Nasza Konfederacja Wolnych Polaków, którą zawiążemy w celu budowy V Rzeczpospolitej, nie będzie przeciw komukolwiek

To będzie Polska Wolnych Polaków, w której każdy będzie mógł robić, co chce, oczywiście w granicach rozsądku i obowiązującego prawa. I będzie mógł liczyć na wsparcie ze strony państwa.

Jan Kowalski

Zmarnowaliśmy prawie 30 lat, a czasu pozostało coraz mniej. Niemcy uzyskały ogromną przewagę w Europie. Rosja kończy przegrupowanie swoich sił i nawet jeśli nie podniesie się do statusu mocarstwa, zawsze może być zapleczem surowcowym i militarnym dla Niemiec (przynajmniej w części europejskiej, bo Azja równie dobrze może przypaść Chinom).

W obliczu dwóch tak ogromnych potęg Polska stworzyła, jak do tej pory, jedynie iluzję państwa. Iluzję, która ostatecznie rozwiała się 10 kwietnia 2010 roku razem ze smoleńską mgłą. Zatem, skoro nie mamy nic do stracenia, a wiele do zyskania, bierzmy się do roboty! Naród polski, miłujący wolność jak żaden inny, zasługuje na państwo strukturalnie oparte na wolności, wolności, jaką otrzymaliśmy od Pana Boga.

Jako miarę patriotyzmu przedstawia się bardzo często postawę Józefa Piłsudskiego, twierdząc, że dla Polski gotów był paktować nawet z diabłem. Na tym właśnie polega najpierw intelektualna, a potem życiowa pułapka wielu patriotów. Ręka w rękę z diabłem na pewno nie wywalczymy wolnej Polski, bo tak wywalczona Polska będzie piekłem.

Piszę to do wszystkich, którzy uważają, że mogą być dobrymi Polakami, głosząc szczytne hasła, a nie mają Boga w sercu i nie przestrzegają Jego przykazań. Nawołują innych do poświęceń, a siebie przedstawiają do zaszczytów i stanowisk, najlepiej unijnych. Rzeczpospolita była wielka, gdy była gwarantem wolności dla ludzi i ludów ją zamieszkujących. Jeśli chcemy odzyskać Polskę, to dla zwykłych ludzi, ledwie wiążących koniec z końcem lub chwilowo emigrujących za chlebem.

Prawdziwa wiara w Boga zmienia nasze widzenie rzeczywistości. Poszerza je z życia jedynie doczesnego na wieczność. Tak pojmując rzeczywistość, służąc Bogu i bliźnim, niestraszne już nam są chwilowe niepowodzenia, cierpienia czy brak natychmiastowej realizacji naszych pragnień. I brak wyniesienia na cokoły jeszcze przed śmiercią. Służąc Bogu i bliźnim, żyjącym obok nas Polakom – zwyciężymy. I spotkamy się w Wolnej Ojczyźnie, jeśli nie tej doczesnej, to w Niebieskiej.

To brak wiary w życie wieczne i perspektywa zawężona jedynie do tu i teraz pozwoliły elicie opozycyjnej na podpisanie paktu Okrągłego Stołu. A potem do „ustawiania” tu i teraz siebie i swoich dzieci. Wbrew interesom zwykłych ludzi. A ile było przy tym pięknych słówek! Nawiązania do patriotyzmu, do obowiązku i do konieczności wyrzeczeń!

Oszust może wszystko powiedzieć i wszystko obiecać, bo wie, że niczego nie dotrzyma. Zwykli Polacy zbyt często byli oszukiwani przy pomocy pięknych słówek. I nie dziwmy się, że nie chcą słuchać kolejnych proroków, którzy obiecują jedno: że ich urządzą, jak tylko zostaną wybrani. Wystarczającą ilość razy zostaliśmy urządzeni, czyli załatwieni na cacy. Dlatego dosyć już pięknych słówek, które kolejne kliki polityczne mają czelność nazywać programem. A które służą jedynie oszukaniu wyborców, żeby dorwać się do żłobu. (…)

Nie unikniemy oczywiście nienawiści ze strony wrogów wolności i Boga. Będziemy się modlić za ich nawrócenie i popierać wszelkie wolnościowe ruchy wewnątrz innych państw. Jako samotna wyspa wolności nie ostaniemy się na morzu wzburzonym od chęci zniewolenia swoich obywateli innych państw. Mam nadzieję, że staniemy się przykładem dla naszych sąsiadów. (…)

Konfederacje w dawnej Polsce były zawiązywane dla ratowania ojczyzny, w sytuacji, gdy inne formy debaty publicznej nie mogły już pomóc. Nie były występkiem przeciwko państwu utożsamianemu w dużej mierze z królem. Przeciwnie, czekano, żeby król poparł postulaty konfederacji. Nasza Konfederacja Wolnych Polaków również nie będzie występkiem przeciwko państwu. Wręcz przeciwnie, będzie szansą na odbudowę Polski jako sprawnego i silnego państwa.

Cały artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wojna, którą właśnie przegraliśmy” cz. 11 – „Konfederacja Wolnych Polaków” znajduje się na s. 8 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wojna, którą właśnie przegraliśmy” cz. 11 – „Konfederacja Wolnych Polaków” na s. 8 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wymiar sprawiedliwości III RP: Tysiące małych „jaruzelków” i „kiszczaczków” gwarantowały władzy sądowniczej nietykalność

Czy mediom sprzyjającym „dobrej zmianie” ma być bliżej do Millera i Kika, którzy atakują „wroga” PO, czy do Mężydły z PO, który zdrowiem zapłacił za to, aby media mogły pełnić swoją rolę?

Paweł Czyż

W zasadzie za przeniesienie wymiaru sprawiedliwości PRL wprost do III RP – z wszystkimi jego wadami w postaci mentalności, sposobu myślenia o swojej roli – odpowiadają ci, którzy stworzyli legendę o wielkim znaczeniu uchwały lustracyjnej, a pominęli milczeniem fakt odrzucenia lustracji i dekomunizacji w formie ustawy, którą zgłosiła Konfederacja Polski Niepodległej jako jeden z pierwszych projektów wniesionych do laski marszałkowskiej Sejmu RP I kadencji, wybranego w sposób wolny, bez formalnej komunistycznej koncesji ilości mandatów do obsadzenia, dzięki nieskrępowanej woli Polaków. Nie było 35% mandatów w wyborach do Izby Niższej, a jednak nadal wiele środowisk buduje legendę 4 czerwca 1989, a nie 27 października 1991 roku!

Gdyby nie koalicja niechętnych ustawie regulującej już w 1992 roku kwestie lustracji i dekomunizacji – to wymiar sprawiedliwości w Polsce AD 2017 nie byłby tak oderwany od społeczeństwa. Nie organizowałby też swoich kongresów, protestów ani nie „deliberował” nad ułaskawieniem ministra Mariusza Kamińskiego.

Do aresztu za zakłócenie miesięcznicy smoleńskiej mógłby trafić Władysław Frasyniuk, a nie Adam Słomka, który powiedział na sali sądowej, że „sędzia zachowuje się dziś tak, jak sędziowie w PRL-u”. Zatem dziś wymiar sprawiedliwości, kwestionując nawet tzw. prawo łaski stosowane przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę, staje się wprost emanacją „ciemiężyciela” w klasycznej wersji opisanej przez Monteskiusza! (…)

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe przewagą jednego głosu wybrało na prezydenta PRL gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Na wieść o tym wyborze na atak serca zmarł w Londynie Prezydent RP na Uchodźstwie Kazimierz Sabbat. (…)

Jan Olszewski stwierdził, iż rządowi bliski jest „postulat rozliczania za przeszłe winy”, co nie oznacza jednak „odpowiedzialności zbiorowej”, lecz „odpowiedzialność za konkretne decyzje ludzi, którzy dla kariery popełnili czyny sprzeczne z interesem narodowym”. Ludzie tacy mogliby zostać ukarani także poprzez usunięcie ich ze stanowisk zaufania publicznego. Dla wybaczenia konieczna była zaś wiedza, „jakie i komu winy wybaczamy”.

Pod obrady Sejmu skierowano zaś 31 stycznia 1992 r. projekt ustawy o restytucji niepodległości autorstwa KPN, który w art. 5 § 5 i § 6 przewidywał uregulowanie odrębną ustawą weryfikacji sędziów, prokuratorów, adwokatów, a także osób pracujących, współpracujących lub nadzorujących cywilne i wojskowe organy bezpieczeństwa i porządku publicznego. Ustawa, ingerująca radykalnie w system prawny, została jednak odrzucona. (…)

Tymczasem Polska mogła wyglądać inaczej, gdyby tylko rządzący nie kierowaliby się non stop na dwubiegunowy konflikt. „My” kontra „oni” lub „oni” kontra „my” i zajmowanie się jakimiś zadawnionymi pretensjami ma swoje poważne konsekwencje dla Polski.

Oto media sprzyjające „dobrej zmianie”, od TVP przez radio publiczne do wPolityce.pl, wolą zapraszać do siebie lub na swoje łamy Leszka Millera, Kazimierza Kika czy Magdalenę Ogórek, tworzyć wrażenie realnego konfliktu między Prawem i Sprawiedliwością a resztą, którą ostatnio reprezentuje zmęczona twarz Władysława Frasyniuka, niż upomnieć się o uwolnienie z więzienia Adama Słomki. (…)

Tymczasem nie ma faktycznie sporu między PiS a PO. Bo czy na PRL może mieć inne od naszego spojrzenie poseł PO Antoni Mężydło? 2 marca 1984 w ramach tzw. porwań toruńskich został uprowadzony, torturowany i więziony przez funkcjonariuszy OAS (grupy specjalnej SB) w okolicach Okonina, a następnie pozostawiony na wysypisku śmieci w Brodnicy…

Czy zatem mediom sprzyjającym „dobrej zmianie” ma być bliżej do Millera i Kika, którzy atakują „wroga” PO, czy do Mężydły z PO, który zdrowiem zapłacił za to, aby media mogły pełnić swoją rolę?

Cały artykuł Pawła Czyża pt. „Kto, gdzie i po co?” znajduje się na s. 10 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Czyża pt. „Kto, gdzie i po co?” na s. 10 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Kurier Wnet” 37/2017, Jakub Słoniowski: Na czym polega meritum sporu o prezydenckie ułaskawienie Mariusza Kamińskiego?

Wielu prawników, wcale niebędących stronnikami rządu, wyrażało się z aprobatą o dopuszczalności abolicji indywidualnej. Tyle, że ten spór miał dotychczas charakter czysto akademicki.

Jakub Słoniowski

Spór o prezydenckie ułaskawienie

Prezydent Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego i kilka innych, razem z nim oskarżonych, mniej znanych osób. Sąd Najwyższy niedawno podjął uchwałę, w której stwierdził niedopuszczalność ułaskawienia przez prezydenta osoby, w stosunku do której nie doszło do prawomocnego skazania. Z treścią i uzasadnieniem uchwały, jak i z nagraniem z jej ogłoszenia i ustnej prezentacji motywów, można zapoznać się na stronie internetowej Sądu Najwyższego.

Co się wydarzyło?

Przypomnijmy, jaki był przebieg procesu. Oskarżeni zostali w pierwszej instancji skazani przez sąd rejonowy na m.in. kary więzienia. Wyrok ten zaskarżyli apelacjami. Po tym prezydent Andrzej Duda zastosował wobec nich z prawo łaski przez „przebaczenie i puszczenie w niepamięć oraz umorzenie postępowania”. W związku z tym sąd drugiej instancji wyrokiem uchylił wyrok sądu pierwszej instancji i umorzył postępowanie w sprawie, uznając, że ułaskawienie jest okolicznością wyłączającą ściganie. Od wyroku sądu okręgowego oskarżyciele posiłkowi złożyli kasacje do Sądu Najwyższego. Ten przedstawił składowi siedmiu sędziów SN – do rozstrzygnięcia – zagadnienie prawne budzące poważne wątpliwości co do wykładni prawa. SN 31 maja 2017 r. wydał uchwałę w tej sprawie (sygnatura akt II KK 313/16).

Uchwała zawiera dwa punkty. W pierwszym SN stwierdza, że prawo łaski, jako uprawnienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, określone w zdaniu pierwszym art. 139 konstytucji, może być realizowane wyłącznie wobec osób, których winę stwierdzono prawomocnym wyrokiem sądu. Tylko takie (tj. ograniczone) ujęcie zakresu prawa łaski, zdaniem SN, nie narusza przepisów konstytucji. W drugim punkcie SN orzekł, że zastosowanie prawa łaski przed uprawomocnieniem się wyroku skazującego nie wywiera skutków procesowych.

Co powiedział Sąd Najwyższy?

Punkt pierwszy uchwały jest wynikiem wykładni przepisów dokonanej przez SN, przede wszystkim przepisów konstytucyjnych, gdyż to na ich podstawie działa prezydent, dokonując ułaskawienia. SN uważa, iż konstytucyjne prawo łaski, przysługujące prezydentowi, ograniczone jest (według samej konstytucji) w ten sposób, że prezydent może je stosować tylko po prawomocnym skazaniu danej osoby, czyli że w zakres prawa łaski nie wchodzi tzw. abolicja indywidualna. W przeciwnym razie, zdaniem SN, naruszone zostałyby takie zasady konstytucyjne, jak trójpodział władzy (art. 10), działanie organów władzy na podstawie i w granicach prawa (art. 7), domniemanie niewinności (art. 42 ust. 3), prawo do sądu (art. 45 ust. 1), sprawowanie wymiaru sprawiedliwości wyłącznie przez sądy, w tym Sąd Najwyższy (art. 175 ust. 1 i art. 177).

Sąd Najwyższy był świadomy, że doktryna prawnicza na ten temat nie była zgodna. Stwierdził jednak, że dotychczas nikt, a zwłaszcza żaden ze zwolenników dopuszczalności abolicji indywidualnej, nie dokonał pogłębionej wykładni konstytucji w tym zakresie. Większość głosów na ten temat ograniczała się do porównania unormowania prawa łaski w konstytucjach obowiązujących w Polsce po 1918 r.

Taką pogłębioną analizę wykonał Sąd Najwyższy i jej rezultat przedstawił w uzasadnieniu uchwały, dochodząc do wniosku m.in., że wykładnia historyczna nie daje powodu do przyjęcia, że w ramach konstytucyjnego prawa łaski prezydent może dokonać aktu abolicji indywidualnej. Podobnie wykładnia oparta na językowej i logicznej analizie art. 139 konstytucji oraz na zestawieniu tego przepisu i pojęć w nim używanych z innym przepisami konstytucji (np. używającymi pojęcia „prawomocne skazanie”). Do tego samego prowadzi, według SN, także odniesienie możliwych wyników takiej wykładni do zasad konstytucyjnych, w taki sposób, aby zapewnić zgodność z nimi (w szczególności z zasadą trójpodziału władzy, prawem do sądu i domniemaniem niewinności).

Przekładając to na proces, którego bezpośrednio dotyczy uchwała, prezydent, według SN, powinien był poczekać z aktem łaski, aż uprawomocni się wyrok skazujący, czyli do czasu, aż zostanie wydany wyrok skazujący, od którego nie będzie już przysługiwać środek zaskarżenia (a więc nie zostaną złożone apelacje lub gdy uprawomocni się wyrok skazujący w drugiej instancji – możliwe są jeszcze inne warianty).

Punkt drugi uchwały jest konsekwencją punktu pierwszego. Skoro prezydent, według SN, nie mógł dokonać aktu łaski, jako że postępowanie jeszcze nie zakończyło się prawomocnym skazaniem, to ogłoszenie aktu łaski wobec jeszcze nie skazanego prawomocnie oskarżonego nie wywołuje skutków prawnych dla tego postępowania.

Upraszczając, można to porównać do sytuacji, w której o ułaskawieniu postanowiłby organ nieuprawniony do tego (np. premier) albo osoba nieuprawniona (np. minister z kancelarii prezydenta).

Z tego musi płynąć wniosek, który zapewne zostanie wyciągnięty przez skład SN orzekający w przedmiocie kasacji. Należy się spodziewać, że przyjmie on, iż nie było podstaw do uchylania wyroku sądu pierwszej instancji i umarzania postępowania. Sprawa wróci więc do momentu, w którym została umorzona, czyli do momentu zaskarżenia wyroku sądu pierwszej instancji i rozpoznana przez sąd drugiej instancji.

Kontrowersje polityczne i prawne

To, że uchwała SN budzi kontrowersje polityczne, nikogo nie powinno dziwić. Skazanie dotyczyło polityków z pierwszych stron gazet. Gdyby „utrzymało się”, byłby to jeden z nielicznych przypadków, a może jedyny w historii III RP, kiedy naprawdę ważny polityk lub urzędnik został skazany na karę więzienia, i to bez zawieszenia.

Nie można też zapominać o atmosferze towarzyszącej sprawie – o ostrym sporze politycznym, toczącym się od wielu lat, przynajmniej od czasu pierwszych rządów PiS (w latach 2006-7), kiedy miały miejsce wydarzenia, w związku z którymi doszło do skazania Mariusza Kamińskiego (i pozostałych osób) – oraz o co najmniej szorstkiej relacji między rządem i prezydentem a środowiskami prawniczymi, głównie sędziowskimi, kwestionującymi planowane przez rząd zmiany ustroju wymiaru sprawiedliwości.

Uchwała spotkała się z bardzo emocjonalną reakcją zarówno ze strony jej krytyków, jak i zwolenników.

Głosy za uchwałą sprowadziły się głównie do takich stwierdzeń:

–        SN rozstrzygnął i sprawa załatwiona,
–        oczywiste, że SN mógł i powinien tak sprawę załatwić,
–        inne poglądy na abolicję indywidualną są oczywiście sprzeczne z konstytucją,
–        skoro SN się wypowiedział, nie ma miejsca na dyskusję i krytykę, trzeba się słuchać i koniec,
–        a nawet, że prezydent oczywiście złamał konstytucję, za co powinien odpowiedzieć przed Trybunałem Stanu.

Z kolei przeciwnicy uchwały głosili:

–        SN oczywiście złamał konstytucję,
–        uchwała psuje prawo,
–        SN, łamiąc konstytucję, wkroczył w osobiste prerogatywy prezydenta,
–        oczywiste jest, że SN nie miał prawa na ten temat się wypowiadać, bo materia ta nie należy do niego, ale jeśli już, to do Trybunału Konstytucyjnego,
–        oczywiste, że prezydent miał prawo dokonać abolicji indywidualnej,
–        uchwała SN nie ma mocy prawnej, jest nieważna, łamie prawo itp.

Wypowiedzi z obu stron były bardzo kategoryczne i – jak już napisałem – bardzo emocjonalne. Brakowało w nich oparcia na dokładnej analizie motywów uchwały, zwłaszcza od strony prawnej i konstytucyjnej. Oczywiście jej zwolennicy nie musieli tej analizy dokonywać, bo wynik był po ich myśli.

Przede wszystkim dziwi brak refleksji u krytyków uchwały. Ustne motywy zaprezentowane przy jej ogłaszaniu były bardzo obszerne i przedstawiały istotę argumentacji SN. Już wtedy można się było do nich odnieść merytorycznie. Teraz, gdy znane jest pisemne uzasadnienie, tym bardziej jest to możliwe.

Można to podsumować, że (przynajmniej na razie) nie doszło pogłębionej, merytorycznej krytyki uchwały. Uwaga ta dotyczy także wypowiedzi osób, mających do tego kompetencje (tytuły profesorskie lub doświadczenie i uznanie w zawodach prawniczych). Chciałbym zastanowić się, czy taka krytyka jest w ogóle możliwa i jak mogłaby wyglądać.

Czy wolno krytykować Sąd Najwyższy?

Dla każdego prawnika oczywiste jest, że z sądami, włącznie z Sądem Najwyższym, można dyskutować, a nawet krytykować ich rozstrzygnięcia. Dowodem na to jest to, że typową pracą prawników (i to nie tylko akademickich) jest pisanie glos do orzeczeń sądowych. Nie są to tylko glosy aprobujące. Zdarza się też, że sami sędziowie mają zdanie odmienne od większości w orzekającym składzie i zgłaszają zdania odrębne.

Nieraz sam Sąd Najwyższy werbalnie nieco podważa swój autorytet, gdyż uzasadniając rozstrzygnięcia, używa sformułowań typu: „Sąd Najwyższy w niniejszym składzie jest zdania, że…”. Oznacza to, że jest świadomy, że gdyby orzekał inny skład, wyrok mógłby być odmienny. Tak teoretycznie mogło się zdarzyć w sprawie ułaskawienia Mariusza Kamińskiego.

Warto też pamiętać o tym, co wie każdy prawnik-praktyk, czy to pełnomocnik procesowy, czy sędzia. Otóż analizując orzecznictwo sądowe, w tym – Sądu Najwyższego, natrafia się na orzeczenia wprost sprzeczne ze sobą. Nieraz stanowisk w bardzo ważnych kwestiach jest nawet więcej niż dwa. Podobnie jest w naukowym piśmiennictwie prawniczym. Przysłowiowe pośród prawników stało się mówienie o szkole warszawskiej i o szkole krakowskiej.

Jakie z tego płyną wnioski dla zwykłego obserwatora? Na pewno takie, że nikt nie może kompetentnie twierdzić, że skoro Sąd Najwyższy orzekł teraz tak, to nie może orzec już inaczej oraz że nikt też nie może uczciwie twierdzić, że wszelka krytyka uchwały SN w sprawie ułaskawienia jest niedopuszczalna.

W każdym razie różnoraka krytyka zapadłych rozstrzygnięć sądowych jest jak najbardziej dozwolona, czy to ściśle prawnicza, akademicka, czy też publicystyczna. Życzmy sobie tylko, aby ta krytyka była na poziomie.

Ocena uzasadnienia uchwały

Nie będę dokonywał szczegółowej analizy uchwały ani próbował z nią polemizować. Zresztą, choćby ze względu na jej objętość (ponad 40 stron), musiałoby to przekroczyć ramy niniejszego artykułu. Chciałbym jednak przynajmniej odnieść się do jakości argumentacji użytej przez SN.

Otóż wbrew temu, co mówią krytycy uchwały, jest ona uzasadniona bardzo przekonująco. SN podszedł do sprawy bardzo kompetentnie. Uzasadnił uchwałę kompleksowo, odwołując się do różnych rodzajów wykładni, odpowiedział na większość lub nawet na wszystkie istotne argumenty za dopuszczalnością abolicji indywidualnej. Opierał się przy tym na poglądach utrwalonych w dotychczasowym orzecznictwie TK i SN oraz doktrynie prawniczej.

Przyjęte przez SN rozumienie i uznanie wagi zasad i wartości konstytucyjnych, takich jak trójpodział władzy, prawo do sądu czy domniemanie niewinności, doprowadziły go do uznania, że dopuszczenie aktu łaski przed uprawomocnieniem się wyroku skazującego naruszałoby te zasady.

Można się z tym osobiście nie zgadzać. Pytanie, czy ten brak zgody oparty jest na uprawnionej i dobrze uzasadnionej interpretacji konstytucji, czy na tym, jak, zdaniem danego krytyka, powinny wyglądać relacje między władzą wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą oraz jaka powinna być pozycja prezydenta (np. że powinien być w pewnych sprawach ponad rządem, parlamentem i ponad sądami). A może brak zgody wynika po prostu z sympatii do polityki obozu rządzącego?

Aby dyskusja była w ogóle możliwa, odróżniajmy merytoryczny brak naszej zgody na dane rozstrzygnięcie (tu omawianą uchwałę SN), a więc że naszym zdaniem konstytucję należy rozumieć tak a tak, od naszych poglądów na to, co konstytucja powinna zawierać (np. że prezydent powinien mieć prawo stosować abolicję indywidualną).

Warto na marginesie zauważyć, że meritum uzasadnienia uchwały nie mogło przebić się do opinii publicznej nie tylko ze względu na trudną materię (prawnokonstytucyjną), ale też dlatego, że relacje medialne z ogłoszenia uzasadnienia były co najmniej zdawkowe i upraszczające, a także nacechowane przekazem politycznym.

Czy możliwa jest dyskusja z uchwałą?

Trzeba przyznać, że krytycy uchwały mają trudne zadanie. Nie można kompetentnie powiedzieć, że jest ona oczywiście niezgodna z konstytucją i że SN oczywiście złamał prawo. Tak samo na podstawie lektury uchwały nie można powiedzieć, że ma ona charakter polityczny.

Nawet jeśli orzekający sędziowie, wydając taką, a nie inną uchwałę, w istocie chcieli zabrać głos w obecnie toczącym się sporze o wizję wymiaru sprawiedliwości albo wręcz pokazać władzy politycznej, gdzie jest jej miejsce, to i tak uchwała może być merytorycznie właściwa (tj. zgodna z konstytucją), a przynajmniej na tyle uzasadniona, że nie można jej potępiać w czambuł.

Oczywiście, jak już napisałem, można z uchwałą dyskutować. Trzeba jednak mieć argumenty, a nie tylko grzmieć, że SN psuje prawo itd.

Uchwała dotyczy kwestii kontrowersyjnej politycznie (tj. skazania polityka z pierwszych stron gazet i wydawana jest w czasie ostrego sporu, w którym zainteresowanym i poniekąd uczestnikiem jest sam SN), a także kontrowersyjnej od strony prawnej. W doktrynie prawniczej sprawa nie była rozstrzygnięta. Wielu prawników, wcale niebędących stronnikami rządu, wyrażało się z aprobatą o dopuszczalności abolicji indywidualnej. Tyle, że ten spór miał dotychczas charakter czysto akademicki, gdyż w historii Polski od odzyskania niepodległości do abolicji indywidualnej nie doszło.

Uzasadnienie uchwały bardzo mocno wpisuje się w to, jak konstytucja była interpretowana od jej początków, jak ją rozumiał TK i większość doktryny prawniczej, jak prawa konstytucyjnego uczy się na wydziałach prawa itd. Zgodnie z tymi interpretacjami bardzo dużą wagę przyznaje się zasadzie trójpodziału władzy, niezawisłości sądów, prawie do sądu, domniemaniu niewinności. Zasady te są oczywiście zniuansowane i wiele ich aspektów można rozumieć różnie, ale dotychczasowa tendencja była taka, żeby dawać im prymat, nawet kosztem innych istotnych zasad czy wartości.

Żeby podjąć rzeczową polemikę z Sądem Najwyższym, potrzebne jest więc bardzo gruntownie przeanalizowanie zasad, które SN uznał, że mają większą wagę niż prezydenckie prawo łaski, nie dopuszczając abolicji indywidualnej. Może znalazłyby się wtedy mocne argumenty przeciwko takiemu rozstrzygnięciu i interpretacji konstytucji, na której jest oparta.

Pierwszą kwestią wymagającą analizy jest zasada trójpodziału władz. Jest ona i może być rozumiana różnie, raz bardziej jako zgodna współpraca, innym razem jako z natury tych władz wynikający konflikt, który zasady ustrojowe i zawarte w nich bezpieczniki (checks and balances) mają łagodzić, z zachowaniem kierunku, jakim jest dobro wspólne i praworządność.

Drugą kwestią jest pozycja ustrojowa prezydenta. Ona też może poddać się pewnej rewizji. Prezydent według polskiej konstytucji ma przecież bardzo silną pozycję, co jest nietypowe w parlamentarno-gabinetowym modelu ustrojowym, jaki przyjęła konstytucja z 1997 r. Jego legitymacja jest bardzo mocna, gdyż pochodzi z bezpośrednich, demokratycznych wyborów. Ma przy tym pewne swoiste uprawnienia, będące refleksem dawnej władzy monarchy.

To on powołuje sędziów (można przecież powiedzieć, że to godzi w ich niezawisłość), ma prawo weta, uczestniczy w polityce obronnej i zagranicznej, no i ma właśnie prawo łaski, które może – jak przypomniał SN – stosować czysto uznaniowo i bez uzasadnienia, niwecząc rezultat przeprowadzonego zgodnie z zachowaniem wszelkich standardów procesu karnego (wspomnijmy tutaj, jakie kontrowersje budziła praktyka ułaskawień, zwłaszcza pierwszych dwóch prezydentów w III RP – choćby liczba aktów łaski mogła co najmniej zastanawiać; kolejni prezydenci dokonywali już ich zdecydowanie mniej).

Zauważmy też, że osobie prezydenta – ktokolwiek nim był – towarzyszył i nadal towarzyszy pewien splendor i szacunek dla urzędu, nieporównywalny z innymi, czasem nawet istotniejszymi w bieżącej polityce (np. prezesa rady ministrów).

Wolno stąd próbować wyprowadzić wniosek, nadal zgodny z trójpodziałem władzy, że prezydent stoi niejako obok czy nawet ponad pozostałymi władzami – rządem, parlamentem i sądami. W związku z tym pewne jego działania – jak prawo łaski – mogą być rozumiane nieco inaczej niż w uchwale SN.

Można także dyskutować z poszczególnymi rozumowaniami przedstawionymi przez SN w uchwale.

Na takim gruncie widziałbym prawdziwą polemikę z uchwałą.

Trudne zadanie

Na przykładzie sporu o ułaskawienie widać, jak trudnym zadaniem jest reformowanie wymiaru sprawiedliwości wbrew opiniom środowisk prawniczych. Rząd ma przeciw sobie najtęższe prawnicze głowy, niezależnie od tego, co myślimy o ich poglądach politycznych czy tonie wypowiedzi.

Pokazuje to dyskusja, jaka toczy się w prasie prawniczej i na konferencjach organizowanych przez środowiska prawnicze. Media nagłaśniają pewne kontrowersyjne wypowiedzi, jak te, że prawdziwym suwerenem nie jest naród, ale wartości zapisane w prawie, albo buczenie w czasie wystąpienia przedstawicieli władzy politycznej. Tymczasem warto wsłuchać się w padające tam głosy.

Najlepsi w Polsce prawnicy myślą bowiem nad tym, jak sądy i środowiska prawnicze powinny reagować na działania parlamentu, rządu i prezydenta. Jest to namysł bardzo poważny i głęboki. A prezentowane pomysły wcale nie są absurdalne i wyciągnięte z kapelusza. Na przykład rozwijana obecnie i czasem obśmiewana przez media sprzyjające rządowi koncepcja tzw. rozproszonej kontroli konstytucyjności przepisów nie jest pomysłem nowym i niczym nie popartym.

Według tej koncepcji kontrola zgodności ustaw z konstytucją może odbywać się nie tylko poprzez wnioski i pytania prawne kierowane do TK, ale też w jednostkowych postępowaniach sądowych, w których orzekający sąd mógłby stwierdzić, że dany przepis jest niezgodny z konstytucją i odmówić jego zastosowania przy orzekaniu. Skutkiem nie byłoby usunięcie przepisu z systemu prawnego (jak to czyni TK), ale brak jego działania w danej sprawie. Utrwalenie takiej praktyki w odniesieniu do konkretnego przepisu, poparte autorytetem Sądu Najwyższego czy Naczelnego Sądu Administracyjnego, skutkowałoby faktycznym pozbawieniem go mocy prawnej, bez udziału TK.

Pogląd ten miał poważnych zwolenników od początku obowiązywania konstytucji i już w przeszłości znajdował realizację również w orzecznictwie, co prawda niedominującym, SN i NSA.

Spór o model kontroli konstytucyjności nie został zasadniczo rozstrzygnięty, ale dotąd nie miał tak istotnej wagi, jak obecnie – można powiedzieć, że się tylko tlił, a teraz wygląda na to, że może zapłonąć.

Czy prezydent powinien stanąć przed Trybunałem Stanu?

Załóżmy, że prezydent nie miał racji i nie mógł dokonać abolicji indywidualnej. Czy to oznacza, że należy go postawić przed Trybunałem Stanu? Sądzę, że tutaj z kolei przesadzają zwolennicy uchwały i przeciwnicy polityczni prezydenta.

Pogląd dopuszczający abolicję indywidualną był dość popularny w doktrynie prawniczej. Stawianie prezydenta z tego powodu przed TS byłoby wyrazem złej woli i bardzo wątpliwe od strony prawnej. Na tej samej zasadzie można by żądać postawienia przed TS wszystkich posłów i senatorów, którzy głosowali za ustawą, którą później TK uznał za niezgodną z konstytucją, albo karać dyscyplinarnie sędziów, których wyrok nie ostał się w wyższej instancji. Albo odbierać tytuły profesorskie tym, którzy z aprobatą pisali o abolicji indywidualnej.

Konkluzja

Praktyce politycznej nieustannie towarzyszą spory ideowe, personalne i prawne. Spory te czasem są formalnie rozstrzygane na drodze prawnej, np. sąd skazuje bądź nie jakiegoś polityka za zarzucane mu czyny, albo TK uznaje bądź nie dane przepisy za niezgodne z konstytucją. Przykładem może być kwestia aborcji „na życzenie”, która została rozstrzygnięta przez TK w 1997 r. Od tamtej pory – pomimo prób z obu stron i nadal gorących dyskusji – po pierwsze zasadniczo utrzymuje się status quo (żadna z przesłanek prawnej dopuszczalności aborcji nie została ani usunięta, ani nie została dodana żadna nowa), po drugie – niezależnie od sporów ideowych – bez zmiany konstytucji lub zupełnego przełamania linii orzeczniczej TK aborcja „na życzenie” nie może być wprowadzona.

Polem tych sporów są konstytucyjne organy, w których zasadniczy może być aspekt personalny (jak w niedawnym sporze o obsadę TK) albo aspekt kompetencyjny (jak w sporze o abolicję indywidualną).

Poza bezpośrednią zmianą konstytucji rozstrzygnięcia można również dokonać poprzez zmianę praktyki rozumienia zasadniczych instytucji prawnych, np. trójpodziału władzy lub pozycji ustrojowej prezydenta, także przez sądy i doktrynę prawniczą. Aby do takiej zmiany mogło dojść, niezbędny jest głęboki namysł odnoszący się nie tylko do taktyki czy strategii politycznej, ale też – tak jak to robią gremia prawnicze – ściśle prawny, dotyczący istoty zrębowych zagadnień konstytucyjnych i filozofii prawa (np. wykładni prawa). Przebieg sporu o ułaskawienia chyba pokazuje, czy ten namysł ma miejsce.

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jakuba Słoniowskiego pt. „Spór o prezydenckie ułaskawienie” na s. 9 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Czy prezydent powinien stanąć przed Trybunałem Stanu z powodu ułaskawienia, jakie zastosował wobec Mariusza Kamińskiego?

Różnoraka krytyka zapadłych rozstrzygnięć sądowych jest jak najbardziej dozwolona, czy to ściśle prawnicza, akademicka, czy też publicystyczna. Życzmy sobie tylko, aby ta krytyka była na poziomie.

Jakub Słoniowski

Przypomnijmy, jaki był przebieg procesu. Oskarżeni zostali w pierwszej instancji skazani przez sąd rejonowy na m.in. kary więzienia. Wyrok ten zaskarżyli apelacjami. Po tym prezydent Andrzej Duda zastosował wobec nich z prawo łaski przez „przebaczenie i puszczenie w niepamięć oraz umorzenie postępowania”. W związku z tym sąd drugiej instancji wyrokiem uchylił wyrok sądu pierwszej instancji i umorzył postępowanie w sprawie, uznając, że ułaskawienie jest okolicznością wyłączającą ściganie. Od wyroku sądu okręgowego oskarżyciele posiłkowi złożyli kasacje do Sądu Najwyższego. Ten przedstawił składowi siedmiu sędziów SN – do rozstrzygnięcia – zagadnienie prawne budzące poważne wątpliwości co do wykładni prawa. SN 31 maja 2017 r. wydał uchwałę w tej sprawie (sygnatura akt II KK 313/16).

Uchwała zawiera dwa punkty. W pierwszym SN stwierdza, że prawo łaski, jako uprawnienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, określone w zdaniu pierwszym art. 139 konstytucji, może być realizowane wyłącznie wobec osób, których winę stwierdzono prawomocnym wyrokiem sądu. Tylko takie (tj. ograniczone) ujęcie zakresu prawa łaski, zdaniem SN, nie narusza przepisów konstytucji. W drugim punkcie SN orzekł, że zastosowanie prawa łaski przed uprawomocnieniem się wyroku skazującego nie wywiera skutków procesowych. (…)

To, że uchwała SN budzi kontrowersje polityczne, nikogo nie powinno dziwić. Skazanie dotyczyło polityków z pierwszych stron gazet. Gdyby „utrzymało się”, byłby to jeden z nielicznych przypadków, a może jedyny w historii III RP, kiedy naprawdę ważny polityk lub urzędnik został skazany na karę więzienia, i to bez zawieszenia.

Nie można też zapominać o atmosferze towarzyszącej sprawie – o ostrym sporze politycznym, toczącym się od wielu lat, przynajmniej od czasu pierwszych rządów PiS (w latach 2006-7), kiedy miały miejsce wydarzenia, w związku z którymi doszło do skazania Mariusza Kamińskiego (i pozostałych osób) – oraz o co najmniej szorstkiej relacji między rządem i prezydentem a środowiskami prawniczymi, głównie sędziowskimi, kwestionującymi planowane przez rząd zmiany ustroju wymiaru sprawiedliwości. (…)

Dla każdego prawnika oczywiste jest, że z sądami, włącznie z Sądem Najwyższym, można dyskutować, a nawet krytykować ich rozstrzygnięcia. Dowodem na to jest to, że typową pracą prawników (i to nie tylko akademickich) jest pisanie glos do orzeczeń sądowych. Nie są to tylko glosy aprobujące. Zdarza się też, że sami sędziowie mają zdanie odmienne od większości w orzekającym składzie i zgłaszają zdania odrębne.

Nieraz sam Sąd Najwyższy werbalnie nieco podważa swój autorytet, gdyż uzasadniając rozstrzygnięcia, używa sformułowań typu: „Sąd Najwyższy w niniejszym składzie jest zdania, że…”. Oznacza to, że jest świadomy, że gdyby orzekał inny skład, wyrok mógłby być odmienny. Tak teoretycznie mogło się zdarzyć w sprawie ułaskawienia Mariusza Kamińskiego.

Warto też pamiętać o tym, co wie każdy prawnik-praktyk, czy to pełnomocnik procesowy, czy sędzia. Otóż analizując orzecznictwo sądowe, w tym – Sądu Najwyższego, natrafia się na orzeczenia wprost sprzeczne ze sobą. Nieraz stanowisk w bardzo ważnych kwestiach jest nawet więcej niż dwa. Podobnie jest w naukowym piśmiennictwie prawniczym. Przysłowiowe pośród prawników stało się mówienie o szkole warszawskiej i o szkole krakowskiej.

Jakie z tego płyną wnioski dla zwykłego obserwatora? Na pewno takie, że nikt nie może kompetentnie twierdzić, że skoro Sąd Najwyższy orzekł teraz tak, to nie może orzec już inaczej oraz że nikt też nie może uczciwie twierdzić, że wszelka krytyka uchwały SN w sprawie ułaskawienia jest niedopuszczalna.

W każdym razie różnoraka krytyka zapadłych rozstrzygnięć sądowych jest jak najbardziej dozwolona, czy to ściśle prawnicza, akademicka, czy też publicystyczna. Życzmy sobie tylko, aby ta krytyka była na poziomie. (…)

Aby dyskusja była w ogóle możliwa, odróżniajmy merytoryczny brak naszej zgody na dane rozstrzygnięcie (tu omawianą uchwałę SN), a więc że naszym zdaniem konstytucję należy rozumieć tak a tak, od naszych poglądów na to, co konstytucja powinna zawierać (np. że prezydent powinien mieć prawo stosować abolicję indywidualną). (…)

Pierwszą kwestią wymagającą analizy jest zasada trójpodziału władz. Jest ona i może być rozumiana różnie, raz bardziej jako zgodna współpraca, innym razem jako z natury tych władz wynikający konflikt, który zasady ustrojowe i zawarte w nich bezpieczniki (checks and balances) mają łagodzić, z zachowaniem kierunku, jakim jest dobro wspólne i praworządność.

Drugą kwestią jest pozycja ustrojowa prezydenta. Ona też może poddać się pewnej rewizji. Prezydent według polskiej konstytucji ma przecież bardzo silną pozycję, co jest nietypowe w parlamentarno-gabinetowym modelu ustrojowym, jaki przyjęła konstytucja z 1997 r. Jego legitymacja jest bardzo mocna, gdyż pochodzi z bezpośrednich, demokratycznych wyborów. Ma przy tym pewne swoiste uprawnienia, będące refleksem dawnej władzy monarchy.

To on powołuje sędziów (można przecież powiedzieć, że to godzi w ich niezawisłość), ma prawo weta, uczestniczy w polityce obronnej i zagranicznej, no i ma właśnie prawo łaski, które może – jak przypomniał SN – stosować czysto uznaniowo i bez uzasadnienia, niwecząc rezultat przeprowadzonego zgodnie z zachowaniem wszelkich standardów procesu karnego (wspomnijmy tutaj, jakie kontrowersje budziła praktyka ułaskawień, zwłaszcza pierwszych dwóch prezydentów w III RP – choćby liczba aktów łaski mogła co najmniej zastanawiać; kolejni prezydenci dokonywali już ich zdecydowanie mniej).

Zauważmy też, że osobie prezydenta – ktokolwiek nim był – towarzyszył i nadal towarzyszy pewien splendor i szacunek dla urzędu, nieporównywalny z innymi, czasem nawet istotniejszymi w bieżącej polityce (np. prezesa rady ministrów).

Wolno stąd próbować wyprowadzić wniosek, nadal zgodny z trójpodziałem władzy, że prezydent stoi niejako obok czy nawet ponad pozostałymi władzami – rządem, parlamentem i sądami. W związku z tym pewne jego działania – jak prawo łaski – mogą być rozumiane nieco inaczej niż w uchwale SN.

Można także dyskutować z poszczególnymi rozumowaniami przedstawionymi przez SN w uchwale.

Na takim gruncie widziałbym prawdziwą polemikę z uchwałą. (…)

Na przykładzie sporu o ułaskawienie widać, jak trudnym zadaniem jest reformowanie wymiaru sprawiedliwości wbrew opiniom środowisk prawniczych. Rząd ma przeciw sobie najtęższe prawnicze głowy, niezależnie od tego, co myślimy o ich poglądach politycznych czy tonie wypowiedzi.

Pokazuje to dyskusja, jaka toczy się w prasie prawniczej i na konferencjach organizowanych przez środowiska prawnicze. Media nagłaśniają pewne kontrowersyjne wypowiedzi, jak te, że prawdziwym suwerenem nie jest naród, ale wartości zapisane w prawie, albo buczenie w czasie wystąpienia przedstawicieli władzy politycznej. Tymczasem warto wsłuchać się w padające tam głosy. (…)

Załóżmy, że prezydent nie miał racji i nie mógł dokonać abolicji indywidualnej. Czy to oznacza, że należy go postawić przed Trybunałem Stanu? Sądzę, że tutaj z kolei przesadzają zwolennicy uchwały i przeciwnicy polityczni prezydenta.

Pogląd dopuszczający abolicję indywidualną był dość popularny w doktrynie prawniczej. Stawianie prezydenta z tego powodu przed TS byłoby wyrazem złej woli i bardzo wątpliwe od strony prawnej. Na tej samej zasadzie można by żądać postawienia przed TS wszystkich posłów i senatorów, którzy głosowali za ustawą, którą później TK uznał za niezgodną z konstytucją, albo karać dyscyplinarnie sędziów, których wyrok nie ostał się w wyższej instancji. Albo odbierać tytuły profesorskie tym, którzy z aprobatą pisali o abolicji indywidualnej. (…)

Cały artykuł Jakuba Słoniowskiego pt. „Spór o prezydenckie ułaskawienie” znajduje się na s. 9 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jakuba Słoniowskiego pt. „Spór o prezydenckie ułaskawienie” na s. 9 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wajda na zlecenie władzy i za jej pieniądze ukształtował obraz historii Polski, od którego tak trudno się uwolnić

Kiedy powiedziałem znajomemu Francuzowi zgodnie z prawdą, że filmy Wajdy o Wałęsie, z wyjątkiem ostatniego, były finansowane przez Komitet Centralny PZPR, popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

Piotr Witt

Rząd dobrej zmiany odziedziczył po poprzednikach nie tylko armię urzędników często mu nieprzychylnych, nie tylko kolosalne afery korupcyjne i piramidalny dług publiczny. Odziedziczył także hierarchię wartości wypracowaną przez lata wielkim nakładem kosztów i starań, wcieloną w znanych artystów. (…)

Wielkości artystyczne były potrzebne rządowi PRL-u jak wojsko i policja – do utrzymania ładu. Inwestowano chętniej w artystów niż w uczonych. Chybione dzieło sztuki zawsze można usprawiedliwić, twierdząc, że innym się podoba. „To, co w jednym śmiech pusty budzi, drugiemu łzy z oczu wyciska” – powiada Diderot. Tworzono autorytety, nie przebierając, z materiału, który się znalazł pod ręką. I tak na czołowego katolika został wypasowany Jerzy Zawieyski. Kiepski dramaturg, bluźnierca, z religią miał tyle wspólnego, że organizował orgie pederastyczne z klerykami.

Na czołowego chrześcijanina awansował Tadeusz Mazowiecki, prześladowca biskupów. Po tragedii gdańskiej ’70 roku, kiedy władza się chwiała redaktorzy naczelni telewizji zdjęci paniką wołali – sprowadźcie autortytety! I autorytety tłumaczyły przez lufcik, że wcale nie jest tak źle, jak się komu wydaje, a będzie jeszcze lepiej. Ale ludzie, zamiast patrzeć w lufcik, patrzyli już na ulicę i wkrótce narobiło się bigosu. (…)

Uważamy bowiem autorytety za część dziedzictwa narodowego; oburzamy się, kiedy ktoś ośmieli się je podważyć. Po mojej „Kronice”, gdzie wyraziłem się krytycznie o reżyserze Wajdzie, pani Violetta Sobczak z Łomży zarzuciła mi w liście, że krzywdzę pamięć wielkiego artysty. Mniejszą krzywdę wyrządziłem ja pamięci Wajdy, niż on wyrządził pamięci Wyspiańskiego, Żeromskiego, Reymonta, a także pamięci bohaterów Armii Krajowej i Żołnierzy Wyklętych. (…)

Inwestycja w reżysera przyniosła Partii nieocenione korzyści. Przekonanie o jego geniuszu zapadło w umysły na stałe. Autorzy, skądinąd światli, zarzucając autorytetowi fałszowanie historii, zastrzegają się jednocześnie: „no tak, ale to wielki artysta”. Nie zrezygnują z Wajdy ani z jego wykładu historii Polski, gdyż, jak pisał Zbigniew Herbert o zmarłym carze: „Trup przyrósł do złotego tronu, a z tronem wyrzucić go szkoda”. Kiedy w Sejmie RP czczono pamięć Wielkiego Artysty, Jarosław Kaczyński opuścił salę, ryzykując skandal. Ale tylko on jeden.

„Wielki artysta” produkował, zdaniem Słonimskiego, zamiast „chaty rozśpiewanej” „rozśpiewaną chałę”. Nie, to był artysta przeciętny, którego imię rozdęto przy pomocy usilnej reklamy i nakazanych zachwytów, pod kątem potrzeb politycznych nie tylko krajowych.

Polak, jeżeli nawet nie uczy się historii swojego kraju w szkole, to jednak później sięgnie po jakąś książkę, opracowanie historyczne i czegoś o własnej historii się dowie, zwłaszcza o tych problemach gorących, palących, dyskutowanych. Ale cudzoziemiec zajęty własnymi problemami, któremu miejscowe autorytety wmówiły, że Polak przedstawia historię Polski prawdziwie, będzie się upierał, że ta historia wygląda tak, jak ją wyczytał z filmów Wajdy. Wyjaśniono mu nie raz, że wielki artysta był co najwyżej tolerowany, prześladowany niemal w Polsce za swój rewizjonizm.

„Rotmistrz, czyli człowiek ze śniegu”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera Wnet”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w lipcowym „Kurierze Wnet” nr 37/2017, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku Radia WNET na falach Radia Warszawa (106,2 FM) i Radia Nadzieja z Łomży (103,6 FM) oraz na www.radiownet.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Witta pt. „Rotmistrz czy człowiek ze śniegu” na s. 3 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Silva rerurm. Starzy Polacy tak tytułowali swoje zapiski: aforyzmy, myśli własne i cudze, z którymi żal się było rozstać

„Zamiast głowić się nad odpowiedzią, staraj się zrozumieć pytanie”. Od dawna staram się zrozumieć to zdanie i doszedłem do wniosku, że ono nie jest do zrozumienia, tylko do praktycznego stosowania.

Lech Jęczmyk

Może zainteresują Państwa takie krótkie kawałki, w moich notatkach zatytułowane Myśli luzem.

W swoich starych notatkach znalazłem taki zapisek: „Szukałem porządku i znalazłem chaos. Zrezygnowałem z dalszych poszukiwań i cieszyłem oczy oglądaniem chaosu. Po paru dziesięcioleciach dostrzegłem pod warstwą chaosu głębszy, prawdziwy porządek”.

A potem natknąłem się na takie zdanie z Lalki Prusa: „Zanurzał się w pozorny chaos rzeczy i wypadków, i na jego dnie znajdował porządek i prawo”.

To dziwne uczucie – wymyślić coś, a potem stwierdzić, że ktoś już to powiedział. To tak, jakby himalaista wspinał się na szczyt, przekonany, że to pierwsze wejście, a na górze znalazł ślady obozowiska. Początkowo człowiek złości się na tego Prusa, a potem cieszy się, że znalazł się w dobrym towarzystwie.

A swoją drogą, dla chrześcijanina takie „odkrycie” powinno być oczywistością: przecież Bóg, tworząc świat, zbudował go według swojego Logosu, czyli planu, porządku. Im uważniej oglądamy świat, tym więcej tego porządku dostrzegamy.

___________

Chwilami dość mamy tej całej polityki. Dla odmiany kawałek starożytnej poezji.

Kiedy przychodzi na świat dziecko,
Rodzina pragnie, żeby było inteligentne.
Ja, który na skutek swojej inteligencji
Miałem zrujnowane życie,
Mam nadzieję, że dziecko okaże się
Nieukiem i głupcem,
Dzięki czemu uwieńczy spokojne
I dostatnie życie
Stanowiskiem ministra.

Su Shih, poeta i polityk (1036–1101)

Cały felieton Lecha Jęczmyka pt. „Silva rerum”, znajduje się na s. 20 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl. Lech Jęczmyk wspólnie z Romanem Zawadzkim prowadzi także raz w tygodniu na Wolnej Antenie Radia Wnet audycje Akademii Wnet.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Lecha Jęczmyka pt. „Silva rerum” na s. 20 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Jeśli nadejdzie koniec świata, należy przyjechać do Wiednia i będzie się miało jeszcze dwadzieścia lat spokojnego życia

Wszyscy nasi kompozytorzy mają niezwykły talent do pisania pięknych melodii, które Polakowi jest łatwo zrozumieć, jest oczywiste, jak to zaśpiewać, frazować, a dla obcokrajowca nie jest to proste.

Antoni Opaliński
Marta Gardolińska

Dzisiaj muzyka klasyczna to właściwie jaka?

Trudne pytanie… Właściwie muzyka klasyczna to jest wciąż muzyka XVIII i XIX wieku, może początku XX… Szczególnie w Wiedniu, gdzie repertuar obraca się wokół utworów, które zostały napisane ponad 100 lat temu i są powtarzane na światowym poziomie. Poniekąd jest to taka sztuka muzealna. Oczywiście na świecie jest sporo współczesnych kompozytorów, którzy bardzo prężnie działają, ale pod tym względem Wiedeń jeszcze nie jest pionierem. Tutaj raczej przyjeżdża się, żeby poznać tradycję przekazaną w pewnym sensie „z ust do ust”, tradycję muzykowania, frazowania, kultury dźwięku. A jeżeli chodzi o nowości, to można zaczerpnąć wiedzy w różnych innych miejscach na świecie.

Czyli raczej jest to miasto konserwatywne niż miasto awangardy?

Jak najbardziej, zresztą myślę, że Wiedeńczycy zdają sobie z tego sprawę i są z tego dumni. Jest taka anegdota – jej bohater zmienia się w zależności od tego, kto opowiada. Według jednej z wersji był to Gustaw Mahler, który powiedział, że jeśli nadejdzie koniec świata, to należy przyjechać do Wiednia i będzie się miało jeszcze dwadzieścia lat spokojnego życia. Ponieważ tutaj wszystko się dzieje z opóźnieniem. Cokolwiek się zdarzy na świecie, w Wiedniu jeszcze chwilę potrwa, zanim wiadomość o tym przyjdzie, zanim Wiedeńczycy się zastanowią, czy im się to podoba i zdecydują się – być może – przyjąć tę zmianę. (…)

Jakie szczególne predyspozycje trzeba mieć – poza oczywiście talentem muzycznym, absolutnym słuchem – żeby zostać dyrygentem?

Mam wrażenie, że trzeba lubić ludzi, szczególnie w obecnych czasach. Dzisiaj profil każdego dyrygenta, w ogóle każdego, kto zarządza większą ilością ludzi, trochę się zmienił. Zarządzanie na zasadzie tyranii czy dyktatury nie ma racji bytu. Dużo się mówi o motywowaniu, tworzeniu właściwej atmosfery w zespole. Trzeba lubić ludzi, mieć dużo szacunku do nich, do ich umiejętności. Trzeba naprawdę bardzo kochać muzykę, mieć do tego ogromną pasję.

Jest to zawód trudny ze względu na wszystkie kwestie, które nie mają nic wspólnego z muzyką, np. sprawy organizacyjne, kwestie psychologiczne pracy z grupą, w której każdy ma swoje ego, rozwiązywanie konfliktów, organizację czasu. Jest dużo aspektów, które czasem powodują, że muzyka odpływa na drugi plan. Trzeba mieć mechanizm przypominania sobie, że jednak chodzi o muzykę, a wtedy cały stres się opłaca. (…)

Czy w muzyce można powiedzieć jeszcze coś nowego? Zwłaszcza w obszarze interpretacji klasyków wiedeńskich – przecież to było tyle razy grane, tylu geniuszy się tym zajmowało…

W pewnym sensie można. Tak jak we wszystkich innych obszarach, również w wykonawstwie muzycznym są trendy. Był trend przez większą część XX wieku, żeby te utwory „rozdmuchiwać” pod względem ilości wykonawców, robić z nich wielkie i ciężkie utwory. W tej chwili trend jest taki, żeby czytać, jak to było wykonywane wtedy, kiedy te utwory zostały napisane, stosować tak zwane wykonawstwo historycznie świadome.

Potem przyszły instrumenty bądź oryginalne, bądź tworzone obecnie, ale według XIX-wiecznych wytycznych. Czyli gramy na instrumentach, które mają zupełnie inne możliwości barwowe. Mozart nagrany pięćdziesiąt lat temu brzmi zupełnie inaczej niż wykonany w tej chwili.

Można się wczytywać w traktaty, dalej są odkrywane zagubione utwory, zagubione listy. To wciąż można robić. Z drugiej strony, zawsze trzeba sobie zadać pytanie, czy to o to chodzi, żeby było coś nowego. Może to tylko kwestia tego, żeby zagrać koncert dla kogoś, kto jeszcze tego nie słyszał.

Ważną rzeczą, zapominaną w dobie internetu i YoTube – jest wartość wykonania na żywo. Innym doświadczeniem jest koncert przeżyty w sali koncertowej, gdzie widzi się wykonawców, gdzie jest spore ryzyko błędu, co też dodaje emocji, a czym innym oglądanie na YouTube tego samego nagrania, które jest wyczyszczone i widzimy je przez ekran komputera. (…)

Cały wywiad Antoniego Opalińskiego z Martą Gardolińską, polską dyrygentką mieszkającą i pracującą w Wiedniu, pt. „Wiedeń – miasto klasyki, któremu się nie spieszy”, znajduje się na s. 15 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z Martą Gardolińską” na s. 15 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

W czerwcu 2017 zostałem więźniem politycznym za spokojną wypowiedź: sędzia zachowuje się dziś tak, jak sędziowie w PRL-u

Właśnie wyszedłem z więzienia. Dlaczego w czasach dobrej zmiany zbrodniarze komunistyczni i najwięksi aferzyści pozostają bezkarni, a działacz opozycji niepodległościowej zostaje pozbawiony wolności?

Adam Słomka

W ostatnie święta Wielkanocne byłem uwięziony w Areszcie Śledczym w Mysłowicach za noszenie czapki legionowej oficera Związku Strzeleckiego na procesie o rzekome znieważenie pomnika ruskich okupantów. Sędzia Michał Fijałkowski ukarał mnie karą porządkową aresztu za naruszenie powagi sądu! Trzeba przyznać, że to oryginalny pretekst. Kara taka jest w naszych sądach wymierzana w ułamku sekundy, arbitralnie przez sędziego (zainteresowanego) i natychmiast wykonywalna!

Natomiast w początku czerwca zostałem ponownie umieszczony, tym razem w areszcie katowickim, na podstawie kary porządkowej wymierzonej za… następującą spokojną wypowiedz podczas tego samego procesu o pomnik ruskich okupantów: sędzia zachowuje się dziś tak jak sędziowie w PRL-u. (…)

Więzienie przywrócono obecnie jako standardową represję w ramach kar porządkowych, co stało się charakterystycznym precedensem w rękach kasty niezdekomunizowanych sędziów III RP, podobnym do ich własnych praktyk stosowanych w końcowym PRL-u czy obecnie na Białorusi. (…) kara pozbawienia wolności w trybie kary porządkowej jest po prostu na terenie Unii Europejskiej nielegalna – jest jednak u nas i w Bułgarii stosowana nadal. (…)

W areszcie w Katowicach byłem obecnie osadzony w celi numer 114 –najmniejszej celi tego obiektu, o powierzchni tak małej, że nie mieści się tam poza składanym, mocowanym do ściany łóżkiem nawet krzesło! Nic dziwnego, bo to były karcer: Gestapo, NKWD i UB. Siedzieliśmy tam na zmianę ze śp. Sławkiem Skrzypkiem (zginął w Smoleńsku/Katyniu), karani przez trepa sadystę pod zarzutem umieszczania zdjęcia generała Jaruzelskiego wyciętego z prasy gadzinowej PRL w miejscu „prowokacyjnym” czyli… na muszli klozetowej. Były to przejawy prywatnej wojny internowanej braci górniczej, a my jako najmłodsi dostaliśmy za nich karę karceru. Tak historia zatoczyła koło. Trafiłem w znajome mury po 35 latach. Ale zmiana jednak zaszła: zamiast gołych desek pojawił się materac.

Mam nadzieję, że środowiska patriotyczne dopilnują zamiany tego aresztu w muzeum ofiar terroru komunistycznego, wzorem obiektu z ulicy Rakowieckiej w stolicy.

Katowicki areszt jest jeszcze bardziej złowrogi: tutaj zamordowano bodaj największą grupę Niezłomnych-Wyklętych. Tutaj też przez całą II wojnę światową intensywnie mordowała AK-owców gilotyna gestapo. Każdorazowo, jak piszę z aresztów listy do sądów, dodaję na kopercie dopisek „z miejsca uświęconego krwią tysięcy patriotów zamordowanych przez sędziów PRL, NKWD i UB”.

Dotychczas żaden z moich oprawców nie poniósł jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje czyny. Ani ten, który zabił moją Mamę, Krystynę Słomkę (płk SB Z. Zygadło), ani sędziowie i prokuratorzy chroniący towarzysza pułkownika przed odpowiedzialnością karną, ani ten, kto internował nas siedemnastolatków, ani ten kto relegował mnie z wilczym biletem z liceum w 1982 roku, ani ten, kto nakazał wyrzucenie z pracy, ani ten, kto zasądził zaoczną eksmisję całej mojej rodziny z mieszkania, ani ten, kto uwięził kierownictwo KPN na 2 lata na Rakowieckiej (sędzia Andrzej Kryże), ani ci, którzy pobili mnie w szpitalu gruźliczym aresztu na Rakowieckiej do nieprzytomności (funkcjonariusze ZOMO przebrani przez SB w mundury Służby Więziennej PRL), ani ten, kto nakazał konfiskatę samochodu za przewożenie „nielegalnych” książek Miłosza i Piłsudskiego…

Żaden komunistyczny siepacz nie został pociągnięty do jakiejkolwiek odpowiedzialności – ani karnej, ani nawet dyscyplinarnej. Bezkarność tamtych zbrodni rodzi kolejne patologie w III RP, rozzuchwala nadzwyczajną kastę i ich złodziejsko-komunistyczne zaplecze.

Cały artykuł Adama Słomki pt. „Historia zatoczyła koło” znajduje się na s. 11 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Słomki pt. „Historia zatoczyła koło” na s. 11 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Legion Śląski Armii Krajowej. Tworzyli go polscy patrioci, uciekinierzy z Górnego Śląska po klęsce wrześniowej

Było to nawet kilkadziesiąt tysięcy osób, w większości skupionych w Krakowie i okolicy. Zaczęto ich łączyć w struktury konspiracyjne, które stały się podstawą do sformowania Legionu Śląskiego AK.

Wojciech Kempa

Po klęsce wrześniowej wielu Górnoślązaków, byłych powstańców śląskich oraz osoby znane z aktywności społecznej i politycznej w okresie międzywojennym, w obawie przed terrorem niemieckim szukało schronienia w Polsce Centralnej. Po zakończeniu działań wojennych część z nich wróciła, ale sporo, obawiając się powrotu na Śląsk, pozostało na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

Nie wiadomo, o jak licznej grupie mówimy. W grę może wchodzić nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Był to przy tym element głęboko patriotyczny. Największe skupiska uchodźców górnośląskich powstały w Krakowie i okolicy.

Do tego doszli ludzie wysiedleni w ramach akcji „Saybusch Aktion”, wśród których było wielu zaprzysiężonych żołnierzy ZWZ, a także ludzie, którzy uciekali przed aresztowaniami po kolejnych wsypach dziesiątkujących szeregi konspiracji na terenie Okręgu Śląskiego ZWZ/AK.

W efekcie w zachodniej części Okręgu Krakowskiego przebywało wielu polskich patriotów przybyłych na ten teren z ternu Górnego Śląska, Zagłębia i Podbeskidzia. Ludzi tych zaczęto łączyć w struktury konspiracyjne, które stały się podstawą do sformowania Legionu Śląskiego Armii Krajowej, który garnizonowo podlegał Komendzie Okręgu Kraków, a operacyjnie Komendzie Okręgu Śląsk i na wypadek powstania miał być przerzucony na teren Okręgu Śląskiego. (…)

A jakie zadania przewidziano dla Legionu Śląskiego Armii Krajowej? Zajrzyjmy do pracy Zygmunta Waltera-Jankego:

W ramach planu „W” – od ogłoszenia stanu czujności – Legion przechodzi całkowicie do dyspozycji komendanta Okręgu Śląskiego. W zależności od sytuacji albo weźmie udział w walce na miejscu i po jej pomyślnym zakończeniu przejdzie na Śląsk, albo – jeśli to będzie możliwe – w chwili wybuchu walk ruszy natychmiast na Śląsk, wymijając miejscowe ogniska walki.

Aby wykonać to przesunięcie szybko, zawczasu opracuje plan opanowania i wykorzystania środków motorowych. Ruch ten wykona siłami co najmniej jednego uzbrojonego batalionu. Z chwilą ogłoszenia stanu czujności komendant Okręgu Śląskiego przyśle rozkaz, na rzecz jakiego ogniska walki użyty będzie Legion Śląski, i oficera z grupą dobrze znających teren przewodników. […]

Ze względu na dużą liczbę oficerów i podoficerów Legion Śląski miał charakter formacji kadrowej. Z tego też powodu komendant Okręgu Śląskiego zamierzał wykorzystać batalion Legionu Śląskiego na rzecz ogniska walki Oświęcim, gdzie można było liczyć na udział w walce dużej liczby więźniów, uwolnionych po rozbiciu obozu. Kadra dowódcza byłaby tam wtedy potrzebna i pożyteczna. Obóz leżał blisko Krakowa, czas miał duże znaczenie, walka o Oświęcim byłaby trudna. Ten wzgląd również przemawiał za skierowaniem tam Legionu Śląskiego. Gdyby Legion okazał się niepotrzebny w Oświęcimiu, miał być użyty do walki o Bielsko, gdzie przewidywano duże trudności ze względu na niemiecki charakter miasta.

(…) wydaje się prawdopodobne, iż na bazie Legionu Śląskiego, uzupełnionego uwolnionymi więźniami KL Auschwitz, zamierzano sformować dywizję piechoty. (…)

W Legionie Śląskim, z uwagi na stojące przed nim zadania, istniała wyspecjalizowana grupa motorowa, która podlegała jej kwatermistrzowi por. Janowi Suchodolskiemu ps. Suchy.

Niezależnie od tego w rejonie masywu Babiej Góry i Pasma Policy operowała kompania partyzancka Legionu Śląskiego, którą dowodził kpt. Wenancjusz Zych ps. Dziadek, Szary. (…)

W roku 1943 została zorganizowana Wojskowa Służba Kobiet Legionu Śląskiego AK. Powstała ona na bazie ogniw Szarych Szeregów Chorągwi Śląskiej, które zorganizowano w Krakowie. Harcerki zostały przeszkolone na kursie przysposobienia wojskowego i podzielone na trzy specjalności: sanitarną, gospodarczą i łączności. Jak zaznacza Zygmunt Walter-Janke, ten ostatni dział wykorzystywany był do zadań bieżących. Między innymi na dziewczętach Wojskowej Służby Kobiet opierała się łączność z oddziałem partyzanckim.

Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Legion Śląski Armii Krajowej”, znajduje się na s. 4 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Legion Śląski Armii Krajowej” na s. 4 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Spór o Puszczę Białowieską: bezinteresowni ekolodzy walczą ze złośliwymi gnomami, którym przewodzi minister Szyszko

Co każe poważnym naukowcom mijać się z prawdą? Nie mają w tym interesu materialnego. Najpewniej jest to efekt fobii antypisowskiej, na którą od lat cierpi znaczna część budżetowej inteligencji.

Henryk Krzyżanowski

Spór o Puszczę Białowieską rzekomi jej obrońcy próbują przedstawić jako walkę nauki z inżynierską ignorancją oraz konflikt między wyższą racją moralną a nikczemną chciwością.

Po jednej stronie mają być ekolodzy, czyli dobrzy i mądrzy ludzie, którzy najchętniej zostawiliby przyrodę swojemu biegowi. A po drugiej prof. Jan Szyszko i jego źli leśnicy – złośliwe gnomy, których zasadą postępowania jest „czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Groteskowość tego obrazu staje się szczególnie wyraźna, gdy zobaczyć, jak chętnie owi szlachetni ekolodzy sięgają po demagogię czy wręcz fałsz. Oto przykłady zaczerpnięte z wypowiedzi „zielonych” ekspertów z profesorskimi tytułami. Zamieszcza je internetowy portal „OKO”, którym kieruje red. Piotr Pacewicz, znany skądinąd pogromca polskiego Ciemnogrodu.

– Puszcza Białowieska jest prawdziwym skarbem, jest bowiem lasem, „który nie został posadzony przez człowieka”.

Cóż, dotyczy to bardzo niewielkich jej części, których nikt nie ma zamiaru niszczyć. Zaś świerkowe lasy, o które toczy się spór, to zwyczajne leśne nasadzenia – jak dziś widzimy, bardzo niefortunne, ale to inna kwestia.

– Dzięki biologicznemu bogactwu Puszczy mamy zachowanego żubra.

Wolne żarty, już w szkole podstawowej uczono mnie, że żubr, wytępiony w czasie I wojny światowej, został ponownie wprowadzony do Puszczy w okresie międzywojennym. Zresztą teraz ten żubr sprawia kłopoty, bo Puszcza zrobiła się dla niego za mała. (…)

Cały felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Puszcza jako wspólne zadanie” znajduje się na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Henryka Krzyżanowskiego pt. „Puszcza jako wspólne zadanie” na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego