Może chodzić o wrogą likwidację ważnej ze względów strategicznych walcowni i jej doświadczonej załogi. Nawet najwierniejsi pracownicy po ponad półtora roku bez płacy przechodzą do nowych pracodawców.
Stanisław Orzeł
Nowym właścicielem walcowni został Węglokoks, a właściwie spółka ZEM2 z jego Grupy Kapitałowej. Pojawiła się realna nadzieja, że pracownicy porzuceni przez Sławomira Pietrzaka – jak to jeszcze w 2015 r. określił FORBES: twórcę HW Pietrzak Holding, „dużego gracza na rynku stali” – otrzymają należne od lutego 2016 r. wypłaty i odsetki.
Przypomnijmy, o czym „Śląski Kurier WNET” pisał w ciągu ubiegłego roku, że S. Pietrzak na wieść o wygranej PiS w wyborach w listopadzie 2015 r. ogłosił upadłość i zaczął wyprzedawać swoje aktywa. Można było odnieść wrażenie, że najpierw za pośrednictwem sądu jego prawnicy utrudniali szybkie przeprowadzenie upadłości, później opóźniali przetarg, następnie zwycięzca przetargu za 26 mln zł, firma MORIS z Chorzowa, przez prawników powiązana z Pietrzakiem, nie weszła w obowiązki właściciela i zrezygnowała z wygranej. W ostatnim artykule na łamach „Śląskiego Kuriera WNET” zwracałem uwagę, że może w tym wszystkim chodzić o wrogą likwidację ważnej ze względów strategicznych walcowni i jej doświadczonej załogi.
Do ponownie ogłoszonego przetargu nie przystąpili żadni inwestorzy, mimo obniżenia ceny najpierw do 23,7 mln zł, a później do 15 mln. Jedynie Grupa Kapitałowa Węglokoks podtrzymywała zainteresowanie kupnem walcowni. Warto pamiętać, że Węglokoks już wiosną 2016 roku oferował syndykowi Pietrzaka zakup Walcowni „Batory” z wolnej ręki, ten jednak podjął próbę sprzedaży zakładu w przetargu. Ta decyzja przeciągnęła problemy walcowni od maja 2016 r. do maja 2017 r.[related id=2391]
(…) Tymczasem warto pamiętać, że każdy tydzień opóźnienia to narastające zagrożenie na rynku, który przez takie przewlekłe procedury jest łatwym łupem dla nastawionych na eksport hut z rosyjskiej Ukrainy, Rosji czy Chin. Jednocześnie opóźnia to m.in. rządową koncepcję nie tylko modernizacji marynarki wojennej, ale całej armii w sytuacji narastającego zagrożenia agresją ze wschodu.
Według radnej Chorzowa Bernadety Biskup zakup walcowni przez Węglokoks został sfinalizowany w wyniku starań ministrów Krzysztofa Tchórzewskiego i Grzegorza Tobiszowskiego. „Działaniem umożliwiającym rozwój walcowni było osobiste zaangażowanie się ministrów Krzysztofa Tchórzewskiego i Grzegorza Tobiszowskiego w negocjacje zakupu wsadów do blach z ArcelorMittal. Walcownia Blach Grubych w ten sposób została uratowana przed prze-jęciem przez spółki złomowe, na co ministrowie nie wyrazili zgody, dając jednocześnie szansę na kontynuację działalności przedsiębiorstwa w nowym kształcie.
W decyzjach zapadających na szczeblu ministerialnym zaważył również czynnik ludzki, bowiem gdyby nie doszło do zakupu, pracownicy nie otrzymaliby zaległych pensji i nie byłoby nowych miejsc pracy”. „Docelowo walcownia ma zatrudniać 300 pracowników, a co za tym idzie, działanie to przyczyni się także do powstania nowych miejsc pracy i zminimalizowania lokalnego bezrobocia. (…) Odbudowanie walcowni jako przedsiębiorstwa rentownego i sprawnie działającego to priorytet dla Ministerstwa Energii, który realizowany ma być między innymi poprzez wdrożenie walcowni w Śląskie Huty Stali” – można przeczytać na stronie internetowej radnej B. Biskup.
Jeden z pracowników walcowni skomentował ten wpis radnej następująco: „W poniedziałek przyjadą oficjele, wielu cwaniaków, podobno jakiś wicepremier, telewizje itp. Ci ludzie nic nie zrobili w naszej sprawie. Teraz się pojawią w blasku kamer, będą mówić, jak bardzo zależy im na losie walcowni, pracowników. Najmądrzejszym rozwiązaniem ze strony załogi będzie, jak się tam nikt z nas nie pojawi. Mnie tam na pewno nie będzie”.
Cały artykuł Stanisława Orła pt. „»Walcownia Blach Batory wznowi produkcję«” znajduje się na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Stanisława Orła pt. „»Walcownia Blach Batory wznowi produkcję«” na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Jesteśmy zasypywani informacjami, a komunikacja tradycyjna wypierana jest przez elektroniczną. Ojciec Karol nas wysłuchiwał, radził nam, nie narzucał swojego rozumowania, szanował nasze poglądy.
Michał Bąkowski
Dnia 20 czerwca br. o godzinie 3.30 odszedł do Domu Pana O. Karol Meissner OSB. W ostatnich wysłanych do mnie esemesach pisał, że niedawno przeczytał dwie znakomite, napisane w języku niemieckim książki o papieżu Franciszku oraz że jest mu ciężko i prosi o modlitwę. Ojciec Karol umierał tak, jak szedł przez życie – pełen wiary, gotowy nieść pomoc potrzebującemu, żądny wiedzy i ciekawy otaczającego go świata.
Każdy zainteresowany osobą tego niezwykłego benedyktyna znajdzie w internecie dużo informacji na temat jego życiorysu oraz dorobku naukowego. Ja natomiast chcę się podzielić wspomnieniami o człowieku, który mimo dużej różnicy wieku potrafił (i przede wszystkim chciał) rozmawiać z młodymi ludźmi, zyskiwał ich sympatię i szacunek.
(…) Autentycznie interesowało go życie młodych osób. Przez pewien czas jeździliśmy na organizowane przez niego seminaria dla młodzieży w lubińskim klasztorze. Czytaliśmy na nich encykliki. Nie były to jednak sztywne spotkania w formie wykładu. Na stołach prócz książek pojawiały się słodycze, lody i coca-cola, czyli przysmaki, które lubiliśmy my i Ojciec. Każdy po przeczytaniu na głos swojego fragmentu miał go zreferować i powiedzieć, co myśli o danym zagadnieniu. A Ojciec zadawał pytania, zmuszał do wysiłku intelektualnego, szanował nasze zdanie i był ciekaw, dlaczego tak myślimy.
Rozmowy z nim nie dotyczyły tylko zagadnień poruszanych w encyklikach. Swobodnie rozmawialiśmy o motoryzacji, sporcie, polityce, swoich strapieniach i wielu innych sprawach. Ojciec ciągle podkreślał, że żyjemy w trudnych czasach, w których następuje zmasowany atak na wiarę, że młodzież poprzez nowe formy komunikacji poddawana jest manipulacji której celem jest odciągnięcie człowieka od Boga i rozbicie rodziny. Zaznaczał, że musimy być fachowcami w minimum jednej dziedzinie i równocześnie wiedzieć, co się dzieje w otaczającym nas świecie. (…)
A to był przecież człowiek nie z tej epoki, człowiek, który poznał Romana Dmowskiego, przeżył powstanie warszawskie i PRL. Jak więc mógł rozumieć nasze problemy? Jak pomimo takiej różnicy w latach podołał swojej ziemskiej misji, jaką było dotarcie do ludzi młodych i właściwe ich ukształtowanie?
Zrobił to w sposób banalny i trudny zarazem: z nami uczył się posługiwania telefonem czy komputerem, przeżywał nasze lęki, traktował bunty młodzieńcze jako coś naturalnego itd.
Cały artykuł Michała Bąkowskiego pt. „Do Domu Ojca odszedł Przyjaciel Młodzieży”, znajduje się na s. 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Michała Bąkowskiego pt. „Do Domu Ojca odszedł Przyjaciel Młodzieży” na s. 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
W szerokim spektrum ukraińskich organizacji politycznych to nie zdeklarowani wrogowie Polski stanowili większość, a Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne szukające kompromisu z władzami RP.
Mariusz Patey
W latach dziewięćdziesiątych na terenie Polski zaczęły powstawać samowolnie stawiane upamiętnienia poległych bojowników UPA. Po stronie ukraińskiej przy każdej zmianie rządów na prozachodnie pojawiały się pomniki, ulice osób kojarzących się w Polsce z czystkami etnicznymi i ludobójstwem. (…)
Po polskiej stronie pod hasłami walki z banderyzmem zaczęto niszczyć na cmentarzach upamiętnienia i groby członków UPA. Ze strony ukraińskiej tamtejszy odpowiednik naszego IPN pod kierownictwem Wolodymyra Wiatrowycza ramach retorsji wstrzymał ekshumacje polskich ofiar na Wołyniu.
Nie będziemy wnikać, kto stoi za tą spiralą działań gromadzących coraz silniejsze negatywne emocje po obu stronach granicy. Wiemy, że nawet najlepszy biznes może się nie udać, kiedy pojawia się brak zaufania i negatywne emocje. Straci na tym interes naszych państw. Strona, której może zależeć na psuciu relacji polsko-ukraińskich, może odczuwać satysfakcję. (…)
Komuniści przed wojną w województwach wschodnich II RP byli o wiele liczniejsi od ukraińskich nacjonalistów. Ten wątek jest słabo znany polskiej opinii publicznej i wymaga jeszcze wielu badań, z uwagi na przypisywanie wielu zbrodni komunistycznych ukraińskim nacjonalistom. W czasach PRL-u, jakkolwiek można było pisać o zbrodniach ukraińskich szowinistów, to o komunistycznych już milczano, bądź przypisywano je a to Niemcom, a to nacjonalistom ukraińskim.
Innymi grupami atakującymi Polaków były formacje kolaborujących z Niemcami nacjonalistów, głównie członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów związanych z Andrijem Melnikiem. (…)
W szerokim spektrum ukraińskich organizacji politycznych jednak to nie zdeklarowani wrogowie Polski stanowili większość, a Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne szukające kompromisu z władzami RP. To z nimi współpracował legendarny pułkownik wojsk URL broniący Zamościa przed bolszewicką konarmią Budionnego, Marko Bezruczko.[related id=22171]
Natomiast inny działacz UNDO i poseł na Sejm RP z Wołynia, Stefan Skrypnik, mówił z trybuny sejmowej: Czuję się szczęśliwy, mając możliwość stwierdzić, że społeczeństwo ukraińskie Wołynia należycie odczuło wielka odpowiedzialność, jaka na nim zaciążyła wobec państwa, własnego narodu i przyszłych pokoleń. Na pierwsze wezwanie Rzeczpospolitej ludność ukraińska Wołynia najdokładniej wykonała wszystko, czego państwo zażądało. Już dzisiaj moim bracia zraszają własną krwią ziemię polską, świadomie dając dowód gotowości złożenia na ołtarzu obrony wspólnych skarbów ofiary najdroższej – ofiary życia, własnej krwi.
Czy w Polsce znane są osoby, które stały za sformułowaniem tych tekstów? Czy wiemy, co się z nimi stało podczas okupacji sowieckiej? (…)
Kto w Polsce zna postacie W. Turczmanowycza i W. Rybaka, członków kierownictwa partii sprzeciwiającej się ludobójczym metodom walki o niepodległość? Nie mają nawet notek biograficznych w Wikipedii.
Jedyną postacią z tego środowiska, która przeżywszy wojnę miała możliwość zaprezentować Polakom swój punkt widzenia, był Borys Lewyckij, piszący w „Kulturze Paryskiej” pod pseudonimem Ron Sikora.
Postaci Tarasa „Bulby” Borowca oraz jego żony Anny także wymagają opracowań historyków. W wielu wspomnieniach bowiem powtarzają się opinie o atakach „bulbowców” na polskie wsie. Do oskarżycieli przyłącza ostatnio się sam prezes ukraińskiego IPN Wolodymyr Wiatrowycz. Taras „Bulba” Borowec jednak w dramatycznych listach pisanych do członków Provydu OUN-B potępiał mordy na ludności cywilnej i wzywał do opamiętania. Jego żona, działaczka polityczna, została porwana przez bojówki OUN-B i po aresztowaniu męża przez gestapo zamordowana. Taki sam los spotkał członków jego sztabu, współpracowników redagujących petlurowskie wydawnictwa. (…)
Po co o tym piszę? Mówiąc bowiem o Ukraińcach, łatwo generalizujemy, utożsamiając wszystkich bojowników o niepodległość Ukrainy ze zbrodniarzami mordującymi polskie kobiety i dzieci w imię utworzenia jednorodnego etnicznie państwa.
Według badacza problematyki polsko ukraińskiej Wiktora Poliszczuka, niespełna 2% ludności na ziemiach Ukrainy Zachodniej popierała czystki etniczne organizowane przez OUN-B i UPA.
Patrząc na politykę historyczną współczesnej Ukrainy, może dziwić, że niepodległościowi działacze ukraińscy spoza OUN są tak mało widoczni. A przecież oni formowali program jakże współczesny. Ukrainę bowiem widzieli jako demokratyczne państwo prawa, a nie dyktaturę czerwoną czy czerwono-czarną. Skazani przez historiozofię komunistyczną na zapomnienie, z trudem wychodzą z cienia.
Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Co zrobić z polską i ukraińską pamięcią historyczną?”, znajduje się na s. 8 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mariusza Pateya pt. „Co zrobić z polską i ukraińską pamięcią historyczną?” na s. 8 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Młodzi aktorzy przedstawili życie młodego Ślązaka, żyjącego jak niegdyś, zgodnie z tradycjami „staroszków”, a jednocześnie łączącego te historyczne, niepisane prawa wychowawcze z dniem dzisiejszym.
Tadeusz Puchałka
Publiczność miała okazję podziwiać przepiękne występy zespołów wokalno-instrumentalnych, grup tanecznych i chóru „Echo Kresów” z Kędzierzyna Koźla pod dyrekcją A. Wołkowskiego i Narodowego Chóru Ukrainy „Żurawka” pod dyrekcją Stiepana Dzurovskija z Ostrova. (…)
Zupełnie zmienił nastrój występ młodzieżowego kabaretu „Kamraty ze śląskiej chaty” Zespołu Szkół Pilchowice pod kierownictwem mgr Marioli Serafin. Tym razem młodzi aktorzy przedstawili życie młodego Ślązaka, żyjącego jak niegdyś, zgodnie z tradycjami swoich staroszków, a jednocześnie łączącego te historyczne, niepisane prawa wychowawcze z dniem dzisiejszym. Członkowie zespołu zaprezentowali bogaty program skeczów, w których starali się pokazać w zabawny sposób dzisiejsze życie.
Zespół „Komes” z Kędzierzyna Koźla przedstawił ciekawy program z choreografią D. Stanis do muzyki J. Herby. Wszyscy z nieskrywaną niecierpliwością oczekują podczas corocznych koncertów w Kędzierzynie ukochanej przez wszystkich grupy wokalno-tanecznej „Perła z Doliny” pod dyrekcją księdza profesora K. Panasowca.
W tegorocznym koncercie młodzi wykonawcy wystąpili w repertuarze pieśni i tańców z mocnym akcentem patriotycznym. Jak powiedziała choreograf Halina Regecka, była to najmłodsza część zespołu.
W podobnym programie pieśni wystąpiły „Sokoły” z Kędzierzyna Koźla pod dyrekcją W. Kwinty. Zabawnie i nostalgicznie zrobiło się podczas występu znanego wszystkim duetu „Tyligentne Batiary” z Bytomia, czyli A. Żurawskiego i A. Jaworskiego. W repertuarze zespołu nie brakuje znanych biesiadnych śląskich piosenek z mocnym gwarowym akcentem i chwała za to naszym kresowym kamratom. (…)
Podstawowe danie śląskie, czyli żur, serwowały członkinie KGW „Żernica” wraz z przybyłą na tę patriotyczną (z integracyjnym akcentem) imprezę prezes Genowefą Suchecką. Panie w śląskich strojach reprezentowały swoją miejscowość, a przy tym gminę Pilchowice oraz powiat gliwicki, natomiast wyroby rękodzieła prezentowała mieszkanka Pilchowic, członkini Stowarzyszenia Pilchowiczanie Pilchowiczanom Ewa Morgała wraz z mężem.
Obok można było posmakować kuchni kresowej, więc było coś dla duszy i dla podniebienia. Na pożegnanie można było się zaopatrzyć w pamiątkę w postaci ozdoby wykonanej rękami ludowej artystki z Pilchowic.
Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Pilchowicki akcent kulturalny w Kędzierzynie Koźlu”, znajduje się na s. 12 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Pilchowicki akcent kulturalny w Kędzierzynie Koźlu” na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Przytłaczająca większość włodarzy miast robi wszystko, by z administracją rządową współpracować, starać się o jej wsparcie, dotacje. W przypadku prezydenta Poznania sprawa jest po prostu nienormalna.
Jolanta Hajdasz
Zbigniew Hoffmann
Trzeba rozpocząć od rzeczy dobrze znanej, czyli przypomnieć program Rodzina 500 plus. W Wielkopolsce, jak w całym kraju, to sukces, prawda?
Myślę, że spoglądając z perspektywy polityki społecznej po 1989 roku, to bezsprzeczny sukces. Jak wiadomo, wojewodowie na terenie swoich województw odpowiadali za wdrażanie i realizację programu. W Wielkopolsce, tak jak w całym kraju, udało się wprowadzić program, który naprawdę wpłynął na poziom życia Polaków.
Chcę o tym nieustannie przypominać, szczególnie w kontekście bardzo egzotycznych opinii na ten temat tzw. totalnej opozycji. Myślę, że beneficjenci programu i ich zadowolenie z prawdziwej pomocy ze strony państwa to najlepsza wizytówka.
Jak on wygląda w Wielkopolsce?
W tej chwili dysponuję danymi, które dotyczą ubiegłego roku. W roku 2016 wypłacono w naszym regionie kwotę 1 miliarda 760, 5 miliona zł, a wsparcie otrzymało aż 272 tysięcy rodzin. Oznacza to, że tym programem objęto blisko 57% rodzin w Wielkopolsce. To jest rzecz niezwykle istotna, dlatego, że w wielu rodzinach po raz pierwszy pojawiła się realna możliwość zakupu niektórych artykułów szkolnych, finansowania dodatkowych zajęć edukacyjnych czy wyjazdu na wakacje. Warto to ciągle przypominać.
Nasi poprzednicy, którzy nieustannie krytykują działania rządu, mieli na takie zmiany aż 8 lat. Niestety Polakom nie było dane odczuć korzyści ze strony tych, którzy dziś głównie krzyczą. Milcząca większość naszego narodu ocenia te zmiany pozytywnie, co z pewnością w przyszłości przełoży się na szereg czynników ekonomicznych i demograficznych. Jednak dziś musimy na takie analizy jeszcze poczekać.
Chciałbym również powiedzieć kilka ciepłych słów pod adresem samorządów, bo na terenie województwa wielkopolskiego samorządy bardzo dobrze i skutecznie poradziły sobie z organizacją wypłat tego świadczenia.
To ciekawe, bo w Wielkopolsce wiele samorządów reprezentuje Pana przeciwników politycznych, czyli właśnie tę wspomnianą totalną opozycję. Wybory samorządowe w 2014 zdecydowanie wygrała przecież koalicja PO i PSL.
To słuszna uwaga, bo pokazuje, że jest możliwa współpraca rządu z samorządami z różnych opcji politycznych. Ale pod jednym warunkiem, że po obu stronach, i wojewody, i samorządów, jest dobra wola współpracy. A w Wielkopolsce ta wola była i jest. I mamy szereg przedsięwzięć mówiących o tym, że ta współpraca nie tylko jest możliwa, ale też jest bardzo dobra. Jeżdżę po Wielkopolsce, spotykam się z samorządowcami z różnych opcji politycznych i mogę szczerze powiedzieć, że jest tylko jeden samorząd, z którym ta współpraca jest bardzo trudna.
Łatwo zgadnąć, że chodzi o samorząd miasta Poznania.
Niestety tak. Wielkopolska to 4 miasta na prawach powiatu, 31 powiatów i 226 gmin. Rolą wojewody jest współpraca z samorządami w terenie i praktycznie we wszystkich gminach ta współpraca przebiega poprawnie, dobrze lub bardzo dobrze. Wszędzie poza Poznaniem. (…)
Symbolem braku działań ze strony prezydenta Poznania może być np. niedokończony remont dworca PKP. Jak Pan ocenia dworzec w Poznaniu?
Pytanie jest dobre, ale odpowiedź niestety już nie nastraja pozytywnie. Jak większość podróżnych, oceniam go fatalnie. Ten legendarny już kształt „chlebaka” i zdecydowany przerost funkcji komercyjnej nad funkcją usługową to sprawy wyjątkowo irytujące. Podróżni po prostu gubią się na tym dworcu, czy tym, co raczej pozoruje dworzec.
Uznałem, że jest to sprawa o znaczeniu strategicznym dla Polski, dla Wielkopolski i Poznania, a Wojewoda ma obowiązek aktywnego angażowania się w realizację kluczowych inwestycji. Nie będę ukrywał, że ten temat konsultowałem z różnymi środowiskami: m.in. eksperckimi, przedstawicielami ruchów miejskich, samorządów pomocniczych. Jesteśmy na dobrej drodze, by tę sytuację poprawić. (…)
A jak na terenie naszego województwa przebiega realizacja likwidacji gimnazjów oraz zmian w podstawówkach i szkołach średnich, czyli po prostu reforma oświaty?
Zaskoczę Panią, ale przedstawiciele samorządów w Wielkopolsce, którzy zajmują się wdrażaniem tej reformy, znakomicie przygotowanej przez panią minister edukacji narodowej Annę Zalewską, współpracują z nami nawet nie tylko poprawnie, ale wręcz bardzo dobrze. Tak jak w przypadku programu Rodzina 500 plus, nie notuję prawie żadnych przypadków oporów przy jej wdrażaniu, reforma przebiega bardzo sprawnie. Nadzoruję to oczywiście we ścisłej współpracy z ministerstwem i kuratorium oświaty, a przy okazji warto w tym miejscu podkreślić pełen profesjonalizm poznańskiej kurator oświaty pani Elżbiety Leszczyńskiej i jej zespołu. To jest naprawdę kolejny przykład u nas na bardzo dobrą współpracę rząd – samorząd. (…)
Zmiany polityczne w Poznaniu nie będą proste. Można zauważyć, że Platforma Obywatelska prowadzi tu jakby permanentną kampanię wyborczą, jakby poza nią nic już ich nie obchodziło. Ten styl może się okazać skuteczny, bo sprzyjające im lokalne media nagłaśniają każdy, nawet najdrobniejszy ruch ze strony PO.
Prezydent Jaśkowiak, nawet jeśli kiedykolwiek zajmował się zarządzaniem miastem, choć coraz częściej mam wątpliwości, czy zajmował się tym kiedykolwiek, to już dawno o tym zapomniał i poszedł wyłącznie w czystą politykę, rozumianą jako zdobycie i posiadanie władzy. I nic więcej. Zapewne równie często jak w Poznaniu bywa teraz w Warszawie. Czy na tym korzystają poznaniacy? Wątpię. Konia z rzędem temu, kto mi wskaże jakiekolwiek przedsięwzięcie władz miasta z ostatnich 3 lat, które zapisałoby się na plus w oczach poznaniaków. (…)
Rozmawiamy na kilka dni przed kolejną rocznicą poznańskiego powstania Czerwiec’56. (…) Czy mamy pewność, że w tym roku obchody Czerwca’56 odbędą się w godny sposób?
Nie ukrywam, że z wielkim niepokojem czekam na te obchody. Ja odpowiadam tylko za niewielki ich element, współpracuję przy tym ściśle ze środowiskami kombatanckimi, ale jak będzie podczas tej części, za którą odpowiadają władze miasta – nie wiem.
Czy na pewno nie zapomną, że organizujemy te uroczystości po to, by oddać hołd tym, którzy ginęli za wolną Polskę? Mamy także oddać hołd tym kombatantom, którzy jeszcze żyją, którzy są między nami, a to, co stało się w ubiegłym roku na placu Adama Mickiewicza, to było coś niesłychanego.
Po raz kolejny obawiam się jednak polityzacji tego wydarzenia. Mogę tylko apelować do władz Poznania, żeby uszanowały pamięć osób, które zginęły w 1956 r. w Poznaniu i uszanowały uczestników tamtego Powstania, którzy są jeszcze z nami, a także tych poznaniaków, którzy chcą im wyrazić swoją wdzięczność.
Cały wywiad Jolanty Hajdasz z wojewodą wielkopolskim Zbigniewem Hoffmannem pt. „Z perspektywy Wojewody” znajduje się na ss. 1 i 3 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Jolanty Hajdasz z wojewodą wielkopolskim Zbigniewem Hoffmannem pt. „Z perspektywy Wojewody” na ss. 1 i 3 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Ludzie nie znoszą już pojęcia winy i grzechu. Kiedy ta wina staje się zbyt uciążliwa, z wygody legalizuje się ją. Wtedy zło staje się dobrem lub na jednym poziomie z nim, w imię rzekomej tolerancji.
Antoni Ścieszka
„Dokąd zmierzasz, Europo?” Odpowiedź na to zawołanie naszej Pani Premier 15 i więcej lat wcześniej dał śp. Filip Adwent – polski europoseł I kadencji. 26 czerwca bieżącego roku minęła 12 rocznica „zwypadkowania” go w tajemniczych, do dziś niewyjaśnionych okolicznościach, po niespełna roku energicznej, kompetentnej działalności w parlamencie Unii Europejskiej.
Ten francuski lekarz w 1996 roku przybył na stałe do naszego kraju, aby na Polaków wychować trójkę swych małych dzieci. Niezrozumiała, nawet dla jego rodziców, była ta decyzja i niezwykły wtedy kierunek migracji.
Dziś zarówno powyższe pytanie Pani Premier, jak i przeprowadzka do Polski wydają się już mniej dziwne, gdyż Polska zaczyna być postrzegana jako najbardziej bezpieczne, narodowościowo i religijnie jeszcze nieskłócone państwo w Europie. I to pomimo tego, że podsycane są tendencje odśrodkowe, na szczęście nielicznych separatystów Ślązaków czy Kaszubów. (…)
Przed obecną sytuacją wędrówki ludów (jakby proroczo) przestrzegał Filip Adwent kilkanaście lat temu! Apelował do rozsądku obrazowym porównaniem:
Granice w skali państwa – to tyle co drzwi i okna w naszym mieszkaniu rodzinnym. W tych granicach jesteśmy u siebie – możemy zaprowadzać własne porządki. Nasze drzwi są szeroko otwarte dla przyjaciół. Czasami też lubimy się pozamykać, mieć spokój. Nie chcielibyśmy żyć bez okien i drzwi, również nie sprzedamy pokoju we własnym mieszkaniu, ba, nawet przed wynajęciem go na kilka dni mamy uzasadnione obawy.
Szczególnie niebezpieczna jest radykalizacja i błyskawiczne rozprzestrzenianie się islamu w bogatych państwach UE. Ich aparat państwowy, niewsparty wolą polityczną swych przywódców, nie widzi potrzeby nawet liczenia, ile kościołów uległo likwidacji. Ile w ich miejsce powstało meczetów.
Przyjmuje się, że we Francji jest ich około 2500 (500 w budowie), w Niemczech 2600, w Holandii ponad 1600, w Szwecji około 400, a Austrii około 200, a w Polsce około 6. Jesteśmy więc ostoją chrześcijaństwa; oby tak dalej. Oby nie wprowadzać do naszych miast antychrześcijańskiego konia trojańskiego. (…)
O początkach rozkładu społeczeństw Zachodu rozmawiałem z Filipem Adwentem już na przełomie lat 80. i 90. Jako mieszkaniec Strasburga opowiadał o scenach podpalania samochodów przez rozwydrzoną młodzież. Zauważyłem, że i u nas takie zdarzenie miało miejsce. Odpowiedział: – My już dalej zaszliśmy. U nas biją strażaków, którzy przyjeżdżają gasić pożar. I to na was przyjdzie, jeśli wszystko to, co pochodzi z Zachodu, będziecie chłonąć bezkrytycznie.
Cały artykuł Antoniego Ścieszki pt. „Dokąd zmierzasz, Europo?”, znajduje się na s. 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Antoniego Ścieszki pt. „Dokąd zmierzasz, Europo?” na s. 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Położenie piastowskie nie oznacza poddania się dominacji niemieckiej, lecz odwrotnie – zobowiązuje do 1000-letniej syntezy czterech wielkich epok: piastowskiej, jagiellońskiej, okresu zaborów i II RP
Ryszard Surmacz
Gdybym napisał, że po 1989 r. na obszarze pomiędzy Bugiem i Odrą a Bałtykiem i Karpatami dzieją się rzeczy, którym trudno nadać przydomek „polskie”, byłoby to przesadą. Ale, gdy zestawimy PRL i PRL-bis z II RP, to określenie „tak zwana”, w stosunku do Polski nasuwa się samoistnie. Od 70 lat żyjemy więc w świecie, który niewiele czerpie z przeszłości i niewiele daje przyszłości – żyjemy więc w świecie pozaczasowym i czasie bez horyzontu. Jesteśmy żywicielami obcej konsumpcji.
Więcej, ten świat siedzi w nas jak rak i kształtuje nasz sposób myślenia. Polskie szkolnictwo, media, partie polityczne, a także polska narracja cały naród zamknęły w getcie lat 1945–2017. Świat polskiej myśli i polskiej niepodległości został wyrzucony z naszej świadomości, a my nic nie robimy, aby to zmienić. Niepodległe państwo i punkt odniesienia, jakim była II RP, pozostają w innej rzeczywistości.[related id=6603]
Zdumiewające jest to, że choć wszyscy wiedzą, iż każda szersza perspektywa oglądu przechyla szalę zwycięstwa na stronę prawdy, mało kto potrafi to wykorzystać. Mała perspektywa niszczy dużą perspektywę i nikomu to nie przeszkadza. To małość. (…)
Konstrukcją małego i dużego planu jest doświadczenie. Na małym planie bardziej liczy się doświadczenie współżycia, na większym doświadczenie bycia. Jeżeli odrzucimy własną tradycję i doświadczenie dziejowe, które wynikały z walki człowieka z ziemią, którą ma czynić sobie poddaną, oraz z chciwymi ludźmi, to pozostanie nam tylko doświadczenie narzucone przez obce reżimy.
Dzisiejszy Polak myśli kategoriami bezczasowymi i nie interesuje się polskim 1000-leciem, lecz bardziej kupiecką bieżączką. Nasze wybory oscylują więc pomiędzy światem moherowym a skrajnym liberalizmem, pomiędzy szowinizmem a patriotyzmem, nieznanym a głupim. Takie podejście do życia promuje egoizm, zaciera różnice pomiędzy dobrem a złem, swoim i obcym.
Nie inaczej jest z obyczajem. Obyczaj nie jest rejestrem babcinych zachowań, lecz zapisem historii dobrej woli człowieka do człowieka – w obliczu przeciwności losu. Dobre obyczaje formułował paradygmat zgody, i tych trzeba przestrzegać. Natomiast obyczaje złe powstawały w obliczu ostrej rywalizacji, walki lub złej woli.
Dobry obyczaj był więc elementarzem przyzwoitości, któremu każdy podlegał w sposób bezwzględny. Zły obyczaj namnaża swoje kolonie tam, gdzie dobry jest słabszy lub nadmiernie wyręczany przez obce prawo, które można oszukiwać lub „interpretować”. Na podstawie zachowań niektórych prawników można zauważyć następującą prawidłowość: im mniej przyzwoitości (obyczaju) w prawie, tym większa dezorganizacja państwa. Natomiast przykładem doniosłości roli obyczaju może być chociażby ludowa tradycja śląska, gdzie w warstwie propagandowej poddano się zachodniej cywilizacji, ale w warstwie moralnej już nie. O ich życiu codziennym mniej decyduje prawo, więcej własna kultura.
I teraz, wracając do meritum: jeżeli na małym i dużym planie chcemy zabezpieczyć się przed grabieżą własnego majątku, przed zgodą na systemowe ogłupianie siebie i dzieci, przed odebraniem nam wolności, musimy zdać sobie sprawę, na czym stoimy. To nie politycy, których wybieramy, decydują o losie państwa, to nie naukowcy decydują o naszym wykształceniu, to nie wojsko decyduje o naszym bezpieczeństwie. Oni powinni być wykonawcami naszej woli. I to daje nam demokracja. Ale demokracja wymaga stosownego wykształcenia i myślącej polskimi kategoriami inteligencji. (…)[related id=2601]
Zarówno nasze „warunki niezmienne” od ponad 300 lat, jak i „warunki naszego przetrwania” od 70 lat są przedmiotem nieustannego ataku. W okresie zaborów propagandowej manipulacji zostało poddane pięć pokoleń Polaków. Karani byliśmy za katolicyzm i narodowość. Chciano z nas zrobić Rosjan, Niemców lub Austriaków.
Na Kresach temu atakowi opierała się szlachta; w Wielkopolsce szlachecką inicjatywę przejęli chłopi i mieszczanie. Dziś na ziemiach zachodnich mieszkają Polacy z Kresów, Polacy z Wielkopolski, Polacy z Pomorza i Polacy ze Śląska, tworząc wspólnie konglomerat polskich kultur. Odwróceni do siebie plecami, stoją, jak w teatrze kukiełek lub jak pomnik spetryfikowanego PRL-u. Z punktu widzenia politycznego, historycznego, socjologicznego, interesu państwa i narodu, ba, każdego innego – jest to sytuacja kuriozalna. Brak dialogu pomiędzy nimi w dobie multikulti jest niczym innym, jak czystej wody głupotą – tym gorszą, że mającą korzenie w czasach zaborów.
Atakowani jesteśmy z zewnątrz, ale to najcięższe uderzenie – na siebie i własną kulturę, a więc dziedzinę, dzięki której przetrwaliśmy zabory, II wojnę i PRL, przychodzi ze strony wewnętrznej – w imię krótkiej perspektywy. Hitler przeciera oczy ze zdumienia, bo oto dostrzegł nowe życie dla siebie. Synowie tych Polaków, którzy pod jego nosem zbudowali Polskie Państwo Podziemne, dziś, jak wściekłe psy, rzucają się na siebie. Na całe gardło rechocze też Stalin, bo czuje jak wygasa mu żar pod siedzeniem, a narasta ten, z który pozwalał mu mordować ludzi tysiącami.
Cały artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Jedność działania albo śmierć” znajduje się na s. 13 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Jedność działania albo śmierć” na s. 20 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Farmerzy są zbyt biedni, by dokupować ziemię. Najpierw należy stworzyć mechanizmy, które by im w tym pomogły. Już teraz ludzie oddali swoją ziemię w dzierżawę nawet na okres 499 lat!
Paweł Bobołowicz
Walka o ukraińską ziemię
Na Ukrainie trwa bitwa o ziemię. I nie chodzi o walki na wschodzie tego kraju, lecz o możliwość kupna i sprzedaży ziemi rolnej. W obrocie mogą się znaleźć miliony hektarów. 72% ukraińskich ziem to ziemia rolna. Zniesienie moratorium na jej sprzedaż mogłoby Ukrainie przynieść od 10 do 50 mld USD w ciągu 2–3 lat. Ale jednocześnie pojawiają się podstawowe pytania: do kogo trafi ta ziemia i kto na tym zarobi? Na uruchomienie rynku sprzedaży ziemi naciska Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w kolejce ustawiają się ukraińscy oligarchowie i najwięksi światowi gracze. Jednak wielu ukraińskich polityków ostrzega: ziemia to ostatni zasób, który Ukraina posiada. I nie jest on odnawialny.
Swój człowiek w resorcie rolnictwa
23 maja br. do dymisji podał się minister polityki rolnej Ukrainy Taras Kutowyj. Podziękował za współpracę i zaufanie prezydentowi Poroszence i premierowi Hrojsmanowi. Dymisja musi być jeszcze zaopiniowana przez komisje Rady Najwyższej i zaakceptowana przez samą Radę. Minister nie wygłaszał żadnych ostrych deklaracji, nie obciążał nikogo winą. Jednak ukraińscy komentatorzy nie mają wątpliwości, że decyzja ta nie jest spowodowana nowym planami na życie ministra, lecz świadczy o ścieraniu się wielkich grup lobbystów, dla których sektor rolnictwa ma pierwszorzędne znaczenie. Wśród jej przyczyn pojawia się kwestia nie najlepszych relacji ministra z premierem Hrojsmanem, który w resorcie rolnictwa ma swojego człowieka, Maksyma Martyniuka.
Martyniuk współpracował z obecnym premierem, gdy ten jeszcze był prezydentem Winnicy. Wtedy Martyniuk był specjalistą od architektury i budownictwa – zresztą w 2014 roku objął szefostwo Państwowej Inspekcji Architektury i Budownictwa, ale już po roku szefował Państwowej Służbie ds. Geodezji, Kartografii i Katastru. 22 lipca 2016 roku został natomiast zastępcą ministra rolnictwa. Nieoficjalnie mówi się, że Martyniuk, będąc wiceministrem rolnictwa, ma silniejszą pozycję niż sam minister i w dodatku utrzymuje bezpośrednie relacje z premierem.
Tymczasem ministrowi zabrano nadzór nad strategicznie ważnymi przedsiębiorstwami państwowymi: UKRSPYRT – największym producentem wysokojakościowego spirytusu i UKRLIS – prowadzącym gospodarkę leśną. Oba przedsiębiorstwa to olbrzymie pieniądze i często pojawiające się oskarżenia o korupcję. Na korupcję w UKSPYRT nawet oficjalnie żalą się producenci ukraińskich alkoholi. Nie ulega wątpliwości, że ten, kto kontroluje te obszary, posiada też olbrzymie wpływy. Taras Kutowyj je stracił.[related id=21851]
Jednak według źródeł w sekretariacie prezydenta Ukrainy, do których dotarł zazwyczaj dobrze poinformowany portal „Ukraińska Prawda”, przyczyną dymisji miała być kwestia planowanej, a właściwie wciąż niezakończonej reformy rolnej. Koncepcja ministra mogła się przestać podobać obecnym władzom. Nie do końca zabezpieczała interesy grup, związanych z władzą.
Reforma rozpala ukraińską opinię publiczną i stała się elementem ostrej rywalizacji politycznej. Najważniejszym jej składnikiem jest zniesienie moratorium na sprzedaż ziemi rolnej na Ukrainie. Miałoby ono zakończyć reformowanie ukraińskiego rolnictwa, które rozpoczęło się wraz z likwidacją kołchozów w latach 90. ubiegłego wieku. Około 7 mln Ukraińców otrzymało wtedy „paj” – udział w ziemiach należących do kołchozów. Dla wielu oznaczał on jedynie formę świadczenia w postaci płodów rolnych od osób, które faktycznie gospodarowały na „udziałowej” ziemi. Udziałowcowi przypadało świadczenie, np. ustalona ilość worków zboża, ziemniaków, buraków itp. Wiele osób nawet nie wiedziało, gdzie faktycznie jest ich pole, a nawet gdy wiedziało, i tak, z wielu przyczyn, nie mogło, nie chciało podjąć się na nim indywidualnej gospodarki.
Z czasem właściciele „udziałów” uzyskali certyfikat potwierdzający prawo własności do konkretnej działki. To zaczęło normować kwestię dzierżawy ziemi, ale stało się też elementem „szarej strefy” w rolnictwie, nielegalnego przejmowania ziemi i pozaprawnego nią obrotu. Podstawą bowiem systemu tak rozumianej własności ziemi na Ukrainie był zakaz kupna i sprzedaży ziemi o przeznaczeniu rolnym. Od 2001 roku do dzisiaj na Ukrainie funkcjonuje moratorium na sprzedaż ziemi. W ubiegłym roku zostało przełożone do 1.01.2018 roku.
Władze pomajdanowe uwolnienie obrotu ziemią uznały za jedno ze swoich głównych zadań. Kwestia ta też jest wskazywana jako wymóg międzynarodowych instytucji, a szczególnie MFW, który przyjęcia odpowiednich regulacji w tej sprawie oczekiwał do końca maja br. Jednak Rada Najwyższa nie przyjęła ostatecznej wersji ustawy, powstała kolejna komisja rządowa w tej sprawie, a minister rolnictwa podał się do dymisji. I chociaż formalnie oznacza to, że kwestia zniesienia memorandum powróci najwcześniej w czasie jesiennej sesji Rady Najwyższej, to jednak temat ziemi stał się jednym z najważniejszych w debacie publicznej. Trudno też określić, jak na przyszłość tej reformy wpłynie dymisja Tarasa Kutowego.
Sprzedać wszystko i wszystkim
Rząd Hrojsmana uważa, że dokończenie reformy rolnej jest jednym z priorytetów Ukrainy na lata 2017–2020. I chociaż nie udało mu się skasować moratorium, zapewne będzie dążył, by sprzedaż ziemi była możliwa, choć pod pewnymi warunkami. W pierwszym okresie ziemię mogłyby kupować i sprzedawać tylko osoby indywidualne, a jedna osoba nie mogłaby mieć więcej niż 200 hektarów. W łonie koalicji powstają jednak dalej idące pomysły. Deputowany Bloku Petra Poroszenki Oleksij Muszak nie ma wątpliwości, że zniesienie moratorium na sprzedaż ziemi powinno nastąpić jak najszybciej: „Czarny rynek handlu ziemią już istnieje. Ziemię się sprzedaje i kupuje. Moratorium zabrania kupować ją oficjalnie, ale nieoficjalnie, dzięki różnym niedoskonałościom prawa, ziemią się handluje. Czyli zniesienie moratorium to legalizacja tego, co i tak jest”.
Muszak uważa, że celem reformy powinno być też uzyskanie maksymalnej ceny za ziemię. Będzie to korzystne dla obecnych jej właścicieli. Maksymalna cena będzie możliwa, gdy rynek otworzy się zarówno dla osób fizycznych, jak i prawnych. Osoby prawne dysponują większymi zasobami finansowymi, przez co będą w stanie wyłożyć więcej pieniędzy na kupno ziemi. Oleksij Muszak idzie dalej niż dotychczasowe propozycje rządowe, według których rynek handlu ziemią powinien być otwarty tylko dla osób fizycznych. Dla Muszaka jest to ograniczenie, które nada prawo kupna wąskiej grupie ludzi, w dodatku bez możliwości uzyskania dobrej ceny za ziemię.
Ograniczenia wg niego powinny dotyczyć koncentracji ziemi w jednych rękach. Na poziomie kraju w jednych rękach nie może się znaleźć więcej niż 1% ziemi o przeznaczeniu rolnym. Muszak walczy o zniesienie moratorium nie tylko w drodze zmian w ustawodawstwie. Wraz z grupą 54 deputowanych skierował w tej sprawie wniosek do Sądu Konstytucyjnego Ukrainy.
Na sprzedaż ziemi osobom prawnym oficjalnie nie ma zgody w rządowym projekcie. Ten projekt preferuje model farmerski, rodzinny. Oficjalnie ministerstwo widzi niebezpieczeństwo, że dopuszczenie do obrotu ziemią osób prawnych pozwoli na skupowanie ziemi przez zagranicznych inwestorów. Nieoficjalnie pojawiają się opinie, że są wpływowe środowiska w ministerstwie, które nie mają nic przeciwko temu, a wiceministrowi Martyniukowi bliski jest projekt Oleksija Muszaka – całkowicie i jak najszybciej uwalniający rynek ziemi rolnej na Ukrainie. Może to też tłumaczy dymisję ministra Tarasa Kutowego.
Zwolennicy sprzedaży ziemi wskazują, że tak uzyskane środki finansowe ożywią gospodarkę w innych sektorach. Sprzedaż kilku hektarów ziemi umożliwi zakup kilkupokojowego mieszkania w mieście rejonowym (powiatowym). Może to mieć znaczenie dla osób, które nie korzystają z należnej im ziemi i nie zamierzają prowadzić działalności rolnej.
Dr Ołeh Sawczuk, ekonomista, który gospodaruje na ziemi, twierdzi, że reforma rolna powinna być w pełni zrealizowana 20 lat temu. To wtedy zabrakło ustawodawstwa o hipotece, specjalnym banku ziemi. Dziś, według niego, reformie sprzeciwiają się latyfundyści, którzy dzierżawią ziemię od indywidualnych osób za „paj”, który oznacza np. „worek zboża” i w żaden sposób nie odpowiada wartości rynkowej ziemi. Takie osoby mają wieloletnie umowy dzierżawy i nie chcą zmian.[related id=10644]
Po reformie rolnik mógłby sprzedać swoją ziemię albo ją dzierżawić po cenach rynkowych. Obecnie umowy dzierżawy w dodatku przewidują, że rolnik, aby odzyskać ziemię, musiałby spłacić aktualnemu dzierżawcy koszty związane np. z poprawą stanu gruntów (np. nawożenia). Takie konstrukcje zniechęcają do rezygnacji z umów dzierżawy ziemi i według ekonomisty przedłużają patologię funkcjonowania rynku ziemi.
Obecną sytuację Sawczuk nazywa „chaosem, w którym korzystają nieliczni, a rolnik jest pozbawiony jakichkolwiek gwarancji co do posiadania czy wykorzystania własnej ziemi”. Nowa ustawa mogłaby także chronić przed wykupem ziemi przez wielkich właścicieli, także zagranicznych. Dzisiaj ci najwięksi wykorzystują szarą strefę obrotu ziemią. Cierpi prosty właściciel, który nie może kupić odpowiedniego sprzętu ani dokupić dodatkowej ziemi i jest pozbawiony wolnych środków obrotowych. Sam Sawczuk ma sad, który jest inwestycją długoterminową, i dzisiaj boi się podpisywania umów na dzierżawę kolejnych hektarów ziemi, bo nie wie, co z nimi będzie za kilka lat.
Latyfundyści
Największym przeciwnikiem wolnego rynku ziemi jest Batkiwszczyna i jej szefowa Julia Tymoszenko. Była premier uważa, że zniesienie moratorium na sprzedaż ziemi jest korzystne dla 12–15 ukraińskich rodzin, które już dzisiaj posiadają gospodarstwa rolne o szokujących areałach: od 500 tysięcy do 1 mln ha. Wśród latyfundystów wymienia również rodzinę prezydenta Poroszenki. Nieoficjalnie eksperci związani z opozycyjnymi ugrupowaniami potwierdzają, że rodzina Poroszenki może dysponować tak potężnymi obszarami ziemi rolnej. Ale na pewno nie należy ona do ścisłej czołówki największych posiadaczy ziemskich.
Latyfundystów nie brakuje w środowisku prezydenckim. Jednym z nich jest Oleksij Wadaturskij, właściciel i prezes firmy Nibylon. Do niego ma należeć najwięcej areałów czarnoziemu w obwodzie mikołajowskim i chersońskim. Jego syn Andrij jest wiceprezesem firmy Nibylon i deputowanym Rady Najwyższej, trafił do niej z listy… Bloku Petra Poroszenki. Innym latyfundystą jest wieloletni deputowany Rady Najwyższej Andrij Werewskij, założyciel i dyrektor generalny Kernel Holding SA. Na stronie tej firmy można przeczytać, że jest to firma „wiodąca, dywersyfikowana, agroprzemysłowa w regionie czarnomorskim”. Firma chwali się, że m.in. eksportuje rocznie około 7 mln ton produkcji rolniczej, posiada sieć elewatorów i głębokowodne terminale eksportowe. Werewskij mieszka teraz w Wielkiej Brytanii, ale w Radzie Najwyższej nietrudno jest się dowiedzieć, którzy deputowani lobbują na jego rzecz. Znów są to osoby związane Blokiem Petra Poroszenki i zaangażowane w przygotowanie ustawodawstwa związanego z rynkiem ziemi rolnej na Ukrainie.
Deputowany Batkiwszczyny Wadym Iwczenko, który wiceszefuje komisji ds. rolnictwa Rady Najwyższej, zwraca uwagę na brak szans małych farmerów w starciu z wielkimi firmami czy latyfundystami i nierówny dostęp do systemu bankowego. Ukraiński rolnik jest skazany na ukraiński system bankowy i kredyty oprocentowane na 27% w skali roku. Firmy, które korzystają z kredytów zachodnich, mogą pozyskać kredyty oprocentowane na 5–7%.
Według polityka na zniesieniu moratorium na sprzedaż ziemi mogą też skorzystać instytucje kredytujące. Zarobią na kredytach i szybko wzbogacą się na przejmowanej za niespłacone kredyty ziemi. Rolnik będzie pracować tylko na spłatę kredytu i znów nie będzie miał środków obrotowych na niezbędne urządzenia, rozwój.
Iwczenko nie wierzy w zapisy zabraniające skupiania większych areałów w jednych rękach. Przecież już dzisiaj się to dzieje, a nowe prawodawstwo to tylko ułatwi. Obecnie mali farmerzy wytwarzają ok 40% produkcji rolnej na rynek wewnętrzny. Nie istnieje sformowany rynek ziemi, bo farmerzy są zbyt biedni, by dokupować ziemię. Najpierw należy stworzyć mechanizmy, które by im w tym pomogły. Deputowany twierdzi, że już teraz ludzie oddali swoją ziemię w dzierżawę nawet na okres 499 lat! Wielkie firmy wyspecjalizowały się we wszelkiego rodzaju kruczkach prawnych i wiedzą, jak wprowadzić takie zapisy. Nie ma też wątpliwości: setki tysięcy hektarów na Ukrainie już posiadają amerykańskie i rosyjskie firmy.
Julia Tymoszenko uważa, że reforma rolna musi być rozłożona na lata. Jedyną instytucją uprawnioną do skupowania ziemi powinna być wyspecjalizowana agencja państwowa, która później ziemię może sprzedawać na aukcjach. Trudno jednak nie zauważyć, że przy wciąż systemowej korupcji na Ukrainie mało wiarygodnie brzmi zapowiedź, że ma powstać kolejna instytucja państwowa, która będzie działać uczciwie. W dodatku przeciwnicy zarzucają byłej premier, że nie wykorzystała swojego premierostwa, by uporządkować sprawy rynku ziemi rolnej. Oczywiście Tymoszenko do takich zarzutów jest przygotowana i twierdzi, że to dzięki jej rządom ludzie otrzymali potwierdzenie własności ziemi, a następne kroki nie mogły być zrealizowane, bo przestała być premierem. Batkiwszcyzna chce doprowadzić do referendum w kwestii możliwości handlu ziemią rolną. W ukraińskich miejscowościach stanęły namioty, gdzie aktywiści Batkiwszczyny zbierają podpisy w tej sprawie.[related id=6489]
Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że stosunek do kwestii sprzedaży ziemi często nie ma nic wspólnego z koncepcjami politycznymi, lecz z lobbingiem, i nie tylko ukraińskich grup interesów. Wskazują na powiązania niektórych deputowanych z amerykańskimi koncernami. Iwan Miroszniczenko, deputowany Rady Najwyższej z frakcji Samopomocy (której szefuje mer Lwowa Andrij Sadowyj) przez lata był dyrektorem ukraińskiego przedstawicielstwa amerykańskiej firmy – potentata w szeroko rozumianej branży rolniczoprzemysłowej Cargill Inc. W tej firmie jako ekonomista, według ukraińskich mediów, pracował również Oleksander Żuk – mąż Hanny Hopko, również deputowanej Rady Najwyższej z ramienia Samopomocy – szefowej komisji spraw zagranicznych ukraińskiego parlamentu. Powszechnie wiadomo, że amerykańscy potentaci Cargil Inc. czy Monsanto Company są na ukraińskim rynku i chcą swoją obecność powiększyć. Już w 2014 roku uwolnienie rynku ziemi miał obiecać Amerykanom ówczesny premier Arsenij Jaceniuk. Rynkiem ukraińskiej ziemi w czasach Janukowycza interesowały się firmy z Bliskiego Wschodu i Chin.
Wspierać farmerów
Profesor Jurij Hubeni – ukraiński ekspert ds. polityki rolnej – od 20 lat prowadzi studia nad rozwojem ukraińskich wspólnot terytorialnych. Uważa on, że kwestia uwolnienia sprzedaży ziemi rolnej Ukrainy jest „nie na czasie i nie w tych warunkach, które są na Ukrainie, a przyszłość dyktuje konieczność szukania innego sposobu wykorzystania dóbr naturalnych niż prywatyzacja”. Z jego badań wynika, że około 22% obecnych posiadaczy udziałów (wspomnianego „paj”) chce je sprzedać. Ludzie po prostu nie wiedzą, co robić z ziemią, nie widzą w niej źródła dochodu, przyszłości zawodowej. Nie ma też chętnych na kupowanie ziemi.
Profesor porównuje sytuację do ukraińskiej prywatyzacji z 1996 roku, która, realizowana na podobnych zasadach jak w Polsce, doprowadziła do powstania ukraińskiego oligarchatu. Rozdane ludziom świadectwa udziału w prywatyzacji po dwóch latach zostały skupione przez nieliczną grupę osób lepiej zorientowanych, posiadających wielkie środki. Tak samo obecni właściciele ziemi za kilka lat staną się jedynie dzierżawcami – i za dzierżawę będą musieli płacić nowym, potężnym właścicielom. Hubeni uważa, że nie został sformowany przejrzysty kataster. Ewidencja gruntów zawiera wiele błędów. Inni eksperci twierdzą, że według katastru, ziemi rolniczej na Ukrainie jest więcej niż faktycznie. Także zdaniem Hubeniego obecna sytuacja jest nie do utrzymania.
Podobnie twierdzi Witalij Skocyk, szef pozaparlamentarnej Partii Agrarnej: „Sytuacja jest prosta. Musimy zakończyć reformę rolną. Im szybciej, tym lepiej. Jest ryzyko, że niewielka grupa ludzi, która dziś jest przy władzy, zrobi wszystko tak, żeby na pierwszym etapie skupić całą ziemię, a później sprzedawać ją tym ludziom, którzy realnie pracują na ziemi. Dlatego mówimy: »nie« dzikiemu rynkowi ziemi dzisiaj i »tak« maksymalnie szybkiemu zakończeniu reformy ziemskiej”.
Partia Agrarna 7 czerwca br. przyprowadziła pod Radę Najwyższą tysiące swoich zwolenników i deklaruje, że pod swoim projektem reformy rolnej zebrała 3 miliony podpisów. Według Partii Agrarnej reforma ma być kilkuetapowa i rozłożona na 7–8 lat. Skocyk postuluje najpierw m.in. rzetelną ewidencję gruntów i przekazanie państwowej ziemi do samorządów. Samorządy powinny też skupować ziemię od osób, które nie będą same gospodarować. Zamiast wysprzedaży ziemi, należy stymulować wieloletnie dzierżawy od państwa i samorządów. Z czasem farmerzy mogliby wykupywać ziemię, mając zabezpieczenie kredytowe.
Skocyk twierdzi, że 96% osób pracujących na roli nie ma środków na wykup ziemi. Zagrożeniem dla reformy są zarówno ukraińscy oligarchowie, jak i instytucje zagraniczne, które dziś byłyby w stanie ziemię wykupić. Państwo zatem musi najpierw wzmocnić, rozwinąć gospodarstwa farmerskie.
Francuskie wino spod Odessy
Nie ulega wątpliwości, że obecna sytuacja na rynku ukraińskiej ziemi jest patologiczna. Wystarczy wpisać po ukraińsku „sprzedaż ziemi” w internecie i wyskakuje tysiące ogłoszeń o jej sprzedaży. A przecież obowiązuje moratorium. Oczywiście na Ukrainie już dawno powstały mechanizmy, które to omijają – wieloletnie dzierżawy, scedowanie praw. Taka „szara sfera” jest jednak niebezpieczna dla tych, którzy nie do końca rozumieją funkcjonowanie wschodnich mechanizmów.
Przekonał się o tym Christophe Lacarin – Francuz, który na południu Ukrainy założył winnicę i stworzył od podstaw nową markę wina. Jednak rankiem 25 listopada ub.r. na teren jego winnicy wjechał buldożer i przeorał w kilku miejscach uprawy, niszcząc krzewy, które rosły tam od kilku lat. Francuz twierdzi, że ziemie wydzierżawił na 15 lat. Inaczej to przedstawiają właściciele ziemi, czy też udziałów w dzierżawionej działce. Lacarin niewątpliwie stał się ofiarą mętnego systemu „pajów”, niezrozumiałych i nieprecyzyjnych udziałów. Teraz próbuje dochodzić swoich praw przed ukraińskimi sądami, ale oczywiście sprawa nie jest prosta i jednoznaczna.
Francuz nie ukrywa, że wcześniej wspierał go Saakaszwili, który jednak już nie szefuje odeskiej administracji. Bez odpowiedniego wsparcia trudno uwierzyć, że na Ukrainie może udać się realizacja jakichkolwiek inwestycji. Także tych w sektorze rolniczym. Co ciekawe, pomimo skomplikowanej sytuacji pojawiają się w nim także inwestorzy z Polski. Niektóre ich opowieści przypominają historię Christophe Lacarina.
Takich problemów nie mają najwięksi gracze. Ci z dojściem na najwyższe szczeble władzy, czy wprost ją formułujący. Co ciekawe, w zakresie podejścia do uwolnienia sprzedaży ziemi ich interes jest zbieżny z tymi najmniejszymi, którzy jak najszybciej swojej ziemi chcą się pozbyć i z ziemią nie wiążą swojego losu. Dla nich możliwość jej sprzedaży jest szansą na dodatkowy dochód. Największym dałaby gigantyczne możliwości.
Ale czy jest to dobre z punktu widzenia strategicznych interesów Ukrainy, dla której rolnictwo pozostaje tak ważnym elementem dochodu? Czy faktycznie Ukraina zarabiałaby na byciu spichlerzem nie tylko Europy? Czy jedynie stałaby się polem zarobków dla innych? Ze swoimi czarnymi ziemiami, stanowiącymi 40% światowych zasobów tego typu gleb.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Walka o ukraińską ziemię” znajduje się na ss. 1 i 7 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Walka o ukraińską ziemię” na s. 7 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Kolejne spotkanie w ramach „Akademii po szychcie 2017”: „O górnośląskim przemyśle w Roku Reformacji na Śląsku. Dynamiczny rozwój górnośląskiego przemysłu górniczo-hutniczego i jego wybitni twórcy”.
Zenon Szmidtke
Marcin Smierz, doktorant w Instytucie Historii Uniwersytetu Śląskiego, wygłosił referat zatytułowany: Rudzkie Gwarectwo Węglowe, poważnie inwestujące mimo trudności, i jego organizator hrabia Nicolaus von Ballestrem.
Rudzkie Gwarectwo Węglowe (1931–1945), koncern należący do hrabiego Ballestrema, stanowił konglomerat wzajemnie uzupełniających się zakładów: trzech kopalń węgla kamiennego, koksowni i elektrowni, zakładów pomocniczych – cegielni, tartaku, stolarni oraz gospodarstwa rolnego zaopatrującego również okolicznych mieszkańców. W skład RGW wchodziła najstarsza na obszarze obecnej Rudy Śląskiej oraz druga na Górnym Śląsku kopalnia węgla kamiennego „Wawel” (pierwotnie „Brandenburg”). (…)
W latach światowego kryzysu gospodarczego zarząd RGW realizował politykę oszczędnościową, polegającą m. in. na redukcji zatrudnienia. Zgodnie z zaleceniem komisarza demobilizacyjnego, zwolnienia w pierwszej kolejności dotyczyły robotników przyjezdnych. Liczono na ich powrót w rodzinne strony do pracy w rolnictwie. Redukcja zatrudnienia dotknęła również kawalerów i pracowników nabywających uprawnienia rentowe. Dążono do niezwalniania jedynych żywicieli rodzin.
W drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku w zakładach RGW wprowadzono szereg poważnych inwestycji, m. in. w szybie „Jerzy” w miejsce dotychczasowego przedziału klatkowego zamontowano skip – wówczas nowoczesne urządzenie wydobywcze. W kopalni „Eminencja” zrealizowano koncepcję wyjątkowego w skali Śląska transportu osobowego. Wagony kopalniane (węglarki) o ładowności 640 kg wyposażono w drewniane siedziska i daszki. W jednym tak zmodernizowanym wagonie mieściło się czterech robotników. (…)
Mikołaj Ballestrem był człowiekiem bardzo religijnym, a w RGW panowała duża życzliwość, ale jednocześnie duży dystans między pracownikami różnego szczebla.
Artykuł Zenona Szmidtkego pt. „O Rudzkim Gwarectwie Węglowym” znajduje się na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zenona Szmidtkego pt. „O Rudzkim Gwarectwie Węglowym” na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Farmerzy są zbyt biedni, by dokupować ziemię. Najpierw należy stworzyć mechanizmy, które by im w tym pomogły. Już teraz ludzie oddali swoją ziemię w dzierżawę nawet na okres 499 lat!
Paweł Bobołowicz
W obrocie mogą się znaleźć miliony hektarów. 72% ukraińskich ziem to ziemia rolna. Zniesienie moratorium na jej sprzedaż mogłoby Ukrainie przynieść od 10 do 50 mld USD w ciągu 2–3 lat. Ale jednocześnie pojawiają się podstawowe pytania: do kogo trafi ta ziemia i kto na tym zarobi? Na uruchomienie rynku sprzedaży ziemi naciska Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w kolejce ustawiają się ukraińscy oligarchowie i najwięksi światowi gracze. Jednak wielu ukraińskich polityków ostrzega: ziemia to ostatni zasób, który Ukraina posiada. I nie jest on odnawialny. (…)
Reforma rozpala ukraińską opinię publiczną i stała się elementem ostrej rywalizacji politycznej. Najważniejszym jej składnikiem jest zniesienie moratorium na sprzedaż ziemi rolnej na Ukrainie. Miałoby ono zakończyć reformowanie ukraińskiego rolnictwa, które rozpoczęło się wraz z likwidacją kołchozów w latach 90. ubiegłego wieku.
Około 7 mln Ukraińców otrzymało wtedy „paj” – udział w ziemiach należących do kołchozów. Dla wielu oznaczał on jedynie formę świadczenia w postaci płodów rolnych od osób, które faktycznie gospodarowały na „udziałowej” ziemi. Udziałowcowi przypadało świadczenie, np. ustalona ilość worków zboża, ziemniaków, buraków itp. Wiele osób nawet nie wiedziało, gdzie faktycznie jest ich pole, a nawet gdy wiedziało, i tak, z wielu przyczyn, nie mogło, nie chciało podjąć się na nim indywidualnej gospodarki.
Z czasem właściciele „udziałów” uzyskali certyfikat potwierdzający prawo własności do konkretnej działki. To zaczęło normować kwestię dzierżawy ziemi, ale stało się też elementem „szarej strefy” w rolnictwie, nielegalnego przejmowania ziemi i pozaprawnego nią obrotu. Podstawą bowiem systemu tak rozumianej własności ziemi na Ukrainie był zakaz kupna i sprzedaży ziemi o przeznaczeniu rolnym. Od 2001 roku do dzisiaj na Ukrainie funkcjonuje moratorium na sprzedaż ziemi. W ubiegłym roku zostało przełożone do 1.01.2018 roku. (…)
Zwolennicy sprzedaży ziemi wskazują, że tak uzyskane środki finansowe ożywią gospodarkę w innych sektorach. Sprzedaż kilku hektarów ziemi umożliwi zakup kilkupokojowego mieszkania w mieście rejonowym (powiatowym). Może to mieć znaczenie dla osób, które nie korzystają z należnej im ziemi i nie zamierzają prowadzić działalności rolnej.
Dr Ołeh Sawczuk, ekonomista, który gospodaruje na ziemi, twierdzi, że reforma rolna powinna być w pełni zrealizowana 20 lat temu. To wtedy zabrakło ustawodawstwa o hipotece, specjalnym banku ziemi. Dziś, według niego, reformie sprzeciwiają się latyfundyści, którzy dzierżawią ziemię od indywidualnych osób za „paj”, który oznacza np. „worek zboża” i w żaden sposób nie odpowiada wartości rynkowej ziemi. Takie osoby mają wieloletnie umowy dzierżawy i nie chcą zmian.
Po reformie rolnik mógłby sprzedać swoją ziemię albo ją dzierżawić po cenach rynkowych. Obecnie umowy dzierżawy w dodatku przewidują, że rolnik, aby odzyskać ziemię, musiałby spłacić aktualnemu dzierżawcy koszty związane np. z poprawą stanu gruntów (np. nawożenia). Takie konstrukcje zniechęcają do rezygnacji z umów dzierżawy ziemi i według ekonomisty przedłużają patologię funkcjonowania rynku ziemi. (…)
Największym przeciwnikiem wolnego rynku ziemi jest Batkiwszczyna i jej szefowa Julia Tymoszenko. Była premier uważa, że zniesienie moratorium na sprzedaż ziemi jest korzystne dla 12–15 ukraińskich rodzin, które już dzisiaj posiadają gospodarstwa rolne o szokujących areałach: od 500 tysięcy do 1 mln ha. Wśród latyfundystów wymienia również rodzinę prezydenta Poroszenki. Nieoficjalnie eksperci związani z opozycyjnymi ugrupowaniami potwierdzają, że rodzina Poroszenki może dysponować tak potężnymi obszarami ziemi rolnej. Ale na pewno nie należy ona do ścisłej czołówki największych posiadaczy ziemskich. (…)
Deputowany Batkiwszczyny Wadym Iwczenko, który wiceszefuje komisji ds. rolnictwa Rady Najwyższej, zwraca uwagę na brak szans małych farmerów w starciu z wielkimi firmami czy latyfundystami i nierówny dostęp do systemu bankowego. Ukraiński rolnik jest skazany na ukraiński system bankowy i kredyty oprocentowane na 27% w skali roku. Firmy, które korzystają z kredytów zachodnich, mogą pozyskać kredyty oprocentowane na 5–7%. (…)
Julia Tymoszenko uważa, że reforma rolna musi być rozłożona na lata. Jedyną instytucją uprawnioną do skupowania ziemi powinna być wyspecjalizowana agencja państwowa, która później ziemię może sprzedawać na aukcjach. Trudno jednak nie zauważyć, że przy wciąż systemowej korupcji na Ukrainie mało wiarygodnie brzmi zapowiedź, że ma powstać kolejna instytucja państwowa, która będzie działać uczciwie.
W dodatku przeciwnicy zarzucają byłej premier, że nie wykorzystała swojego premierostwa, by uporządkować sprawy rynku ziemi rolnej. Oczywiście Tymoszenko do takich zarzutów jest przygotowana i twierdzi, że to dzięki jej rządom ludzie otrzymali potwierdzenie własności ziemi, a następne kroki nie mogły być zrealizowane, bo przestała być premierem. Batkiwszcyzna chce doprowadzić do referendum w kwestii możliwości handlu ziemią rolną.
Cały artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Walka o ukraińską ziemię” znajduje się na ss. 1 i 7 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Walka o ukraińską ziemię” na s. 7 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl