Roślina występuje w całej Polsce z wyjątkiem Tatr, w lasach liściastych, nad rzekami i w rowach. Kwitnie w maju i czerwcu, owocuje we wrześniu. Jest chętnie uprawiana ze względu na walory dekoracyjne.
Agata Żabierek
Kalina koralowa jest pospolitym krzewem, osiągającym do 4 metrów wysokości, o korze szarej z podłużnymi spękaniami. Jej liście rozwijają się równocześnie z niewielkimi białymi kwiatami, zebranymi w baldachogrona. Jesienią przybierają barwę szkarłatno-purpurową. Jaskrawoczerwone owoce zawierają pestki. Roślina występuje w całej Polsce z wyjątkiem Tatr, w lasach liściastych oraz nad rzekami i w rowach. Zajmuje gleby świeże, ciężkie i wilgotne. Kwitnie w maju i czerwcu, owocuje we wrześniu. Krzew jest chętnie uprawiany ze względu na walory dekoracyjne.
Surowcem zielarskim kaliny jest kora, kwiat i owoc. Kora pozyskiwana jest wiosną z dwu- i trzyletnich gałązek, łatwo odchodzi wówczas od drewna. Kwiaty powinny być zbierane w maju, w początkach i w czasie kwitnienia. Owoce zbiera się późną jesienią po pierwszych przymrozkach i suszy lub poddaje obróbce termicznej, gdyż w innym wypadku mogą podrażniać przewód pokarmowy.
Dzięki dużej zawartości pektyn owoce wykorzystuje się do przetworów żelujących, a także w przemyśle winiarskim i gorzelnianym, dla specyficznego aromatu. W Rosji owoce spożywa się na surowo, a także w kompotach, kisielach, galaretkach, marmoladach czy nalewkach. Przetwory z owoców można podawać w przypadku osłabienia organizmu, przy przeziębieniach lub ciężkich chorobach zakaźnych. Powidła działają również przeczyszczająco.
W ubiegłych stuleciach wywar z kory kaliny wcierano w skórę głowy, aby utrzymać lub przywrócić bujność czupryny.
Kwiaty, kora i owoce obniżają ciśnienie krwi, uszczelniają i wzmacniają naczynia krwionośne, wspomagają leczenie żylaków, działają przeciwkrwotocznie. Rozcieńczony ekstrakt i odwar z kory kaliny koralowej zawiera żywicę, kwasy organiczne i fitosterole. Stosuje się je przy zbyt obfitych miesiączkach, poronieniach, przedwczesnych porodach jako środek przeciwskurczowy i uspokajający.
Kalina działa moczopędnie, przeciwobrzękowo i oczyszczająco na organizm. Może być stosowana w bólach łydek u kobiet w ciąży, a także bolach pleców i lędźwi. Wzmaga również wydzielanie moczu, przez co działa odtruwająco i przeciwobrzękowo. Korzystne jest podawanie kaliny przy reumatyzmie i artretyzmie.
Sok lub odwar z miodem można stosować przy biegunkach, wrzodach żołądka i dwunastnicy oraz żylakach odbytu. Poprawia również przemianę materii, znosi kolki i skurcze jelit.
Artykuł Agaty Żabierek pt. „Kalina koralowa” znajduje się na s. 8 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Agaty Żabierek pt. „Kalina koralowa” na s. 8 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Późniejszy Bolek widocznie wygrał casting i do dalszej obróbki przystąpili szkoleniowcy. Przyszły noblista przestał być wiejskim żulem sikającym do chrzcielnicy i dostał rekwizyt do noszenia w klapie.
Jan Martini
Projekt III RP a upadek porządku jałtańskiego
Gdy w 1987 r. w Helsinkach dziennikarze zapytali ministra spraw zagranicznych E. Szewardnadze, czy ZSRR mógłby się zgodzić na zjednoczenie Niemiec, usłyszeli, że tak, pod warunkiem istnienia strefy buforowej między Rosją a Niemcami. Taka strefa – to kraj nie prowadzący samodzielnej polityki, bez armii i przemysłu, słowem – państwo teoretyczne.
„Mniej państwa w gospodarce”
Ten slogan programowy Platformy Obywatelskiej można by rozszerzyć o inne elementy: „mniej gospodarki” i „mniej ludności w państwie”. Państwa teoretycznego nie wymyślił Donald Tusk, on jedynie realizował jakieś ustalenia. Możemy się tylko domyślać, gdzie mogły być centra decyzyjne „teoretycznego państwa”, ale jesteśmy pewni, że nie rządzili nami ludzie, których prof. Żaryn nazwał tylko „marnymi podwykonawcami”.
Mężowie stanu typu Tusk czy Komorowski wiedzieli, że nasze państwo to „lipa”, administrowane przez „macherów z zaplecza”, którzy „przestawiają wajchy”. Najbardziej kompetentny człowiek w państwie – minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz – oprócz wiadomości, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie, faktycznie nie istnieje”, przekazał nam jeszcze inną informację. Ponoć wiele ważnych osób ostrzegało go, że nie wolno mu „ruszać BOR-u”. Skąd takie wysokie „umocowanie” BOR-u? Czy borowcy pomagali naszym mężom stanu podejmować decyzje, czy tylko przekazywali dyspozycje?
„Oficer ochrony” w wydaniu sowieckim miał szersze zadania niż troska o bezpieczeństwo. Amerykanie w Poczdamie byli zdziwieni, że marszałek Żukow do klozetu chodzi w towarzystwie. Taki funkcjonariusz nie tylko skoczy po pizzę, przyniesie kapcie, pogra w ping-ponga, ale przede wszystkim dopilnuje, by „obiekt chroniony” nie zrobił czegoś nieprzewidywalnego.
Grzegorz Braun twierdzi, że Polska była rządzona przez konsorcjum czterech wywiadów, dla których największy problem stanowiły (i stanowią) aspiracje niepodległościowe Polaków.
Ze swojej kwerendy w archiwach Instytutu Gaucka przywiózł on dokument niedbale „zanonimizowany”. Udało mu się odczytać pod plamą flamastra nazwiska niektórych niemieckich szpiegów we Wrocławiu. Był tam m. in. były komendant wojewódzki wrocławskiej policji – płk Anioła, a także jeden z dyrektorów wrocławskiego ośrodka telewizji. Rozkazem z 1984 roku gen. Kiszczak zezwolił „bratniej służbie” STASI na tworzenie własnej siatki, która z pewnością nie „rozpuściła się we mgle” po zjednoczeniu Niemiec. Nie po to ambasadorem Niemiec w Polsce został jeden z szefów wywiadu BND.
Oleg Gordijewski oceniał agenturę rosyjską w Polsce na 25–30 tysięcy. Ze względu na wagę „kierunku” na jej czele stał zawsze generał. Słowa Jarosława Kaczyńskiego o kondominium wywołały furię salonów, ale oprócz Rosjan i Niemców w naszym kraju jeszcze „czynni są inni szatani”, a proces przemiany państwa zniewolonego w „państwo teoretyczne” ciągle kryje wiele tajemnic. Wielu ludzi wciąż wierzy w oficjalną wykładnię „Gazety Wyborczej”, ale prawda wygląda inaczej. A wszystko zaczęło się już dawno…
XXII Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego
Efektem tylko jednodniowego zjazdu (6.12.1961) był dokument o epokowym znaczeniu – III Program KPZR. Odstąpiono od dotychczasowej metody zarządzania społeczeństwem przez brutalne represje, które okazały się nieefektywne i spowodowały spadek liczby ludności. Zamiast terroru zaproponowano oddziaływanie bezpośrednio na mózgi za pomocą manipulacji medialnej.
Niepomiernie miała wzrosnąć rola tajnych służb działających na dwóch obszarach: zbierania informacji i wtłaczania przetworzonej informacji (dezinformacji?) w umysły ludzkie. Po paru latach sukces nowej polityki przerósł najśmielsze oczekiwania, a jej założenia wprowadzono do stosowania przez agenturę sowiecką na całym świecie. Nastąpił wielki rozrost KGB – w szczytowym okresie, za dyrekcji J. Andropowa, liczebność kadr wynosiła 1 600 tys. funkcjonariuszy.
W KGB istniał unikalny system rekrutacji – przyjmowano najlepszych, znalezionych w tysiącach szkolnych kółek szachowych (przy okazji ZSRR wyrósł na niedościgłą w świecie potęgę szachową).
Ci błyskotliwi ludzie zaczęli sobie zdawać sprawę, że wehikuł ideologiczny – marksizm, który przez lata tak wspaniale sprawdzał się w służbie imperializmu rosyjskiego, doprowadzi w końcu ZSRR na śmietnik historii. Niewydolny system ekonomiczny był nie do utrzymania, dlatego „młode wilczki z KGB” – Szelepin, Siemiczastny, Mironow – zaczęli przemyśliwać nad sposobem „bezkolizyjnego” przejścia na gospodarkę rynkową. Prawdopodobnie prace nad „pierestrojką” zaczęły się po inwazji na Czechosłowację w 1968 roku. Zamierzono wprowadzić znaczną liberalizację i sztafaż demokracji (partie, kampanie wyborcze, „walkę polityczną” itp.) przy pełnej kontroli medialnej nad umysłami „elektoratu”. Na miejsce „obozu socjalistycznego” miały powstać formalnie niepodległe państwa, pozostające jednak pod kontrolą „centrali”. Polska została wytypowana na „laboratorium pierestrojki” i tu miał się rozpocząć proces „upadku komunizmu”.
Przygotowania do „pierestrojki”
Na długo przed startem „transformacji” podjęto szereg działań. Od 1974 roku zaczęto wysyłać funkcjonariuszy polskiej filii GRU do Moskwy na kursy w „centrali”. Jak zauważyli sami kursanci, przekazywano im wiedzę książkową i zdezaktualizowaną, poddawani byli ścisłej inwigilacji (interesowano się zwłaszcza ich zwyczajami czy nałogami), a zasadniczym celem kursu był raczej „przegląd kadr”. „Wojskówka” – to najwierniejsi z wiernych, najpewniejsi ideologicznie funkcjonariusze nadzorujący Polaków (z charakterystyki płk. M. Sznepfa: „językiem polskim posługuje się bardzo dobrze”).
Dla wygody skorowidze alfabetyczne w warszawskich archiwach pisane były wg. alfabetu rosyjskiego (ABWGD). Służba ta, jako formacja „wyższego zaszeregowania” niż SB, była faktycznym organizatorem i nadzorcą procesu transformacji ustrojowej w Polsce. Jej zawdzięczamy FOZZ i „przemiany własnościowe” umożliwiające akumulację kapitału w rękach „właściwych” ludzi. W ten sposób rozwiązano dylemat Kisielewskiego, „jak budować kapitalizm bez kapitału”.
WSI zostało zlikwidowane po 17 latach istnienia „wolnej Polski”, ale wygenerowana sieć oligarchów – „geniuszy biznesowych” pozostała. Nie przez przypadek z wywiadem wojskowym związani byli twórcy „młodej polskiej demokracji” – Kiszczak i Jaruzelski.
Aby zapewnić kadry menadżerskie do zarządzania nową gospodarką, miłujący Moskwę (z wzajemnością) amerykański senator Fulbright – przeciwnik wojny w Wietnamie – założył fundację mającą na celu „zbliżenie ludzi i narodów”. Na stypendia Fulbrighta posłano grupę młodych aparatczyków partyjnych („resortowe dzieci”), którzy stali się – jako światowcy – heroldami kapitalizmu i uczyli nas demokracji.
Z inicjatywy KGB w 1975 roku zorganizowano Europejską Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy w Helsinkach (KBWE). Jej deklarowanym celem było rozbrojenie i „budowa wzajemnego zaufania”, ale dla organizatorów najważniejszy był tzw. „trzeci koszyk”, dotyczący praw człowieka, gdyż umożliwił powstanie legalnej opozycji niezbędnej do „przekazania władzy” po „upadku komunizmu”. Tylko w Polsce, obok tych „zadaniowanych”, istnieli prawdziwi opozycjoniści – w innych krajach „demokracji ludowej” służby musiały wytworzyć „opozycjonistów” od „zera”. W Czechosłowacji 2/3 składu opozycyjnej Karty 77 było agentami, a w NRD „trefnych” dysydentów było ponad 90%.
Proces generowania i uwiarygodniania użytecznych „opozycjonistów” wymagał lat – już w 1981 znana była ekipa, której zamierzano przekazać władzę. Czołowe postacie życia politycznego i społecznego III RP zostały w stanie wojennym internowane i „podlegały represjom” w luksusowym ośrodku na terenie poligonu drawskiego w Jaworzu. To tutaj budowano „piękne życiorysy opozycyjne” Geremka, Mazowieckiego, Komorowskiego, Niesiołowskiego, Bartoszewskiego, Celińskiego i Drawicza (TW „Kowalski” – po „upadku komunizmu” prezes Radiokomitetu).
Do wylansowania „właściwych opozycjonistów” użyto słuchanego przez miliony ludzi radia Wolna Europa. Choć telefony u opozycjonistów były podsłuchiwane i wyłączane, „magiczny” telefon w mieszkaniu J. Kuronia zawsze działał bezbłędnie. Z tego aparatu Kuroń przekazywał wiadomości „z życia opozycji” do E. Smolara – kierownika sekcji polskiej BBC, a następnie polski słuchacz „rozgłośni dywersji ideologicznej” mógł dowiedzieć się, że czołowi opozycjoniści to Kuroń i Michnik. Twórca KOR – Macierewicz został „wyautowany”…
Koniec ładu jałtańskiego
Ogromna i ryzykowna operacja zmiany ustroju planowana była na lato 1980 r. Już na wiosnę tego roku ewakuowano archiwa KGB z krajów bałtyckich.
Zaczęło się obiecująco – zainicjowano strajki, „przywódcy robotników” byli już przygotowani (min. spraw wewnętrznych Kowalczyk do E. Gierka: „na czele strajku stoi nasz człowiek”), a do pomocy strajkującym robotnikom w rokowaniach z władzą znaleźli się „eksperci” – Geremek, Mazowiecki – natychmiast zaakceptowani przez Wałęsę (strajkujący nie mieli zaufania do tych „doradców”, bo dowiedzieli się, że bilety lotnicze i zakwaterowanie w hotelu – tym samym, w którym mieszkali negocjatorzy rządowi – zapewniła im „strona rządowa”).
Jednak powstanie i błyskawiczny rozrost „Solidarności” kompletnie zaskoczył „reżyserów historii”. Mimo wysiłków agentury umiejscowionej w strukturach związku, nie udało się opanować operacyjnie „Solidarności”. Nastąpiła seria nerwowych konsultacji warszawsko-moskiewskich w Białowieży i decyzja o „stanie wojennym” jako metodzie „przebudowy” związku.
Podczas narady ministrów spraw wewnętrznych „bratnich państw” w Pradze w 1983 r. gen. Kiszczak poinformował, że „Solidarność” będzie reaktywowana, ale skład jej kierownictwa zostanie zmieniony.
Odpowiedź zaatakowanej „Solidarności” na stan wojenny okazała się błędna (czy to wpływ agentury w kierownictwie związku?). Przyjęta taktyka biernego oporu i strajków okupacyjnych była najwygodniejsza dla junty Jaruzelskiego, gdyż władze najbardziej obawiały się „ulicy i zagranicy”. Reakcja „zagranicy” była mieszana – prezydent Reagan nałożył sankcje na ZSRR i PRL, natomiast kanclerz Schmidt wysłał list z gratulacjami do gen. Jaruzelskiego. Może obawiał się, że aspiracje niepodległościowe Polaków mogą utrudnić przyszły proces jednoczenia Niemiec?
Więcej zagrożeń mogła nieść „ulica” z masowymi protestami. Krwawe pacyfikacje metodą chińską z placu Tiananmen byłyby klęską przyjętego scenariusza i ruiną wizerunku oświeconych władców wiodących naród ku demokracji. Dlatego działania prowadzone były – jak na możliwości i zwyczaje komunistów – „dość kulturalnie” (co zauważył płk Mazguła).
W Koszalinie, mieście wojskowo-urzędniczym z największym pracodawcą – Komendą Wojewódzką MO, zainscenizowano „rozruchy”. „Polewaczka” do rozpędzania tłumów była w tym mieście całkowicie zbędna. Mimo to wypożyczono taki sprzęt na kilka dni, by polać tłum skrzyknięty za pomocą fałszywych ulotek rzekomej „Solidarności” (przy okazji sprowokowanej zadymy sędzia Płóciennik – obecnie w Sądzie Najwyższym – skazał na więzienie starszą kobietę – sybiraczkę).
Prowokacje takie stanowiły element scenariusza, choć wtedy sądziłem, że była to inicjatywa chcących się wykazać lokalnych esbeków. W projektowanym „państwie prawa realizującym zasady sprawiedliwości społecznej”, które pracowicie konstruowali dla siebie komuniści, zagrożeniem mogli być cieszący się autorytetem w swoich środowiskach ludzie „Solidarności”.
Mój nadzorca z SB, miły kapitan, kiedyś mi powiedział szczerze „Panie Janku, kraj jest bez przyszłości, ten reżim nie odda władzy. Ja niewiele mogę, ale mam kolegę w dziale paszportowym. Gdyby Pan chciał…”. Nie skorzystałem, ale ok. 10 tys. działaczy „Solidarności” średniego szczebla wyjechało w wyniku zachęt czy wręcz zmuszania do emigracji.
Ponieważ „walka z komuną” miała stać się w przyszłości przepustką do władzy, „walczyć” zaczęli różni ludzie. Czy to przypadek, że szefami NZS na politechnice i uniwersytecie warszawskim zostali synowie generałów SB? Wprawdzie nie zrobili kariery politycznej, ale przewodniczący NZS na uniwersytecie wrocławskim G. Schetyna – tak. Widać było, że pewne środowiska opozycyjne były zwalczane, a inne nie.
Ponieważ kanały komunikacji były kontrolowane przez agenturę, wielkie środki finansowe z zagranicy na pomoc „Solidarności” zostały w większości przejęte przez SB i posłużyły do korumpowania i szantażowania działaczy. Pewne grupy dostawały pomoc z zagranicy i sprzęt poligraficzny, będąc wręcz pod parasolem ochronnym SB. Geremek mógł przejść na lotnisku przez kontrolę z walizką dolarów, podczas gdy inni „przypaleni” z jedną ulotką mieli poważny problem.
Nobel w służbie rewolucji
Po raz pierwszy udało się sowietom uzyskać „swego” Nobla w 1954 roku. Tę prestiżową nagrodę dostał uzdolniony literacko agent KGB o pseudonimie „Argos” – Ernest Hemingway. Natychmiast książki noblisty zaczęły się rozchodzić po całym świecie w milionach egzemplarzy, propagując miłe komunistom treści. Sowieci zauważyli także, że wcale nietrudno jest sterować przyznawaniem nagród. Wystarczyło w komitecie noblowskim zainstalować dwóch „swoich”, by szanse „właściwych” wzrosły niepomiernie. Konkurentów należało wyeliminować na możliwie wczesnym etapie, a później zastosować mechanizm „ssąco-tłoczący”. Rosjanie umiłowali zwłaszcza nagrody literackie i pokojowe, ale udało im się także nagrodzić pewnego chemika, który badał skutki wojny jądrowej, co wpisywało się znakomicie w strategię straszenia „burżujów” zagładą nuklearną.
Pani Kiszczakowa powiedziała, że Wałęsa nagrodę Nobla zawdzięcza jej mężowi i ja jej wierzę. Wałęsa – jako międzynarodowo uznany autorytet potwierdzony prestiżową nagrodą – był nieporównywalnie ważniejszy niż przewodniczący zdelegalizowanego związku zawodowego. Odegrano przy tym rutynowe kombinacje operacyjne – cyrk z wysłaniem do komitetu noblowskiego „kompromatów” czy AUTENTYCZNE donosy Bolka pokazane Annie Walentynowicz. Mimo „prowokacji SB” nagroda została przyznana. Reżim nie pozwolił laureatowi odebrać nagrody osobiście, ale pozwolił pojechać na uroczystość żonie konfidenta. Danuta Wałęsowa wygłosiła tam tradycyjny wykład laureata napisany przez najlepszych tekściarzy SB.
Faktyczna rola noblisty-figuranta w transformacji ustrojowej była żadna. W amerykańskiej dokumentacji mowa jest o układzie Jaruzelski-Geremek, bez wspominania nazwiska Wałęsy. Natomiast nie sposób przecenić jego roli propagandowej. Jako centralna postać III RP był jak zwornik w gotyckim sklepieniu – jego wyjęcie mogło spowodować katastrofę. Dlatego ten „mędrzec Europy” jest nadal „pompowany”, mimo (wydawałoby się) ostatecznej kompromitacji.
Wałęsa nie wziął się znikąd. Rutynowa pragmatyka sowieckich służb zakłada, że do zadania przygotowuje się kilku dublerów. Późniejszy Bolek widocznie wygrał kasting i do dalszej obróbki przystąpili szkoleniowcy, spin doktorzy, a może nawet wizażyści. Przyszły noblista przestał być wiejskim żulem sikającym do chrzcielnicy i dostał rekwizyt do noszenia w klapie.
Wciąż są ludzie, którzy uważają, że winy lat 70. i fatalną prezydenturę Wałęsa odkupił zasługami lat 80., kiedy rzekomo „nie dał się złamać” i „urwał się esbekom”. Gdyby chłopek-roztropek był w stanie „przekręcić” służbę sowiecką, to taka służba nie byłaby służbą sowiecką (płk Starszak do Wałęsy w dniu zakończenia internowania: „Panie przewodniczący, odtąd będziemy się kontaktować bezpośrednio, nie przez Wachowskiego”). Czy można uwierzyć w sytuację, że przewodniczący Wałęsa twardo rokuje z Kiszczakiem, mając świadomość, co trzyma w szafie generał?
Powstaje pytanie, czy erupcja dążeń niepodległościowych Polaków w „karnawale Solidarności” i utrata kontroli ze strony służb nad „procesami dziejowymi” nie spowodowała opóźnienia „końca komunizmu”? Może „wolną Polskę” w wydaniu ekipy: Kiszczak, Jaruzelski, Wałęsa, Michnik mogliśmy mieć już w 1981 roku? Niewykluczone, że tak. Ale scenariusz, który ostatecznie się rozegrał, był nieporównywalnie bardziej sugestywny.
Dla sowieckich „reżyserów” przekonanie społeczeństw Zachodu (i Wschodu!), że komunizm naprawdę upadł, było niesłychanie istotne. Zdaniem uciekiniera z KGB Anatolija Golicyna temu celowi służył operetkowy pucz Janajewa. Jego konsekwencją była delegalizacja partii komunistycznej. W ciągu 3 tygodni rozwiązano struktury komunistyczne liczące 65 mln ludzi, a wszyscy towarzysze z dnia na dzień stali się „liberalnymi demokratami” i w eleganckich garniturach udali się na Zachód „robić biznes”. Nastąpił „koniec historii”, zjednoczenie Niemiec i czas wielkiej szczęśliwości.
Amerykanie wspierają „pierestrojkę”
Faktyczny twórca „Solidarności” Andrzej Gwiazda miał pretensje, że Amerykanie nie ostrzegli go o stanie wojennym. Może obawiali się polskich aspiracji niepodległościowych i zakłócenia procesu „pierestrojki”?
O agenturalności Wałęsy wiedziało dziesiątki ludzi. Także nieufne kierownictwo związku (postanowiono, że wszelkie decyzje Wałęsy musiały uzyskać kontrasygnatę jednego z wiceprzewodniczących). Ta wiedza dostępna była licznym esbekom i bratnim wywiadom (STASI, KGB), trudno przypuszczać więc, by nie wiedziało o tym CIA. Widocznie w ich planach „trefność” Wałęsy nie była problemem – Amerykanie wręcz go „pompowali” (pamiętna mowa noblisty w kongresie).
Polityka amerykańska w burzliwym czasie pierestrojki i upadku ładu jałtańskiego była dla nas nieczytelna. Wiadomo było, że zależało im na utrzymaniu wpływów komunistów w Polsce. Dlatego przeforsowali wybór Jaruzelskiego na prezydenta i sprzeciwili się rozwiązaniu SB. Czyli – uczestniczyli w budowie „państwa teoretycznego”. Banki zrzeszone w „klubie paryskim”, posiadające ogromne gierkowskie „złe długi”, były żywotnie zainteresowane utrzymaniem ciągłości władzy w Polsce.
Koszmarem dla światowej finansjery byłoby dojście do władzy nieprzewidywalnych solidarnościowców, którzy mogli oznajmić, że „nie odpowiadają za długi władzy okupacyjnej”. Podobna polityka oszczędzania komunistów prowadzona była zresztą w odniesieniu do innych krajów „obozu socjalistycznego”, także tych niezadłużonych. Na wielkim wiecu w Kijowie, ku zdumieniu i zaskoczeniu tłumów, prezydent Bush senior wezwał Ukraińców, by nie opuszczali Związku Radzieckiego.
W USA obawiano się destabilizacji przez nadmierne osłabienie ZSRR. I choć „jastrzębie” z departamentu obrony chciały raz na zawsze rozwiązać problem „imperium zła”, korzystając z wielkiego bałaganu w Rosji, to opcja „wzmacniania lewej nogi” zwyciężyła. Może chodziło o przeciwwagę dla Niemiec potężnych po zjednoczeniu, a może na politykę amerykańską miała wpływ agentura sowiecka (historia zna takie przypadki), zapewniając parasol ochronny na czas przemian?
Ciekawą wiadomość znalazł Paweł Zyzak w archiwach amerykańskich. Okazało się, że prof. Brzeziński udał się do Moskwy z prośbą o zatwierdzenie planu Sachsa-Sorosa (zwanego w Polsce planem Balcerowicza). Plan przewidywał reprywatyzację, na co nie zgodziła się Moskwa, obiecując w zamian przyznanie się do zbrodni katyńskiej. Dlaczego Rosjanom nie pasowała reprywatyzacja? Czy ma to jakiś związek z obecnymi aferami?
Postać Brzezińskiego (który nie był samodzielnym graczem – reprezentował Dawida Rockefellera) wskazuje, że sprawa Polski musiała być przedmiotem dyskusji klubu Bilderberg. Założenia „państwa teoretycznego” prawdopodobnie powstały na najwyższym szczeblu – wśród możnych tego świata. Działania Brzezińskiego świadczą, że był on jednym z twórców koncepcji III RP. To tłumaczy jego furiackie ataki na PiS, a także wezwanie, by nie kwestionować wyników śledztwa smoleńskiego prowadzonego przez najlepszych fachowców z KGB.
Sankcje nałożone na ZSRR po wprowadzeniu stanu wojennego mocno doskwierały finansjerze amerykańskiej. Szczególnie ucierpiały interesy D. Rockefellera. Wałęsa w 1983 roku wezwał Amerykę, by uchyliła sankcje, „które szkodzą głównie polskim obywatelom”. Przychylono się do jego prośby. Czas PRL-u dobiegał końca.
Polskie elity zostały wymordowane w latach 1939–1956, niedobitki zostały zmarginalizowane lub pozostały na emigracji. Jedyną elitą do dyspozycji byli komuniści. Towarzysze Szmaciak, Saletrzak i Sumatrzak otrzymali drugie życie, tyle, że musieli schować czerwone krawaty na dnie kufra. Tylko elita postkomunistyczna – kompradorska gwarantowała realizację założeń „państwa teoretycznego” będącego wynikiem kompromisu Wielkich Graczy.
O nas bez nas
Oczywiście najbardziej pamiętamy Teheran, ale nie był to jedyny układ, w którym decydowano o naszym kraju. Kongres wiedeński trwał niemal rok, bo kością niezgody był podział Polski. Car Aleksander I domagał się całości ziem Rzeczpospolitej, co było nie do przyjęcia dla pozostałych „wysokich umawiających się stron”. W końcu znaleziono „sprawiedliwy” kompromis – Rosja otrzymała 81% powierzchni, Austria – 12%, Prusy – 7%.
Na zagrabionych terenach rozmieszczono liczne garnizony, rozpoczęto budowę fortyfikacji (jedyną funkcją nieodpornej na artylerię cytadeli warszawskiej było terroryzowanie miasta) i natychmiast przystąpiono do wynaradawiania ludności. Na ziemiach polskich żaden z zaborców nie ryzykował rozwoju przemysłu, który mógł być wykorzystany do produkcji uzbrojenia. „Święte Przymierze” okazało się sukcesem – kosztem Polaków zagwarantowano Europie 100 lat „pięknej epoki”.
Nie wiemy, gdzie w sposób dyskretny zawarto obecne „nieświęte przymierze” (też we Wiedniu?), ale wymyślony koncept był rewolucyjny – bez potrzeby wojsk i cytadeli Polacy mieli pilnować się sami. W tym celu zachowano nietknięty komunistyczny aparat represji z sądownictwem – jego filarem i roztoczono „kordon sanitarny” wokół środowisk niepodległościowych.
Trudno nam było pojąć brak zrozumienia ze strony polityków zachodnich dla naszych prób dekomunizacji. Przecież Niemcy w NRD przeprowadzili bezwzględną dekomunizację, pozbyto się aparatczyków partyjnych i agentów z przestrzeni publicznej, przeprowadzono weryfikacje na uczelniach, pozbawiając tytułów profesorskich pseudonaukowców. Czesi mogli na 10 lat odsunąć od działalności publicznej osoby skompromitowane i rozwiązać STB, powołując nowe służby. Na Węgrzech usunięto z uczelni profesorów-konfidentów. A u nas udaremniono wszelkie próby dekomunizacji jako „naruszające prawa człowieka” i zafundowano nam kuriozalną „ustawę lustracyjną”, gdzie naganne jest „kłamstwo lustracyjne” – zatajenie współpracy, a nie jej fakt. Równocześnie Michnik z kolegami i media zagranicznych właścicieli przekonywały nas, że elementarna sprawiedliwość to „żądza zemsty” i nienawiść niegodna chrześcijan.
Cherlawe strajki 1988 roku – zdaniem A. Gwiazdy – posłużyły jako pretekst do rozmów Okrągłego Stołu i dalszego dowartościowania Wałęsy. Kiszczak postawił warunek, że nie będzie rozmawiał, dopóki trwają strajki, więc Wałęsa miał okazję do ich „gaszenia”.
Okrągły Stół – propagandowo „doniosłe wydarzenie w historii Polski”, był inicjatywą moskiewską i przebiegał pod całkowitą kontrolą MSW. Po starannej selekcji „negocjatorów opozycji” Kiszczak wiedział, że w „wolnej Polsce” będą mieć resorty siłowe, banki i sądy wraz z komisją wyborczą (gen. Jaruzelski w liście do Egona Krenza: „zachowaliśmy pakiet kontrolny”). Wśród negocjatorów strony „solidarnościowej” było niewielu członków władz „Solidarności”. Czołowi negocjatorzy (Geremek, Michnik, Kuroń, Mazowiecki) nie należeli do związku – rodowód tych bojowników o demokrację wywodzi się z czasów stalinowskich. Później zdradzili oni PZPR i stali się tzw. „rewizjonistami”.
Mistrzowskim posunięciem gen. Kiszczaka było uruchomienie „opozycyjnej gazety”, która była jedną z gwarancji „mocy i trwałości” III RP. Ten organ prasowy, ocieplając przez ćwierć wieku wizerunek komunistów, miał (i nadal ma) zasadniczy wpływ na świadomość Polaków.
Ważnym „bezpiecznikiem” dla „państwa teoretycznego” okazał się utworzony w 1985 roku Trybunał Konstytucyjny. Gdyby sprawy się komplikowały, zawsze można było sięgnąć po sprawdzonych sędziów Zolla, Safjana czy Stępnia.
Ci faceci w strojach rytualnych dwukrotnie (w roku 1992 i 2007) storpedowali próby odsunięcia komunistów i agentów od wpływu na życie publiczne. Lustracja i dekomunizacja okazały się „niekonstytucyjne”, co świat przyjął z ulgą. Z ulgą przyjęto również obalenie rządu Olszewskiego i „wydarzenie smoleńskie” (belgijski „Le Soir”: „Świat odetchnął z ulgą – skrajny nacjonalista Jarosław Kaczyński nie został prezydentem”).
Na ujawnionym w zeszłym roku filmie z „obrad” (bankietu?) w Magdalence można usłyszeć taki dialog: „my nie ruszamy was, wy nie ruszacie nas”. Kiszczak: „czy potrzebna będzie umowa na piśmie?”. Michnik: „nie – wystarczy dżentelmeńska umowa”.
Tak więc dzięki porozumieniu dżentelmenów nie można było w Polsce ukarać żadnej zbrodni komunistycznej. W pewnym uproszczeniu można stwierdzić, że porozumienie Okrągłego Stołu dokonało się między „chamokomuną”, a „żydokomuną”. Ta terminologia Michnika trafnie oddaje genezę dwóch zwaśnionych frakcji PZPR – „natolińczyków” i „puławian”, których starcie w 1968 roku zakończyło się klęską „puławian” i emigracją kilku tysięcy osób pochodzenia żydowskiego. Przy Okrągłym Stole frakcje się pogodziły, co wywołało powszechny entuzjazm. „W Polsce Polak porozumiał się z Polakiem”, „Polak Polakowi bezkrwawo oddał władzę” – podobne komentarze przetoczyły się przez prasę światową.
Zwycięstwo opozycji było łatwe, gdyż komuniści gdzieś się zawieruszyli. Wszyscy walczyli z komuną. Nie tylko prof. Widacki, mgr. Stępień, poseł Szejnfeld czy obywatel Kasprzak, ale nawet premier Cimoszewicz i płk Mazguła (czyż nie skandowali ostatnio „precz z komuną!”?).
III RP – projekt perfekcyjny
Ale nie tylko Polacy porozumieli się w sprawie Polski.
We wrześniu 1990 roku w Genewie spotkali się sekretarz Gorbaczow z kanclerzem Kohlem i prawdopodobnie rozmawiano o strefach wpływów. Efektem spotkania był „aksamitny rozwód” Czechosłowacji. Czechy miały pozostać w orbicie wpływów niemieckich, a Słowacja – rosyjskich. I rzeczywiście – po roku „wolą narodów” nastąpił rozpad Czechosłowacji.
Co postanowili odnośnie do Polski – nie wiadomo. Czy ustalili zasadę „nasz premier, wasz prezydent”? Na ten temat powiedzieć coś mógłby Tusk, który zawarł spóźniony ślub kościelny, już witał się z gąską, ale musiał odstąpić prezydenturę Komorowskiemu. Nawiasem mówiąc, także ten mąż stanu zawarł ślub dopiero na okoliczność prezydentury. Dyskretną uroczystość celebrował poznański franciszkanin, który zniknął z kraju oddelegowany do pracy w Jerozolimie.
Niemcy opanowali polską infosferę i dominują u nas gospodarczo, ale tak się składa, że większe inwestycje niemieckie nie przekraczają linii Wisły. A dlaczego sprzedali „Kurier Lubelski”, też nikt nie wie.
Amerykanie mieli znaczny wpływ na budowę III RP. Od nich otrzymaliśmy plan Balcerowicza, oni pomagali nam prywatyzować naszą gospodarkę (prezes International Paper Company: „W Kwidzynie kupiliśmy najnowocześniejszą papiernię na świecie za 20% wartości”). Cenimy sobie przyjaźń Ameryki, ale w pakiecie otrzymujemy również przyjaźń z Izraelem. Pamiętamy o roszczeniach żydowskich („należność” wyceniono na 65 mld $) „za mienie obywateli polskich pochodzenia żydowskiego pozostawione na obszarze II RP”.
Ta sprawa wisi nad każdym polskim rządem jak miecz Damoklesa. Instytucję, która reprezentuje interesy (?) zamordowanych Żydów, poparło aż 46 kongresmenów, którzy napisali w tej sprawie list do byłego szefa amerykańskiej dyplomacji – Johna Kerry’ego. Rozmowa jego asystentki Victorii Nuland z Ryszardem Petru i inwestycja w tego obiecującego polityka miała chyba związek z tą sprawą.
Niechęć do „polskich nacjonalistów” i walka z naszymi aspiracjami niepodległościowymi jest czynnikiem spajającym partnerów zainteresowanych Polską. Wszyscy oni pracowali kolektywnie nad założeniami „państwa teoretycznego” i są żywotnie zainteresowani w utrzymaniu sytuacji, „żeby było tak jak było”. Mając takie umocowanie wewnętrzne i zewnętrzne, projekt wydawał się niezniszczalny.
Pierwsze zgrzyty
Projekt funkcjonował perfekcyjnie aż do 2005 roku, kiedy zdarzyło się coś, co nie powinno – zadziałała demokracja i do władzy doszli „nacjonaliści”. Potrzebne były środki nadzwyczajne i takie zastosowano. Dążenia niepodległościowe Polaków mimo wielorakich mechanizmów kontrolnych ciągle zagrażały stabilności układu.
Po tragedii smoleńskiej wielusettysięczne tłumy pogrążonych w żałobie Polaków spędzały sen z powiek funkcyjnym. Wielu z nich prawdopodobnie spało w butach, a światła w niektórych ambasadach paliły się długo… Aż wymyślono skuteczny sposób na skłócenie Polaków.
Twardym dowodem na działania zewnętrzne był fakt obecności profesjonalnych prowokatorów po OBU stronach konfliktu o krzyż, bo komu mogło zależeć na generowaniu napięć społecznych? Obecnie podział wśród Polaków jest tak głęboki, że powszechne jest przekonanie – „to się nie sklei”. Z pewnością o to chodziło tym, co obawiają się „polskiego nacjonalizmu”.
III RP miała znakomitą prasę na świecie – nagrody i poklepywania, pochwały z zachodu i wschodu (S. Mironow: „Z marszałkiem Borusewiczem i polskim senatem współpracuje się nam lepiej niż z senatami WNP”), ale Polacy mieli dysonans poznawczy. Ogromny sukces kraju bez przemysłu, z którego masowo wyjeżdżali ludzie? Czy to naprawdę najlepszy okres w tysiącletniej historii?
Ludzie w końcu zorientowali się, że ta pedagogika wstydu, te wszystkie filmy o winach wobec żydowskich współobywateli, ograniczanie historii i języka polskiego w szkołach czemuś służą. Ktoś najwyraźniej starał się „wyzwolić” nas z „nacjonalizmu”.
Zgodna współpraca „strategicznych partnerów” na „odcinku polskim” załamała się, gdy Amerykanie zorientowali się, że Niemcy i Rosja próbują „wyprowadzić” ich z Europy. Pojawiły się taśmy z „Sowy i przyjaciół”, które pomogły odinstalować środowiska „trzymające władzę” w Polsce od 1989 roku. Mało kto sądzi, że dokonali tego dwaj kelnerzy.
Konflikt wśród sponsorów układu magdalenkowego
Ład jałtański trwał 45 lat i został zastąpiony następnym układem, który właśnie (po niecałych 30 latach) wydaje się zmierzać ku końcowi. Nawet najlepiej przygotowane projekty mogą skończyć się klapą, gdyż dynamika uruchomionych procesów społecznych jest niemożliwa do przewidzenia (tak było z projektem „pierestrojki” zakłóconym przez „Solidarność”).
„Nieświęte przymierze” sygnatariuszy obecnego układu zaczyna się chwiać z powodu agresywnej aktywności Rosji, która jak zwykle łamie zobowiązania. Obama musiał zresetować reset. Tradycyjnie sympatyzujący z Rosją Niemcy zostali „przekręceni” w Czechach: Karlove Vary zostały wykupione niemal w całości przez Rosjan, a w Pradze mieszka ich 100 tys.
Podczas pobytu w Ameryce Andrzej Gwiazda rozmawiał z pewnym senatorem, który z brutalną szczerością wyznał mu, dlaczego nie mogą poprzeć naszej niepodległości. Zdaniem senatora pojawienie się sporego, uprzemysłowionego kraju z kosztami pracy liczonymi w centach za godzinę zdezorganizowałoby gospodarkę światową.
Długi Gierka spłaciliśmy, problem przemysłu rozwiązał Balcerowicz, a więc nie ma już żadnych powodów, dla których Amerykanie nie mogliby poprzeć naszej niepodległości. Pojawia się „okienko możliwości” dla Polski. Czy tym razem uda nam się „wybić na niepodległość”?
Trudno przypuszczać, że wzrastającą samodzielność Polski przyjmą obojętnie nasi sąsiedzi. Czy posuną się do powtórki 1792 roku? Na pomagierów w kraju mogą liczyć. Nasi „internacjonaliści” dysponują potężnymi zasobami i miażdżącą przewagą w mediach. Jeszcze rząd PiS-u nie rozpoczął pracy, a już nastąpił huraganowy atak światowych mediów i zorganizowano Komitet Obrony Demokracji. Dlaczego PiS miałby likwidować demokrację, której zawdzięcza dojście do władzy?
Ponieważ w naszym położeniu geograficznym pełna suwerenność jest ryzykowna (można stać się „państwem sezonowym”), może rozsądniej byłoby żyć dalej w państwie teoretycznym? Miliardy wyprowadzane z kraju – mniej lub więcej legalnie – potraktować jako kontrybucję płaconą protektorom, delektować się ciepłą wodą i cieszyć niezawisłością sędziów, których mianował baron podkarpacki Jan Bury, zasiadając w KRS przez 14 lat.
Tylko ta „polskość – nienormalność” – niepohamowane dążenie do niepodległości…
Cały artykuł Jana Martiniego pt. „Projekt III RP a upadek porządku jałtańskiego” znajduje się na s. 4 i 5 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Projekt III RP a upadek porządku jałtańskiego” na s. 4 i 5 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Trzeba nauczyć się poruszać w świecie informacji, tak by skutecznie ją odróżniać od kłamstwa, dezinformacji i manipulacji. Stale też trzeba też poszukiwać nowych mechanizmów obrony.
Paweł Bobołowicz
Fake news – amunicja w wojnie informacyjnej
Nieprawdziwe informacje w mediach pojawiały się od samego początku ich istnienia. Od początku starano się także media wykorzystywać do rozpowszechnienia zmanipulowanych informacji. Przez lata powstały jednak też mechanizmy, które temu miały zapobiegać.
Dziennikarska rzetelność miała być gwarancją weryfikowania informacji w niezależnych źródłach. Publikowanie nieprawdziwych informacji mogło też skutkować konsekwencjami prawnymi. Jednak te wszystkie mechanizmy wykazują swoją słabość w obliczu wojny propagandowej, w której fake news, u nas nazwany po prostu fejkiem, stał się codziennym elementem przestrzeni medialnej. Niewątpliwie sprzyjają temu media społecznościowe, poprzez które właściwie można rozpowszechniać wszystko bez większej obawy o jakąkolwiek odpowiedzialność. Rzetelność została zastąpiona szybkością podania informacji – a wiadomo, że jak się człowiek spieszy… W dodatku twórcy fake news często dysponują zdecydowanie lepszym zapleczem organizacyjnym, finansowym niż redakcje powołane do pokazywania prawdy o świecie.
Fejk
Fake news to oczywiście fałszywa informacja, ale termin ten zaczął też być bardzo pojemny. Fejk bowiem intuicyjnie zaczął oznaczać nie tylko kłamstwo, ale też specjalnie spreparowaną informację, w domyśle będącą elementem jakiejś większej operacji. Fake news ma charakter agresywny, zaczepny. Czasami może też mieć charakter dezinformacyjny, wprowadzający chaos, a może czasem też jest elementem badania reakcji, szybkości i kanałów rozprzestrzeniania się informacji, jej skuteczności.
Taką rolę na przykład mogą pełnić co jakiś czas pojawiające się w sieciach informacje o rzekomych zgonach znanych osób. Informacje są przygotowane profesjonalnie, sprawiają wrażenie wiarygodnych. Szybko trafiają na profile osób, które „podają je dalej”. Z mediów społecznościowych czasem przenoszą się nawet do mainstreamu. Może to wyglądać na makabryczny żart, chociaż ciężko jest wykluczyć, że nie o czarny humor w tym chodzi. To doskonały materiał do analizy kanałów informacyjnych, szybkości rozchodzenia się informacji, a właściwie dezinformacji, naszej podatności na manipulację, analizy mechanizmów, które mają nas chronić przed fałszem.
„Fake news” jest jednak przede wszystkim niebezpiecznym narzędziem wojny informacyjnej. Dziś już nie ma wątpliwości, że wykorzystywanym na bardzo szeroką skalę przez Federację Rosyjską. Nie ma też wątpliwości, że jedną z najbardziej narażonych na zmasowany atak fejków państw jest Ukraina. Nic też dziwnego, że to tam powstały mechanizmy obrony przed „fake news”.
Ponad trzy lata temu ukraińscy eksperci dziennikarze stworzyli projekt Stop Fake, który ma identyfikować mechanizmy, demaskować kłamstwa, a tym samym przeciwdziałać rosyjskiej wojnie informacyjnej. Dzisiaj projekt funkcjonuje w 11 krajach, od czerwca br., dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pod patronatem Stowarzyszeniem Dziennikarzy polskich zaczęła funkcjonować również polska edycja Stop Fake. Nie ma bowiem wątpliwości, że również Polska jest obiektem rosyjskiej wojny informacyjnej, a relacje polsko-ukraińskie są jej jednym z najaktywniejszych placów boju.
W tej wojnie wykorzystywane są problemy historyczne i bieżące wydarzenia. Często się je miesza. Celem bez wątpienia jest osłabianie procesu współpracy Polski i Ukrainy, a wręcz wzbudzanie wzajemnej niechęci i nienawiści. Rosja liczy również na dyskredytację naszych krajów w oczach naszych partnerów. Kłamstwa służą też budowaniu negatywnych wizerunków naszych krajów w społeczeństwie rosyjskim.
Jednym z łatwiejszych i stale wykorzystywanych pól do tworzenia fejków są wzajemne historyczne relacje Polski i Ukrainy. Trudno nie powiązać faktów nagromadzenia komentarzy dotyczących „banderyzmu”, „banderyzacji” od czasów rewolucji na Majdanie z rosyjską agresją przeciwko Ukrainie.
Ten temat tak skutecznie zalewał polski internet, że w ciągu kilku miesięcy faktycznie udało się skutecznie przestraszyć Polaków rzekomo w lawinowy sposób postępującą „banderyzacją” Ukrainy, która miałaby być dowodem na „antypolskość” środowisk wywodzących się z „Majdanu”. Niektórzy temu ulegali nieświadomie, a inni sprytnie zaczęli na obawach grać i je podgrzewać, widząc w tym też polityczny interes.
Paweł Kukiz wspierał ukraińską rewolucję, śpiewając na kijowskim Majdanie i nie przeszkadzało mu, że wokół powiewały czerwono-czarne flagi, a obok głównej sceny wisiał plakat Stepana Bandery – chociaż chyba miał wtedy wiedzę, co te symbole i nazwisko oznaczają. Chwilę później już jednak straszył banderowską Ukrainą i krytykował władze w Kijowie za rzekomy nacjonalizm. Co ciekawe, zapominając, podobnie jak i wielu innych krytyków, że prezydent P. Poroszenko, czy też były premier A. Jaceniuk i obecny W. Hrojsman to osoby, które łatwiej wpisać w typowo „platformerski” nurt liberalny (małym dowodem tego niech będą takie persony polskiej liberalnej polityki, które znalazły schronienie na Ukrainie, jak L. Balcerowicz, J. Miller, S. Nowak, a na stałe miejsce, jakby tylko chciał, mógłby też liczyć Donald Tusk – zresztą kto wie, jaka przyszłość go czeka) niż powiązać z jakimkolwiek odcieniem nacjonalizmu.
Tak czy inaczej, dziś nie ulega wątpliwości, że sprawy sporów historycznych uległy rozlaniu i są obecne w reakcjach obydwu społeczeństw, a pojęcie „banderyzacji” jest mocno przywiązane do wszelkich dyskusji o relacjach Polski i Ukrainy. Nic dziwnego, że właśnie ten trop z chęcią wykorzystuje rosyjska machina propagandowa.
Potrafi go też wpisywać w kontekst współczesnych wydarzeń, nawet tych nie mających nic wspólnego z relacjami Polski i Ukrainy. Wystarczy do prawdy dodać trochę kłamstwa.
FEJK: pobita ukraińska uczennica
13 maja br. polską opinię publiczną zszokowała informacja o pobiciu w Gdańsku 14-letniej dziewczyny przez jej cztery koleżanki. Napastniczki biły, kopały po głowie i wyzywały ofiarę. Całe wydarzenie zostało zarejestrowane na telefonach komórkowych i udostępnione na jednym z serwisów społecznościowych. Jako możliwy motyw napaści na czternastolatkę wskazywano zazdrość koleżanki, której to ofiara miała odbić chłopaka. Brutalność napadu oraz fakt, że czynu tego dokonano na oczach kilkudziesięciu osób, z których nikt nie zareagował, wzburzyły opinię publiczną. Policja szybko zatrzymała dwie napastniczki, do szkoły została skierowana kontrola z kuratorium. Wszystkie osoby biorące bezpośredni udział w wydarzeniu były Polakami.
Bez względu na to, jak straszne było to wydarzenie, trudno jest sobie jednak wyobrazić, by mogło mieć ono cokolwiek wspólnego z relacjami polsko-ukraińskimi. A jednak właśnie to wydarzenie stało się pretekstem do stworzenia fejka, który bardzo szybko został spopularyzowany na rosyjskojęzycznych portalach, z których przeniknął do ukraińskiego obszaru informacyjnego.
Trzy dni po opisaniu wydarzenia w polskich mediach kilka ukraińskich agencji zamieściło informację o rzekomym pobiciu ukraińskiej uczennicy w Gdańsku, opatrując artykuły podobnymi nagłówkami: „A masz, ty banderowska kurwo – w polskiej szkole pobito Ukrainkę”. Bazą do tych artykułów są materiały dotyczące pobicia nastolatki w Gdańsku. Większość artykułów zawiera nawet przekierowanie do filmu dostępnego w sieci i faktycznego opisu wydarzenia na jednym z serwisów społecznościowych. Jednak opis wydarzenia w artykułach został już „ubarwiony” o element narodowościowy – ofiara, wbrew faktom, miałaby być Ukrainką, a dodanie zacytowanego w tytule zdania miało, oprócz kontekstu narodowościowego, wskazywać na polsko-ukraiński spór historyczny.
Dla twórców tego fejka nie miało znaczenia, że w załączonym materiale takie zdanie nie padło – dobrze się domyślali, że redaktorzy nie będą tego sprawdzać. Zresztą musieliby znać język polski, a przede wszystkim wykazać się rzetelnością i spróbować zweryfikować podaną informację. Tym bardziej wiadomo, że nie sprawdzą tego czytelnicy – szczególnie ci, którzy byli grupą celową takiej fałszywej informacji.
Fejk do ukraińskiego internetu dostał się m.in. z portalu politobzor.net. Autorka Oksana Wołgina w swoim tekście zamieszcza zarówno autentyczny film, a nawet fragment materiału TVP INFO, w którym oczywiście nie ma mowy o tym, że ofiarą rzekomo była Ukrainka. Ale w artykule Wołginy taka informacja się znajduje, podobnie jak i słowa o „banderowskiej k…”. Podobna informacja była dystrybuowana na wielu lokalnych, już ukraińskich forach internetowych, platformach blogowych. Po wielokrotnym powtórzeniu tej informacji w rożnych miejscach ukraińskiego internetu fejkowi w końcu uległy nawet duże, znane ukraińskie agencje informacyjne.
Fejk jednak w ukraińskich sieciach szybko wykryła profesor Marta Kowal z Uniwersytetu Gdańskiego. Podążając za jej wskazaniami, nasza redakcja zwróciła się do ukraińskich mediów z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Ukraińskie agencje wycofały się z rozpowszechniania spreparowanej informacji, niektóre w to miejsce wstawiły artykuły uprzedzające o fejku (nie wspominając jednak, że same brały też udział w jego rozpowszechnianiu).
Niestety pomimo naszych próśb redakcje nie ujawniły nam, skąd pozyskały fałszywą informację. Być może łatwiej pozwoliłoby to zapobiegać podobnym sytuacjom w przyszłości. Nie ulega jednak wątpliwości, że żadna z publikujących ten materiał agencji nie spróbowała go zweryfikować.
Oczywiście zanim fejk został usunięty, wywołał falę oburzenia i komentarzy przeciwko pobiciu nastoletniej, rzekomo ukraińskiej uczennicy. Na wielu rosyjskich stronach ten materiał jest wciąż dostępny właśnie w tej zafałszowanej formie.
Eksperci Stop Fake zwracają uwagę, że podobny mechanizm został wykorzystany w 2016 roku. W fińskim mieście Imatra przestępca zastrzelił z broni myśliwskiej trzy kobiety – przewodniczącą rady miejskiej oraz dwie dziennikarki – wszystkie były Finkami. Wydarzenie było szeroko komentowane w mediach, podobnie jak pobicie nastolatki w Gdańsku. Jednak prorosyjski profil na Twitterze rozpowszechniał informację, że w fińskim miasteczku zamordowano Rosjanki, a ambasada FR oraz FSB rzekomo miały się domagać szczegółowego śledztwa w tej sprawie. Policja fińska natychmiast to sprostowała, a kłamstwo i mechanizm jego rozpowszechniania został zdemaskowany przez ekspertkę do spraw walki informacyjnej z Sił Obrony Finlandii Sarę Jantunen.
FEJK: wizy dla Ukraińców
Pod koniec maja br., na kilka dni przed zniesieniem dla Ukraińców obowiązku wizowego do krajów UE, na platformie blogowej popularnego rosyjsko- i ukraińskojęzycznego medium pojawił się wpis o rzekomym zakazie wjazdu do Polski dla uczestników ATO (ukraińskiej operacji antyterrorystycznej przeciwko tzw. separatystom). Wpis był opatrzony screenem tweeta pozorującego autentyczny wpis Ministerstwa Spraw zagranicznych RP i opatrzonego zdjęciem wiceminister Renaty Szczęch.
Polski zespół Stop Fake zwrócił się do MSZ RP z prośbą o komentarz, a ten nie pozostawiał wątpliwości: […] informacja rozpowszechniana w mediach rosyjsko- i ukraińskojęzycznych jest nieprawdziwa i nosi charakter prowokacji. Zbiega się ona z terminem wprowadzenia dla obywateli Ukrainy ruchu bezwizowego z Unią Europejską. Można się domyślać, że jej celem jest wywołanie zaniepokojenia w społeczeństwie ukraińskim.
Rzecznik MSZ RP stwierdził: „Na anglojęzycznym koncie Twitter polskiego MSZ nigdy nie został zamieszczony wpis z wypowiedzią wiceminister Renaty Szczęch, który umieszczono w artykule. Pani wiceminister nigdy nie wypowiedziała takich słów”.
Akcja faktycznie wpisywała się w cały szereg fałszywych informacji przy okazji wprowadzenia dla Ukraińców ruchu bezwizowego do krajów UE. To wydarzenie na Ukrainie było przedstawiane przecież jako sukces, ważny element procesu eurointegracji, sukces obecnie rządzącej Ukrainą ekipy. Jego dezawuowanie miało doprowadzić do przekonania, że „Europa nie chce Ukrainy”, a wskazywanie na weteranów ukraińskiej walki o niepodległość jako tych, którzy nie mogą wjechać do Europy, zrównywało ich z terrorystami. Świadczyło również o rzekomym nieakceptowaniu przez UE ukraińskiej wojny obronnej – oczywiście znów generując też element wrogości pomiędzy Polakami i Ukraińcami.
Co ciekawe, ten temat powrócił w drugiej połowie sierpnia br., tym razem już w wypowiedzi ukraińskiego polityka Wadyma Rabinowycza. To były członek Partii Regionów, silnie związany ze starym układem oligarchicznym, jednoznacznie demonstrujący prorosyjskie sympatie. Pomimo tego, że Polska już zdementowała fałszywe informacje, Rabinowicz stwierdził, że Ukraińcy, którzy walczyli w ATO, będą musieli ukryć ten fakt przy wjeździe do Polski. Rabinowicz do swojej wypowiedzi włączył jeszcze wątki historyczne i współczesne:
Udało nam się z naszego europejskiego przyjaciela zrobić niemal wroga. Gloryfikacja UPA, która w Polsce jest postrzegana z wrogością, stawia nas po drugiej stronie barykady. Jeśli wcześniej Polska była krajem wspierającym Ukrainę, to teraz już tak nie jest. Pomimo faktu, że Warszawa wydała Ukraińcom już 1,2 miliona wiz roboczych, a nasi ludzie zalewają ich rynek pracy, podejście do „gastarbeiterów” wciąż się pogarsza.
Wizowy fejk, wzbogacony o nowe wątki, znów wrócił do życia. Tym razem jednak to wypowiedź ukraińskiego polityka powtórzyły rosyjskie media. Równocześnie zresztą pojawiła się ona m.in. na bałkańskiej odnodze serwisu „Komsomolskiej Prawdy”, a także na anglojęzycznym serwisie separatystów z Donbasu.
FEJK: polski ambasador chce federalizacji Ukrainy
Celem rosyjskiej propagandy stał się też ambasador RP na Ukrainie Jan Piekło. Szczególną pożywką dla prorosyjskich mediów stał się jego wywiad dla ukraińskiego tygodnika „Fokus” pod tytułem „Za wolność naszą i waszą”. Ambasador zaprezentował w nim stanowisko, że miński i normandzki format negocjacji, w ramach których rozwiązywany jest kryzys w Donbasie, przeżywa kryzys i należy zastanowić się nad innymi sposobami postępowania w tej sprawie. Ambasador przypomniał, że konflikt jugosłowiański rozwiązano dzięki interwencji zarówno NATO, jak i USA. Jan Piekło zastrzegł jednak, że: „włączenie NATO do sprawy rozwiązania konfliktu na Donbasie może doprowadzić do jeszcze większej konfrontacji”.
Rosyjskie media całkowicie jednak wypaczyły wypowiedź polskiego ambasadora, opierając ją na wygodnym dla rosyjskiej propagandy skojarzeniu: „NATO-Jugosławia-Donbas”. W rosyjskich mediach stwierdzono, że polski ambasador chce podziału Ukrainy na kształt Jugosławii i oczekuje interwencji Amerykanów. Tak spreparowane wnioski znalazły się między innymi na portalu „ukraina.ru”. Warto dodać, że element rzekomego domagania się przez Polskę podziału Ukrainy stale powraca, ale nie tylko w rosyjskiej propagandzie – także w części mediów związanych z ukraińską partią „Swoboda”.
Straszenie podziałem Ukrainy oczywiście ma na celu wywołanie negatywnych reakcji Ukraińców wobec Polaków. W tym kontekście coraz częściej pojawiają się fejki o rzekomych polskich chęciach „odbicia kresów wschodnich”. Niestety w ten przekaz łatwo dają się wmontować faktyczne wypowiedzi i działania niektórych polskich skrajnych środowisk. Nie ulega jednak wątpliwości, że są one sprzeczne z polityką polskich władz.
Świadome manipulowanie wypowiedziami polskiego ambasadora, powszechnie uznawanego za orędownika bliskiej współpracy Polski i Ukrainy i otwartego krytyka agresywnej polityki Rosji, ma prowadzić również do jego dyskredytacji, a przynajmniej osłabienia jego pozycji.
W tym fejku trudno też nie zauważyć wręcz szarlatańskiej przewrotności: to przecież Federacja Rosyjska wspiera pomysły federacyjne na Ukrainie, a jednoznacznie popierają je także ukraińskie siły polityczne o jawnie prorosyjskich sympatiach. Przypisywanie takich poglądów polskiemu ambasadorowi zakrawa na oczywistą głupotę, jednak siła fejków jest potężna i to, co powinno wydawać się oczywiste, w świecie współczesnych mediów takim już nie jest.
Jednym z największych problemów ukraińskiej przestrzeni medialnej i jej podatności na rosyjskie kłamstwa jest wzajemne się jej przenikanie z rosyjską przestrzenią informacyjną. Sprzyja temu powszechność używania języka rosyjskiego, rosyjska, czy też mieszana własność mediów.
Na Ukrainie, w krytycznej sytuacji państwa praktycznie poddanego rosyjskiej agresji, zdecydowano się też na kroki administracyjne, które zablokowały poważne kanały informacyjne, wykorzystywane do szerzenia dezinformacji i znajdujące się wyłączne pod rosyjską kontrolą. Taką decyzją było zakazanie działania na terenie Ukrainy rosyjskich sieci i serwisów społecznościowych. Jednak Rosja dobrze sobie daje radę z wykorzystywaniem mediów w innych krajach. Powyższe przykłady wyraźnie wskazują na podatność mediów ukraińskich. Jednak nasz kraj też jest narażony na niebezpieczeństwo.
W Polsce nigdy nie odegrały znaczącej roli rosyjskie sieci społecznościowe, ale jednak rosyjskie media są obecne na naszym rynku i – co najbardziej dziwne – coraz częściej sięgają do nich osoby, które powinny potrafić rozróżniać prawdę od kłamstwa.
Jest też wiele mediów, które choć nie manifestują prorosyjskości, wpisują się w rosyjską narrację, szczególnie w odniesieniu do relacji z Ukrainą, ale też do sposobu informowania o NATO, czy też UE.
Niektóre z fejków „przedostają” się ze wschodu, inne powstają u nas na miejscu. Niektórzy nasi współobywatele bez zażenowania jeżdżą do Moskwy i biorą udział w rosyjskiej machinie dezinformacyjnej. Stają się stałymi gośćmi rosyjskich mediów, gdzie grają z góry ustalone role – nawet wcielając się w rzekomych polskich patriotów, o ile jest to akurat potrzebne do realizacji jakiegoś rosyjskiego projektu. Są współtwórcami fejków na potrzeby wewnętrzne i zewnętrzne Rosji.
W wojnie z fejkami niewątpliwie największą rolę odgrywa szybkość reakcji i pokazywanie mechanizmów manipulacji. Walka z kłamstwem, dezinformacją, manipulacją wymaga też współpracy i korzystania z doświadczeń.
Opisane przykłady fejków zostały zdiagnozowane dzięki właśnie takiej platformie wymiany doświadczeń i wzajemnej współpracy, jaką jest Stop Fake. Program posiada własną, wielojęzyczną stronę internetową www.stopfake.org i profile w sieciach społecznościowych. Tam też można dowiedzieć się, jak dzięki ogólnie dostępnym narzędziom internetowym można rozpoznać fałszywe zdjęcie, film, czy jak ustalić pierwsze źródło podanej dalej informacji.
Niestety nie ma co liczyć na to, że wojna informacyjna szybko się skończy. A jej amunicją są fake news. Dlatego też trzeba nauczyć się poruszać w świecie informacji, tak by skutecznie ją odróżniać od kłamstwa, dezinformacji i manipulacji. Stale też trzeba też poszukiwać nowych mechanizmów obrony i nie uda się to bez wsparcia państwa i jego narzędzi.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Fake news – amunicja w wojnie informacyjnej” znajduje się na s. 13 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Fake news – amunicja w wojnie informacyjnej” na s. 13 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Polonezkoy z powodu swej urzekającej odrębności, swoistego klimatu oraz serdeczności i gościnności mieszkańców stanowi szczególną atrakcję, a spędzone tam godziny wynagradzają wszystkie trudy podróży.
Władysław Grodecki
(…) Ostatni poseł osmański zawitał nad Wisłę, kiedy oba kraje nie odgrywały już znaczącej roli w Europie. Opuszczając Warszawę, przestrzegał: „Jeśli Polacy pozwolą, by w ich kraju panoszyły się obce wojska, to cały dorobek narodu zostanie zdeptany i zrujnowany, a królestwo będzie stracone.” Niestety były to prorocze słowa. (…)
W ciągu kilku wieków wspólnego sąsiedztwa znacznie więcej łączyło niż dzieliło oba państwa. Według tradycji tylko Turcja nie uznała rozbiorów Polski, a później nad Bosforem schronienie znajdowali powstańcy listopadowi, uczestnicy Wiosny Ludów, powstania węgierskiego, styczniowego itd. Polacy zajmowali w armii tureckiej wysokie stanowiska i reformowali jej przestarzałe struktury.
Warto przypomnieć, że w 1920 r., gdy wojska bolszewickie zbliżały się do Warszawy i nad Polską, ba, nad całą Europą zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo wzniecenia „na ostrzach bagnetów” rewolucji światowej, gdy osamotniona Polska miała spłonąć jak wiązka chrustu, gdy wszyscy dyplomaci obcych państw opuścili Warszawę, w naszej stolicy pozostali jedynie nuncjusz apostolski Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI) i przedstawiciel państwa tureckiego.
Dwadzieścia lat później, w czasie II wojny światowej w Ankarze działała nieprzerwanie Ambasada RP, gdzie w kaplicy na niedzielnej mszy św. gromadzili się dyplomaci państw katolickich, a władze tureckie pomagały uchodźcom z Polski. Pomogły też w wywiezieniu rezerw państwowych złota Banku Polskiego. (…)
Zatarg sułtana Mahmuda II z wicekrólem Egiptu i realne zagrożenie Stambułu ze strony wojsk tego kraju spowodowały ożywioną działalność dyplomatów tureckich na Zachodzie i zainteresowanie planami Adama Czartoryskiego przeniesienia nad Bosfor kilkutysięcznej emigracji polskiej z Francji, by tam organizować administrację i armię sułtańską. (…)
Prawo do osiedlania tak precyzował paragraf 14 regulaminu: „Aby zostać przyjętym do osady, trzeba być Polakiem albo przynajmniej Słowianinem-katolikiem”. Przybywający tu otrzymywali po 10 donunów ziemi (ok. 92 a), której nie wolno było sprzedać, a w wypadku małżeństwa z osobą niepolskiego pochodzenia osadnik tracił prawo do ziemi i „dachu nad głową”.
Adampol poprzez gromadzenie pamiątek, książek i dokumentów miał stać się „arką na czas potopu dziejowego”. Szczególną rolę odgrywał cmentarz, gdzie pochowano wiele wybitnych osób: Ludwikę Śniadecką – wielką, niespełnioną miłość Juliusza Słowackiego; A. Wiaruskiego, kpt. Legionu na Węgrzech, instruktora armii tureckiej; Ludwika Biskupskiego – dr. Sorbony, prof. Uniwersytetu w Stambule, czy Zofię Ryży, krzewicielkę polskości. W ich gronie miał spoczywać „król dusz” Adam Mickiewicz, ale ks. Czartoryski zadecydował inaczej. Mickiewiczowi nawet nie udało się odwiedzić Adampola.
Zniewalający urok polskiej osady sprawił, że odwiedzili ją nawet dwaj prezydenci Turcji: Atatürk w 1937 r. i Kenan Evren w 1985 r. Naoczni świadkowie wizyty „Ojca Turków” wspominają, że prezydent bez mrugnięcia okiem przeszedł pod bramą powitalną z jedliny i pozwolił się powitać polskim zwyczajem chlebem i solą. „Chodził od chałupy do chałupy (…) macał, czy płoty silnie stoją, zaglądał do obór i chlewków, liczył, ile śliwek i orzechów może zmieścić się na jednej gałązce. Później był bankiet. Atatürk (…) zajadał, aż mu się uszy trzęsły. Wieprzowina, nie wieprzowina, popijał niezgorzej. Śmiał się i klaskał”. (…)
Dziś w Adampolu mieszka ok. 700 osób, w tym ok. 50 Polaków. Tradycyjnie wójtem wybierany jest tu Polak.
Lesław Ryży, Daniel Ochocki, Antoni Wilkoszewski, Fryderyk Nowicki to kolejni włodarze Adampola. Najdłużej wójtem był ten ostatni. Kilka lat temu „Fredi” kupił 10 ha ziemi w Sucholaskach k/Wydmina na Mazurach. Tu założył gospodarstwo agroturystyczne, został wybrany sołtysem, ale serce zostało nad Bosforem… Gdy ogłoszono kolejne wybory, Fredi wrócił do Adampola i znowu został wybrany wójtem. Ot, niezwykła historia polskiej wioski „Nad Bosforem”.
Cały artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Polska nad Bosforem” znajduje się na s. 11 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Władysława Grodeckiego pt. „Polska nad Bosforem” na s. 11 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
My, chrześcijanie, się poddajemy, tak jak wojska ukraińskie na Krymie. Podnieśli ręce, ledwie poczuli oddech Ruskich, bo tam wszystko odbyło się bez strzału. My dzisiaj też przyjmujemy taką postawę.
Krzysztof Skowroński
ks. Andrzej Szewciw
(…) poznał Ksiądz serce Kościoła Zachodniego i Kościół Wschodni.
Kościół serdeczny, wschodni, otwarty. Naprawdę. Tylko że my, katolicy, żyjemy tam w ogromnej mniejszości. Trzeba zawsze odjąć chyba jeden rząd cyfr ze statystyk, jakie są podawane. To będzie prawdziwy obraz Kościoła.
Kościoła, który rozwija się, trwa?
Który jest. Rozwinął się chyba za bardzo materialnie, rozbudowane zostały struktury. Pobudowano kościoły, które chyba nigdy się nie zapełnią.
Czyli tam też modlił się Ksiądz o wiarę?
Tak, to święta prawda. Ale tam też otrzymywałem niesamowite świadectwa ludzi wierzących. Na przykład spotkałem panią, która płakała przez całą mszę świętą. Myślałem, że umarł jej ktoś bliski. Po mszy się okazało, że ta pani przejechała kilkaset kilometrów na mszę po iluś tam latach i płakała ze szczęścia. Modląc się, płakała. Modliła się, płacząc. Można by wymieniać setki takich przykładów. (…)
Bywał Ksiądz w wielu zakątkach świata…
Miałem kilka lat temu rekolekcje w 4 parafiach w Nowym Jorku, także w Baltimore. Spotkałem księdza, na którym się dokonał cud poprzez wstawiennictwo św. Faustyny. Poznałem go osobiście i mam też opisane przez niego świadectwo, które dopiero niedawno opublikowałem, po kilkunastu latach.
Co to za cud?
To był ksiądz Pytel, proboszcz. Polacy na bocznych drzwiach jego kościoła zrobili taki ołtarzyk, namalowali sobie obraz Pana Jezusa miłosiernego i św. Faustyny. I ksiądz opowiadał, że w któryś tam wtorek – bo Polacy, w większości niewiasty, modlili się we wtorki – poszedł do nich, żeby powiedzieć, żeby już skończyli modlitwy, i stracił świadomość. On miał jakąś chorobę serca, nawet nosił bransoletkę z czipem chorobowym. Kiedy go zawieźli do kliniki, nikt nie wierzył, że to jest on. Bo zyskał serce jak dziewiętnastoletniego młodzieńca. Opowiadał później, jak Watykan go sprawdzał – i wierzący, i niewierzący specjaliści.
(…) To był cud, który uznał Watykan, ale ja się tego dowiedziałem dzięki osobistemu spotkaniu. Podróże kształcą. (…)
Mówimy o następcy św. Piotra, który podejmuje decyzje w imieniu całego Kościoła świętego.
Obecność papieża na tym 500-leciu była darem – ale dla kogo? Dla protestantów. Teraz byłby „dar” dla Kościoła świętego. Nie wiem, czy konsekwencją tego nie jest ten 8§ Amoris laetitia; to też taka laksyzacja (laksyzm – ‘postawa i system moralny, według których wszelka wątpliwość co do obowiązującego prawa stanowi wystarczającą podstawę do usprawiedliwienia postępowania niezgodnego z tym prawem’; SJP PWN, przyp. red.)
O czym mówi ten paragraf?
Niby w cudzysłowie mówi o „wspomaganiu” osób rozwiedzionych, kwestionując dotychczasową naukę Kościoła. Zwłaszcza super umotywowane i Biblią, i Tradycją nauczanie Jana Pawła II, Pawła VI, Benedykta XVI, Piusa XII.
W to wszystko jeszcze wchodzi islam, kolejne budowane w Europie meczety…
Tutaj Kościół rzymskokatolicki milczy, jakby wydarzenie, które było 300 lat temu pod Wiedniem, nie miało na to żadnego wpływu. Wtedy papież prosił Polaków o pomoc, a dzisiaj nawet się o tym nie mówi. To potwierdza, że już zostaje zamazana różnica między islamem a prawdą, którą głosi Biblia, którą uprawomocnił i umotywował, za którą oddał swoje życie Jezus.
Na Syberii byłem świadkiem, jak w Irkucku w piątek na modlitwy do meczetu przychodzi kilkaset osób, a u nas na Paschę – około 100. Tam sami mężczyźni, u nas w większości babcie. Jest różnica, i to zdecydowana. I oni są niereformowalni. Kiedy Benedykt XVI w tej słynnej wypowiedzi przytoczył słowa klasyka o islamie, w Irkucku powstał raban. Ja poszedłem na modlitwy do meczetu. Wziąłem obrazki Jana Pawła. Oni nie chcieli słuchać, krzyczeli przeciwko Kościołowi, przeciwko Benedyktowi XVI. Zapytałem, czy ktoś słyszał tę wypowiedź. Nie. Imam też nie słyszał.
Wziąłem obrazek Jana Pawła i pytam: czy tego człowieka znacie? Tak. Kto go chciał zamordować? Jakiego wyznania człowiek? Odpowiedzieli. Więc mówię, co myśmy zrobili: najpierw Jan Paweł II modlił się i nazwał go bratem. A my modliliśmy się o pokój, o zdrowie, o łaskę uzdrowienia dla Jana Pawła i dla tego, mówię, bandyty. No i oni wszystkie obrazki zabrali, dobrowolnie, ale to chyba był cud Jana Pawła. I tak się ze mną grzecznie żegnali, jak z przyjacielem. Ale trzeba mówić jednoznacznie, bez dyplomacji, bez kompleksów, czy żeby się komuś podobać. (…)
Co jest groźniejsze: postępująca islamizacja Europy czy ideologie wewnętrzne, np. gender?
Ja myślę, że to, to co idzie od środka – gender. Człowiek pozbawia się tożsamości. W Biblii mamy w pierwszym rozdziale takie stwierdzenie, że „mężczyzną i niewiastą ich stworzył”. Niektórzy tłumaczą to przymiotnikowo, czyli „stworzył ich męskością i kobiecością”. A zatem mamy różnice cech, przymiotnik wskazuje na to, kim ja jestem jako mężczyzna, a kim ona jako niewiasta. Jeżeli to się zatrze, to sprowadzimy społeczeństwo do ZOO.
A może to jest nasz polski zaścianek, nasz punkt widzenia? Nie rozumiemy nowoczesności?
Już się pochwaliłem wcześniej, gdzie studiowałem i wykładałem. Wszędzie, gdzie byłem za granicą, ci Polacy, których spotykałem, byli naprawdę na najwyższym poziomie, jeżeli chodzi o naukę, o pracę. A zatem nie jesteśmy zaściankiem.
Wracając do tych dzisiejszych ideologii – one pobudzają, wspomagają egoizm człowieka. Kardynał Tonini, niedawno umarł, Włoch, kiedyś powiedział, że brakuje świadków i dobrych świadectw tego, kim się jest. Trzeba mówić, kim się jest i zgodnie z tym postępować: mężczyzną, kobietą, katolikiem. Tego brakuje. Trzeba podstawowej tożsamości. (…)
Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z ks. prof. Andrzejem Szewciwem pt. „Milczenie Kościoła. Islam, reformacja i laksyzm” znajduje się na s. 8 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z ks. prof. Andrzejem Szewciwem pt. „Milczenie Kościoła. Islam, reformacja i laksyzm” na s. 8 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Trybunał Konstytucyjny, jeszcze w „dobrym”, czyli niekwestionowanym przez ulicę i zagranicę składzie, orzekł, że prawo unijne jest ważniejsze od polskiego, ale nie stoi nad polską konstytucją.
Andrzej Jarczewski
Nie interesujemy się średniowiecznymi rozróżnieniami między bliskoznacznymi wyrazami ‘suweren’ (z ang.) i ‘suzeren’ (z franc.). W XXI wieku władza zwierzchnia należy do suwerena, jeżeli jest nim naród lub reprezentanci wybrani wewnątrz tego narodu, albo do suzerena, jeżeli jest nim ktoś z zewnątrz narodu, nad którym ta władza jest sprawowana. Konstytucja RP w art. 4 oddaje władzę zwierzchnią suwerenowi, natomiast w art. 9 – suzerenowi. Rozpatrzmy to bliżej.
SUWEREN
Przytaczam wzmiankowany art. 4 konstytucji: 1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.
Suweren został tu zdefiniowany jednoznacznie. Jest nim albo cały naród polski (w rozumieniu konstytucyjnym, nie – etnicznym), albo jakoś zorganizowani przedstawiciele, czyli osoby funkcjonujące wewnątrz narodu. Kwestię owego zorganizowania w różne instytucje ustalają dalsze punkty konstytucji.
SUZEREN
A teraz o niebezpieczeństwie zasianym artykułem 9 konstytucji, który brzmi tak: Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.
Gdyby przyczepić się tylko tego artykułu, można by głosić, że na mocy najpierw traktatu ateńskiego (o przystąpieniu Polski do Wspólnoty Europejskiej), następnie traktatu lizbońskiego (przekształcającego Wspólnotę w Unię), dalej różnych innych praw, uchwalanych w różnych instytucjach przez różnych ludzi, reprezentujących różne państwa – musimy przestrzegać wszystkiego, co ci różni ludzie uchwalają i uznają za „prawo międzynarodowe”.
Do nowej konstytucji – uwaga, bo to jest bardzo ważne – należy dodać załącznik, zawierający dokładnie wszystkie dokumenty, wchodzące w skład tego „prawa międzynarodowego”, które Polska uznaje za obowiązujące i stojące wyżej niż regulacje krajowe. Dzięki temu rozszerzanie tego załącznika będzie zawsze wymagało większości kwalifikowanej i aprobaty Trybunału Konstytucyjnego, co oznacza, że nic nie przejdzie niezauważenie i nie da się cichcem ugotować żaby.
Wszystkie kraje Europy Wschodniej powinny być na to uczulone, bo przecież przerabialiśmy to na własnej skórze przez kilkadziesiąt lat. Jakiekolwiek umowy zawieraliśmy z ZSRR – i tak w ich interpretacji liczyło się tylko zdanie władców Kremla. Na ogół pilnowali oni pozorów i przestrzegali narzuconych nam umów, ale gdy dochodziło do istotnej sprzeczności, jak np. w 1956 na Węgrzech lub w 1968 w Czechosłowacji – przypominali, kto tu jest suzerenem i nie wahali się przed użyciem argumentów nie do odparcia. I to nie tylko dlatego, że byli silniejsi, ale też dlatego, że interes narodowy jakiegoś państwa stanął w sprzeczności z ideologią silniejszego!
Cały artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Społeczeństwo rozdarte” znajduje się na s. 5 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Społeczeństwo rozdarte” na s. 5 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Latem przeszedłem długą drogę od pamięci i tożsamości do amnezji. W tym drugim stanie zanika też odpowiedzialność. I to jest główny problem Niemiec i Niemców współczesnych od kilkudziesięciu lat.
Paweł Bortkiewicz TChr
Jan Paweł II wskazuje, że na tle tego zła, które wydawało się być po ludzku niepokonalne, wieczne, absolutne – objawił się tym bardziej, tym mocniej, tym wyraziściej Bóg ze swoją „miara wyznaczoną złu”. Miarą, którą jest odkupienie – zwycięstwo Chrystusa nad złem, nad śmiercią samą.
Warto zatrzymać się przy tej refleksji. Istnieje przecież wciąż pojawiająca się pokusa, by ulec tej presji zła, by przyjąć jego moc i wszechobecność, by miast nadziei wybrać zwątpienie. Ale chrześcijanin jest człowiekiem powołanym do zwycięstwa. Jest tym, który rozpoznaje właściwie wolność w sobie i traktuje ją jako dar i zadanie, a zatem jako wartość współdzieloną z odpowiedzialnością. I wówczas może mierzyć się z tożsamością wynikającą i z przynależności do narodu, i do Europy, i do gry politycznej tego świata, której na imię demokracja. (…)
Dwa lata temu w obozie przewidzianym na ok. 700 osób przebywało ponad 2 tysiące. Było małe piekło na ziemi. Była codzienna eskorta policji, była żywność wydawana na stołówce w asyście policji, były niemal codziennie helikoptery i karetki pogotowia. Kto z kim się bił, trudno powiedzieć.
W tym roku nastała cisza. Może dlatego, że obóz jest w częściowym remoncie – wymieniane są jakieś rury. Znów są w nim Rosjanie i są Arabowie, są też muzułmanie z Afryki. Chrześcijanie? Pojedynczy. W sumie może ok. 300 osób.
I właśnie w tym roku na rzecz obozu uruchomiono wolontariat. Dwudziestu bodaj wolontariuszy – z Niemiec, Polski, Ukrainy, Włoch… Dowodził nimi student prawa z Berlina. Zadał mi pytanie na temat interakcji społecznych między miejscową ludnością a mieszkańcami obozu. Nie rozumiałem zupełnie, o jaką interakcję chodzi. Doprecyzował, że mógłbym coś powiedzieć na temat relacji między mną a innymi duchownymi w okolicy. Wyjaśniłem, że w tej wiosce nie ma teraz nawet pastora luterańskiego, nie ma też innych duchownych chrześcijańskich, z Kościoła koptyjskiego, ormiańskiego czy syryjskiego. Zresztą nie ma też praktycznie wiernych.
Potem rozmawiałem z pewnym inżynierem z Mediolanu. Był wolontariuszem w Ghanie i Rwandzie. – Tam budowaliśmy studnie, pracowaliśmy ciężko dla tych ludzi. Tutaj… gramy w gry i sprzątamy ich pomieszczenia. Czy to ma sens? – zapytał.
Delikatnie wyjaśniłem, że nie ma. I że po raz pierwszy są w tym obozie wolontariusze. W sytuacji, w której obóz jest w letargu i nie potrzebuje żadnej pomocy. Poza wizerunkową propagandą. (…)
Nad wioską góruje, jak wspomniałem, pomnik Powrotu do Ojczyzny. Z typowo niemiecką/germańską finezją postawiono kilka betonowych bloków, na których są ciekawe napisy m.in. o tym, że II wojna pochłonęła 50 milionów ofiar z różnych kontynentów, państw i narodów. Ale z nazwy pomnik wymienia jedną nację ofiar – niemiecką. „9 340 900 Niemców poległo w II wojnie światowej: 2 892 000 zginęło jako żołnierze, 2 846 000 zginęło jako osoby cywilne i 1 250 000 jako więźniowie wojenni.
Zaginęło 1 163 600 żołnierzy w walce, 100 300 w więzieniach, 1 089 000 osób cywilnych”.
Jestem świadom tego, że za każdą z tych liczb kryją się konkretne biografie, dramaty, często czy zawsze czyjeś łzy i nadzieje oczekiwania na powrót, na dobrą wiadomość. Za tymi liczbami kryją się imiona, nazwiska, twarze, rodziny, niejednokrotnie też modlitwy do dobrego Boga o ocalenie bliskich. To prawda. Ale nie byłoby tej całej tragedii, nie byłoby wypędzonych i przesiedlonych, gdyby nie to, że Niemcy jako naród ulegli szaleńcowi, psychopacie i zbrodniarzowi i podjęli tak ochoczo, tak skrupulatnie jego idee budowy III Rzeszy dla nacji nadludzi – Niemców.
Cały artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „Mozaika ze słowem ‘odpowiedzialność’” znajduje się na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „Mozaika ze słowem ‘odpowiedzialność’” na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Staram się zdecydowanie bronić stanowiska niepodległościowców, np. przez dosyć negatywną ocenę Rosji – w tym tej komunistycznej – oraz podkreślać, że Polska jest krajem katolickim.
Paweł Czyż
Józef Brynkus
Od Rodziców i z rodzinnej wioski wyniosłem przekonanie, że człowiek powinien w życiu kierować się wartościami religijnymi. To na studiach podjąłem działalność antykomunistyczną, m. in. uczestnicząc w strajku hutników w ówczesnej Nowej Hucie, gdy Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Pracując zaś na macierzystej uczelni, wolałem być wierny swoim wartościom, niż za cenę sprzeniewierzenia się im skakać po szczeblach tzw. kariery naukowej. I tak osiągnąłem to, co mi się należało, mimo przeszkód ze strony tzw. systemu feudalnego w nauce polskiej. (…)
Rosja nie ma współcześnie problemów z tożsamością. Nawiązuje w niej do tradycji imperialnej: carskiej-rosyjskiej, potem sowieckiej, a teraz znów rosyjskiej. Ma problem z przyznaniem, że napadała na swoich sąsiadów.
Ale z mojego punktu widzenia na sprawy rosyjskie i ich przeszłość, należy przypomnieć o tych Rosjanach, którzy z komunizmem czynnie walczyli. Nie martwi mnie więc, że będę potencjalnie objęty rosyjskimi sankcjami za prawdę. Gdy zlikwidujemy sowieckie monumenty – „ubeliski”, to wystawimy w końcu pomniki tym, którym się one naprawdę należą, np. gen. Białoruskiej Armii Sprzymierzonej Stanisławowi Bułak-Bałachowiczowi, zwanemu „biczem na bolszewików”, który ogłosił niepodległość Białorusi, czy jego bratu, gen. Józefowi Bułak-Bałachowiczowi, zamordowanemu z inspiracji sowieckiej w 1923 roku niedaleko Hajnówki. (…)
W moich interpelacjach w sprawach tzw. niemieckich pytam nie tylko o brak równowagi w prawach Polaków w Niemczech i Niemców w Polsce, ale też o działania Jugendamtów. Ktoś powinien reagować na roszczenia naszych sąsiadów, obojętnie czy polityczne, czy gospodarcze.
Myślę, że projekt Józefa Piłsudskiego odnośnie do równej drogi do Berlina i Moskwy dziś jest jak najbardziej aktualny. Nikt z zagranicy nie ma prawa wtrącać się w suwerenne decyzje polskiego parlamentu, na przykład dotyczące wymiaru sprawiedliwości. Polska AD 2017 to nie I RP z II połowy XVIII wieku.
Cały wywiad Pawła Czyża z posłem Józefem Brynkusem pt. „Do przodu, korzystając z wniosków wyciągniętych z historii!” znajduje się na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Pawła Czyża z posłem Józefem Brynkusem pt. „Do przodu, korzystając z wniosków wyciągniętych z historii!” na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Przyszłość projektu Międzymorza jest niejasna – ze względu na czynniki zewnętrzne, jak i ambicje państw regionu. Widać jednak, że występują ewidentne niewykorzystane synergie współpracy w regionie.
Mariusz Patey
Różni autorzy mają różne poglądy na temat obszaru Międzymorza, jak i rodzaju relacji między państwami Międzymorza. Dla jednych to ścisła federacja ze wspólną armią i polityką zagraniczną, a dla innych to raczej wspólny obszar gospodarczy, obejmujący kraje między Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym, posiadający instrumenty li tylko finansowe, takie jak Bank Międzymorza, Fundusz Międzymorza i Fundusz Solidarności, zdolne udźwignąć ważne transgraniczne projekty gospodarcze czy infrastrukturalne. (…)
Przed I wojną światową koncepcja federacji narodów Europy Środkowej i Wschodniej była teoretycznie rozwijana przez Józefa Piłsudskiego. Po pierwszej wojnie światowej doszło do realnego sojuszu między Białoruską Republiką Ludową, Ukraińską Republiką Ludową i Rzeczpospolitą Polską.
Idea współpracy między krajami leżącymi od Bałtyku do Morza Czarnego była przedstawiona przez Józefa Piłsudskiego i Symona Petlurę i sformalizowana umową o sojuszu politycznym i wojskowym między Polska a Ukrainą 21 kwietnia 1920 r. Wcześniej, bo 23 lutego 1920 r., Polska podpisała umowę o współpracy wojskowej z Białoruską Republiką Ludową. Idei integracji z Polską przeciwne były jednak Litwa, Czechy i Słowacja.
W wyniku wojny z bolszewicką Rosją doszło do pogrzebania koncepcji, w której brałyby udział niezależna Ukraina i Białoruś. W latach późniejszych próbowano reaktywować plany federacyjne w oparciu o kraje nadbałtyckie (tu pojawiła się niezgoda Litwy), kraje skandynawskie, Węgry, Czechosłowację (niezgoda Czechosłowacji), Węgry, Rumunię (brak zainteresowania ze względu na konflikt węgiersko-rumuński), a nawet Włochy.
Po śmierci Józefa Piłsudskiego próbowano doprowadzić do sojuszu polsko-węgiersko-rumuńskiego. Bez rezultatu. Węgry i Rumunia znalazły się w sojuszu z państwami Osi.
W okresie zimnej wojny o idei Międzymorza, współpracy małych i średnich narodów naszego regionu pamiętało środowisko skupione wokół pisma „Kultura” i osoby Jerzego Giedroycia.
Upadek ZSRS w 1991 r. rozbudził nadzieje zwolenników tej idei na możliwość jej urzeczywistnienia. W Polsce Konfederacja Polski Niepodległej, na Białorusi Białoruski Front Ludowy, a na Ukrainie „Ukraińska Partia Republikańska” w 1996 r. zorganizowały konferencję poświęconą idei Międzymorza. Wobec braku funduszy i marginalizacji podmiotów politycznych zaangażowanych realizację tej koncepcji oraz rozszerzenia UE i NATO na wschód dalsze działania w tym kierunku zamarły.
W Polsce do koncepcji Międzymorza nawiązywały środowiska związane z Solidarnością Walczącą, Liberalno-Demokratyczną Partią „Niepodległość”, Fundacją Wschodnią „Wiedza” oraz Stowarzyszeniem Współpracy Narodów Europy Wschodniej „Zbliżenie”. Po wejściu Polski do UE i NATO Polska zwróciła się ku Europie Zachodniej, a zainteresowanie Międzymorzem znacznie osłabło. (…)
Po wojnie (…) Idea Międzymorza była uznawana za niebezpieczną dla interesów ZSRS i w związku z tym szczególnie ostro ją zwalczano, starając się zdyskredytować tych działaczy, którzy do niej się odwoływali. Z szerokiego spektrum poglądów i idei dominującym ostał się ten nurt, który opowiadał się za bezwarunkową akceptacją linii prorosyjskiej, niezależnie od polityk przez rząd rosyjski prowadzonych. (…)
Warto przy planowaniu organizacji Międzymorza uwzględnić doświadczenia innych państw. Takim przykładem może być wspólny obszar gospodarczy powołany przez Meksyk, USA i Kanadę (NAFTA).
Struktura ta nie ma rozbudowanej biurokracji i opiera się na wzajemnym uznaniu lokalnych praw i certyfikatów jakościowych produktów. Wspólny rynek w praktyce polega na tym, że jeśli na przykład piwo jest dopuszczone do sprzedaży w Kanadzie, to również nie zaszkodzi konsumentom w USA i Meksyku.
Interesujące są też doświadczenie geograficznie bliższych nam krajów skandynawskich z ich Scandinavian Council. Jest to porozumienie, w którym współpraca oparta jest na tzw. kryterium „nordyckiej korzyści” (nordisk nytta) i spełnia następujące warunki:
zastępuje działanie, które mogłoby być zrealizowane na poziomie narodowym, ale współdziałanie w ramach Rady Nordyckiej pozwoli zwiększyć jego efektywność;
pokazuje i promuje solidarność nordycką;
podnosi wartości i znaczenie nordyckiej kompetencji i konkurencyjności.
Idea Międzymorza, rozumiana jako platforma dla współpracy w obszarze gospodarczym, jest propagowana przez neoendecki Instytut im. Romana Rybarskiego. (…) Przytoczę tu szkic programu dla Międzymorza propagowany przez to środowisko. Proponowane kraje członkowskie dla Międzymorza: Ukraina, Polska, kraje nadbałtyckie, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Chorwacja, Słowenia, Gruzja. (…)
Proces kształtowania gospodarczych więzi w regionie należy zacząć od zbudowania odpowiedniej infrastruktury transportowej na azymucie północ-południe, połączenia systemów energetycznych państw Międzymorza. Połączenie systemów przesyłu gazu i ropy w trójkącie Morze Bałtyckie-Adriatyk-Morze Czarne może być tym “glejem” łączącym interesy krajów regionu. W przyszłości, po wybudowaniu stosownej infrastruktury, mile widziane byłyby i inne kraje leżące w bezpośrednim sąsiedztwie, na przykład Białoruś, Armenia i Azerbejdżan.
Międzymorze w tej koncepcji rozumiane jest nie jako alternatywa czy projekt konkurencyjny dla istniejących organizacji gospodarczych i bezpieczeństwa w Europie, ale wspierający np. NATO w zabezpieczeniu wschodniej flanki Europy i rozszerzaniu obszaru stabilności i rozwoju w całym obszarze Międzymorza. Wzmocnione gospodarczo Ukraina i Gruzja będą trudniej destabilizowane przez czynnik zewnętrzny.
Proponowane instrumenty Międzymorza (funkcjonujące na zasadzie pomocniczości w stosunku do istniejących narzędzi będących w zasobach państw narodowych i organizacji międzynarodowych) to przede wszystkim instytucje finansowe:
Bank Międzymorza (wspierający projekty takie, jak: budowa infrastruktury przesyłu gazu i ropy, szlaków transportu kolejowego, wodnych, drogowych itp.). Bank taki mógłby być partnerem MFW, EBOiR, AIIB.
Fundusz Międzymorza (instytucja powołana dla finansowania projektów gospodarczych obarczonych ryzykiem trudnym do zaakceptowania przez sektor bankowy, realizowanych przez inwestorów prywatnych w regionie, a wymagających współdziałania ze strony partnerów z różnych państw członkowskich).
Fundusz Solidarności o niekomercyjnym charakterze, udzielający pomocy finansowej krajom regionu w obliczu klęsk żywiołowych, wojen i epidemii.
Dla zabezpieczenia regionu przed działaniami hybrydowych agresji, w których przeciwnik nie jest jasno zdefiniowany prawem międzynarodowym, proponuje się utworzyć ponadnarodową instytucję koordynującą działania obronne głównie przeciwko destabilizowaniu państw regionu, poprzez wykorzystanie technik dezinformacji i manipulacji w mediach i internecie.
Prawodawstwo krajów regionu winno uwzględniać możliwość powoływania oddziałów cudzoziemskich złożonych z obywateli państw Międzymorza na wzór francuskiej legii cudzoziemskiej.
Przeszkoleni ochotnicy mogliby wspierać obronę przed militarną agresją ze strony zbrojnych grup i nieoznakowanych oddziałów wojskowych, bez potrzeby wywoływania wielkoskalowego konfliktu, jawnego angażowania się instytucji rządowych i dawania tym samym pretekstów do kwestionowania Traktatu Północnoatlantyckiego w obliczu agresji wobec państw Międzymorza będących członkami NATO.
Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Międzymorze” znajduje się na s. 6 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mariusza Pateya pt. „Międzymorze” na s. 6 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Kto by pomyślał, że tyle dobra może się objawić w tak krótkim czasie, że hojność i solidarność to cnoty żywe i pielęgnowane w sercach Polaków, a pomoc drugiemu w biedzie nie jest martwym sloganem.
Małgorzata Szewczyk
Do jedynej czynnej kasy ustawiła się długa kolejka, bo zbliżał się 15 sierpnia, a więc handel zamierał. A w Polakach, od Odry do Bugu, budził się syndrom robienia zakupów, a trafniej rzecz ujmując: zapasów, bo przecież sklepy będą pozamykane…
Nagle wśród stojących dotąd cierpliwie i z wielkim spokojem osób zrobiło się poruszenie i dało się słyszeć podniesione kobiece głosy. Sprawcami całej sytuacji okazali się dwaj kilkuletni bracia. Zawstydzeni chłopcy gorączkowo szukali po kieszeniach pieniędzy. Okazało się bowiem, że do zapłaty za towar brakowało im… 2,50 zł. Impas na szczęście złamał młody, wytatuowany od szyi po kostki mężczyzna. Bez słowa podał zirytowanej kasjerce brakującą kwotę. Zaskoczeni malcy pospiesznie zapakowali zakupy do siatki, niemal równocześnie popatrzyli na swego wybawcę, a ze ściśniętych gardeł wydobyło się słowo: „dziękujemy”.
„Patrz pani, kto by pomyślał…” – odwróciła się do mnie korpulentna blondynka, której – pewnie jak mnie i pozostałym „kolejkowiczom”, nie przeszłoby przez myśl, że „tatuaż” może zdobyć się na taki gest – i zaczęła wykładać swoje produkty na taśmę. (…)
Ta niedawna historia przypomniała mi się w kontekście innego, nieporównywalnie większego, dobra, jakie zostało wyzwolone w odpowiedzi na apel Caritas. Sierpniowe burze i nawałnice, jakie przeszły przez Polskę, pociągnęły za sobą ofiary śmiertelne i poczyniły olbrzymie szkody materialne. Zniszczone domy, budynki gospodarcze, szkoły, pozrywane trakcje elektryczne, mosty, zdziesiątkowane drzewa w lasach, nieprzejezdne drogi… Relacje zrozpaczonych mieszkańców terenów dotkniętych klęską żywiołu zmobilizowały tysiące Polaków do ogromnej ofiarności. Caritas Polska przeznaczyła na pomoc ofiarom wichury na Pomorzu ponad milion złotych, a dodajmy, że pomoc materialna nadal jest przekazywana.
Cały felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Kto by pomyślał…” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Kto by pomyślał…” na s. 2. wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl