Popularność rządu francuskiego spadła o 10% (Holland w analogicznym okresie był o 2% bardziej popularny). Zanim został definitywnie uformowany, musiało go opuścić 5 ministrów podejrzanych o korupcję.
Piotr Witt
Zgodnie z nową polityką budżetową, emerytom zostanie odebrane nowych kilka procent ich rent tytułem podwyższonej składki socjalnej CSG, studenci stracą mizerne 5 € miesięcznie z dodatku mieszkaniowego, wojsku okroi się część budżetu, który ma być znacznie podwyższony w przyszłym roku.
W co nikt zresztą nie wierzy: CSG było wprowadzone niegdyś na rok, w wysokości 1% dochodów. Dzisiaj wynosi 10% i nikt nie myśli o jego uchyleniu. Ani słowem rząd nie wspomina o miliardowych fortunach drzemiących bezpiecznie na Wyspach Kajmana, Dziewiczych, na kontach szyfrowych w Luksemburgu i w innych rajach podatkowych.
Statystyki i sondaże dają obraz nastrojów: dwa miesiące po wyborach Francuzi zrozumieli swoja pomyłkę. Ale upadek prowincji francuskiej jest wynikiem wieloletniego procesu. (…)
Na podgórzu pirenejskim miasto Pau posiada jedyny w swoim rodzaju taras widokowy. Dwukilometrowa promenada została zawieszona na stoku wzgórza przez inżyniera Eiffela (tego od wieży) i ogrodnika Alphanda wyłącznie w celu podziwiania łańcucha Pirenejów – widoku, który zwłaszcza o zachodzie słońca nie ma sobie równych. Z bliska Pireneje przedstawiają obraz całkiem odmienny.
U nas, w dolinie Vallespire, profuzja natury kontrastuje z marnością dzieła ludzkiego. Setki hektarów lasu śródziemnomorskiego otaczają miejscowość uzdrowiskową, która powoli umiera. Hotel de Paris, zamknięty od czterech lat, czeka na potencjalnego nabywcę. Hotel Martinez (pokoje klimatyzowane) – zamknięty od roku; obok, w wielkiej rezydencji Castellane, kilkadziesiąt pokoi z tarasami od dwóch lat stoi zamknięte przed kuracjuszami. Hotel Jean d’Arc zamknięto kilka lat temu. Agencja Lassale, która kupiła budynek od właścicieli, odsprzedała go Norweżce. Od tego czasu pani Olsen, po przerobieniu budynku na apartamenty, mozolnie usiłuje je sprzedać.
W tym roku zamknięto aptekę przy termach na końcu Grande Rue i drugą, na początku tej ulicy. Informatycy, reperatorzy, cyberbaza, dwa sklepy rybne, salon prasy i gadżetów, szewc – uciekli wszyscy. (…)
Biurokraci zaprojektowali zbudowanie, kosztem funduszów europejskich i lokalnych, ścieżki górskiej zamieszczonej na skale nad strumieniem Mondony, w jarze głębokim na 200 metrów. Przez trzy lata helikoptery krążyły nad głowami mieszkańców, dowożąc na miejsce budowy stalowe elementy konstrukcji. Pewnego dnia wszystko się skończyło. Zginęło dwóch młodych alpinistów zatrudnionych przy karkołomnej budowie, z góry skazanej na niepowodzenie.
Jedna ze stron jaru jest dobrze ustabilizowana: korzenie drzew i krzewów, które ją porastają, utwierdzają skałę lepiej od śrub i siatek. U jej stop biegnie ścieżka urządzona jeszcze przed wojną, zabezpieczona dachem betonowym. Biurokraci zaprojektowali ścieżkę na przeciwległym stoku, nagim jak żarówka, wystawionym na działanie wiatrów i deszczów śródziemnomorskich, z którego stale spadają kamienie. Któregoś dnia kamienie te zabiły młodych alpinistów. Od tego czasu kanion Mondony, największa atrakcja turystyczna miejscowości, stoi zamknięty i czeka na wynik śledztwa. Od trzech lat. Takich kanionów, projektów i biurokratów jest więcej we Francji. Czy nowy rząd zajmie się nimi?
„Robin Hood à rebours”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera Wnet”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w sierpniowym „Kurierze Wnet” nr 38/2017, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.
Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku Radia WNET na falach Radia Warszawa (106,2 FM) i Radia Nadzieja z Łomży (103,6 FM) oraz na www.radiownet.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Piotra Witta pt. „Robin Hood à rebours” na s. 3 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Bywały wieczory, kiedy camping się wyludniał, bo… wszyscy byli goszczeni przez właścicieli sklepów z dywanami, restauracji czy lokali rozrywkowych. Takiej gościnności nie spotkałem nigdzie na świecie!
Władysław Grodecki
Przez wieki bramę do Orientu dla mieszkańca dawnej Rzeczypospolitej i Europejczyka stanowiła Turcja, a szczególnie Konstantynopol (dziś Istambuł) i Trapezunt. Dziś chyba jest podobnie. Dla mnie spotkanie z Turcją zawsze było wielką przygodą. To chyba najciekawszy po Indiach kraj świata.
Przez Turcję biegły szlaki handlowe i cywilizacyjne od czasów najdawniejszych do współczesności. W Azji Mniejszej znajduje się najstarsze znane miasto świata: Catal Huyuk sprzed ok. 9 000 lat, z domami, do których wchodziło się od góry po drabinie. Po wspaniałej kulturze hetyckiej współczesnej Asyrii pozostały okazałe ruiny Hattusas.
Kolejne państwa Azji Mniejszej to Frygia, Lidia, Karia, Pergamon i greckie kolonie nad Morzem Egejskim. Byli tu Persowie, Aleksander Wielki, Rzymianie, chrześcijanie, Bizancjum, Turcy Seldżuccy i Osmanie. To tylko niektórzy dzierżawcy Azji Mniejszej. Pozostawili po sobie ruiny świątyń, zamków, akweduktów, teatrów, stadionów, bibliotek, bram itp. Wrogowie, „ząb czasu” i trzęsienia ziemi nie zdołały jednak zniszczyć wspaniałych muzułmańskich meczetów, łaźni i karawanserajów.
Turcja obok Italii i Indii jest chyba najbogatszym i najciekawszym „muzeum” na świecie. Dla nas, Polaków, katolików chyba najbardziej interesujące jest dziedzictwo kultury greckiej, rzymskiej, chrześcijańskiej, islamskiej i polskiej… (…)
Na przełomie XX/XXI w zorganizowałem co najmniej 15 wypraw „nad Bosfor”, głównie trampingowych dla dzieci i młodzieży. (…) W mojej pamięci zachowały się kilkumiesięczne przygotowania, namawianie przyjaciół, znajomych, koleżanek i kolegów na wyjazd, załatwianie paszportów, dewiz, sprzętu turystycznego, prowiantu, autobusu, zebrania organizacyjne, pakowanie bagażu i ten długo oczekiwany wyjazd. A później przyjazd na przejście graniczne w Hyżnem – „tylko” godzina postoju (na innych było dłużej), sprawdzanie paszportów. Podobnie było w Šahy na granicy z Węgrami, mniej sympatycznie na granicy węgiersko-rumuńskiej, ale gdzieś w środku Węgier lub przy granicy rumuńskiej był krótki, miły nocleg.
Prawdziwy koszmar stanowił natomiast przejazd przez Rumunię i „forsowanie” przejścia granicznego z Bułgarią. By je przekroczyć, trzeba było zaopatrzyć się w transporter alkoholu i koniecznie kilka opakowań Marlboro dla celników. Szalenie męczący był też przejazd po wąskich i zniszczonych drogach Bułgarii oraz kilkugodzinne formalności (rzadziej kontrole bagażu) na granicy tureckiej. Dziś trudno uwierzyć, że można było być tak spragnionym przeżycia wielkiej przygody, żeby pokonać te wszystkie przeszkody i dotrzeć w końcu do Turcji. (…)
Homer, wojna trojańska, piękna Helena, Henryk Schliemann – wszystko to działa na wyobraźnię w szczególny sposób. Gorzej jest z ruinami. Choć każdego roku przybywa ciekawych odkryć, Troja rozczarowuje! W pamięci pozostaje właściwie tylko współczesna wersja konia trojańskiego.
Znacznie ciekawszy jest Pergamon, ale największe wrażenie robi Efez. Po Pompejach tu są najbardziej okazałe ruiny z czasów rzymskich: ogromny teatr, biblioteka Celsusa, odeon, aleja marmurowa, ruiny Artemizjonu, bazyliki św. Jana Ewangelisty i odległe o ok. 8 km. Maryenmane, gdzie spędziła ostatnie lata swego życia Najświętsza Maria Panna.
Jest tu wiele innych miejsc, które ciągle można odkrywać! W Efezie w trakcie pierwszego pobytu nie trafiliśmy do ruin Artemizjonu ani mauzoleum św. Łukasza. Oba obiekty były kilkanaście lat temu mało reklamowane i praktycznie niedostępne dla turystów. Odnalazłem je rok później, wędrując po Efezie z młodzieżą z krakowskiego MPK.
Ok. 7 km od Efezu nad Morzem Egejskim w gaju eukaliptusowym znajduje się świetny camping. Nie przypominam sobie równie rozległej i pustej plaży jak ta w Pamucak. Zdarzało się, że byliśmy tam jedyną zorganizowaną grupą. Co roku przyjmowano nas herbatą jabłkową, organizowano wykład z pokazem dywanów i kobierców orientalnych oraz zapraszano na pokazy tańców brzucha. Pamucak był bazą, skąd udawaliśmy się do Prieny, Didymy, Miletu, Kusadasi i Selcuku. (…)
W Kapadocji spędziliśmy dość dużo czasu, a jednak zmierzając w kierunku Ankary i Istambułu, zatrzymaliśmy się w Yozgat. Tu zrobiliśmy zakupy, trochę odpoczęli i skierowali w wąską, krętą, wyboistą drogę. Gdzieś po godzinie jazdy na środku jezdni napotkaliśmy krzątających się kilku mężczyzn. Jeden z nich – niski, szczupły, śniady Attyla (jak legendarny wódz barbarzyńców) wsiadł do naszego autobusu, przyjechał z nami do hetyckiego sanktuarium Yazilicaya, gratis oprowadził po świątyni, po pobliskich ruinach twierdzy Hattusas – stolicy potężnego imperium, potem wskazał miejsce do rozbicia namiotów i hotel, gdzie była kolacja i tańce.
Od tej pory każdego roku odwiedzaliśmy Hattussas i pobliską współczesną wioskę Bogazkale. Zawsze ktoś nas oprowadzał, obdarowywał pamiątkami i zapraszał do hotelu, gdzie wieczorem odwiedzał nas burmistrz, najważniejsi dostojnicy i niemal wszyscy miejscowi mężczyźni, którzy przybyli tu, by zabawiać i częstować nasze dziewczyny. Nasz przyjazd do Bogazkale był zawsze wielkim wydarzeniem. (…)
Cały artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Turcja. Wspomnienia podróżnika” znajduje się na s. 11 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Turcja. Wspomnienia podróżnika” na s. 11 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Wielu naszych zesłańców zostało i marzyło o powrocie do kraju, ale na próżno. Wszystkie nasze rządy były wręcz wrogo nastawione do Polaków za granicą i robiły co mogły, żeby im uniemożliwić powrót.
Lech Jęczmyk
Wielu Polaków, nie mogąc się doczekać działań ze strony Państwa Polskiego (innych niż utrudnianie wyjazdu), podało się za Rosjan i wyjechało do Rosji. Spora grupa przeniosła się, żeby być jak najbliżej Polski, do enklawy Królewieckiej tuż przy naszej granicy. Tutaj, korzystając z małego ruchu przygranicznego, nawiązali kontakt z Polakami po naszej stronie i zaczęło się lokalne ożywienie gospodarcze, które władze polskie wkrótce zdusiły, żeby „zrobić na złość Rosji”.
Kilka lat temu gościłem chłopaka z Kazachstanu w ramach wymiany kościelnej. Od progu spytał mnie, gdzie mam komputer i jaki mam samochód. Musiałem go rozczarować. Później dowiedziałem się, że spędza w szkole dziesięć godzin dziennie, ma dwa przedmioty o rozszerzonym programie i zna kilka języków: polski (b. dobrze), kazachski, rosyjski i niemiecki. Co z takim zrobić, gdyby przyjechał do Polski, żeby go nie zdegradować? Ile mamy takich szkół?
Niemcy ściągnęli swoich z Kazachstanu i osadzili ich w blokach mieszkalnych, gdzie kontynuują radziecki styl życia, nie integrując się z resztą społeczeństwa. Są takimi przedwczesnymi emerytami, siedzą przy stolikach na podwórku i grają w szachy lub warcaby. Tymczasem Polska za Gomułki (to znaczy po 1956 roku) ściągnęła ze Związku Sowieckiego masę Polaków, którzy prawie od razu szli do szkół i na wyższe uczelnie, gdzie szybko zostawali włączeni w życie społeczeństwa.
Właśnie się dowiedziałem, że zapadła decyzja o ściągnięciu dziesięciu tysięcy naszych rodaków z Kazachstanu. Lepiej późno niż wcale, ale proszę gorąco naszych ważnych panów urzędników i panie urzędniczki, żeby nie robili tym ludziom krzywdy, żeby ich traktowali jak rekonwalescentów. I żeby Polacy tutejsi okazywali im serce. (…)
Cały artykuł Lecha Jęczmyka pt. „Kazachstan, mon amour” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Lecha Jęczmyka pt. „Kazachstan, mon amour” na s. 2 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Niektórzy pielgrzymi w ramach pokuty lub umartwienia, jak nakazuje dawna tradycja, wchodzą na szczyt boso. Choć góra ma tylko 762 m n.p.m., to podejście bez obuwia jest wyjątkowo trudne i bolesne.
Tomasz Szustek
Kiedy docieramy około 5:30 rano do podnóża góry, mijamy pierwsze osoby, które właśnie zakończyły dzisiejsze pielgrzymowanie. Należą do wąskiego kręgu pielgrzymów, dla których w dobrym tonie jest witać wschód słońca na szczycie Croagh Patrick. Wyruszyli zaraz po północy, w całkowitej ciemności. W deszczu pokonali ponad 700 metrów wysokości kamienistą, stromą ścieżką.
Kiedy tylko świt rozlał się na okolicę, w drogę ruszyły znacznie liczniejsze grupy pielgrzymów. Tak dzieje się od ponad piętnastu wieków. W ostatnią niedzielę lipca (tzw. Reek Sunday) tłumy Irlandczyków biorą udział w pielgrzymce na górę Croagh Patrick hrabstwie Mayo na zachodzie Irlandii. W ten sposób czczona jest pamięć św. Patryka, misjonarza, który w V wieku schrystianizował Zieloną Wyspę.
Jak głosi legenda, spędził on na szczycie tej góry, poszcząc i modląc się, 40 dni i nocy. Kiedy zaś schodził w dół, zrzucił ze stoku dzwon, co miało skutkować wypędzeniem z Irlandii węży oraz legendarnej bogini ciemnych mocy, Corry. (…)
Dla tych, którzy chcą uzyskać odpust zupełny (darowanie kar w czyśćcu) przygotowanych jest kilka stacji, m.in. kamienny kopiec w połowie drogi, które należy okrążać po wielokroć, odmawiając ustalone modlitwy. Początek pielgrzymki wyznacza figura św. Patryka, która nie jest oficjalną stacją, ale tradycyjnie przyjęło się rozpoczynać pielgrzymkę od modlitwy w tym miejscu. Dotarcie chociażby do figury Świętego jest także celem wielu osób, które z różnych przyczyn nie są w stanie samodzielnie wspiąć się na sam szczyt.
Jak to na pielgrzymkach, każdy pątnik odbywa podróż w sobie tylko znanej, własnej intencji. Niektórzy pielgrzymi w ramach pokuty lub umartwienia, jak nakazuje dawna tradycja, wchodzą na szczyt boso.
Choć góra ma tylko 762 m n.p.m., to podejście bez obuwia jest wyjątkowo trudne i bolesne. Ostrokrawędziste kamienie i śliskie błoto sprawiają, że wędrówka na bosaka jest umartwieniem w średniowiecznym stylu. Niektórzy mężczyźni, aby pogłębić umartwienie, wędrują nie tylko boso, ale i z odkrytym torsem. (…)
Szczęśliwcy, którym udało się dotrzeć na wietrzny szczyt, brali udział w mszach św. odprawianych co pół godziny. Chętni na odpust zupełny okrążali kaplicę piętnaście razy, recytując modlitwy. Potem pozostało już zejście w dół, równie trudne, jak droga ku szczytowi.
Cały artykuł Tomasza Szustka pt. „Pielgrzymowanie po irlandzku” znajduje się na s. 7 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Szustka pt. „Pielgrzymowanie po irlandzku” na s. 7 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Emmanuel Macron dąży do obalenia zasad panujących na rynku Unii Europejskiej. W dodatku w kwestii niekorzystnych zmian wymierzonych w przedsiębiorców z Polski za Macronem stoją nie słowa, ale czyny.
Zbigniew Stefanik
Do i o Polonii słów kilka
Wizyta urzędującego w Stanach Zjednoczonych Ameryki prezydenta Donalda Trumpa wywołała w Polsce powszechny entuzjazm. Zdaje się również, że znacząca część Polonii (nie tylko tej amerykańskiej) ten entuzjazm podzielała. Wiele mówiono w polskich mediach o tym, że Donald Trump oddal hołd Polakom, polskiej historii oraz trudnemu polskiemu marszowi ku wolności i niepodległości. Jednak jeden element związany z wizytą Donalda Trumpa w Rzeczpospolitej pozostał (jak może się zdawać) w dużej mierze niezauważony przez przeważającą większość środków masowego przekazu.
Amerykański prezydent będąc z wizytą w Warszawie podkreślił kilkakrotnie, iż wielu Polaków oddało na niego głos w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. Trump dał wyraźnie do zrozumienia, że jego obecność w Polsce jest związana z tym, iż „Poloamerykanie” masowo udzielają mu swojego poparcia.
W każdej wizycie głowy państwa czy też spotkaniach międzynarodowych głów państw można wyodrębnić dwie sfery składających się na nie elementów. Z jednej strony jest to, co należy do protokołu dyplomatycznego, dobrego tonu i niepisanych reguł; z drugiej to, co można nazwać konkretnym efektem danego spotkania. A więc wizyta Donalda Trumpa uczy nas jednej bardzo istotnej rzeczy: Polonia amerykańska jako taka stanowi istotną grupę, z którą liczy się amerykański prezydent.
To oznacza z kolei, że „Poloamerykanie” mają realną możliwość odziaływania na amerykańskiego prezydenta. Tego zaś bezpośrednią konsekwencją jest możliwość oddziaływania na decyzje głowy północnoamerykańskiego państwa. Krótko mówiąc, zdaje się, że Polonia w Stanach Zjednoczonych to siła, z którą liczą się rządzący w tym kraju. To bardzo duży atut Polski, polskiego państwa i jego rządzących, albowiem amerykańska Polonia może wspomóc polski rząd w realizacji strategicznych celów Rzeczpospolitej przez lobbowanie w USA na rzecz Polski i jej bezpieczeństwa. Niestety w krajach Europy Zachodniej sytuacja wygląda diametralnie inaczej…
Niedawna Wizyta Donalda Trumpa w Polsce dała naszemu krajowi i jego obywatelom podstawy, aby czuć się pewniej co do bezpieczeństwa Rzeczpospolitej i stabilności jej granic. Potwierdzenie przez prezydenta USA dalszego obowiązywania artykułu piątego paktu militarnego NATO powoduje, że Polacy nie muszą obawiać się zewnętrznej agresji. Jednak o ile dziś bezpieczeństwo naszych granic zdaje się pewne, to pod znakiem zapytania znajduje się gospodarcza przyszłość kraju nad Wisłą.
Niepewna staje się ekonomiczna przyszłość polskich podmiotów gospodarczych, a polscy przedsiębiorcy mają powody do obaw. Powinni czuć się zagrożeni, i to nawet bardzo, ponieważ francuski prezydent Emmanuel Macron dąży do obalenia dotychczasowych zasad panujących na rynku wspólnotowym Unii Europejskiej. W dodatku w kwestii niekorzystnych zmian wymierzonych w przedsiębiorców z Europy Środkowej (głownie polskich) za Macronem stoją nie słowa, tylko czyny.[related id=33179]
W 2014 roku nad Sekwaną weszła w życie tak zwana ustawa Macrona (wówczas Emmanuel Macron był francuskim ministrem gospodarki). Ustawa ta nakłada na przedsiębiorców branży transportowej wywodzących się z innego kraju UE i świadczących usługi na terenie Francji A/: obowiązek wykazania, że ich pracownicy zarabiają minimalną stawkę francuską, to jest 10,44 euro na godzinę netto; B/: prowadzenie swojej dokumentacji w języku francuskim; C/: deponowanie całej dokumentacji związanej z działalnością gospodarczą we Francji u tak zwanego przedstawiciela fiskalnego, który musi znajdować się na terytorium Francji, być do dyspozycji francuskich instytucji administracyjnych oraz udostępniać dokumentację podmiotów gospodarczych, które reprezentuje, za każdym razem, kiedy jakaś francuska instytucja będzie tego oczekiwała.
Ta ustawa niewątpliwie podniosła polskim przedsiębiorcom z branży transportowej koszty działalności gospodarczej na terytorium Francji. Obecnie polskie przedsiębiorstwa transportowe świadczące usługi na terytorium Francji muszą zatrudniać przedstawicieli fiskalnych we Francji oraz dostosować się do zasad płacowych dotyczących ich pracowników zgodnie z francuskim prawem pracy, co jest absolutnie sprzeczne z nadal obowiązującą na terytorium całej Unii Europejskiej dyrektywą Bolkesteina.
Dyrektywa ta zakłada, że każdy przedsiębiorca wywodzący się z jednego z państw Unii Europejskiej może świadczyć usługi na terytorium dowolnego państwa UE na zasadach obowiązujących w jego kraju rodzimym. Czyli polski przedsiębiorca ma prawo świadczyć na terytorium całej Unii Europejskiej swoje usługi zgodnie z wymogami placowymi obowiązującymi w Polsce.
Obecnie, jako już nie minister gospodarki, a urzędujący prezydent Francji, Emmanuel Macron dąży do tego, aby to zmienić i dyrektywę Bolkesteina całkowicie i definitywnie przekreślić.
W ramach walki z tak zwanym dumpingiem społecznym 31 maja bieżącego roku Komisja Europejska przyjęła projekt dyrektywy. Zakłada on, że każde przedsiębiorstwo – czy pracownik – pracujące czy świadczące usługi w innym kraju UE niż jego kraj rodzimy będzie musiało świadczyć te usługi zgodnie z zasadami płacowymi obowiązującymi w państwie, na rynku którego operuje, od czwartego dnia gospodarczej działalności poza granicami swojego kraju pochodzenia. Przykładowo, polska firma transportowa świadcząca usługi we Francji od czwartego dnia swojej działalności na rynku francuskim będzie musiała płacić wszystkie składki pracownicze we Francji zgodnie z francuskimi zasadami.
Ponadto polska firma świadcząca usługi we Francji będzie musiała wykazać, że jej pracownicy zarabiają co najmniej minimalną stawkę krajową obowiązującą we Francji. Jeśli projekt rzeczonej dyrektywy miałby zostać przyjęty, wówczas godzina pracy jednego pracownika we Francji będzie kosztowała polskiego przedsiębiorcę świadczącego usługi w tym państwie co najmniej 18 euro brutto, to jest około 80 złotych.
Ponadto wymóg posiadania przedstawicieli fiskalnych dla firm operujących na innych rynkach niż ich rynek rodzimy ma zgodnie z tym projektem obowiązywać na terytorium całej Unii Europejskiej. To oznacza, że przyjęte we Francji w 2014 roku tak zwane prawo Macrona zacznie obowiązywać na terytorium całej Unii Europejskiej, i to w wersji jeszcze bardziej zaostrzonej niż we Francji, jeśli tak zwana dyrektywa przeciwko dumpingowi społecznemu zostanie przyjęta przez Komisję Europejską. Może to się stać w najbliższych miesiącach, nawet przed końcem tego roku!
Jeśli powyższy projekt miałby stać się dyrektywą obowiązującą na terytorium całej Unii Europejskiej, to dla Polski i jej przedsiębiorców oznaczałoby to ogromne straty finansowe, i należy sobie powiedzieć wprost, że wiele polskich przedsiębiorstw w takiej sytuacji albo po prostu zostałoby doprowadzonych do bankructwa, albo musiałoby zrezygnować ze świadczenia usług w krajach Europy Zachodniej, ponieważ nie byłoby w stanie sprostać wymogom finansowym, jakie zakłada omawiany projekt.
Projekt dyrektywy przyjęty przez Komisję Europejską 31 maja tego roku jest tak naprawdę próbą całkowitej zmiany zasad funkcjonowania rynku wspólnotowego, albowiem proponowane w tym projekcie zmiany zaprzeczają w zasadzie jednemu z czterech filarów wspólnego rynku UE, czyli wolnemu przepływowi usług między krajami Unii Europejskiej.
O co w gruncie rzeczy chodzi Emmanuelowi Macronowi? Jaki jest prawdziwy cel projektu dyrektywy poświęconej walce z tzw. dumpingiem społecznym i dlaczego Francja i Niemcy rozpoczęły walkę z przedsiębiorstwami z Europy Środkowej? O co tu w rzeczywistości chodzi? Otóż chodzi tu o to, kto będzie miał w przyszłości gospodarcze przywództwo w Unii Europejskiej w takich strategicznych branżach, jak transport czy budownictwo.
Dzisiaj polscy przedsiębiorcy z branży transportowej posiadają, wedle różnych szacunków, około 25 procent rynku transportowego Unii Europejskiej. Polska staje się prawdziwym transportowym gigantem w UE, a polskie małe i średnie firmy transportowe, czy przynajmniej ich część, mają duże szanse na to, aby za 10–15 lat stać się potężnymi korporacjami – głównymi rozgrywającymi na rynku transportowym Unii Europejskiej.
Taka sama sytuacja ma miejsce w branży budowlanej, gdzie polskie podmioty gospodarcze odgrywają coraz większą rolę, a polscy pracownicy należą do najbardziej wydajnych i konkurencyjnych w UE. To wszystko powoduje, że rozwijająca się polska gospodarka, że prężnie i błyskawicznie rozwijające się polskie podmioty gospodarcze będą w niedalekiej przyszłości wielkim problemem dla państw Europy Zachodniej. Polskie firmy, polscy przedsiębiorcy – ze względu na ich konkurencyjność, wydajność, elastyczność i solidność – będą bowiem wypierali z rynku wspólnotowego mniej konkurencyjnych przedsiębiorców wywodzących się z krajów tak zwanej starej Piętnastki.
A więc działania podejmowane przez Paryż, Berlin i obecnie Komisję Europejską zmierzają do tego, aby zapobiec spadkowi konkurencyjności i znaczeniu zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych. Niestety w koncepcji Macrona i – jak może się zdawać – Jeana-Claude’a Junckera walka o konkurencyjność i znaczenie na rynku wspólnotowym zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych ma odbyć się kosztem krajów środkowoeuropejskich i wywodzących się z nich przedsiębiorstw i przedsiębiorców.
Jakie będą konsekwencje dla Polski i Polaków, jeśli dyrektywa przeciwko tak zwanemu dumpingowi społecznemu wejdzie w życie? Wówczas Polska stanie się członkiem Unii Europejskiej drugiej kategorii i warto również zastanowić się, czy w takiej sytuacji nie zostanie sprowadzona do poziomu teoretycznego (bo już nie faktycznego) członka UE.
Jeśli dojdzie do włączenia wyżej wymienionego projektu dyrektywy do porządku prawnego UE, to środkowoeuropejscy przedsiębiorcy zostaną de facto wypchnięci z rynku wspólnotowego. Środkowoeuropejscy (w tym polscy) pracownicy stracą atrakcyjność i dotychczasową konkurencyjność w UE, albowiem koszt ich zatrudnienia wzrośnie w sposób drastyczny i pracownicy oddelegowani w ogóle stracą rację bytu na rynkach zachodnioeuropejskich państw.
Taki scenariusz oznaczałby katastrofalne skutki dla polskiej gospodarki, która zostałaby pozbawiona prężnych, dobrze zarabiających i rozwijających się podmiotów gospodarczych, o rosnącym znaczeniu i konkurencyjności na rynku Unii Europejskiej. Mówiąc wprost, jeśli ten projekt dyrektywy wejdzie w życie, wówczas zostanie zlikwidowany jeden z głównych filarów założycielskich europejskiej wspólnoty, czyli wolny przepływ usług między państwami członkowskimi UE.
Polska rozpoczyna batalię, od której będzie zależało jej miejsce w Unii Europejskiej, jak również zasady i warunki członkostwa w UE tych państw, które nie nalezą ani do strefy euro, ani do grona państw tak zwanej starej Piętnastki. Nadchodzący czas będzie dla Polski decydujący, a decyzje, które zostaną podjęte w Brukseli w najbliższych tygodniach i miesiącach, mają dla nas taką samą wagę i znaczenie, jak traktat akcesyjny do UE, który podpisaliśmy 15 lat temu.
Ta sprawa dotyczy wszystkich Polaków, bez względu na ich poglądy polityczne i ich stosunek do integracji europejskiej. Dotyczy zarówno Polaków żyjących w Polsce, jak i tych poza granicami Rzeczpospolitej. Musimy mieć tego świadomość. Teraz, właśnie teraz Polska i Polacy mogą bronić swoich praw jako równoprawny członek UE, albo mogą przegrać wszystko. Jeśli przegrają tę batalię, to konsekwencje tej klęski będą odczuwali przez kolejnych kilkadziesiąt lat.
A więc – teraz albo nigdy, ponieważ to teraz tworzy się nowy, pobrexitowy polityczny i gospodarczy porządek w UE, a jednym z głównych elementów tworzenia tego nowego porządku jest walka o to, kto będzie miał gospodarcze przywództwo w Unii Europejskiej, a kto będzie grał w niej drugie, czy też jeszcze dalsze gospodarcze skrzypce w następnych kilkudziesięciu latach. Kto zostanie rozgrywającym, a kto rozgrywanym w przyszłości w Unii Europejskiej? O to właśnie dzisiaj Polska i Polacy, wszyscy Polacy powinni rozpocząć walkę!
W tej walce Polonia może i powinna odegrać znaczącą rolę. W zachodniej Europie żyją miliony Polaków. Ci Polacy muszą dziś wznieść się ponad swoje animozje i podziały polityczne, albowiem równoprawne członkostwo w UE dla Polski, albowiem zachowanie w UE zasady wolnego przepływu usług pomiędzy państwami UE to dla Polski i Polaków kwestia gospodarczego być albo nie być na następnych kilkadziesiąt lat!
Przez 28 lat wolnej Polski nie udało się wypracować żadnemu polskiemu rządowi efektywnej metody współpracy z Polonią i sposobu koordynacji działań polskiej dyplomacji i działań Polonii w Europie, umożliwiających Rzeczpospolitej osiąganie strategicznych celów. Niestety w tej kwestii polskie państwo nie zdało egzaminu i można odnieść wrażenie, że nadal go nie zdaje.
A przecież wiele na świecie jest przykładów państw, które skutecznie wykorzystują swoje diaspory, a koordynacja działań tych państw z działaniami ich diaspor umożliwia osiągnięcie politycznych i gospodarczych celów. Można podać przykład Turcji, która utrzymuje stałe więzi z Turkami żyjącymi na całym świecie. Diaspora turecka, wspierana logistycznie i finansowo przez państwo tureckie, prężnie działa na rzecz Ankary w krajach Europy Zachodniej, o czym mogliśmy się przekonać jakiś czas temu, kiedy to trwała turecka kampania referendalna, kampania, która przeniosła się wówczas na ulice holenderskie i niemieckie…
Państwo Izrael również skutecznie potrafi wykorzystać swoją diasporę, tak aby cele Tel Awiwu zostały osiągnięte. Wiele państw wykorzystuje swoich obywateli przebywających za granicą do celów promocyjnych i odnosi w tej kwestii duże sukcesy, co przetwarza się z kolei w wymierne korzyści narodowe i wpływa na to, jak te kraje są postrzegane na świecie.
Niestety Polska nie działa w tym kierunku i na tej płaszczyźnie, a polskie władze nie doceniają i nie wykorzystują potencjału, który stanowi dla Polski Polonia przebywająca przecież na całym świecie. To powinno się zmienić. To musi się zmienić, jeśli Polska zamierza uskutecznić swoje działania na rzecz osiągania swoich taktycznych i strategicznych celów w Europie i na świecie.
Stare powiedzenie mówi: Polak mądry po szkodzie. Jednak w tym przypadku chodzi o to, żeby do szkody nie dopuścić. Polska nie może dopuścić, Polacy nie mogą dopuścić do tego, aby została zlikwidowana w Unii Europejskiej możliwość wolnego przepływu usług. Jeśli do tego miałoby dojść, to konsekwencje byłyby dla Polski i Polaków tragiczne, a można się spodziewać, że po likwidacji w UE wolnego przepływu usług dojdzie również do likwidacji wolnego przepływu ludzi i kapitału z krajów Europy Środkowej do Europy Zachodniej. Polska musi się temu przeciwstawić, a Polacy żyjący w Europie Zachodniej muszą jej w tym pomóc, ponieważ jest to również w ich interesie.
Bez względu na to, jakie kto ma poglądy polityczne, bez względu na to, czy popiera się, czy nie popiera tej czy innej ekipy rządzącej w Polsce, kto kogo lubi, a kogo nie lubi w Polsce i za granicą, Polacy muszą się zmobilizować i zablokować niekorzystne dla Polski zmiany w zasadach funkcjonowania rynku wspólnotowego, ponieważ jeśli do tych zmian miałoby dojść, stracą na tym wszyscy Polacy i to niezależnie od tego, czy ktoś żyje w Polsce, czy za granicą, czy popiera, czy nie popiera kogoś w kraju i poza jego granicami.
Polacy za granicą musza lobbować na rzecz powstrzymania wyżej omawianych zmian w UE. Polacy żyjący w Europie muszą w tej kwestii działać wspólnie. Mówić w tej kwestii jednym głosem. Być może wspólnie organizować manifestacje i pikiety przeciwko tym niekorzystnym dla nas – dla nas wszystkich – zmianom. Polskie „NIE!” musi wybrzmieć w Europie Zachodniej. Nie tylko „Poloamerykanie” są wyborcami. Wyborcami są również ci Polacy, którzy żyją we Francji czy w Niemczech, i rządzący w tych krajach powinni usłyszeć ich głos.
Donald Trump usłyszał głos Polaków żyjących i glosujących w Stanach Zjednoczonych. Czy głos Polaków żyjących we Francji czy w Niemczech usłyszą Emmanuel Macron i Angela Merkel? Z pewnością tak, ale pod warunkiem że Polacy żyjący we Francji, w Niemczech, w szeroko pojętej Europie Zachodniej zjednoczą się ponad podziałami i jednym głosem powiedzą: Nie! Nie – dla niekorzystnych dla Polski i Polaków zmian w UE.
Polskiego „nie” w zachodniej Europie – tego właśnie potrzeba, aby zablokować niekorzystne dla Polski zmiany, które już zostały przygotowane przez brukselskich technokratów i są forsowane przez Emmanuela Macrona ze wsparciem Jeana-Claude’a Junckera i z aprobatą Angeli Merkel.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” na s. 10 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Decyzje, które zostaną podjęte w Brukseli w najbliższych tygodniach i miesiącach, będą miały dla Polski taką samą wagę i znaczenie, jak traktat akcesyjny do UE, który podpisaliśmy 15 lat temu.
Zbigniew Stefanik
Amerykański prezydent z wizytą w Warszawie podkreślił kilkakrotnie, iż wielu Polaków oddało na niego głos w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. Trump dał wyraźnie do zrozumienia, że jego obecność w Polsce jest związana z tym, iż „Poloamerykanie” masowo udzielają mu swojego poparcia. (…) A więc wizyta Donalda Trumpa uczy nas jednej bardzo istotnej rzeczy: Polonia amerykańska jako taka stanowi istotną grupę, z którą liczy się amerykański prezydent.
Krótko mówiąc, zdaje się, że Polonia w Stanach Zjednoczonych to siła, z którą liczą się rządzący w tym kraju. To bardzo duży atut Polski, polskiego państwa i jego rządzących, albowiem amerykańska Polonia może wspomóc polski rząd w realizacji strategicznych celów Rzeczpospolitej poprzez lobbowanie w USA na rzecz Polski i jej bezpieczeństwa. Niestety w krajach Europy Zachodniej sytuacja wygląda diametralnie inaczej… (…)
Niepewna staje się ekonomiczna przyszłość polskich podmiotów gospodarczych, a polscy przedsiębiorcy mają powody do obaw. Powinni czuć się oni zagrożeni, i to nawet bardzo, ponieważ francuski prezydent Emmanuel Macron dąży do obalenia dotychczasowych zasad panujących na rynku wspólnotowym Unii Europejskiej. W dodatku w kwestii niekorzystnych zmian wymierzonych w przedsiębiorców z Europy Środkowej (głownie polskich) za Macronem stoją nie słowa, tylko czyny.
W ramach walki z tak zwanym dumpingiem społecznym 31 maja bieżącego roku Komisja Europejska przyjęła projekt dyrektywy. Zakłada on, że każdy pracownik czy przedsiębiorstwo pracujące czy świadczące usługi w innym kraju UE niż jego kraj rodzimy będzie musiało świadczyć te usługi zgodnie z zasadami płacowymi obowiązującymi w państwie, na rynku którego operuje, od czwartego dnia gospodarczej działalności poza granicami swojego kraju pochodzenia. Przykładowo polska firma transportowa świadcząca usługi we Francji od czwartego dnia swojej działalności na rynku francuskim będzie musiała płacić wszystkie składki pracownicze we Francji zgodnie z francuskimi zasadami.
Ponadto polska firma świadcząca usługi we Francji będzie musiała wykazać, że jej pracownicy zarabiają co najmniej minimalną stawkę krajową obowiązującą we Francji. Jeśli projekt rzeczonej dyrektywy miałby zostać przyjęty, wówczas godzina pracy jednego pracownika we Francji będzie kosztowała polskiego przedsiębiorcę świadczącego usługi w tym państwie co najmniej 18 euro brutto, to jest ok. 80 złotych. (…)
Dzisiaj polscy przedsiębiorcy z branży transportowej posiadają, wedle różnych szacunków, około 25 procent rynku transportowego Unii Europejskiej. Polska staje się prawdziwym transportowym gigantem w UE, a polskie małe i średnie firmy transportowe, czy przynajmniej ich część, mają duże szanse na to, aby za 10–15 lat stać się potężnymi korporacjami – głównymi rozgrywającymi na rynku transportowym Unii Europejskiej. (…)
Działania podejmowane przez Paryż, Berlin i obecnie Komisję Europejską idą w kierunku, aby zapobiec spadkowi konkurencyjności i znaczeniu zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych. Niestety w koncepcji Macrona i – jak może się zdawać – Jeana-Claude’a Junckera walka o konkurencyjność i znaczenie na rynku wspólnotowym zachodnioeuropejskich podmiotów gospodarczych ma odbyć się kosztem krajów środkowoeuropejskich i wywodzących się z nich przedsiębiorstw i przedsiębiorców. (…)
Ta sprawa dotyczy wszystkich Polaków, bez względu na ich poglądy polityczne oraz ich stosunek do integracji europejskiej. Dotyczy zarówno Polaków żyjących w Polsce, jak i tych poza granicami Rzeczpospolitej. Musimy mieć tego świadomość. Teraz, właśnie teraz Polska i Polacy mogą bronić swoich praw jako równoprawny członek UE, albo teraz mogą przegrać wszystko. Jeśli przegrają tę batalię, to konsekwencje tej klęski będą odczuwali przez kolejnych kilkadziesiąt lat. (…)
W tej walce Polonia może i powinna odegrać znaczącą rolę. W zachodniej Europie żyją miliony Polaków. Ci Polacy muszą dziś wznieść się ponad swoje animozje i podziały polityczne, albowiem równoprawne członkostwo w UE dla Polski, albowiem zachowanie w UE zasady wolnego przepływu usług pomiędzy państwami UE to dla Polski i Polaków kwestia gospodarczego być albo nie być na następnych kilkadziesiąt lat! (…)
Polacy za granicą muszą lobbować na rzecz powstrzymania wyżej omawianych zmian w UE. Polacy żyjący w Europie muszą w tej kwestii działać wspólnie. Mówić w tej kwestii jednym głosem. Być może wspólnie organizować manifestacje i pikiety przeciwko tym niekorzystnym dla nas – dla nas wszystkich – zmianom. Polskie „NIE!” musi wybrzmieć w Europie Zachodniej. Nie tylko „Poloamerykanie” są wyborcami. Wyborcami są również ci Polacy, którzy żyją we Francji czy w Niemczech i rządzący w tych krajach powinni usłyszeć ich głos.
Donald Trump usłyszał głos Polaków żyjących i glosujących w Stanach-Zjednoczonych. Czy głos Polaków żyjących we Francji czy w Niemczech usłyszą Emmanuel Macron i Angela Merkel? Z pewnością tak, ale pod warunkiem, że Polacy żyjący we Francji, w Niemczech, w szeroko pojętej Europie Zachodniej zjednoczą się ponad podziałami i jednym głosem powiedzą: nie! Nie – dla niekorzystnych dla Polski i Polaków zmian w UE.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Do i o Polonii słów kilka” na s. 10 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Jego wiersze „górniczo-hutnicze” należą ściśle do tutejszej spuścizny literackiej. W czasach, gdy tak dużą rolę przykłada się do edukacji regionalnej, wypada pamiętać o tych wierszach i ich autorze.
Jacek Okoń
Można rzec o Włodzimierzu Żelechowskim, że został zapomniany. Jego poczciwe życie przetoczyło się przez pięć co najmniej okresów historycznych, w tym przez dwie wojny światowe. Urodził się w 1893 roku w Krakowie. Jego ojciec, Kasper Żelechowski, był znanym malarzem młodopolskim, działającym w grupie tzw. Piątki Chłopomanów.
Tematyka wiejska, połączona z warsztatem Młodej Polski, na długo określiła sposób widzenia piękna i tworzenia poezji przez syna-poetę. Przez ich krakowski dom przewijały się znane postacie ówczesnego Krakowa, m.in. Ludwik Stasiak i Włodzimierz Tetmajer (czyli Gospodarz z „Wesela” Wyspiańskiego). Był to dom o wysokiej kulturze intelektualnej i artystycznej, o głębokim patriotyzmie. Włodzimierz Żelechowski studiował prawo i leśnictwo, rozpoczął pracę w górnictwie naftowym w Borysławiu. Gdy nadeszła I wojna światowa, został legionistą Piłsudskiego.
Po 1922 roku, kiedy część Śląska została przyznana Polsce, życie Żelechowskiego związało się z Katowicami. Miejscowe środowisko polskie potrzebowało kadr dla przemysłu, ludzi wykształconych, urzędników, działaczy kulturalnych. Poeta przybył tu w 1923 r. z żoną, poetką Janiną Zabierzewską. Podjął pracę w Urzędzie Wojewódzkim, równolegle działając twórczo i próbując skonsolidować rozproszone, nieliczne miejscowe środowisko literackie. (…)
Pod względem ideowym pozostał piłsudczykiem. Po przewrocie majowym publikował w sanacyjnej „Polsce Zachodniej”, piśmie wojewody Grażyńskiego. Dużo pisał i wydawał. Ale przez pierwsze dziesięć lat zamieszkiwania na Śląsku konsekwentnie nie wykazywał zainteresowania tematyką śląską. Mentalnie pozostawał krakusem, polskim patriotą i działaczem, siewcą oświaty. Wydał w tym czasie trzy tomiki wierszy, w których opiewał piękno krajobrazu wyniesionego pod powieką ze stron rodzinnych, uroki przyrody i życia wiejskiego, sielskość. Wydawców szukał poza Śląskiem.
Dlatego z zaciekawieniem, ale i zdziwieniem recenzenci skonstatowali ukazanie się w 1933 roku (z datą 1934) tomiku „W cieniu brzóz i kominów” o podtytule „Tematy śląskie”. Zawartość utworu zdawała się zwiastować przełom świadomościowy autora. Tomik zawierał 45 wierszy, w tym 9 górniczych, 8 hutniczych, pozostałe opisywały krajobraz Katowic i okolic. Krytyka powitała książeczkę ciepłymi słowami, co nie przeniosło się na zainteresowanie czytelników i sukces rynkowy.(…)
Ale od czasów pionierskich wierszy zagłębiowskich o tematyce górniczej Andrzeja Niemojewskiego (1895) było to pierwsze tak obfite poetyckie opisanie rzeczywistości kopalnianej i pracy górnika, nawet technologii wydobywczej. W wierszach tych wykazał się Żelechowski zadziwiającą znajomością nawet tak ściśle specjalistycznych prac, jak roboty filarowe, odwadnianie kopalni, stawianie tamy przeciwpożarowej. A nie była to bynajmniej wiedza, która by pochodziła z osobistego doświadczenia pracowniczego, bo przecież krótki okres pracy w górnictwie naftowym nie był tu pomocny. (…)
W ostatnim okresie życia Poety w kwartalniku „Śląsk Literacki” ukazało się kilka wierszy, poprzez które jego osoba została przypomniana, żywot środowiskowy przedłużony. Były to jednak owe wiersze przedwojenne, właśnie te z tomiku „W cieniu brzóz i kominów”, poświęcone przecież już w momencie powstania (przed 1933 r.) tematowi teraz wręcz obowiązkowemu – pracy robotniczej. Zostały jednak na tę nową okoliczność tak ufryzowane, by czytelnik, krytyk i cenzor poddali się złudzeniu, że to wiersze całkiem nowe o nowych czasach – że to wiersze socrealistyczne.
By ten cel osiągnąć, dokonano (autor? „życzliwy” redaktor?) zmian zaledwie kosmetycznych lub nawet nie ingerowano w treść. Skutek osiągnięty został bowiem głównie poprzez zmianę tytułów. Przedwojenny wiersz „Gwiazdy na ziemi” (o zapadaniu zmierzchu nad miastem) nazywał się teraz „Stalinogród w nocy”, zaś wiersz „Widok ze wzgórza” wydrukowano pod nazwą „Wzgórze nad Stalinogrodem”. Zawartość pozostała ta sama – przedwojenna. W tak paradoksalny sposób kilka wierszy z tomiku „górniczo-hutniczego” przedłużyło swój żywot, zachowując tożsamość treściową z pierwodrukami.
Cały artykuł Jacka Okonia pt. „Górnośląskie górnictwo w twórczości poetyckiej Włodzimierza Żelechowskiego” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jacka Okonia pt. „Górnośląskie górnictwo w twórczości poetyckiej Włodzimierza Żelechowskiego” na s. 6 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Przeciwników repatriacji w Polsce nie brakowało. Toczyło się wszystko wg porzekadła: krok do przodu, dwa do tyłu. Doszedłem do wniosku, że tutaj nie chcieli tych ludzi. Ale dlaczego i kto nie chciał?
Anatol Diaczyński
Rozważania o repatriacji
Chcę się podzielić swoimi uwagami z życzliwymi dla repatriacji i repatriantów Polakami. Sam jestem repatriantem i już od 20 lat mieszkańcem i obywatelem Polski. Jestem literatem, członkiem ZLP/Rzeszów. W Kazachstanie byłem założycielem i pierwszym przewodniczącym Polaków w Kokczetawie (obecnie Kokszetau).
Szczerze mówiąc, władze Polski, już nowej, demokratycznej, przez długie lata absolutnie nie były zainteresowane repatriacją. O tym, że jest ona możliwa, że Polska to także nasza Ojczyzna, przekonywali nas w zasadzie tylko społecznicy, którzy docierali do Kazachstanu, jak chociażby znany działacz Solidarności Walczącej Piotr Hlebowicz.
W 1992 roku byłem delegatem na I Zjazd Polonii i Polaków z Zagranicy w Krakowie Uczestniczyłem w tamtych latach w wielu podobnego rodzaju oficjalnych i nieoficjalnych spotkaniach polonijnych w Rosji, Polsce, Kazachstanie.
Z każdym rokiem, razem z innymi działaczami polonijnymi z Kazachstanu i ludźmi z honorem i sercem – z Polski, coraz mocniej przekonywałem władze Rzeczpospolitej, żeby naszym ziomkom dano możliwość repatriacji do dawnej Ojczyzny, do Polski. Jak dziś pamiętam przekonujące słowa prezydenta Wałęsy na tym zjeździe: „Jestem prezydentem wszystkich Polaków!”. Wtedy bardzo chciało się w to wierzyć!
Ale przeciwników repatriacji w Polsce też nie brakowało. Toczyło się wszystko według porzekadła: krok do przodu, dwa kroki do tyłu. Pomyślałem, że może kiedy sam przeprowadzę się do Polski, da się bardziej nagłośnić tę sprawę i ten proces przyśpieszyć. Przeprowadziłem się. I co? I nic! Mimo że sejm RP w ciągu ostatnich 20 lat podjął szereg uchwał, które niby to powinny były ułatwić repatriację, i nawet powołano do życia tak zwany system „Rodak”, o którym więcej powiem później, repatriacja nie tylko nie przyśpieszyła, ale praktycznie zanikła. Dlaczego?![related id=962]
Teraz słyszę, że taka powolna repatriacja była skutkiem złej poprzedniej Ustawy o repatriacji. Władze doszły więc do wniosku, że kolejne poprawki do tamtej ustawy nic nie dadzą i trzeba uchwalić nową. Słuchałem i głęboko zastanawiałem się, czy to mówią poważni, rozsądni ludzie?! Tyle lat im było trzeba, żeby dojść do wniosku, że tamta ustawa była zła?!
A ile pieniędzy wypłacono posłom, senatorom i innym urzędnikom za te lata pracy nad nią? Przecież za te pieniądze można było sprowadzić do Polski połowę moich ziomków! Tym bardziej że jest pozytywny przykład, choćby ze strony Niemiec, które w o wiele krótszym czasie sprowadziły milion swoich rodaków ze Wschodu! W Polsce władze liczą na przyjazd zaledwie 10–15 tysięcy ludzi. I dla sprowadzenia takiej garstki potrzeba jeszcze 25 lat w nowej, demokratycznej Polsce? To, co w Polsce nazywa się repatriacją, faktycznie jest jej parodią!
Dlaczego Polska ośmiesza się w świecie tą parodią repatriacji? Dlaczego złożyła w ofierze te zaledwie kilkadziesiąt tysięcy Polaków, którzy zamieszkiwali w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR, i z których zaledwie połowa zdecydowałaby się wrócić do Polski?
Po długim rozważaniu doszedłem do jedynego wniosku, że w Polsce nie chcieli tych ludzi. Ale dlaczego i kto nie chciał? Przecież w społeczeństwie, jak też w mediach, nadal panuje przekonanie, że Polakom z Kazachstanu trzeba dać możliwość powrotu do Polski, chociażby dlatego, że Polska wyludnia się, bo dramatycznie maleje przyrost naturalny i wielu wyjechało za granicę.
Przykro mi to mówić jako patriocie i katolikowi, ale chyba prawdą jest, że ta repatriacja idzie tak marnie tylko dlatego, że sprzeciwia się jej Episkopat i MSZ Polski. Pierwszy dlatego, że chce przez Polaków w Kazachstanie rozpowszechniać katolicyzm w Azji, drugi – żeby załatwiać swoje plany polityczne. W tej sytuacji słowa kolędy „Nie było miejsca dla Ciebie” mówią chyba o moich ziomkach. A ten tak zwany system „Rodak”, o którym wspomniałem wyżej, sam nie działał na rzecz repatriacji i innym nie pozwalał. Dysponował środkami i możliwościami, ale nie działał. Z takimi mocnymi przeciwnikami walka moich ziomków była bez szans.[related id=2274]
To tylko w Biblii Mojżesz z pomocą Boga prowadził Żydów do Ziemi Obiecanej. W dzisiejszych czasach nie ma Mojżesza i obiecana przez władze Polski w różnych ustawach ziemia wciąż jest ziemią obiecaną. Oczywiście jest nadzieja, że Pan Bóg ukarze tych, którzy w Polsce przeszkadzali w repatriacji. Ja w to wierzę! Ale to będzie dopiero na tamtym świecie!
Dodatkowo przykre jest to, że w Kazachstanie teraz interesy robi wiele krajów, w tym europejskich, ale nikt, chyba z wyjątkiem Polski, nie trzyma tam swoich rodaków jako zakładników tych interesów.
Kiedy byłem jeszcze działaczem polonijnym w Kazachstanie, a i w pierwszych latach tu, w Polsce, zawsze starałem się dodawać swoim rodakom otuchy. Zapewniałem ich: Polska was kocha, pamięta o was, pomoże wam powrócić do Ojczyzny.
Mówiłem im o tym i pisałem w swoich książkach. Teraz z przykrością się zastanawiam, czy nie czują się okłamani przeze mnie? Czy jeszcze jest dla nich miejsce w Polsce? W nowej, przecież demokratycznej…
Rok temu, po ukończeniu zjazdu repatriantów w Pułtusku, grupa działaczy polonijnych, w tym ja, została zaproszona na uroczysty obiad z delegacją państwową, na czele z panią Beatą Szydło. Po zakończeniu obiadu, żegnając się, jako jedyny ucałowałem pani premier rękę i powiedziałem: „Niech Pani pamięta o Polakach w Kazachstanie!”. Teraz chyba trochę inaczej sformułowałbym swoją prośbę: „Niech Pani pamięta o obiecanej repatriacji!”.
Na razie nie wygląda to zbyt różowo. Owszem, przyleciała do Pułtuska przed Bożym Narodzeniem 150-osobowa grupa Polaków z Kazachstanu. Mieszkają tam więc już od pół roku. Ale gdzie i jak rozsiedlać tę grupę na stałe, odpowiednie osoby – z Anną Marią Anders, pełnomocnikiem prezesa Rady Ministrów do spraw repatriacji na czele – pomysłu chyba nie mają. Przynajmniej nie ma jednolitego, szczegółowego pomysłu.
A przecież wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach! Więc tych 150 osób sprowadzonych w ciągu ostatniego pół roku do Polski to żaden wybitny rezultat! W niektórych poprzednich latach, jeszcze na długo przed przyjęciem tej najnowszej ustawy, zapraszano więcej. Czyżby to kolejny, broń nas Boże, nowy, nieudany eksperyment?!
Autor był działaczem polonijnym w Kazachstanie, obecnie jest literatem polskim, członkiem Związku Literatów Polskich.
Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Miejsce to zwane było Studzioneczką. Wierzono, że źródełko łączy się z innym, tryskającym w pobliskiej Studzionce koło Ujazdu, gdzie także czczony jest obraz będący kopią Ikony Jasnogórskiej.
Barbara Maria Czernecka
Obraz ma wymiary 14 na 20 cm i jest malowaną kopią ikony Matki Boskiej Częstochowskiej. Wyraźnie świadczą o tym: styl Hodegetrii (najstarszego i najbardziej rozpowszechnionego typu ikonograficznego przedstawienia Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na ręku), charakterystyczne barwy szat, żółte nimby nad głowami świętych postaci oraz cięte rysy na twarzy Maryi. Jeszcze kilka lat temu wisiał w lesie na drzewie, tuż nad źródełkiem, z którego wody brał Lisi Potok.
Fot. B.M. Czernecka
Jest to miejsce przy starym szlaku wiodącym w stronę Sławięcic, zwanym przez miejscowych „Wielą Drogą”, obecnie oznaczoną jako „Ladecka”. Z Rudzińca szło się tam od strony parku przez tzw. Ruskie Wrota. Niegdyś, przed wielkim pożarem lasu, rosły tutaj krzewy jagodowe. Okoliczni mieszkańcy, zbierając je, zatrzymywali się przy źródełku, gasili pragnienie i modlili do Matki Bożej. Podobne wytchnienie przy swojej pracy znajdowali tu zatrudnieni w lesie drwale. Lubiono tutaj spacerować i przyjeżdżać na rowerze. (…)
Obrazek ów pamiętają najstarsi mieszkańcy Rudzińca. Przetrwał więc długie lata. Nie zniszczył go nawet wielki pożar lasu w okolicach Kuźni Raciborskiej w sierpniu 1992 roku. Po tej tragedii, chociaż drzewo zostało spalone, obrazek nadal na nim wisiał, chociaż z innej strony pnia, aniżeli pierwotnie. Wydaje się, że do jego ocalenia ktoś się przyczynił, być może ze służby leśnej lub straży pożarnej.
Kilka lat potem został podmieniony na inny obrazek, z przedstawieniem objawienia się Matki Boskiej Mikołajowi Sikatce w Lesie Grąblińskim koło Lichenia. Dzisiaj w tym samym miejscu, chociaż nad wyschniętym już źródełkiem, w niewielkiej kapliczce jest umieszczona współczesna figurka Matki Bożej z Dzieciątkiem. Obok ktoś postawił krzyż ze zlikwidowanego nagrobka.
Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej z rudzinieckiego lasu” znajduje się na s. 12 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej z rudzinieckiego lasu” na s. 12 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Władze Polski, już nowej, przez długie lata nie były zainteresowane repatriacją. O tym, że Polska to także nasza Ojczyzna, przekonywali nas tylko społecznicy, którzy docierali do Kazachstanu.
Anatol Diaczyński
Mimo że sejm RP w ciągu ostatnich 20 lat podjął szereg uchwał, które niby to powinny były ułatwić repatriację, i nawet powołano do życia tak zwany system „Rodak”, o którym więcej powiem później, repatriacja nie tylko nie przyśpieszyła, ale praktycznie zanikła. Dlaczego?!
Teraz słyszę, że taka powolna repatriacja była skutkiem złej poprzedniej Ustawy o repatriacji. Władze doszły więc do wniosku, że kolejne poprawki do tamtej ustawy nic nie dadzą i trzeba uchwalić nową. Słuchałem i głęboko zastanawiałem się, czy to mówią poważni, rozsądni ludzie?! Tyle lat im było trzeba, żeby dojść do wniosku, że tamta ustawa była zła?! A ile pieniędzy wypłacono posłom, senatorom i innym urzędnikom za te lata pracy nad nią? Przecież za te pieniądze można było sprowadzić do Polski połowę moich ziomków!
Tym bardziej, że jest pozytywny przykład, choćby ze strony Niemiec, które w o wiele krótszym czasie sprowadziły milion swoich rodaków ze Wschodu! W Polsce władze liczą na przyjazd zaledwie 10–15 tysięcy ludzi. I dla sprowadzenia takiej garstki potrzeba jeszcze 25 lat w nowej, demokratycznej Polsce? To, co w Polsce nazywa się repatriacją, faktycznie jest jej parodią!
Dlaczego Polska ośmiesza się w świecie tą parodią repatriacji? Dlaczego złożyła w ofierze te zaledwie kilkadziesiąt tysięcy Polaków, którzy zamieszkiwali w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR, i z których zaledwie połowa zdecydowałaby się wrócić do Polski? Po długim rozważaniu doszedłem do jedynego wniosku, że w Polsce nie chcieli tych ludzi.
Ale dlaczego i kto nie chciał? Przecież w społeczeństwie, jak też w mediach, nadal panuje przekonanie, że Polakom z Kazachstanu trzeba dać możliwość powrotu do Polski, chociażby dlatego, że Polska wyludnia się, bo dramatycznie maleje przyrost naturalny i wielu wyjechało za granicę. (…)
Kiedy byłem jeszcze działaczem polonijnym w Kazachstanie, a i w pierwszych latach tu, w Polsce, zawsze starałem się dodawać swoim rodakom otuchy. Zapewniałem ich: Polska was kocha, pamięta o was, pomoże wam powrócić do Ojczyzny.
Mówiłem im o tym i pisałem w swoich książkach. Teraz z przykrością się zastanawiam, czy nie czują się okłamani przeze mnie? Czy jeszcze jest dla nich miejsce w Polsce? W nowej, przecież demokratycznej…
Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl