„Kurier Wnet” 37/2017, Stefan Truszczyński – Witold Kieżun: Gorzko-słodkie wspomnienia z dzieciństwa na Kresach

Były możliwości, aby Polska sięgała dalej na wschód i została zrealizowana koncepcja Wielkiej Litwy z częścią białoruską, polską i litewską w unii z Polską Centralną. To był dobry pomysł Piłsudskiego.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

Dzieciństwo sielskie, anielskie?

Wspomnienia profesora Witolda Kieżuna o dzieciństwie na Wileńszczyźnie oraz o stosunkach narodowościowych na wschodzie przedwojennej Polski. O przeszłość pytał Stefan Truszczyński.

We wcześniejszych rozmowach wspominaliśmy różne okresy Pana życia – Afrykę, Pana pracę na wielu stanowiskach, mówiliśmy o strasznym czasie gułagów, ale należałoby zacząć od początku. Gdzie się Pan urodził, w jakiej rodzinie?

Moja rodzina od wieków mieszkała na Wileńszczyźnie. Urodziłem się w Wilnie. Mieszkaliśmy na jego przedmieściu, Zwierzyńcu. Mój ojciec był lekarzem, a w momencie moich urodzin – lekarzem wojskowym, oficerem. Codziennie przyjeżdżał konno żołnierz z drugim koniem, ojciec wsiadał na konia i jechał do szpitala.
Był bardzo znanym człowiekiem, także dlatego, że był bardzo wysoki – miał 2 metry wzrostu. W ówczesnych czasach to był fenomen. Ja mam metr dziewięćdziesiąt, niestety (śmiech) nie doszedłem do wzrostu ojca.

Ojciec był też filistrem Korporacji Polonia, bo skończył studia w Dorpacie, gdzie powstała ta korporacja, i brał udział w corocznej defiladzie 3 maja razem z całym korpusem. Zawsze niósł sztandar, ponieważ był najwyższy i silny. Imponował wszystkim, bo przechodząc przed wojewodą i dowództwem wojskowym, z generałem, trzymał ten ciężki sztandar jedną ręką. Wszyscy go oklaskiwali. W Wilnie był człowiekiem bardzo popularnym.

Poza tym leczył wiele osób.

Kiedy wyszedł już z wojska w 1927 roku, między innymi był lekarzem w gimnazjum im. Zygmunta Augusta. To było największe państwowe gimnazjum w Wilnie. Był bardzo zajęty – prowadził praktykę domową, pracował też w Kasie Chorych. Był lekarzem z zamiłowania, a poza tym miał swoje idee. Pisał książki; pierwsza, wydana przez niego w 1926 roku, nosiła tytuł „Dlaczego nie należy palić tytoniu”. Walczył niesłychanie z tytoniem i wszędzie interweniował.
Miał taką sytuację, która była powszechnie znana jako dobry kawał. Ojciec szedł po placu Katedralnym w Wilnie i zobaczył jakiegoś mężczyznę palącego cygaro. Podszedł do niego i mówi: – Niech pan daruje, że pana zaczepiam, ale chciałem się dowiedzieć, co to za cygaro. – Proszę pana, importuję te cygara z Hawany. – A ile to cygaro kosztuje? – 2 czy 4 złote. – Ile pan takich cygar wypala? – Zależy od dnia, dziennie nawet do dziesięciu. – A ile lat pan to pali? – Już dwadzieścia parę. Ojciec zaczyna szybko liczyć i mówi: Proszę pana, gdyby pan nie palił, a zbierał pieniądze, to ta piękna trzypiętrowa kamienica z ornamentami, która tu stoi, mogłaby być pańską własnością. A on na to: – Ja właśnie jestem właścicielem tej kamienicy.[related id=17161]

To zdarzenie stało się powszechnie znane. Trochę kpiono z ojca, że tak walczy z paleniem tytoniu. Nawet w naszym mieszkaniu w przedpokoju widniał duży napis: „Przepraszamy, u nas nie pali się tytoniu”.

Pracował w szkole, gdzie uczyli się bardzo znani potem pisarze i poeci.

Tak, skończyło ją wielu wybitnych ludzi. To była najlepsza szkoła wileńska, na bardzo wysokim poziomie. Ja uczyłem się tam tylko przez niecały pierwszy rok. Egzamin był bardzo trudny, daleko idąca selekcja itd. Wilno miało pod tym względem bardzo wysoki poziom, także Uniwersytet Wileński. To był bardzo poważny ośrodek kultury polskiej, bo oczywiście olbrzymia większość, 80% ludności, to byli Polacy, także bardzo duża grupa Żydów. Litwinów mówiących po litewsku było natomiast tylko 2%. Przy czym oczywiście my wszyscy pochodziliśmy jednak ze środowisk litewskich, tylko że proces polonizacji następował już w XVI, XVII wieku.

Czytałem, że Pana przodek walczył pod Grunwaldem.

Istotnie, mój kuzyn, profesor Gieysztor, historyk, będąc w Mińsku Litewskim znalazł bardzo ciekawe dokumenty dotyczące udziału w bitwie grunwaldzkiej ludności, która tam mieszkała. Jest tam wymieniony z nazwiska mój przodek, który się wyróżnił w walce.

Czy występuje jako Kieżun?

Nie, występuje jako Kieżunas Witoldas.

Czyli imię Witold przetrwało przez pokolenia.

Tak, przetrwało pokolenia, a z nazwiska potem zostało usunięte „as”.

Pana ojciec urodził się w Gruzji. Jak rodzina się tam znalazła?

Mój dziadek był uczestnikiem powstania styczniowego, miał wówczas 19 lat i został skazany na wywózkę na Syberię. Przez krótki czas pracował tam w kopalni, a potem przez 20 lat mieszkał w Tomsku, bo nie wolno mu było się stamtąd ruszyć. Po dwudziestu latach został ułaskawiony przez cara, odzyskał wolność, ale nie pozwolono mu zamieszkać na terenie ani Polski, ani Litwy. Wskazano mu miejsce zamieszkania na Kaukazie. Tam pracował tak jak w Tomsku – w urzędzie pocztowym; był nawet kierownikiem tego urzędu. I na Kaukazie umarł.

W Gruzji urodził się mój ojciec, jego brat i dwie siostry – czwórka Polaków. Zresztą tam było liczne osiedle polskie, właśnie takich dawniejszych skazańców. Była taka zasada, że po zwolnieniu Syberii dawny zesłaniec mógł się osiedlić. Jeśli chodzi o Polaków, to jako miejsce osiedlenia wyznaczano im właśnie Kaukaz, z daleka od Polski, bo chodziło o to, żeby się wynaradawiali. Ale tam było silne środowisko polskie, które utrzymywało stosunki towarzyskie.
Potem ojciec studiował w Dorpacie. To był uniwersytet, nawiasem mówiąc, niemiecki, gdzie był najwyższy poziom studiów medycznych.

Pański ojciec wcześnie zmarł i zostaliście sami.

Tak, ojciec był bardzo wysoki, ale niestety miał wadę serca. Codziennie musiał pół godziny–godzinę leżeć bez ruchu. Później przeżył straszną tragedię: mój straszy brat dostał zapalenia ślepej kiszki, miał bardzo bolesny atak, a ojciec był gdzieś u chorego poza Wilnem. Przyjechał wieczorem o siódmej, stwierdził, że to jest zapalenie ślepej kiszki, od razu zawiózł go do szpitala, ale okazało się, że nie ma chirurga. A ponieważ ojciec był przez wiele lat lekarzem, wprawdzie nie specjalistą chirurgiem, ale robił operacje żołnierzom w czasie wojny 1920 roku – wszystkie zabiegi wtedy robił – więc zdecydował się go zoperować. Okazało się jednak, że jest za późno. Nastąpiła perforacja i mój brat w nocy umarł.

To była straszna tragedia dla ojca. Tym bardziej, że powołano komisję lekarską, która stwierdziła, że ojciec nie był chirurgiem, tylko lekarzem chorób wewnętrznych. Oczywiście okazało się, że operacja była fachowo zrobiona, bo ojciec miał wprawę. Jednak to był początek jego dość silnego załamania psychicznego. Wada serca dołożyła swoje, tak że ojciec później miał trudności nawet z poruszaniem się, i bardzo szybko, mając 38 lat, umarł.

Cały ciężar wychowania spadł na matkę.

Było troje dzieci. Moja pierwsza siostra też tragicznie zmarła, mając parę lat. Bawiła się, uderzyła się pod stołem i dostała zapalenia mózgu. Wydarzenia potoczyły się podobnie jak z bratem. Ojciec przyjechał za późno i siostra wkrótce też umarła. Tak więc matka straciła dwoje dzieci i męża. W tej sytuacji zdecydowała się przenieść do Warszawy i tak zrobiła.

Nie mówiliśmy jeszcze o miłym i ważnym dla Pana okresie dzieciństwa na Wileńszczyźnie – pośród krewnych, kiedy bywał Pan w różnych majątkach…

Mój ojciec pochodził z tak zwanej szlachty zagrodowej. To byli posiadacze niedużych kawałków ziemi, mieszkali w jednej wsi, wszyscy nosili to samo nazwisko, ale byli szlachcicami – w związku z tym kobiety pracowały w rękawiczkach (śmiech).

Wydarzyła się wielka sensacja: wraca Sybirak, powstaniec styczniowy, żeby zamieszkać w Polsce. Oczywiście zapraszają go wszyscy właściciele polskich majątków. Zajechał do Karłowszczyca, który był majątkiem Habdank-Wojewódzkich, bardzo dużym majątkiem, parę tysięcy hektarów, z bogatą tradycją. Byli bardzo dumni z przydomku Habdank.

Jak powstał ten przydomek?

Przydomek powstał za czasów księcia Bolesława Krzywoustego, który jednego z tych, których dziś nazywamy Wojewódzkimi, wysłał z misją do cesarza niemieckiego. Cesarz chciał mu zaimponować bogactwem i mówi: pokażę ci, jakie mam wspaniałe dobra. Zaprowadził go do skarbca, tam kazał otworzyć jakąś skrzynię pełną złotych monet i pierścionków. A ten zdjął swój złoty sygnet i rzucił go do skrzyni ze słowami: wobec tego ja powiększę ten majątek. Na to cesarz odpowiedział: Ich habe dank – dziękuję. „Habdank”.

Poseł wrócił i zdał relację Krzywoustemu. A książę powiedział: w takim razie ja nadaję ci tytuł szlachecki Habdank. Tak zostali Habdankami i bardzo pilnowali tego przydomka. Zawsze przedstawiali się: Habdank-Wojewódzki, to była ich duma…

Jak układały się stosunki Polaków, którzy stanowili większość na Wileńszczyźnie, z Litwinami?

Litwinów była bardzo mała grupa. To było tylko 2% ludności, że tak powiem – nieinteligenckiej. Dozorca domu, w którym mieszkaliśmy, był Litwinem i był szewc Litwin. Ja się bawiłem z córkami tego dozorcy. One chodziły do polskiej szkoły, mówiły dobrze po polsku, ale między sobą i w domu mówiły po litewsku.
Granica z Litwą była zamknięta i istniała wrogość ze strony litewskiej, ale w Wilnie tego nie odczuwaliśmy. W Wilnie mieszkała mała grupa Litwinów, która nie przejawiała aktywności politycznej. Natomiast Litwa Kowieńska była nieprzyjazna, zamknięta. Wielu Polaków na Wileńszczyźnie miało krewnych na terenie Litwy i w odwiedziny jeździło się przez Łotwę, bo granica z Litwą była zamknięta chyba aż do ’39 roku…

To było bardziej na północ. Z kolei bardziej na południe leżała część litewsko-białoruska.

Tak, całe sąsiednie województwo nowogródzkie. Ludność wiejska to była ludność mówiąca po białorusku, prawosławna. Język białoruski jest językiem pośrednim między polskim i rosyjskim, że tak powiem. Co ciekawe – stare babcie miały książeczki do nabożeństwa katolickie, bo dopiero prawosławna władza rosyjska wprowadziła tam prawosławie. Tak, że tam istniały tradycje katolickie, ale oczywiście to było zupełnie odrębne środowisko.
W czasie naszej polskiej niepodległości powstało gimnazjum w Nieświeżu, które stwarzało rozmaite ułatwienia w nauce dla młodzieży białoruskiej. Była więc nawet duża liczba urzędników Białorusinów, którzy mówili dobrze po polsku.

Z drugiej strony dawała się tam odczuć silna agitacja radziecka. Nie można było spokojnie słuchać stacji radiowej w Mińsku, bo ciągle nadawała apele do Białorusinów: przyjdzie czas, że polskich panów my tutaj zastąpimy, przyjdziemy, damy wam wolność – ta propaganda była bardzo silna. Poza tym do 1927–28 roku na polskie dwory stale napadały bandy ze Związku Radzieckiego. Wszyscy byli w stanie ciągłej gotowości: ludzie uzbrojeni, zamykało się na noc piwnice. Taka była sytuacja na pograniczu radzieckim na Białorusi…

A czy w tym pasie Litwy, który dzięki buntowi Żeligowskiego został przy Polsce, też odczuwało się takie napięcia?

To była kapitalna koncepcja Piłsudskiego: Litwa składająca się z trzech części – Litwy Kowieńskiej z językiem litewskim na północy, Litwy Środkowej z Wilnem i Litwy Wschodniej – Mińsk, Mińsk Litewski z Białorusią; państwa litewsko-białoruskiego w unii z Polską.

Niestety to się nie udało. Była szansa, żeby zachować Białoruś z Mińskiem Litewskim – po wojnie 1920 roku w czasie konferencji pokojowej w Rydze projekt radziecki przewidywał Polskę właśnie z Mińskiem Litewskim. Ale wtenczas przewodniczącym naszej komisji był reprezentant, już teraz nie pamiętam nazwiska, ale Narodowej Demokracji, która głosiła hasło „Polska dla Polaków”: Polska ma być tam, gdzie jest większość Polaków. I z tego tylko powodu myśmy po prostu się nie zgodzili na znacznie lepsze propozycje radzieckie. Na wschodzie, na Białorusi i dalej, na Ukrainie, została masa Polaków.

A później była ta olbrzymia stalinowska akcja w latach trzydziestych. Sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków zostało pomordowanych. Wszystkich, którzy mieli polskie nazwiska, nawet członków partii komunistycznej – wszystkich wymordowano. A były możliwości, żeby Polska sięgała dalej na wschód i została zrealizowana koncepcja Wielkiej Litwy z częścią białoruską, polską i litewską w unii z Polską Centralną. To był dobry pomysł Piłsudskiego.

Jak Pan wspomina poglądy, sposób myślenia, rozmowy ludzi, którzy pojawiali się wtedy w Waszym domu albo spotykanych w majątkach osób zaprzyjaźnionych czy krewnych?

Polacy reprezentowali tam bardzo wysoki poziom patriotyzmu. W naszym mieszkaniu np. wisiał portret Piłsudskiego i obok duży, biały orzeł polski. Demonstracja polskości była bardzo wyraźna. Poza tym Piłsudski przyjeżdżał z reguły do Wilna na swoje imieniny w marcu. Zawsze odbywała się wielka uroczystość.

Później mój dziadek zbankrutował – te majątki bankrutowały – i sprzedał swój majątek Pikieliszki Komitetowi Ziemi Wileńskiej. Komitet kupił majątek mojego dziadka i ofiarował go Piłsudskiemu. W tej chwili tam jest muzeum Piłsudskiego – rząd litewski zgodził się na to. Jest tam ładny, stary dwór. Były w nim też bardzo ładne, stare meble. Ale Piłsudski powiedział, że on takich nie lubi, on chce proste meble i te stare zabrał mój ojciec. Tak, że myśmy mieli bardzo piękne meble, które potem przewieźliśmy do Warszawy, ale wszystko zginęło, nasz dom wyleciał w powietrze, cały został zniszczony w czasie powstania warszawskiego.

Jak Pan wspomina stosunek pańskich krewnych, tych osób, z którymi Pan się stykał, do Litwinów? W ogóle do spraw litewskich.

Muszę powiedzieć, że wrogość ze strony Litwinów była tak ostra, że siłą rzeczy wzbudzała podobną odpowiedź. Ale z drugiej strony – kiedyś były zupełnie inne stosunki. To jest wielka szkoda, ale to wiąże się między innymi z konfliktem jednak stanowym. Mam na myśli to, że cała szlachta litewska się spolonizowała, i to wcześnie. W związku z tym zostało tylko chłopstwo, bardzo prymitywne.

Niektórym Litwinom udawało się zostać księżmi, i to właśnie trzech księży litewskich w połowie XIX wieku w Wilnie założyło pismo w języku litewskim, przypominające, że my jesteśmy – większość ludności – litewskiego pochodzenia. I to był początek konfliktu polsko-litewskiego, również stanowego, bo to było środowisko biedoty.

Dość nawet liczna grupa już spolonizowanych Litwinów przypomniała sobie o swoim pochodzeniu. W dużym stopniu był to konflikt między tymi Litwinami, którzy wiele wieków temu spolonizowali się i byli polską szlachtą, i Litwinami mówiącymi w dalszym ciągu po litewsku.

Zresztą trzeba sobie przypomnieć „Potop” Sienkiewicza. Jest na początku taka scena, że Oleńka siedzi ze swymi towarzyszkami wieczorem i przychodzi Litwin, żeby napalić w piecu. Tak, że ten mówiący po litewsku robotnik do palenia w piecu to Litwin. Był więc również konflikt tego typu.
Co ciekawe, język litewski jest najstarszym językiem europejskim. Poza tym w pewnym okresie Litwa, Wielkie Księstwo Litewskie było potężniejsze niż Polska.

No tak, tylko że miało jednego żołnierza na ileś tysięcy kilometrów kwadratowych…

To prawda, ale to moim zdaniem wielka szkoda, że teraz to wszystko tak wygląda.

Rozmawiałem kiedyś z rzeźbiarzem litewskim, który tłumaczył mi, że jeśli panna wychodzi za mąż, to wnosi swój posag mężowi, czyli tak jakby Jadwiga powinna oddać wszystko Jagielle.

Praktycznie tak to było.

Tak wspominają to Litwini. A jeszcze była duża grupa Żydów…

Żydzi w Wilnie mieszkali w większości w tzw. dzielnicy niemieckiej, bo tam główna ulica nazywała się Niemiecka. To byli Żydzi wyrzuceni z Rosji, mówili po rosyjsku. Ich olbrzymia większość ulokowała się na terenie Wileńszczyzny.

A jaki był ich stosunek do Rosjan i do Polaków?

W Wilnie była duża grupa Żydów, chyba z 15% ludności. Oni byli zupełnie obcy kulturowo, obcy religijnie, a jednocześnie językowo. Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, jeździło się do tej dzielnicy na zakupy, bo tam było mnóstwo sklepów z odzieżą, takich, siakich…

I prawdopodobnie taniej.

Tak, wszystko było taniej. Miałem 5 lat, jak przyszedłem z matką do sklepu i usłyszałem, jak rozmawiała tam po rosyjsku. Pamiętam, jaki byłem zaskoczony, a mama wyjaśniła mi: to jest Żyd rosyjski, Rosjanie go wyrzucili.

Młodsze pokolenie już zapomniało, ale muszę powiedzieć, że właśnie w tym środowisku żydowskim były grupy prokomunistyczne. Był taki incydent, kiedy Piłsudski wjeżdżał po zwycięstwie 1920 roku do Wilna, że rzucono jakiś granat z wysokiego piętra, który szczęśliwie nikomu nie zrobił krzywdy. Okazało się, że to była jakaś komunistyczna grupa żydowska.

Ale generalnie Żydzi popierali chyba Piłsudskiego?

Bardzo. Piłsudski miał, moim zdaniem, bardzo prawidłowe relacje z Żydami. W Pierwszej Brygadzie Piłsudskiego była pewna grupa Żydów, mieliśmy nawet generała Żyda. Marszałek był nastawiony bardzo wyraźnie na zwalczanie antysemickich postaw.

Przejdźmy do momentu, kiedy przeprowadził się Pan z matką do Warszawy na Żoliborz.

Kiedy się przeprowadziliśmy, był rok 1931. Chodziłem potem do gimnazjum Poniatowskiego. Oczywiście wszyscy koledzy nazywali mnie „Litwin”, bo przecież ja zaciągałem, a oni mnie przedrzeźniali. Zagroziłem, że jak kto mnie nazwie Litwinem, to dostanie. Bardzo szybko stałem się najwyższy w klasie, więc miałem autorytet.
Mama pracowała, była lekarzem szkolnym w gimnazjum im Aleksandry Piłsudskiej i lekarzem dentystą, prowadziła gabinet dentystyczny.
W Warszawie zdałem maturę i tam, na Żoliborzu, zastał mnie wybuch wojny. Ale to już zupełnie inny etap mojego życia.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z prof. Witoldem Kieżunem pt. „Dzieciństwo sielskie, anielskie?”, znajduje się na s. 18 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z prof. Witoldem Kieżunem pt. „Dzieciństwo sielskie, anielskie?” na s. 18 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dzieciństwo sielskie, anielskie? Witold Kieżun o dzieciństwie na Wileńszczyźnie i stosunkach narodowościowych na Kresach

Były możliwości, aby Polska sięgała dalej na wschód i została zrealizowana koncepcja Wielkiej Litwy z częścią białoruską, polską i litewską w unii z Polską Centralną. To był dobry pomysł Piłsudskiego.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

Moja rodzina od wieków mieszkała na Wileńszczyźnie. Urodziłem się w Wilnie. Mieszkaliśmy na jego przedmieściu, Zwierzyńcu. Mój ojciec był lekarzem, a w momencie moich urodzin – lekarzem wojskowym, oficerem. Codziennie przyjeżdżał konno żołnierz z drugim koniem, ojciec wsiadał na konia i jechał do szpitala. (…)

Ojciec był też filistrem Korporacji Polonia, bo skończył studia w Dorpacie, gdzie powstała ta korporacja, i brał udział w corocznej defiladzie 3 maja razem z całym korpusem. Zawsze niósł sztandar, ponieważ był najwyższy i silny. Imponował wszystkim, bo przechodząc przed wojewodą i dowództwem wojskowym, z generałem, trzymał ten ciężki sztandar jedną ręką. Wszyscy go oklaskiwali. W Wilnie był człowiekiem bardzo popularnym. (…)

Mój ojciec pochodził z tak zwanej szlachty zagrodowej. To byli posiadacze niedużych kawałków ziemi, mieszkali w jednej wsi, wszyscy nosili to samo nazwisko, ale byli szlachcicami – w związku z tym kobiety pracowały w rękawiczkach (śmiech). (…)

Litwinów była bardzo mała grupa. To było tylko 2% ludności, że tak powiem – nieinteligenckiej. Dozorca domu, w którym mieszkaliśmy, był Litwinem i był szewc Litwin. Ja się bawiłem z córkami tego dozorcy. One chodziły do polskiej szkoły, mówiły dobrze po polsku, ale między sobą i w domu mówiły po litewsku.

Granica z Litwą była zamknięta i istniała wrogość ze strony litewskiej, ale w Wilnie tego nie odczuwaliśmy. W Wilnie mieszkała mała grupa Litwinów, która nie przejawiała aktywności politycznej. Natomiast Litwa Kowieńska była nieprzyjazna, zamknięta. Wielu Polaków na Wileńszczyźnie miało krewnych na terenie Litwy i w odwiedziny jeździło się przez Łotwę, bo granica z Litwą była zamknięta chyba aż do ’39 roku… (…)

Z drugiej strony dawała się tam odczuć silna agitacja radziecka. Nie można było spokojnie słuchać stacji radiowej w Mińsku, bo ciągle nadawała apele do Białorusinów: przyjdzie czas, że polskich panów my tutaj zastąpimy, przyjdziemy, damy wam wolność – ta propaganda była bardzo silna. Poza tym do 1927–28 roku na polskie dwory stale napadały bandy ze Związku Radzieckiego. Wszyscy byli w stanie ciągłej gotowości: ludzie uzbrojeni, zamykało się na noc piwnice. Taka była sytuacja na pograniczu radzieckim na Białorusi…

To była kapitalna koncepcja Piłsudskiego: Litwa składająca się z trzech części – Litwy Kowieńskiej z językiem litewskim na północy, Litwy Środkowej z Wilnem i Litwy Wschodniej – Mińsk, Mińsk Litewski z Białorusią; państwa litewsko-białoruskiego w unii z Polską.

Niestety to się nie udało. Była szansa, żeby zachować Białoruś z Mińskiem Litewskim – po wojnie 1920 roku w czasie konferencji pokojowej w Rydze projekt radziecki przewidywał Polskę właśnie z Mińskiem Litewskim. Ale wtenczas przewodniczącym naszej komisji był reprezentant, już teraz nie pamiętam nazwiska, ale Narodowej Demokracji, która głosiła hasło „Polska dla Polaków”: Polska ma być tam, gdzie jest większość Polaków. I z tego tylko powodu myśmy po prostu się nie zgodzili na znacznie lepsze propozycje radzieckie. Na wschodzie, na Białorusi i dalej, na Ukrainie, została masa Polaków.

A później była ta olbrzymia stalinowska akcja w latach trzydziestych. Sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków zostało pomordowanych. Wszystkich, którzy mieli polskie nazwiska, nawet członków partii komunistycznej – wszystkich wymordowano. A były możliwości, żeby Polska sięgała dalej na wschód i została zrealizowana koncepcja Wielkiej Litwy z częścią białoruską, polską i litewską w unii z Polską Centralną. To był dobry pomysł Piłsudskiego. (…)

Polacy reprezentowali tam bardzo wysoki poziom patriotyzmu. W naszym mieszkaniu np. wisiał portret Piłsudskiego i obok duży, biały orzeł polski. Demonstracja polskości była bardzo wyraźna. Poza tym Piłsudski przyjeżdżał z reguły do Wilna na swoje imieniny w marcu. Zawsze odbywała się wielka uroczystość.

Później mój dziadek zbankrutował – te majątki bankrutowały – i sprzedał swój majątek Pikieliszki Komitetowi Ziemi Wileńskiej. Komitet kupił majątek mojego dziadka i ofiarował go Piłsudskiemu. W tej chwili tam jest muzeum Piłsudskiego – rząd litewski zgodził się na to. Jest tam ładny, stary dwór. Były w nim też bardzo ładne, stare meble. Ale Piłsudski powiedział, że on takich nie lubi, on chce proste meble i te stare zabrał mój ojciec. Tak, że myśmy mieli bardzo piękne meble, które potem przewieźliśmy do Warszawy, ale wszystko zginęło, nasz dom wyleciał w powietrze, cały został zniszczony w czasie powstania warszawskiego.

Muszę powiedzieć, że wrogość ze strony Litwinów była tak ostra, że siłą rzeczy wzbudzała podobną odpowiedź. Ale z drugiej strony – kiedyś były zupełnie inne stosunki. To jest wielka szkoda, ale to wiąże się między innymi z konfliktem jednak stanowym. Mam na myśli to, że cała szlachta litewska się spolonizowała, i to wcześnie. W związku z tym zostało tylko chłopstwo, bardzo prymitywne.

Niektórym Litwinom udawało się zostać księżmi, i to właśnie trzech księży litewskich w połowie XIX wieku w Wilnie założyło pismo w języku litewskim, przypominające, że my jesteśmy – większość ludności – litewskiego pochodzenia. I to był początek konfliktu polsko-litewskiego, również stanowego, bo to było środowisko biedoty.

Dość nawet liczna grupa już spolonizowanych Litwinów przypomniała sobie o swoim pochodzeniu. W dużym stopniu był to konflikt między tymi Litwinami, którzy wiele wieków temu spolonizowali się i byli polską szlachtą, i Litwinami mówiącymi w dalszym ciągu po litewsku.

Zresztą trzeba sobie przypomnieć „Potop” Sienkiewicza. Jest na początku taka scena, że Oleńka siedzi ze swymi towarzyszkami wieczorem i przychodzi Litwin, żeby napalić w piecu. Tak, że ten mówiący po litewsku robotnik do palenia w piecu to Litwin. Był więc również konflikt tego typu.

Co ciekawe, język litewski jest najstarszym językiem europejskim. Poza tym w pewnym okresie Litwa, Wielkie Księstwo Litewskie było potężniejsze niż Polska.

Cały wywiad Stefana Truszczyńskiego z prof. Witoldem Kieżunem pt. „Dzieciństwo sielskie, anielskie?”, znajduje się na s. 18 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z prof. Witoldem Kieżunem pt. „Dzieciństwo sielskie, anielskie?” na s. 18 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Od 5 lat trwa walka o odbudowanie w Poznaniu Pomnika Wdzięczności – wotum narodu, zburzonego przez Niemców w 1939 r.

Figura Chrystusa od zaraz stała się miejscem, do którego pielgrzymują poznaniacy i Wielkopolanie. Będzie tam stała do czasu uroczystego przewiezienia jej do odbudowanego korpusu Pomnika Wdzięczności.

Stanisław Mikołajczak

Temat odbudowy Pomnika docierał do opinii publicznej – i mimo iż nie zyskał przychylności większości mediów – stale w nich istniał, przyczyniając się do stałego poszerzania kręgów ludzi, którzy o pomniku się dowiadywali. W mediach poznańskich (ale też i w ogólnopolskich) ukazało się kilkanaście artykułów, notatek, audycji, wywiadów, komentarzy, w których była mowa o odbudowie Pomnika.

Szczególnie ważna była półgodzinna, prowadzona na żywo audycja TVP INFO spod figury Chrystusa, z której cała Polska mogła dowiedzieć się o naszej inicjatywie i trudnościach z jej realizacją. Dzisiaj możemy powtórzyć opinię sformułowaną w sprawozdaniu z działalności przez pierwsze lata, że „nie ma Wielkopolanina, który choć trochę interesuje się życiem publicznym w Wielkopolsce, który nie słyszał o Pomniku i propozycji jego odbudowy.

Przy różnym stopniu akceptacji idei odbudowy pomnika: od negacji – po entuzjastyczną akceptację, szczególnie dla nas cenne są reakcje najstarszych mieszkańców Poznania i Wielkopolski, którzy Pomnik pamiętają, oraz rodzin powstańczych. Dziś możemy powiedzieć, że – według naszego rozeznania – większość społeczności Poznania i Wielkopolski opowiada się za odbudową Pomnika”. (…)

Niezwykle ważnym elementem upowszechniania wiedzy o idei odbudowy pomnika i konkretnych działaniach Komitetu jest cykliczne prezentowanie wystawy w kolejnych parafiach Poznania i okolicy. Dwutygodniowa obecność wystawy w kościele parafialnym daje okazję do zapoznania się z historią pomnika, a prezentowany film i prelekcja dodatkowo informują o aktualnym stanie starań o odbudowę monumentu.

Tej działalności wystawienniczo-prezentacyjnej towarzyszy rozprowadzanie cegiełek, figurek Chrystusa, podkładek pod myszkę i grafik z Pomnikiem Wdzięczności – poszerza to krąg osób bezpośrednio, także materialnie wspierających odbudowę; w rodzinach pozostają pamiątki związane z pomnikiem, a Komitet wzbogaca się o spory zasób finansowy. (…)

Kolejna ważna akcja promocyjna – to wymyślony i prowadzony przez dr Jolantę Hajdasz Konkurs wiedzy o Pomniku dla młodzieży szkolnej od 1. klasy po liceum. W trzeciej edycji konkursu wzięło udział 250 uczniów z 31 szkół; wręczono nagrody w 3 grupach wiekowych. Sama uroczystość wręczenia nagród odbyła się podczas koncertu niepodległościowego organizowanego przez AKO, który po raz pierwszy w 2016 roku miał mutację szkolną i odbył się w auli Zespołu Szkół Handlowo-Ekonomicznych przy ul. Śniadeckich. Nagrody ufundowało AKO SKOPW, kuratorium oświaty, Stowarzyszenie Wierni Polsce.

Efekty konkursu były bardzo interesujące, prace ciekawe, a te nagrodzone – naprawdę dobre. Przewodniczącym jury był prof. Uniwersytetu Artystycznego Grzegorz Nowicki. (…)

Jednak najważniejszym wydarzeniem 2016 roku było przywiezienie do Poznania figury Chrystusa, która odlana w podkrakowskich Szczyglicach przez Michała Batkiewicza, ponad rok czekała na możliwość godnego i uroczystego sprowadzenia jej do Poznania. Przez ten rok figura była przechowywana, a właściwie pięknie eksponowana na terenie posesji/pracowni rzeźbiarza Michała Batkiewicza w Szczyglicach – tłumnie odwiedzana i podziwiana; ze zgorszeniem mówiono: Poznań nie chce Chrystusa! (…)

Wielką pomoc w przetransportowaniu i ustawieniu figury Chrystusa okazało nam wojsko polskie. Nastąpiło to z inicjatywy wiceministra Obrony Narodowej prof. Wojciecha Fałkowskiego, który zaproponował pomoc wojska, kiedy w czasie rozmowy przedstawiłem mu ideę i realizację odbudowy Pomnika i miejsce figury Chrystusa w tym pomniku. Jednostka saperów z Opola przewiozła figurę ze Szczyglic do Poznania, a lotnicy z Krzesin ustawili ją i cokół na terenie parafii. (…)

Uroczyste odsłonięcie i poświęcenie figury Chrystusa nastąpiło 3 czerwca 2016 roku w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Poświęcenia dokonał JE ks. abp Stanisław Gądecki, metropolita poznański, który wygłosił okolicznościową homilię. W uroczystości wziął udział także minister Obrony Narodowej Antoni Macierewicz. W podniosłym, patriotycznym przemówieniu oddał hołd powstańcom wielkopolskim i gorąco wsparł ideę odbudowy pomnika. Przemówił także Prezes SKOPW, prof. Stanisław Mikołajczak.

W uroczystości uczestniczył wojewoda poznański, gen bryg. pil. Dariusz Malinowski i liczni przedstawiciele instytucji państwowych i stowarzyszeń. Udział wzięły także tysiące mieszkańców Poznania i Wielkopolski. Przed figurą Chrystusa stanęła wojskowa warta honorowa, kompania honorowa, orkiestra Sił Powietrznych Polski; odbyła się także krótka część artystyczna. Uroczystość poprzedziła msza św. w kościele, a po uroczystości zebrani wzięli udział w procesji Serca Pana Jezusa z kościoła św. Floriana na plac Adama Mickiewicza.

Fizyczny powrót figury Chrystusa – serca Pomnika Wdzięczności – jest ważnym momentem w staraniach o odbudowę pomnika. Figura Chrystusa od zaraz stała się miejscem, do którego pielgrzymują poznaniacy i Wielkopolanie. Będzie tam stała do czasu uroczystego przewiezienia jej do odbudowanego korpusu Pomnika Wdzięczności. (…)

Komitet, zwłaszcza Zarząd, znajduje się w trudnej psychologicznie sytuacji totalnej niemożności pokonania nieracjonalnego, wręcz absurdalnego oporu Prezydenta Miasta i niemożności prowadzenia realnych prac służących odbudowie Pomnika.

Dlatego całą energię Zarząd skupia na upowszechnianiu i podtrzymywaniu determinacji tej części społeczności Poznania i Wielkopolski, która ideę odbudowy uznała za swoją – chodzi nam o poszerzanie tej grupy osób.

Dzisiaj, z perspektywy ponad pięciu lat prac Komitetu, możemy z goryczą stwierdzić, że opór stawiany przez władze miasta jest dla nas zupełnie niezrozumiały, a w świetle idei, która przyświeca odbudowie Pomnika Wdzięczności, wręcz antypolski, gdyż jest to teraz już świadome podtrzymywanie decyzji okupanta niemieckiego o usunięciu z Poznania symbolu polskich dążeń niepodległościowych.

Artykuł Stanisława Mikołajczaka „Pięć lat walki o przywrócenie Pomnika Wdzięczności” znajduje się na s. 4 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Stanisława Mikołajczaka „Pięć lat walki o przywrócenie Pomnika Wdzięczności” na ss. 4 i 5 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy polski śmigłowiec wzleci w przestworza? Zmarnowano ogromny wysiłek i wielkie ambicje wspaniałych polskich inżynierów

Kolejny statek powietrzny projektowany w Instytucie Lotnictwa w Warszawie został spisany na straty i pewno już nigdy nie zostanie sprzedany, a szkoda, bo było już na niego kilku klientów z zagranicy.

Roman Nowakowski

Dzisiaj, kiedy trwają dyskusje na temat zakupu śmigłowców dla Sił Zbrojnych RP (SZRP), kiedy mowa jest o wydaniu na ten cel kolejnych miliardów złotych wypracowanych przez polskich podatników, warto wspomnieć o polskim śmigłowcu, który mógł być sztandarowym wyrobem polskiego przemysłu lotniczego, a którego historia rozwoju potoczyła się podobnie do wielu innych dzieł polskiej myśli technicznej w naszej Ojczyźnie, wcale nie dlatego, że były złe, lecz dlatego, że o ich losach zdecydowali nieodpowiedni ludzie zajmujący stanowiska decydentów, których to ludzi można śmiało nazywać szkodnikami polskiego przemysłu (w tym przypadku lotniczego).

Projekt śmigłowca ILX-27 rozpoczął się pod koniec roku 2008. Celem było stworzenie nowego śmigłowca bezzałogowego, w którym można było wykorzystać niektóre podzespoły z poprzedniego programu rozwijanego w Instytucie Lotnictwa, tj. dwuosobowego śmigłowca IS-2.

Ten śmigłowiec zakończył żywot podobnie jak inne konstrukcje rozwijane w Instytucie Lotnictwa, tzn. nie został wdrożony do produkcji, pieniądze zmarnowano i dzisiaj nikt o tym już nie pamięta i nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za niegospodarność. A szkoda. (…)

Projekt nowego śmigłowca wziął udział w konkursie, wtedy jeszcze KBN-owskim, i uzyskał 100% dofinansowanie w kwocie 18 mln zł – o ok. 5 mln zł mniej niż planowano na początku. Ażeby rozpocząć program budowy śmigłowca przy zmniejszonych kosztach, należało ograniczyć zakres badań. Zrezygnowano więc z badań zmęczeniowych struktury nowej konstrukcji. Były to śmiesznie małe pieniądze jak na tak poważny projekt.

Proszę porównać, jakie planowano wydać pieniądze na zakup śmigłowców dla naszej armii – ok. 10 miliardów zł, tj. ok. 10 000 milionów zł! (10 mld. brzmi mało, ale już 10 000 mln zł brzmi dużo poważniej), z kosztem budowy od zera demonstratora latającego ILX-27, wynoszącym tylko 18 mln zł. (…)

Na początku szefem projektu został jego autor, dr hab. inż. Zbigniew Wołejsza, który był jednocześnie dyrektorem Centrum Nowych Technologii w Instytucie Lotnictwa. Po uruchomieniu programu dyrektor Instytutu odsunął go od zarządzania programem i szefem programu mianował jednego ze swoich dobrych znajomych, byłego podsekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki.

Po ośmiu miesiącach realizacji projektu okazało się, że dokumentacja techniczna struktury nowego śmigłowca nie będzie wykonana w terminie, a kolejny termin zakończenia tego etapu jest nieznany.

Wówczas, a było to w maju 2009 roku, odszedł mianowany przez W. Wiśniowskiego szef programu i dyr. Z. Wołejsza podjął się przeorganizowania zespołu. Na nowo, jako Przewodniczący Komitetu Sterującego, zaczął kierować całym programem budowy śmigłowca ILX-27 razem z kierownikiem projektu, prof. dr. hab. inż. Kazimierzem Szumańskim. Wówczas także na stanowisko głównego konstruktora śmigłowca został powołany młody, ambitny i bardzo zdolny inżynier Paweł Guła.

Program śmigłowca tak naprawdę ruszył wówczas od początku i nareszcie zaczął być realizowany zgodnie z przyjętymi założeniami. Na nowo stworzono projekt techniczny śmigłowca, a produkcja jego głównych podzespołów została podjęta przez małe polskie zakłady lotnicze na południu Polski, m.in. Zakłady Lotnicze „3Xtrim” i Zakład Szybowcowy „Jeżów”. Współpraca z nimi układała się doskonale.

Po dwóch latach intensywnej, ciężkiej pracy pracowników CNT ILot, ITWL oraz WZL-1 zadanie budowy pierwszego demonstratora lotnego zostało zakończone i w październiku 2012 roku odbył się pierwszy oblot śmigłowca ILX-27 na poligonie w Zielonce. Specjaliści z ITWL, odpowiedzialni za system sterowania śmigłowca, także doskonale wykonali swoje zadanie. Śmigłowiec zachowywał się w powietrzu bardzo dobrze.

Po tym sukcesie śmigłowiec ILX-27 po raz pierwszy został zaprezentowany na wspomnianej już Międzynarodowej Wystawie Lotniczej ILA’2012 w Berlinie, gdzie spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Rozpoczęto rozmowy o sprzedaży śmigłowców do Turcji, Macedonii, Izraela, Indii.

Prace nad doskonaleniem śmigłowca prowadzono intensywnie przez kolejny, 2013 rok, i we wrześniu 2013 r. śmigłowiec ILX-27 został pokazany na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego (MSPO) w Kielcach, gdzie konsorcjum w składzie ILOT, ITWL oraz WZL-1 otrzymało wyróżnienie Ministra Obrony Narodowej wraz z nagrodą – symboliczną szablą. (…)

Od tamtego czasu minęło już 3 lata i… cisza. Czasami śmigłowiec ILX-27 bywa pokazywany na jakiejś wystawie (ostatnio we wrześniu 2016 r. na MSPO w Kielcach), lecz na pytanie dotyczące produkcji nikt nie jest w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi. Konsorcjum zawiesiło swoją działalność i niechętnie wypowiada się na temat „byłego sukcesu”.

Przypomnijmy, że tak naprawdę konstrukcja ta jako demonstrator latający powstała w ciągu zaledwie 2 lat (1 rok z planowanych 3 lat w wyniku nieudacznych decyzji W. Wiśniowskiego został zmarnowany).

Kolejny statek powietrzny projektowany w Instytucie Lotnictwa w Warszawie został spisany na straty i pewno już nigdy nie zostanie skomercjalizowany, a szkoda, bo było już na niego kilku klientów z zagranicy.

Cały artykuł Romana Nowakowskiego pt. „Czy polski śmigłowiec wzleci w przestworza?” znajduje się na s. 2 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Romana Nowakowskiego pt. „Czy polski śmigłowiec wzleci w przestworza?” na s. 2 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Musimy przyzwyczaić się do zamachów”. Zaklęcia poprawnych politycznie elit brzmią w uszach społeczeństw jak stek bzdur

Żadne siły wywiadowcze, choćby najlepsze, nie udaremnią wszystkich szalonych pomysłów ekstremistów islamskich, zdobywających kolejne przyczółki Europy mierzone liczbą niewinnych, przypadkowych ofiar.

Małgorzata Szewczyk

Tym, co łączy dziś Europejczyków – niezależnie od tego, czy są tego świadomi, czy nie – są lęk i strach. Przeciętni mieszkańcy Starego Kontynentu obawiają się o życie swoje i swoich najbliższych, bo każde wyjście na ulicę może zakończyć się w najlepszym wypadku pobytem w szpitalu. Sprawujący władzę z kolei jak ognia unikają przyznania się do porażki polityki multikulti i bezmyślnego otwarcia swych granic na „uchodźców”. (…)

Kiedy piszę te słowa, w północno-wschodnim Londynie doszło do kolejnego zamachu. Tym razem kierowca pojazdu wjechał w grupę ludzi w pobliżu lokalnego meczetu i centrum społeczności muzułmańskiej, krzycząc, że zabije wszystkich muzułmanów (Na razie nie wiadomo, czy był to akt zemsty).

Skoro państwo nie reaguje, to sprawy trzeba wziąć w swoje ręce. Spirala nienawiści niebezpiecznie zaczyna się nakręcać. Zachodzących w zatrważającym tempie zmian trudno nie zauważyć. Spokojne, pochłonięte wygodnym życiem i rozrywką miasta Starego Kontynentu w okamgnieniu zmieniają się w bastiony wojska i policji, przemierzające ulice z długą bronią w ręku, a masowe imprezy, w których mieszkańcy Francji, Niemiec, Włoch czy Wielkiej Brytanii tak chętnie dotąd uczestniczyli, stają się magnesem także dla zamachowców. (…)

Otwarte pozostaje pytanie, czy Europejczycy zrozumieją, że na kontynencie nie będzie spokoju, dopóki nie zatrzymamy kroczącego zuchwale islamizmu, dopóki w miejsce relatywizmu, rozmiękczania zasad, negowania tradycji i pisania praw na nowo, nie powrócimy do zdrowej moralności chrześcijańskiej, na której przez stulecia budowaliśmy naszą cywilizację.

Cały artykuł Małgorzaty Szewczyk pt. Widmo półksiężyca wisi nad Europą” znajduje się na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Małgorzaty Szewczyk pt. Widmo półksiężyca wisi nad Europą” na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Żona, matka, władczyni i mniszka z końca XIII wieku. O Błogosławionej Jolencie z Gniezna w 190 rocznicę beatyfikacji

Tak wiele inicjatyw, a nade wszystko styl, w jakim bł. Jolenta oddawała się powołaniu żony i matki, księżnej i władczyni, mniszce i ksieni, mogą nam wskazać, że dom swój zbudowała na skale.

B. Kruszyk

Była niezwykle twórczą, przewidująca i myślącą kobietą. Ukazywała swoim życiem, że na nic się zda wielka religijność, jeśli nie jest ożywiana wielką wiarą i wielką miłością; ponieważ. Bogu podoba się jedynie wiara wyznawana życiem. Jest patronką archidiecezji gnieźnieńskiej, miasta Kalisza oraz rodzin polskich.

17 czerwca w kościele oo. franciszkanów w Gnieźnie Prymas Polski przewodniczył Mszy św. z okazji 190 rocznicy beatyfikacji bł. Jolenty – współpatronki Gniezna, żony księcia Bolesława Pobożnego, matki trzech córek – Jadwigi, Elżbiety i Anny, fundatorki konwentów franciszkańskich, matki i klaryski. (…)

Prymas Polski podkreślił przede wszystkim jej wielkie oddanie rodzinie i zatroskanie i życie duchowe i religijne poddanych. Była – jak mówił – czułą matką i znakomitą wychowawczynią swoich własnych dzieci oraz sierot po bracie męża. Sama osobiście poświęciła się dziełu wychowania i z wielką troską starała się o klimat ładu, spokoju, szczerej pobożności i miłości. Dzielnie też stała u boku swego męża, wspierając go w jego przedsięwzięciach.

I wreszcie w ostatnim etapie życia, gdy za przykładem swojej siostry, św. Kingi, wybrała życie klaryski, tutaj, w gnieźnieńskim klasztorze, którego była ksienią, starała się o praktykowanie ascezy, życia modlitwy, ale także troski o chorych i ubogich, zwłaszcza tych, którzy niejednokrotnie pukali do klasztornej furty, prosząc o pomoc.

(…) na nic zda dbałość o pozory, ponieważ Bóg patrzy na serce i duszę, i nie lubi obłudy. Bogu podoba się jedynie wiara wyznawana życiem, bo jedynym ekstremizmem dopuszczalnym dla wierzących jest radykalizm miłości” – mówił abp Polak, dodając, że i dziś bł. Jolenta wskazuje i upomina, że prawdziwa miłość buduje na skale.

Cały artykuł B. Kruszyka pt. „Gniezno: 190 rocznica beatyfikacji bł. Jolenty”, znajduje się na s. 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł B. Kruszyka pt. „Gniezno: 190 rocznica beatyfikacji bł. Jolenty” na s. 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kto ma rację w sprawie w sprawie globalnego ocieplenia – sześciu szefów rządów z Grupy G7, czy prezydent Donald Trump?

Decyzję obecnego prezydenta USA o wyjściu Stanów Zjednoczonych z porozumienia klimatycznego z Paryża można już uznać w sferze polityczno-gospodarczej za jedno z najważniejszych wydarzeń dekady!

Marek Adamczyk

Pomimo panującego (wśród rządzących w najbogatszych krajach świata) konsensusu co do znacznego wpływu emisji antropogenicznego CO2 na wzrost temperatur na Ziemi, Donald Trump, kierując się zdrowym rozsądkiem i bazując na dostępnej wiedzy, zdecydował o odstąpieniu Stanów Zjednoczonych od dotychczasowych układów klimatycznych.

Jego postawę można porównać, tym razem w sferze naukowej, do tej, którą prezentował kilkaset lat temu jeden z najwybitniejszych Polaków – astronom i kanonik jednocześnie – Mikołaj Kopernik, autor dzieła „De revolutionibus orbium coelestium” („O obrotach sfer niebieskich”). To właśnie on miał odwagę przeciwstawić się panującemu wśród tysięcy naukowców consensusowi co do poglądu, że Słońce krąży wokół Ziemi i twierdził, że jest odwrotnie, że to Ziemia i inne planety krążą wokół Słońca.

Kto miał rację? Ano ten, co zaprzeczał tezom uznawanym przez wszystkich pozostałych wielkich uczonych! Rację miał wtedy Mikołaj Kopernik i rację ma teraz Donald Trump! (…)

Wyjaśniając swoją decyzję o wycofaniu się z porozumienia, Trump tłumaczył, że realizacja uzgodnień z Paryża kosztowałaby amerykańską gospodarkę utratę milionów miejsc pracy i miliardów dolarów PKB w ciągu najbliższej dekady.

Polskę realizacja europejskich dyrektyw klimatycznych do 2030 roku może kosztować od 700 mld do jednego biliona złotych, czyli grubo ponad 200 mld dolarów.

Co na to powiedzą polskie elity polityczne i naukowe? Czy warto poprzeć działania prezydenta Donalda Trumpa, aby uratować polską gospodarkę przed tak wielkimi kosztami?

Cały artykuł Marka Adamczyka pt. „Czy Donald Trump wygra ze zwolennikami teorii globalnego ocieplenia?” znajduje się na s. 1 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marka Adamczyka pt. „Czy Donald Trump wygra ze zwolennikami teorii globalnego ocieplenia?” na s. 1 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Trump nie jest moim prezydentem, lecz Putina, a prezydenturę ukradł – taka opinia panuje w elektoracie Demokratów

„New York Times” opublikował rewelacje, iż CIA jest przekonana, że Rosjanie pomagali Trumpowi w kampanii wcześniej, aniżeli dotychczas sądzono. Co jeszcze się wydarzyło, o czym nie usłyszeliśmy?

Paweł Zyzak

Obserwując amerykańską scenę polityczną z odległości, wielu z nas odnosi wrażenie, że jest ona spójna. Amerykańskie imperium, ponieważ jest imperium, musi działać „tip-top”. Amerykańskie administracje przechodzą po wyborach łagodne „fazy przejściowe”, z kampanijnymi animozjami wygrywa interes państwa, zaś wyborcy z łatwością uznają zwycięstwo niechcianego kandydata, a jego samego za „swojego prezydenta”. W uproszczeniu – tak było dotąd. Od ostatniej elekcji, jesienią ubiegłego roku, jest inaczej.

Już sama kampania wyborcza była zupełną anomalią na tle poprzednich. Zwycięski później kandydat zdominował przekaz medialny swym niekonwencjonalnym zachowaniem oraz krzykliwymi, ale chwytliwymi dla społeczeństwa hasłami.

Mniejsza o sposób bycia, Ameryka to bezdenny rezerwuar najdziwniejszych osobowości. Niejaki Greg Gianforte, milioner i kandydat GOP na kongresmena w Montanie, pobił w maju dziennikarza brytyjskiego „Guardiana”, krzycząc: „Wynoś się stąd!”, a donieśli na niego dziennikarze… prawicowej Fox News. Tydzień później wygrał wybory. Na jego szczęście demokratyczny kontrkandydat okazał się być nudystą…

To poglądy Trumpa burzyły klasyczne schematy. Na temat polityki zagranicznej, która naówczas w kwestii Rosji, jej zaborczej polityki prowadzonej w Europie Wschodniej oraz zaangażowania w konflikt syryjski zjednoczyła obydwa obozy polityczne, Trump wyrażał poglądy wręcz rewolucyjne. Poglądy, których nie podzielał żaden, dokładnie żaden z jego republikańskich i demokratycznych kontrkandydatów, a nawet żaden z tzw. third party candidates. (…)

Wracając do meritum: co się ostało z autorskiej wizji polityki zagranicznej Donalda Trumpa? Wolt milionera było tak dużo, że równie dobrze rządy mógł objąć któryś z jego konkurentów z GOP. Optymiści mają nadzieję, że „strategia Trumpa” dopiero się rodzi, pesymiści, że pogrąża się w chaosie. (…)

Trump przez rok w czasie kampanii akcentował swój sprzeciw wobec interwencji w Syrii, mimo iż wojna domowa rozpoczęła się właśnie od ataków chemicznych przypisywanych Asadowi. W czasie październikowej debaty z Hillary Clinton Trump mówił nawet o sojuszu Waszyngtonu z Damaszkiem, czyli także z Rosją, przeciwko ISIS. Stanowisko to mocno kontrastowało ze zdaniem Mike’a Pence’a. Znowuż, Trump nie był nigdy, z zasady, przeciwnikiem takich interwencji. Jeszcze w 2011 r. popierał interwencję Obamy w Libii. Później oczywiście zdanie zmienił. (…)

Wpierw Trump nazywał Kim Dzong Una „maniakiem”, by pod koniec kwietnia, w programie Face the Nation, wyrażać doń sympatię, a nawet współczucie: „Przejął władzę w bardzo młodym wieku. Wielu ludzi, jestem tego pewien, chciało mu ją odebrać, czy to jego wujek, czy ktoś inny. I on ją utrzymał. Więc to oczywiście dość twarda sztuka”.

Swego wujka, przypomnijmy, Un – wedle oficjalnych przekazów – polecił rozstrzelać bądź wrzucić do klatki z wygłodzonymi psami.

 

Cały artykuł Pawła Zyzaka pt. „Polityka zagraniczna Trumpa” znajduje się na s. 6 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Zyzaka pt. „Polityka zagraniczna Trumpa” na s. 6 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Emigracja postsolidarnościowa w RPA. „Zaprosiliście tego człowieka, to coś z nim trzeba teraz zrobić albo go utopić!”

Ostatnia emigracja, tzw. postsolidarnościowa, najczęściej niewiele wspólnego miała z Solidarnością, Kościołem i Polską. Ci ludzie skorzystali z okazji, by uciec za granicę, a o Polsce zapomnieć.

Władysław Grodecki

Edward de Virion urodził się 21 I 1924 r. w Rudawie nad Świsłoczą (zm. 23 IV 1993 r. w RPA). Był polskim i brytyjskim wojskowym, uczestnikiem powstania warszawskiego, podchorążym II Korpusu Wojska Polskiego we Włoszech. Od 1962 r. zamieszkał w RPA, gdzie przez kilka dziesięcioleci był Prezesem Rady Polonii RPA.

Pani Jola opowiadała mi, jak Jerzy wpłynął na rząd południowoafrykański, by ten przyjął emigrantów z Polski okresu stanu wojennego, których wiele tysięcy przebywało w obozie uchodźców w Wiedniu. „Sprowadzę ci 7 tysięcy Orłów” – zapewniał swą uroczą małżonkę. Ironią losu właśnie te „Orły” były przyczyną jego wielu kłopotów, a może przedwczesnej śmierci. (…)

Za największą atrakcję turystyczną Johannesburga uważane jest Gold Reef City – miejsce, gdzie przed laty rozpoczęto wydobycie złota.

Podwiózł mnie tam ok. 50-letni student ASP Mirek. Najpierw pokazał mi swój położony na wzgórzach „kubistyczny” dom: liczne pokoje różnej wielkości, kilka tarasów widokowych, rzeźby i obrazy – prawdziwa galeria sztuki. Tak mieszkają studenci w tym kraju? Po domu kręciły się dwie dziewczyny, przygotowały śniadanie.

Chwilę później wsiedliśmy do samochodu i niespodziewanie wywiązała się gorąca dyskusja, która przerodziła się w kłótnię. O pinia Mirka na temat niewolnictwa, kolonializmu, ataki na Polskę, kościół w naszym kraju i… Jana Pawła II bardzo mnie zdenerwowały. Co gorsza, wydarzyło się to 13 maja, w rocznicę strzałów na placu Świętego Piotra.

W pewnym momencie powiedziałem: dość tego, wysiadam! Jednak student dowiózł mnie do kopalni i umówiliśmy się na powrót. Kupiłem bilet i już sam wszedłem do muzeum.[related id=23064]

Gold Reef City to pozostałość po nieczynnej kopalni złota. Dziś jest to park różnych odrestaurowanych budynków, częściowo zamienionych na hotele i restauracje. W niektórych są ekspozycje odnoszące się bezpośrednio do złota (np. pokaz wytapiania złota), w innych można było zobaczyć, jak żyli właściciele kopalń, gdzie indziej banki, maszyny. Między tymi budynkami były lokale rozrywkowe, występy śpiewaków, w jednej z bocznych uliczek tańczyły dziewczęta. Wszystko sztuczne, cukierkowe, wszędzie komercja.

Zupełnie nieciekawa jest sama kopalnia. Gdzie jej do naszej Wieliczki? Każdy otrzymał hełm i latarkę. Do podziemi wjechaliśmy we cztery osoby, a później były korytarze, wyrobiska, drobne urządzenia, niezbyt ciekawe maszyny. (…)

Do najbogatszych Polaków w Johannesburgu należał p. Czech, z emigracji postsolidarnościowej. Założył firmę i powiodło mu się. W ekskluzywnej dzielnicy Johannesburga Deinfarm kupił działkę i wybudował piętrowy dom. Pani Jola chciała, bym go zobaczył i poznał pp. Czechów, więc wybraliśmy się tam pewnego wieczoru.

Cała dzielnica otoczona jest ok. trzymetrowym, grubym murem. Jest monitorowana, pilnie strzeżona przez policję. Wjeżdża się lub wchodzi po okazaniu identyfikatora. Domy, prawdziwe cytadele, z ogródkami, klombami, czasem schowane wśród drzew jak w tropikalnej dżungli, otoczone są dodatkowym murem. Dom pp. Czechów, luźno stojący przy ulicy, wyróżniał się ciemnobrązowym kolorem, jak i rozwiązaniem architektonicznym: pokoje różnej wielkości i na różnych poziomach, skomplikowane rozwiązania komunikacyjne i 4 albo 5 wejść do domu. Ani to praktyczne, ani bezpieczne.

A właściciela niestety nie mieliśmy okazji poznać, przyjęła nas jego żona Bożena. Pokazywała namalowane przez siebie obrazy, opowiadała o sobie, o swym mężu, o podróży swej mamy do Polski (bułgarskimi liniami lotniczymi, by było taniej). By było taniej, p. Bożena poczęstowała nas wafelkiem i herbatą. (…)

Mimo wcześniejszej informacji o moim przyjeździe, na dworcu nikt nie czekał. Po kilkunastu minutach bezskutecznych telefonów urzędniczka wysłała faks do Jadwigi Dubli (poznałem ją już wcześniej w Pretorii) i ta w końcu się zjawiła. Nie słuchałem jej tłumaczenia, bo byłem pewny, że kłamie, że pewnie przerwałem jej grę w karty lub inną zabawę. Nie myliłem się. Gdy przyjechaliśmy do jej willi położonej między Górą Stołową a Atlantykiem, przeprosiła mnie, że jest bardzo zajęta, bo jest „czwartą do brydża” i będę musiał „sam się bawić”. Umyłem ręce, rozłożyłem materac (choć było łóżko) i czekając na kolację, wyszedłem na taras, gdzie oglądałem cudowny zachód słońca nad Atlantykiem.[related id=17416]

Kapsztad, położony między pasmem gór a płytką zatoką, ma wyjątkowy urok. Uchodzi za drugie najpiękniejsze miasto świata po Rio de Janeiro. Stare, wąskie ulice, kilkuwiekowe budownictwo – i szerokie arterie z nowoczesną architekturą. Klimat jak nad Morzem Śródziemnym. Ludziom żyje się przyjemnie, turyści chwalą Kapsztad za gościnność, dobre restauracje, wygodne hotele i dużo atrakcji turystycznych. (…)

Była śliczna, słoneczna pogoda, pozwalająca delektować się cudownymi widokami na otaczające nas góry i ocean – gdyby nie ten przeklęty brydż. Wróciliśmy więc do Kapsztadu; Jadwiga obiecaną Jurkowi przysługę już spełniła. Chciała się mnie jak najszybciej pozbyć, więc przedzwoniła do Danuty Cieśli, prezeski Rady Polonii Cape Province, by ta oprowadziła mnie po mieście.

Obie panie wykazały się przy tym niemałym poczuciem humoru – zwiedzać dość słabo oświetlone miasto w nocy. Nic nie było widać, więc Danuta załatwiła kilka swoich spraw i przywiozła mnie do swojego mieszkania. W pewnej chwili przypomniała sobie, że od rana nic nie jadłem. Oczywiście nic nie było przygotowane, więc wyciągnęła coś, co zostało z obiadu, i odgrzała. Mąż Danuty też był zajęty, nie miał czasu, by zapytać o moje samopoczucie. Zresztą i z Danutą nie było o czym rozmawiać.

Miało być spotkanie z miejscową Polonią, ale Danuta o tym nie pomyślała, nawet nie powiedziała księdzu, że przyjechał ktoś z Polski. Po niedzielnej mszy św. podszedłem więc do księdza i poprosiłem by coś uczynił, by mi poradził, pomógł, gdzieś mnie zabrał. Młody ksiądz, salezjanin Zbigniew Zomerfeld, wysłuchał cierpliwie i mocno się zirytował. „Zaprosiliście tego człowieka, to coś z nim trzeba teraz zrobić albo go utopić!” (…)[related id=10828]

Polacy to wspaniali ludzie, zdolni, błyskotliwi, pracowici, uczciwi, odważni, szarmanccy wobec kobiet. Ileż to razy miałem okazje o tym się przekonać, także i w Afryce – ale nie w RPA. Ostatnia emigracja, tzw. postsolidarnościowa, to zupełnie inni ludzie.

Dzięki dobremu wykształceniu łatwo w systemie apartheidu dorobili się domów, dobrych samochodów i innych dóbr. Znaleźli się tutaj, bo RPA oferowało najlepsze warunki startu i perspektywy na przyszłość. Najczęściej niewiele wspólnego mieli z Solidarnością, Kościołem i Polską. Skorzystali z okazji, by uciec za granicę, by lepiej żyć, bawić się, by o Polsce zapomnieć. Niełatwo było o tym mówić polskim misjonarzom, niełatwo mi pisać.

Jak to zrozumieć, że najbogatsza Polonia świata, rzekomo ci prześladowani za poglądy, ci patrioci nie postarali się o Dom Polski, by się spotykać tak jak niemal wszędzie, gdzie są Polacy; nie wybudowali kościoła? Jak wytłumaczyć tę rzekomą ofiarność, kiedy na pomoc dla ofiar katastrofalnej powodzi w 1997 r. w ciągu roku zebrano ok. 1 tysiąca dolarów?

Co ma powiedzieć ksiądz, gdy jest pełny kościół ludzi, a na tacy dwadzieścia dolarów? Co ma pomyśleć o tych niekończących się kiedyś rozjazdach, zabawach, mocno zakrapianych przyjęciach, zaczynających się w piątki po południu, a kończących w poniedziałek rano? Z kim innym się kładło do łóżka, a z kim innym budziło. A co tu mówić o nierzadkich „przekrętach handlowych” naszych rodaków!

Cały artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Republika Południowej Afryki. Wspomnienia podróżnika” cz. 5 znajduje się na s. 9 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Republika Południowej Afryki. Wspomnienia podróżnika” na s. 9 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Kurier Wnet” 37/2017, Jan Kowalski, V Rzeczpospolita: Nasza Konfederacja Wolnych Polaków nie będzie przeciw komukolwiek

To będzie Polska Wolnych Polaków, w której każdy będzie mógł robić, co chce, oczywiście w granicach rozsądku i obowiązującego prawa. I będzie mógł liczyć na wsparcie ze strony państwa.

Jan Kowalski

Konfederacja Wolnych Polaków

Jako miarę patriotyzmu przedstawia się bardzo często postawę Józefa Piłsudskiego, twierdząc, że dla Polski gotów był paktować nawet z diabłem. Na tym właśnie polega najpierw intelektualna, a potem życiowa pułapka wielu patriotów. Ręka w rękę z diabłem na pewno nie wywalczymy wolnej Polski, bo tak wywalczona Polska będzie piekłem. Piszę to do wszystkich, którzy uważają, że mogą być dobrymi Polakami, głosząc szczytne hasła, a nie mają Boga w sercu i nie przestrzegają Jego przykazań.

Miesiąc temu omówiłem Społeczną Naukę Kościoła – filozofię naszego programu społecznego – i jej przełożenie na sposób urządzenia państwa. Teraz skoncentrujmy się na dynamicznym procesie przejścia od Republiki Okrągłego Stołu do V Rzeczpospolitej. Omówimy nasz program działania, czyli wszystkie postulaty, które natychmiast po naszym zwycięstwie wyborczym wprowadzimy w życie.[related id=22694]

1.      Abolicja podatkowa (w tym ZUS) dla wszystkich przedsiębiorców zrujnowanych poprzez świadomą, rabunkową politykę pieniężną dotychczasowego państwa. Oprócz umorzenia należności skarbowych przeprowadzenie rozmów z bankami, wierzycielami małych firm w celu całkowitego, częściowego umorzenia lub odroczenia ich zobowiązań.

2.      Zniesienie obowiązku podatkowego i ubezpieczenia społecznego dla nowo zakładanych firm do czasu uzyskania przez nie określonego pułapu dochodów (50 000 zł) lub na okres dwóch lat.

3.      Obniżenie podatku dochodowego dla małych firm do poziomu 10% dochodów netto. Jest to poziom dla nich optymalny, przy którym nie opłaca się unikać płacenia podatku poprzez stosowanie różnych sztuczek. Dzięki temu zamiast marnować czas, właściciele zajmą się rozwojem firm. A to z kolei pozwoli rozładować strukturalne obecnie bezrobocie.

4.      Odzyskanie handlu poprzez zrównanie praw wielkich sieci z małymi kupcami. Nie może być tak, że zachodnie sieci handlowe generują ogromne zyski i transferują je do swoich firm-matek, nie płacąc w Polsce prawie żadnych podatków, korzystając z kilkuletnich zwolnień i sprzedając się nawzajem cyklicznie pod koniec okresu zwolnienia podatkowego.

5.      Po skandalicznej wyprzedaży sektora bankowego w zagraniczne ręce (prawie 90%), na co nie pozwala prawo wszystkich cywilizowanych państw świata (w Kanadzie kapitał zagraniczny w bankach nie może przekroczyć 8%), po pierwsze opodatkujemy wielkie banki, ale nie lokaty (!). Po drugie podejmiemy wszelkie działania prawne zmierzające do odbudowy polskiej własności w tym sektorze, który jest krwioobiegiem gospodarki każdego państwa. Przede wszystkim poprzez niedopuszczenie do sprzedaży ostatnich polskich banków, wzmocnienie sektora banków spółdzielczych i wszelkie uprawnienia bankowe dla SKOK-ów.

6.      Nie tylko przedsiębiorcy zostali ograbieni i doprowadzeni nad przepaść przez nieodpowiedzialną politykę finansową III RP. Ta sama sytuacja dotknęła kredytobiorców indywidualnych, zwłaszcza zadłużonych we frankach szwajcarskich na własne domy lub mieszkania. Ich liczbę szacuje się na 700 tysięcy. Państwo polskie, podobnie jak stało się to na Węgrzech, musi wziąć na siebie odpowiedzialność za taki stan rzeczy i zapobiec bankructwu tych ludzi. Zwłaszcza tych, którzy brali kredyty, przeliczając 1 frank = 2 zł. Obecnie 1 frank = 3,7 zł (stan na 13.06.2017).

Oczywiście wszystkie punkty wymienione przeze mnie przed miesiącem stanowią podstawę naszego paktu z wyborcami. Wy nas popieracie = wybieracie, a my wprowadzamy w czyn nowe państwo. Wiem, najpierw musimy zwyciężyć. A żeby zwyciężyć, musimy dotrzeć z naszym programem, poprzez ludzi ten program przedstawiających i reprezentujących, do wszystkich Polaków, którzy nas poprą, a następnie wspólnie z nami zwyciężą, odzyskując Polskę.

Teraz chwila refleksji. Zmarnowaliśmy prawie 30 lat, a czasu pozostało coraz mniej. Niemcy uzyskały ogromną przewagę w Europie. Rosja kończy przegrupowanie swoich sił i nawet jeśli nie podniesie się do statusu mocarstwa, zawsze może być zapleczem surowcowym i militarnym dla Niemiec (Przynajmniej w części europejskiej, bo Azja równie dobrze może przypaść Chinom).

W obliczu dwóch tak ogromnych potęg Polska stworzyła, jak do tej pory, jedynie iluzję państwa. Iluzję, która ostatecznie rozwiała się 10 kwietnia 2010 roku razem ze smoleńską mgłą. Zatem, skoro nie mamy nic do stracenia, a wiele do zyskania, bierzmy się do roboty! Naród polski, miłujący wolność jak żaden inny, zasługuje na państwo strukturalnie oparte na wolności, wolności, jaką otrzymaliśmy od Pana Boga.

Piszę o tym z jednego względu. Jako miarę patriotyzmu przedstawia się bardzo często postawę Józefa Piłsudskiego, twierdząc, że dla Polski gotów był paktować nawet z diabłem. Na tym właśnie polega najpierw intelektualna, a potem życiowa pułapka wielu patriotów. Ręka w rękę z diabłem na pewno nie wywalczymy wolnej Polski, bo tak wywalczona Polska będzie piekłem.

Piszę to do wszystkich, którzy uważają, że mogą być dobrymi Polakami, głosząc szczytne hasła, a nie mają Boga w sercu i nie przestrzegają Jego przykazań. Nawołują innych do poświęceń, a siebie przedstawiają do zaszczytów i stanowisk, najlepiej unijnych. Rzeczpospolita była wielka, gdy była gwarantem wolności dla ludzi i ludów ją zamieszkujących. Jeśli chcemy odzyskać Polskę, to dla zwykłych ludzi, ledwie wiążących koniec z końcem lub chwilowo emigrujących za chlebem. Dla tych, którzy chcą żyć własnym życiem, a nawet słuchają disco polo. Jeżeli zwykłym Polakom zaproponujemy lepsze życie w Polsce, a nie za granicą – zwyciężymy.

Prawdziwa wiara w Boga zmienia nasze widzenie rzeczywistości. Poszerza je z życia jedynie doczesnego na wieczność. Tak pojmując rzeczywistość, służąc Bogu i bliźnim, niestraszne już nam są chwilowe niepowodzenia, cierpienia czy brak natychmiastowej realizacji naszych pragnień. I brak wyniesienia na cokoły jeszcze przed śmiercią. Służąc Bogu i bliźnim, żyjącym obok nas Polakom – zwyciężymy. I spotkamy się w Wolnej Ojczyźnie, jeśli nie tej doczesnej, to w Niebieskiej.

Chrześcijaństwo jest największym społecznym osiągnięciem człowieka jako jednostki i jako zbiorowości. Jest dane przez Boga, który objawił się nam w postaci Jezusa Chrystusa z pierwszą i najważniejszą społeczną zasadą – przykazaniem miłości bliźniego. Skoro zatem dążymy do budowy państwa, społeczeństwa i narodu według zasad wiary chrześcijańskiej, nie odtrącajmy i nie potępiajmy wszystkich tych, którzy chcą nam pomóc pomimo braku deklaratywnej wiary. I módlmy się za tych, którzy nam przeszkadzają, bo – mamy nadzieję chwilowo – służą złu przeciwko Bogu i człowiekowi.

To brak wiary w życie wieczne i perspektywa zawężona jedynie do tu i teraz pozwoliły elicie opozycyjnej na podpisanie paktu Okrągłego Stołu. A potem do „ustawiania” tu i teraz siebie i swoich dzieci. Wbrew interesom zwykłych ludzi. A ile było przy tym pięknych słówek! Nawiązania do patriotyzmu, do obowiązku i do konieczności wyrzeczeń!

Oszust może wszystko powiedzieć i wszystko obiecać, bo wie, że niczego nie dotrzyma. Zwykli Polacy zbyt często byli oszukiwani przy pomocy pięknych słówek. I nie dziwmy się, że nie chcą słuchać kolejnych proroków, którzy obiecują jedno: że ich urządzą, jak tylko zostaną wybrani.

Wystarczającą ilość razy zostaliśmy urządzeni, czyli załatwieni na cacy. Dlatego dosyć już pięknych słówek, które kolejne kliki polityczne mają czelność nazywać programem. A które służą jedynie oszukaniu wyborców, żeby dorwać się do żłobu.

Po przedstawieniu głównych założeń naszego programu czas wymienić naszych naturalnych zwolenników, nawet jeszcze nieświadomych.

1.      Przedsiębiorcy mali, średni i duzi, którzy rozwinęli własne firmy pracą i pomysłem, a zaczynali również jako mali. Niszczeni od co najmniej 1993 roku przez III RP w ramach walki z niezależnym od Systemu kapitałem. Oczywiście do grupy przedsiębiorców nie wliczam tzw. elity polskiego biznesu, czyli uwłaszczonych na majątku narodowym byłych komunistów. Nie są oni solą ziemi, ale słupami systemu Okrągłego Stołu.

2.      Drobni rolnicy, najbardziej obok drobnych przedsiębiorców niszczona grupa społeczna w Polsce. Niszczona podobnie, w systemowy sposób, z wyznaczonym celem likwidacji półtora miliona gospodarstw, bez wskazania innego miejsca uzyskiwania dochodów czy wręcz przeżycia. Po zniszczeniu drobnej produkcji rolnej w interesie rolnictwa obcych państw i rozmaitych polskich Stokłosów, ceny produktów rolno-spożywczych oczywiście wzrosną.

3.      Pracownicy, w 75% zatrudnieni w małych i średnich przedsiębiorstwach. Upadek przedsiębiorstw oznacza automatyczne bezrobocie dla zatrudnionych w nich osób. Dawny antagonizm z czasów komunizmu: my-robotnicy i jeden wielki przedsiębiorca – państwo, powinien być jak najszybciej zapomniany. Obecnie zdecydowana większość pracowników i przedsiębiorców jedzie na tym samym wózku i czas to wreszcie zrozumieć. Oczywiście funkcjonariusze Systemu robią wszystko, żeby taki antagonizm podsycać.

4.      Nauczyciele szkolni i akademiccy. Zapaść państwa polskiego generuje nie tylko nędzę i bezrobocie, ale również stały odpływ polskiej młodzieży za granicę. Drastyczny spadek liczby studentów i uczniów spowoduje w szybkim tempie zamykanie szkół, nie tylko podstawowych, ale i wyższych, a zatem wzrost bezrobocia i obniżki płac dla nauczycieli.

5.      Przedstawiciele wolnych zawodów – lekarze, prawnicy. Nie będzie kogo leczyć i komu doradzać, gdy prawie wszyscy wyjadą, a ci, co zostaną, nie będą mieli pieniędzy.

6.      Studenci. Nie mają wiele do stracenia. Zawsze mogą wyjechać, ale czy nie jest to kusząca perspektywa – ustawić się tu i teraz, w Polsce, gdzie ma się więcej znajomych i więcej możliwości robienia ciekawych rzeczy? Nie szkoda tych melanży? Z górą kasy wszędzie za granicą można czuć się jak goście, a nie zmywaki.

7.      Emeryci. Liczymy na nich. Nareszcie mają czas, żeby po oderwaniu się od zajęć i trosk zawodowych zrobić coś bezinteresownego dla pomyślności wnuków.

8.      Emigranci. Skala obecnej emigracji, jeśli miałaby mieć charakter stały, jest przerażająca. Przy takim odpływie młodej krwi trwała zapaść państwa jest nieunikniona. Jest ona wynikiem umowy rządzących od ’89 z Zachodem: transfer kapitału za transfer taniej siły roboczej.

Nie wiedziałbym nic o takiej umowie, gdyby nie wypowiedź otwartym tekstem reprezentanta Biznes Centre Club w Polskim Radiu. Nie dziwi zatem skuteczne odstraszenie po roku ’89. Polonii, która przebywała za granicą w dużej mierze ze względów nie materialnych, ale politycznych. Sztandarowym przykładem takiego zachowania było „wyślizganie” Barbary Piaseckiej-Johnson z zakupu Stoczni Gdańskiej. A trzeba pamiętać, że jej wkład w finansowanie Solidarności był bardzo duży. Dzieci i wnuki komunistów przywiezionych na sowieckich czołgach, którzy przepędzili z Polski elitę II Rzeczpospolitej, nie mogły pozwolić na jej powrót. To oni mieli rządzić III RP i rządzą, z jakim skutkiem – widzimy.

Poza Czechami, drugim państwem, któremu udało się nie popaść w postkomunizm, jest Estonia. Sukces ten zawdzięcza głównie reemigrantom, którzy zaproszeni przez władze państwa, czynnie włączyli się w jego odbudowę. Emigranci! natychmiast zaprosimy was do odbudowy państwa polskiego!

9.      Rodzice zatroskani przyszłością dzieci. Obecny system skazuje młode pokolenie na trwałe bezrobocie i ucieczkę z Polski. Nawet za komuny nie zamierzało emigrować tyle osób, co obecnie. Jeśli rodzice nie chcą za parę lat gadać z wnukami na skypie w obcych językach, muszą pomóc w budowie naszej V Rzeczpospolitej.

10.  Na koniec najtrudniejsza grupa – przedstawiciele obozu III RP. Pismo Święte potrafi wszystko wyjaśnić, dlatego posłużę się nim. Józef z Arymatei był zamożnym człowiekiem, członkiem Sanhedrynu – najwyższej władzy żydowskiej, która skazała Jezusa Nazarejczyka na śmierć. Ale jak wiemy również z Pisma Świętego, był ukrytym zwolennikiem Jezusa i człowiekiem, który odstąpił mu swój grób.

Nie wierzę, że w obozie III RP mającym nadal wiele władzy rzeczywistej, nie ma ludzi światłych, którzy obserwują bankructwo systemu Okrągłego Stołu. Miał im zapewnić bogactwo, bezpieczeństwo i długie, szczęśliwe życie dla nich samych i ich potomków. Spowodował ruinę państwa polskiego, z którego będą uciekały także ich dzieci. Dlatego najwyższy czas oprzytomnieć. Nikt im już niczego nie odbierze, dlatego powinni poprzeć budowę V Rzeczpospolitej, państwa, którego nie będzie się trzeba wstydzić. W innym wypadku skończą jak murzyńscy kacykowie, z których będzie się natrząsał nie tylko Zachód, ale i Wschód.[related id=28304]

Jeśli kogoś nie wymieniłem, to przez nieuwagę. Niech się nie obraża, tylko czym prędzej do nas dołącza. Konfederacja Wolnych Polaków jest otwarta na wszystkich, którzy nie chcą, żeby Polska była zawłaszczona przez jakąkolwiek sitwę. Na tych, którzy nie chcą być cynicznie wykorzystywani i okradani z życiowych szans przez klikę politycznych hochsztaplerów. Polska musi być nasza i będzie.

To będzie Polska Wolnych Polaków, w której każdy będzie mógł robić, co chce, oczywiście w granicach rozsądku i obowiązującego prawa. I będzie mógł liczyć na wsparcie ze strony państwa, zamiast uważać na kłody rzucane pod nogi, jak to jest obecnie. Tylko taka Polska, zorganizowana w nowoczesny sposób, z wykorzystaniem naturalnych cech narodowych, oparta o sprawdzony fundament chrześcijaństwa, może na stałe zaistnieć jako wielkie państwo w Europie.

Budowa naszej Polski, V Rzeczpospolitej, nie będzie przeciw komukolwiek. Nie będzie zagrożeniem dla żadnego Polaka chcącego normalnie i zgodnie z naszym systemem wartości żyć we wspólnej ojczyźnie. Nie będzie też zagrożeniem dla żadnego obcego państwa lub obywatela innego państwa. V Rzeczpospolita będzie miłującym pokój i handel państwem wolnych obywateli.

Nie unikniemy oczywiście nienawiści ze strony wrogów wolności i Boga. Będziemy się modlić za ich nawrócenie i popierać wszelkie wolnościowe ruchy wewnątrz innych państw. Jako samotna wyspa wolności nie ostaniemy się na morzu wzburzonym od chęci zniewolenia swoich obywateli innych państw. Mam nadzieję, że staniemy się przykładem dla naszych sąsiadów. Zamiast podporządkowywania się władcom czyniącym z nich niewolników chorych żądz, w pierwszym rzędzie dążących do zniszczenia nas – wolnych Polaków, zmienią swoje rządy na podobne do naszych.

Bo w końcu, jakaż to miara sukcesu człowieka, gnać do przodu z frontem i nie oglądać się w tył, bo z tyłu biegnie formalnie nasz współobywatel z odbezpieczonym naganem i również nie ogląda się za siebie? I jakiż to nasz indywidualny sukces, marznąć na froncie wschodnim lub zachodnim, z dala od rodziny, dla realizacji chorych pomysłów wariatów? Albo – tak jak to jest współcześnie – być we własnym państwie dumnym niewolnikiem?

Konfederacje w dawnej Polsce były zawiązywane dla ratowania ojczyzny, w sytuacji, gdy inne formy debaty publicznej nie mogły już pomóc. Nie były występkiem przeciwko państwu utożsamianemu w dużej mierze z królem. Przeciwnie, czekano, żeby król poparł postulaty konfederacji. Nasza Konfederacja Wolnych Polaków również nie będzie występkiem przeciwko państwu. Wręcz przeciwnie, będzie szansą na odbudowę Polski jako sprawnego i silnego państwa.

Nie ma tu miejsca, w tekście publicystycznym, na przedstawienie struktury Konfederacji. Jednak jej naczelną zasadą działania zewnętrznego i współdziałania wewnętrznego będzie to, co już w przeszłości zapewniło Polakom sukces. Tak w przypadku ruchu szlacheckiego, jak i w cywilnej wojnie w zaborze pruskim, a nawet tej chwilowej, jak było w przypadku Pierwszej Solidarności. Tą naczelną zasadą będzie sieciowość i terytorialność naszego społecznego ruchu. Współdziałanie wszystkich grup społecznych, które wymieniłem powyżej, w imię wspólnego dobra. Dobra, które będzie oznaczać korzyść dla każdej z tych grup z osobna i dla wszystkich jako całości. Synergii, dzięki której Rzeczpospolita rozkwitnie jako państwo wolnych i zamożnych obywateli.

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wojna, którą właśnie przegraliśmy” cz. 11 – „Konfederacja Wolnych Polaków” na s. 8 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl