11 i 12 lipca 1943 roku UPA dokonała skoordynowanego ataku na Polaków w 150 miejscowościach w kilku powiatach na Wołyniu. Wykorzystano fakt gromadzenia się w niedzielę ludzi w kościołach.
Andrzej Karczmarczyk
W 74 rocznicę „Krwawej niedzieli” na Wołyniu w dolnym kościele pw. św. Jana Kantego w Poznaniu, gdzie znajduje się tablica upamiętniająca te tragiczne wydarzenia, odbyła się uroczystość złożenia kwiatów i oddania hołdu Polakom pomordowanym przez oddziały UPA.
Uroczystości pod tablicą poprzedziła Msza święta. Krwawa niedziela na Wołyniu to dzień 11 lipca 1943 roku, punkt kulminacyjny rzezi wołyńskiej, akcja masowej eksterminacji polskiej ludności cywilnej na Wołyniu przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów Stepana Bandery (OUN-B), Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) oraz ukraińską ludność cywilną. Szczególne nasilenie zbrodni nastąpiło w lipcu 1943 roku. Zamordowano wówczas 10–11 tysięcy Polaków.
11 i 12 lipca UPA dokonała skoordynowanego ataku na Polaków w 150 miejscowościach w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim oraz łuckim. Wykorzystano fakt gromadzenia się w niedzielę 11 lipca ludzi w kościołach. Doszło do mordów w świątyniach m.in. w Porycku (dziś Pawliwka) i Kisielinie. Około 50 kościołów katolickich na Wołyniu zostało spalonych i zburzonych. Zbrodni na Polakach dokonano w sumie w 1865 miejscach na Wołyniu. Szacuje się, że zginęło w nich ok. 120 tysięcy Polaków.
Zbrodnie na Polakach dokonywane były niejednokrotnie z niebywałym okrucieństwem, palono żywcem, wrzucano do studni, używano siekier i wideł, wymyślnie torturowano ofiary przed śmiercią, a także gwałcono kobiety. Zbrodnia wołyńska spowodowała polski odwet, w wyniku którego zginęło ok. 10–12 tys. Ukraińców, w tym 3–5 tys. na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.
Artykuł Andrzeja Karczmarczyka pt. „Poznańskie obchody rocznicy „Krwawej niedzieli” na Wołyniu” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Karczmarczyka pt. „Poznańskie obchody rocznicy „Krwawej niedzieli” na Wołyniu” na s. 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Elementem powodzenia zmiany lub nawet pobudzenia świadomości narodowej jest zadbanie o miejsca pamięci i groby naszych przodków na Wschodzie. Na Białorusi ten problem jest szczególnie istotny.
Adam Słomka
Niedługo będziemy obchodzili stulecie odzyskania niepodległości. W kontekście dyskusji nad koncepcją tzw. „Trójmorza”, czy też „Międzymorza”, lansowaną przez KPN od 1979 roku, umyka nam ważny element, który może spowodować reorientację świadomości w niektórych krajach naszej części Europy z wpojonej „wyzwoleńczej roli Armii Czerwonej” na pamięć o wspólnocie w czasach I RP. (…)
Niedawno w sprawie miejsc pamięci na Białorusi czy Ukrainie interpelację poselską nr 13277 złożył dr hab. Józef Brynkus z Wadowic. Parlamentarzysta zapytał Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego m.in.:
Jak wygląda kwestia upamiętniania przez Litwę, Łotwę, Estonię, Białoruś i Ukrainę miejsc pochówku żołnierzy polskich poległych za ich niepodległość w latach 1918-21? oraz: Ile polskich pomników i miejsc pamięci istniejących nadal oraz na dzień 1 września 1939 roku jest objętych ochroną prawną na terytorium Litwy, Białorusi, Ukrainy i Czech w ramach porządku prawnego i decyzji władz terytorialnych ww. państw? Konkretnie – gdzie te miejsca pamięci i pomniki się znajdują?
Mam wrażenie, że polskie władze nie potrafią udzielić odpowiedzi na zadane przez posła Brynkusa pytania. (…)
Bez zmian w świadomości historycznej w wielu krajach ościennych będziemy spotykali się z rosnącym niezrozumieniem idei „Międzymorza” czy „Trójmorza”. To wstyd dla naszych sąsiadów, aby setki miejsc pamięci o naszych przodkach przypominały śmietniska czy gruzowiska! To najbardziej czytelny skutek promowania przez Rosję „wyzwolicieli z Armii Czerwonej”. Dlatego to my musimy zainicjować wielką, międzynarodową akcję propagandowo-edukacyjną. Zadbać o pamięć!
Cały artykuł Adama Słomki pt. „Zadbać o pamięć” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Adama Słomki pt. „Zadbać o pamięć” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Zmienić historii nie możemy, ale powinniśmy zrobić wszystko, by nasze narody potrafiły w pokoju współpracować. To leży w interesie dzisiejszych i przyszłych pokoleń Polaków i Ukraińców.
Mariusz Patey
11 lipca w Warszawie pod pomnikiem upamiętniającym ofiary zbrodni wołyńskiej OUN-UPA grupa polskich narodowców i przedstawicieli Korpusu Narodowego Azow złożyła wieńce i kwiaty w hołdzie pomordowanym Polakom. (…) Wlad Kowalczuk, wyrażając żal, że ta tragedia miała miejsce, stwierdził jednocześnie, że Polacy i Ukraińcy nie są skazani na wrogość. (…)
Rzeczywiście widzimy na Ukrainie silne trendy włączania etosu UPA w budowanie mitu narodowotwórczego. Nawet nie przejawiający antypolskich uprzedzeń działacze Azowa brali udział w uroczystościach rocznicowych z okazji urodzin Romana Szuchewycza, odbywających się w wielu ukraińskich miastach.
Polacy zgadzają się co do tego, że ci, którzy mordowali polskie kobiety i dzieci, nie powinni być w panteonie narodowym. Nie ma zgody, by usprawiedliwiać niegodziwości zasadą: „cel uświęca środki”. Trudno nam pogodzić się z postawą, w której uznaje się inspiratora, współsprawcę brutalnych czystek etnicznych za bohatera, a z drugiej wyraża żal za jego uczynki. Takie gesty, jak ten z 11 lipca, to jednak krok w dobrym kierunku ku ustaleniu wspólnej platformy wartości.
Można zrozumieć, że chęć znalezienia odniesień historycznych dla współczesnej walki z Rosją, a może i inspiracje tych sił, które chcą ukraiński wysiłek przekierowania kraju na wektor zachodni skompromitować, wyraźnie wzmocniły zainteresowanie OUN, UPA i ich przywódcami: Stepanem Banderą i Romanem Szuchewyczem. Z punktu widzenia przyjaciół Ukrainy w Polsce te postacie tworzą olbrzymi koszt polityczny wszystkim, którzy chcą pomóc Ukrainie. (…)
U innych naszych sąsiadów nie jest lepiej. Na Białorusi kwitnie kult czasów sowieckich, czci się morderców z czeka, enkawudziści są w panteonie narodowym. W Rosji buduje się pomniki Aleksandrowi Suworowowi, sprawcy okrutnej rzezi Pragi z 1794 r., czy Michaiłowi Murawjewowi o przydomku „Wieszatiel”. Stawia się też upamiętnienia zasłużonym enkawudzistom, np. w Smoleńsku… Niemcy otwarcie chwalą żelaznego kanclerza Ottona Bismarcka, a nawet niektórzy naziści tylnymi drzwiami przeciskają się do panteonu bohaterów, że wspomnę Clausa won Stauffenberga. Czesi czczą pamięć Jozefa Snejderka, oskarżonego o zbrodnie na Polakach w wojnie napastniczej 1919 r. (…)
Nawet jeśli nas obecnie dzieli świat wartości, przeszłość, to jednak dla przyszłości nie możemy się zamykać na współpracę z państwem, które może przyczynić się do wzrostu naszej konkurencyjności w rywalizacji europejskiej.
Dużo gorszym scenariuszem dla nas byłoby wyrzeczenie się aspiracji europejskich, niepodległościowych Ukrainy na rzecz duginowskiej wizji budowy wielkiego Imperium Euroazjatyckiego. Przed antypolską banderowską Ukrainą NATO nas obroni, ale przed nuklearnym mocarstwem już niekoniecznie… (…)
Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Wokół Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Rzezi Wołyńskiej” znajduje się na s. 15 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mariusza Pateya pt. „Wokół Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Rzezi Wołyńskiej” na s. 15 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Zastanawiam się, czy nie byłem wykorzystywany do celów, które ktoś sobie zamierzył. Wtedy nie tylko ja zostałem oszukany – 10 milionów. A dzień dzisiejszy pokazuje, że umiejętnie nad nami pracowano.
Krzysztof Skowroński
Lech Wydrzyński
Jeśli chodzi o tereny akcjonariatu Porty Holding Stoczni Szczecińskiej, to oprócz zamiatania na pochylni i jej odkurzania nic się nie dzieje, bo przed przystąpieniem do odnowienia dawnej infrastruktury jest prowadzona inwentaryzacja szkód pozostałych po 2002 roku i po Stoczni Nowej. Szczeciński Park Przemysłowy, który teraz zarządza majątkiem w imieniu Skarbu Państwa, hale podnajmuje różnym spółeczkom czy osobom fizycznym. (…)
Te tereny są nadal własnością akcjonariuszy Stoczni Szczecińskiej Porta Holding SA. W różnych wywiadach, w różnych informacjach nie podaje się, kto naprawdę jest właścicielem tych terenów. Procedura upadłości z 2002 r. nie została zakończona i akcjonariusze nadal są prawnymi właścicielami terenu. (…)
Skarb Państwa, ówczesny minister kupił za złotówkę jedną z córek Porty Holding, ASS, która zajmowała się piaskowaniem, malowaniem itd. I ówczesny zarząd tej spółki z prezesem panem Stachurą zamienili ASS na stocznię Nową. Skarb państwa kupił za złotówkę córkę Porty Holding.
To się odbyło ze złamaniem wszelkich procedur statutowych spółki Porty Holding. Bo żeby sprzedać jakąś część majątku Porty Holding, trzeba mieć zgodę właściciela, jakim jest Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, a to się odbyło z pominięciem tego i ówcześnie rządzący wiedzieli o tym, bo żeśmy o tym informowali, odbyłem rozmowy, wszystko było prowadzone w Warszawie. Dzisiaj ze zdumieniem przyjmuję informację, że w Szczecińskim Parku Przemysłowym jakby zapomnieli, kto jest rzeczywistym właścicielem. (…)
Pracownicy mieli 25% udziałów, zarząd Porty miał dwa razy po 5% i resztę inne podmioty. (…)
Stocznia Szczecińska Nowa powstała na bazie, jak wspomniałem, tej córki ASS. A ja wtedy już mówiłem, że ją powołano na okres przejściowy, żeby ukryć przestępstwa, które zdarzyły się w 2002 roku. I nie kto inny, jak ówczesny minister gospodarki, później wiceminister skarbu Jacek Piechota, cały ten układ SLD, który wtedy rządził, wpadli na pomysł występowania do Unii Europejskiej o wsparcie finansowe na tzw. restrukturyzację przemysłu okrętowego w Polsce. No i otrzymali 5,5 miliarda.
To nie jest mało, bo nie tylko ja, ale wszyscy znający się na budowie stoczni wiedzą, że to wystarczyłoby do wybudowania stoczni na łące, od zera. A stocznia Nowa, wchodząc w cały układ, miała za sobą całą infrastrukturę, pracowników, całą inżynierię, biuro projektowe, konstrukcyjne. Miała wszystko. Ten zarząd, który oskarżono o defraudacje, to wszystko mógł prowadzić. Ale im chodziło tylko o to, żeby te pieniądze skasować. (…)
Liczyłem, że dobra zmiana przyniesie funkcjonowanie prawa i sprawiedliwości, ale zaczyna mnie niepokoić, że ministrowie, z którymi się spotykałem, odbierali ode mnie osobiście wszelkie dokumenty niezbędne, żeby uzyskać wiarygodne informacje i z nich skorzystać – a mimo wcześniejszych zapewnień o rewitalizacji stoczni przemysłu okrętowego, na dzień dzisiejszy się o tym nie mówi. Dlatego zaczynam się zastanawiać, dokąd zmierza polityka obecnie rządzących. (…)
Jeżeli chce się coś odrestaurować, a wie się, że zostało to nabyte niezgodnie z prawem, to chyba ma się świadomość, że trzeba będzie stracić to, co się włożyło. A po trzecie – ten majątek od samego początku, od upadłości, cały czas należy do podatnika. (…)
Jestem akcjonariuszem Porty Holding, to znaczy jestem jej współwłaścicielem, tych terenów itd. Po drugie jako stoczniowiec interesowałem się całą sprawą od 2002 roku i to pozwoliło mi dojść do wiedzy, której inni nie mają: w jaki sposób i co załatwiano, informowano czy robiono, przygotowywano, jakie osoby brały w tym udział.
Mogę powiedzieć oficjalnie, że Jacek Piechota przygotował grupę związkową, która mu pomogła w załatwieniu tej sprawy. To była Solidarność ’80 Stoczni Szczecińskiej. Wszystko wykonali, powołali komitet, na którego czele stanął śp. Marian Jurczyk. Wcześniej odbyła się jego lustracja i sąd lustracyjny uznał go za agenta służb specjalnych o pseudonimie „Święty”. A w podziękowaniu za sprawę stoczni został sądownie oczyszczony i mógł korzystać z tych przywilejów, które sąd lustracyjny mu odebrał, czyli że nie mógł funkcjonować jako osoba publiczna. (…)
Myślę, że pan Wałęsa, czyli „Bolek”, wiedział doskonale, kim jest Jurczyk. Oni nawzajem wiedzieli, kto jest kim. Dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, że strajki sierpnia ‘80 i to wszystko, to nie były zrywy robotników. Jedynym niekontrolowanym strajkiem był ten w Gdańsku, który Wałęsa zamknął w ciągu trzech dni i dopiero interwencja Aliny Pieńkowskiej, Anny Walentynowicz i tej grupy spowodowała, że nie został przerwany. To był jedyny strajk niekontrolowany przez agenta.
Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Lechem Wydrzyńskim, stoczniowcem, prezesem Szczecińskiego Stowarzyszenia Obrony Stoczni i Przemysłu Okrętowego, pt. „Słudzy i wolni obywatele”, znajduje się na s. 8 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego ze Zdzisławem Szostkiem pt. „Akcjonariusze Stoczni Szczecińskiej zostali okradzeni!” na s. 8 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Reakcje na przemówienie prezydenta Trumpa w Warszawie w znacznej mierze odzwierciedlają podział na Polskę pro- i antyrządową, ale pokazują także coś więcej: różnicę w podejściu do zagranicy.
Henryk Krzyżanowski
Były prezydent Lech Wałęsa w charakterystyczny dla siebie skrótowy sposób tak podsumował przemówienie: „Było dobre, ale on to robił dla siebie. (…) Gdy się tak dobrze przyjrzeć, to Polacy nic wczoraj nie dostali”. Sceptycy bardziej wyrafinowani mówili to samo – niektórzy odwoływali się nawet do obrazu szklanych paciorków, którymi gość omamił jakoby swoich warszawskich entuzjastów.
Zauważmy w tym miejscu, że takie patrzenie automatycznie określa Polskę jako kraj zależny od woli państw ważniejszych od nas. Nasze oczekiwania wobec zagranicy streszczają się wtedy w prostym zdaniu: zagranica może nam coś dać. A skoro tak, to ustawiamy się sami w relacji pan – sługa. Zupełnie jak w słowach psalmisty: „Jak oczy sług są zwrócone na ręce ich panów i jak oczy służącej na ręce jej pani”.
Do obrazu pan – sługa kompletnie nie pasuje tłum, który entuzjastycznie fetował Donalda Trumpa na placu Krasińskich. Znaczna część obecnej tam publiczności to mohery od ojca Rydzyka, członkowie klubów „Gazety Polskiej” czy inni wyborcy PiS-u. To ludzie, którzy nie tylko nie liczą na dotacje czy prezenty z zagranicy, ale przeciwnie, sami nie szczędzą grosza na cele publiczne.
Można o nich powiedzieć, że kiedy w ostatnich wyborach odsunęli od władzy Platformę, zrobili to za własne pieniądze. Dając także swój własny czas – choćby ten włożony w kontrolę uczciwości wyborów. Na plac Krasińskich przyjechali więc nie po to, by coś dostać, ale by spotkać się w gronie przyjaciół, do których zaliczają prezydenta USA – czy słusznie, zobaczymy. Wolni ludzie decydujący o sobie w wolnym kraju.
Cały felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Słudzy i wolni obywatele” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Słudzy i wolni obywatele” na s. 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej.
Andrzej Jarczewski
Wędrówka ludów z Południa do Europy trwa. Niemiecki rząd zachowuje się jak dziecko, które na plaży wykopało dziurę i wiaderkiem przelewa tam morze. Widząc nieskuteczność swoich działań, wzywa inne dzieci, żeby robiły to samo, bo walnie je łopatką, a jak nie okażą solidarności… stanie się coś strasznego: woda pozostanie w morzu!
Handel ludźmi od tysiącleci należy do najbardziej lukratywnych interesów na świecie. Podaż towaru ludzkiego przez wieki była praktycznie nieograniczona. Ale podaż nie wystarczy, handel rozkwita tylko wtedy, gdy pojawia się również popyt. Bez popytu nie ma handlu! Polska nigdy w historii nie wzniecała popytu na niewolników, gastarbeiterów ani na cudze dzieci. Natomiast Niemcom zdarzało się wielokrotnie uruchamiać lawiny wojenne i humanitarne, ale jakoś nie udawało im się dobrowolnie jakiegokolwiek zła powstrzymać. Musiała interweniować Ameryka.
Dziś nie pora na rozliczanie starych win. Dziś trzeba pilnie wymyślić i zrobić coś takiego, żeby nie narastały winy nowe. Kto może myśleć, niech więc myśli, a kto może coś zrobić – niech to robi. Chcemy pomagać ludziom, których życie jest w zagrożeniu, ale sprzeciwiamy się przyjmowaniu migrantów socjalnych, bo wiemy, że poddanie się niemieckiej presji w tym względzie jest złe: nie pomaga Afryce, a szkodzi Europie. Ludzie zawsze idą tam, gdzie mogą, a tam, gdzie nie mogą – na przykład do bogatych szejkanatów islamskich – nie idą.
Pomagać na miejscu
Nie uzasadniam tezy, że biednym ludom Afryki i Azji należy pomagać na ich terenie, bo ten pogląd jest powszechnie w Polsce podzielany. Nie za bardzo tylko wiemy, co my-Polacy i co my-Europejczycy możemy konkretnie w tej sprawie zrobić ponad standardy, realizowane do tej pory. Bo na razie typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata, łącznie z bankami, ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, otóż wszystkie te działania żadnego problemu trwale nie rozwiązują. Owszem, dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej.
Jeżeli Europa nie wypracuje działań skutecznych – prędzej czy później zostanie zalana setkami milionów Afrykańczyków i Azjatów. Oni nie będą się tu asymilować. Będą stopniowo, a od któregoś dnia – gwałtownie zastępować europejskich aborygenów nową krwią i krwawą metodą. Przed ich bronią demograficzną mogłaby nas osłonić tylko własna broń demograficzna, ale ta broń już nie działa, Europa podaje tyły, a obecne pokolenie Europejczyków chce tylko dożyć wygodnie do naturalnej śmierci, godząc się nawet na eutanazję w razie złego humoru czy niemodnej starości.
Los kontynentu pozostawimy przybyszom, a oni będą toczyć liczne wojny między sobą o wszystko, co ginąca kultura im pozostawi. Tu nagle nie wygasną ich wzajemne konflikty religijne i plemienne. Europa stanie się cywilizacyjną prowincją Afryki – porzuconym skarbem, o który zdobywcy będą walczyć do ostatniego Europejczyka.
Specjalne Ogrody Solidarności (SOS)
Koncepcja, którą tu przedstawię, polega na znalezieniu początkowo niewielkich obszarów w krainach biedy, które dzięki europejskiej pomocy staną się centrami chronionej gospodarki, stanowiącymi dla migrantów magnes równie silny, jak obecnie Berlin, Paryż czy Londyn. Jeżeli to się powiedzie w kilku szczególnie starannie wspomaganych punktach – szybko pojawią się wnioski z różnych krajów o to samo.
Podobnie było ze Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi (SSE). Pomysł budził zdziwienie i gdzieniegdzie opór, ale bardzo szybko okazało się, że SSE dają miejscowo potężny impuls rozwojowy. Wkrótce strefy stały się modne i każdy, kto mógł, starał się o zlokalizowanie SSE u siebie. Dziś dysponujemy już innymi narzędziami rozwojowymi i niektóre strefy mogą być powoli wygaszane. Niemniej miejsca objęte strefami zmieniły się nie do poznania i promieniują swym dobrobytem na całe regiony. W podobny sposób i pod pewnymi dodatkowymi warunkami można by tworzyć strefy humanitarne, które tu nazywam Specjalnymi Ogrodami Solidarności.
Mamy dobre doświadczenia; niejedno zostało sprawdzone. Np. na względnie małym, ogrodzonym i chronionym obszarze możliwe okazało się ustanowienie niedopuszczalnych poza strefą, niezwykle korzystnych rozwiązań prawnych i fiskalnych. Co więcej – w małej społeczności dobrowolnych uczestników nowe prawa są szanowane i bardzo rygorystycznie przestrzegane, bo to łatwo kontrolować, a karą za łamanie tych praw może być odesłanie delikwenta tam, skąd przyszedł. Z kolei napływ nowych mieszkańców SOS byłby uzależniony od powstawania mieszkań i nowych miejsc pracy na tym terenie albo od powiększania strefy (na wzór pączkowania stref ekonomicznych).
Europa na rzecz SOS
Zanim zapytamy o koszty, zapytajmy o korzyści, jakie Europa przez wieki ciągnęła z Afryki i Azji. Oczywiście – jedne państwa korzystały bardzo, inne (jak Polska i kraje Trójmorza) wcale. Ale tworzenie stref nowych szans nie będzie miało charakteru zadośćuczynienia za zbrodnie kolonializmu. Na to kolonizatorzy mieli wiele dziesięcioleci i nic nie zrobili, więc i teraz nic nie zrobią pod tym hasłem, bo musieliby się przyznać do ludobójstwa. Lepiej znaleźć inną argumentację.
Takim hasłem, do którego szczególne moralne prawa ma Polska (a np. Niemcy nie mają tego prawa wcale) – otóż takim hasłem jest SOLIDARNOŚĆ. Poza tym Polska nie powinna unikać udziału w rozwiązywaniu najpoważniejszych problemów świata. Powinniśmy w tym uczestniczyć również finansowo, choć oczywiście w rozsądnej proporcji. Dodatkowo: wcale nie jest pewne, czy strefy powstaną najpierw w państwach najbardziej poszkodowanych przez kolonializm. Dziś inaczej wygląda geografia biedy, gdzie indziej biją źródła migracji. Na bieżąco mamy zajmować się sprawami aktualnymi, a nie historią, która – rzecz jasna – musi być brana pod uwagę w negocjacjach.
Tak więc podstawowe koszty powinna ponieść Europa. Zwłaszcza Europa Pierwszej Prędkości w kolonizowaniu Afryki i Azji. To jest problem europejski, a Stany Zjednoczone nie powinny być uczestnikiem tego działania. Niech tworzą własne, konkurencyjne strefy humanitarne np. w Liberii albo w Ameryce Łacińskiej. Chińczycy niech to robią w Korei Północnej, za której losy ponoszą największą odpowiedzialność, a Japończycy – na terenach, na których popełniali swoje wojenne zbrodnie.
Użycie siły
W ciągu kilku minionych dekad bogate kraje Zachodu i Wschodu wypracowały pewien paradygmat pełnienia funkcji „żandarma świata”. Najpierw obserwuje się nabrzmiewające konflikty w różnych miejscach świata i nic się nie robi. Następnie wspiera się jedną ze stron, co znacznie przyśpiesza wybuch. Strona wspierana ewoluuje ideowo i często zwraca się przeciwko Zachodowi, podczas gdy stary, wredny reżim jakoś tam gwarantował stabilność. Tak czy owak wojna wybucha, ktoś tam zwycięża, ktoś przegrywa, a głównym następstwem walk pozostają zrujnowane miasta i tysiące, a nawet miliony trupów, kalek i ludzi pozbawionych dachu nad głową.
W drugim etapie w krajach Zachodu do głosu dochodzą czułe serca wyborców i organizuje się różne akcje humanitarne, których znaczenie jest naprawdę duże dla pokrzywdzonych na danym terenie, ale które nie rozwiązują żadnego problemu w większej skali poza zachętą dla kolejnych bojowników, którzy zyskują pewność, że w razie czego dobry Zachód im pomoże. Wysyłane są misje humanitarne (cywilne) i stabilizacyjne (wojskowe), które również mają taki wpływ na konflikty, jak zasypka na AIDS, choć pomagierom przynoszą duży splendor. Nie zdarza się natomiast, by w porę wysłane siły Zachodu zapobiegły jakiejś tragedii. A nawet jeśli gdzieś stacjonowały wojska Zachodu – ich ostentacyjna bierność zachęcała wręcz do rzezi.
To trzeba zmienić. Budowa stref solidarności nie powiedzie się, jeżeli ich nie obronią uzbrojone oddziały. Ale te siły nie mogą podlegać lokalnym kacykom, bo już wiemy, że to nie ma żadnych perspektyw. Zresztą nikt poważny nie zainwestuje na terenie, który w każdej chwili może stać się areną wojen plemiennych. Strefy muszą mieć gwarancję wieloletniej ochrony i powoli wtapiać się w otaczającą gospodarkę, aż do pełnej integracji prawnej i przejścia pod zarząd krajowy za dwa, trzy… pokolenia.
Falanstery XXI wieku?
Poważne rozwiązywanie problemów wymaga szczerej, nie zawsze sympatycznie wyglądającej argumentacji. Na przykład trzeba założyć, że wynagrodzenia za pracę w SOS początkowo będą bardzo niskie, wręcz niewyobrażalnie (dla Europejczyka) niskie. Z punktu widzenia zatrudnionych będzie to wyraz solidarności zwrotnej z ryzykującymi wiele inwestorami. Ponadto – pracownicy muszą gdzieś mieszkać. To nie mogą być „hotele robotnicze”, bo ta forma wszędzie na świecie przekształcała się w siedlisko patologii lub w łagry. To muszą być zwykłe, skromne mieszkania rodzinne na terenie strefy, i to otrzymywane bez wstępnych kosztów: albo na wynajem czasowy, albo na wieloletni kredyt spłacany tak, by nie generować ryzyka (np. przez pracodawcę). Na płace netto pozostanie niewiele, choć siła nabywcza tego „niewiele” i tak będzie znaczna w porównaniu do bliskiego otoczenia.
Podobne projekty snuli utopiści przez wiele wieków. Popełniali jednak zawsze te same dwa błędy. Po pierwsze zakładali, że ludzie z natury są dobrzy, więc trzeba tylko stworzyć im warunki do realizacji dobra. Po drugie – nie rozwiązali problemu obecności nietypowej, socjalnej jednostki gospodarczej w konkurencyjnym świecie.
Obecnie już wiemy, że ludzie są tacy, jacy są. Robią to, co mogą, a czego nie mogą – nie robią (z tolerowaniem pewnych luzów). Jedni są lepsi, drudzy gorsi, dziś są dobrzy, jutro tacy sobie. Tworzymy więc warunki bezpiecznego i produktywnego życia dla takich ludzi, jacy są. Ponadto – gospodarka SOS nie poradzi sobie z konkurencją, zwłaszcza w pierwszych latach. Konieczne więc byłyby jakieś niestandardowe formy wsparcia, np. zapewnienie zbytu tamtejszych produktów poprzez zaniechanie produkowania takich samych rzeczy i wyeliminowanie importu z innych krajów. Znamy też fałszywe formy pomocy, z których myślowo najłatwiejsze, a gospodarczo najszkodliwsze byłoby dotowanie produkcji. Ważne, by w Europie pojawił się popyt nie na Afrykańczyków, ale na ich wytwory. Bo bez popytu nie ma handlu!
Następny problem to kształcenie pracowników, bo fachowców od tej technologii, która tam powstanie, w okolicy nie znajdziemy. Koszty będą spore. Na pustym terenie, czy wręcz na pustyni musi powstać cała infrastruktura kilkutysięcznego miasteczka, w którym ludzie będą nie tylko pracować, ale i uczyć się, chorować, leczyć, odprawiać modły, rodzić i wychowywać dzieci, uczestniczyć w kulturze…
Niektóre strefy powinny mieć charakter rolniczy, to mogą wręcz być nowoczesne ogrody Afryki. Zawsze jednak na terenie o dokładnie wytyczonych granicach i prawach obowiązujących tylko w nowym „ogrodzie”.
Na omawianie dalszych aspektów tego rozwiązania mamy czas, bo nieprędko przywódcy państw zdecydują się na posunięcia, których horyzont przekracza ich optymistyczne kadencje. Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Miałem wszędzie znajomych, a teraz zostałem sam, wszyscy się odwrócili, nawet ci, którzy kiedyś mnie popierali i chwalili się tym, bo akurat to było politycznie. Dzisiaj nawet nie odbierają telefonów.
Krzysztof Skowroński
Zdzisław Szostek
Ze Zdzisławem Szostkiem, dawniej właścicielem wydawnictwa i wydawcą nieistniejącej już Gazety Powiatowej Dolny Śląsk, o życiowych konsekwencjach dociekania prawdy wbrew lokalnym układom polityczno-gospodarczym rozmawia Krzysztof Skowroński.
Jestem człowiekiem po przejściach; zawodowych. Byłem założycielem czasopisma Gazeta Powiatowa Dolny Śląsk. Przechodziła ona różne perturbacje O dziwo, bez względu na władzę, zawsze chcieli nas pozbawić możliwości publikacji – firmę niezależną, polską i o polskim kapitale. Dlatego, że uznawałem, że czytelnik powinien czerpać wiedzę z różnych źródeł i na tej podstawie wyrabiać sobie opinię. (…)
W pewnym momencie dostaliśmy pismo z Ruchu, czyli głównego kolportera prasy, że po prostu wypowiadają nam umowę na swobodną sprzedaż naszych publikacji w ich punktach sprzedaży. (…) Wydawnictwa nie utrzymują się z samej sprzedaży. Są reklamy, ogłoszenia itd. A w tych wszystkich ogłoszeniach są pewne klauzule, że gazeta musi się ukazywać tu i tu. Tak więc, nawet jeżeli miałbym swój dobrze rozbudowany kolportaż prywatny, to nie mógłbym korzystać z pozostałych źródeł dochodu, ponieważ nie mógłbym wywiązać się ze zobowiązań wobec kontrahenta, że muszę się ukazywać w kioskach Ruchu, ponieważ tam nie mam dostępu. Dlatego wypowiedzenie umowy było formą, można powiedzieć, odcięcia tlenu dla wydawnictwa. (…)
Dziennikarz lokalny, polityka lokalna i biznes lokalny to mieszanka wybuchowa, jeśli ten dziennikarz jest nim z krwi i kości, a nie na zasadzie, że ma plakietkę dziennikarza, a w rzeczywistości jest tubą medialną albo burmistrza, albo jakiegoś przedsiębiorcy.
W swoim czasie opisywaliśmy sytuację skądinąd znanego już człowieka, dzisiaj biznesmena z firmy, nazywającej się przykładowo Citroneks. Wtedy skończyło się to dla tego biznesmena sprawą karną, którą przegrał. Relacjonowaliśmy sprawę i nieomal zostałem pobity przez tego przedsiębiorcę.
Inna sprawa: akurat żyjemy w takim specyficznym regionie, że mamy sąsiadów Niemców. I coraz więcej Polaków zaczyna mieszkać po tamtej stronie, przenoszą się tam z rodzinami. Pojawił się artykuł z takim nośnym tytułem „Polskie świnie”. Jugendamt, tamtejsza instytucja zajmująca się sprawami wychowania, bardzo źle potraktowała polską rodzinę. Rodzina ta mieszkała w Niemczech, ale uznała, że edukację swoich dzieci będzie prowadzić po polskiej stronie. Z tego powodu doszło tam do awantury, a akurat był to okres pojednania polsko-niemieckiego. To był bardzo niewygodny temat dla pana Buzka i innych europosłów. Myśmy tę sprawę nagłośnili, wziął się za nią konsulat i wszystko zakończyło się dla tej rodziny pozytywnie. Nie było to, być może, spektakularnie medialnie; zapewniłem tę rodzinę, że chcemy przede wszystkim osiągnąć cel, a nie zdobywać nagrody dziennikarskie za piękne publikacje.
Staliśmy się niewygodni bez względu na opcję polityczną władzy. Kolejna władza dochodziła do wniosku, że faktycznie ten dziennikarz jest upierdliwy, bo znowu docieka prawdy, teraz nam z kolei zaczyna patrzeć na ręce. (…)
Czasem latami trzeba uzyskiwać pewne informacje na zasadzie dowodów, żeby można było rzucić konkretne nazwisko, ponieważ bez względu na wyniki wyborów, układy się nie zmieniają. To taki ewenement, że po wyborach jest wielka euforia, a po 3 miesiącach każdy zauważa, że tylko się nazwiska zmieniły, a system w dalszym ciągu funkcjonuje. W swoim czasie pan Braun dobrze przedstawił Dolny Śląsk, mówiąc, że tutaj pewien schemat się udał. I to jest przerażające, bo jeśli się udał, to my w dalszym ciągu w tym układzie jesteśmy. (…)
Kiedyś forma łapówki była prosta: koperta. Ten system się przeorganizował. Układ zaczął działać przez urzędy skarbowe, nawet było to śledzone, ale nie za bardzo jest upubliczniane. Uważano też, że z kopert trzeba zrezygnować, bo można łatwo zrobić zdjęcie.
Ale też można było powiedzieć człowiekowi, któremu chciało się coś zaoferować, żeby przykładowo kupił sobie parę akcji na giełdzie. Jakiejś, powiedzmy, firmy X, która praktycznie nic nie znaczyła. Po wyborach dziwnym zbiegiem okoliczności te akcje, które były wykupione przez odpowiednich ludzi za śmieszne pieniądze, nagle zaczynały, w niewytłumaczalny ekonomicznie sposób, wzrastać 300-400% na wartości. Czyli, krótko mówiąc, ci, co kupili, załóżmy, dany pakiet akcji za 1 zł, w pewnym monecie mieli w swoim portfelu 1000 zł. To już można nazwać łapówką wyrafinowaną. Ale jeżeli tego nie upubliczniono, bo urzędy skarbowe pilnowały, to kto wie, może w dalszym ciągu trwa. (…)
Mam satysfakcję, jestem dumny z tego, co robiłem, i chciałbym to zaszczepić młodszym, którzy startują w zawodzie. Jest to fascynujący zawód, choć niebezpieczny, gdzie nieraz się traci życie. Praktycznie co roku przecież tylu dziennikarzy ginie. Giną nawet dlatego, że poruszali jakieś lokalne tematy biznesowe, polityczne.
Ten zawód to jest styl życia. Dziennikarz nie pracuje od 7 do 15. Dziennikarstwo trzeba poczuć, nawet jak się śni, trzeba śnić w sposób dziennikarski.
Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego ze Zdzisławem Szostkiem pt. „Dziennikarz nawet śni po dziennikarsku” znajduje się na s. 17 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego ze Zdzisławem Szostkiem pt. „Dziennikarz nawet śni po dziennikarsku” na s. 17 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Wędrówka ludów do Europy trwa. Sprzeciwiamy się przyjmowaniu migrantów socjalnych, bo wiemy, że poddanie się niemieckiej presji w tym względzie jest złe: nie pomaga Afryce, a szkodzi Europie.
Andrzej Jarczewski
Nie uzasadniam tezy, że biednym ludom Afryki i Azji należy pomagać na ich terenie, bo ten pogląd jest powszechnie w Polsce podzielany. Nie za bardzo tylko wiemy, co my-Polacy i co my-Europejczycy możemy konkretnie w tej sprawie zrobić ponad standardy, realizowane do tej pory. Bo na razie typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata, łącznie z bankami, ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, otóż wszystkie te działania żadnego problemu trwale nie rozwiązują. Owszem, dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej. (…)
Koncepcja, którą tu przedstawię, polega na znalezieniu początkowo niewielkich obszarów w krainach biedy, które dzięki europejskiej pomocy staną się centrami chronionej gospodarki, stanowiącymi dla migrantów magnes równie silny, jak obecnie Berlin, Paryż czy Londyn. Jeżeli to się powiedzie w kilku szczególnie starannie wspomaganych punktach – szybko pojawią się wnioski z różnych krajów o to samo.
Podobnie było ze Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi (SSE). Pomysł budził zdziwienie i gdzieniegdzie opór, ale bardzo szybko okazało się, że SSE dają miejscowo potężny impuls rozwojowy. Wkrótce strefy stały się modne i każdy, kto mógł, starał się o zlokalizowanie SSE u siebie. Dziś dysponujemy już innymi narzędziami rozwojowymi i niektóre strefy mogą być powoli wygaszane. Niemniej miejsca objęte strefami zmieniły się nie do poznania i promieniują swym dobrobytem na całe regiony. W podobny sposób i pod pewnymi dodatkowymi warunkami można by tworzyć strefy humanitarne, które tu nazywam Specjalnymi Ogrodami Solidarności. (…)
Podstawowe koszty powinna ponieść Europa. Zwłaszcza Europa Pierwszej Prędkości w kolonizowaniu Afryki i Azji. To jest problem europejski, a Stany Zjednoczone nie powinny być uczestnikiem tego działania. Niech tworzą własne, konkurencyjne strefy humanitarne np. w Liberii albo w Ameryce Łacińskiej. Chińczycy niech to robią w Korei Północnej, za której losy ponoszą największą odpowiedzialność, a Japończycy – na terenach, na których popełniali swoje wojenne zbrodnie. (…)
Podobne projekty snuli utopiści przez wiele wieków. Popełniali jednak zawsze te same dwa błędy. Po pierwsze zakładali, że ludzie z natury są dobrzy, więc trzeba tylko stworzyć im warunki do realizacji dobra. Po drugie – nie rozwiązali problemu obecności nietypowej, socjalnej jednostki gospodarczej w konkurencyjnym świecie. (…)
Koszty będą spore. Na pustym terenie, czy wręcz na pustyni musi powstać cała infrastruktura kilkutysięcznego miasteczka, w którym ludzie będą nie tylko pracować, ale i uczyć się, chorować, leczyć, odprawiać modły, rodzić i wychowywać dzieci, uczestniczyć w kulturze…
Niektóre strefy powinny mieć charakter rolniczy, to mogą wręcz być nowoczesne ogrody Afryki. Zawsze jednak na terenie o dokładnie wytyczonych granicach i prawach obowiązujących tylko w nowym „ogrodzie”.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Zmiana statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne” pod wpływem tendencyjnego raportu A. Chapman, przedstawicielki organizacji Freedom House, opublikowanego 29 czerwca 2017 roku.
Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce
Podobno rząd Prawa i Sprawiedliwości niszczy wolność prasy w Polsce. Tak przynajmniej uważa międzynarodowa organizacja o nazwie Freedom House, zajmująca się opisywaniem przejawów łamania demokracji na świecie. Przejawy, jakie wskazuje Freedom House, są jednak kuriozalne, wśród nich wymieniane jest np. to, że rząd PiS serwuje narrację historyczną, która „w znacznym stopniu omija udział Polaków w zbrodniach II wojny światowej”, a jednocześnie eliminuje głosy przeciwne. Jako przykład wskazuje się Jana Tomasza Grossa. Takie m.in. argumenty służą teraz za uzasadnienie zmiany statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne”. Raport jest opublikowany wyłącznie w języku angielskim, dlatego prezentujemy tłumaczenie najbardziej istotnych fragmentów tego raportu.
Tytuł raportu: Pluralizm pod obstrzałem: Atak na wolność mediów w Polsce – Raport Freedom House (fragmenty)
Zmiana statusu Polski z kraju o mediach „wolnych” na „częściowo wolne” została spowodowana przez nietolerancję rządu dla niezależnego bądź krytycznego dziennikarstwa, nadmierne polityczne zaangażowanie w sprawy mediów publicznych oraz ograniczenia wolności słowa w zakresie polskiej historii i świadomości. To wszystko razem przyczyniło się do wzmożonej autocenzury oraz polaryzacji.
Kluczowe zmiany w 2016 roku [wg Freedom House – uzup. red.]:
Prawo medialne, które zaczęło obowiązywać od stycznia, nadaje Ministrowi Skarbu (zamiast ciału niezależnemu) prawo wyznaczania menadżerów polskich publicznych mediów – radia i telewizji. Do kwietnia ponad 140 pracowników mediów publicznych zrezygnowało bądź zostało wyrzuconych z pracy.
W grudniu rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość próbowała ograniczyć dziennikarzom dostęp do posłów w budynku parlamentu, ale porzuciła swoją inicjatywę w wyniku oporu opozycji i presji opinii publicznej.
Biura rządowe zrezygnowały z subskrypcji mediów sprzyjających opozycji, a w tym samym czasie spółki należące do państwa polskiego przekierowały środki na reklamę do medialnych ośrodków prorządowych.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości podejmował próby podważania wiarygodności głosów kwestionujących preferowaną narrację historyczną, która w znacznej mierze pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej.
Streszczenie Raportu
Polska ma żywotne, ale silnie spolaryzowane środowisko medialne, gdzie nadal obowiązują restrykcyjne prawa. Po zdobyciu władzy pod koniec 2015 roku konserwatywny rząd Prawa i Sprawiedliwości rozpoczął głęboką przebudowę mediów publicznych, powołując się na potrzebę ich odpolitycznienia.
Prawo przegłosowane w grudniu 2015 wygasiło kadencje menadżerów w polskich publicznych mediach – radiu i telewizji. Równocześnie przyznano Ministrowi Skarbu prawo wyboru następców tych menadżerów. Do kwietnia 2016 ponad 140 pracowników mediów publicznych zrezygnowało bądź zostało wyrzuconych z pracy. Zmiany personalne, które miały miejsce w ciągu roku, spowodowały wzmożenie autocenzury wśród dziennikarzy pracujących w ośrodkach mediów publicznych. W wyniku konfliktowej relacji rządu z krytycznymi mediami autocenzura nasiliła się również wśród dziennikarzy pracujących dla mediów prywatnych, sprzyjających opozycji.
W grudniu 2016 polski Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok, że władze złamały konstytucję, podejmując decyzję o wyłączeniu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z decyzji dotyczących składu nowych zarządów i rad nadzorczych w mediach publicznych. Nowa Rada Mediów Narodowych, która uzyskała w czerwcu uprawnienia do obsadzania tych stanowisk, zignorowała ten wyrok.
Przekaz mediów publicznych przez cały rok faworyzował Prawo i Sprawiedliwość. Równocześnie agencje rządowe zrezygnowały z dalszej subskrypcji mediów sprzyjających opozycji, a firmy należące do państwa zrezygnowały z kontraktów reklamowych z nimi. W grudniu starania rządu, aby ograniczyć dziennikarzom dostęp do posłów w parlamencie, spowodowały próbę zablokowania głosowania nad budżetem na rok 2017, a także publiczne demonstracje przed budynkiem parlamentu. W konsekwencji władze porzuciły swój plan.
W ciągu całego roku rząd Prawa i Sprawiedliwości dążył do zakwestionowania tych głosów w mediach, które rzucały wyzwanie preferowanej przez władze narracji historycznej, w znacznym stopniu pomijającej zaangażowanie Polaków w zbrodnie z okresu II wojny światowej. W lutym TVP przed emisją filmu „Ida” (o katolickiej zakonnicy odkrywającej, że jej rodzice byli Żydami i zginęli podczas II wojny światowej) nadała 12-minutowy wstęp, w którym komentatorzy stwierdzali, że film niedokładnie przedstawia polską historię.
W osobnym zdarzeniu, w kwietniu, prokuratorzy pięć godzin przesłuchiwali historyka zajmującego się Holocaustem – Jana Grossa. Sprawa dotyczyła zarzutów publicznego znieważenia polskiego narodu i była związana z artykułem z 2015 roku, w którym Gross stwierdzał, że podczas II wojny światowej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. Opinie Grossa spowodowały, że Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy rozważała odebranie mu Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, który otrzymał w 1996 roku.
Wstęp do Raportu
(…) Zgodnie z opisem Annabelle Chapman zawartym na stronach raportu, Polska w ostatnim czasie stała się ważnym polem bitwy liderów o skłonnościach autorytarnych, którzy chcą uzyskać kontrolę nad dyskursem politycznym oraz zniszczyć pluralizm mediów.
Polska stanowi ważny klin w nasilającym się konflikcie między zwolennikami krytycznego i niezależnego dziennikarstwa a tymi, którzy dążą do dominacji państwa. (…)
Polska po dekadach komunistycznej opresji objawiła się jako ważny uczestnik światowej demokratycznej wspólnoty. Jakikolwiek poważny krok w tej dziedzinie miałby reperkusje wykraczające daleko poza samą Polskę. Przywództwo rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość wykorzystało swoją dominację w parlamencie do ataku na autonomię innych, obok mediów, instytucji demokratycznych – organizacji prawniczych, uniwersyteckich i społecznych. Liderzy tej partii przyjęli wiele metod, które w sąsiednich Węgrzech doprowadziły do antydemokratycznych przemian po 2010 roku. Mówią językiem populistów w Europie i na świecie, oskarżając swoich politycznych oponentów o brak patriotyzmu – „nie są prawdziwymi Polakami”. Są napędzani impulsem większościowym – stwierdzeniem, że większość parlamentarna, nieważne, jak mała, przyznaje zwycięzcom prawo do podkopywania prawnych, konstytucjonalnych oraz normatywnych kontroli władzy politycznej. (…)
Atak na pluralizm
Wkrótce po wygraniu wyborów parlamentarnych w październiku 2015 r. prawicowa partia Prawo i Sprawiedliwość, wymieniła zarządy nadawców publicznych – telewizji i radia. Od tego czasu program wieczornych wiadomości w telewizji publicznej stał się rzecznikiem rządu PiS, chwaląc jego codzienne sukcesy w kraju i za granicą. Przywódcy partyjni przemyśleli sposoby dławienia krytyki, która wylała się ze strony mediów prywatnych na działania rządu. W tym wysiłku znaczącą rolę odgrywa podskórna obawa przed prasą, zarówno krajową, jak i zagraniczną. Widoczna jest ona w relacjach polityków PiS z dziennikarzami oraz w udaremnionej próbie z 2016 r. ograniczenia dostępu dziennikarzy do parlamentu. Próby okiełznania mediów ze strony PiS są częścią szerszego planu tej partii, by osłabić mechanizmy kontrolne, które gwarantują demokratyczność Polski.[related id=34289]
Pod przywództwem swego samotniczego lidera Jarosława Kaczyńskiego PiS kontroluje władzę wykonawczą i ustawodawczą, gdzie posiada samodzielną większość, a także posunęło się w kierunku podważenia autonomii władzy sądowniczej. Jego agresywne zmiany dokonywane w Trybunale Konstytucyjnym spowodowały oskarżenia o podważanie prawa w Polsce: w zdarzeniu bez precedensu Komisja Europejska badała kwestię na początku 2016 roku. W tym czasie partia zajęła się obsadzaniem politycznymi lojalistami stanowisk w państwowych firmach, w służbie cywilnej, wojskowej oraz dyplomatycznej.
Gracze międzynarodowi, w tym Unia Europejska, wyrazili zaniepokojenie zmianami przeprowadzonymi przez PiS w mediach publicznych, ale mieli kłopot ze sformułowaniem bardziej konkretnego stanowiska. Co więcej, istnieje ryzyko, że sytuacja w polskich mediach zostanie zapomniana wraz z przeniesieniem gdzie indziej uwagi analityków i tych, którzy tworzą prawo. Jednakże w kraju ma nadal miejsce niszczenie wolności prasy, gdzie zarówno publiczne, jak i prywatne ośrodki adaptują się do nowej sytuacji w Warszawie. Sama partia stwierdza, że „reformowanie” mediów nie zostało jeszcze ukończone. (…)
Polaryzacja i stronniczość
Polskie media są silnie spolaryzowane, z grubsza odzwierciedlając rozdźwięk między PiS a jego politycznymi oponentami. Od wyborów 2015 ta polaryzacja stała się jeszcze bardziej dotkliwa. Podział dotyczy kontrowersyjnych decyzji PiS, dotyczących dzielącego ludzi stosunku do równych praw dla środowiska LGBT (lesbijki, geje, transseksualiści oraz osoby transpłciowe), możliwych uchodźców z Bliskiego Wschodu oraz Unii Europejskiej. Podział jest widoczny na okładkach tygodników. Na przykład w lipcu 2016 numer jednego prawicowego tygodnika „DoRzeczy” miał okładkę z hasłem „Polska kontra homoimperium: Jak możemy się bronić przed terrorem progresistów”. Na okładce polskiej edycji „Newsweeka” w tym samym tygodniu hasło brzmiało „Polska w runie”, odnoszące się do ustaw PiS od czasu przejęcia władzy.
Sprzeczne wizje świata były podobnie widoczne także po reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europy w marcu 2017. Reelekcję tę rząd PiS próbował zablokować. „DoRzeczy” na swojej okładce pokazało Tuska, z podpisem: „Ich człowiek w Brukseli” – echo słów Kaczyńskiego, który wcześniej nazwał Tuska „niemieckim kandydatem”. W tym czasie okładka „Newsweeka” przedstawiła Kaczyńskiego, który pali flagę Unii Europejskiej, i podpis „Rozwód z Europą”. Słowa te odnosiły się do faktu, że wszystkie pozostałe kraje UE zagłosowały za Tuskiem i robiły aluzję do obaw – jakkolwiek mało prawdopodobnych – że Kaczyński może wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. (…)
Na przestrzeni lat publiczne radio i telewizja miały zwyczaj sympatyzować z partią, która aktualnie jest u władzy. Polska nie ma tradycji niezależnego nadawcy „w służbie publicznej”, takiego jak BBC (British Broadcasting Corporation). Jednakże od czasu, kiedy na początku 2016 r. PiS wymienił szefów nadawców publicznych, przekaz wiadomości stał się znacznie bardziej stronniczy. Wieczorny program informacyjny TVP, Wiadomości, jeden z dwóch najbardziej popularnych
w kraju, stał się tubą propagandową dla przywódców PIS.
Stronniczość w polskich mediach jest związana z uprzedzeniami samych dziennikarzy. Wielu z nich nie jest neutralnych; dopingują oni PiS lub jego przeciwników od 10 lat lub dłużej. Są nawet dwie główne organizacje dziennikarskie o różnych orientacjach: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP), postrzegane jako sympatyzujące z rządem PiS, oraz Towarzystwo Dziennikarskie (TD), które protestuje przeciwko pomysłom PiS. Po obu stronach politycznego spektrum linia graniczna między wiadomością a politycznym komentarzem jest często dość nieostra. (…)
Właściciele zagraniczni mają pozycję dominującą na polskim rynku medialnym, a fakt ten uzyskał dodatkowe znaczenie polityczne od czasu, kiedy u władzy jest rząd PiS. Kaczyński na głosy krytyczne względem działań PiS odpowiedział stwierdzeniem, że „większość naszych mediów jest w rękach niemieckich”. W maju 2016 powiedział, że sytuacja, w której „zagraniczny kapitał wykorzystuje bieżącą sytuację polityczną dla akcji politycznych, jest niedopuszczalna”. By przeciwdziałać tak postrzeganemu problemowi, Kaczyński wezwał do „repolonizacji” mediów. Nie jest jasne, jak rząd miałby przeprowadzić takie zadanie (…)
„Repolonizacja”
Rząd PiS używa tego określenia w odniesieniu do mediów, a także banków, mając na myśli wysiłki mające zwiększyć krajową własność w polskim sektorze finansowym. W kontekście medialnym „repolonizacja” ma jasne przesłanie polityczne, jako że niektórzy politycy PiS argumentują, że ośrodki medialne znajdujące się w obcych rękach celowo dokonują niekorzystnego przekazu na temat obecnego rządu w celu zdyskredytowania go.
Mimo że polskie media drukowane oraz ośrodki radiowe są przed wszystkim prywatne i zdywersyfikowane pod względem struktury własności, zagraniczni właściciele, głównie niemieccy, kontrolują około trzech czwartych polskiego rynku mediów. Należą do nich Bauer Media Group, Verlagsgruppe Passau (działający w Polsce pod nazwą Polska Press) oraz Ringier Axel Springer. Jedynym krajowym konkurentem jest Agora, do której należy „Gazeta Wyborcza”, a także pewna liczba czasopism, stacji radiowych, platform internetowych oraz dom wydawniczy.
Firma Agora jest notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych od 1999 r. Spośród największych dzienników „Fakt” należy do Ringier Axel Springer Polska, a „Puls Biznesu” do szwedzkiego Bonnier Business Polska. „Newsweek Polska” także należy do Ringier Axel Springer. Bauer posiada RMF FM, najbardziej popularne radio w Polsce. W latach i dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych „Rzeczpospolita” była częściowo w posiadaniu firm zagranicznych, takich jak norweska Orkla Group oraz brytyjska Mecom Group. W 2011 została kupiona przez polską firmę Gremi Media, do której obecnie należy 100% udziałów. Na rynku telewizyjnym TVN został w 2015 zakupiony przez amerykańską firmę Scripps Networks Interactive.
Własność zagraniczna jest najbardziej wyraźna w mediach regionalnych. Jednym z największych właścicieli jest Polska Press, która wydaje 20 dzienników regionalnych w 15 z 16 polskich województw, a także ponad 150 lokalnych dzienników. Wedle informacji na ich stronie, firma codziennie osiąga 6,3 miliona czytelników w Polsce. W 2013 zakupiła ona od Mecom Group Media Regionalne, drugiego największego gracza na rynku mediów regionalnych. Transakcja została ostatecznie zaakceptowana przez polski urząd ds. konkurencji. (…)
„Mała ustawa medialna”
Media publiczne stanowiły jeden z głównych celów PiS po wygraniu przez tę partię wyborów w październiku 2015 r. Krzysztof Czabański, były dziennikarz, został mianowany wiceministrem kultury oraz pełnomocnikiem rządu do przygotowania reformy publicznych nadawców – radia i telewizji. PiS działało w trybie pilnym. „Jeśli media sądzą, że będą w najbliższym czasie zajmowały uwagę Polaków krytykowaniem naszych zmian lub naszych planów zmian, to muszą zostać zatrzymane” – powiedział tej jesieni do dziennikarzy Ryszard Terlecki, szef ścisłego kierownictwa partii.
28 grudnia tzw. mała ustawa medialna przygotowana przez PiS została przedstawiona w parlamencie. Była ona w zamierzeniu prawem tymczasowym, mającym obowiązywać przez sześć miesięcy, by w tym czasie było możliwe stworzenie bardziej wszechstronnego prawa. Główne postanowienia oznaczałyby wygaszenie mandatów ówczesnych członków rad nadzorczych i zarządów w mediach publicznych oraz obsadzenie tych stanowisk przez bezpośrednie nominacje Ministra Skarbu, a nie, jak dotychczas, w wyniku konkursów organizowanych przez KRRiT. Taki stan miał obowiązywać do czasu, aż dzięki nowemu prawu będzie możliwe stworzenie „nowej narodowej organizacji medialnej”.
PiS przepchnął ustawę przez parlament dwa dni później, ignorując głosy z zagranicy, wyrażające obawy. Opozycja głosowała przeciw, a Ruch Kukiz’15 wstrzymał się od głosu. (…) Ustawa wkrótce zatrzęsła polskimi mediami publicznymi. Nawet zanim weszła ona w życie, dyrektorzy TVP1, TVP2, TVP Kultura oraz Telewizyjnej Agencji Informacyjnej zrezygnowali ze stanowisk, aby w ten sposób wyrazić swój protest. 8 stycznia TVP i Polskie Radio otrzymały nowych dyrektorów; szefem telewizji został Jacek Kurski, były poseł PiS. Zmiany personalne od stycznia 2016 nie ograniczyły się do pozycji na szczytach. Wedle listy przygotowanej przez Towarzystwo Dziennikarskie (bardziej liberalne z dwóch głównych organizacji dziennikarskich w Polsce) 225 dziennikarzy opuściło media publiczne w ciągu 2016 r., ze względu zarówno na zwolnienia, jak i rezygnacje. Dotyczyło to nie tylko dziennikarzy zajmujących się polityką.
Kontrowersyjne zmiany PiS dotyczące kierownictwa oraz pracowników mediów publicznych wywołały protesty w Polsce. Przeciwnicy ostrzegali, że rząd domaga się bezpośredniej kontroli nad polityką redakcyjną i treścią w celu przepychania swoich partyjnych oraz ideologicznych interesów. Protest dotyczący „wolnych mediów” zorganizowany przez KOD przed biurami TVP w śródmieściu Warszawy odbył się 9 stycznia 2016 r., a brało w nim udział ponad 20 000 osób – w tym władze miasta. Na scenie dziennikarze związani z Gazetą Wyborczą oraz inni liberalni publicyści potępili zmiany i wypowiadali się, popierając wolność słowa. „Dziś zabrali się za media publiczne, a jutro będą chcieli przechwycić media prywatne – mówił Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej. Podobne protesty miały miejsce tego dnia w innych polskich miastach oraz wśród Polonii za granicą.
Bracia Kurscy
Podział w polskiej polityce sięga poziomu rodzin, a wyraźny przykład stanowi przypadek znanych postaci medialnych – Jarosława oraz Jacka Kurskich. Bracia dorastali w Gdańsku, portowym mieście, które było kolebką związku zawodowego Solidarność. Jarosław był rzecznikiem lidera Solidarności Lecha Wałęsy. Jest obecnie pierwszym zastępcą redaktora naczelnego liberalnego dziennika – Gazety Wyborczej, będącej w konflikcie z rządem PiS. Jego młodszy brat Jacek od stycznia 2016 r. jest szefem publicznego nadawcy – TVP. Jest częścią kierownictwa, które otrzymało nominacje w kontrowersyjny sposób po przejęciu władzy przez PiS. W latach 2005–2009 był posłem PiS, a następnie eurodeputowanym z ramienia tej partii. Angażował się w kampanię prezydencką Lecha Kaczyńskiego, brata bliźniaka lidera PiS – Jarosława Kaczyńskiego.[related id=34281]
Nowa ustawa oraz fluktuacja kadr zostały poważnie skrytykowane za granicą. We wspólnym oświadczeniu Europejskie Stowarzyszenie Dziennikarzy, Europejska Unia Nadawców, Stowarzyszenie Dziennikarzy Europejskich, Reporterzy bez Granic, Komitet Obrony Dziennikarzy oraz Indeks Cenzury nazwały ustawę „krokiem wstecz”. Przedstawiciel Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie Dunja Mijatović ostrzegł, że zmiany mogą „zagrozić podstawowym warunkom niezależności, obiektywizmu oraz bezstronności nadawców publicznych”. 13 stycznia „mała ustawa medialna” stała się przedmiotem debaty w Komisji Europejskiej, kiedy Komisja rozpoczęła ocenę sytuacji w Polsce w odniesieniu do procedury sprawdzania praworządności. Jednakże, później skoncentrowano się na zmianach wprowadzonych przez PiS w Trybunale Konstytucyjnym. (…)
Dziennikarz sportowy Tomasz Zimoch
Fluktuacja pracowników w polskich mediach publicznych od przejęcia władzy przez PiS nie ogranicza się do komentatorów politycznych. Ofiary działań PiS znajdują się między dziennikarzami sportowymi, jak Tomasz Zimoch, który od czterdziestu lat pracował w radiu publicznym. Jego audycje były tak popularne wśród Polaków, że podczas meczów wyłączali oni dźwięk w telewizorach, aby słuchać jego radiowego komentarza. Zimoch, którego ojciec pracował jako szef Krajowej Rady Adwokackiej, oraz który sam ma kwalifikacje sędziego, wypadł z łask w maju 2016. Stało się tak, kiedy w wywiadzie skrytykował działania PiS wobec Trybunału Konstytucyjnego i nazwał podejście PiS wobec mediów publicznych „gorszym niż to w czasach komunizmu”. Niedługo potem został zawieszony przez komisję etyki publicznego radia za rzekomy brak lojalności względem swojego ośrodka. Zimoch odpowiedział, wypowiadając swój kontrakt. Od tego czasu pracuje dla komercyjnego Radia ZET. (…)
Wieczorne wiadomości
Najbardziej widocznym przejawem konsekwencji zmian przeprowadzonych przez PiS w mediach publicznych jest wpływ na program wieczornych wiadomości w telewizji publicznej. Wiadomości to program informacyjny nadawany codziennie o 19:30 na antenie TVP1. Od stycznia 2016 szefuje mu Marzena Paczuska, długoletnia dziennikarka TVP. Przekaz zawarty w Wiadomościach ma znaczenie: to jeden z dwóch najczęściej oglądanych wieczornych programów informacyjnych z przeciętną widownią na poziomie blisko 3 milionów.
Od początku roku 2016 przekaz Wiadomości o wydarzeniach w kraju i za granicą współgra z poglądami rządu PiS. Ta zbieżność mogła być dostrzeżona w relacjach z „czarnego protestu” 3 października 2016. Tego dnia w całej Polsce 100 000 ubranych na czarno kobiet protestowało przeciwko projektowi ustawy zaostrzającej restrykcje dotyczące aborcji, projektowi popieranemu przez posłów PiS. 2 minuty i 58 sekund przekazu poświęconego protestowi poprzedziło 2 minuty 22 sekundy informacji o „białych” kontrmanifestacjach zwolenników poważniejszych restrykcji. Takie przedstawienie sprawy sugerowało, że oba rodzaje manifestacji miały podobny zasięg i znaczenie. Komentarz spoza kadru brzmiał, że 11 000 ludzi wzięło udział w wydarzeniu facebookowym, które sprzeciwiało się „czarnemu protestowi”. W kwestiach międzynarodowych prawicowa stronniczość Wiadomości była widoczna w relacji z wyborów prezydenckich w Austrii 4 grudnia 2016, podczas których kandydat skrajnej prawicy przegrał z nominatem Partii Zielonych. Tamtego wieczoru Wiadomości nie użyły określenia „skrajna prawica”. Relacja skupiona była na rzekomej kampanii nienawiści wymierzonej w kandydata skrajnej prawicy. Mówiono także widzom, że ten kandydat propagował dobre relacje z Polską i Węgrami (…)
Dokument TVP „Pucz”
Wyraźnym przykładem na obecną stronniczość TVP jest „Pucz”, 30-minutowy film, przedstawiany jako dokument. Został wyemitowany w TVP1 15 stycznia 2017. Główny przekaz to informacja o kryzysie politycznym z grudnia 2016, kiedy próby PiS ograniczenia dziennikarzom dostępu do parlamentu spowodowały okupację sali plenarnej Sejmu przez posłów opozycji, w czasie gdy przed budynkiem gromadzili się demonstranci. Używając dokładnie wybranych przekazów informacyjnych i montażu, film pokazuje te wydarzenia jako celowe próby opozycji obalenia rządu PiS. Przedstawia demonstrantów przeciwko PiS jako osoby wulgarne i potencjalnie gwałtowne oraz sugeruje, że mają związki z były reżimem komunistycznym i Kremlem. Film snuje analogie z niepokojami na Ukrainie po proteście Majdanu w 2013–2014, pokazując palenie opon przez demonstrantów w Kijowie. Pod koniec filmu pokazany jest minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, mówiący: „to była próba anarchii, próba przejęcia władzy” (25:55). Film kończą napisy sugerujące, że opozycja próbowała „rozniecić histerię za granicą, by zaprezentować pucz w Polsce jako majdan przeciwko opresyjnej władzy” oraz „doprowadzić do zmiany reżimu przez zamieszki, rewoltę w aparacie bezpieczeństwa, nacisk zewnętrzny i medialny oraz paraliż Sejmu i rządu”. Przez cały film Kaczyński jest przedstawiany jako osoba zrównoważona, dążąca do rozładowania i deeskalacji sytuacji.
Dostęp do parlamentu
Próba rządu PiS ograniczenia dziennikarzom dostępu do parlamentu pokazała po raz pierwszy, jak polityka tej partii bezpośrednio wpływa na cały system medialny, a nie tylko elementy publiczne. Kancelaria Sejmu proponowała, żeby:
Liczbę dziennikarzy dopuszczanych do parlamentu ograniczyć do „dwojga stałych korespondentów parlamentarnych” na ośrodek;
Pozostałych dziennikarzy umieścić w oficjalnym centrum medialnym poza głównym budynkiem parlamentu, zamiast pozwalać im spotykać się z politykami na korytarzach sejmowych;
Ograniczyć nagrania audiowizualne.
Te regulacje były prezentowane jako próba poprawy warunków pracy oraz dostępności. Oficjalna, wyjaśniająca zmiany broszura opublikowana przez Sejm głosiła, że obecność mediów w parlamencie „nie jest uregulowana przez konkretne i jednoznaczne prawa, które pozwoliłby i posłom, i dziennikarzom na wykonywanie ich obowiązków zawodowych w sposób profesjonalny”. Dodano, że komunikacja między posłami a mediami ma miejsce w „chaotycznych, przypadkowych warunkach”. Dokument wskazywał również na „brak pluralizmu i równego dostępu” w interakcji mediów z politykami, twierdząc że obecna sytuacja dyskryminuje określone ośrodki, szczególnie mniejsze. Podsumowanie broszury zawierało fragment o zasadach dostępu w innych krajach europejskich oraz Parlamencie Europejskim.
Proponowane posunięcie wywołało oburzenie, i to nie tylko w środowiskach zazwyczaj krytycznych wobec PiS. Jeden z redaktorów określił proponowane regulacje jako największe utrapienie, z jakim miał do czynienia pod rządami PiS. W swym oświadczeniach największe polskie prywatne ośrodki wiadomości stwierdzały: „To ograniczenie przede wszystkim dotknie nie dziennikarzy, ale zagrozi prawu obywateli do pełnej informacji o tym, co robią ludzie wybrani przez nich do parlamentu”. Do protestujących dziennikarzy dołączyli posłowie opozycji, którzy w końcu zablokowali obrady sejmowe. To zapoczątkowało kryzys parlamentarny ciągnący się przez okres świąteczny w 2016 aż do nowego roku.
W wyniku protestów PiS ostatecznie wycofał się z proponowanych regulacji. (…)
Reklamy oraz dystrybucja
(…) Od chwili zdobycia władzy przez PiS nastąpiło przesunięcie wpływów z reklam na rzecz wydawnictw prawicowych. Zmiana jest widoczna na rynku tygodników. Wpływy w Newsweeku i Polityce, tygodnikach krytycznych wobec rządu, od czerwca 2015 do czerwca 2016 spadły o odpowiednio 7,9% i 14,6%. W tym samym czasie przychód z reklam wzrósł w tygodnikach DoRzeczy o 14,4% i wSieci o 38,5%. Oba tygodniki wspierają linię rządu. Największy wzrost zanotowano w nacjonalistycznej Gazecie Polskiej, w której dochód z reklam wzrósł niemal czterokrotnie – należy jednak odnotować, że z poziomu znacznie niższego niż inni.[related id=33034]
Podobny wzorzec jest dostrzegalny w programach telewizyjnych, gdzie Polsat News, TVN24 oraz TVN odnotowały największe spadki ogłoszeń ministerialnych i spółek skarbu państwa. Obraz jest komplikowany przez fakt, że równocześnie ośrodki te odnotowały wzrosty w reklamach związanych z mistrzostwami Europy w piłce nożnej oraz olimpiadzie w Rio de Janeiro latem 2016.
Wyjątkowo dramatyczna sytuacja jest w Gazecie Wyborczej. Spółka-matka Agora jest jedynym wydawcą obecnym na giełdzie, który publikuje szczegółowe wyniki w raportach finansowych. Pozwala to na bardziej wyczerpującą analizę niż wypadku innych gazet. W 2016 dochód ze sprzedaży po raz pierwszy przewyższył dochód z reklam, wynosząc odpowiednio 51,7 i 41,2 miliona złotych (13,3 i 10,6 miliona $). Dochód z reklam zmniejszył się o 21,4% w stosunku do poprzedniego roku. To część bardziej długotrwałego trendu, którym jest spadek dochodu z reklam notowany od rekordowego roku 2008. W grudniu 2016 menadżerowie Agory ogłosili decyzję o zwolnieniu 190 osób, czyli 9,6% personelu (w tym wielu dziennikarzy). Wśród tych, którzy stracili pracę, był korespondent gazety z Brukseli. (…)
Są także sygnały, że rząd może próbować ograniczać dystrybucję krytycznych publikacji. Czytelnicy Newsweeka i Gazety Wyborczej donoszą, że trudniej znaleźć egzemplarze tych gazet na stacjach benzynowych Orlenu, firmie należącej do państwa. W tym czasie w Lotos Paliwa (spółce skarbu państwa o 480 stacjach) pracownicy mieli być instruowani, by tygodniki prawicowe były szczególnie widoczne – DoRzeczy, wSieci oraz Gazeta Polska. (…)
Freedom House jest jedynym podmiotem odpowiedzialnym za treść Raportu. Powstanie Raportu pt. „Pluralizm pod obstrzałem: atak na wolność mediów w Polsce” wsparła finansowo Fundacja JyllandPosten. Autorką Raportu jest Annabelle Chapman, dziennikarka zamieszkała w Warszawie; pisze dla The Economist oraz innych międzynarodowych mediów.
Freedom House o tragedii smoleńskiej
10 kwietnia 2010 r. polski samolot rządowy rozbił się w pobliżu Smoleńska w Rosji. Zginęło wszystkie 96 osób na pokładzie, w tym wiele osób z elity politycznej i wojskowej. Między ofiarami znajdował się ówczesny prezydent – Lech Kaczyński. Od tego czasu wypadek stał się bardzo kontrowersyjną kwestią w Polsce, odzwierciedlając i podsycając podział społeczeństwa, a także osobistą wrogość między liderami PiS i PO. Przewodniczący PiS Jarosław Kaczyński, brat bliźniak zmarłego prezydenta utrzymuje, że ówczesny rząd PO pod dowództwem Donalda Tuska jest odpowiedzialny za tragedię. Niektórzy zwolennicy PiS wierzą, że Tusk działał wspólnie z przywódcą Rosji, Władimirem Putinem, aby doprowadzić do wypadku samolotu. Jednakże badania opinii publicznej wskazują, że procent Polaków wierzących, że wypadek nie był przypadkowy, spada.
Freedom House o Radiu Maryja
PiS od dłuższego czasu ma sojusznika w Radiu Maryja, ultrakonserwatywnej stacji radiowej prowadzonej przez ojca Tadeusza Rydzyka, katolickiego zakonnika. Ze swojej bazy w Toruniu w północnej Polsce Rydzyk zbudował dochodowe imperium medialne. Oprócz Radia Maryja, założonego w 1991 r., wchodzą w jego skład telewizyjny program TV Trwam oraz gazeta Nasz Dziennik. Te ośrodki ostrzegają swoich widzów/czytelników/słuchaczy przed niebezpieczeństwami w rodzaju „islamizacji” Europy oraz rozprzestrzeniania się „ideologii gender” (zbiorcze określeniem używane przez polskich konserwatystów na określenie twierdzenia, że role płciowe są skonstruowane społecznie). Udział w podziale publiczności jest niewielki – mniej niż 2% dla Radia Maryja. Mimo to ośrodki medialne Rydzyka zdobyły znaczenie pod rządami PiS, uzyskując wywiady z liderami partyjnymi lub politykami rządowymi. W przemówieniu podczas uroczystości 24 rocznicy założenia Radia Maryja (pod koniec 2015 r.), kilka tygodni po wygranych przez PiS wyborach, Kaczyński stwierdził, że bez Rydzyka „nie byłoby tej wygranej”. (…)
Tłumaczenie najistotniejszych fragmentów raportu Freedom House pt. „Pluralizm pod obstrzałem: Atak na wolność mediów w Polsce” pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” znajduje się na ss. 3 i 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Fragmenty raportu Freedom House pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” na s. 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Fragmenty raportu Freedom House pt. „Skandaliczny raport o wolności mediów w Polsce” na s. 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Kiedy poprzedni rząd prenumerował rządową prasę, było cacy, gdy robi to obecny, jest „be”. Gdy pieniądze za reklamy płynęły do ówczesnej prasy prorządowej, było to demokratyczne; teraz – autorytarne.
Paweł Lisicki
[D]owodem na ograniczenie wolności w Polsce ma być wypowiedzenie przez urzędy prenumeraty prasy sprzyjającej opozycji, przeniesienie budżetów reklamowych przez spółki Skarbu Państwa do mediów prorządowych oraz „ograniczenia wolności wypowiedzi na temat polskiej historii oraz tożsamości”. Doprawdy, kiedy czytałem ten raport, przypomniało mi się hasło reklamowe dużej sieci supermarketowej, tylko że tym razem bym je odwrócił: jest to typowy raport dla idiotów.
Ciekawe, że jego autorzy nie zastanowili się nad prostą rzeczą: jeśli prawdą jest twierdzenie, że obecnie urzędy nie prenumerują opozycyjnej prasy, to znaczy, że wcześniej ją prenumerowały. Pomijam już pytanie: Czy tak się rzeczy mają? Skupiam się na logice autorów raportu: ich zdaniem, kiedy rządziła obecna opozycja i prenumerowała obecnie opozycyjną wobec rządu prasę, wtedy był to przejaw wolności. Kiedy poprzedni rząd prenumerował poprzednią rządową prasę, było cacy, ale gdy teraz obecny rząd robi to samo, jest to „be”. Podobnie z budżetami reklamowymi: gdy płynęły do ówczesnej prasy prorządowej, było to demokratyczne; gdy teraz zmieniły kierunek, jest to autorytarne.
Jeszcze większym absurdem jest twierdzenie, że w Polsce ogranicza się wypowiedzi na temat historii. Raport: „Rząd PiS starał się osłabiać głosy przeciwstawiające się preferowanej narracji historycznej, która w dużym stopniu pomija udział Polaków w zbrodniach okresu II wojny światowej”. A, to was boli – pomyślałem sobie.
Wreszcie od pewnego czasu w mediach publicznych – i chwała im za to! – skończyło się ujadanie na polską historię, wreszcie propagandyści, którzy chcą z Polaków zrobić współsprawców zbrodni, muszą sobie szukać miejsca na prywatnych portalach i w prywatnych mediach i to jest… ograniczenie wolności!
Prostowanie bzdur, polemika z kłamstwami, odrzucenie fałszów, których stałym dostarczycielem jest choćby Jan Tomasz Gross, mają być znakiem cenzury. Niedługo okaże się, że zaprzeczanie „polskim zbrodniom podczas II wojny światowej” będzie tożsame z „kłamstwem oświęcimskim”.
Dla tych ludzi wolnością jest powtarzanie przygotowanych z góry, poprawnościowych sloganów. Być wolnym to płynąć w głównym nurcie. Doprawdy, współcześni liberałowie w pełni przejęli orwellowską nowomowę, w której stare słowa zmieniają całkowicie znaczenie i używane są nie do opisu świata, ale kreacji własnej utopii.
Dlatego nie przeszkadza mi spadek Polski w ich rankingu. Niech spadnie jeszcze dalej – to tylko dowód uprzedzeń i ślepoty autorów. A wolność nigdy nie miała się lepiej.
Źródło: www.dorzeczy.pl
Felieton Pawła Lisickiego pt. „Raport dla idiotów” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Pawła Lisickiego pt. „Raport dla idiotów” na s. 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl