoś zinterpretuje moje słowa, że ja to mówię przeciwko wszystkim Polakom. Nie! Ja mówię o pewnej mentalności, która została wtedy, w tamtym ustroju zbudowana, którą codziennie ludziom wciskano. W ten sposób tworzono człowieka sowieckiego, postsowietyzm. To zostało nazwane po osiemdziesiątym dziewiątym roku i bardzo trudno jest wiele elementów tej właśnie mentalności usunąć ze społeczeństwa, często nawet sobie ich nie uświadamiamy, ale one na szczęście znikają z upływem lat, znikają, kiedy mówi się prawdę, znikają, kiedy mówi się prawdę nawet naprawdę bolesną, kiedy odkrywa się karty nawet najbardziej bolesne.
Dziękuję, że jest tutaj Pan Prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Kiedy mówi się prawdę o naszych dziejach, nawet tę najsmutniejszą, a wiele jest niestety smutnych prawd, Państwo wiecie to lepiej niż ja. Jak wiele także zawodów osobistych było związanych z prawdą o tamtych latach, kiedy prowadziliście swoją działalność niepodległościową, bo to była działalność rzeczywiście niepodległościowa w pełnym tego słowa znaczeniu: z narażeniem wolności, z narażeniem życia, bo ryzykowaliście życiem, takie to były czasy.
Cieszę się ogromnie, że mogę Wam dzisiaj za to, bohaterom mojego dzieciństwa, bohaterom wolnej Polski z całego serca podziękować. Chcę Państwu powiedzieć, że jestem ogromnie wzruszony i jest to dla mnie wielki zaszczyt. Dziękuję!
Przemówienie Prezydenta RP Andrzeja Dudy z okazji 35-lecia powstania Solidarności Walczącej znajduje się na s. 5 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Przemówienie Prezydenta RP Andrzeja Dudy z okazji 35-lecia Solidarności Walczącej na s. 5 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl