Brytyjsko-sowieckie zmagania podczas wyławiania wraku, który zatonął w rozlewisku Haweli na granicy stref okupacyjnych

Technicy brytyjscy mieli wykraść maksimum sekretów samolotu, a wojskowi dyplomaci dali im czas na dyskretną „rozbiórkę” maszyny pod pozorem wyciągania jej z jeziora, praktycznie na oczach Rosjan.

Rafał Brzeski

Popołudniowy spokój przerwała gwałtownie wiadomość, że sowiecki samolot wpadł do jednego jezior Haweli na terenie brytyjskiego sektora. Kiedy żołnierze BRIXMIS dotarli nad jezioro, wzdłuż brzegu stał już kordon żandarmów Jej Królewskiej Mości, a w odległości około 100 metrów z wody wystawał ogon samolotu z dwiema antenami.

Nie minęła godzina, gdy nad jezioro przyjechał sowiecki autobus pełen żołnierzy z kompanii honorowej pełniącej wartę przy Bramie Branderburskiej. Dowodził nimi generał lotnictwa Władimir Bułanow. Zaczęła się potencjalnie niebezpieczna gra sił.

Po wywołaniu zdjęć najbardziej uważny technik z sekcji lotniczej zasiadł do identyfikacji. Fotografie w przygotowanym przez wywiad albumie sowieckiego lotnictwa nie pasowały do zdjęć wystającego z wody ogona zatopionego samolotu. Dopiero na zdjęciach otrzymanych tydzień wcześniej z misji USA widniały podobne elementy usterzenia. Nie było wątpliwości, w rozlewisku Haweli zatonął nie napotkany jeszcze na teatrze europejskim, nowoczesny myśliwiec przechwytujący Jak 28P, w nomenklaturze NATO nazwany później Firebar.

Iskrówka o najwyższym priorytecie wysłana do oficera dyżurnego wywiadu wojskowego w Londynie oraz równie błyskawiczna odpowiedź rozpoczęły wyjątkowo zuchwałą operację techniczną pod osłoną dyplomatycznych wygibasów. Technicy mieli wykraść maksimum sekretów samolotu, a wojskowi dyplomaci dać im czas na dyskretną „rozbiórkę” maszyny pod pozorem wyciągania jej błotnistego jeziora.

Na wieczornym spotkaniu z Rosjanami brygadier Wilson spokojnie przyjmował gorączkowe skargi Rosjan i cierpliwie tłumaczył, że skoro samolot rozbił się na terytorium sektora brytyjskiego, to strona brytyjska odpowiedzialna jest za jego wyciągnięcie i protokolarne przekazanie go stronie rosyjskiej. Zapewniał też, że nastąpi to tak szybko, jak to będzie możliwe. Tymczasem przez labirynt berlińskich kanałów i śluz płynął ciężki dźwig, który o świcie w Wielki Czwartek 7 kwietnia zakotwiczył koło zatopionego myśliwca.

Kiedy rozwiała się poranna mgła, Rosjanie ujrzeli dźwig, krążącą wokół ogona samolotu łódkę oraz płetwonurków schodzących kolejno do wody. Powiedzieć, że kipieli z irytacji, to mało. Nie pomagały interwencje na miejscu wysokich rangą dyplomatów z berlińskiej ambasady. (…)

Wydobycie elementów samolotu, a zwłaszcza kokpitu, nie było ani łatwe, ani bezpieczne. Na podstawie podsłuchu rozmów pary lotników z wieżą kontrolną Brytyjczycy wiedzieli, że nowy myśliwiec miał awarię silników, ale pilot nie dostał od przełożonych zgody na doprowadzenie maszyny na pobliskie lotnisko wojskowe Gatow, gdzie mieściła się baza lotnicza RAF. Otrzymał też zakaz katapultowania się i rozkaz wodowania na jeziorze. Teraz zwłoki obu lotników spoczywały w kabinie, przypięte do foteli. Nie było wiadomo, w jakim stanie są silne ładunki katapultujące fotel. Jeden przypadkowy ruch mógł spowodować ich odpalenie, niesłychanie groźne dla płetwonurków, których zadaniem było wymontowanie urządzeń radarowych z komory znajdującej się pod stopami pilota. (…)

Cały artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Chlup!” znajduje się na ss. 5 i 11 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Chlup!” na s. 5 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Odbiorca reklam jest jak kochanka, która wie, że jest okłamywana, ale mówi uwodzicielowi: jak ty pięknie kłamiesz…

„Urabiacze opinii publicznej” przekonują nas, że Unia Europejska jest solidarna, sprawiedliwa, pełna dobrobytu i dbałości o każdego obywatela, a jednak każą się nam pochylać nad ludźmi wykluczonymi.

Tomasz Wybranowski

Kilka lat temu w mediach publicznych i komercyjnych, w publikatorach centralnych i regionalnych regularnie pojawiały się dwie typowe reklamy społeczno-gospodarcze związane z funduszami europejskimi. Zapamiętałem szczególnie jedną z nich, która nosiła tytuł „Z funduszy UE korzystają też rodziny”.

Spot reklamowy Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych emitowany emitowano w listopadzie 2010 roku na antenie TVP Warszawa. Ośmioletni bohater opowiadał o korzyściach, jakie odniosła jego rodzina z programu dofinansowania ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego:

Cześć! Jestem Krzyś, poznajcie moją rodzinę. Moja siostra Ania ma super koleżanki. Poznała je na zajęciach integracyjnych. A to mama i tata, dzięki pomocy z Unii będą prowadzić lekcje jazdy konnej i hipoterapii. Dziadek uczy się bezpłatnie obsługi komputera, chyba chce się popisać przed babcią. Cała moja rodzina skorzystała z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. A Twoja? – kończy Krzyś. Potem słyszymy głos spoza kadru: Kampania współfinansowana przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

Rezolutny malec mówi z przekonaniem o zyskach płynących z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007–2013. Kampania miała na celu zachęcenie mieszkańców województwa mazowieckiego do korzystania ze środków europejskich oraz budowanie pozytywnego wizerunku Unii Europejskiej. Nosiła nazwę „Człowiek – najlepsza inwestycja”.

Emisja pierwszej reklamy zbiegła się w czasie z emitowanie innej, tym razem społecznej, choć gatunkowo ocierającej się o typ reklamy gospodarczej: „20% mniej, 20% wolniej”.[related id=23115]

Zdaniem unijnych agend, co piąty Polak zmaga się z ubóstwem. Wspólnota Robocza Związków Organizacji Społecznych i zarządzany przez nią Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu we współpracy z Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej przygotowały kampanię „Stop ubóstwu”. Pomysł produkcji i emisji reklamy społecznej na ten smutny temat powstał w związku z obchodami Europejskiego Roku Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym 2010. Oto jej treść:

Wyobraź sobie, że Twój telewizor zmniejsza się o 20%, Twój samochód jedzie o 20% wolniej, Twoje mieszkanie zmniejsza się o 20%. Tak! 20% to sporo. Niemal 20% Polaków na co dzień zmaga się z ubóstwem: rodziny wielodzietne, dzieci, osoby starsze, niepełnosprawni, bezdomni. Ubóstwo – dostrzegaj – reaguj. 2010 Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym.

Oglądając tę reklamę ocieramy się o meta-mit Unii Europejskiej. Oglądając jedną po drugiej opisywane reklamy społeczne, odczuwamy pewien dyskomfort. Rzekłbym nawet – zawstydzenie i niedowierzanie. Dostrzegamy pewną antynomię tematyczną, ewidentne zaprzeczenie, wreszcie rys, skazę na doskonałym gmachu Zjednoczonej Europy.

(…) W reklamie „Z Funduszy Europejskich korzysta…” stykamy się z przekazem uniwersalnym. Ta sama reklama mogła zostać wyemitowana także w Czechach, na Węgrzech czy Malcie. Czytelne przesłanie, o którym wie nawet dziecko (Krzyś), głosi, że Unia Europejska dba o zrównoważony rozwój swoich obywateli. Mit „Unia dba i wspiera” dotyczy absolutnie wszystkich obywateli, bez względu na wiek, wykształcenie i pozycję społeczną. (…)

Reklama stara się utrwalić w świadomości statystycznego Europejczyka pogląd, że każdy z obywateli Unii może stać się beneficjentem rzeczonego programu. Cytując Andrzeja Pankallę i Zygfryda Klausa, ocieramy się o esencję iluzji, która nas uspokaja i pozwala „śnić sny na jawie” (to z kolei słowa Jana Kasprowicza). W kategoriach społecznych i mitotwórczych opisywana reklama wkomponowuje się znakomicie w terapeutyczne funkcje mitu: nadaje cel i znaczenie działaniom ludzkim oraz zbiorowości, spełnia potrzebę całościowego i sensownego obrazu świata, dostarcza systemu wartości. (…)

Z jednej strony „urabiacze opinii publicznej”, cytując Piotra Żuka, przekonują nas, że Unia Europejska jest solidarna, sprawiedliwa, pełna dobrobytu i dbałości o każdego obywatela, a z drugiej strony każą się nam pochylać nad ludźmi wykluczonymi.

Ten oto zgrzytliwy i wstydliwy dysonans zwraca nam uwagę, że pomimo tego, iż Unia Europejska jest jednym z najbogatszych rejonów na świecie, to aż 17% Europejczyków ma ograniczone dochody. Środki do życia tych osób są tak dramatycznie niewielkie, że nie mogą oni zaspokoić podstawowych potrzeb życiowych i zmuszeni są oddać się na łaskę (bądź nie) ośrodków opieki społecznej i placówek wolontariatu.

Nad Wisłą ten wskaźnik przekracza nieznacznie 20%. Zawołanie kampanii „Dostrzegaj, reaguj” zwraca uwagę na problem ubóstwa, ale niestety nie daje już konkretnej recepty, co należy zrobić i jak reagować, by ten stan zmienić. Komisja Europejska na poziomie możliwości zwykłych obywateli Unii doradza, by chociaż wysłuchać opowieści o problemach i zgryzotach tych, którzy czują się wykluczeni społecznie.

Mit unijnego dobrobytu w zetknięciu w rzeczywistością także się kruszy. Wbrew powszechnej agitacji europejskiej, największe unijne potęgi (Niemcy i Francja) są „ubogimi krewnymi” (w przeliczeniu PKB na głowę statystycznego mieszkańca) większości stanów USA, które są w epicentrum „finansowego i gospodarczego trzęsienia ziemi” czy dotkniętej kilka lat temu katastrofą tsunami Japonii. W Unii Europejskiej wzrasta bezrobocie i liczba ludzi bezdomnych i trwale wykluczonych. Najlepszym dowodem na to jest powstanie opisywanej reklamy społecznej „20% mniej, 20% wolniej”.

Przy tej okazji jeszcze jedna uwaga. Warto zaakcentować, w jaki sposób statystyczny Europejczyk – w oparciu o tę konkretną reklamę społeczną – ma zauważyć ubóstwo sąsiada i poczuć do niego empatię. (…) Zło i niedolę, wykluczenie i ubóstwo bliźniego Europejczyk może dostrzec za pomocą wyobrażenia mniejszej przekątnej swojego telewizora, wolniejszego auta i mniejszego apartamentu…

Przez pryzmat dobrobytu i galopującej konsumpcji współczesny Europejczyk może dostrzec fatalne położenie swojego sąsiada, który staje się coraz bardziej anonimowy. (…)

Cały artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Jak być szczęśliwym” znajduje się na s. 6 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Jak być szczęśliwym” na s. 6 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Śląski Kurier Wnet” 38/2017, Paweł Czyż/ Czy islamska krucjata to rewanż na Francji i Niemczech za okupację kolonialną?

„Rewanż”. Tak można określić obecny najazd na Europę imigrantów z krajów islamskich. Czasem ktoś może uznać to za „dogrywkę” – jeśli się weźmie pod uwagę upadek Konstantynopola w roku 1453.

Paweł Czyż

Rewanż

Właściwie to upadek Imperium Osmańskiego na początku XX wieku stał się zarzewiem zmian, których skutki widzimy obecnie. Osmanowie dla przykładu tolerowali grecką arystokrację – prawosławnych chrześcijan, tzw. fanariotów, którzy sprawowali wiele znaczących urzędów w państwie tureckim, między innymi wykorzystywano ich jako tłumaczy. Wielu wysokich urzędników wywodziło się ponadto spośród Albańczyków. Generalnie kultura imperium była militarystyczna, biurokratyczna (regulowano np. kolor ubrań i butów noszonych przez wyznawców poszczególnych religii) i teokratyczna, ale nie nacjonalistyczna, a Turcy jako narodowość nie byli faworyzowani.

Wbrew panującym często stereotypowym opiniom, należy zwrócić uwagę na względną tolerancję religijną panującą w imperium. Prześladowania ze względów religijnych nie były częste i zwykle stanowiły wyraz zemsty za bunty czy niepowodzenia wojenne w walkach z chrześcijanami, niekiedy także stanowiły efekt fanatyzmu poszczególnych namiestników. Tolerancja wobec Żydów stała się przyczyną migracji znacznej części Żydów sefardyjskich (wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii) na tereny Imperium, głównie do Salonik. Z drugiej strony niemuzułmanie byli poddani instytucjonalnej dyskryminacji – musieli płacić władzom dodatkowe podatki i obowiązywały ich różne ograniczenia prawne.

Imperium tureckie to nie tylko Wiedeń 1683

Do osobistości, które rozumiały wagę Imperium Osmańskiego dla utrzymania pokoju na Bliskim Wschodzie, należy m.in. gen. Józef Bem. Wraz z generałami węgierskimi Jerzym Kmetym i Miksą Steinem Bem dokonał formalnej konwersji na islam, by móc wstąpić do armii sułtana. Wraz z przyjęciem tej religii zmienił imię na Murat Pasza (Murad Pasa, Yusuf Paşa). Opracował plany reorganizacji armii tureckiej, budowy twierdz pogranicznych, rozbudowy otaczających Turcję umocnień, a także projekty uregulowania przepływających przez ten kraj rzek Tygrysu i Eufratu.

W 1850 roku, badając grunt, na którym zbudowane było Aleppo, stwierdził, że leży ono na bogatych złożach saletry, siarki i żelaza. Wykorzystując tę wiedzę, uruchomił sfinansowaną z własnych środków małą manufakturę saletry i prochu. Końcowy produkt o cenie niższej o 20% od rynkowej zaproponował tureckiemu rządowi, prosząc o pozwolenie na budowę fabryki. Jesienią 1850 roku Turcja zezwoliła mu na zbudowanie w mieście rafinerii saletry i przeznaczyła na ten cel 50 tysięcy piastrów z państwowej kasy. Bem mógł rozpocząć dzięki temu produkcję na skalę przemysłową. Do pracy w powstającej fabryce ściągnął kilkudziesięciu innych internowanych polskich oficerów, weteranów powstania węgierskiego. Planował utworzyć w Aleppo na tej bazie nowoczesną szkołę artylerii.

W uznaniu zasług mianowano go generałem tureckiej armii. W październiku 1850 roku w Aleppo wybuchły krwawe zamieszki zainicjowane przez Beduinów z powodu nieumiejętnej polityki miejscowego tureckiego gubernatora. Wymierzone one były zarówno w turecką władzę na tym terenie, jak i w syryjskich chrześcijan. Miasto zostało otoczone przez 30-tysięczne wojska powstańcze, a nomadzi domagali się okupu, grożąc w razie odmowy spaleniem Aleppo i wymordowaniem jego mieszkańców.

Ostatnią bitwą, jaką stoczył Józef Bem, była uwieńczona sukcesem obrona Aleppo. W czasie obrony miasta, w którym broniło się 1200 żołnierzy, generał dowodził artylerią wyposażoną w 16 armat.

W listopadzie 1850 Bem zachorował na malarię azjatycką. Zmarł w nocy 10 grudnia. Pochowany został w Turcji na starym cmentarzu wojskowym położonym na skalistej górze Dżebel el Isam (tur. Góra Wielkich Ludzi). Postulaty przeniesienia prochów generała do Polski podnoszone były jeszcze w XIX wieku, jednak ich realizacja nastąpiła dopiero w 1929 roku, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W tym celu do Turcji udała się specjalna delegacja, która przeprowadziła ekshumację oraz transport do kraju. Na trasie podróży pociągu odbyły się uroczystości składania hołdu bohaterowi. Obchody miały charakter międzypaństwowy i zaangażowały się w nie rządy Turcji, Węgier i Polski. W Budapeszcie manifestacja na cześć generała zgromadziła kilkaset tysięcy osób. Prochy Józefa Bema sprowadzono 30 czerwca 1929 roku do rodzinnego Tarnowa, gdzie zostały umieszczone w mauzoleum na wyspie w Parku Strzeleckim, a na grobie umieszczono napisy w językach polskim, węgierskim i arabskim. Zgodnie z muzułmańską tradycją ciało ułożono głową w stronę Mekki.

W jakiś sposób w krajach arabskich pamięta się również o polskiej tolerancji religijnej, np. w stosunku do Tatarów w czasach I RP (nazywano ich „Lipkami” lub „Muślimami”). Czy może zatem dziwić to, że w naszym kraju dotychczas nie było żadnych zamachów ISIS czy innych nacjonalistów arabskich?

Wbrew pozorom stan kultury i nauki w krajach islamskich stoi na bardzo wysokim poziomie – co przekłada się na stan wiedzy historycznej. Tradycja naukowego zaangażowania, samodoskonalenia w licznych krajach islamskich sięga nawet czasów arabskiego panowania na terenie Półwyspu Iberyjskiego (711–1492). „Al-Andalus” (arabska nazwa Półwyspu Iberyjskiego, nadana przez jego muzułmańskich zdobywców) przestała istnieć jako byt polityczny, przetrwała jednakże w literaturze arabskiej, zaś jej legenda trwa do dnia dzisiejszego w kulturze arabsko-muzułmańskiej. Przedstawiciele świata arabskiego doskonale poruszają się w meandrach historii Europy i poszczególnych krajów oraz narodów europejskich, i to powinno zostać w końcu przyjęte do naszej świadomości!

Syryjski problem i przyczyna

W 1517 Syrię przyłączono do tureckiego Imperium Osmańskiego. W 1831 zajęły ją wojska paszy Egiptu Muhammada Alego, jednak na skutek nacisków europejskich mocarstw i buntu miejscowej ludności wojska musiały się stamtąd wycofać na rzecz Turcji w roku 1840. Pod koniec XIX wieku wzrosła świadomość narodowa, co spowodował kontakt z kulturą Zachodu; Syria stała się odrodzona politycznie i gospodarczo (przyczyniła się do tego m.in. budowa Kanału Sueskiego).

Zatem w 1916 roku wybuchła tzw. Al-Thawra al-`Arabiyya. Było to powstanie wywołane przez Husseina bin Alego w celu uniezależnienia się od Imperium Osmańskiego i utworzenia jednolitego państwa arabskiego od Aleppo w Syrii po Aden w Jemenie. Rewolta zakończyła się, gdy 1 października 1918 roku armia arabska wraz z brytyjskim Camel Corps zajęła Damaszek – co zakończyło kampanię bliskowschodnią I wojny światowej.

Najbardziej rozpoznawalną postacią tej kampanii jest brytyjski żołnierz i pisarz Thomas Edward Lawrence (1888–1935), znany jako Lawrence z Arabii, który był gorącym zwolennikiem powstania samodzielnego państwa arabskiego, a także współorganizatorem haszymidzkiego oporu. Po wojnie istniała pilna potrzeba uregulowania stref wpływów i granic państwowych na całym Bliskim Wschodzie.

Podczas spotkania alianckiej Rady Czterech w 1919 roku brytyjski premier David Lloyd George oświadczył, że podstawą porozumienia musi być umowa Fajsal – Weizmann zawarta pomiędzy przywódcą ruchu syjonistycznego Chaimem Weizmannem i syryjskim emirem Fajsalem I. Dla społeczności żydowskiej na Bliskim Wschodzie niezwykle ważne były brytyjskie obietnice utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej” zawarte w deklaracji Balfoura z 1917.

Natomiast społeczność arabska wielką wagę przykładała do korespondencji prowadzonej podczas I wojny światowej między brytyjskim Wysokim Komisarzem Egiptu sir Henry McMahonem a Szarifem Mekki Husajnem. Korona brytyjska zgodziła się wówczas „poprzeć arabskie dążenia niepodległościowe” w Imperium Osmańskim. W zamian Arabowie przyłączyli się do wojny przeciwko Turkom.

Na podstawie tych dwóch częściowo sprzecznych obietnic zarówno Żydzi, jak i Arabowie byli przekonani, że Wielka Brytania obiecała im utworzenie niepodległego państwa w Palestynie. Mocarstwa zachodnie były jednak związane odrębną umową Sykes – Picot, zawartą w 1916 roku między Wielką Brytanią a Francją. Dzieliła ona Bliski Wschód na pięć stref wpływów należących do Brytyjczyków i Francuzów, przy czym zakładano utworzenie obszaru, na którym miało powstać niezależne państwo arabskie.

Postępując w zgodzie z tym porozumieniem, wojska brytyjskie nie zajęły syryjskich miast: Damaszku, Hims, Hama i Aleppo. Otworzyło to drogę do wzrostu nastrojów panarabskich, nacjonalistycznych i aspiracji utworzenia niepodległego państwa arabskiego. W lipcu 1919 roku Syryjski Kongres Narodowy (forma parlamentu) odmówił uznania jakiegokolwiek prawa francuskiego rządu nad którąkolwiek częścią terytorium Syrii. Wezwał Francję do uznania niepodległości Syrii, gdyby zaś mocarstwa uznały, że konieczne jest powierzenie jednemu z aliantów mandatu nad tym terytorium, prosił, by były to Stany Zjednoczone lub Wielka Brytania. Francja i Wielka Brytania były jednak zdecydowane podzielić strefy wpływów na Bliskim Wschodzie zgodnie z wyżej wymienioną umową Sykes – Picot z 1916 roku. Układ w swoich założeniach dzieli Bliski Wschód na pięć stref:

  • strefę administrowaną bezpośrednio przez Francję, utworzoną przez Liban, rejon Adany (Cylicję) i wybrzeże syryjsko-libańskie;
  • strefę zależną bezpośrednio od Wielkiej Brytanii, utworzoną przez Dolną Mezopotamię;
  • strefę A, złożoną z dzisiejszej Syrii i rejonu Mosulu, w której uznaje się suwerenność arabską, ale która znajdowałaby się pod protekcją Francji;
  • strefę B, rozciągającą się od granicy z Egiptem aż po Irak, również obiecaną niezależnemu państwu arabskiemu lub konfederacji państw arabskich, ale będącą pod protekcją Wielkiej Brytanii;
  • strefę złożoną z terytorium palestyńskiego od Morza Śródziemnego aż po Jordanię, która znajdowałaby się pod kontrolą międzynarodową, z wyjątkiem portów w Hajfie i Akce, przeznaczonych dla Wielkiej Brytanii.

Granice Bliskiego Wschodu, zarysowane w taki sposób przez Brytyjczyków i Francuzów, nie tylko zredukowały obietnice złożone szarifowi Mekki Husajnowi, ale również wyłączyły Palestynę spod jakiejkolwiek kontroli arabskiej.

Syryjski emir Fajsal starał się prowadzić umiejętną i wyważoną politykę zagraniczną, dlatego 6 stycznia 1920 roku parafował umowę z francuskim premierem Georgesem Clemenceau, który uznał „prawo Syryjczyków do zjednoczenia się, aby rządzić swoim niepodległym państwem”. Kongres ogłosił 8 marca 1920 roku w Damaszku powstanie niepodległego Królestwa Wielkiej Syrii. Królem wielkiej Syrii ogłoszono emira Fajsala, który przybrał imię Fajsala I. Na konferencji w San Remo w 1920 roku – opartej na ustaleniach umowy Sykes – Picot z 1916 roku – postanowiono ustanowić na terenie Królestwa Wielkiej Syrii terytorium mandatowe francuskie oraz brytyjskie. Administratorem Syrii i Libanu z ramienia Francji został gen. Henri Gouraud. 14 lipca 1920 roku generał wystosował do króla Fajsala I ultimatum, w którym żądał zgody na utworzenie w Syrii swojego terytorium mandatowego, zredukowania armii syryjskiej i przekazania Francuzom kontroli nad główną linią kolejową.

Sam król był skłonny zaakceptować takie rozwiązanie, które w jego ocenie było jedyną szansą na zachowanie jakiejkolwiek formy arabskich rządów w Syrii. Syryjski Kongres Narodowy chciał jednak zbrojnie walczyć o niepodległość. Fajsal uważał wszelki opór za beznadziejny i rozwiązał Kongres (parlament). Wydał rozkazy, by wojsko syryjskie nie broniło się. Jego poleceń nie posłuchał minister wojny Jusuf al-Azma, który na czele około pięciu tysięcy źle uzbrojonych żołnierzy i ochotników stoczył z armią francuską bitwę pod Majsalun w okolicach Damaszku. Zakończyła się ona klęską Syryjczyków.

Fajsal bezskutecznie ubiegał się o zachowanie chociaż części utworzonej przez siebie administracji arabskiej. Gdy Francuzi odmówili jakichkolwiek rozmów z królem, ten 2 sierpnia 1920 roku wyjechał do Palestyny. W sierpniu 1920 Francuzi dokonali podziału Wielkiej Syrii. Wydzielono Wielki Liban. Pozostałą część Syrii podzielono wedle kryteriów religijnych na cztery państewka: Damaszek, Aleppo, Latakię i Dżabal ad-Duruz.

Upadek państwa nie oznaczał stłumienia aspiracji elit syryjskich do niepodległości. Już w 1921 roku doszło do pierwszych antyfrancuskich protestów oraz do wybuchu powstania Ibrahima Hananu, które zostało stłumione przez wojsko francuskie. W 1925 roku Damaszek i Aleppo połączono w Państwo Syrii. W 1936 podpisano traktat, który zobowiązywał Francję do przyznania Syrii pełnej niepodległości (nie został on przez Francję ratyfikowany). W 1940 roku Syria znalazła się pod władzą rządu Vichy. Po wyzwoleniu w 1941 roku Komitet Wolnej Francji ogłosił niepodległość Syrii, która została oficjalnie ogłoszona przez Syrię w roku 1943. W 1944 do państwa syryjskiego przyłączone zostały Latakia i Dżabal ad-Duruz.

Zatem na sytuację w Syrii i terenach zajmowanych przez ISIS trzeba spojrzeć znacznie szerzej. W jakimś sensie nacjonalistyczny odłam islamu czerpie paliwo z historii. Gdy Polacy przez 123 lata walczyli o wyzwolenie spod władzy państw zaborczych, to czerpanie z tradycji, pozycji I RP i oparcia w Kościele katolickim było ważnym elementem zachowania tożsamości narodowej.

Francja i Wielka Brytania jawią się dla nacjonalistów arabskich takim samym okupantem, jakim kiedyś dla Polaków państwa zaborcze. Zamachy przeprowadzone przez ISiS w Europie koncentrują się głównie właśnie na Francji i Wielkiej Brytanii. Ma to uzasadnienie historyczne.

W całkowicie bezrefleksyjny sposób te państwa doprowadziły do rozbicia Imperium Osmańskiego, uwalniając zręby nacjonalizmu islamskiego spod państwowej kontroli. Przez dekady Francja i Anglia zwalczały potem niepodległościowe dążenia narodów arabskich. Niegdyś w imię Kościoła katolickiego, również pod auspicjami Francji i Anglii, prowadzono walkę z islamem poprzez krucjaty na terenach arabskich. Czemu zatem miałoby dziś dziwić, że nacjonaliści islamscy przenoszą konflikt na terytorium Europy, a raczej państw europejskich, w stosunku do których mają wciąż żywe pretensje za zwalczanie ich aspiracji i religii?

Dlaczego nacjonaliści arabscy mają „sentyment” do Niemiec?

Napisać, że Adolf Hitler cieszył się w świecie islamskim dużym poważaniem, to mało. Arabowie otaczali go niemal kultem. Niemcy doskonale orientowali się w nastrojach arabskiego świata. Mieli również świadomość, że wielu Arabów oddaje Hitlerowi niemal religijną cześć. Wyrazy tego podziwu przybierały czasem humorystyczną postać. W każdej chwili – pisał jeden z palestyńskich szejków do Führera – gotów jestem służyć pańskiemu rządowi, wystawiając do dyspozycji stu jeźdźców. Czekam tylko na skinienie Waszej Wysokości. […] Oby pan na zawsze pozostał moim władcą.

Słowa uznania zaczęły płynąć również od bardziej prominentnych władców. W 1941 roku egipski król Faruk posłał Niemcom pozdrowienie: Przepełniony podziwem i szacunkiem dla Führera i narodu niemieckiego, życzę mu najgoręcej zwycięstwa nad Anglią. Moim życzeniem i wolą mojego narodu jest, by oddziały niemieckie jak najszybciej wyzwolił Egipt spod dokuczliwego i brutalnego jarzma Anglików.

Entuzjazm dla Niemiec i Hitlera w świecie arabskim nie był tylko związany z nienawiścią do Żydów. Arabowie w zwycięstwie III Rzeszy widzieli nadzieję na wyzwolenie spod kolonialnego ucisku. Pragnienie wolności było tym żarliwsze i głośniej wyrażane, im bardziej linia frontu zbliżała się do Bliskiego Wschodu, a pod niemieckim naporem padały kolejne kolonialne potęgi. Gdy w 1940 roku ugięła się Francja, na ulicach syryjskich miast tłumy śpiewały zjadliwą piosenkę: „Nigdy więcej monsieurów, nigdy więcej misterów, niech będzie Allah w niebie, A na ziemi Hitler”.

Intrygujące, że w proniemieckich peanach szybko zaczęły pojawiać się motywy religijne, sugerujące, że Adolf Hitler jest kimś więcej aniżeli tylko zwykłym człowiekiem. Erwin Ettl, niemiecki ambasador w Iraku, pisał w notatce z początku 1941 roku, że duchowni w całym kraju wskazują swoim wiernym stare, tajemne wróżby i przepowiednie, z których wynika, iż pod postacią Adolfa Hitlera Allah zesłał na ziemię dwunastego imama. W ten sposób […] szerzy się propagandę, która w Hitlerze i Niemczech upatruje lekarstwa na całe zło.

Jeden z niemieckich dyplomatów odnotował w swoim dzienniku 29 sierpnia 1938 roku nowe wytyczne z Berlina: „Trzeba aktywować ruch arabski”. W tym samym roku III Rzesza zaczęła dostarczać broń do Libanu. Stamtąd – zwykłymi rybackimi łodziami – potajemnie szmuglowano ją do Palestyny, by dozbrajać antybrytyjskich buntowników.

Wiatr historii w końcu zawiał Arabom w plecy. Niecałe dwa lata po wybuchu wojny, nocą z 1 na 2 kwietnia 1941 roku, w Iraku doszło do antybrytyjskiego przewrotu. Władzę przejęli proniemieccy politycy. Powstańców wsparło małą jednostką Luftwaffe, które przypuściło ataki na pozycje brytyjskie. Okazały się one jednak bezskuteczne, gdyż niemieckie maszyny były nieprzystosowane do mezopotamskich warunków klimatycznych. Pod koniec maja powstanie upadło, a jego przywódcy zbiegli z kraju. Jednym z uciekinierów był Al-Hadżdż Muhammad Amin al-Husajni, wielki mufti Jerozolimy.

W listopadzie 1941 roku udało mu się spotkać z Hitlerem. Podczas tego spotkania al-Husajni przyjął zapewnienie co do jednej sprawy – gdy tylko Niemcy wbiją swoją flagę w arabską ziemię, to nigdy już nie będzie tam miejsca dla Żydów. Oczywiście oczekiwania arabskiego polityka były większe – chciał uzyskać pewność, że dzięki niemieckiemu zwycięstwu będzie możliwa odbudowa niezależnej arabskiej państwowości na Bliskim Wschodzie. Ale tej Führer mu nie dał i dać nie mógł. Bliski Wschód jeszcze znajdował się poza zasięgiem jego armii, a ponadto nie chciał drażnić sojuszniczych Włochów, którzy względem tego obszaru mieli własne ambicje kolonialne.

Al-Husajni uzyskał od Hitlera zapewnienie w tej sprawie dopiero trzy lata później, w listopadzie 1944 roku. Rząd III Rzeszy w oficjalnym dokumencie uznał „prawa państw arabskich do samostanowienia, jedności i niepodległości”. Mufti został w Berlinie, a władze niemieckie do końca wojny finansowały jego biuro i liczne podróże polityczne. Gdy mufti prowadził pierwsze rozmowy z nazistami, niemieckie wojenne sukcesy – szczególnie te odnoszone przez Afrika Korps – wywoływały euforię Arabów. W Palestynie nasiliły się antybrytyjskie akty sabotażu i brutalne ataki na społeczność żydowską.

„Przyjazna atmosfera wobec Niemców – donosił niemiecki agent 'Antonius’ – utrzymuje się nadal. Wszyscy wyrażają życzenie, by wkroczyli wreszcie Niemcy i wyzwolili kraj spod okupantów. Gdy Arabowie publicznie mówią o Hitlerze, posługują się najczęściej pseudonimami: najnowszy z nich to 'Haddsch Numur’ – 'Tygrys’. Życzenia zwycięstwa Hitlerowi zastępują częstokroć formułę powitalną”. Autor innego raportu pisał, że po zapadnięciu zmroku wszyscy Żydzi znikają z miejsc publicznych oraz ulic i z ciemności wynurza się obraz czysto arabskiej Palestyny.

Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z optymistycznych nastrojów Arabów. W strukturach Wehrmachtu sformowano jednostkę Sonderstab F, której podstawowym zadaniem było sianie triumfalistycznej propagandy wśród Arabów, zachęcanie do kolaboracji i do akcji sabotażowych.

Minęło 70 lat i okazuje się, że imigranci z Syrii i innych państw islamskich przybywający do Niemiec mają historycznie wpojone zaangażowanie Niemiec po stronie arabskiej. Zatem skala ataków ISIS w Niemczech jest o wiele mniejsza niż we Francji czy Anglii. Samo zaproszenie skierowane do Syryjczyków ze strony kanclerz Angeli Merkel obudziło w krajach islamskich pewne sentymenty.

Czas zatem zrozumieć, że konflikt w Syrii, sytuacja na Bliskim Wschodzie, powstanie ISIS ma korzenie dużo głębsze niż się nam wydaje. Nie każdy wyznawca islamu przybywający do Europy ma twarz faktycznie zmęczoną ucieczką przed wojną i nikły zasób wiedzy o kulturze i historii poszczególnych państw Europy. O faktycznej motywacji jego przyjazdu nie wspominając…

Cały artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” na s. 4 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Czy islamska krucjata i ISIS są historycznie skierowane przeciwko Anglii i Francji jako rewanż za okupację kolonialną?

Na sytuację w Syrii i terenach zajmowanych przez ISIS trzeba spojrzeć historycznie. Francja i Wielka Brytania to dla nacjonalistów arabskich taki sam okupant, jak kiedyś dla Polaków państwa zaborcze.

Paweł Czyż

Upadek Imperium Osmańskiego na początku XX wieku stał się zarzewiem zmian, których skutki widzimy obecnie. (…)

Wbrew panującym często stereotypowym opiniom, należy zwrócić uwagę na względną tolerancję religijną panującą w imperium. Prześladowania ze względów religijnych nie były częste i zwykle stanowiły wyraz zemsty za bunty czy niepowodzenia wojenne w walkach z chrześcijanami, niekiedy także stanowiły efekt fanatyzmu poszczególnych namiestników.

Tolerancja wobec Żydów stała się przyczyną migracji znacznej części Żydów sefardyjskich (wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii) na tereny Imperium, głównie do Salonik. Z drugiej strony niemuzułmanie byli poddani instytucjonalnej dyskryminacji – musieli płacić władzom dodatkowe podatki i obowiązywały ich różne ograniczenia prawne. (…)

W jakiś sposób w krajach arabskich pamięta się również o polskiej tolerancji religijnej, np. w stosunku do Tatarów w czasach I RP (nazywano ich „Lipkami” lub „Muślimami”). Czy może zatem dziwić, że w naszym kraju dotychczas nie było żadnych zamachów ISIS czy innych nacjonalistów arabskich? (…)

Dla społeczności żydowskiej na Bliskim Wschodzie niezwykle ważne były brytyjskie obietnice utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej” zawarte w deklaracji Balfoura z 1917. Natomiast społeczność arabska wielką wagę przykładała do korespondencji prowadzonej podczas I wojny światowej między brytyjskim Wysokim Komisarzem Egiptu sir Henry McMahonem a Szarifem Mekki Husajnem. Korona brytyjska zgodziła się wówczas „poprzeć arabskie dążenia niepodległościowe” w Imperium Osmańskim. W zamian Arabowie przyłączyli się do wojny przeciwko Turkom. (…)

Na sytuację w Syrii i terenach zajmowanych przez ISIS trzeba spojrzeć znacznie szerzej. W jakimś sensie nacjonalistyczny odłam islamu czerpie paliwo z historii. Gdy Polacy przez 123 lata walczyli o wyzwolenie spod władzy państw zaborczych, to czerpanie z tradycji, pozycji I RP oraz oparcia w Kościele katolickim było ważnym elementem zachowania tożsamości narodowej.

Francja i Wielka Brytania jawią się dla nacjonalistów arabskich takim samym okupantem, jak kiedyś dla Polaków państwa zaborcze. Zamachy przeprowadzone przez ISiS w Europie koncentrują się głównie właśnie na Francji i Wielkiej Brytanii. Ma to uzasadnienie historyczne.

W całkowicie bezrefleksyjny sposób te państwa doprowadziły do rozbicia Imperium Osmańskiego, uwalniając zręby nacjonalizmu islamskiego spod państwowej kontroli. Przez dekady Francja i Anglia zwalczały potem niepodległościowe dążenia narodów arabskich. Niegdyś w imię Kościoła katolickiego, również pod auspicjami Francji i Anglii, prowadzono walkę z islamem poprzez krucjaty na terenach arabskich. Czemu zatem miałoby dziś dziwić, że nacjonaliści islamscy przenoszą konflikt na terytorium Europy, a raczej państw europejskich, w stosunku do których mają wciąż żywe pretensje za zwalczanie ich aspiracji i religii? (…)

Napisać, że Adolf Hitler cieszył się w świecie islamskim dużym poważaniem, to mało. Arabowie otaczali go niemal kultem. (…) Entuzjazm dla Niemiec i Hitlera w świecie arabskim nie był tylko związany z nienawiścią do Żydów. Arabowie w zwycięstwie III Rzeszy widzieli nadzieję na wyzwolenie spod kolonialnego ucisku.

Minęło 70 lat i okazuje się, że imigranci z Syrii i innych państw islamskich przybywający do Niemiec mają historycznie wpojone zaangażowanie Niemiec po stronie arabskiej. Zatem skala ataków ISIS w Niemczech jest o wiele mniejsza niż we Francji czy Anglii. Samo zaproszenie skierowane do Syryjczyków ze strony kanclerz Angeli Merkel obudziło w krajach islamskich pewne sentymenty. (…)

Cały tekst artykułu ukaże się na wnet.fm w niedzielę 27 sierpnia.

Cały artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” na s. 4 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Kurier Wnet” 38/2017. Nawet w więzieniu byłem wolny – mówi Marian Markiewicz Krzysztofowi Skowrońskiemu. Wywiad WNET

Tylu was, tyle krat, tyle wszystkiego, ale ja jestem wolny. Tęsknię do moich rodziców, do wszystkich moich bliskich, do moich kolegów, ale jestem wolny i wytrzymam. I tak było, tak było…

Krzysztof Skowroński
Marian Markiewicz

Nawet w więzieniu byłem wolny

Marian Markiewicz – wilnianin, żołnierz AK, więzień gestapo i władzy ludowej, założyciel Solidarności w Głubczycach mówi, na czym polega wolność i jak zachował ją we wszystkich przeciwnościach życia. Wysłuchał Krzysztof Skowroński.

Jak to się stało, że Pan, wilnianin, trafił do Głubczyc?

W 1939 roku broniłem Wilna i zetknąłem się ze śmiercią – bo pod bagnetami prowadzili mnie czerwonoarmiści, mnie i mojego kolegę, który też bronił miasta; rzucaliśmy granaty.

Ale kobiety wileńskie, żony naszych nauczycieli, nałożyły na siebie chusty i wyskoczyły do tych czerwonoarmistów: – Da szto, wy duraki-li, szto? Eta uczeniki! Puskajtie ich! – Oni, uczeniki, k’ nam strielali! („Co, wy głupcy, co? To uczniowie! Puśćcie ich!” „Oni, uczniowie do nas strzelali!” – przyp. red.). A one za karabiny zaczęły ich tarmosić, w takich chustach… (śmiech). No i puścili nas.

To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Później były szkolne organizacje niepodległościowe, później aresztowanie przez gestapo, półtora roku więzienia, śledztwo. Nie wiedziałem, w czyjej sprawie; a to mój sekcyjny nie wytrzymał i powiedział, że należę. A ponieważ byłem na Litwie przez trzy miesiące, wyjechałem po wkroczeniu Niemców, więc sobie pomyślałem, że mogę się ratować mówiąc, że o niczym nie wiem i byłem na Litwie, zarabiałem na chleb.

Porozumiałem się ze swoim sekcyjnym, powiedziałem: – Heniu? Przyznałeś się? Powiedziałeś, że ja należę; odwołaj! I on odwołał, przyznał, że to dlatego, że bili. A ja mu powiedziałem od razu: – Powiedz, że proponowałeś mi, ja powiedziałem „dobrze, dobrze, Heniu, jak wrócę z Litwy, to pogadamy”. No i udawał załamanego, potwierdził to wszystko i później ci, którzy mieli nieudowodnioną przynależność, dostali rok więzienia z niezaliczeniem śledztwa.

Półtora roku odsiedziałem, bo pół roku już było śledztwa. Później Armia Krajowa na Nowogródczyźnie, później aresztowania; znowu mojego dowódcę aresztowali; zdobywanie Wilna, ucieczka z Wilna, aresztowali moich rodziców. Ja przyjechałem do Polski na innych papierach, pod innym nazwiskiem pierwszym transportem; to było 25 chyba stycznia 1944 roku. Wysiadłem w Białymstoku i wychodziłem na wszystkie transporty, pytałem o rodziców.

Później zacząłem współdziałać z grupą wileńską, nowogródzką. W różnych akcjach brałem udział. Dowiedziałem się, że tato, jak zwolnili go z więzienia, zachorował na raka, jest umierający. Przeszedłem przez granicę, zastałem rodziców w wielkiej biedzie, wróciłem znowu do Polski. Kupiłem sacharynę – pełną walizę, bo tam była bardzo droga. Przeszmuglowałem to do Wilna, sprzedawałem tę sacharynę, zarobiłem trochę pieniędzy, przekazałem rodzicom.

Spotkałem koleżankę, spytała: – Jesteś nielegalnie?, ja mówię: – Tak, nielegalnie. – Jutro odjeżdżamy do Polski transportem. Mój brat jest już w Polsce, została jego karta ewakuacyjna. Jechałem więc jako rodzina, jako Henryk Pilść. Zgarnęli mnie z tego transportu enkawudziści, zaprowadzili na NKWD i mówią; „Rossczitajties’ s nagana; rozliczcie się z nagana”. Wtedy błyskawicznie pomyślałem sobie: to znaczy – on podpisał listę współpracy, dostał nagan i przeszedł przez granicę, a rodzicom nic nie powiedział ani siostrom. Ja jadę jako on i mam się rozliczyć z nagana!

Zastanowiłem się, co mnie może uratować. Analitycznie zacząłem to roztrząsać; myślę sobie: mam ratunek. Siedziałem półtora roku, Niemcy nie udowodnili, że jestem z organizacji. Powiem, że po wyjściu mnie wywieźli, a że w czasie odsiadki, tej półtorarocznegj, siedziałem z waszym spadochroniarzem, który zachowywał się jak bohater, później byłem w Niemczech, wróciłem do Polski po robotach w Niemczech i dowiedziałem się, że rodzice są w bardzo złej sytuacji; tato chory na raka. Poszedłem do ambasady w Warszawie, gdzie powiedzieli: „propuska nie połuczisz” (śmiech).

No i mówię: „Pojechałem jako wasz sojusznik do naszych sojuszników, do umierającego ojca”. I okazało się, że tato żyje jeszcze i jest szansa wyleczenia, i ja trafiłem na taką możliwość, na inne papiery, żeby wracać z inną rodziną. „Aresztowaliście mnie, i za co ja mam cierpieć?”. Śledczy mówi: „Połuczisz pietnadcat’ let, wywiezut tiebia w dalnyj wostok, i szto?”. („Dostaniesz piętnaście lat, wywiozą cię na daleki wschód, i co?” – przyp. red.). A ja mówię: „Za szto? Da ja sajuznik!”. „A kakoj ty sajuznik?” „No kak-że… Nasz Bierut eta drug Stalina, nasz Rokossowski eta toże drug Stalina”. („Za co? Przecież jestem sojusznikiem!” „A jaki z Ciebie sojusznik?” „No jak to… Nasz Bierut to przyjaciel Stalina, nasz Rokossowski to też przyjaciel Stalina” – przyp. red.). A on mówi: „Kakoj on wasz, on nasz!”. Ja na to: „Niet. On nasz, Polak!”. „Niet, on russkij”. „Niet, on Polak, żiw w Rossii, no eto Polak”.

„A ty litowcow lubisz?” („A Litwinów kochasz?” – przyp. red.). „Nu, kak wołk sabaku”. („No, jak wilk psa” – przyp. red.). A w mojej celi ogólnej leżeli ranni Litwini; oni byli w partyzantkach. Udaję, że litewskiego nie znam, bo mnie zaraz ten śledczy będzie pytał, co oni tam mówią. Więc mówię, że ja ich nie lubię, ale nic nie rozumiem. „A ty znajesz, panimajesz pa litowskij?” „Ni czerta, brechajut kak sabaki. Ja nicziewo, ni czorta ni panimaju”. („Umiesz, rozumiesz po litewsku?” „Ani słowa, szczekają jak psy. Niczego, ni czorta nie rozumiem” – przyp. red.). Więzili mnie, bili też, ale przecież nie będę kapusiem.

No i tak się stało, że mama wyszła na ryneczek i spotkała lotnika, zdemobilizowanego Rosjanina. Poprosił ją, żeby mógł zostawić u niej worek zdobyczy. Mama zgodziła się; zostawił ten worek i powiedział: „Ja teraz będę się bawić. Będę pić, bawić się, a od czasu do czasu przyjdę i coś wezmę do sprzedania. Mam tych worków kilka. Przyjechałem z Berlina do Wilna, przywiozłem te zdobycze i mam w różnych miejscach. Jak mnie aresztują, nic nie powiem; wtedy to będzie wasze”. No i jak ja byłem aresztowany, a on już też siedział na Łukiszkach, mama wtedy zaczęła nosić.

Jeszcze muszę wspomnieć, że śledczy jakoś mi bardzo szedł na rękę (śmiech). Przyszedł, czy mi zimno, zapytał się, ja powiedziałem, że zimno. Poszedł do domu, tam rodzice odpalili mu coś z tego worka. On powiedział, kiedy będzie rozprawa, jaki sędzia, jaki prokurator; mama z tego worka wzięła i prokuratorowi zaniosła, zaniosła to wszystko sędziemu. No i tak się stało, że ja dostałem tylko trzy miesiące; prokurator zażądał trzech miesięcy w zawieszeniu. Adwokat prosił o trzy miesiące w zawieszeniu, a prokurator mówi: „No co będziemy młodemu człowiekowi dawać trzy miesiące w zawieszeniu, jak do trzech miesięcy tam tyle i tyle dni już brakuje. Dać mu te trzy miesiące, niech odsiedzi i będzie wolny. Przyjechał do umierającego ojca”. I tak było, zwolnili mnie, wróciłem znowu do Polski, rodzice jeszcze zostali tam, i zacząłem znowu działalność. Ale zostałem ranny…

Gdzie Pan działał?

W Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego. Tych, którzy w Lidzie z więzień uwalniali, wszystkich znam, ja w tej organizacji byłem i współdziałałem, i z Łupaszką mieliśmy kontakty. No i padłem, ranny byłem. Zawieźli mnie do Szczecina, wrzucili do celi, patrzę – kobieta. Aha, to ona ma ze mnie wyciągnąć. I już myślałem, co mnie może uratować.

Pomyślałem sobie: jak przyznam się do organizacji, to dostanę w łeb, w czapę (śmiech). Strzelą, zakopią gdziekolwiek i nawet nikt nie będzie wiedział, gdzie jestem pochowany. Wszedłem do tej celi, przysiadłem, a to była łączniczka Łupaszki, Regina. Bo jedna to bohaterka Ninka, a druga – ta właśnie, która wydała Łupaszkę, Regina. I to była Regina.

Przysiadła koło mnie, i „oj jak to nasi chłopcy z Wilna, z Nowogródka cierpią!”. A ja mówię: „No tak, gdyby tak było, to ja byłbym może i dumny, a tak ja dopuściłem się przestępstwa kryminalnego, bandytą jestem, mówię, rodzice mnie się wyrzekną, tyle znajomych pomyśli sobie: co on zrobił!” I później już były bicia, bicia, a ja swoje i swoje. W końcu nie mogli ze mnie nic wydobyć, wrzucili do piwnicy. Nie wiem, ile tam byłem dni i nocy. Dostałem gangreny, lało się ze mnie wszystko, traciłem przytomność, odzyskiwałem i cały czas myślałem, co teraz może mnie uratować.

A postanowiłem żyć. Pomyślałem sobie: przecież słyszę samochody, gdzieś jeżdżą. I zacząłem krzyczeć. Jak samochody jeżdżą, to i ludzie przechodzą chodnikami. No i krzyczałem. Zdarłem sobie gardło. Odzyskiwałem świadomość i znowu krzyczałem. Dawali mi tylko śledzia solonego i wody nic, do picia nic.

I pomyślałem: aha, rzucili mnie – albo umrę, albo przyznam się na stracenie. No i właśnie te krzyki spowodowały, że kiedyś otwieram oczy, a stoją jakieś dwie postacie nade mną i jedna do drugiej mówi: – I wy dziwicie się, że on krzyczy? On umiera. A ten ktoś mówi: – To leczcie. A ten odpowiada: – W tych warunkach nie ma żadnego leczenia.

Dopiero wzięli na szpitalkę taką ubowską, pilnowany tam byłem, zaczęto leczyć. Goić się zaczęło wszystko, wszystko zgniłe mi powycinali. Pokazywali mi, każdy pytał: – Czy to bolało? A mnie nic prawie nie bolało, bo to wszystko było zgnite. A zgnite to już nie boli. I przeżyłem, ale dostałem 15 lat więzienia. Prokurator żądał kary śmierci.

W wyszedłem po siedmiu i pół latach. Siedem i pół lat siedziałem na bloku izolacyjnym, gdzie ani ołówka, ani niczego, cztery ściany i nic. Wyszedłem jako półanalfabeta. Jak szliśmy na spacer, to jak na takim stołku między kratami siedział strażnik i otwierał te kraty, a śniadanie było zawinięte w gazetę, to się zwijało to śniadanie i później ten zatłuszczony papier gazetowy szedł od celi do celi. Stukało się Morsem, że mamy wiadomości. I tam ktoś wyciągał rękę, a myśmy mieli kamuszek ze spaceru, przywiązywaliśmy do nitki z siennika, no i wyrzucaliśmy, oni łapali i od celi do celi ten kawałek zatłuszczony szedł, żeby czytać, co się dzieje. Byliśmy odcięci od świata.

Po siedmiu i pół latach, jak mnie wypuszczono, to napisano, że siedziałem za napady rabunkowe. Pisze się zawsze: z artykułu takiego i takiego, skazany na tyle i tyle lat. A mnie napisano – za napady. Musiałem zgłosić się do administracji w Gdańsku, na policję musiałem się zgłaszać.

W celi się chodziło tam i z powrotem, tam, i z powrotem, całe dnie, nie siedziało się nigdy. A tu pierwsza moja praca – kontowanie, kontowanie, trzeba było ten ołówek kopiowy przyciskać, kilkadziesiąt ileś pozycji trzeba było wykonać. Winien, ma, winien, ma. Ze mnie całego lał się pot, wszyscy patrzyli, co to za facet. I jeszcze dodatkowo milicja przychodzi, pyta się o mnie, czy ktoś mnie odwiedza.

Rodzice przyjechali, dostali jeden pokoik tylko. Tato sparaliżowany, utracił mowę, amputacja jednej kończyny. Jak byłem przy nich, to go nosiłem do wanny, kąpałem. No i chodziłem za tym mieszkaniem: nie ma i nie będzie, nie ma i nie będzie.

Spotkałem kolegę z partyzantki, który mieszkał pod Gdańskiem, był na ostatnim roku medycyny. Jego rodzice mieli gospodarstwo tuż pod Gdańskiem, od ostatniego przystanku jakieś 250–300 metrów. A w tym czasie hodowano lisy. I ja sobie pomyślałem: jedyna szansa, to tylko zrobić pieniądze na lisach i kupić mieszkanie. Założyliśmy z tym kolegą hodowlę lisów; ogrodzenie, klatki. Ja musiałem koło tego chodzić całkowicie, bo on studiował, kończył medycynę. Po dwóch latach doszliśmy do 100 sztuk.

My nie mieliśmy pieniędzy na hodowlę, tylko do nas wstawiali zwierzęta. Była moda taka, że marynarze, ci którzy przywozili różne towary i mieli pieniądze, kupowali 2 trójki, 3 trójki lisów – 2 samice i samca – i wstawiali do nas. My chowaliśmy i dzieliliśmy przychówek na połowę. Tak doszliśmy do 100 sztuk.

Cyrankiewicz wtedy miał taką fermę w Olsztyńskiem. Bardzo dużą fermę i sprzedał wszystko do hodowli; od razu ceny poszły w dół i zostaliśmy bankrutami. A ja już chodziłem, oglądałem mieszkania do kupienia.

Rozmawialiśmy z Julkiem, tym moim kolegą. Julek mówi: – Słuchaj, przetrzymamy. Ja na to: – Julek, ty jesteś w innej sytuacji. Mój tato jest sparaliżowany, jest mama, ciocia. Ja ożeniłem się szybko – ożeniłem się, bo chciałem dzieci odchować. Syn przyszedł na świat. Mówię mu: ja muszę swoją połowę zabić na skóry, rozliczyć się z długów i jadę w świat. Poszukam miejsca, gdzie będę mógł żyć. I tak się stało. Rozliczyłem się ze swojej połowy, pooddawałem pieniążki i pojechałem.

Zatrzymałem się dopiero w Głubczycach. Potrzebowali kwaterunkowego, z innego terenu. Pytam: dacie mieszkanie? Tak, damy mieszkanie. No i przyjąłem tę pracę.

Kwaterunek to było dla mnie bardzo nieodpowiednie miejsce, bo to łapówy jakieś, a ja od nikogo nie chciałem przyjmować. Nawet czasem musiałem gonić. Jak ktoś wcisnął mi pieniądze na siłę, ja go goniłem i oddawałem te pieniądze. No, ale dostałem mieszkanie i od razu przeniosłem się do służby zdrowia. A mieszkanie dostałem i mieszkam.

Tutaj wychował się syn, córeczki kochanej doczekałem się, jestem. I jeszcze staram się służyć. To znaczy wspominam o tych swoich przeżyciach, o walce, o Armii Krajowej. Sztandar AK-owski przekazaliśmy harcerzom, harcerze dumnie z nim chodzą do kościoła. Ja w miarę możliwości, to co mogę – słowa mi uciekają – ale staram się przekazywać wszystko, tak jak potrafię. I z tym mi dobrze, z tym mi dobrze…

Bo jeszcze czuję, że nie mogę zostawić tych, którzy potracili życie. Pod Surkontami, gdzie otoczeni byliśmy ze wszystkich stron, kilku cichociemnych zginęło, poginęło tylu wspaniałych kolegów… Ich życie nie może pójść na marne, trzeba walczyć o Polskę, o taką Polskę, o jakiej marzyliśmy, a teraz jest właśnie taka Polska, która daje ogromne nadzieje. Ogromne nadzieje, tylko trzeba ją wspierać. Tych, którzy tam są, bo to są ludzie wspaniali. Trzeba ich wspierać, ja to staram się, czynić.

A jaki koniec będzie, nie wiem, na razie jest wszystko porządku. Mam 94 rok życia, jeszcze jestem sprawny, chociaż teraz do krzyża jeszcze biodro doszło bolesne. Dostałem odznaczenie, Rycerski Krzyż Odrodzenia Polski. Jestem dumny z tego, że jestem czynny i się jeszcze przydaję. I tak chciałbym do końca.

Cieszę się, jak Was widzę, jak Pan wywiady przeprowadza, bardzo mnie to interesuje. Pan bardzo mnie się podoba, tak, bo takie podchwytliwe ma pytania i wydobywa na wierzch to wszystko, co trzeba byłoby pokazać.

Dużo by mówić. Koleżanka przysłała mi swoją książkę, w której mnie króciutko wspomina. Ja do Nowogródzkiego przyjechałem, a ona była w tym środowisku od dziecka. Cała jej rodzina była patriotyczna. Jej brat zginął po Dubiczami, tam, gdzie i ja byłem. A reszta rodziny uchowała się.

Po więzieniu zostałem przeniesiony z Wilna do Nowogródzkiego. Ona miała tam różnych kolegów, a ja nikogo nie znałem. Byłem w ochronie komendanta Borsuka. Pułkownik Borsuk był komendantem Okręgu Nowogródzkiego, był jeszcze szef wywiadu, kapitan Bustromiak. Moim zadaniem było blokować dojście do niego, nikt nie wiedział, gdzie on jest; ja pełniłem rolę kogoś w rodzaju pośrednika. Różne polecenia wykonywałem – i komendanta okręgu, i szefa wywiadu. Ale nie znałem nikogo. A ona właśnie znała wszystkich i w książce opowiada o wszystkim, co tam było.

Tak, że ja teraz dopiero odkrywam to środowisko: kto był, kim był. Nikomu nie mówiłem, kim jestem. Wciąż zmienialiśmy nazwiska, wszystko; wciąż nowe dokumenty.

To bardzo cenna książka. Ta koleżanka skończyła studia medyczne i była w Częstochowie lekarzem rentgenologiem. Zrobiła doktorat, jej brat, dużo młodszy ode mnie, też był w Armii Krajowej. Ona obracała się w środowisku, które służyło w Armii Krajowej, także po wojnie, i ona mnie przybliżyła te osoby wszystkie.

Czy Pan pamięta przedwojenne Wilno?

Jak najbardziej. Ja się urodziłem w Kownie, moi rodzice mieszkali w Kownie. Tato był geometrą i nam się nawet dobrze powodziło. Nasz dom był polski, rodzina cała mówiła po polsku, środowisko tylko polskie, no i Litwini zaczęli prześladować tatę za tę polskość, że w domu po polsku. Chcieli go posadzić do więzienia. Ja się urodziłem się w 1924 roku, a w 1928 tato przeszedł przez granicę do Polski. Został aresztowany jako podejrzany o szpiegostwo.

Przez kogo został aresztowany?

Przez Polaków. Przeszedł do Polski, i KOP – Korpus Ochrony Pogranicza go aresztował; prawidłowo. Przecież jak ktoś przechodzi przez granicę, to należy go sprawdzić, tak?

A my z kolei wszystko rozdaliśmy, co mieliśmy, to znaczy moja mama i ciocia, która była zawsze z nami. Rozdały Polakom – i wyjechaliśmy przez Łotwę. Bo nie było możliwości przyjazdu do Polski. Przez Łotwę więc; w Rydze mieliśmy przesiadkę – i do Polski!

Tatę zwolniono po śledztwie, bo świadkowie byli niepodważalni. Najlepszy adwokat w Wilnie to był bardzo bliski znajomy rodziny Markiewiczów z Kowna. I druga osoba poświadczyła, że to jest Polak z Polskiej rodziny, że brali udział w powstaniach, i tak dalej.

Podejrzenie upadło, tato dostał pracę i zaczęło się od zera. Początkowo w Wilnie spaliśmy u znajomych na słomie. Od początku trzeba było wszystko kupować. Jedno mieszkanie okazało się za drogie, drugie, trzecie; zmienialiśmy te mieszkania. My rośliśmy, zaczęła się szkoła podstawowa. W szkole – patriotyczne wychowanie. Nauczyciele opowiadali jak to brali udział w Bitwie Warszawskiej. Był taki – Latoszek, uczył muzyki, utracił dłoń. Opowiadał o szarży kawaleryjskiej, jak mu odcięto tę dłoń. Te opowieści trwały, patriotyzm niesamowity od dziecka.

Zacząłem interesować się polityką, bo Słowo wileńskie, Cat Mackiewicz. On był redaktorem Słowa. Zawsze przy redakcji na szybie wystawowej był jego artykuł wstępny. Tak zacząłem czytać. Czytałem i endeckie wystąpienia, i właśnie Cata Mackiewicza, i innych.

U nas zamieszkali studenci, którzy byli w korporacji endeckiej. Mnie mieczyk podarowali i przekonywali. A ja ten mieczyk do szuflady schowałem. Mnie interesowało ogólnie państwo i dlaczego takie kłótnie są. I tak było do wojny.

Wybuchła wojna. Pierwsze wrażenia to były takie: słuchałem radia i taki komunikat był, że w Niemczech rewolucja, Berlin zbombardowany, koniec wojny przed nami –tak podało radio Wilno. Dlaczego? Dlatego, że Wilno miało się nie bronić, chodziło o to, żeby zabytki uratować, żeby nie tracić tych zabytków. I taki komunikat wydano, żeby ludność była spokojna.

I ja szczęśliwy wybiegłem, pędzę, takie jakieś puste ulice, pies biegnie i ja krzyczę do niego: „Adolf, do nogi!, Adolf do nogi!” Pędzę, a ulice puste, i dobiegam przez Mickiewicza do ulicy Wileńskiej. Patrzę – rowery, wózki, toboły – wszystko w jedną stronę, w tamtą stronę zmierza. Pytam: – A dokąd to, dokąd? – A na Litwę. – A czemu? – Bolszewicy już pod Wilnem! Jak nóż w pierś. W strasznym stanie szedłem, myślałem sobie: Jak to, nie bronią Wilna? Jak to możliwe? Wróciłem, położyłem się. Roniłem łzy do poduszki. Usnąłem.

Rano słyszę: dudu, dudududu, dudududu! Zerwałem się szybko, zarzuciłem na siebie szkolny mundurek. Wybiegłem na ulicę. Wyskoczył Ziutek, mój kolega. – Ziutek, bronią się nasi! – i pobiegliśmy. Biały Zaułek, Połocka zaraz, a przedłużenie Połockiej to trakt Batorego na Mińsk i na skrzyżowanie Krzywego Koła. Działko było ustawione poniżej.

W zasadzie to ja do dzisiaj nie wiem, kto to był, czy to żołnierze, czy podchorążacy jacyś, no ale w każdym razie kilku ich było przy tym działku i podbiegliśmy do nich, chcemy się bronić. A oni mówią: – No to przyłączcie się do nas! W podwórzu są wozy taborowe, broń, granaty, weźcie i przyłączcie się. My pobiegliśmy na podwórko. Wzięliśmy granaty, do kieszeni po granacie, karabiny amunicją załadowaliśmy. No i jeszcze zapasową amunicję do kieszeni – i co mamy robić? – Idźcie pod spód. A tam był wzdłuż ulicy taki rów głęboki z cembrowiną. – Pod cembrowinę, i rzucajcie granaty, jak będą czołgi rosyjskie jechały! I my rzucaliśmy te granaty stamtąd.

W pewnym momencie słyszymy, że działko nie strzela. Patrzymy: jeden zabity, jeden ranny, a inny żołnierz mówi: – Chłopaki, rzucajcie broń i chodu! Ale nam szkoda było broni, więc pod mostkiem nad tym rowem schowaliśmy broń. I myślimy: my uczniowie, to nam nic nie zrobią. I idziemy sobie, ale nas zgarnęli pod płot. Stoimy. Oficer z naganem, a nas rewidują. Rewidują, a ja sobie uświadomiłem, że mam w kieszeni magazynki z nabojami.

Akurat koło mnie stał z chlebem taki Leszek Piekur, który tam zaraz mieszkał. To była rodzina bardzo zaprzyjaźniona z moją. I ja mówię – a staliśmy z rękami do góry: Leszek, przesłoń mnie troszeczkę. I on lekko przesunął się. A ja za niego, rękę do kieszeni, a w płocie szczeliny między deskami są, za nimi ogródek. I ja te naboje wyjąłem, powyrzucałem to wszystko; zrewidowali – nie znaleźli. Puścili. I idziemy dalej, ale znowu nas zgarnęli i pod bagnetami prowadzili. Wtedy właśnie te żony naszych nauczycieli, bo widziały nas, jak my tam broniliśmy się, wyskoczyły w tych chustach, i to był ratunek właściwie od Boga. Nie wiem, dlaczego tak się stało.

Mówił Pan o torturach w więzieniu stalinowskim.

To było bicie! – i to tylko po ranach. Tylko po ranach. Po prostu nie dawali mi wiary, że jestem bandytą. A ja wiedziałem, że to jest jedyny ratunek. Mówiłem, że spotkałem na plaży chłopaków, wypiliśmy, porozmawialiśmy, namówili mnie. I że ich w ogóle nie znam.

Bicie trwało około tygodnia, ale nic nie puściłem, nic. W czasie bicia jeden zaglądał, poznałem go, że to jest nasz partyzant. Zaglądał i – myślę sobie – przekaże, że ja nie poddałem się, nie ujawniam niczego. Wiedziałem, że on to przekaże. I byłem twardy cały czas.

Jeden z nich, jak został ze mną, mówi: mam do ciebie słabość, twardy jesteś. I mówi: krzycz. Moja ręka była na stole, on walił po tym stole, a ja krzyczałem. Pomyślałem sobie: on najstraszniej wygląda, dziobaty taki, a ma ludzkie serce. Zastanawiałem się, czy on chce coś ze mnie jeszcze wyciągnąć. Ale, myślałem, chyba wie, że mu się nie uda. I nie wyciągnęli. Ale bili po ranach, a później wrzucili do piwnicy. Wody nic, śledź solony, gangrena, wszystko czarne, a tu zaraz serce.

To było najgorsze bicie, jakie miałem. Litwini tak nie bili. Jak byłem aresztowany przez gestapo, to Litwini bili. Ale oni bili w miękkie części. Ja sobie tak pomyślałem. Kazali rozebrać się, spodnie spuszczać. Spuszczałem i myślę sobie, gdzie najlepiej, żeby bili – w miękkie miejsca, żeby kości nie połamali. Grzeczniutko kładłem się, oni walili. Przychodziło się do celi, to każdy chciał popatrzeć, jak to wygląda. Kim ja jestem, czy rzeczywiście mnie bili. To w te miękkie miejsca. A ci więźniowie, którzy opierali się, to bili wtedy wszędzie. Ja taką taktykę przyjąłem, uważam, że dobrą. To nie było takie bardzo bolesne i dało się wytrzymać.

Co myśli człowiek prowadzony na takie przesłuchanie? Boi się bardzo?

Nie ma ludzi, którzy się nie boją. Po prostu trzeba myśleć. Ja starałem się zawsze myśleć i myśleć analitycznie. To znaczy: co o mnie wiedzą, co mówić, jak się zachowywać. I po prostu nigdy nie myślałem, że ja jestem niezłomny. Postanawiałem wytrzymać ten raz. Wytrzymywałem. Następnym razem znowu. Bo jak pomyśli się, że to może pół roku tak trwać – to jak ja wytrzymam? A ja za każdym razem analizowałem siebie i stwierdzałem, że jeszcze mogę wytrzymać. I zawsze wytrzymywałem.

A lęk przed bólem?

Ja to miałem opanowane troszeczkę, bo z kolegą ćwiczyliśmy się, przed wojną jeszcze, kto dłużej rękę nad świecą utrzyma. I przez takie właśnie różne rzeczy myśmy się tak jakby przygotowali do tego wytrzymywania bólu. Po prostu trzeba myśleć o czymś innym, nie o tym, gdzie boli. O czymś innym trzeba myśleć. Zmusić się do tego, żeby oddzielić, a poza tym, że ten ból nie trwa wiecznie. Że to są tylko jakieś strefy czasowe, takie, że poboli, poboli i przestanie. To wszystko dawało się wytrzymać. To nie jest takie straszne.

Gorsza była ta piwnica?

To też nie. Dlaczego? Bo ja cały czas traciłem przytomność, nie wiedziałem, kiedy dzień, kiedy noc i ile ja tam jestem. Nie wiedziałem nic, ale dopóki myśl działa analitycznie, nic o mnie nie wiedzą, nic nikogo nie wydałem, czułem się, że jestem wolnym człowiekiem. Pod tym względem, że ja zachowuję wszystko co cenne, co bym mógł wydać – to zatrzymuję w sobie. I to daje siły. To właśnie daje siły, bo jeśli człowiek przestanie wierzyć w siebie, to może się załamać. A ja się nie załamałem.

Uważam, że wielu takich ludzi postępowałoby tak jak ja, i w śledztwie chyba tak jak ja postępowali. Dlatego nie załamali się. To nie jest jakieś bohaterstwo. To jest obrona innych, ale i siebie.

Życie jest piękne, a ja byłem już skłonny popełnić samobójstwo podczas ujęcia mnie. Kilka razy tyraliery po mnie przechodziły i nie widziały mnie. Ja miałem pistolet przystawiony do głowy, odbezpieczony, do oporu cisnąłem. Ale tyraliera przechodziła. Zabezpieczałem. Następna, trzecia, czwarta tyraliera szła, już się ściemniało. Ja wtedy, jakieś 15 minut wcześniej, pomyślałem: ciemno się robi, nie znaleźli mnie, to znaczy, że mam żyć. To niebo zadecydowało; mam bezwzględnie żyć, co będzie, to będzie.

I spojrzałem na zegarek, a zegarek cyferblat miał fosforyzowany. No i teraz ciemno się robi, idzie jeszcze jedna tyraliera, a ja nie zasłoniłem zegarka. I ostatniemu żołnierzowi, który szedł, to błysnęło. I od razu strzelił. No i teraz tak: cegły, brud, to wszystko. A to rykoszetem poszło, tak to że tu przybiło, tu przybiło, a to wszystko było brudne: kawałki cegły, brud. Dokumenty zakopane miałem, bo jak miałem samobójstwo popełnić, to zakopałem, żeby nie doszli, kim jestem. No i od razu mnie stamtąd wyciągnęli. Najpierw opatrunki, potem do Szczecina przywieźli, no i właśnie wrzucili do tej piwnicy. Jeszcze chciałem skoczyć z mostu, jak przejeżdżali przez Odrę. Później mnie przywieźli do Szczecina i mówią: – Chciałeś skoczyć. Ja na to: – Tak, chciałem, ale zdecydowałem, że będę, że trzeba żyć.

Zakładał Pan Solidarność w Głubczycach.

Tak, jak przyjechałem tutaj, zawsze włączałem się we wszystko. Rodzice na Wybrzeżu nie dostali do końca mieszkania – cały czas w tym jednym pokoiku. To była zemsta za mnie, ten pokoik. A ja, jak przyjechałem tu, włączałem się we wszystkie zrywy. Jak zaczęły się te na Wybrzeżu, kiedy powstawała Solidarność w ‘80 roku, byłem akurat u rodziców we Wrzeszczu, przy ulicy Dworcowej. Właśnie był strajk w stoczni. Chodziłem, chleb nosiłem, nie mogłem się włączyć, bo mnie nikt nie znał. I wiedziałem, że mnie nie wolno się włączać. Bo ja mam tę przeszłość, że podałem się za bandytę; więc nie chciałem do nich nawet wchodzić, ale byłem.

Zaraz później, jak tam utworzyła się Solidarność, rozdawali materiały do założenia Solidarności. Ja wziąłem ten cały plik, jak zakładać – gotowe formularze, wszystko. Przywiozłem tutaj. I zaraz zacząłem zakładać. I namawiałem lekarzy, żeby przewodniczyli komisji zakładowej Solidarności w służbie zdrowia. Nikt nie chciał. Nikt nie chciał.

I ja widząc, że nikt nie chce, zacząłem myśleć, czy ja mogę. I doszedłem do wniosku, że muszę. Bo przecież chodzi o liczbę, chodzi o to, żeby ściągnąć miliony. Trzeba. Więc zakładałem, ale zapraszałem i organy bezpieczeństwa, i wszystkie tutejsze władze na nasze zebrania. Niech widzą. Mówiłem, że chcemy demokratyzacji, że chcemy zmiany tego wszystkiego na bardziej ludzkie. Ale że jesteśmy za socjalizmem, za sojuszami. Tak mówiłem, bo tak musiałem mówić.

No i przewodniczyłem, przewodniczyłem, byłem w we władzach powiatowych. Czułem, jak to wszystko dochodzi do momentu krytycznego. Widziałem, jak oni się przygotowują, jak już szpitale przejmują, przygotowują do przyjęcia rannych. Widziałem, co się dzieje.

Poza tym mnóstwo osób przychodziło: „proszę mnie wykreślić, proszę mnie wykreślić”. Ja mówię – nie mam takiej władzy, żeby wykreślać, proszę napisać króciutko: proszę o wykreślenie mnie; podpisać. Ja na komisję zakładową wezmę, komisja podejmie uchwałę i wtedy mogę skreślić. Uciekały wszystkie wtyki, wszystkie wychodziły z tego.

Ostatnie zebranie tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego było w Opolu, w jakimś nietypowym miejscu, nawet nie wiem w tej chwili, gdzie to było. Pełno ludzi, kobiety krzyczą: – Co oni chcą, co oni chcą z nami zrobić, my ich pałkami, pałkami wybijemy, powywieszamy! Ja myślę sobie: prowokacja. Przecież to jest prowokacja! Czułem, że to tuż, tuż przed ich decyzją o wszczęcie przeciwko Solidarności tego, co oni tam zaplanowali.

Późno wyszedłem, już nie było autobusów, musiałem pójść na rogatki. Samochody jechały w jedną stronę, w drugą wojsko, wojsko, wojsko. Myślę sobie: tak jak w ‘39 roku, stan wojenny tuż, tuż. A ja ostatnio, jak były wybory, to nie dałem się wybrać do tego powiatowego, bo widziałem, że to wszystko prowokacja. – No, panie Markiewicz, jak to pan nie chce? – A ja mówię: nie! Ja nie kandyduję. Myślę sobie: dosyć mam tego! Mam obowiązki, mam rodzinę; tyle lat straciłem. I nie pozwoliłem się wybrać.

Przyjechałem do Głubczyc i jak wszystkich zabrali, szedłem ulicą i naprzeciwko szedł przewodniczący miejskiej rady narodowej i jeszcze dwóch. – Panie Markiewicz, a pana nie zabrali? – Nie – mówię. – A Pan nie był członkiem? – Nie pozwoliłem siebie wybrać. Patrzyli na mnie zdumieni, że mnie nie aresztowali.

A jak Pan przyjął informację o tym, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem?

Ja o tym wiedziałem grubo wcześniej. W Gdańsku mieszkał mój kolega szkolny. Pracował w biurze projektów budowy okrętów; bywałem u niego gościem. Pytał mnie: – Na kogo będziesz głosować? – No, na Wałęsę. A on mi na to: – Słuchaj, my wiemy, kto to jest, nie głosuj na niego. – Jak to nie? On jest przywódcą, muszę na niego głosować.

A potem byłem na zebraniu w Opolu. Na spotkaniu z Wałęsą w „Okrąglaku”. I patrzyłem na niego: siedzi za stołem prezydialnym, a tu jakaś nauczycielka zabrała głos, krzyczy na komunę, na to, na tamto. On: – Jak pani nazwisko? Ona mówi nazwisko. – Będzie pani posłem. No, myślę sobie. To przecież kim on jest? Ktoś inny też głos zabrał: – Będzie pan senatorem. A ja myślę sobie: przecież on gra, to widać od razu. I już wiedziałem, kto to jest.

Tak samo z Frasyniukiem. Ktoś się dzisiaj dziwi. A Frasyniuk, jak wszędzie czytałem, słuchałem – nieuchwytny, nieuchwytny; oni głosili, że Frasyniuk jest nieuchwytny. Polują na niego wszędzie, a on jest nieuchwytny. Zastanawiałem się, czemu go tak windują. I pojechałem do Wrocławia syna odwiedzić, studiował na politechnice. Przyjechałem do Wrocławia, wysiadłem na dworcu i wsiadam do tramwaju. A oni ogłaszali nawet, że on prawdopodobnie za kobietę się przebiera. I patrzę, jakiś rudzielec wsiada. Przyglądam mu się – przecież to mężczyzna, i do tego źle ucharakteryzowany. Patrzę – milicjanci stoją, patrzą na niego, i nic. Myślę sobie: to ich człowiek. To ich człowiek. Jak potem mówiłem o tym swoim, nikt mi nie wierzył.

Teraz – pierwsze wybory ‘89 roku przy kościele, nie wiem w tej chwili, jaki to kościół w Opolu. Jestem na tych pierwszych wyborach i przychodzi Frasyniuk. Ja siedzę przy oknie, stół prezydialny ode mnie o gdzieś 2 metry, a ja przy oknie, a on tam siedzi. Patrzę: Frasyniuk. I myślę sobie: będę się w niego wpatrywał, zaniepokoję go. I tak patrzę ostro na niego; teraz ja już nie mam takiego wzroku, ale wtedy miałem ostry wzrok. I nie odrywam od niego oczu. A on popatrzył tak na mnie raz, drugi raz i widzę – zaniepokoił się. Myślę sobie: no, masz czego się niepokoić, bo wiem, kim ty byłeś. Ale przecież ja nie mam żadnych dowodów, to tylko moje wyczucie. Moje wyczucie i nikt nie powie, żeby on po tamtej stronie był. A on był po tamtej stronie. Tak samo jak i Wałęsa. Tak to jest.

Co jest najważniejsze w życiu?

Być w zgodzie z sobą, z prawdą, z Bogiem. Każdy jest grzeszny, nie ma ludzi bezgrzesznych, ale Boże miłosierdzie jest wszechogarniające. I w zasadzie to Bóg nas prowadzi. My tylko potrafimy coś tam analizować, myśleć, chcieć czegoś, ale to Bóg nas prowadzi.

Życie to jest niesamowite; mnóstwo wszystkiego. Nie da się tego w ogóle opowiedzieć. To jest tyle spraw, które się czasem zapomina, znowu się przypomni, to sen jakiś przypomni, ta książka mi przypomniała wiele rzeczy, które już zapomniałem. Najważniejsze to jest być sobą, człowiekiem wolnym, czuć w sobie wolność.

Dlaczego ja w więzieniu czułem się wolny przez te siedem i pół roku? A dlatego, że zachowałem wszystkie tajemnice w sobie. Wy nic nie wiecie o tym, tylko ja wiem. Poza tym miałem ze sobą złoty pierścionek. Ten złoty pierścionek przechowywałem w paście od zębów. Między innymi, bo czasem w innych miejscach. Tak jak jest tubka, to tam na końcu tej tubki był pierścionek. Czasem wydobywałem jako rzecz, o której nikt nie wie, nawet współwięźniowie. W nocy brałem ten pierścionek, popatrzyłem: jestem człowiekiem wolnym, mimo że jestem na bloku izolacyjnym. Tylu was, tyle krat, tyle wszystkiego, ale ja jestem wolny. Tęsknię do moich rodziców, do wszystkich moich bliskich, do moich kolegów, ale jestem wolny i wytrzymam. I tak było, tak było…

W wigilię Bożego Narodzenia wrzucono mnie do karca. Do karca w zimie – przecież zimno! Ja całą noc biegłem. A dlaczego biegłem? Biegłem, żeby zachować ciepło, żeby nie położyć się, żeby nerek nie uszkodzić. Całą noc biegłem i wytrzymałem. Ale żałuję, że tylu kolegów nie wytrzymało, na przykład jeden z Poznańskiego.

Byli dwaj bracia. Jeden z nich zapoznał Francuza, który ich zapraszał do restauracji, na kielicha. To był agent francuski. I on, jak kogoś zapraszał, a ten ktoś mu podał nazwisko, to zapisywał go jako agenta. Chciał mieć jak najwięcej takich agentów, żeby Francuzi powiedzieli: dobry, tylu zwerbował. Został aresztowany i wysypał wszystkich tych rzekomych agentów. Ze mną siedział starszy z braci, Lech, i martwił się o młodszego brata. – Poszedłem, mówi, na kielicha, porozmawiałem, a teraz z nas wielkich szpiegów zrobiono. A Janusz, mój brat, nic z tym wspólnego nie miał, a siedzi.

Ten Lech zachorował, chyba na zapalenie płuc. I dali go do karca, od razu. Jak ktoś chory, to go zaraz do karca. Nakazaliśmy mu, żeby bielizny nie zdejmował, pod spód prześcieradło daliśmy, opatuliliśmy. Ale już nie wrócił, zmarł. Spotkałem jego brata Janusza we Wrzeszczu na Wajdeloty. Uścisnęliśmy się, pyta, gdzie mieszkam. Mówię, że tutaj, tu są moi rodzice. Zaprowadził mnie do swojej narzeczonej. Okazało się, że Janusz studiuje. On i Lech byli synami właścicieli apteki w miasteczku, którego nazwa wypadła mi z pamięci. Musiałem mu opowiadać, jak to było, jak siedziałem z Lechem, jak dzieliliśmy się paczkami, jak opatulaliśmy go do tego karca.

No i właśnie – jeden wytrzyma, drugi nie wytrzyma. On nie wytrzymał, ale był chory. I tak mi było przykro przed tym Januszem, ale opowiedziałem mu o tym wszystkim. Później on miał aptekę właśnie we Wrzeszczu, ale ja tam nie zachodziłem, nie chciałem go sobą absorbować.

Nauczyłem mojego wnuka Maćka grać w szachy, żeby nauczył się myśleć, analizować, że nie wszystko jest prawdą. Trzeba odróżniać prawdę od nieprawdy. Trzeba umieć analitycznie myśleć. I nigdy się nie poddawać.

Mówię mu: nie wyjdzie ci w jednym wypadku, to myśl dalej, jak to zrealizować. Idź zawsze do przodu i nie myśl, że czekają cię same sukcesy. Muszą być i porażki, i sukcesy. Porażką nie przejmuj się, zmobilizuj się, myśl i idź do przodu.

Tak właśnie go uczyłem i on to realizuje. To, co mu mama mówiła i co ja mu mówiłem.

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” znajduje się na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Troska o demokrację. Na naszych oczach dokonuje się opisana przez Orwella zmiana znaczenia powszechnie używanych słów

Dziś zatroskani o demokrację używają tego słowa na określenie rządów niewybieranej, uzurpatorskiej grupy, traktującej siebie jako jaśnie oświeconych i wszechwiedzących przewodników ludzkości

Zbigniew Kopczyński

Widmo troski o demokrację krąży po Europie. Troszczą się o nią wszyscy na wszelkie możliwe sposoby, tak że w powstałym mętliku trudno zorientować się, co jest, a co nie jest demokratyczne. (…)

W Stanach wygrał Trump i od razu zaczęło się wykazywanie, że wygrał jedynie dzięki specyficznemu systemowi wyborczemu, a więc niedemokratycznie. Przypomina mi to metody stosowane przez komunistycznych propagandzistów udających dziennikarzy. Metoda była prosta: wynik wyborów mnożono przez frekwencję wyborczą i wychodziło, że wybranego prezydenta popiera nieco ponad dwadzieścia procent Amerykanów – obraza demokracji. W demoludach frekwencja wynosiła prawie 100% i tyluż głosowało na komunistów – demokracja wzorcowa. (…)

Gdy europejskie elity – o wątłym mandacie demokratycznym – postanowiły zmienić traktat nicejski na szumnie zapowiadaną konstytucję dla Europy, zarządziły przyjęcie tejże konstytucji przez poszczególne państwa członkowskie w drodze referendum. Z wyjątkiem Niemiec, gdzie referendum jest niedopuszczalne. Ku zaskoczeniu elit, społeczeństwa Francji i Holandii, krajów założycieli Unii, zachowały się niedemokratycznie i większością głosów odrzuciły ten dokument. Troszczący się o demokrację uznali, że wobec tak nieodpowiedzialnego zachowania się wyborców nie ma mowy o uznaniu ich decyzji. (…)

Na naszych oczach dokonuje się, opisana przez Orwella, zmiana znaczenia powszechnie używanych słów. Tak jak Ministerstwo Miłości oznaczało u niego policję polityczną, a Ministerstwo Prawdy – cenzurę, tak diametralnie zmienia się znaczenie demokracji. Nie są to już, jak sądzili ludzie od ponad dwóch i pół tysiąca lat, zgodnie z greckim znaczeniem tego słowa rządy ludu, gdzie rządzący realizują wolę obywateli.

Dziś zatroskani o demokrację używają tego słowa na określenie rządów swoich, rządów niewybieranej, uzurpatorskiej grupy, traktującej siebie jako jaśnie oświeconych i wszechwiedzących przewodników ludzkości, a zwykłych obywateli jak ciemną masę wymagającą odpowiedniego wychowania, dla której można czasami coś dobrego zrobić, lecz której nie można traktować poważnie.

 

Cały artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Troska o demokrację” znajduje się na s. 12 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Troska o demokrację” na s. 12 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Nigdy nie myślałem, że jestem niezłomny. Postanawiałem wytrzymać teraz. Wytrzymywałem. Wielu ludzi postępowało tak samo

Dopóki myśl działa analitycznie, nic o mnie nie wiedzą, nic, nikogo nie wydałem, czułem, że jestem wolnym człowiekiem. Pod tym względem, że wszystko co cenne, co bym mógł wydać – zatrzymuję w sobie.

Krzysztof Skowroński
Marian Markiewicz

Marian Markiewicz – wilnianin, żołnierz AK, więzień gestapo w czasie wojny, władzy ludowej po wojnie, założyciel Solidarności w Głubczycach – opowiada o tym, na czym polega wolność i jak to się stało, że zachował ją we wszystkich przeciwnościach długiego życia. Wysłuchał Krzysztof Skowroński.

(…) nie mogli ze mnie nic wydobyć, wrzucili do piwnicy. Nie wiem, ile tam byłem dni i nocy. Dostałem gangreny, lało się ze mnie wszystko, traciłem przytomność, odzyskiwałem i cały czas myślałem, co teraz może mnie uratować.[related id=34812]

A postanowiłem żyć. Pomyślałem sobie: przecież słyszę samochody, gdzieś jeżdżą. I zacząłem krzyczeć. Jak samochody jeżdżą, to i ludzie przechodzą chodnikami. No i krzyczałem. Zdarłem sobie gardło. Odzyskiwałem świadomość i znowu krzyczałem. Dawali mi tylko śledzia solonego i wody nic, do picia nic. I pomyślałem: aha, rzucili mnie – albo umrę, albo przyznam się na stracenie. No i właśnie te krzyki spowodowały, że kiedyś otwieram oczy, a stoją jakieś dwie postacie nade mną i jedna do drugiej mówi: – I wy dziwicie się, że on krzyczy? On umiera. A ten ktoś mówi: – To leczcie. A ten odpowiada: – W tych warunkach nie ma żadnego leczenia.

Dopiero wzięli na szpitalkę taką ubowską, pilnowany tam byłem, zaczęto leczyć. Goić się zaczęło wszystko, wszystko zgniłe mi powycinali. Pokazywali mi, każdy pytał: – Czy to bolało? A mnie nic prawie nie bolało, bo to wszystko było zgnite. A zgnite to już nie boli. I przeżyłem, ale dostałem 15 lat więzienia. Prokurator żądał kary śmierci.

W wyszedłem po siedmiu i pół latach. Siedem i pół lat siedziałem na bloku izolacyjnym, gdzie ani ołówka, ani niczego, cztery ściany i nic. Wyszedłem jako półanalfabeta.

Jak szliśmy na spacer, to jak na takim stołku między kratami siedział strażnik i otwierał te kraty, a śniadanie było zawinięte w gazetę, to się zwijało to śniadanie i później ten zatłuszczony papier gazetowy szedł od celi do celi. Stukało się Morsem, że mamy wiadomości. I tam ktoś wyciągał rękę, a myśmy mieli kamuszek ze spaceru, przywiązywaliśmy do nitki z siennika, no i wyrzucaliśmy, oni łapali i od celi do celi ten kawałek zatłuszczony szedł, żeby czytać, co się dzieje. Byliśmy odcięci od świata. (…)

Nie ma ludzi, którzy się nie boją. Po prostu trzeba myśleć. Ja starałem się zawsze myśleć i myśleć analitycznie. To znaczy: co o mnie wiedzą, co mówić, jak się zachowywać. I po prostu i nigdy nie myślałem, że ja jestem niezłomny. Postanawiałem wytrzymać teraz. Wytrzymywałem. Następnym razem znowu. Bo jak pomyśli się, że to może pół roku tak trwać – to jak ja wytrzymam? A ja za każdym razem analizowałem siebie i stwierdzałem, że jeszcze mogę wytrzymać. I zawsze wytrzymywałem. (…)

Życie jest piękne, a ja byłem już skłonny popełnić samobójstwo podczas ujęcia mnie. Kilka razy tyraliery po mnie przechodziły i nie widziały mnie. Ja miałem pistolet przystawiony do głowy, odbezpieczony, do oporu cisnąłem. Ale tyraliera przechodziła. Zabezpieczałem. Następna, trzecia, czwarta tyraliera szła, już się ściemniało. Ja wtedy, jakieś 15 minut wcześniej, pomyślałem: ciemno się robi, nie znaleźli mnie, to znaczy, że mam żyć. To niebo zadecydowało; mam bezwzględnie żyć, co będzie, to będzie.

I spojrzałem na zegarek, a zegarek cyferblat miał fosforyzowany. No i teraz ciemno się robi, idzie jeszcze jedna tyraliera, a ja nie zasłoniłem zegarka. I ostatniemu żołnierzowi, który szedł, to błysnęło. I od razu strzelił. No i teraz tak: cegły, brud, to wszystko. A to rykoszetem poszło, tak to że tu przybiło, tu przybiło, a to wszystko było brudne: kawałki cegły, brud. Dokumenty zakopane miałem, bo jak miałem samobójstwo popełnić, to zakopałem, żeby nie doszli, kim jestem. No i od razu mnie stamtąd wyciągnęli. Najpierw opatrunki, potem do Szczecina przywieźli, no i właśnie wrzucili do tej piwnicy. Jeszcze chciałem skoczyć z mostu, jak przejeżdżali przez Odrę. Później mnie przywieźli do Szczecina i mówią: – Chciałeś skoczyć. Ja na to: – Tak, chciałem, ale zdecydowałem, że będę, że trzeba żyć. (…)

Włączałem się we wszystkie zrywy. Jak zaczęły się te na Wybrzeżu, kiedy powstawała Solidarność w ‘80 roku, byłem akurat u rodziców we Wrzeszczu, przy ulicy Dworcowej. Właśnie był strajk w stoczni. Chodziłem, chleb nosiłem, nie mogłem się włączyć, bo mnie nikt nie znał. I wiedziałem, że mnie nie wolno się włączać. Bo ja mam tę przeszłość, że podałem się za bandytę; więc nie chciałem do nich nawet wchodzić, ale byłem.

Zaraz później, jak tam utworzyła się Solidarność, rozdawali materiały do założenia Solidarności. Ja wziąłem ten cały plik, jak zakładać – gotowe formularze, wszystko. Przywiozłem tutaj. I zaraz zacząłem zakładać. I namawiałem lekarzy, żeby przewodniczyli komisji zakładowej Solidarności w służbie zdrowia. Nikt nie chciał. Nikt nie chciał.

I ja widząc, że nikt nie chce, zacząłem myśleć, czy ja mogę. I doszedłem do wniosku, że muszę. Bo przecież chodzi o liczbę, chodzi o to, żeby ściągnąć miliony. Trzeba. Więc zakładałem (…)

Tak samo z Frasyniukiem. Ktoś się dzisiaj dziwi. A Frasyniuk, jak wszędzie czytałem, słuchałem – nieuchwytny, nieuchwytny; oni głosili, że Frasyniuk jest nieuchwytny. Polują na niego wszędzie, a on jest nieuchwytny. Zastanawiałem się, czemu go tak windują. I pojechałem do Wrocławia syna odwiedzić, studiował na politechnice. Przyjechałem do Wrocławia, wysiadłem na dworcu i wsiadam do tramwaju. A oni ogłaszali nawet, że on prawdopodobnie za kobietę się przebiera. I patrzę, jakiś rudzielec wsiada. Przyglądam mu się – przecież to mężczyzna, i do tego źle ucharakteryzowany. Patrzę – milicjanci stoją, patrzą na niego, i nic. Myślę sobie: to ich człowiek. To ich człowiek. Jak potem mówiłem o tym swoim, nikt mi nie wierzył.

Teraz – pierwsze wybory ‘89 roku przy kościele, nie wiem w tej chwili, jaki to kościół w Opolu. Jestem na tych pierwszych wyborach i przychodzi Frasyniuk. Ja siedzę przy oknie, stół prezydialny ode mnie o gdzieś 2 metry, a ja przy oknie, a on tam siedzi. Patrzę: Frasyniuk. I myślę sobie: będę się w niego wpatrywał, zaniepokoję go. I tak patrzę ostro na niego; teraz ja już nie mam takiego wzroku, ale wtedy miałem ostry wzrok. I nie odrywam od niego oczu. A on popatrzył tak na mnie raz, drugi raz i widzę – zaniepokoił się. Myślę sobie: no, masz czego się niepokoić, bo wiem, kim ty byłeś. Ale przecież ja nie mam żadnych dowodów, to tylko moje wyczucie. Moje wyczucie i nikt nie powie, żeby on po tamtej stronie był. A on był po tamtej stronie. Tak samo jak i Wałęsa. Tak to jest. (…)

Dlaczego ja w więzieniu czułem się wolny przez te siedem i pół roku? A dlatego, że zachowałem wszystkie tajemnice w sobie. Wy nic nie wiecie o tym, tylko ja wiem. Poza tym miałem ze sobą złoty pierścionek. Ten złoty pierścionek przechowywałem w paście od zębów. Między innymi, bo czasem w innych miejscach. Tak jak jest tubka, to tam na końcu tej tubki był pierścionek.

Czasem wydobywałem, jako rzecz, o której nikt nie wie, nawet współwięźniowie. W nocy brałem ten pierścionek, popatrzyłem: jestem człowiekiem wolnym, mimo że jestem na bloku izolacyjnym. Tylu was, tyle krat, tyle wszystkiego, ale ja jestem wolny. Tęsknię do moich rodziców, do wszystkich moich bliskich, do moich kolegów, ale jestem wolny i wytrzymam. I tak było, tak było.

W wigilię Bożego Narodzenia wrzucono mnie do karca. Do karca w zimie – przecież zimno! Ja całą noc biegłem. A dlaczego biegłem? Biegłem, żeby zachować ciepło, żeby nie położyć się, żeby nerek nie uszkodzić. Całą noc biegłem i wytrzymałem. (…)

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” znajduje się na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Jan Bogatko z Sankt Petersburga/ Wojna nie zniszczyła substancji miasta. Powiedziano mi, że zniszczyła ludzi, nie mury

Wspomnienie o Witoldzie Iwickim, kapłanie, który poznał totalitaryzmy: carski, komunistyczny i narodowosocjalistyczny, i oddał dobrowolnie życie za bliźniego, podobnie jak Maksymilian Maria Kolbe.

Jan Bogatko

 

Moi dziadkowie mieszkali w Petersburgu przez kilka miesięcy w roku. W jednym z domów niedaleko Fontanki, przy najkrótszej ulicy w ówczesnej stolicy imperium. Nazywa się Mała Sadowa i liczy 175 metrów długości. Zamknięta dla ruchu, ma kilka kawiarń i pomniki …kotów. Jeśli wcelujesz w jednego z nich, to spotka cię szczęście, opowiada się. Ciekawe, nie widać żebraków czyhających na odbijające się od ścian monety. Przyczyna tkwi chyba nie tyle w niekorzystnym kursie rubla, co w braku żebraków w Petersburgu w ogóle. (…)

Nie tylko moi dziadkowie mieszkali w Petersburgu. Mieszkał tu i pracował także stryj mego ojca, Witold Iwicki. Był on proboszczem jednej z dwu parafii katolickich w Petersburgu – św. Stanisława, Biskupa i Męczennika.

Witold Iwicki, wilnianin, syn powstańca roku 1863, Teofila Bronisława Iwickiego i Celiny Antoniny z Białłozorów, po uzyskaniu matury w wileńskim gimnazjum, w 1902 roku wstąpił do seminarium duchownego w Petersburgu, gdzie otrzymał w 1907 roku święcenia kapłańskie. Jako kapłan wcześnie naraził się carskim władzom. Na żądanie premiera Rosji, Piotra Stołypina, metropolita mohylewski musiał usunąć ks. Iwickiego z pełnionych funkcji w Mozyrzu. (…)

Aresztowany jako zakładnik we wrześniu 1920 roku, był więziony w Moskwie. Jego proces wywołał szczególny rozgłos. W marcu 1921 roku w drodze wymiany wrócił z Rosji do niepodległej Polski, szczęśliwie unikając zsyłki do bolszewickiego łagru lub stracenia. Tak polski kapłan poznał drugi totalitaryzm – komunistyczny.

17 września Pińsk zajęli Sowieci, a po wybuchu wojny Hitlera ze Stalinem miasto znalazło się pod kolejną okupacją – z kolei niemiecką. Tak polski kapłan poznał trzeci totalitaryzm: narodowo-socjalistyczny.

I tego nie dane mu było już przeżyć. 22 stycznia 1943 roku zamordowano go w Janowie Poleskim jako zakładnika po akcji AK na więzienie w Pińsku. Przed egzekucją darowano mu życie. Z zeznań świadka Jana Pietraszka: „Wskazując na niego (naczelnika stacji kolejowej w Pińsku), ks. prał. Iwicki powiedział, że on ma żonę i dzieci i żeby on został zwolniony, a ja poniosę śmierć”.

Proces beatyfikacyjny Witolda Iwickiego jest w toku.

Cały felieton Jana Bogatki, pt. „Białe noce” – jak co miesiąc, na stronie „Wolna Europa” „Kuriera Wnet”, nr sierpniowy 38/2017, s. 3, wnet.webbook.pl.

Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku Radia WNET na falach Radia Warszawa (106,2 FM) i Radia Nadzieja z Łomży (103,6 FM) oraz na www.radiownet.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Jana Bogatki pt. „Białe noce” na s. 3 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Niecodzienna lekcja historii – w Smolnicy: na koniach, w otoczeniu pięknych lasów, z wieloma imprezami towarzyszącymi

Każda z imprez plenerowych w Smolnicy to zwyczajem organizatorów przedstawienie kolejnego ważnego epizodu związanego z naszą historią. W tym roku poświęcona była 100. rocznicy bitwy pod Krechowcami.

Tadeusz Puchałka

Za nami kolejna, wyjątkowa impreza plenerowa, której pomysłodawcą i organizatorem od wielu lat jest Piotr Kulczyna – leśniczy, podróżnik, rozkochany w koniach miłośnik historii… Postać to nietuzinkowa, a wszystko, czego się złapie, ma sens i głębokie historyczne przesłanie. Każda z imprez plenerowych organizowanych w Smolnicy to zwyczajem organizatorów przedstawienie kolejnego ważnego epizodu związanego z naszą historią. Jest to spektakl w plenerze połączony z wieloma atrakcjami, od crossu na koniu, w którym trzeba pokonać około 30 km, na konkursach i zabawach skończywszy.

Pokonując szereg naturalnych przeszkód terenowych, zawodnicy oraz ich czworonożni partnerzy wystawiani są na dużą próbę. Na trasie biegu zawodnicy mierzą się nie tylko z wysiłkiem fizycznym, ale także konieczne jest wykazanie się sporą wiedzą historyczną. (…)

Fot. Tadeusz Puchałka

Zawodnik wypełnia kartę uczestnictwa w biegu. Przygotowanie konia, jego kondycja, to podstawowe wymogi. Organizator zaleca wzmocnione podkucie konia hacelami. Na trasie biegu obowiązuje całkowity zakaz galopowania. Wskazana jest pełnoletność, lecz osoby niepełnoletnie mogą też uczestniczyć za zgodą rodziców i w towarzystwie osoby dorosłej oraz w ochronnym nakryciu głowy. Dobrze mieć ze sobą kompas, zegarek, obowiązkowo – telefon komórkowy, dopuszcza się użycie urządzeń GPS.

Wokół tego wielkiego plenerowego święta toczy się wiele imprez, jest kuchnia polowa, można także wybrać się na wycieczkę specjalnie przygotowanymi wozami i w towarzystwie przewodnika zwiedzić przepiękne trasy biegnące ścieżkami Nadleśnictwa Rybnik. Dla najmłodszych przewidziano gry, zabawy i konkursy z nagrodami.

Stałym punktem programu każdej „Kawaleryjki” jest rekonstrukcja bitwy, która co roku daje możliwość przeżywania innego epizodu historycznego. Tym razem, jak wynikało z tematu tegorocznej imprezy, była okazja prześledzenia szarży I Pułku Ułanów pod Krechowcami.

Na koniec organizatorzy wręczyli zwycięzcom nagrody i jak co roku, historyczna impreza niepostrzeżenie zmieniła swoje bardzo poważne oblicze, stając się rodzinnym piknikowym spotkaniem przy ognisku.

Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Plenerowa lekcja historii” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Plenerowa lekcja historii” na s. 10 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Harcerska sztafeta pokoleń pod krzyżem na Wesołej. Przesłanie ks. dr. hm. RP Jana Mauersbergera z sierpnia 1942 roku

Uprawiam swój umysł i wolę. Chcę myśleć jasno, logicznie, działać celowo, konsekwentnie. Ćwiczę i uprawiam moje ciało i zmysły. Uzdalniam je do życia duchowego. Do rozumnej służby Bogu i Ojczyźnie.

Stanisław Florian

Pod koniec maja 85-letnia Maria z d. Zawierucha i jej sąsiedzi, państwo Lisowie, zaczęli przygotowania do odświeżenia krzyża rodzinnej pamięci, który od 1922 r. stoi między przysiółkami Wesoła i Lipnik w Kobylej Górze pod Ostrzeszowem na obrzeżach Wielkopolski.

Po rozmowie z dyrektorką Gimnazjum im. Powstańców Wielkopolskich w Kobylej Górze, Ewą Kubiak, pani Zawierucha postanowiła zainteresować akcją miejscowych harcerzy. (…)

W przerwach prac pani Maria opowiedziała pomocnikom o swoich harcerskich przygodach po II wojnie światowej. Wywieziona w 1940 r. wraz z rodzicami na roboty przymusowe w głąb Niemiec, po wyzwoleniu przez Amerykanów w 1945 r. trafiła do obozu tymczasowego w Hildesheim. Tam została zaprzysiężona do drużyny „Żurawi”, działającej w Chorągwi „Bałtyk” Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech. Przed przysięgą otrzymała przedrukowane za zgodą Komendy Głównej ZHP w Niemczech „Prawo Harcerskie. Komentarz” księdza Jana Mauersbergera.

Pieczołowicie przechowywaną do dziś książeczkę harcerską pani Zawierucha pokazała kobylagórskim druhom. (…)

Dziesięciopunktowe Prawo Harcerskie zapisane w książeczce pani Marii w dwóch punktach różni się od obowiązującego w Związku Harcerstwa Polskiego. Punkt pierwszy brzmiał dawniej: „Harcerz służy Bogu i Polsce i sumiennie spełnia swoje obowiązki”. Dziś – „Harcerz sumiennie spełnia swoje obowiązki wynikające z „Przyrzeczenia harcerskiego”. Ostatni punkt został zmieniony w tym roku, 8 kwietnia, podczas XXXIX Zjazdu Nadzwyczajnego ZHP, w ten sposób, że słowa „nie pali tytoniu i nie pije napojów alkoholowych” zastąpiono zwrotem – „jest wolny od nałogów”. (…)

Ten historyczny dokument harcerstwa polskiego, opublikowany w 1946 r. dla polskich harcerzy w Niemczech, warto przypomnieć. Komentarz ks. J. Mauersbergera do Prawa Harcerskiego został datowany na sierpień 1942 r., a 12 sierpnia Harcmistrz Rzeczypospolitej Polskiej zmarł w Konstancinie. (…)

Jestem pożyteczny. Nie marnuję sił i czasu na jałową krytykę, próżne słowa i bezmyślne lub niezdrowe rozrywki. Każdą pracę wypełniam sumiennie w duchu służby. Pracuję z zamiłowaniem i umiejętnie. Przez pracę zwiększam dobro w mojej Ojczyźnie i na świecie. (…)

Mam być narzędziem Boga. Bezinteresownym sługą sprawy. Obrońcą bezbronnych uciśnionych. Mam stać na straży honoru Polski. Obca mi jest wszelka podłość i krętactwo. Nie ugnę się wobec przemocy. Nie sprowadzi mnie z drogi ani groźba, ani żądza sławy, ani zysk. (…)

Jestem karny wewnętrznie. Na zewnątrz opanowany i skupiony. Nade wszystko szanuję prawo. Prawo Boże i prawo moralne. Umiem słuchać. Chętnie, rozumnie i dokładnie wypełniam rozkaz. Umiem być poddany – wyrzec się własnej woli, o ile tego żąda: Ojczyzna, rodzice, zwierzchnicy. (…)

Mam być bojownikiem bez kompromisu. Walczyć o czystość, podniosłość, szlachetność obyczajów w Polsce. O supremację ducha, idei, woli nad materią, zmysłowością, użyciem. Walczyć będę z naturalizmem, rozwiązłością, która powstała wskutek odejścia od Boga i od tradycji polskiej i panuje dziś wszędzie: w sztuce, w literaturze, w rozmowach, w zachowaniu się, w ubraniu, w dogadzaniu sobie, w wygodnictwie, w zmysłowości, kulcie ciała, deprawując charakter narodowy polski.

Mam jasno określić i tworzyć prawy, szczery, jasny, dzielny i czysty typ chłopca i dziewczyny polskiej, który życie swoje czerpie z wiary i z tradycji polskiej najpiękniejszej: filomatów i szkół rycerskich. Wolny jestem od wszelkich nałogów, zwyrodnienia i nienaturalności, które wyniszczają ducha i ciało młodzieży.

W tym duchu prawa i w poczuciu odpowiedzialności za duszę narodu i za jego przyszłe losy podejmuję pracę nad sobą. Pogłębiam wiedzę, kształcę charakter, krzepię ducha i serce w nieustannym, radosnym wysiłku budowania Polski według myśli i woli Chrystusa.

Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „Harcerska sztafeta pokoleń pod krzyżem na Wesołej” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Stanisława Floriana pt. „Harcerska sztafeta pokoleń pod krzyżem na Wesołej” na s. 5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl