„Wielkopolski Kurier Wnet” 38/2017, Krzysztof Pasierbiewicz: Słowa Donalda Trumpa były godne postaci historycznej

„Razem walczmy wszyscy, tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga”. To, co powiedział prezydent USA, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „doktryną Trumpa”.

Krzysztof Pasierbiewicz

Po przemówieniu Trumpa

Po wysłuchaniu przemówienia Donalda Trumpa wygłoszonego wśród owacji Polaków tłumnie zebranych na warszawskim placu Krasińskich przed Pomnikiem Powstania Warszawskiego usiadłem do komputera, chcąc napisać, co czułem w trakcie tego przemówienia. Nie dawała mi spokoju myśl, że już kiedyś przeżyłem coś podobnego. Pisałem, kreśliłem, poprawiałem, odkładałem zmięte kartki i próbowałem od nowa. Ale zawsze czegoś brakowało, wciąż było nie tak. Aż sobie przypomniałem, że coś podobnego czułem, będąc jeszcze małym chłopcem, kiedy… Posłuchajcie zresztą pewnej opowieści.

Jak nam w roku 1952 bezpieka wykończyła Ojca Akowca, mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby nas z bratem utrzymać, pisała całymi nocami na maszynie i sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian, na którym przygrywając sobie na cztery ręce, Rodzice mieli zwyczaj podśpiewywać ulubione piosenki. Od śmierci Taty przez lata nie widziałem Mamy uśmiechniętej. Aż naszedł październik roku 1957.

Mama przyszła z pracy jakaś inna niż zwykle i zakomunikowała, że jedziemy na mecz z Rosją do Chorzowa. W rozklekotanym zakładowym autobusie panowała atmosfera, jakbyśmy jechali na wojnę. Pamiętam, że po przyjeździe na miejsce spojrzałem odruchowo w niebo, bo myślałem, iż nadciąga burza. Ale niebo było czyste, a grzmiał Stadion Śląski. W miarę jak zbliżaliśmy się do trybun kultowego kolosa, wzmagał się groźny pomruk zdradzonych w Jałcie Polaków, którzy przyjechali na mecz, ale tak naprawdę, by wykrzyczeć i zamanifestować nienawiść do sowieckiego ciemiężcy i komuszej władzy zaprzedanej Moskwie.

Zdjęcie uczniów mojej klasy ze szkoły podstawowej, stojących na schodach dębnickiego kościoła im. Stanisława Kostki w Krakowie, wykonał w roku 1952 uwielbiany przez nas katecheta ks. Socha. Autor pierwszy z lewej w dolnym rzędzie. Zamieszczam tę fotkę, gdyż wiem, że każdy Polak ma w swoim domu podobne zdjęcie.

Jako 12-letni chłopak nie do końca rozumiałem, co się dzieje. Po chóralnym odśpiewaniu „Mazurka Dąbrowskiego” na stadionie zawrzało jak w piekielnym kotle. To nie był doping, lecz desperacki krzyk protestu, wydobywający się ze stu tysięcy gardeł, który przypominał huk rozszalałych fal na wzburzonym oceanie. Według mnie to była najgorętsza patriotyczna manifestacja w powojennej Polsce.

Aż nadszedł ów pamiętny moment, gdy maleńki Gerard Cieślik pokonał po raz drugi Lwa Jaszyna, strzelając główką zwycięskiego gola Ruskim. Myślałem, że się niebo rozstąpiło. Sto tysięcy ludzi zawyło ze szczęścia. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, płakali z radości, poleciały w górę czapki, kapelusze, marynarki, torebki. Wszyscy krzyczeli: Niech żyje wolna Polska! Rozbrzmiewały toasty i bimber lał się strumieniami.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że, jak kilkakrotnie powtórzył Donald Trump, „nie da się zabić naszej polskiej duszy”. Że prawdziwi Polacy nigdy nie ugną karku przed Moskwą. I raptem zobaczyłem, że moja mama się śmieje. Oszalała z radości wzięła mnie w objęcia, wrzeszcząc mi do ucha: „Synku mój kochany! Wygraliśmy z Rosją!!! Pomściliśmy ojca!!!”.

W swym historycznym przemówieniu wygłoszonym u stóp Pomnika Powstania Warszawskiego Donald Trump nawiązał do wiekopomnych słów Jana Pawła II wygłoszonych do Polaków w dniu 2 czerwca 1979 roku na ówczesnym placu Zwycięstwa, dziś Piłsudskiego: „Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

Gdy chwilę później amerykański prezydent przywołał słowa polskiej pieśni religijnej „My chcemy Boga”, odśpiewanej wówczas w Warszawie przez setki tysięcy Polaków, którym Ojciec Święty dodał ducha, myślałem, że mi serce ze wzruszenia pęknie, gdyż przypomniałem sobie coś, o czym teraz pragnę opowiedzieć Polakom, szczególnie tym młodym.

We wczesnych latach 50. ubiegłego wieku, kiedy w kraju szalał stalinowski terror, chodziłem do podstawówki przy ul. Konfederackiej na krakowskich Dębnikach, mieszczącej się opodal kościoła pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, gdzie przystępowałem do Pierwszej Komunii Św. i tam również byłem bierzmowany.

W tym kościele młody kapłan Karol Wojtyła odprawił dnia 3 listopada 1946 roku swoją Mszę św. prymicyjną i w tejże świątyni jest także obraz Matki Boskiej, przed którym „wymodlił sobie i ugruntował swoje powołanie kapłańskie”, jak – już jako papież – powiedział parafianom. O tej parafii Jan Paweł II mówił także, nawiązując do bestialstwa hitlerowców wobec polskich księży patriotów w dniu 17 sierpnia 2002 roku:

„Czasy te wspominam w sposób bardzo osobisty. Jestem przekonany, że do powołania kapłańskiego, do którego doszedłem właśnie w tym czasie i tu, w tej parafii, przyczyniły się modlitwy moich braci i moich sióstr, i tych moich ówczesnych duszpasterzy, którzy za życie chrześcijańskie każdego parafianina, a zwłaszcza każdego młodego parafianina – wtedy należałem tutaj do młodzieży – płacili nie tylko dobrym słowem, nie tylko szlachetnym przykładem swojego życia, ale także ofiarą i krwią”.

Przed naszą podstawówką był sąsiadujący z kościołem wielki podworzec, na którym każdego dnia przed lekcjami mieliśmy poranne apele rozpoczynające się od obowiązkowego odśpiewania przez uczniów komunistycznej pieśni pt. „Naprzód młodzieży świata”, a dyrektorka szkoły baczyła pilnie, czy wszyscy śpiewają. Potem następowały wyróżnienia uczniów, którzy wykonali najlepsze gazetki ścienne o Józefie Stalinie, Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. A na koniec komunistyczni politrucy wygłaszali doktrynerskie pogadanki okolicznościowe.

Tak bestialsko i metodycznie kaleczono wtedy młode polskie mózgi. Nie zdołano jednak zabić naszej polskiej duszy. Bo pamiętam, iż śpiewając rano pod czujnym okiem pani dyrektorki napisany przez sowieckiego doktrynera Nowikowa toksyczny Hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej, myślami byłem przy wieczornym nabożeństwie majowym odbywanym przed stojącym opodal kościołem, w którym mieliśmy lekcje religii, w tamtych czasach wyrzuconej przez komunistów z polskiej szkoły.

Tam uwielbiany przez nas ksiądz Socha, prócz religii, uczył nas także miłości do Polski. I do śmierci nie zapomnę, jak z epidiaskopu, który wtenczas zdawał nam się cudem techniki, wyświetlał nam na ścianie przemiennie obrazki przedstawiające ukrzyżowanego Chrystusa i polskie godło z białym orłem bez korony, z której odarli go komuniści, tłumacząc nam, kto i w jakim celu to zrobił.

Boże! Jak On pięknie mówił o Polsce! Ile w nim było pasji! Ile mu się chciało! Ten przezacny człowiek o gorącym sercu i pięknym umyśle na zawsze ubogacił nasze dusze etosem najdroższych Polakom wartości.

Od tamtego czasu upłynęło ponad pół wieku. Słów lewackiego hymnu już od dawna nie pamiętam, lecz to, co mówił nam ks. Socha, wryło mi się w duszę – na zawsze. Nasz ukochany katecheta każdego roku chodził z nami na wieczorne majowe nabożeństwa, które nazywaliśmy „majówkami”. Tam na zakończenie śpiewaliśmy zawsze: „My Chcemy Boga, Panno Święta, o usłysz naszych wołań głos (…) My chcemy Boga w książce, w szkole (…) Niech Boga wielbi Chrobry, Lech (…)”.

Gromkie echo tej pieśni niosło się wówczas od kościoła do kościoła, od miasta do miasta, od wsi do wsi i cała Polska odważnie śpiewała, mimo sowieckiego terroru i wszechobecnych ubeków, którzy nie mieli odwagi stawić czoła bohatersko zdesperowanym ludziom. Zaś dla mnie osobiście pieśń „My chcemy Boga” ma od tamtego czasu znaczenie tożsame z polskim hymnem narodowym.

I do dzisiaj Polacy tę kultową pieśń śpiewają w kościołach z podniesionym czołem, o czym przypomniał odważnie w przemówieniu Donald Trump: „Stojąc tu dzisiaj przed tym niesamowitym zgromadzeniem, jakże wiernym narodem, nadał słyszę te głosy odbijające się echem w historii. Ich przesłanie jest tak samo aktualne dzisiaj, jak kiedykolwiek – Polacy, Amerykanie, Europejczycy nadal wołają wielkim głosem: My chcemy Boga!”.

To zawołanie czyni Donalda Trumpa postacią historyczną. To zaś, co powiedział w Warszawie amerykański prezydent, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „doktryną Trumpa”.

Na zakończenie swego dziejotwórczego przemówienia amerykański prezydent powiedział: „Więc razem walczmy wszyscy tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech Was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki!”.

Więc Mu odpowiadam: „Dziękujemy, Panie Prezydencie, za przypomnienie zagubionemu zachodniemu światu o najważniejszych dla Polaków i Amerykanów wartościach, wyrosłych z chrześcijańsko-narodowych korzeni. Niech Bóg błogosławi Amerykę, niech Bóg błogosławi Amerykanów, niech Bóg błogosławi Polskę i Polaków!”.

Cały artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” na s. 1 i 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Nasze polskie pięć minut”. Gdy wreszcie się doczekamy swoich pięciu minut i zachowamy morale, możemy osiągnąć sukces

Optymistyczne jest to, że się zaczęło. Od przyjazdu do Polski prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Jego prosta mowa została zrozumiana przez wszystkich, w tym przez naszych sąsiadów.

Jan Kowalski

Światowe Imperium gwarantuje Polsce niepodległość i możliwość naprawy państwa. Już nie jesteśmy sami przeciwko dwudziestu siedmiu, jak wykrzykiwali jeszcze wczoraj świadomi i nieświadomi zwolennicy reżimu Okrągłego Stołu. Bardzo potrzebne było nam to poparcie. Wobec niego bledną wszystkie strachy nowej Targowicy, mającej poparcie brukselskiej eurokracji. Objawiło się natychmiast wielu zatroskanych tym, że Amerykanie chcą nas tylko wykorzystać. Odpowiem tak – niech nas wykorzystują jak najdłużej! (…)

Jak wszyscy znamy się na piłce nożnej, tak wszyscy znamy się oczywiście na polityce i wiemy, co należy zrobić tu i teraz, natychmiast. Zapominamy tylko o jednym, o cierpliwości. To cierpliwość jest najcenniejszą zaletą nie tylko na boisku, nie tylko w życiu, ale również w polityce. Gdy wreszcie się doczekamy swoich pięciu minut i zachowamy morale, wtedy możemy osiągnąć sukces.

Piszę to pod rozwagę wszelkim malkontentom. Wszyscy to widzimy, że zmiany są wprowadzane zbyt wolno, za słabo, że lokalni działacze PiS-u to często miernoty. Zgoda, sam już chciałbym żyć w V Rzeczypospolitej, w silnym państwie bez biurokracji, wolnym i bogatym. Ale najpierw Polacy muszą odzyskać kontrolę nad Polską. I to się właśnie dokonuje za sprawą Prawa i Sprawiedliwości. Pozwólmy i pomóżmy im wygrać do końca, pozwólmy wygrać IV Rzeczypospolitej.

Cały felieton Jana Kowalskiego pt. „Nasze polskie pięć minut” znajduje się na s. 13 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Jana Kowalskiego pt. „Nasze polskie pięć minut” na s. 13 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

 

Ryszard Kukliński patrzy z Góry Przemienienia w kierunku Krakowa, symbolicznie obejmując wzrokiem także całą Polskę

Bohaterstwo Kuklińskiego było na miarę Żołnierzy Niezłomnych. Wygnanie, wyrok śmierci we własnym kraju do 1995 r., banicja, infamia, ciągłe oskarżenia o zdradę, wyrok wykonany na synu – musiały boleć.

Andrzej Andy Waligóra

11 czerwca 2017 r. w podkrakowskiej, znanej już w świecie Morawicy – na Polskiej Górze Przemienienia – odsłonięto pomnik generała Ryszarda Kuklińskiego przy okazji 87 rocznicy urodzin bohatera (13 czerwca 1930 r.). Po wielomiesięcznych rozmowach z prezesem Stowarzyszenia Sympatyków Pułkownika Ryszarda Kuklińskiego Andrzejem Lorencem oraz z proboszczem parafii pw. św. Bartłomieja, ks. Władysławem Palmowskim, udało się zrealizować ten projekt. Ryszard Kukliński jest patronem Klubu Gazety Polskiej w Wiedniu, z którym związany jestem od 10 lat, i Fundacji Jack Strong. (…)

Aktu odsłonięcia pomnika dokonali rodzice Pana Prezydenta RP dr. Andrzeja Dudy – prof. Janina Duda i prof. Jan Tadeusz Duda w asyście kombatantów: kpt. Edwarda „H” Serwińskiego, kpt. Stanisława Szury i pułk. Wacława Szaconia ps. Czarny – Żołnierza Niezłomnego (Wyklętego).

Posąg gen. Kuklińskiego w Morawicy jest dziełem artysty rzeźbiarza Krzysztofa Krzysztofa, wielkiego patrioty, aktualnie piszącego także doktorat na wrażliwe dla dzisiejszych europejskich „elit” tematy. Przedstawił on młodego Kuklińskiego w mundurze i płaszczu wojskowym, stojącego obiema nogami na konturze Polski, ale zarazem czyniącego krok na Zachód – ku tej naszej symbolicznej wolności. Ryszard Kukliński dzisiaj patrzy z Góry Przemienienia w kierunku Krakowa, symbolicznie obejmując wzrokiem także całą Polskę. Pomnik wyróżnia się pięknym, złotym kolorem, jest pokryty patyną i w słońcu nabiera szczególnego wyrazu. (…)

Fragment pomnika Ryszarda Kuklińskiego w Morawicy

W korowodzie wielkich Polaków umieszczonych na Górze Przemienienia Ryszard Kukliński jest postacią graniczną. Widać to również w Morawicy: stoi na wprost kamienia chrztu Polski, jakby mówił, że my z niego wszyscy, a zarazem wprowadza zwiedzających w historię III RP, zaczynającą się prawie 10 lat po opuszczeniu przez niego Polski. Zdecydowana większość „twórców” III RP, jak Kiszczak, Jaruzelski i Wałęsa, określiła Kuklińskiego mianem zdrajcy. (…)

Jest to pierwszy taki pomnik w Małopolsce, nie licząc popiersia w Krakowskim Parku im. dr. T. Jordana. Dziwi więc, że to wydarzenie przeszło prawie bez echa. Z ogólnopolskich mediów jedynie Polska Agencja Prasowa i Telewizja Polska z Krakowa stanęły na wysokości zadania, zmotywowane filmowaniem pana dr. J. Wieczorka, (krótka migawka w Krakowskiej Kronice Filmowej). A w gazetach pojawiły się tylko: wywiad z T. Płużańskim w GPC i krótka wzmianka w Niedzieli z 25 czerwca.

Cały artykuł Andrzeja Andy’ego Waligóry pt. „Odsłonięcie pomnika generała Ryszarda Kuklińskiego w podkrakowskiej Morawicy” znajduje się na s. 15 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Andy’ego Waligóry pt. „Odsłonięcie pomnika generała Ryszarda Kuklińskiego w podkrakowskiej Morawicy” na s. 8 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Zasoby kulturowe w polskich bibliotekach i archiwach mamy znacznie bogatsze niż zasób intelektualny we własnych głowach

Polski rząd i jego instytucje powinny podnieść jedno wielkie hasło: „Cały polski naród pisze program dla Międzymorza” i podjąć szeroką działalność w kierunku popularyzacji jego idei.

Ryszard Surmacz

Obecny system polityczny w Europie wciąż nie może wydostać się ze szponów postanowień kongresu wiedeńskiego i Świętego Przymierza z 1815 r. Przypomnijmy, minęło ponad 200 lat, w międzyczasie Wiedeń [related id=6603]zamieniono na Berlin, patronat rosyjski na amerykański, a układ wciąż dobrze się trzyma i nadal daje możliwość powielania wymiennych sojuszy – mniej więcej w tym samym klubie. Ta wiedeńsko-paryska (Święte Przymierze podpisano w Paryżu) trumna wciąż rządzi Europą i wciąż jest stymulatorem stosunków międzynarodowych.

Silniejsza od układu politycznego jest jednak tradycyjna mocarstwowa polityka zagraniczna. Ona, podobnie jak ludzki organizm, też ma swoją genetykę. Wydawało się, że w obu wojnach światowych dwukrotnie pokonane Niemcy, zamknięcie procesu zbierania ziem ruskich na wschodzie oraz oderwanie Polski od koncepcji jagiellońskich są wystarczającym argumentem na pokojowe współistnienie tych państw. Stało się jednak inaczej. Przesunięcie polskich granic państwowych niczego nie zmieniło. A skoro tak, to przyczyna leży gdzie indziej.

Wypada więc zapytać, dlaczego agresja w stosunku do Polaków i polskiego państwa wciąż narasta? Dlaczego Polska tak wszystkim przeszkadza i za co jest atakowana?

Ale to nie nowość, bo gdy sięgniemy do historii, to okaże się, że te same pytania stawiali nasi dziadowie, będąc pod zaborami, i również nie znaleźli na nie właściwej odpowiedzi. Nadal to „coś” jest więc niezidentyfikowane i nadal stanowi dla nas takie samo zagrożenie, jak niegdyś.

Polityka zagraniczna Niemiec, Rosji, Francji czy Anglii w Europie nie zmieni się dotąd, dopóki trwale nie upadnie system kolonialno-lichwiarski, który żywi i umacnia ich międzynarodową pozycję. Sojusz z Niemcami przeciwko Rosji czy z Rosją przeciwko Niemcom nie ma sensu, bo siła ich pierwotnych powiązań jest znacznie większa niż siła doraźnego porozumienia przeciw jednemu z nich. Tak więc niezmienność sojuszy tworzy trwałą niemożliwość ich przełamania. Dowodów na to dostarcza polska historia.[related id=2601]

Oczywiście, przedmiotowe traktowanie Europy Środkowej, w tym Polski, nie zmieniło się, ale na przełomie XX/XXI w. Chiny, za pomocą swojej pozycji gospodarczej w świecie, dokonały poważnego wyłomu. Tym wyłomem jest neutralizacja politycznego „centrum rozliczeniowego”, jakim dotąd była Europa Środkowo-Wschodnia. Nie chodzi o ekspansję juana, lecz o obszar kolonialny, który stabilizował stary system ekonomiczny na kontynencie. Ten obszar nadal potrzebny jest Europie i Rosji, nie jest natomiast potrzebny Chinom. I ten fakt Święte Przymierze czyni nieważnym. Rola Ameryki, ze względu na odległość, może mieć charakter obrotowy. Stany Zjednoczone Europę mogą pogrążyć i mogą ją uratować. (…)

Europa Środkowa, chce czy nie, staje się terenem rozgrywek chińsko-amerykańskich. Oznacza to, że nasza część kontynentu staje się papierkiem lakmusowym ich wzajemnych stosunków. Pocieszające jest to, że obydwa mocarstwa zdają sobie sprawę ze strategicznego położenia Europy Środkowej i wiedzą, że jest chyba jedynym obszarem, na którym mają wspólny interes. Jest nim oddzielenie Rosji od Niemiec i utrzymanie pokoju w Europie. Prawdziwe pole konfrontacji znajduje się bowiem w Azji.

Obydwa mocarstwa muszą postawić na Polskę albo Niemcy. Jeżeli nie znajdą w Polsce odpowiedniego odzewu, postawią na Niemcy i będzie jak zawsze. Zagadką staje się wówczas pytanie: w jaki sposób wykorzystają ludność muzułmańską mieszkającą w Europie?

Polska staje więc wyraźnie przed nową dziejową szansą. Stawia ona nam oczywiście określone wymagania intelektualne, techniczne i psychiczne. Po PRL i w tzw. III RP mamy duży deficyt ludzi dużego formatu: mała perspektywa rodzi małych ludzi, lichwa i łatwe pieniądze tworzą kundli, a złe wykształcenie namnaża pożytecznych idiotów. Można powiedzieć (mówiąc delikatnie), że zasoby kulturowe kryjące się w polskich bibliotekach i archiwach mamy znacznie bogatsze niż zasób intelektualny, pojęciowy i wyobrażeniowy we własnych głowach. (…)[related id=27523]

Polacy, chcąc przetrwać, są skazani na starą jagiellońską myśl, którą muszą przystosowywać do nowych piastowskich warunków geopolitycznych; muszą rozwijać ją w kierunku rzeczywistej demokracji – takiej, na którą czeka cała Europa, zgodnie z nauką Jana Pawła II. I na tej drodze, chcemy czy też nie, swoim przemówieniem w Warszawie postawił nas Donald Trump. Ta droga ma swoje imię – nazywa się Międzymorze.

I musimy zdać sobie sprawę, że od tej chwili Stany Zjednoczone mają drogę odwrotu (zdrady), ale my już jej nie mamy. Dla Stanów Zjednoczonych, a także Chin, korzystniej mieć jedno silne państwo w Europie Środkowej niż dwa (Niemcy i Rosję) najpierw dążące ku sobie, ale jednocześnie gotowe w każdej chwili rzucić się na siebie.

I teraz, jeżeli nie podejmiemy wyzwania, zostaniemy ukarani przez wszystkich – za tchórzostwo, głupotę, za swoją kulturę, za istnienie i za wypiętrzenie przeszkody na drodze do europejskiego „nieba”. Jeżeli natomiast przegramy, spotka nas jeszcze większa kara. A jaką wymyśli XXI w. – nikt jeszcze nie wie. Jedno jest pewne, nie będzie łagodniejsza niż w II wojnie światowej. Ale tego właśnie Polakom wytłumaczyć nie można.

Cały artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Krajobraz przed bitwą” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Krajobraz przed bitwą” na s. 4 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Kurier Wnet” 38/2017: „Jakoś miałem szczęście”. Wojenne losy Witolda Kieżuna do wybuchu powstania warszawskiego

„Boże kochany, dlaczego nie rozpoczynamy powstania?”. To był 22 lipca. Wreszcie dwudziestego dziewiątego dostałem rano rozkaz: zbiórka! Przychodzi łączniczka, staje na baczność i mówi: „godzina W 17”.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

Jakoś miałem szczęście

Kolejny odcinek burzliwych dziejów Witolda Kieżuna, które profesor opowiada w rozmowie ze Stefanem Truszczyńskim. W tym numerze „Kuriera Wnet” – czas wojny do wybuchu powstania warszawskiego.

Jest wrzesień 1939 roku, Pan jest w Warszawie. Początek wojny, sytuacja w Warszawie przedstawia się tragicznie…

Dostałem wezwanie, zostałem powołany do Szkoły Podchorążych Artylerii Przeciwlotniczej pod Brześciem. Wobec tego 7 września wyjechałem rowerem do Brześcia. Warszawa była już parokrotnie bombardowana. Zapanował popłoch. Ogłoszono pamiętne wezwanie pułkownika Umiastowskiego, żeby mężczyźni w wieku poborowym opuszczali Warszawę. A ja miałem skierowanie, bo byłem obowiązany odbyć po maturze roczną służbę w podchorążówce.

Pojechałem z kolegami. Mieliśmy możliwość jazdy samochodem, ale benzyna nam się skończyła 50 km od Warszawy, więc przesiedliśmy się na rowery. Jazda była tragiczna, bo cała droga była zapchana, byliśmy bombardowani przez samoloty niemieckie, które w ciągu dnia latały nad szosą i bombardowały uciekinierów. Drogi były pełne pojazdów konnych, więc tragedia, masa ludzi ginęła. Potem jechaliśmy tylko nocą, a w ciągu dnia chowaliśmy się gdzieś po lasach.

No i wreszcie dojechałem. 15 września znalazłem się w Trauguttowie pod Brześciem. Jest podchorążówka, ale budynki puste. Wychodzi jakiś porucznik, widzę samochód, on wsiada, ja mówię: „Melduję posłusznie, poborowy Witold Kieżun zgłasza się do służby”. A on mi mówi: uciekaj natychmiast, pięć kilometrów od nas są Niemcy! Co robić? Przenocowałem w jakiejś chacie, gdzie mieli radio, i usłyszałem apel prezydenta Warszawy: „Popełniliśmy błąd, że kazaliśmy uciekać. Warszawa się broni. Warszawiacy, wracajcie do Warszawy!”

To był apel Stefana Starzyńskiego.

Ruszyłem w drogę powrotną. Po drodze spotkałem dwóch takich jak ja. Okazało się, że jeden to student, a drugi tramwajarz warszawski. I dojechaliśmy 30 km od Warszawy, do Kołbieli. Idziemy lasem, a tu wyskakują Niemcy: „Raus! Hände hoch! Ręce do góry!” Zabrali nam rowery i odprowadzili nas na bok. Zamknęli nas w kościele, gdzie była już masa cywilnych i wojskowych jeńców. Spędziliśmy tam noc. Mieliśmy świadomość, że poprowadzą nas do obozu koncentracyjnego. No i rano uformowali nas w czwórki. Szliśmy i pod strażą, a co ileś tam czwórek jechał samochód z żołnierzem.

Mieliśmy szczęście, dlatego że przechodziliśmy koło jakiegoś żywopłotu i mój sąsiad i ja skoczyliśmy za ten żywopłot, tak że strażnik niemiecki tego nie zauważył. Potem piechotą szliśmy do Warszawy. Szczęśliwie pod Otwockiem mieszkał mój kolega, więc poszedłem do niego, tam przeczekałem do poddania Warszawy, wtedy wróciłem do domu.

Okazało się, że w domu jeden pokój został całkowicie zniszczony. Moja matka była lekarzem dentystą i został zniszczony jej gabinet dentystyczny. Trzeba było przede wszystkim reperować, więc postanowiłem z kolegami założyć zakład szklenia. Przez pierwszy rok szkliliśmy, dzięki czemu zarobiłem na remont domu.

Ale już od razu, 9 października przyszedł do mnie Adam Rzewuski, mój starszy kolega, który już był plutonowym-podchorążym po służbie wojskowej, i mówi: organizujemy podziemną organizację do walki z Niemcami. Będzie się nazywała „Bicz”; jutro przysięga. Musisz zebrać czterech ludzi; będziesz dowódcą piątki.

Biegałem więc po kolegach, zebrałem czterech chętnych, 9 października złożyliśmy przysięgę. Dostaliśmy pierwsze zadanie: Cytadela została zajęta przez Niemców, ale oni byli w jej centrum, a na poboczu stały namioty. Jak się okazało, w tych namiotach zostały skrzynki z granatami. No więc w niedzielę 15 czy 16 października przeszliśmy przez fosę; był tam taki murek, weszliśmy po tym murku i doszliśmy do namiotu. Skrzynki rzeczywiście były, każdy wziął po dwie, ciężkie z tymi granatami; wyszliśmy.

Tymczasem pokazał się daleko od nas na wzgórzu, bo przecież Cytadela jest na wzgórzu, jakiś Niemiec i zaczął wołać „Halt!”. Wtedy my już zostawiliśmy po jednej skrzynce i każdy tylko z jedną uciekał. Niemiec z daleka strzelał, ale nie trafił. Zakopaliśmy te wszystkie granaty przy ulicy Czarnieckiego, na pustym miejscu – tam jeszcze wtedy nie było budynku. Potem, na wiosnę przed powstaniem, pół nocy spędziliśmy na próbie odkopania, znalezienia tego – i nie znaleźliśmy. A potem okazało się, że później, czasie powstania te skrzynki zostały odnalezione.

Potem rozpoczęło się pierwsze szkolenie. Spotkaliśmy się na Bielanach. Mieliśmy tam ćwiczenia wojskowe w małych zespołach; musieliśmy się wszystkiego uczyć; dostaliśmy wojskowe podręczniki. Wszystko to trwało do lutego ‘40 roku. W lutym Adam Rzewuski został aresztowany i jego zastępca został aresztowany. Dostałem polecenie ukrywania się. Wyprowadziłem się z domu do ciotki. Po dwóch miesiącach przyszła wiadomość, że Adam Rzewuski trafił do obozu niemieckiego i nie żyje. Nasza działalność się skończyła.

No i wtenczas zaczęła się moja, że tak powiem, bogata działalność podziemna. Gabinet mojej matki stał się miejscem rozdziału podziemnej prasy. W piątek przychodzili najpierw pacjenci, którzy przynosili prasę – tej podziemnej prasy robiło się coraz więcej – a potem przychodzili inni pacjenci, którzy to odbierali.

To wszystko na Żoliborzu, tak?

Na Żoliborzu, przy Krasińskiego 6 był ten gabinet. Matka codziennie pracowała – wspaniały punkt, bo nie było podejrzeń, po prostu przychodzili pacjenci. To trwało ponad rok. Potem sytuacja stała się bardzo groźna.

Otworzyła się jedyna, dwuletnia szkoła budowy maszyn. Było w niej trzysta miejsc, a kandydatów parę tysięcy. Mnie się udało tam dostać, zwłaszcza że jeden z moich dalszych krewnych był w niej wykładowcą. Któregoś dnia wracamy z kolegami, nie było wykładów, i w mieszkaniu czytamy sobie tę prasę. Raptem dzwonek. Mówię: – Na wszelki wypadek schowajcie te biuletyny – i wychodzę na korytarz, otwieram drzwi.

– „Hände hoch!” – dwóch Niemców w cywilu, z pistoletami. – Boże kochany, czy oni schowali te biuletyny? – myślę i cofam się z rękami do góry. Oni wpadają: – Ręce do góry! No, szczęśliwie nie widzę tej bibuły. Potem okazało się, że na kanapie pod poduszki położyli.

Jeden Niemiec sprawdza dokumenty, drugi przeszukuje mieszkanie. Przechadza się tam, siam, owam itd. A i potem: „co wy tu robicie?”. My tłumaczymy, pokazujemy nasze legitymacje – więc niby wszystko w porządku. Ale w pewnym momencie porozumieli się i mówią: – Ubierajcie się, wychodzimy.

W tym momencie jeden z tych moich kolegów mówi po niemiecku: „Jedną chwilę, coś wam pokażę”. Wyjmuje jakąś legitymację, pokazuje, Niemiec przygląda się i mówi „dobrze”. Mieliśmy ścienny telefon. Niemiec telefonuje, mówiąc po niemiecku, czyta jakieś tam numery z tej legitymacji, potem mówi „w porządku” i oddaje mu legitymację. Podają mu rękę i wychodzą.

Tragedia! To znaczy, że nasz kolega jest agentem, i to syn kapitana! A on mówi: – Powiem wam szczerze, matka, chcąc mnie ratować, zapisała się do Związku Białorusinów. To jest legitymacja Związku Białorusinów, który jest sprzymierzeńcem niemieckim. W ten sposób kolega nas uratował. Ale od tego czasu już nie utrzymywaliśmy z nim żadnych kontaktów.

Znowu minęły dwa czy trzy miesiące. Godzina piąta rano, a tu dom otoczony, cała ta część Żoliborza otoczona i przeszukują. Moja sytuacja była niewesoła, dlatego że poprzedniego dnia byłem na szkoleniu z nauki o broni i miałem w domu taki ucięty karabin. Uczyli nas operowania zamkiem. Miałem też skrypt o materiałach wybuchowych.

No więc rano o godzinie piątej usłyszałem zatrzymujące się samochody. – Co robić? – myślę sobie. Wybiegam natychmiast, chowam to do piwnicy, tam był węgiel, więc wkładam to wszystko pod węgiel i wracam w ostatniej chwili. Za chwilę przychodzą, „Hände hoch! i zaczynają przeszukanie. Sytuacja była o tyle korzystna, że moja matka studiowała w Szwajcarii i mówiła perfekt po niemiecku. Rozmawiała z nimi po niemiecku; wreszcie zapytali ją: – Jesteś Niemką? – Nie. – No to skąd tak dobrze mówisz? Mama mówi, że studiowała itd. Było ich trzech, szukali, w mieszkaniu nic nie znaleźli.

Potem pytają: – A piwnicę macie? Mówię, że mamy, tak. Oficer został, a dwóch poszło z matką do piwnicy. Ten oficer otworzył naszą dużą bibliotekę i wyjmował każdą książkę po kolei, kartkował i rzucał na ziemię, bo oni wiedzieli, że się często przechowywało tę małego formatu podziemną prasę w książkach. Byłem przerażony, pewien, że to koniec: jeśli znajdą ten ucięty karabin, natychmiast mnie zabiorą, może nawet na miejscu zastrzelą, bo robili i tak w tym czasie.

Niemiec siedzi, ma pistolet w otwartej kaburze, więc myślę sobie: jedyny ratunek – skoczyć, wyrwać mu, no i na strych, a tam droga do sąsiednich domów. Ale słyszę głos matki, jak głośno coś tam mówi po niemiecku na klatce schodowej; wracają, ale wszystko w porządku. No i okazało się, że oni weszli od piwnicy, zawołali dozorcę, kazali mu przesypywać węgiel, a sami stali na korytarzu. On tak sprytnie przesypywał, że się strasznie pył unosił, na co matka powiedziała: – Zaraz wam się mundury pokryją tym pyłem i będą brudne. I w ten sposób się to udało.

Potem byłem w podziemiu w Komendzie Głównej, batalion sztabowy Baszta, kompania radiotechniczna. Uczyliśmy się porozumiewać krótkofalówkami. Ćwiczyć można było tylko przez trzy minuty, dlatego że Niemcy stale jeździli samochodem po Warszawie.

Przecież Baszta była na Mokotowie.

W czasie powstania – tak, ale przedtem na Żoliborzu. Baszta powstała w naszym gimnazjum Poniatowskiego i większości to byli poniatowszczaki, a naszym dowódcą był też absolwent Poniatowskiego. Skończyliśmy te szkolenia, dostaliśmy stopnie wojskowe – ja kaprala – a potem już my zaczęliśmy szkolić następnych kandydatów.

Na przełomie stycznia i lutego wydarzyła się straszna historia – aresztowano dwóch naszych kolegów. Mieli dokumenty zakopane w butelkach w ogródku, Niemcy zaczęli tam kopać i znaleźli. Powstał oczywiście popłoch, dlatego że tam były takie dane, jak pseudonimy, daty urodzenia, pierwsze litery imienia i nazwiska, tak więc była możliwość zidentyfikowania tych wszystkich osób. Parę dni później dostaliśmy rozkaz: rozejść się, czyli uciekać gdziekolwiek. Cała nasza kompania się rozleciała, ja straciłem kontakty.

Ale wtenczas, szczęśliwie, jeden z moich kolegów powiedział mi, że tworzy się oddział specjalny Gustaw, który potem, w czasie powstania zmienił nazwę na Harnaś.

To był już rok 1944. Przed powstaniem, od lutego do lipca, mieszkałem w pustym mieszkaniu mojego stryja, który w czasie wojny mieszkał w Aninie. W związku z tym był u mnie skład broni: trzy pistolety maszynowe, osiem czy dziesięć pistoletów ręcznych, dużo granatów. Mieszkałem sam i miałem rozkaz w razie czego, gdyby zdarzyła się kontrola niemiecka, bronić się do ostatka, czyli do ostatniego strzału.

Czy wtedy mieliście już świadomość zbliżającego się powstania?

Tak, oczywiście. Dochodzimy do lipca. W lipcu Niemcy na piechotę uciekali. Myśleliśmy: „Boże kochany, dlaczego nie rozpoczynamy powstania?”. To był 22 lipca. No i wreszcie dwudziestego dziewiątego, w lokalu na Chmielnej, dostałem rano rozkaz: zbiórka! Przychodzi łączniczka, staje na baczność i mówi: „godzina W 17”. Ciekawe jest to, że ona była Żydówką. W naszym oddziale w czasie powstania było sześciu Żydów. A w powstaniu warszawskim brało udział kilkuset Żydów, którzy się wcześniej ukrywali. To też bardzo ważna wiadomość.

Kiedy czas ucieczki ludności Warszawy po tym niefortunnym rozkazie czy namowach we wrześniu ‘39 roku porówna się z okresem przed powstaniem, to okazuje się, że w 1944 roku organizacja i przekazywanie informacji było znakomite.

Tak, ten okres przed postaniem był także bardzo bojowy. Mieliśmy parę akcji. Przygotowywaliśmy atak na aptekę Mendego, bo tam już mieli penicylinę; ta akcja jednak się nie udała. Ale zdobyliśmy fabrykę mundurów niemieckich, cały samochód pojechał na Lubelszczyznę do naszych podziemnych oddziałów.

Czy chodzi o magazyny na Stawkach?

Nie, to była fabryka, która zajmowała całe pierwsze piętro budynku przy Marszałkowskiej róg Sienkiewicza. Tam pracowali Polacy, którzy byli przygotowani do tej akcji. Fabryka miała trzyosobowe kierownictwo niemieckie: komendant i jeszcze dwóch Niemców. Polacy otworzyli nam drzwi, a naszym zadaniem było sterroryzować tych Niemców. Ja miałem wejść do gabinetu komendanta, który był w mundurze partyjnym NSDAP. Wszedłem i „Hände hoch!”. Oczywiście miał pistolet, który mu zabrałem, postawiłem go z rękami do góry pod ścianą, sam siedziałem po przeciwnej stronie pokoju i czekałem. Później, jak wszystko się skończyło, myśmy tych trzech zamknęli w takim pokoju z żelaznymi drzwiami. No i ten duży transport pojechał, oczywiście naszym samochodem.

To się potem o mało tragicznie nie skończyło. Jakieś dwa tygodnie później byłem na Nowym Świecie. Wyjeżdżam rowerem z domu – bo się rowerem cały czas jeździło. Wtedy na Nowym Świecie była linia tramwajowa, no i jadą dwa tramwaje, jeden z lewej, drugi z prawej strony. Ja czekam na chodniku, aż one przejadą, i raptem wielki wrzask: „Hände hoch! Ręce do góry, polski bandyta!” Patrzę, a to ten komendant. Rozpoznał mnie.

Wtedy obowiązywał rozkaz niemiecki, że jak jeden zagrożony Niemiec strzela w powietrze, to wszyscy Niemcy, którzy są na ulicy i mają pistolety, też mają strzelać. Na Nowym Świecie zawsze było trochę Niemców. Więc ten komendant strzelił w górę, inni też zaczęli strzelać, i była taka sytuacja, że jeden tramwaj jechał w jedną stronę, drugi w drugą, i Niemcy. Między tymi tramwajami była jeszcze przerwa, ja byłem na rowerze i zdecydowałem się w tę przerwę wskoczyć. Dosłownie przeskoczyłem między tymi tramwajami, ich wagony mnie zasłoniły, ja szybko potem skręciłem w inną ulicę i w ten sposób uciekłem.

Wtedy dostałem rozkaz, żebym w żadnej akcji nie brał udziału w pierwszym szeregu. Bo ja miałem metr dziewięćdziesiąt wzrostu, więc łatwo mnie było rozpoznać.

Mieliśmy też zadanie zdobyć samochody. Udało nam się zdobyć dwa. To były samochody niemieckie, które po prostu porwaliśmy – drzwi otwierało się z pistoletami, wsiadało się, kazało się szoferowi jechać pod Warszawę, za Pragę. Tam był duży las. Zaplanowaną trasą zjeżdżaliśmy możliwie daleko w las. Potem tam się tego szofera rozbierało do naga, zostawiało się ten samochód w umówionym miejscu. Mieliśmy taki garaż, gdzie te samochody zostały przemalowane, a parę dni później pojechały na Lubelszczyznę. Dzięki temu zaopatrzyliśmy tamtejszą partyzantkę i w samochody, i w mundury niemieckie.

Dwa razy nam się udało z tymi samochodami. Za trzecim razem mieliśmy wpadkę. Akcja miała się odbyć w garażu podziemnym. Jakiś Niemiec mieszkał w tym budynku i co dzień rano wyjeżdżał samochodem. Myśmy się rozstawili, kiedy wyjeżdżał, myśleliśmy, że go w tym garażu pod ziemią sterroryzujemy i zabierzemy samochód. Tymczasem on wyjeżdża – a w tym samochodzie czterech Niemców.

Wtedy jeden z kolegów źle się zachował, bo jak zobaczył tych Niemców, zaczął uciekać i oni się zorientowali. Zatrzymali się, zaczęli do nas strzelać, ale udało się nam uciec, zanim oni wyskoczyli z tego samochodu. Tak, że tak jakoś miałem szczęście.

Potem już czekaliśmy, aż wreszcie 29 lipca przyszedł rozkaz: godzina ósma mobilizacja. Ja miałem stawić się właśnie w tej fabryce przy Marszałkowskiej róg Sienkiewicza. A u mnie, jak mówiłem, była ta cała broń. Co robimy? Byłem z jednym tylko kolegą. Zapakowaliśmy wszystko do walizek i wychodzimy. Byliśmy niesamowicie obładowani. Ja mam marynarkę, on ma marynarkę: w kieszeniach mamy te polskie ręczne granaty i po dwie walizki, w które popakowaliśmy pistolety maszynowe; ciężkie walizki. Na postoju dorożek załadowaliśmy się do dorożki, jedziemy. Raptem na Mickiewicza idzie cała kompania żołnierzy niemieckich, a my jedziemy obok tego. Wtem na stopień dorożki wskakuje podoficer…

Kompania to około stu żołnierzy…

I mówi do nas po niemiecku: „Pospieszcie się, bo ja muszę być na czele kompanii”. Więc podjechaliśmy, wysadziliśmy go, a on mówi „Dziękuję bardzo!”.

W ten sposób doszliśmy prawie do wybuchu powstania. Za miesiąc Czytelnicy „Kuriera Wnet” zobaczą powstanie Pana oczami.
Cały wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „Jakoś miałem szczęście” znajduje się na s. 16 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „Jakoś miałem szczęście” na s. 16 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Słowa Trumpa godne postaci historycznej: „Polacy, Amerykanie, Europejczycy nadal wołają wielkim głosem: My chcemy Boga!”

„Razem walczmy wszyscy, tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga”. To, co powiedział prezydent USA, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „Doktryną Trumpa”.

Krzysztof Pasierbiewicz

Jak nam w roku 1952 bezpieka wykończyła Ojca Akowca, mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby nas z bratem utrzymać, pisała całymi nocami na maszynie i sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian, na którym przygrywając sobie na cztery ręce, Rodzice mieli zwyczaj podśpiewywać ulubione piosenki. Od śmierci Taty przez lata nie widziałem Mamy uśmiechniętej. Aż naszedł październik roku 1957. (…)

Aż nadszedł ów pamiętny moment, gdy maleńki Gerard Cieślik pokonał po raz drugi Lwa Jaszyna, strzelając główką zwycięskiego gola Ruskim. Myślałem, że się niebo rozstąpiło. Sto tysięcy ludzi zawyło ze szczęścia. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, płakali z radości, poleciały w górę czapki, kapelusze, marynarki, torebki. Wszyscy krzyczeli: Niech żyje wolna Polska! Rozbrzmiewały toasty i bimber lał się strumieniami.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że, jak kilkakrotnie powtórzył Donald Trump: „nie da się zabić naszej polskiej duszy”. Że prawdziwi Polacy nigdy nie ugną karku przed Moskwą. I raptem zobaczyłem, że moja mama się śmieje. Oszalała z radości, wzięła mnie w objęcia, wrzeszcząc mi do ucha: „Synku mój kochany! Wygraliśmy z Rosją!!! Pomściliśmy ojca!!!”. (…)

Nasz ukochany katecheta każdego roku chodził z nami na wieczorne majowe nabożeństwa, które nazywaliśmy „majówkami”. Tam na zakończenie śpiewaliśmy zawsze: „My Chcemy Boga, Panno Święta, o usłysz naszych wołań głos (…) My chcemy Boga w książce, w szkole (…) Niech Boga wielbi Chrobry, Lech (…)”. A gromkie echo tej pieśni niosło się wówczas od kościoła do kościoła, od miasta do miasta, od wsi do wsi i cała Polska odważnie śpiewała, mimo sowieckiego terroru i wszechobecnych ubeków, którzy nie mieli odwagi stawić czoła bohatersko zdesperowanym ludziom. Zaś dla mnie osobiście pieśń „My chcemy Boga” ma od tamtego czasu znaczenie tożsame z polskim hymnem narodowym.

I do dzisiaj Polacy tę kultową pieśń śpiewają w kościołach z podniesionym czołem, o czym przypomniał odważnie w przemówieniu Donald Trump: „Stojąc tu dzisiaj przed tym niesamowitym zgromadzeniem, jakże wiernym narodem, nadał słyszę te głosy odbijające się echem w historii. Ich przesłanie jest tak samo aktualne dzisiaj, jak kiedykolwiek – Polacy, Amerykanie, Europejczycy nadal wołają wielkim głosem: My chcemy Boga!”.

I to zawołanie czyni Donalda Trumpa postacią historyczną. To zaś, co powiedział w Warszawie amerykański prezydent, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „Doktryną Trumpa”. Na zakończenie swego dziejotwórczego przemówienia amerykański prezydent powiedział: „Więc razem walczmy wszyscy, tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech Was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki!”.

Cały artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” na s. 1 i 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Jakoś miałem szczęście”. Prof. Witold Kieżun opowiada o swoich perypetiach wojennych do wybuchu powstania warszawskiego

„Boże kochany, dlaczego nie rozpoczynamy powstania?”. To był 22 lipca. Wreszcie dwudziestego dziewiątego dostałem rano rozkaz: zbiórka! Przychodzi łączniczka, staje na baczność i mówi: „godzina W 17”.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

(…) Już od razu, 9 października przyszedł do mnie Adam Rzewuski, mój starszy kolega, który już był plutonowym-podchorążym po służbie wojskowej, i mówi: organizujemy podziemną organizację do walki z Niemcami. Będzie się nazywała „Bicz”; jutro przysięga. Musisz zebrać czterech ludzi; będziesz dowódcą piątki.

Biegałem więc po kolegach, zebrałem czterech chętnych, 9 października złożyliśmy przysięgę. Dostaliśmy pierwsze zadanie: Cytadela została zajęta przez Niemców, ale oni byli w jej centrum, a na poboczu stały namioty. Jak się okazało, w tych namiotach zostały skrzynki z granatami. No więc w niedzielę 15 czy 16 października przeszliśmy przez fosę; był tam taki murek, weszliśmy po tym murku i doszliśmy do namiotu. Skrzynki rzeczywiście były, każdy wziął po dwie, ciężkie z tymi granatami; wyszliśmy.

Tymczasem pokazał się daleko od nas na wzgórzu, bo przecież Cytadela jest na wzgórzu, jakiś Niemiec i zaczął wołać „Halt!”. Wtedy my już zostawiliśmy po jednej skrzynce i każdy tylko z jedną uciekał. Niemiec z daleka strzelał, ale nie trafił.

Zakopaliśmy te wszystkie granaty przy ulicy Czarnieckiego, na pustym miejscu – tam jeszcze wtedy nie było budynku. Potem, na wiosnę przed powstaniem, pół nocy spędziliśmy na próbie odkopania, znalezienia tego – i nie znaleźliśmy. A potem okazało się, że później, czasie powstania te skrzynki zostały odnalezione. (…)

Godzina piąta rano, a tu dom otoczony, cała ta część Żoliborza otoczona i przeszukują. Moja sytuacja była niewesoła, dlatego że poprzedniego dnia byłem na szkoleniu z nauki o broni i miałem w domu taki ucięty karabin. Uczyli nas operowania zamkiem. Miałem też skrypt o materiałach wybuchowych.

No więc rano o godzinie piątej usłyszałem zatrzymujące się samochody. – Co robić? – myślę sobie. Wybiegam natychmiast, chowam to do piwnicy, tam był węgiel, więc wkładam to wszystko pod węgiel i wracam w ostatniej chwili. Za chwilę przychodzą, „Hände hoch! i zaczynają przeszukanie. Sytuacja była o tyle korzystna, że moja matka studiowała w Szwajcarii i mówiła perfekt po niemiecku. Rozmawiała z nimi po niemiecku; wreszcie zapytali ją: – Jesteś Niemką? – Nie. – No to skąd tak dobrze mówisz? Mama mówi, że studiowała itd. Było ich trzech, szukali, w mieszkaniu nic nie znaleźli.

Potem pytają: – A piwnicę macie? Mówię, że mamy, tak. Oficer został, a dwóch poszło z matką do piwnicy. Ten oficer otworzył naszą dużą bibliotekę i wyjmował każdą książkę po kolei, kartkował i rzucał na ziemię, bo oni wiedzieli, że się często przechowywało tę małego formatu podziemną prasę w książkach. Byłem przerażony, pewien, że to koniec: jeśli znajdą ten ucięty karabin, natychmiast mnie zabiorą, może nawet na miejscu zastrzelą, bo robili i tak w tym czasie.

Niemiec siedzi, ma pistolet w otwartej kaburze, więc myślę sobie: jedyny ratunek – skoczyć, wyrwać mu, no i na strych, a tam droga do sąsiednich domów. Ale słyszę głos matki, jak głośno coś tam mówi po niemiecku na klatce schodowej; wracają, ale wszystko w porządku. No i okazało się, że oni weszli od piwnicy, zawołali dozorcę, kazali mu przesypywać węgiel, a sami stali na korytarzu. On tak sprytnie przesypywał, że się strasznie pył unosił, na co matka powiedziała: – Zaraz wam się mundury pokryją tym pyłem i będą brudne. I w ten sposób się to udało. (…)

Mieliśmy też zadanie zdobyć samochody. Udało nam się zdobyć dwa. To były samochody niemieckie, które po prostu porwaliśmy – drzwi otwierało się z pistoletami, wsiadało się, kazało się szoferowi jechać pod Warszawę, za Pragę. Tam był duży las. Zaplanowaną trasą zjeżdżaliśmy możliwie daleko w las. Potem tam się tego szofera rozbierało do naga, zostawiało się ten samochód w umówionym miejscu.

Mieliśmy taki garaż, gdzie te samochody zostały przemalowane, a parę dni później pojechały na Lubelszczyznę. Dzięki temu zaopatrzyliśmy tamtejszą partyzantkę i w samochody, i w mundury niemieckie.

Dwa razy nam się udało z tymi samochodami. Za trzecim razem mieliśmy wpadkę. Akcja miała się odbyć w garażu podziemnym. Jakiś Niemiec mieszkał w tym budynku i co dzień rano wyjeżdżał samochodem. Myśmy się rozstawili, kiedy wyjeżdżał, myśleliśmy, że go w tym garażu pod ziemią sterroryzujemy i zabierzemy samochód. Tymczasem on wyjeżdża – a w tym samochodzie czterech Niemców.

Wtedy jeden z kolegów źle się zachował, bo jak zobaczył tych Niemców, zaczął uciekać i oni się zorientowali. Zatrzymali się, zaczęli do nas strzelać, ale udało się nam uciec, zanim oni wyskoczyli z tego samochodu. Tak, że tak jakoś miałem szczęście.

Potem już czekaliśmy, aż wreszcie 29 lipca przyszedł rozkaz: godzina ósma mobilizacja. Ja miałem stawić się właśnie w tej fabryce przy Marszałkowskiej róg Sienkiewicza. A u mnie, jak mówiłem, była ta cała broń. Co robimy? Byłem z jednym tylko kolegą. Zapakowaliśmy wszystko do walizek i wychodzimy. Byliśmy niesamowicie obładowani.

Ja mam marynarkę, on ma marynarkę: w kieszeniach mamy te polskie ręczne granaty i po dwie walizki, w które popakowaliśmy pistolety maszynowe; ciężkie walizki. Na postoju dorożek załadowaliśmy się do dorożki, jedziemy. Raptem na Mickiewicza idzie cała kompania żołnierzy niemieckich, a my jedziemy obok tego. Wtem na stopień dorożki wskakuje podoficer i mówi do nas po niemiecku: „Pospieszcie się, bo ja muszę być na czele kompanii”. Więc podjechaliśmy, wysadziliśmy go, a on mówi „Dziękuję bardzo!”.

Cały wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „Jakoś miałem szczęście” znajduje się na s. 16 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „Jakoś miałem szczęście” na s. 16 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Krzysztof Skowroński, „Kurier Wnet” 38/2017: Rozgrywka przetaczająca się przez polskie ulice ma wymiar międzynarodowy

Prezydent zapowiedział, że szybko przygotuje reformę sądownictwa. Wkrótce się okaże, czy jego decyzja weta była słuszna. Opozycja i tak ma zrealizować plan, a jego częścią jest destabilizacja Polski.

Krzysztof Skowroński

Prezydent Andrzej Duda swoim podwójnym wetem w sprawie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądowniczej pokrzyżował plany nie tylko partii rządzącej, z determinacją dążącej do zmiany wymiaru sprawiedliwości, nie tylko opozycji, której jedynym celem jest odebranie Jarosławowi Kaczyńskiemu władzy, ale – i to jest najważniejsze – skomplikował plan elitom europejskim, które postanowiły rozwiązać część swoich problemów za pomocą „przypadku polskiego”.

Problemy są znane: migracja i terroryzm, Brexit i finansowa niewydolność wszystkich państw Unii Europejskiej z wyłączeniem Niemiec.

Jeśli się zastanawiamy, dlaczego w środkach masowego przekazu za naszą zachodnią granicą pojawiają się wyłącznie negatywne artykuły o Polsce, to właśnie dlatego, że rządzący Unią zdają sobie sprawę, że znaleźli się w pułapce i przypadek Polski, odpowiednio opowiedziany, da im czas potrzebny do realizacji marzeń o Europie zarządzanej przez kastę urzędników wykonujących polecenia oligarchów.

Od razu po zwycięstwie wyborczym Emmanuel Macron spotkał się z kanclerz Angelą Merkel, a w prasie pojawiły się informacje o powołaniu jakichś francusko-niemieckich funduszy gospodarczych, których zadaniem byłoby przepompowanie części olbrzymiej nadwyżki finansowej z Niemiec do Francji. To jest część planu Europy dwóch prędkości, w którym następuje dalsza unifikacja państw strefy euro w jeden organizm polityczny, zarządzany przez brukselską centralę.

Ale brakuje na realizację tego projektu forsy. Wprawdzie EBC drukuje kilkadziesiąt miliardów euro miesięcznie, by w ten sposób utrzymać przy życiu Unię Europejską, ale ta polityka też ma swoją ścianę. Tą ścianą są interesy gospodarcze Niemiec.

Sprawę jeszcze bardziej komplikuje decyzja Anglików o Brexicie. Wielka Brytania była płatnikiem netto do europejskiego budżetu i bez brytyjskich pieniędzy ten budżet się nie zamyka. Trzeba więc natychmiast poszukać oszczędności.

I tu pojawia się sprawa Polska. Sankcje nałożone na Polskę są doskonałym sposobem na załatanie części dziury w budżecie. Ale to jest tylko część planu realizowanego przez elity europejskie za pomocą polskiej opozycji.

Kilka miesięcy temu na którejś z manifestacji Ryszard Petru powiedział, że nadszedł czas, by Polska przystąpiła do strefy euro. I to jest drugi punkt planu, który ma zostać zrealizowany. Sankcje, gdyby zostały na Polskę nałożone, szybko wywołają kryzys. Odpowiedzialnością za niego oczywiście zostaną obarczeni rządzący Polską.

Im większy kryzys, tym lepiej, bo tym łatwiej Polacy dadzą się przekonać, jakim dobrodziejstwem dla nich będzie przystąpienie do strefy euro i tym taniej w przyszłości będzie kosztować pokazanie nam (w pierwszej fazie), jakim dobrodziejstwem jest ta przynależność do „ekskluzywnego klubu”. A Polska strefie euro jest potrzebna.

Radio Wnet w czasie swojego objazdu Polski jeden z Poranków nadawało ze Świnoujścia, z 14 piętra Hotelu Radisson. Architektonicznie jest to bardzo ładny hotel, który wraz z kompleksem apartamentowców tworzy przestrzeń konferencyjno-wypoczynkową unikalną w skali całego Bałtyku. Marka Radisson jest tylko franczyzą. Za całą inwestycją stoi rodzinny kapitał polski. Po Poranku rozmawiałem z poważnym deweloperem, Polakiem, który majątku dorobił się w Niemczech. Deweloper pokazał mi plan możliwych inwestycji budowlanych w samym Świnoujściu i powiedział: tego zazdroszczą nam Niemcy. Po drugiej stronie granicy już nic nie może zostać wybudowane, bo tam wszystko jest.

I rzeczywiście, wzdłuż zachodniej granicy Polski „widać to, czego nie widać”, czyli olbrzymi potencjał rozwoju. Tym większy, że na ścianie zachodniej dokonał się olbrzymi infrastrukturalny skok. Na przykład w stosunkowo małej gminie Nowogrodziec w sam system wodno-kanalizacyjny samorząd zainwestował ponad sto milionów złotych, a system autostrad doskonale jest skomunikowany z zachodem Europy.

Dlaczego to jest ważne dla budowania strefy euro? Powód jest prosty. Tu też można się posłużyć jednym z tysiąca przykładów z dziejów wyprzedaży polskiego majątku: Telekomunikację Polską sprzedano państwowej francuskiej firmie za 20 mld złotych. Teoretycznie złoty interes. Tylko tyle, że dla Francuzów. W tamtym czasie France Telecom był zadłużony na 80 mld euro i zakupił największego polskiego operatora, który sam był zastawem hipotecznym dla tej transakcji. I sam się spłacił.

I tak Francuzi przejęli, nie wkładając ani złotówki, jedną z najbardziej dojnych krów w Polsce. Na mniejszą skalę takich transakcji w Polsce było ponad 8 tysięcy. Teraz potencjał wyprzedaży majątku polskiego jest zdecydowanie mniejszy, ale mimo to opozycja zapowiada, że gdy dojdzie do władzy, zamierza sprzedać to, co pozostało. Sytuacja, w której polska wejdzie do strefy euro, zmieni to. Koniunktura gospodarcza i możliwość kreacji pieniądza przez europejski bank centralny zwiększy „to, czego nie ma”.

Ta rozgrywka, która przetacza się przez ulice polskich miast, ma wymiar międzynarodowy. Jeśli wejdziemy do strefy euro, podmiotowość polityczna Polski zniknie, a wraz z nią zniknie zupełnie granica polsko-niemiecka. Konsekwencje w perspektywie jednego pokolenia są łatwe do przewidzenia. Zresztą ta ewolucja przynależności zachodnich ziem toczy się już od 27 lat.

W lipcu w „Rzeczpospolitej” ukazał się wywiad z Niemcem inwestującym w wydobycie węgla kamiennego w Polsce. Niemiec stwierdził, że węgla, który jest na terenie Polski, wystarczy na sto lat, a zapotrzebowanie na polski węgiel jest coraz większe zarówno w Niemczech, jak i w innych krajach europejskich. Pochwalił się, że chce zainwestować w modernizację jednej z kopalń 120 milionów euro – dokładnie tyle, ile polski budżet przeznaczył na jej likwidację.

I w końcu wejście Polski do strefy euro rozwiąże na chwilę problem przychodźców, bo będzie można im zapewnić podobne warunki socjalne, jak w innych krajach europejskich. To spowoduje, że może będziemy mieli, znów w perspektywie jednego pokolenia, kilka milionów nowych obywateli.

Jest jeszcze jeden aspekt „przypadku polskiego”. Polska i Węgry to dwa ostatnie kraje w Europie, w których nie zwyciężyła jeszcze lewicowa ideologia i które podjęły próbę odbudowy swojej tożsamości opartej na wartościach chrześcijańskich. Powodzenie projektów Polski i Węgier jest niebezpieczne dla koncepcji ideologów unijnych, w których podmiotowość człowieka opisuje się przez jego zdolność konsumpcyjną. Celem tych koncepcji jest podział świata na rządzące elity, posiadające podobną władzę nad ludem, co kasta władców w starożytnym Babilonie lub faraon w Egipcie – i na zarządzanych niewolników, którzy mają złudzenie, że są wolni.

„Zróbcie z nas niewolników” – takie powinni nosić hasła manifestujący na polskich ulicach, bo ci, którzy ich do tego zachęcają, mają nadzieję na korzystanie z przywilejów władzy.

Na zakończenie jeszcze jedno spostrzeżenie. Najszczęśliwsi ludzie, jakich spotkaliśmy podczas naszej radiowej wyprawy, to pewni siebie, swojej wartości i spełnieni ojcowie, którzy mogą przekazać dobrze prosperujące firmy swoim dzieciom. I taka powinna być Polska.

Tylko właściciele, przedsiębiorcy pracujący na własnym mogą obronić wolność. Dlatego cały wysiłek rządu i parlamentu powinien pójść w kierunku uproszczenia systemu podatkowego, zmniejszenia garba biurokracji i likwidacji wszelkich zbędnych struktur, takich na przykład, jak powiaty.

Za jakiś czas się okaże, czy decyzja prezydenta Dudy o podwójnym wecie była słuszna. Opozycja i tak ma zrealizować plan, a elementem tego planu jest destabilizacja Polski.

W swoim orędziu telewizyjnym prezydent zapowiedział, że szybko przygotuje plan reformy sądownictwa. Jeśli mu się uda przeprowadzić głęboką zmianę bez protestów ulicznych, to punkt dla niego. Jeśli kosztem spokoju układ w sądach zostanie zakonserwowany, to może być początkiem końca Dobrej Zmiany.

Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego pt. „Rozgrywki uliczne” znajduje się na s. 1 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego pt. „Rozgrywki uliczne” na s. 1 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

 

Jadwiga Chmielowska, „Śląski Kurier Wnet” 38/2017: Żal mi prezydenta. Modlę się, by Bóg dał mu siły łączyć Polaków

Chciałabym wierzyć, że prezydent złoży za kilka dni obie zawetowane ustawy poprawione. Powinien sięgnąć do tradycji II RP. Może wprowadzi wybieralność w wyborach powszechnych sędziów i prokuratorów?

Jadwiga Chmielowska

Chichot historii? 225 lat temu, 23 lipca 1792 r. Król Stanisław August Poniatowski przystąpił do targowicy. Czyżby prezydent Andrzej Duda postanowił iść w jego ślady? Króla Stasia też namawiali różni targowiczanie i pożyteczni idioci, a zagranica pohukiwała groźnie. Może chciał być poklepywany po ramieniu przez carycę i króla Prus…. Dzisiaj, AD 2017, też mamy dwa plemiona: taką współczesną targowicę i konfederację barską. Jedni i drudzy uważają się za patriotów. A biedne szaraczki nie zdają sobie sprawy, jak ciężkie sakiewki płynęły i płyną z zagranicy.

Fundacja Otwarty Dialog stworzyła instrukcję obalenia demokratycznie wybranych olbrzymią przewagą głosów władz w Polsce. Otwarty Dialog działa w kilku państwach. Jej celem jest „otwarta, zuniformizowana przestrzeń od Atlantyku do Pacyfiku”. Wyraźnie czuć niemiecko-rosyjski projekt – stworzenie megapaństwa.

Kontynent euroazjatycki ma być domeną Rosji i Niemiec. Od 2008 roku słyszałam te hasła od Kornela Morawieckiego; byłam pewna, że to jedynie jego idée fixe. Teraz widzę, że on tylko upowszechniał plany obce – Europę od Władywostoku do Lizbony. Rafał Brzeski na portalu polityce.pl twierdzi:

Moskwa i Berlin zrobią wszystko, żeby bez wkraczania militarnego do Polski zlikwidować obecną ekipę rządową. Chodzi nie tylko o partie, które rządzą, o prezydenta, ale również o całe zaplecze intelektualne, o sympatyków i ludzi angażujących się na rzecz budowy silnej Polski w sferze społecznej, naukowej czy gospodarczej. Żeby można było zrealizować niemiecko-rosyjski projekt, ci wszyscy ludzie muszą zostać sparaliżowaniu w działaniu, a później wyeliminowani z gry, być może nawet fizycznie.

Na Śląsku RAŚ odsłonił się po raz kolejny; realizuje politykę Angeli Merkel. Skrytykował prezydenta Katowic za odmowę podpisania listu prezydentów miast wojewódzkich, deklarujących wbrew rządowi RP chęć przyjęcia uchodźców, aby przypodobać się rządowi Niemiec. Słusznie Prezydent Marcin Krupa oświadczył Schlesierom, że jego partia to Katowice i ich mieszkańcy, i dba jedynie o ich bezpieczeństwo i pomyślność.

Chciałabym wierzyć, że Prezydent RP Andrzej Duda złoży za kilka dni obydwie zawetowane ustawy poprawione. Powinien sięgnąć do tradycji II RP. Może wprowadzi po okresie przejściowym wybieralność w wyborach powszechnych sędziów i prokuratorów, jak w USA?

Chodzą pogłoski, że Andrzej Duda chce powołać partię prezydencką. Ale w tym przypadku może się pożegnać z drugą kadencją, a do historii przejdzie, jak król Staś. Ględzenie przy obiadach czwartkowych nie obroniło nam niepodległości.

Jeśli prezydent nie przygotuje lepszej ustawy, czyli idącej dalej niż ta rządowa, to boję się o niego. Stanie się zakładnikiem w rękach obcych. Bo przecież nie wypuszczani na ulicę ogłupieni obywatele i nie intelektualiści, którzy zawsze mają tendencję do przekombinowania, rozdają karty w tej grze.

W wojnie hybrydowej rozpoczętej przez Moskwę w 2008 roku najważniejszym orężem jest dezinformacja i dezintegracja. Chodzi o to, by ludzie utracili zdolność rozpoznawania prawdy i kłamstwa. Tworzy się rzeczywistość jedynie medialną. Podsuwa fałszywe autorytety. Wodzi na manowce, gra na ambicjach, kompleksach, generuje zgubne miraże i straszy.

Osoba, która raz ulegnie szantażowi, zawsze będzie szantażowana. Gdy zechce się wyrwać, jest eliminowana, nawet fizycznie.

Z Andrzejem Dudą współpracowałam w kilku sprawach. Żal mi go. Modlę się, by Bóg dał mu siły łączyć Polaków, nigdy ich nie zdradzić.

Artykuł wstępny redaktor naczelnej „Śląskiego Kuriera Wnet” Jadwigi Chmielowskiej znajduje się na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł wstępny redaktor naczelnej Jadwigi Chmielowskiej na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Jolanta Hajdasz, „Wielkopolski Kurier Wnet” 38/2017: Skandaliczne chamstwo manifestujących przeciw reformie sądownictwa

Opozycja, która próbuje rozhuśtać nastroje społeczne i doprowadzić do ostrej konfrontacji na ulicach naszych miast, już dawno i wielokrotnie przekroczyła granice akceptowalnego zachowania.

Jolanta Hajdasz

Skandaliczne chamstwo – to jedyny możliwy komentarz do niezwykle przykrego widoku, jakim było zakrzykiwanie, trąbienie nad głową, a nawet oplucie dziennikarki TVP INFO, której manifestujący w Warszawie przeciwnicy zmian w sądownictwie uniemożliwili nadanie relacji – z ich protestu zresztą.

Taka sytuacja w żadnym kraju nie powinna mieć miejsca, bez względu na ocenę pracy poszczególnych Redakcji, bez względu na to, czy ich program, czy ich audycje i relacje nam się podobają, czy nie.

Różnorodność dziennikarskich przekazów to po prostu realizacja w praktyce zasady wolności słowa i swobody dostępu do informacji, niezbędnej dla prawidłowego funkcjonowania demokratycznego państwa. Elementem tego systemu jest jednak także swoboda działania dziennikarzy i bezpieczeństwo ich pracy. W Polsce, niestety, coraz częściej już tak nie jest.

Skandalicznym przykładem takiego stanu rzeczy był atak na reportera i publicystę TVP SA Michała Rachonia, który próbował relacjonować przebieg kontrmanifestacji smoleńskiej zorganizowanej przez organizację Obywatele RP podczas obchodów Miesięcznicy Smoleńskiej w Warszawie 10 lipca 2017 r. Dziennikarz został zaatakowany przez agresywnych mężczyzn, którzy go popychali i szturchali oraz prowokowali zaczepkami do odpowiedzenia przemocą na te ataki.

Nikt z uczestników manifestacji nie stanął w jego obronie. Opozycja, która próbuje rozhuśtać nastroje społeczne i doprowadzić do ostrej konfrontacji na ulicach naszych miast, już dawno i wielokrotnie przekroczyła granice akceptowalnego zachowania. Uznają takie obrazki, jak te opisane wyżej, za normę. A takie zachowanie normą nie jest i nie może być.

Agresja wobec dziennikarza wykonującego swoje obowiązki jest po prostu niedopuszczalna. Muszą o tym pamiętać wszyscy uczestnicy nawet najbardziej gorących, politycznych sporów. Bez tego pokazują jedynie, że nie szanują zasad demokratycznego państwa, o które tak głośno się upominają, a które całkowicie lekceważą.

Artykuł wstępny redaktor naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera Wnet Jolanty Hajdasz znajduje się na s. 1 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł wstępny redaktor naczelnej Jolanty Hajdasz na s. 1 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl