Rosja carska czy sowiecka, pozostaje Rosją. Wyhodowano kolejne rosyjskie monstrum. Grzech zaniechania się multiplikuje

Specnaz rosyjski walczy w Donbasie. Rosja wysyła pomoc humanitarną, czyli uzbrojenie. Czeka teraz spokojnie na całkowitą destabilizację państw UE. Terroryści islamscy mają je rzucić na kolana.

Jadwiga Chmielowska

Nieprzeprowadzenie dekomunizacji w krajach postsowieckich spowodowało, że skutki odczuwane są do dziś, po prawie 30 latach od przemian lat 89–90 XX wieku. Organizacje niepodległościowe chciały w latach 1990– 91 powołania trybunału do osądzenia komunizmu i jego zbrodni. Była nawet proponowana nazwa „Norymberga 2”. Najaktywniejsi byli w tym działaniu Estończycy. Mieli wtedy mocne wsparcie Litwinów (Liga Wolności Litwy) i Polaków (Solidarność Walcząca), ale też Łotyszy, Gruzinów i innych zniewolonych narodów.

Tymczasem rządzący sprawili, że z byłymi komunistami obchodzono się łagodnie jak ze zgniłym jajkiem. Zamiast je wyrzucić, pozwalano, by gniło dalej i roztaczało smród. W Polsce dopiero teraz weszła w życie ustawa o zmianie nazw ulic byłych komunistycznych zbrodniarzy. (…)

W komunizmie bolszewickim istniała toporna cenzura, w zachodnim komunizmie autocenzura poprawności politycznej. W jednym i drugim systemie komunistycznym zmieniano siatki pojęć na nieprzystające.

W krajach sowieckich, jak słyszeliśmy: ‘ludowa sprawiedliwość’ czy ‘ludowa demokracja’ – wszyscy wiedzieliśmy, o co chodzi. Byliśmy i jesteśmy zaszczepieni przed ideologicznym bakcylem. W wolnych społeczeństwach było to zupełnie nie do pomyślenia. Każdy bowiem wiedział, co to demokracja. Tak samo nie rozumiano, co to jest Związek Sowiecki i traktowano Rosję Sowiecką jako normalne państwo. Poważnie.

Dopiero Reagan właściwie ją zdiagnozował: „Imperium zła”. I było to faktycznie imperium zła. Obficie finansowało nie tylko komunistyczne partie na całym świecie, ale też wszelkiego rodzaju terrorystów. Nie tylko różne Czerwone Brygady czy gangi Baader-Meinhoff, ale też bojowników palestyńskich i arabskich terrorystów. W komunistycznej PRL przechodzili szkolenia i odpoczywali, a w broń zaopatrywała ich Czechosłowacja. Taka była specjalizacja „demoludów”.

Obywatele Związku Sowieckiego składali się na finansowanie światowego terroryzmu. Związek Sowiecki również nie został osądzony, tak jak Niemcy po 1945 roku. Zbrodnie komunistyczne dokonane na ludności cywilnej, chociaż dziesięciokrotnie większe niż nazistowskie, też nie zostały osądzone. Sprawcy nie trafili za kratki tak jak hitlerowcy. W III RP, choć katom z lat 1945–56 udowodniono winę, nikt nie trafił do więzienia. Dalej na Zachodzie bycie komunistą nie jest kompromitujące. (…)

Przypomnijmy raz jeszcze, kto wysyłał w świat terrorystów w latach 70. i 80. XX wieku, kto wysadzał bloki z własnymi obywatelami, kto dokonywał zamachów terrorystycznych i zrzucał winę na Czeczenów, kto później głosił potrzebę koalicji antyterrorystycznej i ogłupił Obamę? Teraz świat ma ulec islamofobii i pogrążyć się w wojnie religijnej. Gdziekolwiek się spojrzy, tam widać moskiewski ślad.

Moskale nie cofną się przed niczym, taka jest ich istota.

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Grzech zaniechania” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Grzech zaniechania” na s. 2 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

‘Demos’ to lud po grecku, po łacinie ‘populus’. Demokrata to mąż stanu, populista – łobuz. Tak uważają żonglerzy słowami

Władza sądownicza, niewybieralna, antydemokratyczna, zaczęła się wypychać przed władzę ustawodawczą i wykonawczą. Ma to miejsce we wszystkich krajach Zachodu, jest więc sterowane z jakiejś centrali.

Lech Jęczmyk

Nowokomuniści stwierdzili, że rewolucje i walki na barykadach to nie jest dobry pomysł i zaproponowali „drogę przez instytucje”, to znaczy wchodzenie do istniejących instytucji i stopniowe ich opanowywanie. Taktyka ta przyniosła imponujący sukces.

W walce przeciwko cywilizacji chrześcijańskiej szczególną rolę przyznano obok edukacji sądom. W Stanach Zjednoczonych symbolicznie dokonano oddzielenia prawa pisanego (a więc zmiennego) od prawa naturalnego, czyli boskiego, skuwając z budynków sądów wyobrażenia Mojżeszowych kamiennych tablic. Odtąd kamień miał być zastąpiony papierem. Jednocześnie w tradycyjnym trójpodziale władzy władza sądownicza, niewybieralna, antydemokratyczna, zaczęła się wypychać przed władzę ustawodawczą i wykonawczą. Ma to miejsce we wszystkich krajach Zachodu, jest więc sterowane z jakiejś centrali. Nic dziwnego, że polska próba przywrócenia sądom ich właściwego, tradycyjnego miejsca w trójpodziale władzy wywołała wściekłość nie tylko w kraju, ale i w anonimowej centrali, zagrażając budowanemu od dziesięcioleci gmachowi Nowego Porządku w budowie.

Tłumy rozwścieczonych, starszawych niewiast, przewalających się – czasem dosłownie – po ulicach, wydają z siebie okrzyki, w których powtarzają się słowa „demokracja” i „konstytucja”. Warto się zastanowić nad ich sensem – lub w formie krzyku bezsensem. (…)

[K]rzykliwi obrońcy konstytucji zapewne jej nie czytali, bo to stwór potworkowaty, spłodzony naprędce przez dwie konkurujące grupy masonów. Mówi się, że w gronach specjalistów stanowi ona pośmiewisko. Jest takie powiedzenie:

Lepiej mieć dobry rząd i kiepską konstytucję, niż dobrą konstytucję i kiepski rząd.

Jest też oczywiście wariant, że ma się kiepski rząd i kiepską konstytucję, ale to przecież prawie niemożliwe.

Cały artykuł Lecha Jęczmyka pt. „Sądokracja i jej przeciwnicy” znajduje się na s. 5 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Lecha Jęczmyka pt. „Sądokracja i jej przeciwnicy” na s. 5 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Termin ‘społeczeństwo otwarte’ nie znaczy nic konkretnego, służy tylko dowartościowaniu jednych i piętnowaniu drugich

Autorzy niefortunnej nazwy ‘społeczeństwo otwarte’ nie pisali o otwarciu granic europejskich i wcale nie chodziło im o otwarcie społeczeństwa zachodniego na wpływy islamu. O tym w ogóle nie było mowy.

Andrzej Jarczewski

‘Otwarte społeczeństwo’, ‘otwarta Europa’, ‘otwarty dialog’ – to częste terminy w nowszym obrocie medialnym. Należą do kategorii pojęć niejasno zdefiniowanych, które zmieniają swe znaczenie w zależności od doraźnych potrzeb, a w końcu przekształcają się w symulakry, czyli w nazwy bytów mniemanych. Na naszych oczach dzieje się to z ‘otwartym dialogiem’. Ta nazwa nie ma już nic wspólnego z dialogiem. Stała się synonimem monologu i hejtu.

Gdy filozofowie definiowali pojęcie nowoczesnego ‘społeczeństwa otwartego’ w kontraście do ‘społeczeństwa plemiennego, magicznego’, mieli na myśli szlachetną utopię, w której syn robotnika może zostać profesorem, córka chłopa – sędzią, a każdy ma prawo do osobistych decyzji. Tworzyli koncepcję społeczeństwa drożnego, czyli takiego, w którym wewnętrzne ścieżki awansu są otwarte dla każdego. W tym również otwarte są drogi do najwyższych urzędów politycznych. (…)

Zauważmy, że coś takiego, jak „społeczeństwo otwarte” w przyrodzie nie występuje. Ale istnieje coś, co można nazwać „społeczeństwem zamkniętym”. Wystarczy uznać np., że ‘rozum’ jest sprzeczny z katolicyzmem, ‘wolność’ z przyzwoitością, a ‘braterstwo’ z rodziną, i już ideologia gotowa. Trzeba tylko zebrać, ukraść lub wyspekulować kasę na jej wdrażanie. Oczywiście – żadne „społeczeństwo otwarte” z tego się nie urodzi. Będzie nowy totalitaryzm, ale za to… jak ładnie nazwany! Serce Europy już jest otwarte. Teraz szamani ostrzą noże i szykują mocną operację. (…)

[W]yraźnie odróżniamy dobrze rozpoznane pojęcie politologiczne: ‘społeczeństwo obywatelskie’, a także np. ‘społeczeństwo cywilne’ od mydelniczki z napisem ‘społeczeństwo otwarte’. Bo ta ostatnia nazwa to typowe symulakrum, wyraz, który udaje nazwę czegoś rzeczywistego. Ów termin symuluje rzeczywistość i zakrywa nieistnienie nazywanych przez siebie faktów! Wprowadzenie w życie – oczywiście po trupach opornych – wizji „społeczeństwa otwartego” w istocie wytworzy europejskie społeczeństwo niedrożne, czyli takie, w którym nieposłuszne osoby i nieposłuszne narody będą wykluczane i karane za trwanie przy własnych wartościach. A w tak ogromnej i tak zróżnicowanej społeczności, jaka zamieszkiwać będzie Stany Zjednoczone Europy, utrzymywanie posłuszeństwa możliwe będzie tylko za pomocą terroru!

Cały artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Operacje na otwartym” znajduje się na s. 3 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Operacje na otwartym” na s. 3. wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

W moim rodzinnym Sieradzu ulica, na której mieszkałem, zmieniła nazwę z 23 Stycznia na Ks. Apolinarego Leśniewskiego

Wspaniały ksiądz, pozostaje we wdzięcznej pamięci sieradzan do dziś. Świat księdza oraz jego parafian opierał się na pojęciach i wartościach jednoznacznych i nie budzących wątpliwości.

Henryk Krzyżanowski

Obie nazwy łączy rok 1945. W styczniu skończyła się okupacja niemiecka, a w marcu ksiądz Apolinary został proboszczem sieradzkiej Kolegiaty, zamienionej przez Niemców na magazyn zboża.

Ksiądz infułat Leśniewski był postacią wybitną pod wieloma względami – uczestnik młodzieżowej konspiracji niepodległościowej w Galicji i absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, budowniczy i dyrektor katolickiego liceum we Włocławku, wychowawca kleryków w seminarium (jego podopiecznym był Prymas Tysiąclecia, później z ks. Leśniewskim zaprzyjaźniony), kapelan Powstania Warszawskiego, długoletni proboszcz sieradzki, przez dwa lata więziony przez komunistów. Wspaniały ksiądz, zawsze chętny do pomocy ubogim (czego moja rodzina doświadczała przez wiele lat), pozostaje we wdzięcznej pamięci sieradzan do dziś. Łatwo o nim opowiadać, bo świat księdza oraz jego parafian opierał się na pojęciach i wartościach jednoznacznych i nie budzących wątpliwości.

Nie da się tego powiedzieć o świecie, który nadciągnął od wschodu 23 stycznia 1945 roku. Zajęcie opuszczonego przez Niemców miasta poprzedził nalot sowieckich bombowców, militarnie niepotrzebny, a kosztujący życie około stu sieradzan. W nowej rzeczywistości zaczęto bezceremonialnie zmieniać znaczenia słów. Te, zdawałoby się, pozytywne, jak wolność, sprawiedliwość, demokracja, własność czy bezpieczeństwo nagle straciły swój sens, a niektóre zaczęły budzić lęk. (…)

Można snuć domysły, jak potoczyłyby się losy Polski i Kościoła, gdyby Sowieci nie przynieśli tu absurdalnej ideologii, a jedynie relapolitik w stylu pierestrojki z lat osiemdziesiątych. No, ale to już historia alternatywna. W historii rzeczywistej Kościół wyszedł z konfrontacji z komuną wzmocniony, a ks. Apolinary Leśniewski został po latach patronem mojej ulicy w Sieradzu.

Cały artykuł Henryka Krzyżanowskiego pt. „Ulica Dobrej Zmiany” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Henryka Krzyżanowskiego pt. „Ulica Dobrej Zmiany” na s. 2. wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Anioły to stworzone istoty duchowe, rozumne i o wolnej woli, doskonałe, nieśmiertelne, obdarzone najwyższym intelektem

Nie mają ciała ani nie są żadną materią, dlatego jakiekolwiek ich realne przedstawienie wydaje się niemożliwe. Ich ziemskie wizerunki muszą więc być tylko tworami artystycznej o nich wyobraźni.

Barbara Maria Czernecka

Postacie anielskie widnieją w herbach wielu krajów i królestw, bywają też symbolami niektórych narodów. Święty Michał Archanioł był i jest patronem Izraela i wielu innych państw, w tym Cesarstwa Rzymskiego, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier, Rusi Kijowskiej. W Fatimie, tuż przed objawieniem Maryi, trójce tamtejszych dzieci ukazał się Anioł Portugalii. Swojego Anioła Stróża mają także Polacy. Jego objawienie się w Przemyślu 3 maja 1863 roku poświadczył bł. ksiądz Bronisław Markiewicz, założyciel Michalitów, którego centrum jest przy Sanktuarium w Miejscu Piastowym na Podkarpaciu w powiecie krośnieńskim.

W każdym słynniejszym mieście czuwa charakterystyczna postać ze skrzydłami. W Berlinie na Kolumnie Zwycięstwa stoi taka figura zwana Złotą Elzą. W jedynej zachowanej miejskiej bramie w Bratysławie znajduje się Święty Michał Archanioł. Postać Archanioła Gabriela jako Pomnik Tysiąclecia góruje nad placem Bohaterów w Budapeszcie.

W Królewskich Muzeach Sztuk Pięknych w Brukseli przeraża wręcz obraz Pietera Bruegla starszego, zatytułowany: „Upadek zbuntowanych aniołów”. Złoty posąg Archanioła Michała nad centrum kijowskiego „Majdanu Niezależności” dzierży tarczę i miecz ognisty. Przed pałacem Buckingham w Londynie z pomnika Skrzydlatej Wiktorii w stronę Green Parku spogląda Anioł Sprawiedliwości, a na Motherhood patrzy Anioł Prawdy. Ponad angielską doliną Team stoi Anioł Północy z szeroko rozpostartymi skrzydłami, jako zwiastun kulturalnej i ekonomicznej nadziei.

Na tympanonie Teatru Opery i Baletu we Lwowie wdzięczą się aniołowie będący alegoriami muzyki, dramatu i sławy. Anioły i cheruby otaczają Wniebowziętą Najświętszą Maryję Pannę w oficjalnym herbie Mińska, stolicy Białorusi. Na moskiewskim Kremlu wznosi się Sobór Błagowieszczeński, zdobiony anielskimi ikonami będącymi dziełami Teofana Greka i Andrieja Rublowa. „Białym Aniołem Moskwy” nazywana była, już za swego życia uznawana za świętą, Księżna Elżbieta Romanowa. (…)

 

Aniołowie występują w starodawnych księgach tajemnych. Wzmiankowani są w Talmudzie czy Pasterzu Hermesa. Judaistyczna Kabała zawiera spis wszystkich aniołów zamieszkujących siedem niebios. Tym duchowym istotom nie oparli się nawet starożytni pisarze i filozofowie na miarę Homera, Orygenesa, Platona, Sokratesa. Awicenny, Augustyna z Hippony. (…)

Tematyka anielska nieobca była naszym rodzimym artystom. Najwięcej przedstawień tych nieziemskich istot zapełnia polskie kościoły. W Tumie pod Łęczycą romańscy aniołowie występują w najstarszych zachowanych na naszych ziemiach ściennych malowidłach, a nawet stanowią rzeźbiarską podstawę służek sklepiennych. Dwaj sześcioskrzydli serafini adorują Chrystusa w tęczy mandylionu ukazanego w Sakramentarzu Tynieckim, jednej z pierwszych ksiąg w Polsce. Aniołowie iluminują także karty Złotego Kodeksu Gnieźnieńskiego. Zostali wyryci w złoconym srebrze na dwunastowiecznych naczyniach liturgicznych z Trzemeszna. Licznie występują na portalach średniowiecznych świątyń, w jeszcze większej liczbie – przy ołtarzach, kolumnach, sklepieniach, stallach, chórach, organach. Bizantyjsko-ruskimi wyobrażeniami tych uduchowionych postaci została ozdobiona z inicjatywy króla Władysława Jagiełły kaplica Świętej Trójcy na Zamku w Lublinie. Anioł-tarczownik pojawił się także na pieczęci jego pierwszej małżonki, św. Królowej Jadwigi. A ile tych niebiańskich figur jest w ołtarzu Wita Stwosza?

Aniołowie zdobią srebrną trumnę św. Wojciecha w katedrze gnieźnieńskiej. Z tego samego kruszcu odlane ich postaci podtrzymują relikwiarz św. Stanisława, biskupa i męczennika. Czuwają przy sarkofagach polskich królów. Latarnia Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu zwieńczona jest aniołkiem wznoszącym krzyż ponad koroną. Mało komu jest wiadome, że jego autorami są ludwisarz Arnold z Raciborza oraz złotnik Stanisław. Aniołów można się dopatrzeć także na wawelskich arrasach. (…)

Przerażające duchy fascynują wielbicieli talentu Zdzisława Beksińskiego. Metaforyczne przesłanie niosą anioły na obrazach współczesnej artystki Joanny Sierko-Filipowskiej. W kształcie anielskich postaci odlane są ze złoconego brązu lampy w licheńskiej bazylice. W tradycyjnej wersji mozaikowej autorstwa ojca Marko Rupnika, jezuity pochodzącego ze Słowenii, aniołowie pojawili się na ścianach Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!” w Krakowie-Łagiewnikach.

Co roku powstaje nowa figurka do kompletu „Anielskiej Orkiestry” z ćmielowskiej porcelany. Do unikatów należą aniołki z rodzimej ceramiki bolesławieckiej. Ciekawe i niepowtarzalne są anioły odlane ze szkła krośnieńskiego. Oryginalne ich wizerunki: drewniane, gliniane, gipsowe wychodzą z rąk ludowych twórców. Galerie handlowe oferują całą gamę przedmiotów z anielskimi motywami. Mnożą się w komputerowych grafikach. Zapewne wiele pomysłów na nie pozostaje jeszcze w głowach twórców.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Aniołowie” znajduje się na s. 10 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Aniołowie” na s. 10 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Kurier WNET” 39/2017, Piotr Plebaniak/ Stalin u bram Festung Warschau – Gloria victis czy victoribus? / CAŁY TEKST

35 000‒50 000 fatalnie uzbrojonych powstańców do 4 sierpnia zdołało przejąć kontrolę nad znaczną częścią miasta. Żadna realna pomoc nie nadeszła. Dalszy ciąg znamy wszyscy. Rozumieją tylko nieliczni.

Piotr Plebaniak

Stalin u bram Festung Warschau

Chyba jednak gloria victoribus, a nie victis

W dyskusjach toczonych przed powstaniem generałowi Leopoldowi Okulickiemu przypisuje się słowa: „Musimy zdobyć się na wielki, zbrojny czyn. Podejmiemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury walić się będą w gruzy i taka walka sprawi, że opinia świata wymusi na rządach przekreślenie decyzji teherańskiej, a Rzeczpospolita ocaleje”.

W maju 1965 roku były komendant główny AK generał Bór-Komorowski powiedział w wywiadzie z profesorami J.K. Zawodnym i J. Ciechanowskim:

Pytanie: Chodziło więc o pokazanie się światu?

Odpowiedź: Tak. Chodziło o walkę stolicy, która reprezentuje całość kraju. Dalej, zajęcie Warszawy przed wejściem Rosjan zmusiłoby Rosję do zdecydowania się aut, aut: albo nas uznać, albo siłą złamać na oczach świata, co mogło wywołać protesty Zachodu. Trudno było przewidzieć, czy Rosja będzie dążyła do złamania nas siłą.

9 grudnia 1944 roku komendant główny AK generał Okulicki napisał w liście do prezydenta Władysława Raczkiewicza:

„Potrzebny był czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata. Powstanie Warszawskie dobrze spełniło swoje zadanie”.

Jak wiemy ze współczesnej perspektywy, większość celów, dla których wszczęto powstanie, była nierealna politycznie (ustaleń Wielkiej Trójki cofnąć się nie dało) bądź militarnie. Jednak wywalczenie dla powstańców statusu kombatanckiego było sukcesem niewątpliwym i w sumie jedynym realistycznym.

Wystarał się o to m.in. generał Sosnkowski. W depeszy do Warszawy z 8 sierpnia pisał on: „Szturmuję o zrzuty [realne], status kombatancki [uzyskane], o pomoc spadochronową [nierealne] i lotnictwo [nierealne]”.

Ta lawina polskich roszczeń przypomina technikę manipulacji znaną jako „drzwiami w twarz”. Osoba manipulująca wpierw składa prośbę zawyżoną, aby skłonić ofiarę do spełnienia prośby znacznie mniejszej, o którą tak naprawdę chodziło.

Dodać tu należy, że akt kapitulacji powstańców, podpisany 2 października, sformułowano z głową. Jednoznacznie przyznawał żołnierzom AK status jeńców wojennych i wszystkie prawa należne takowym na mocy konwencji genewskiej. Oficjalne uznanie AK za część alianckich sił zbrojnych uchroniło ich od potwornego losu. Jest bardzo prawdopodobne, że bez tej „formalności” przeważyłby sowiecki punkt widzenia — w podobny sposób jak przy sprawie istnienia stanu wojny między Polską a ZSRS w 1939 roku.

Pamiętajmy przy tym, że ZSRS nie był sygnatariuszem międzynarodowych konwencji chroniących jeńców wojennych. Schwytani oficerowie polskiej armii nie byli dla Sowietów jeńcami wojennymi.

Z uwagi właśnie na tę okoliczność, a więc osiągnięcie (jedynego) realistycznie postawionego celu, ale także ze względu na stworzenie ważnego symbolu narodowego, który przez następne dziesięciolecia, niczym ziarno piasku rodzące perłę, konsolidował opór narodu przeciw zwierzchnictwu ZSRS (patrz s. 603‒604), powstanie warszawskie odniosło sukces.

Wojna, której nie było (tło historyczne)

Powstanie warszawskie to bardzo wielowątkowy i wielowarstwowy epizod polskiej historii. Aby dobrze zrozumieć ducha owej chwili i dylematy, przed jakimi stali polscy decydenci, musimy rozumieć szersze tło historyczne i geopolityczne tamtego momentu.

Zajęcie przez ZSRS Kresów Wschodnich w czasie ataku Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku było majstersztykiem Stalina — zarówno dyplomatycznym, jak i militarnym. O podziale Polski pomiędzy dwóch agresorów zdecydowano miesiąc wcześniej, kiedy to 23 sierpnia 1939 roku obie socjalistyczne dyktatury podpisały pakt Ribbentrop–Mołotow wraz z jego tajnym protokołem dzielącym Polskę na dwie strefy okupacyjne. Z punktu widzenia Japonii była to zdrada. Niemcy mieli z Japonią pakt antykominternowski (podpisany 29 listopada 1936 roku), do którego zresztą Polska była zapraszana.

To Stalin wykonał ruch, który skutecznie doprowadził do rozbicia tego paktu. 10 marca 1939 roku w transmitowanym przez radio przemówieniu na osiemnastym zjeździe partii zaprosił Niemcy do współpracy. Efektem porozumienia, które wkrótce nastąpiło, był wspomniany już pakt o nieagresji między dyktaturami — doraźny, gdyż dla obu stron było jasne, że choć oba mocarstwa się zbliżają, to kursem na zderzenie.

Na płaszczyźnie dyplomatycznej Stalin z sukcesem zrobił dokładnie to, co potrzeba, aby wkroczenie wojsk sowieckich nie było równoważne z aktem wojny z Polską. Jak wiemy, miało to później kolosalne znaczenie dla polskiego rządu na emigracji. Związek Sowiecki czekał ponad dwa tygodnie, aż armia polska utraci zdolność prowadzenia zorganizowanej obrony na wschodzie. W ten sposób oszczędzono sobie konieczności walki z silnym, zdeterminowanym przeciwnikiem i ograniczono straty własne.

Opóźnienie wkroczenia Armii Czerwonej na teren Polski miało jeszcze inne zalety. Stalin znakomicie zdawał sobie sprawę, że zaangażowanie się w walkę z jednym przeciwnikiem (Polską) tworzy zachętę do ataku dla innych. Zaatakowanie Polski równocześnie z Niemcami 1 września mogło wpłynąć na decyzję Japonii — pamiętajmy, że „zdradzonej” właśnie przez Niemców — o skierowaniu uwagi w kierunku ZSRS. Stalin sam wykorzystywał „pożar”, jednocześnie nie stwarzając okazji drugiemu przeciwnikowi.

W chwili podpisywania paktu Ribbentrop–Mołotow ZSRS był w stanie wojny z Japonią. Trwające od maja do sierpnia starcia zwane bitwą pod Chałchin-Goł miały swoje apogeum 20 sierpnia. Wtedy to dowodzący siłami sowieckimi Żukow uprzedził wielką ofensywę japońską. Pięć dni zaciętych walk przyniosło Japonii duże straty. W rezultacie 15 września podpisano rozejm wchodzący w życie 16 września. 17 września Sowieci, mając zneutralizowanych Japończyków, wkroczyli do Polski.

Postępek Niemiec, postrzegany przez Japończyków jako zdrada, miał dalsze konsekwencje. Gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy dokonały inwazji na ZSRS, stawało się jasne, że Japończycy nie zaatakują od tyłu i skierują uwagę na południe. Japończycy i Niemcy wyraźnie pokpili sprawę — ich współpraca jako sojuszników w wymiarze strategicznym istniała jedynie na papierze. To już w 1939 roku Japończycy zrazili się porażkami na Syberii i skierowali swoją uwagę na południe.

Gdyby Japonia ściśle współpracowała z Niemcami i „obrabowała płonący dom”, atakując ZSRS w krytycznym okresie 1941 roku, w czasie, gdy Niemcy byli już niemal na przedpolach Moskwy, cała II wojna światowa mogła potoczyć się zupełnie inaczej.

Inną istotną kwestią było uznanie przez państwa trzecie, ale też strony walczące, stanu wojny, jaki zaistniał między RP a ZSRS. Po inwazji Niemców 1 września 1939 roku ZSRS oznajmił, że uznaje państwo polskie za nieistniejące i przystępuje jedynie do stabilizacji regionu.

Tę wykładnię podchwycili Brytyjczycy, którzy w 1940 roku pragmatycznie uznawali ZSRS za państwo neutralne, a nie przeciwnika. Stałym elementem brytyjskiej polityki zagranicznej było takie wpływanie na układ sił w Europie, by uniemożliwić zmontowanie koalicji zdolnej do inwazji Wysp Brytyjskich. Jak zauważa Józef Mackiewicz, Brytyjczykom chodziło raczej o niedopuszczenie do przymierza Stalina z Hitlerem niż ochronę Polski. Stąd „tajny wówczas protokół [polsko-brytyjskiego paktu o wzajemnej pomocy z 25 sierpnia 1939 roku], który wykluczał obronę jej przed agresją inną niż niemiecka, a zatem nie zobowiązywał do obrony przed Sowietami”. Mackiewicz przytacza też fragment komunikatu ambasadora polskiego w Londynie Edwarda Raczyńskiego:

„Rosja Sowiecka i Polska zgodziły się [konwencja podpisana 3 lipca 1933 roku w Londynie] na definicję agresji, która określa wyraźnie jako akt agresji każde wdarcie się na terytorium jednej ze stron uzbrojonych wojsk drugiej strony. Osiągnięto również zgodę co do tego, że żadne względy natury politycznej, militarnej, gospodarczej lub inne nie mogą w żadnym wypadku służyć za pretekst lub usprawiedliwienie aktu agresji”.

Tutaj warto podkreślić często pomijane znaczenie obrony Westerplatte w roku 1939. Jak zauważa Bogusław Wołoszański, nie miała ona znaczenia militarnego, a „traktatowe”. Skłonność do wyłgania się z obowiązków sojuszowych zaprezentował brytyjski premier Neville Chamberlain, gdy na posiedzeniu rządu w marcu 1939 roku „uspokajał ministrów, że niemiecka agresja w Gdańsku nie będzie automatycznie oznaczać uruchomienia brytyjskich gwarancji i przystąpienia do wojny”. Wyjaśniał, że stanie się tak dopiero wtedy, gdy niemiecka akcja stanowić będzie zagrożenie dla bezpieczeństwa i politycznej niezależności Polski. Dodawał, że „to Brytyjczycy będą oceniać, co stanowi zagrożenie dla niepodległości Polski”.

Obrona Westerplatte powinna więc uruchomić system sojuszy, na których Polska oparła swoją obronę. Walka musiała być zacięta, aby dowieść, że to nie grupa dywersantów »hałasuje« w porcie, lecz państwo niemieckie zaczęło niewypowiedzianą wojnę. W dodatku musiała dostarczyć argumentów na tyle ważkich, aby brytyjscy politycy […] nie mieli szans stwierdzić, że tak nie jest”.

Konieczność potwierdzenia stanu wojny de iure nie wydawała się polskim decydentom istotna wtedy, gdy był na to czas. Swoje robiło też wojenne zamieszanie. Później nie dało się już tego zrobić bez narażania się na „śmieszność” i ze względu na postawę Brytyjczyków. To dlatego generał Sikorski, widząc w 1940 roku, że Polska ma dwóch wrogów, uznał dalekowzrocznie, iż z Ruskimi trzeba się jakoś dogadać. W rezultacie Polska wznowiła stosunki dyplomatyczne z ZSRS bez uprzedniego podpisania traktatu pokojowego. A jednocześnie jej sprzymierzeńcy udawali, że wojny nie było. Na podobnych zasadach rozstrzygnęła się kwestia lotu cywilnego czy wojskowego po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku. Zaangażowane strony wybrały wygodną dla siebie interpretację, a później — jak sama nazwa wskazuje — było za późno. Raz uruchomiona procedura była niemożliwa do cofnięcia.

Spekulacja: Gdyby w sierpniu 1944 roku Niemcom wodzował słynny z nieszablonowych posunięć chiński strateg Zhuge Liang, a nie Hitler, możliwe, że zrobiłby „numer” aliantom. Na zasadzie porozumienia bez słów (by nie kompromitować AK kolaboracją) umożliwiłby AK przejęcie Warszawy — nawet bez walki. Wywołane między sojusznikami zamieszanie byłoby wręcz fenomenalne.

Walczyć, aby zwyciężyć? Nie do końca!
Głębsze spojrzenie na cele zrywów narodowych

Antoni Wrotnowski tak relacjonuje rozmowę ze Stefanem Bobrowskim (1840‒1863), ówczesnym naczelnikiem miasta Warszawy, który opisywał cele przywódców sprzysiężenia szykującego powstanie styczniowe 1863 roku:

[…] w ostatnich miesiącach przed wydaniem hasła do powstania przystępowali do dzieła w złej wierze pod tym względem, iż sami nie łudzili się bynajmniej co do rezultatu krwawej awantury, w jaką kraj wtrącali — pomimo to jednak nie przestawali pociągać do swych szeregów zapewnieniami niewątpliwego nad Rosyą zwycięstwa. […] ostatecznie sami nie przeczyli, iż powstanie nie doprowadzi narodu polskiego do niezawisłego bytu państwowego. Gdy zaś pytano ich wtedy, dla czego chcą wywołać powstanie, które pokryje kraj gruzami i sprowadzi rozlew krwi najzupełniej bezużyteczny, a następnie terroryzm rosyjski — odpowiadali [miały to być słowa Bobrowskiego]: „iż rozlew krwi będzie właśnie bardzo użytecznym, że stał się nawet koniecznym wobec kompromisu z Rosyą, jaki margrabia przeprowadzić usiłuje. […] przewidujemy, że [stronnictwo konserwatywne] znużone agitacyą polityczną, prędzej lub później poprze margrabiego.

W naszem przekonaniu jest więc zagrożoną wierność dla sztandaru, przy którym stojąc wytrwale, naród polski niósł od lat stu niezliczone ofiary dla jasno wytkniętego celu, i żył wielkimi swemi ideałami. Tego zaś, aby przeważna większość narodu, przyjmując kompromis z Rosyą, odstąpić miała od rzeczonego sztandaru, nie możemy dopuścić za żadną cenę. Stanowcze i skuteczne zapobieżenie, aby ten kompromis nie mógł być przeprowadzonym, poczytujemy więc za nasz obowiązek względem idei polskiej i względem ojczyzny. Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełniamy ten obowiązek w przekonaniu, iż dla stłumienia naszego ruchu Rosya nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszona wylać rzekę krwi polskiej; ta zaś rzeka stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju, nie przypuszczamy bowiem, aby nawet za pół wieku naród polski puścił tę krew w niepamięć i aby wyciągnął rękę do nieprzyjaciela, który tę rzekę wypełnił krwią polską”.

Podobną sytuację wykreował David Brin w swojej powieści Listonosz. Przedstawia w niej sposób zmobilizowania własnych ludzi do zdeterminowanej walki z wrogiem. Bohater powieści celowo dodatkowo okalecza ciało ofiary zabitej właśnie przez przeciwnika:

Nic nie wypływało z poderżniętego gardła nieszczęsnej młodej kobiety. Gordon odpędził od siebie myśli o Tracy takiej, jaką znał krótko za życia — wiecznie radosnej i odważnej, pełnej lekko szalonego entuzjazmu dla beznadziejnego zadania, jakiego się podjęła. […] Ta mała banda hipersurwiwalistów zbyt się śpieszyła, by zabrać tradycyjne, makabryczne trofea. […] Przeciągnął zwłoki Tracy na bezwietrzną stronę żywotnika i wyciągnął nóż.

— Masz rację. Potrzebujemy gniewnych mężczyzn. Tracy i ja dopilnujemy, byś ich miał. […] Musimy rozwścieczyć te wołowe dupy, naszych farmerów, żeby chcieli się bić! A to jest jeden ze sposobów, których Dena i Tracy kazały nam użyć, jeśli będziemy musieli… […] Nie pozwolę ci zdradzić Tracy, Deny ani mnie przez twoje napady dwudziestowiecznej czułostkowości! A teraz zjeżdżaj stąd… panie inspektorze. — Głos Bokuto był ochrypły z emocji. — I pamiętaj, że masz dać mi pięć minut, zanim sprowadzisz pozostałych.

Skoro już jesteśmy przy fantastyce naukowej, trzeba wspomnieć o najlepszej, moim zdaniem, książce o zakulisowych intrygach i naukowym prowadzeniu rewolucji. Mowa o powieści Luna to surowa pani Roberta Heinleina. Stanowi ona retelling rewolucji amerykańskiej, w którym o niepodległość walczy kolonia rolnicza na Księżycu:

— Skoro oni mogą narzucić nam swoją wolę, to naszą jedyną szansą jest osłabienie ich woli. Dlatego m u s i e l i ś m y jechać na Terrę. Żeby ich skłócić. Żeby podzielić opinie. […] Przypuśćmy, że — jak zanosiło się pierwszego dnia — zaproponowano nam kuszący kompromis. Zamiast gubernatora ktoś w rodzaju tytularnego namiestnika, być może jeden z nas. Lokalna autonomia. Przedstawiciel w Wielkim Zgromadzeniu. Wyższa cena skupu ziarna na rampie wyrzutni plus premie za zwiększoną wysyłkę. Potępienie Hobarta i wyrazy ubolewania w związku z gwałtami i morderstwami oraz przyzwoite odszkodowania w gotówce dla rodzin ofiar. […] Załóżmy, że rokowania doprowadziłyby — mniej więcej — do tego, co opisałem. Czy w kraju zgodziliby się na to?

— Hmm… może.

— Według bardzo przybliżonej projekcji, przeprowadzonej tuż przed naszym startem, raczej bardziej niż „może”; tego właśnie trzeba było uniknąć za wszelką cenę — porozumienia, które wszystko załatwi, które zniszczy naszą wolę oporu, nie zmieniając żadnego ważnego czynnika w długoterminowej prognozie katastrofy.

Zmieniłem więc temat i zdławiłem tę groźbę w zarodku, wykłócając się o drobiazgi i obrażając ich w grzeczny sposób. Manuelu, ty i ja wiemy — i Adam wie — że wysyłka żywności musi się skończyć; tylko to ocali Lunę przed katastrofą. Ale czy wyobrażasz sobie farmerów od pszenicy walczących o przerwanie dostaw?

Niezależnie od historycznych okoliczności problem z rewolucjami jest taki, że toczy je garstka „ekstremistów”, a zwykli ludzie mają bardziej codzienne troski niż abstrakcyjne idee czy wolność, od której odwykli. Aby z kosmicznej podróży wrócić w to samo miejsce na Ziemi i do rzeczywistych wydarzeń, warto wspomnieć o perypetiach Józefa Piłsudskiego. Miał on zapewne na myśli chłodne powitanie jego legionów w odzyskującej wolność ojczyźnie, gdy wygłaszał swoje słynne powiedzenie „Naród wspaniały, tylko ludzie k…wy”.

Jak rozpoznać Ten moment?

Historia dostarcza wielką ilość przykładów na to, że zryw narodowy, aby miał szansę sukcesu, musi wybuchnąć w chwili, w której najeźdźca jest osłabiony lub zajęty własnymi kłopotami. Taka sytuacja miała miejsce w chwili wybuchu rewolucji amerykańskiej. Koniec wojny siedmioletniej (1756‒1763) zostawił Wielką Brytanię z olbrzymim przyrostem długu narodowego, wynikłym z kosztów walki zbrojnej i kwestią zarządzania nowo pozyskanymi terytoriami. Cięcie kosztów połączone z przykręceniem śruby w koloniach amerykańskich sprawiło, że bunt stał się nieunikniony.

Podobny wzorzec widzimy w procesie uzyskania niepodległości przez Indie. Ich moment przyszedł w chwili osłabienia Imperium Brytyjskiego pierwszą wojną światową. Gandhi, inicjator ruchu biernego oporu, który niczym reakcja łańcuchowa ogarnął ciemiężone przez Imperium Brytyjskie państwo, musiał rozmyślnie zdusić zryw, gdyż, nie licząc duchowej gotowości do odzyskania wolności przez naród indyjski, zbyt silne wtedy jeszcze Imperium zatopiłoby rebelię w morzu krwi. Kalkulacja powiodła się i kolejny moment słabości, po drugiej wojnie światowej, został należycie spożytkowany.

Jedynie dwa polskie zrywy narodowe w ciągu ostatnich trzystu lat zakończyły się sukcesem. Oprócz niedostrzeganej przez większość historyków kwestii, że inicjatorzy powstania mogą mieć cel inny niż zwycięstwo militarne, sukces wynikał nie ze szczególnej waleczności czy determinacji, ale z takiej, a nie innej sytuacji na arenie europejskiej. Pierwszym ze zwycięstw było powstanie wielkopolskie z roku 1806, możliwe dzięki zaangażowaniu Prus w wojnę z Francją.

Powstanie na tyłach nieprzyjaciela było dla Napoleona niezwykle korzystną okolicznością. Rozpoznawszy należycie sytuację „Obrabuj płonący dom” na terenie Wielkopolski, skutecznie wykorzystał powszechnie przejawiane nastroje patriotyczne Polaków i dzięki ich masowym dezercjom z pruskiej armii był w stanie doprowadzić do sformowania sił zbrojnych wystarczających do zwycięskiej rozgrywki. Efektem powstańczej wiktorii było utworzenie Księstwa Warszawskiego, którego istnienie zostało usankcjonowane jednym z postanowień traktatu tylżyckiego z roku 1807.

Drugie zakończone sukcesem powstanie wybuchło w Wielkopolsce 27 grudnia 1918 roku, tuż po upadku Niemiec i zakończeniu Wielkiej Wojny. Powstańcy szybko opanowali całą Wielkopolskę i już w styczniu 1919 roku wymusili modyfikację traktatu pokojowego podpisanego 11 listopada poprzedniego roku.

Powstanie wymierzone było we wroga, który ledwie parę tygodni wcześniej został całkowicie pokonany w kilkuletniej wojnie na wyniszczenie. W tamtym okresie Niemcy ogarnięte były zupełnym chaosem: ledwo uspokoiły się po socjalistycznej rewolucji listopadowej, w wyniku której zdetronizowany już wcześniej cesarz Wilhelm II abdykował i proklamowano państwo o ustroju republikańskim. O władzę rywalizowały dwie partie socjalistyczne, a armia niemiecka przestała się liczyć jako jakakolwiek realna siła. Czy w takich okolicznościach powstanie mogło się nie udać? Zwróćmy uwagę, w jak zupełnie innych warunkach wybuchło powstanie warszawskie!

Na marginesie: Rosjanie i Niemcy, niezależnie od „cichych dni” między sobą, zawsze zgodnie dbali o jedno — o to, by Rzeczpospolita nie stanowiła realnej siły, zagrażającej interesom zalegających po sąsiedzku mocarstw. Oba udane powstania wybuchły w chwilach, gdy zaborcy nie byli w stanie zdusić ich wybuchu ani działaniami prewencyjnymi, ani aktywną wzajemną pomocą. Powstaniom, które zakończyły się klęską, brakowało najważniejszego czynnika: chwilowego osłabienia zaborców.

Stalin u bram Festung Warschau

Najskuteczniejszą strategią wojenną jest odłożenie działań, aż dezintegracja morale przeciwnika sprawi, że zadanie śmiertelnego ciosu będzie możliwe i łatwe. (Lenin)

Z połową 1944 roku wojska sowieckie zbliżały się do linii Wisły. Niemcy trzymali pod kontrolą zachodni brzeg wraz z Warszawą. Dla polskiego rządu rezydującego w Londynie był to czas rozstrzygnięć. Na początku 1944 roku wiele wskazywało na to, że Polska znajdzie się w sferze wpływów Związku Sowieckiego. Choć nie znano ustaleń jałtańskich, już wtedy (z całą pewnością) w polskim dowództwie przeczuwano, że Amerykanie, a wraz z nimi Brytyjczycy, przehandlują Polskę Sowietom. Rząd w takiej sytuacji nie miał co liczyć na przejęcie władzy w „wyzwolonej” ojczyźnie. Gdyby jednak mieć fakt dokonany w postaci wyzwolenia Warszawy z rąk Niemców przez Armię Krajową, sytuacja mogła zmusić aliantów — czy też stworzyć warunki Brytyjczykom, bo stanowiska Stanów Zjednoczonych raczej nic by nie zmieniło — do wynegocjowania ze Stalinem lepszego układu dla Polski.

W lipcu 1944 roku dowództwo AK w Warszawie miało w rękach raporty z odbitych już Niemcom terenów przedwojennej Polski — były alarmujące. Za współpracę z Armią Czerwoną przy walce z Niemcami ugrupowania AK w Wilnie i we Lwowie były nagradzane masowymi aresztowaniami i zsyłkami. Kolejny Katyń wisiał w powietrzu. Generał Anders, który przeszedł przez moskiewską Łubiankę, miał powiedzieć w rozmowie z Churchillem: „W Warszawie są nasze żony i dzieci, ale lepiej niech zginą, niż miałyby żyć pod bolszewickim jarzmem”.

Rząd emigracyjny w Londynie, którego protesty alianci dusili w zarodku, miał częściowo związane ręce i bał się poniesienia odpowiedzialności za decyzję o wszczęciu powstania.

W końcu decyzję podjęli dowódcy przebywający w Warszawie. Dowództwo AK, ale także wszystkich należących do tej organizacji, czekało w najlepszym razie poniżenie, zaszczucie, przesłuchania i zsyłka, a w najbardziej prawdopodobnym — kula w łeb i do piachu.

Wszczęcie powstania oczywiście równało się wysłaniu podkomendnych na śmierć. Z ówczesnego punktu widzenia sprawa sprowadzała się do prostego do bólu dylematu: walka ze znienawidzonym okupantem i być może śmierć z bronią w ręku teraz… albo zdanie się na łaskę stojącego w pozycji siły Stalina pięć minut później. Należy pamiętać, że lipiec 1944 roku to niewiele ponad rok od ujawnienia sprawy Katynia. Wbrew emocjonalnej propagandzie osób oskarżających dowódców powstania o „przestępcze wymordowanie podkomendnych” zdanie się na łaskę Stalina mogło skończyć się tylko tak jak w Katyniu.

Za wszystko trzeba płacić!

Decyzja o wszczęciu powstania warszawskiego ma analogię z wietnamską ofensywą Tet z 1968 roku. Ta operacja stała się krytycznym momentem całej wojny, który przypieczętował nieuchronną klęskę Stanów Zjednoczonych. Wietnamski generał Võ Nguyên Giáp (1911‒2013), planując ofensywę Tet, z całą pewnością liczył się z dużymi stratami. W roku 1968 Amerykanie mieli przytłaczającą przewagę materiałową. Zgodnie z wykładnią wojny partyzanckiej Mao Zedonga czas, by ich zaatakować frontalnie, jeszcze nie nadszedł. W konfrontacji z amerykańską przewagą ogólnokrajowy zryw musiał równać się rzezi, a przynajmniej ciężkim stratom. Giáp zaakceptował taki bilans, aby osiągnąć zwycięstwo na płaszczyźnie politycznej. Z perspektywy post factum poświęcenie życia żołnierzy opłaciło się — choć ginący poświęcali swe życie dla innego celu, niż im powiedziano.

Analogiczną decyzję podjął Churchill w sierpniu 1940 roku, nakazując atak bombowy na Berlin. Musiał liczyć się z odwetem niemieckim, a wiele wskazuje na to, że celowo sprowokował niemieckie przywództwo. Te trzy epizody można podciągnąć pod wspólny mianownik poświęcenia części dla ratowania całości.

Jedynie w polskim kazusie decydenci doczekali się kampanii piętnującej ze strony własnych ziomków, choć to właśnie oni jako jedyni nie mieli absolutnie żadnej alternatywy — stali pod murem, i to praktycznie dosłownie. Ich zwycięstwo zostało osiągnięte w sferze moralnej. Stworzyli narodowy symbol, opłacony daniną krwi pokolenia kamieni rzuconych na szaniec, dumnie podpisany słowami „chwała zwyciężonym”.

Współcześnie ten narodowy symbol jest dewastowany w cierpliwie prowadzonej kampanii inspirowanej przez ideowo-politycznych następców tych, którzy w czasach PRL daremnie próbowali wtrącić w zapomnienie „ten przeklęty Katyń”.

Należy tu pogratulować skuteczności agentom wpływu (nazewnictwo Wladimira Volkoffa, autora tzw. teorii dezinformacji Volkoffa), realizującym polityczne i ideologiczne cele sił czekających za rzeką. Przykro jest jednak patrzeć na to, jak ochoczo i żenująco łatwo niektórzy kombatanci dali się wciągnąć do chóru… i śpiewają pieśni szkalujące symbol oporu zbudowany krwią swoich towarzyszy broni.

Choć wcześniej nie planowano powstania i zmagazynowana przez AK broń została wyszmuglowana z Warszawy, decyzję podjęto. Inną bezpośrednią okolicznością był rozkaz Hitlera o zamienieniu Warszawy w miasto-twierdzę. Ten rozkaz, wydany 27 lipca, nakazywał, by 2 sierpnia 100 000 warszawiaków stawiło się do prac fortyfikacyjnych.

Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania i z rozkazu generała Bora-Komorowskiego powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 roku. Siły 35 000‒50 000 fatalnie uzbrojonych powstańców, dzięki elementowi zaskoczenia, do 4 sierpnia zdołały przejąć kontrolę nad znaczną częścią miasta. Żadna realna pomoc nie nadeszła. Dalszy ciąg znamy wszyscy. Rozumieją tylko nieliczni.

O ile powstanie wymierzone było militarnie przeciw Niemcom, a politycznie przeciw Sowietom, to moralnie wymierzone było przeciw aliantom. Zaangażowane w rozgrywkę strony świetnie zdawały sobie z tego sprawę. Czy Sowieci mieli interes polityczny we wspieraniu powstania? Absolutnie nie. Ledwie kilkanaście dni wcześniej utworzyli konkurencyjny, marionetkowy rząd w Lublinie. Mieli też swoje ustalenia z Rooseveltem — strefy okupacyjne Niemiec były już wyznaczone, a „wyścig do Berlina” prowadzono tylko na użytek propagandy i morale żołnierzy.

Przede wszystkim po co Rosjanie mieliby pomagać w walce wymierzonej przeciw ich własnym wysiłkom zmierzającym do spacyfikowania Polaków? Transmitowane przez radio sowieckie zachęty do podjęcia walki, którym towarzyszyła obietnica wsparcia, miały jedynie funkcję podpuszczania. Stalin zdawał sobie sprawę, że wkroczenie do ogarniętej powstaniem Warszawy postawi go przed dylematem: albo będzie musiał uznać powstańców za siły alianckie, albo ich wyaresztować, rozbroić, a nierokujących na podporządkowanie się — rozstrzelać. A tego, w obliczu powstania, po cichu zrobić się już nie dawało. I tak źle, i tak niedobrze.

Gdy z końcem lipca Armia Czerwona zbliżała się do lewobrzeżnego przedmieścia, sowieckie rozgłośnie zachęcały AK w audycjach radiowych do rozpoczęcia powstania i walki z hitlerowskim okupantem. Mimo że po trwającej już miesiąc ofensywie ich linie zaopatrzeniowe były niebezpiecznie rozciągnięte, nadal mieli możliwość przyniesienia powstańcom jeśli nie decydującej, to na pewno istotnej pomocy. Pomagać nie zamierzali. Przywódcy wojskowi powstania, rozumiejąc przyczyny bierności tego „sojusznika naszych sojuszników”, nawet o taką pomoc się specjalnie nie dopominali. Bo i po co?

W czasie, gdy na warszawskich ulicach trwały zacięte walki, Rosjanie nie tylko nie wykorzystali początkowych sukcesów powstania i nie przysłali posiłków, ale też odmówili aliantom zachodnim wykorzystania lotnisk w celu prowadzenia lotów zaopatrzeniowych. Wymówka: Warszawa leżała w strefie operacyjnej ZSRS, a nie Wielkiej Brytanii. Sami Sowieci dokonali kilku symbolicznych zrzutów amunicji, w większości niepasującej do polskiego uzbrojenia. A i to dopiero w końcowej fazie walk, gdy żadna pomoc nie zmieniłaby już sytuacji.

Stalin cierpliwie czekał, aż powstanie zostanie krwawo stłumione rękami Niemców. Jedynie świadomość dowództwa niemieckiego, że w obliczu szybko zbliżającej się klęski III Rzeszy nie mogą wymordować powstańców, uchroniła poddających się bojowników przed masowymi rozstrzelaniami. W myśl warunków kapitulacji podpisanej 2 października zostali potraktowani jak jeńcy wojenni.

Najdzielniejsi, ci, którzy mogli stawić opór nowej władzy sowieckiej, zostali zabici lub wzięci do niewoli, a przy tym ręce Stalina pozostały czyste. Problem krnąbrnych Polaków został rozwiązany bez kolejnych historycznych niedogodności w rodzaju repety Katynia.

Niniejszy artykuł jest swobodną adaptacją fragmentów książki autora artykułu pt. 36 forteli. Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania, wydanej przez wydawnictwo Zysk i S-ka w maju 2017.

Artykuł Piotra Plebaniaka pt. „Stalin u bram Festung Warschau” znajduje się na s. 10–11 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Plebaniaka pt. „Stalin u bram Festung Warschau” na s. 10-–11 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Łogorkowy fest na Wilczy: boły zalywajki, szałoty, tortyn sztiki warzywne – ciynżko se boło uniyść po ty degustacyi

Szło pojeść zupy na rozmajty łogorkowy recepturze. Jednego z paparazzich trza boło do auta wkomponować, bo se niy mieścioł miyndzy kerownicom a stołkym w aucie – tak se borok przejod.

Tadeusz Puchałka

Cołko ta breweryjo – w pozytywnym rozumiyniu tego słowa – rozpoczona se ło szczworty po połedniu. Boisko we Wilczy na ta łokoliczność zmiyniyło swoje zadanie. Nałokoło, a tyż i na płycie boiska, stanyło moc sztandow, kożdy oferowoł inksze cuda ze łogorka wytworzone. Piykne frele w regionalnych lontach piyknie na gości zmrugały i do degustacyje zaproszały – a woniało tak, że łoprzyć se tymu niy mog żodyn.

To boły takowe, jak to nazywają uczyni w piśmie, wariacje kulinarne – szło pojeść zupy na rozmajty łogorkowy recepturze, boły zalywajki, szałoty, tortyn sztiki warzywne –ciynżko se boło uniyść po ty degustacyi – pra. (…)

Ci, co już pojedli, mogli podziwiać tyż rozmajte cuda rękodziała miejscowych majstrow. Kolejnom atrakcjom boły liczne konkursy i turnieje, a tematem kożdego z nich boł oczywiście łogorek.

Dlo bajtli moc atrakcjow czekało we wesołym miasteczku, niy brakło tyż rostomajtych konkursow dlo nejmłodszych. Po połedniu wystompioł zespoł „Wesoła Biesiada” i Magda Pal. Tak, trza pedzieć, rozpoczona se biesiada na całego. Tym co se ulongło i basy co niyco opadły, przygrywała kapela do tańca, a tym, co se jeszcze niy mogli dźwignyć ze ławy, śpiewała piykno frela – fest piykno.

Piykno impreza twała do późnych godzin nocnych, zabawa przednio i bydzie co spominać. Potkomy se tu na bezrok toż PYRSK.

Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Łogorkowy fest na Wilczy” znajduje się na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Łogorkowy fest na Wilczy” na s. 12. wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Filharmonia Polskiego Folkloru w Zbąszyniu uczy kolejne pokolenia muzyków gry na instrumentach klasycznych ludowych

Nasi absolwenci kończą, tak jak wszyscy uczniowie szkół muzycznych, klasę skrzypiec czy fortepianu, a dodatkowo uczęszczają na zajęcia gry na instrumentach ludowych oraz gry zespołowej, czyli kapeli.

Aleksandra Tabaczyńska

Prawdziwa muzyka ludowa chyba nigdy nie miała lekko. Nawet wielki miłośnik, badacz i twórca współczesnej etnografii Oskar Kolberg, zanim docenił jej tajemniczy urok, pierwszy swój zbiór melodii ludowych zaopatrzył w fortepianowy akompaniament, dopasowując brzmienie do mieszczańskiego gustu dziewiętnastowiecznego odbiorcy. Z czasem dopiero odkrył, że te melodie ukazane w czystej formie, z odniesieniem do gwary, obyczaju, głębi tradycji i obrzędów, bronią się same. 9…0

We wrześniu 1950 roku w Zbąszyniu powstało Wiejskie Ognisko Muzyczne. Inicjatorem tego dzieła był muzyk Antoni Janiszewski, który po II wojnie światowej zorganizował pierwszy na Ziemi Zbąszyńskiej Dom Kultury. Ognisko rok później zostało upaństwowione, a w 1959 przemianowane na Państwową Szkołę Muzyczną I st. im. Stanisława Moniuszki. Antoni Janiszewski od samego początku działalności Ogniska zorganizował klasę instrumentów ludowych, którą powierzył Tomaszowi Śliwie z Chrośnicy jako najlepszemu, a zarazem autentycznemu koźlarzowi, skrzypkowi i twórcy instrumentów muzycznych regionu lubuskiego. (…)

W 1950 roku w Ognisku uczyło się 35, a rok później już 120 młodych muzyków. W roku szkolnym 1960/61 liczba uczniów wzrosła do 200. (…) W 2008 roku złożono po raz pierwszy wniosek o dofinansowanie budowy nowego obiektu szkoły muzycznej w Zbąszyniu. W lipcu 2012 roku projekt skierowano do realizacji. (…)

Od września 2014 roku PSM I st. w Zbąszyniu działa w nowej siedzibie, nazwanej od projektu Filharmonią Folkloru Polskiego. W jej skład wchodzą trzy obiekty: trzykondygnacyjny budynek dydaktyczny – Szkoła Muzyczna I stopnia, który mieści sale do nauki, sale do rytmiki, świetlicę i bibliotekę. Drugi z budynków to sala koncertowa o wysokości ok. 8,5 m, wyposażona w estradę dla 40–60 osobowego zespołu, zaplecze dla artystów, grup folklorystycznych, szatnię, foyer i widownię na niemal 250 osób.

Trzeci obiekt, będący łącznikiem pomiędzy szkołą muzyczną a salą koncertową, stanowi zespół warsztatów do wyrobu, napraw i konserwacji ludowych instrumentów muzycznych. Jako że warsztaty budowy instrumentów nie wchodzą w zakres programu szkoły muzycznej, zobowiązała się je finansować gmina Zbąszyń. Warsztaty rozpoczną działalność od września 2017 roku, jeśli Gmina zaakceptuje program nauczania i potrzeby związane z jego realizacją.

(…) Naszym podstawowym zadaniem jest realizacja programu szkoły muzycznej w zakresie gry na instrumentach klasycznych. Klasa instrumentów ludowych, tak bardzo ważna w naszej działalności, to dodatkowy bonus, który otrzymują uczniowie zbąszyńskiej szkoły. Nasi absolwenci kończą, tak jak wszyscy uczniowie szkół muzycznych, klasę skrzypiec, fortepianu czy fletu, a dodatkowo uczęszczają na zajęcia gry na instrumentach ludowych oraz gry zespołowej, czyli kapeli.

Instrumenty ludowe, na których uczymy grać dzieci i młodzież, są charakterystyczne dla Regionu Kozła i należą do nich: kozioł biały weselny, kozioł czarny ślubny, sierszenki i mazanki. Od 2010 roku zajęcia te prowadzi Jan Sylwester Prządka. Tradycja ludowa była zawsze na tym terenie bardzo żywa, a szkoła muzyczna od początku swej działalności wiernie jej towarzyszyła. (…)

Odkrywanie lokalnego kolorytu tradycji i muzyki ludowej przez kolejne pokolenia młodzieży jest nie do przecenienia. To dzięki takiemu muzykowaniu powstały i przetrwały nie tylko utwory biesiadne, ale też patriotyczne i religijne – jednym słowem do tańca i do różańca. Z biegiem lat muzyka ta staje się przedmiotem autentycznej pasji dla coraz większego grona odbiorców. Przez żywy kontakt ze starymi mistrzami łatwo odkryć, że improwizowane oberki, mazurki i inne utwory mają te same cechy – wolność, witalność, transowość – które fascynują odbiorców we współczesnej muzyce rozrywkowej.

Cały artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Filharmonia Polskiego Folkloru w Zbąszyniu” znajduje się na s. 6 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Filharmonia Polskiego Folkloru w Zbąszyniu” na s. 6. wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Niemcy przed wyborami, a właściwie już chyba po wyborach. Nawet, jeśli na oficjalny wynik przyjdzie trochę poczekać

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w Niemczech? Kto będzie nową Merkel? Może wielki orędownik Polaków w PE, a dziś pierwszy sekretarz (czy jak go zwał) SPD, towarzysz Martin Schulz?

Jan Bogatko

Ulubiona zabawa niemieckich dziennikarzy polega na śledzeniu wyników sondaży poparcia dla partii politycznych i sprowadza się do pytania: „a gdyby w najbliższą niedzielę odbyły się wybory do Bundestagu”… No, pogdybajmy. (…)

Z plakatów zdobiących (czy to właściwe słowo?) latarnie w zachodnim Zgorzelcu spogląda z niepewnym uśmiechem lider lewicy Martin Schulz (aby wykluczyć nieporozumienie: lewica to SPD; Die Linke, po polsku zwani „lewica”, to komuniści, spadkobiercy SED). A pamiętam zdenerwowanie (by nie powiedzieć przerażenie) w Warszawie, kiedy „oryginał” (my lepiej prowadzimy lewicową politykę od CDU) Schulz piął się po drabinie popularności w górę, by – zgodnie z moją zapowiedzią – spaść z niej z dość dużym hukiem.

Merkel ma szczęście. Nikt jej nie ukarał za „Wilkommenspolitik”, bo jakże? Przecież nie ma konkurenta. Latami była aktywistka FDJ pracowała nad pozbyciem się wszelkiej konkurencji i odniosła sukces! Merkel, wysokiej rangi funkcjonariuszka FDJ do spraw agitacji i propagandy, jak czytam na jednaj z berlińskich stron internetowych, zna się na rzeczy.

To doskonała polityk, dostrzegł swego czasu szef komunistów – Die Linke – Oskar Lafontaine, mówiąc na łamach „Hamburger Abendblatt”: należała do rezerwy bojowej SED. Dziś jest niekwestionowaną szefową lewicowo-liberalnej partii CDU. (…)

Wprawdzie cesarzowa wyjdzie z wyborów w niedzielę 24 września dość poturbowana, jej partia straci sporo mandatów, wprawdzie nie będzie mogła rządzić samodzielnie, ale zachowa koronę. Puści pewnie oko do Katarzyny II, której konterfekt podarował jej swego czasu przyjaciel z Kremla (Władimir Putin), a który zdobi jej biuro w Urzędzie Kanclerskim nad Sprewą. Być może Angela Wielka przypomina sobie rendez-vous w Moskwie, podczas którego Putin przyjął ją w towarzystwie swego rottweilera (Merkel cierpi na kynofobię, czyli paniczny lęk przed psami), i powtarza zgodnie z zaleceniem psychologów, zerkając na ów portrecik: „ja tu rządzę, ja tu rządzę”.

Cały felieton Jana Bogatki, pt. „Niemcy przed wyborami” – jak co miesiąc, na stronie „Wolna Europa” „Kuriera Wnet”, nr wrześniowy 39/2017, s. 3, wnet.webbook.pl.

Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku Radia WNET na falach Radia Warszawa (106,2 FM) i Radia Nadzieja z Łomży (103,6 FM) oraz na www.radiownet.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Jana Bogatki pt. „Niemcy przed wyborami” na s. 3 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Nazwiska komunistów w nazwach ulic: Trzeba było poszukiwań archiwalnych, żeby odkryć powody świeckiej beatyfikacji

„Le Monde”, założyciel i mentor „Gazety Wyborczej”, oskarża polski rząd o wymazywanie nazwisk bojowników przeciwko faszyzmowi, sugerując w podtekście, jakoby chodziło o wybielanie faszyzmu.

Piotr Witt

Od kiedy przeczytałem zawiadomienie „Toalety nieczynne. Prosimy załatwiać się na własną rękę”, sądziłem, że w dziedzinie informacji turystycznej nic ciekawszego nie może mnie już spotkać. Lepsze to nawet od szyldu szklarza z ulicy Grójeckiej „Kituję w bramie”. Ale nie należy tracić nadziei. (…)

Wrocławska Hala Stulecia po stu latach od wybudowania okazała się wystarczająco obszerna na przyjęcie trzech tysięcy sześciuset pracowników książki ze wszystkich krajów świata. (…) Amerykanie i Japończycy, przybysze z Nowej Zelandii i z Afryki mogli podziwiać cuda śląskiego baroku i renesansu, a przede wszystkim imponujący gotyk. Piękny obraz, gdyby nie podpisy. Większość nie znała polskiego, nie rozumiała zatem tradycyjnej stylistyki tablic umieszczonych na odnowionych budynkach. Można się z nich dowiedzieć, iż „Prace budowlano-konserwatorskie NA obiekcie zostały przeprowadzone…” itd Nawet w stosunku do zakładu i do stołówki rusycyzm „na zakładzie” i „na stołówce” brzmiał parszywie. W odniesieniu do gotyku i renesansu brzmi jak sowiecki głos zza grobu. (…)

Staramy się zatrzeć ślady reżymu komunistycznego, który odebrał nam kawał życia i wielką część bogactw naszego kraju. W dziele tym starają się przeszkodzić w miarę słabnących sił ugrupowania w rodzaju obrońców demokracji, w nadziei, że według słów pewnej deputowanej „wszystko będzie, jak było”. Niedawno także media francuskie poddały ostrej krytyce rząd Jarosława Kaczyńskiego w ogólności za „usuwanie z nazw ulic nazwisk komunistów zasłużonych w walce z faszyzmem i zamordowanych przez nazistów”.

W awanturze o nazwy ulic sam nie jestem bez winy. W kronice paryskiej wiosną tego roku zwróciłem uwagę na osobliwą ulicę na tyłach Biblioteki Narodowej w Warszawie. Dziwna ta arteria nosi wyłącznie numery parzyste. Po jednej stronie nazywa się Stefana Batorego, po drugiej Juliana Bruna. Wyraziłem zdziwienie niespodziewanym vis-à-vis króla polskiego – pogromcy Moskwy z komunistycznym dziennikarzem, agentem Kominternu, notorycznym zwolennikiem przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego. (…)

Co do mordowania przez nazistów, komórka inicjatywna polskich komunistów mordowała się sama. Marcelego Nowotkę zastrzelili bracia Mołojcowie, których z kolei kazał zamordować Pinkus Finder. Niemcy nie mieli tutaj nic do roboty. Zresztą mogli być wdzięczni polskim komunistom. Czyż Pikus Finder nie denuncjował do gestapo działaczy podziemia patriotycznego, akowców? (…)

Z inicjatywy towarzystwa Przyjaciół Edwarda Gierka w Sallaumines, miejscowości górniczej w płn. Francji wysłano petycję do ambasadora polskiego we Francji. Za pretekst posłużył projekt zmian w Wałbrzychu. Miano przemianować 13 ulic nazwanych imionami działaczy komunistycznych emigrantów we Francji. Ani w Wałbrzychu, ani w północnej Francji nikt już nie pamiętał, kim byli i czego dokonali patroni wymienionych ulic. Trzeba było poszukiwań archiwalnych, żeby odkryć powody świeckiej beatyfikacji. (…)

Nie od rzeczy będzie przytoczyć opinię Wojciecha Borzobohatego. Pierwszy prezes zarządu głównego Światowego Związku Żołnierzy AK twierdził, że najokrutniejsi, najbardziej brutalni wobec więźniów dozorcy rekrutowali się spośród komunistycznych reemigrantów z Francji.

„Sowiecki głos zza grobu”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera Wnet”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości we wrześniowym „Kurierze Wnet” nr 39/2017, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku Radia WNET na falach Radia Warszawa (106,2 FM) i Radia Nadzieja z Łomży (103,6 FM) oraz na www.radiownet.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Piotra Witta pt. „Sowiecki głos zza grobu” na s. 3 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego