Stanisława Wiatr-Partyka jako szesnastolatka wróciła z Kazachstanu, gdzie wraz z matką została wywieziona 13 kwietnia 1940 roku, podczas gdy jej ojciec przebywał w Ostaszkowie, skąd nie wrócił.
Stanisława Wiatr-Partyka
Modlitwa II
Ja muszę wrócić, dobry Boże, do Nieświeża.
Tam tyle spraw odłogiem leży, na mnie czeka.
Stąd przecież blisko – Pilzno, Mielec, Białowieża.
Pozwól mi wrócić, dobry Boże, do Nieświeża.
Tam pan Anańko ciągle czeka na mój ukłon.
Muszę poszukać niebieskiego koralika.
Pod Słucką Bramą ciągle stoi głupi Josel –
Kto mu zaniesie świeżutkiego rogalika?
Ja muszę wrócić, by szuflady pozasuwać,
Aby pozbierać fotografie rozsypane,
Pani Kraszewskiej zanieść „Moją Przyjaciółkę”,
Trochę posiedzieć na hamaku pod kasztanem.
Muszę wypuścić dwa chrabąszcze z pudełeczka,
Zjeść podwieczorek, podlać kwiatki na werandzie,
Wowka pokazać miał, jak kwitnie w polu hreczka
I kalejdoskop muszę oddać grubej Wandzie.
Ja choć na chwilkę…
tylko wpadnę i zobaczę…
Czy na wystawie żabka Erdal ciągle skacze?
A głupi Josel…
może głodny? Może płacze?
Mój Boże, pozwól…
tylko wpadnę i zobaczę…
Jestem gotowa. Boże pozwól – może zdążę.
Ja muszę sprawdzić, czy znów flaga jest na wieży!
Ja muszę wiedzieć, że nareszcie wrócił książę!
Koniecznie muszę, dobry Boże, do Nieświeża…
Kożuszek został… zakopiański… prawie nowy…
Gdzieś pod podłogę wpadł pierścionek bursztynowy…
Stąd przecież blisko, Boże, Mielec… Białowieża…
Ja choć na chwilkę… do Nieświeża…
Oficjalnie przyczyną śmierci było samobójstwo. Ale, jak wiemy z ustaleń dziennikarza śledczego Wojciecha Sumlińskiego, wszystko wskazuje na to, że Andrzej Lepper został zamordowany.
Michał Pilc
Andrzej Lepper wiele razy wypowiadał się, że ma dowody na korupcję czołowych polskich polityków. W Internecie można znaleźć film „8 minut, które zabiło Andrzeja Leppera”. Polityka wyszydzano, ośmieszano, a po latach okazuje się, że w wielu sprawach miał rację. I jego przewidywania się sprawdzają.
Lepper może był trochę nieokrzesany, ale na pewno był patriotą i upominał się o godne życie ludzi, których transformacja ustrojowa wyrzuciła poza nawias życia społecznego. W III RP podnoszony przez niego postulat podmiotowości gospodarczej Polski brzmiał egzotycznie. Uważano, że ochrona polskich przedsiębiorców nie powinna mieć miejsca. A dzisiaj okazuje się, że szanowani ekonomiści, na przykład prof. Witold Kieżun, mają podobne zdanie na tematy gospodarcze (społeczna gospodarka rynkowa). Natomiast w przesiąkniętej michnikowszczyzną III RP takie poglądy uważano za oszołomstwo.
Zachęcam do obejrzenia wspomnianego filmu (25 minut), w którym Lepper wypunktował konkretne przypadki złodziejskiej wyprzedaży za bezcen polskiego majątku narodowego: https://www.youtube.com/watch?v=Smk8CZlyJwk.
Swoją drogą, czekam z niecierpliwością na powstanie Sejmowej Komisji śledczej, która zbadałaby okoliczności śmierci Andrzeja Leppera. W jakim celu w sierpniu 2011 roku Lepper chciał się spotkać z Jarosławem Kaczyńskim? Co miał mu do przekazania? I czego tak mocno obawiały się „loże, służby, mafie”, że posunęły się do środka ostatecznego?
Apelujmy do posłów na Sejm o powstanie komisji śledczej do zbadania tej sprawy. Jesteśmy to winni temu politykowi.
A na koniec – 25-minutowy wywiad z Wojciechem Sumlińskim na temat niebezpiecznych związków Andrzeja Leppera: https://www.youtube.com/watch?v=flXSyLKD27k.
Artykuł Michała Pilca pt. „Ponura rocznica” znajduje się na s. 8 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Michała Pilca pt. „Ponura rocznica” na s. 8 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Walusiak był w kontakcie z furmanami z puszczy. Oni przywozili do niego mąkę od partyzantów po rozbiciu sklepów niemieckich. Walusiak wypiekał chleb, który znowu furmani zabierali do Puszczy.
Wojciech Kempa
Pod Zamościem dostałem się do niewoli, lecz zbiegłem i dotarłem piechotą do Andrychowa, gdyż na Śląsk nie mogłem powrócić. Tutaj ukrywałem się u rodziny. W kwietniu 1940 r. aresztowali mnie Niemcy i znalazłem się w Dachau, potem w Mauthausen-Gusen. W grudniu 1940 r. wydostałem się z obozu. Zostałem skierowany przez gestapo do fabryki w Andrychowie jako robotnik, meldując się co trzeci dzień na policji.
Z wiosną 1941 r. przybył do mnie oficer ze służby czynnej, z 12 p.p. w Wadowicach, którego znałem osobiście, gdyż w tym pułku odbywałem ćwiczenia. Zaangażował mnie do pracy podziemnej. Nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Wtenczas reprezentował on organizację „Związek Powstańców”. Dał rozkaz zgłosić się do dr. Apolinarego Wietrznego ps. Wiktor. Ten odebrał ode mnie przysięgę i ustaliliśmy pseudonim – „Ryś”. Podzieliliśmy funkcje. On został przełożonym terenu, a ja komendantem wojskowym placówki Andrychów. Zaraz rozpocząłem organizację plutonów, zaprzysięgając dowódców.
W krótkim czasie Zw. Powst. otrzymał nazwę ZWZ. Skrytkę kontaktów prowadził Wietrzny i od niego otrzymywałem polecenia. (…)
Prawdopodobnie było to w styczniu 1942 r. Otrzymałem rozkaz od „Wiktora”, abym udał się do Wieprza za Żywiec, na odprawę komendantów placówek. Godz. 21 – drewniany dworek w pobliżu przystanku kolejowego. Hasło – „lampa” i książka w ręce. Zaprosiła mnie do salonu starsza pani. Było tam już wielu mężczyzn. Spośród nich poznałem tylko jednego, który był ze mną w obozie. Tam przeszedł przez ogromne męczarnie i wytrwał. Prawdopodobnie był to nauczyciel z okolic Oświęcimia. Uderzyło mnie to, że z radością go powitałem, on natomiast ścisnął mi dłoń i wbił mi paznokcie do dłoni. Wyraz jego twarzy był bardzo dziwny. Odniosłem wrażenie, że on coś wie i że tutaj grozi niebezpieczeństwo.
Zasiedliśmy wokół dużego stołu. Mam wrażenie, że nas było około 18 osób. W środku zasiadł młody, przystojny człowiek. Gdzieś dowiedziałem się, że był to oficer służby czynnej, pseudonim Mietek. Naprzeciw niego właśnie siedziałem. Położył na stole mapę i jeszcze jakieś papiery. Zaczął referować. Uderzył mnie jego optymizm (powiedziałbym nieszczere bujanie). Sytuację na frontach znałem z nasłuchów, a on twierdził wręcz przeciwnie, że Niemcy ponoszą klęski, a my już lada dzień będziemy musieli ruszyć do akcji.
Następnie zaczęliśmy składać raporty z naszych terenów. Zasięg był: Żywiec, Wadowice, Oświęcim, Bielsko, o ile sobie przypominam. Gdy padła na mnie kolej, mając wrażenie zdrady, nie podałem placówki Andrychów, tylko Kleczę za Skawą. Zażądałem tylko broni, gdyż takiej nie posiadałem w plutonach. O godz. 4 skończyła się odprawa. Zapomniałem książki i po nią wróciłem. O godz. 5 wsiadłem do pociągu. Jechałem w towarzystwie kapitana, który był na odprawie, aż do stacji Kozy, gdzie on pracował na poczcie. Jemu również nie przyznałem się, że jadę do Andrychowa.
W kilka dni później spotkałem na rynku w Andrychowie Wietrznego „Wiktora”, który wybiegł z domu. Oświadczył mi, że zjechało do miasta gestapo i czyni przeszukania. Pobiegliśmy do miasta na targowicę i schroniliśmy się do budy, gdzie ważono świnie. „Wiktor” przedstawił mi, iż nastąpiła wsypa po odprawie w Wieprzu. Zdradził „Mietek”. Wszystkich będących na odprawie aresztowało gestapo i dwoje wieśniaków z tego dworku. Miano ich wywieźć do Mysłowic i tam stracono. Jedynie „Mietek” otrzymał sfingowany postrzał w rękę i uciekł do Bielska, gdzie miał prowadzić dalszą wsypę. Później dowiedziałem się od łączniczki „Krysi”, iż został on ukarany i zgładzony przez naszych.
Więcej relacji uczestników walki AK na Śląsku w artykule Wojciecha Kempy pt. „Armia Krajowa w rejonie Andrychowa i Wadowic” można przeczytać na s. 6 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Armia Krajowa w rejonie Andrychowa i Wadowic” na s. 6 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Ta dziewczyna miała niezwykłą świadomość tego, o co walczy i z kim. O tym świadczą chociażby dokumenty z rozprawy sądowej. Pozostała wierna złożonej w szeregach podziemnej armii przysiędze.
Jarosław Wąsowicz SDB
Ubiegłoroczny pogrzeb Danuty Siedzikówny „Inki”, sanitariuszki 5 Wileńskiej Brygady AK, oraz Zygmunta Selmanowicza „Zagończyka”, który pełnił funkcję zastępcy dowódcy plutonu tejże stał się wielką manifestacją religijną i patriotyczną. Według danych organizatorów, mogło wziąć w niej udział nawet 100 tys. uczestników, którzy do Gdańska zjechali się z różnych stron Polski i świata. (…)
Krótkie życie „Inki” niesie ze sobą ból tego, co przeżyliśmy w czasie wojny i po jej zakończeniu – przecież cała jej rodzina zapłaciła olbrzymią cenę za zaangażowanie niepodległościowe. Dość wspomnieć, że za to zginęli i ojciec, i mama „Inki”. Danka jako 15-letnia dziewczyna wraz z siostrą złożyła przysięgę w szeregach Armii Krajowej, żeby później, po 1945 roku, kiedy większość już miała dość walki, stanąć w szeregach Łupaszki do konfrontacji z kolejnym okupantem, z sowietyzacją Polski.
Ta dziewczyna miała niezwykłą świadomość tego, o co walczy i z kim. O tym świadczą chociażby dokumenty z rozprawy sądowej. Pozostała wierna złożonej w szeregach podziemnej armii przysiędze. Nie zdradziła nikogo. (…)
W miejscu urodzin „Inki” w Narewce na Podlasiu uroczystości rocznicowe trwały cały dzień. Program był niezwykle bogaty. O godz. 12.00 w sali edukacyjnej Nadleśnictwa Browsk w Gruszkach spotkanie poświęcone Danucie Siedzikównie poprowadzili: naczelnik Biura Edukacji IPN w Gdańsku Krzysztof Drażba oraz Piotr Szubarczyk, który niezwykle barwny sposób przywołał wiele ciekawych wątków z rodzinnego życia „Inki”. Po zakończeniu prezentacji wszyscy jej uczestnicy przemaszerowali pod pomnik sanitariuszki 5. Wileńskiej Brygady AK, który stoi w siedzibie Nadleśnictwa w Gruszkach, gdzie złożone zostały wieńce oraz odbyła się modlitwa za zmarłych żołnierzy antykomunistycznego podziemia.
Uroczystości były kontynuowane w miejscowym kościele pw. św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyła się Msza św. w intencji „Inki” i wszystkich Żołnierzy Niezłomnych. Miałem na niej okazję wygłosić okolicznościową homilię. (…)
Obchody rocznicy śmierci „Inki” i „Zagończyka”, potwierdzają, że żołnierze antykomunistycznego podziemia pozostawili po sobie mocne przesłanie, które coraz bardziej wybrzmiewa w świadomości społecznej.
Cały artykuł Jarosława Wąsowicza SDB pt. „U »Inki« w Narewce” znajduje się na s. 8 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jarosława Wąsowicza SDB pt. „U »Inki« w Narewce” na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Warto rozpocząć od nagłaśniania intuicji Zbigniewa Herberta, który zauważył: „Wielkie nazwiska uprawdopodobniają największe idiotyzmy, gdyż tłum ma naiwną pewność, że wielcy ludzie bredzić nie mogą”.
Herbert Kopiec
„Wielki”. Takim to pompatycznym tytułem wielokrotnie obecny w moich felietonach „olbrzym” polskiej pedagogiki prof. Zbigniew Kwieciński (wielkie nazwisko – do niedawna m.in. przewodniczący Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego) opatrzył pomieszczoną w swojej książce opinię o Wielkim Pedagogu (Cztery i pół, Wrocław 2011 r., s. 501–504).
Wincenty Okoń (1914 –2011) – bo o tego pedagoga tu chodzi – dokonał wszystkiego, co może osiągnąć uczony wielkiej rangi – napisał Z. Kwieciński w recenzji osiągnięć W. Okonia w postępowaniu dotyczącym nadania mu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. Uroczystość wręczenia dyplomu odbyła się (w grudniu 2006) w Pałacu Kazimierzowskim w Warszawie. Wynoszono pod niebiosa autora powszechnie w Polsce i wielu krajach znanych i stosowanych podręczników dydaktyki ogólnej, które z wydania na wydanie stawały się coraz bardziej nowoczesne i kompletne. (…)
Trudno mieć pretensje do prof. Okonia, że mimo intensywnych podróży zagranicznych nie wszędzie jednak postawił stopę. Chyba nie było profesora na Kubie – państwa należącego, jak Polska, do bliskiego jego sercu obozu socjalistycznego. I co w tej sytuacji robi nasz późniejszy doktor honorowy? Ani mu w głowie dać za wygraną! Pozbawić znajomości polskich pedagogów „postępowych” osiągnięć kubańskiej myśli pedagogicznej? (…)
Skoro nie można ofiarować młodzieży perspektyw osobistego powodzenia materialnego, działajmy metodą przekształcania słabości w siłę. Od wielu miesięcy ulubionym tematem niemal wszystkich przemówień Fidela Castro są założenia nowej kubańskiej pedagogiki rewolucyjnej. Sens tej pedagogiki (…) sprowadza się do próby wychowania w ciągu jednego pokolenia nowego typu obywatela, który nie reagowałby zupełnie na słowo ‘pieniądz’ i kierował się w życiu wyłącznie motywacjami moralnymi typu ‘dobro ogółu’ bądź patriotycznymi.
Nie mam zamiaru udawać, że zdając się wyłącznie na własne siły, postanowiłem zafundować Państwu pomoc w zrozumieniu Wielkiego Pedagoga. Aż takim mądralą to ja nie jestem. Będę się więc posiłkował obszerną laudacją pt. Życie i twórczość naukowa profesora Wincentego Okonia. IUBILAEI CAUSA LAUDATIO (S. Juszczyk z UŚ w Katowicach, A. Surdyk z Uniwersytetu w Poznaniu). Opublikowało ją czasopismo „Homo Ludens” 1/2009. Sporo tu uwag o rozlicznych przymiotach tego Wyjątkowego Człowieka. Oto laudatorzy zauważyli, iż Okoń nie skupiał się na krytyce tego, co mu przeszkadza. Niestety, nie wskazali równocześnie, co prof. Okoniowi przeszkadza. A przecież – jak piszą – jednak przeszkadza. Stąd trzeba nam się pogodzić, iż od laudatorów nie dowiemy się tego, co nas najbardziej interesuje: czyli: czy w ogóle i na ile prof. Okoniowi na drodze do umiłowanego postępu pedagogicznego przeszkadzała zwykła ludzka głupota…
Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Wszystkie chwyty dozwolone” znajduje się na s. 5 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Herberta Kopca pt. „Wszystkie chwyty dozwolone” na s. 5 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Wielokrotnie w mundurze niemieckiego generała Wehrmachtu von Hallmana, a później jako generał Karl Jansen przemierzał kurierskie trasy w Europie. Wykradł Niemcom plany umocnień Wału Atlantyckiego.
Piotr Edward Gołębski
Kazimierz Leski ukończył studia w Wyższej Szkole Budowy Maszyn i Elektrotechniki im. Wawelberga i Rotwanda. Wyjechał do Holandii, gdzie podjął studia na wydziale budowy okrętów Politechniki w Delft, jednocześnie pracując w tamtejszych stoczniach m.in. przy budowie dla Polski łodzi podwodnych „Orzeł” i „Sęp”.
Przed wybuchem wojny wrócił do kraju, a uprawiając od lat żeglarstwo i pilotaż, został pilotem wojskowym, przechodząc szkolenie w Szkole Rezerwy Lotnictwa w Sadkowie pod Radomiem. 17.09.1939 r. w czasie lotu porannego do Czortkowa nad Seretem został zestrzelony przez Amię Czerwoną, która rozpoczęła wojnę z Rzeczpospolitą. Dzięki pomocy miejscowej ludności, pomimo uszkodzonego kręgosłupa uciekł z aresztu i dotarł do Lwowa. Tam w klinice słynnego prof. Weigla, gdzie przedstawił się jako Leon Juchniewicz, wrócił do względnego zdrowia. Z grupą przyjaciół dostał się do matki w Warszawie i kontynuował leczenie w Szpitalu Ujazdowskim. (…)
Leskiemu polecono utworzenie działu wywiady obce (krypt. 997) i zaczęto tworzyć własne drogi przerzutowe do Naczelnego Dowództwa w Londynie. Znając języki: angielski, holenderski, niemiecki i francuski Leski zorganizował specjalny oddział 666, który przygotowywał trasy przerzutowe dla kurierów. Kurierzy przewozili materiały, które nie mogły dotrzeć drogą radiową (szkice umocnień i pozostałych obiektów oraz zdjęcia). Leski wykazał się bezgraniczną odwagą, gdy kilkanaście razy w mundurze niemieckiego generała Wehrmachtu Juliusa von Hallmana, a później – po odpowiednim ucharakteryzowaniu – jako generał Karl Leopold Jansen przemierzał kurierskie trasy w Europie. Wykradł Niemcom plany umocnień Wału Atlantyckiego.
Uczestniczył w rozpracowaniu agenta gestapo Józefa Hammera, który jako płk Baczewski utworzył siatkę przekazującą do gestapo tajemnice grypsów pisanych przez więźniów Pawiaka i innych więzień. Zlikwidowano zdrajcę i jego sztab latem 1942 r.
W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego Leski utworzył z cywilnych ochotników kilkunastoosobowy oddział o nazwie „Bradl”, który rozwinął się do kompanii, walczącej w Śródmieściu Południe (od nazwy firmy Leskiego Johannesa Bradla).
Po upadku powstania opuścił Warszawę w Korpusie Warszawskim, po zdaniu – celowo uszkodzonej – broni na placu przed politechniką. Oddziały szły w eskorcie Niemców i po uraczeniu najbliższych Niemców wódką wyniesioną z miasta, gdy zapadł zmrok, grupa jeńców „opuściła” kolumnę i dotarła do Milanówka.
Kazimierz Leski nawiązał łączność z gen. Okulickim „Niedźwiadkiem” i został w październiku 1944 r. szefem Sztabu Obszaru Zachodniego AK oraz pracował w Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Wielokrotnie składał meldunki gen. Okulickiemu i 19.01.1945 r. uczestniczył w opracowaniu szczegółów rozkazu o rozwiązaniu Armii Krajowej. (…)
Jeden z ujawnionych przesłuchiwany przez UB wydał Leskiego, który od wiosny 1945 r. jako Leon Juchniewicz pracował w Zjednoczeniu Stoczni Polskich i organizował Stocznię nr II w Gdańsku. W sierpniu 1945 r. Leski został aresztowany w Poznaniu, a następnie osadzony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie (pawilon X cela 19).
Włączono go do procesu Komendy Głównej Zrzeszenia WiN, gdzie pierwszym oskarżonym był płk. Jan Rzepecki. W nagłaśnianym przez komunistyczną prasę procesie w 1947 r. został skazany na 12 lat więzienia, potem zmniejszone do 6 lat, po liście byłych oficerów Gwardii i Armii Ludowej do ówczesnego prezydenta PRL Bolesława Bieruta.
W czasie odbywania wyroku Leski był brutalnie przesłuchiwany i zmuszany do podpisywania fałszywych zeznań w celu następnego oskarżenia. Jako wysokiemu oficerowi AK zarzucano mu rozpracowywanie lewicowych grup i organizacji PPR, Gwardii i Armii Ludowej oraz wmawiano współpracę z niemieckim okupantem poprzez oddawanie komunistów w ręce gestapo. Nie było na to cyniczne oskarżenie żadnych świadków i dowodów. Rozprawa odbyła się w więzieniu przy zamkniętych drzwiach 29 i 30 września 1952 r. przed Sądem Wojewódzkim dla m.st. Warszawy, gdzie skazano go na następne 10 lat więzienia.
W więzieniu Leski przeszedł typowe ubeckie piekło, co doprowadziło go do próby samobójczej. „Zupełnie traciłem kontrolę nad sobą. Bałem się, że zgodzę się na jakieś absurdy, obciążę siebie i ludzi” – wspominał. Po torturach doczołgiwał się do celi i pytał współwięźniów np. „Skąd tu tyle róż?”, jak mu później opowiadali.
Cały artykuł Piotra Edwarda Gołębskiego pt. „Człowiek, o którym warto pamiętać” znajduje się na s. 16 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Piotra Edwarda Gołębskiego pt. „Człowiek, o którym warto pamiętać” na s. 16 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
W czasie zaborów szanujący się szlachcic szedł do powstania, „bo tak trzeba było”. Echo tej idei wybrzmiało w wypowiedzi „Inki” ( Danuty Siedzikówny): „Powiedz babci, że zachowałam się jak trzeba”.
Ryszard Surmacz
(…) Polacy dość powszechnie nie odczuwają potrzeby posiadania grupy kulturotwórczej, która byłaby nośnikiem polskiej aksjologii. Ba, robimy wszystko, aby zablokować jej odbudowę – z obawy, że narzucą nam wyższe standardy i wymuszą większy wysiłek. Kulturę zaczynamy więc rozumieć po chłopsku, jako niezmienny element zabawy. Niedawno, od osoby poważnej, usłyszałem, że tradycyjna inteligencja to jakaś zamknięta grupa, która wywodzi się z etyki mieszczańskiej. (…)
Intellectus fidei (rozumienie wiary). Dlaczego odwołujemy się akuratnie do tego hasła? Dlatego, że etos polskiej inteligencji jest powiązany z wiarą i Kościołem. Kulturę budowały: siła mięśni ludzkich, potęga intelektu i odwołania do Boga. Religia jest częścią kultury. Ludzka jej część jest sprawdzalna, boska – nadprzyrodzona. W tym zestawieniu są jak perpetuum mobile, a jego ruch daje człowiekowi poczucie sensu i motywację do życia.
W państwach, które nie utraciły swojej państwowości i zachowały ciągłość, depozytariuszem są uczelnie, biblioteki, jest (lub powinna być) instytucja „mistrza”, który przekazuje to, co najważniejsze, oraz powinna być grupa ludzi zwana intelektualistami. W Polsce, której położenie geograficzne i historia zniszczyły wszystkie wyżej wymienione elementy ciągłości, depozytariuszem stała się grupa ludzi, która nie wyraziła zgody na dewastację polskiej kultury i likwidację państwa polskiego.
Tą grupą w Polsce była najpierw szlachta, a potem inteligencja. To oni pierwsi zaczęli walczyć i ponosić ofiary, to od nich zaczęto eksterminację polskiej inteligencji i kultury. Zaczęło się od Sybiru, skończyło hekatombą w II wojnie i czerwonymi rugami z PRL. Wspólny jej dorobek można nazwać narodowym systemem immunologicznym, a te wartości, które stworzyła, mają charakter uniwersalny… I właśnie, PRL narobił tu takiego zamieszania, że niezbędna jest uwaga, iż tu nie chodzi o obronę szlachty (bo to szlachta), lecz o wiedzę na jej temat, bo jest ona źródłem i twórcą tej wyższej kultury, bez której nie ma kontynuacji, nie wyłoni się szersza perspektywa i nie będzie niepodległości. (…)
Jeżeli chcemy dostrzec wartość i istotę idei bycia polskim inteligentem, musimy odwołać się do polskiej szlachty, która była ideowym protoplastą inteligencji, a chcąc zrozumieć poświęcenie tej grupy społecznej, musimy sięgnąć do szlacheckich herbów.
Czym był, dziś po bolszewicku wyśmiewany, herb szlachecki? Był klejnotem, który szlachcica zobowiązywał do najwyższych standardów. Stanisław Orzechowski w XVI w. pisze:
Herby wasze są znaki szlachectwa, a nie szlachectwo. A jako gdy piwo kwaśnieje […] tak też i ty zrzuć herb, gdy się szlachectwo twoje złotrzyło. Nie chlub się zacnością przodków swoich, ku hańbie twojej ich wspominasz, a tym znaczniejsza niecnota twoja jest, im przodkowie twoi byli cnotliwsi.
Także ks. Piotr Skarga uważał, że szlachectwo zobowiązuje – zarówno to wywodzące się z klejnotu i herbu, jak i to wypływające z podniesienia do godności kapłana. (…)
Przekładając to na język ogólnych polskich uwarunkowań kulturowych, na plan pierwszy wysuwają się: 1. honor i szlachetność, uczciwość, 2. niezgoda na napaść i agresję, 3. niezgoda na pogwałcenie podstawowych praw i wolności, 4. szacunek dla Rzeczypospolitej, 5. niezgoda na grabież majątków, 6. niezgoda na narzucanie czegokolwiek siłą, wbrew woli narodu. (…)
Przykład prymatu dobra państwa nad dobrem rodziny dawały matki. Gdy wybuchało powstanie, zgodnie ze swoim sumieniem wysyłały mężów i synów, bo wiedziały, że dobro ojczyzny przekłada się na pomyślność całej rodziny.
Ale niesprawiedliwością byłoby pominięcie zasług chłopów i mieszczan. Według badań w grupie ludzi, która wykazała gotowość obrony pierwszych zasad, było około 50 procent szlachty i 50 procent chłopów lub zdeklasowanej szlachty i mieszczan. Było to możliwe dlatego, że wzorzec szlachecki w tamtym czasie był wiodący. Kiedy Polskiej władzy nie było, rolę wiodącą i wzorcotwórczą przejęła inteligencja. O przynależności do grupy decydowały czynniki subiektywne: patriotyzm i gotowość do bezinteresownej pracy na rzecz dobra wspólnego. Prymat i siłę wzorca szlacheckiego zdołano złamać dopiero w tzw. III RP.
Prof. Anna Pawełczyńska: (…) I teraz kryterium bycia inteligentem: Wyższy poziom wykształcenia sprzyjał skutecznemu wykonywaniu zadań, ale nie stanowił warunku niezbędnego bycia inteligentem. Polska historia skłania, by traktować te warstwę elastycznie. Wiele wskazuje na to, iż drogę do „stawania się inteligentem” może inicjować bezinteresowna działalność patriotyczna.
(…) Inteligencja polska została w znacznej mierze zgładzona fizycznie, a po części rozgromiona na inne sposoby. Trwa presja zewnętrzna i rozkładająca od wewnątrz dywersja prowadzona pod hasłem takich lewicowych i liberalnych ideologii, które deprawują patriotyzm.
Józef Darski: Jest znacznie większa szansa stworzenia nowej warstwy, która odgrywałaby rolę dawnej inteligencji, spośród ludzi mniej wykształconych, ponieważ ci, którzy uzyskali pozory wykształcenia wyższego, są trudniejsi do odzyskania niż osoby kierujące się zdrowym rozsądkiem.
Uczelnie wyższe są na razie stracone dla krzewienia idei społeczeństwa opartego na wartościach tradycyjnych, musimy uczyć więc logicznego myślenia za pomocą internetu i prasy. Nieco dalej dodaje: Należy tworzyć nowy model inteligenta, który potrafi wyrzec się „samochodu”, ale panuje intelektualnie nad zdarzeniami, jakich doświadcza. Drugim etapem będzie tworzenie wspólnot, które to panowanie stawiają wyżej w systemie wartości niż sukcesy osiągane przez „analfabetów”.
Cały artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Inteligenckie wektory” znajduje się na s. 17 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Inteligenckie wektory” na s. 17 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Pokój ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor.
Krzysztof Żabierek
Józef Beck wygłosił przemówienie w odpowiedzi na żądania hitlerowskich Niemiec. Powiedział: Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor.
W wyniku niepodporządkowania się Polski niemieckim żądaniom nastąpiła długoletnia wojna, miliony zabitych obywateli, zburzona stolica i wielomilionowe straty materialne, do dnia dzisiejszego niewyrównane.
Pomimo tych wszystkich nieszczęść, prowadząc rozmowy z weteranami tamtych walk, nie można spotkać się z opinią, że nie było sensu. Był, gdyż dzięki tym ofiarom uratowano ducha polskości i jej wartości, przekazywane z pokolenia na pokolenie.
A jak wygląda to obecnie? Posiadamy Wojsko Polskie, które zgodnie ze słowami składanej przysięgi ma strzec honoru żołnierza polskiego, kultywując tradycje naszych dzielnych żołnierzy spod Monte Cassino, Falaise czy Westerplatte. Wojsko, które jest wierne tradycjom swoich poprzedników walczących z wrogami Rzeczpospolitej.
Jednym z tych wrogów, mordującym w okrutny sposób cywilnych obywateli Polski, były oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), która realizując ludobójczy plan, dążyła do fizycznego, brutalnego wyniszczenia ludności polskiej zamieszkującej wschodnie tereny II Rzeczpospolitej. Oddziały, które obecnie uznawane są na Ukrainie za bohaterskie jednostki walczące w czasach II wojny światowej i po jej zakończeniu o wolność wielkiej Ukrainy. (…)
24 sierpnia miało miejsce w Kijowie świętowanie Dnia Niepodległości Ukrainy. W uroczystej defiladzie wziął udział oddział Wojska Polskiego (żołnierze 21. Brygady Strzelców Podhalańskich). Nie byłoby w tym nic dziwnego – cóż, polskie elity polityczne od lat mają słabość do Ukrainy, gdyby nie… obecność czerwono-czarnych flag UPA na uroczystościach, podczas których miała być odegrana nowa wersja hymnu UON (na szczęście dla honoru żołnierza polskiego nie doszło do tego skandalu). (…)
Zwykli obywatele podnoszą larum na wiadomości o niebezpieczeństwie skandalu z odegraniem nowej wersji hymnu UON w obecności Wojska Polskiego, a ministerstwo Obrony Narodowej decyduje się wysłać oddział Wojska Polskiego na obchody, o których przebiegu twierdzi, że nie ma pojęcia?
Cały artykuł Krzysztofa Żabierka pt. „Strzec honoru żołnierza polskiego. Założenia a rzeczywistość” znajduje się na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Krzysztofa Żabierka pt. „Strzec honoru żołnierza polskiego” na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
W tym łańcuchu pokoleń ,byli ludzie wielcy i mali, dobrzy i źli, lecz na tym, kto nosi nazwisko Potocki, spoczywa obowiązek szanowania tego historycznego nazwiska i służenia Ludziom, Bogu i Ojczyźnie.
Zdzisław Janeczek
Społeczno-patriotyczna i wojskowa działalność rodu Potockich herbu Pilawa
Bohaterem tej opowieści jest dynastia – następstwo i wzajemne międzypokoleniowe relacje członków rodu oraz dziedzictwo kulturowe, które te relacje uosabia i wyraża. Historia tego rodu to dzieje Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy. Dzieje rodu Potockich to historia o polityce, militariach, kulturze i gospodarce dawnej Rzeczpospolitej, o sukcesie i rozczarowaniu, waśniach i umiejętności współdziałania.
Nazwisko Potockich nosili w przeszłości często ludzie oryginalni pod każdym względem, genialni i ekscentryczni, wielcy wojownicy, a ich życie może nam służyć nie tylko za kopalnię anegdot. Ich żywoty to historie, w których stykają się ze sobą władza, pieniądze i pokrewieństwo, pełne są też pasji i wielkich dramatów.
Bez znajomości tego fragmentu naszej przeszłości, jakim są losy Potockich i spokrewnionych z nimi Lubomirskich, Zamoyskich, Sapiehów czy Radziwiłłów nie jesteśmy w stanie zrozumieć mechanizmów rządzących Rzeczpospolitą Obojga Narodów. To tak jakby studiować dzieje Florencji z wykluczeniem rodu Medyceuszy, doskonale obrazujących rolę dynastii w polityce i gospodarce oraz koneksje między bogactwem, pozycją i potęgą polityczną tego miasta-państwa.
Potoccy to nowożytna dynastia, która wydostała się poza lokalny polski kontekst i odegrała kluczową rolę w tworzeniu I Rzeczpospolitej – wielonarodowej i wielokulturowej wspólnoty. Zarówno Ławry Poczajowskiej, potocznie nazywanej Ruską Częstochową, jak i wielu dumek kozackich trudno nie łączyć i nie kojarzyć z nazwiskiem Potockich.
W XVI i XVII wieku zasłynęli oni z dokonań w rzemiośle rycerskim. W XVIII stuleciu marszałek litewski Ignacy Potocki, współtwórca dzieła Komisji Edukacji Narodowej i Konstytucji 3 maja nosił miano polskiego Solona. Dzieło jego kontynuował brat Stanisław Kostka Potocki, wybitny minister oświaty, mecenas sztuki i archeolog, twórca panteonu chwały Jana III Sobieskiego w Wilanowie.
W XIX i XX wieku Potoccy byli liderami rozwoju gospodarczego i innowacji, architektami nowoczesności. Tak było od czasów bankiera Prota Potockiego, patrona Kompanii Czarnomorskiej i prekursora kapitalizmu na ziemiach Rzeczpospolitej po epokę Józefa Mikołaja Potockiego z Antonin, właściciela kopalń złota w Afryce, którego z honorami przyjmowano we wszystkich najważniejszych stolicach Europy.
Potoccy dzisiaj są przykładem międzypokoleniowych osiągnięć na przestrzeni sześciu stuleci. Informacje o nich można znaleźć w każdym XIX-wiecznym leksykonie Meyera lub Brockhausa. Otwarci na świat i tolerancyjni, inspirowali przedstawicieli innych narodów. Postawa Klaudyny, żony Bernarda Potockiego, która w 1831 r., nie lękając się ani Rosjan, ani cholery, pielęgnowała rannych i chorych w szpitalach wojskowych walczącej Warszawy, zrodziła ideę Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Z kolei wielu historyków żydowskich docieka istnienia magnata Walentego Potockiego, który jakoby w XVIII w. miał zostać spalony w Wilnie za przejście na judaizm.
O nich to Bartosz Paprocki napisał: „Dom Potockich, z krakowskiego województwa wyszli, starodawny, mężowie sławni z tego domu bywali”. Protoplastą rodu był Jakub z Potoka, wsi małopolskiej położonej nieopodal Jędrzejowa. Od niej wzięła nazwę ta jedna z najznakomitszych rodzin Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jakub spłodził dwóch synów: Andrzeja i Bernarda, dziedzica rodowej wsi Potok. Z kolei ten ostatni miał czterech synów: Bernarda, Macieja, Mikołaja i Stanisława. Maciej zapoczątkował szczep małopolski, a Stanisław – wielkopolski. Małopolski podzielił się heraldycznie na dwie linie: hetmańską, pieczętującą się herbem Srebrna Pilawa (zapoczątkowaną przez Andrzeja zm. w 1609 r.) i prymasowską, zwaną też Złotą Pilawą (wywodzącą się od Stefana zm. w 1631 r.). Z czasem linia hetmańska podzieliła się na gałęzie: wilanowską, tulczyńską, łańcucką i krzeszowicką.
Herb Pilawa | Fot. Poznaniak (CC A-S 2.5, Wikipedia)
Przełomowy w historii rodu okazał się XVI wiek. Wówczas ze średnio zamożnej szlachty awansowali do grona możnowładców. Pierwszym z rodu, który osiągnął godność senatorską, był Jakub (1554–1613), wojewoda bracławski. Swoją karierę zawdzięczał kanclerzowi i hetmanowi wielkiemu Janowi Zamoyskiemu, pod którego rozkazami walczył z Moskwą w Inflantach i przeciw arcyksięciu Maksymilianowi Habsburgowi pod Byczyną. Po śmierci hetmana Zamoyskiego nadal służył wiernie Zygmuntowi III Wazie, opowiadając się po stronie monarchy przeciw Mikołajowi Zebrzydowskiemu. Jakub wspomagany przez brata Jana Potockiego (ok. 1551–1611) walnie przyczynił się do klęski rokoszan pod Guzowem. Król w dowód wdzięczności mianował go wojewodą bracławskim. Zachęcony tym awansem, u boku hetmana Stanisława Żółkiewskiego wziął udział w oblężeniu Smoleńska, gdzie zmarł z trudów wojennych.
W tym samym okresie Potoccy zbudowali swoją potęgę materialną na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, kolonizując Kijowszczyznę, ziemię halicką oraz województwa: bełskie, ruskie, podolskie i bracławskie. Syn podkomorzego halickiego Jakuba, Mikołaj Potocki (1517/1520–1572), starosta kamieniecki i zarządca twierdzy w Kamieńcu Podolskim, na gruntach wsi Zahajpole założył miasto Złoty Potok, które stało się kresowym gniazdem rodu. Z niego wywodziło się wielu senatorów, znakomitych dowódców (czterech hetmanów wielkich i jeden polny), polityków i dyplomatów, mecenasów i twórców kultury oraz uczonych. Śladem ich działalności są założone przez nich miasta (Złoty Potok, Stanisławów, Krystynopol, Józefów) i osady oraz wspaniałe rezydencje, jak Radzyń Podlaski, Łańcut, Krzeszowice, Jabłonna, Wilanów, Niemirów, Peczera nad Bohem, Pomorzany nad Złotą Lipą, Monasterzyska nad Koropcem, pałac we Lwowie, Antoninach nad Ikopatią, Tulczynie i słynna Zofiówka na Ukrainie. A także fundacje religijne, m.in. Leżajsk, Teplik (klasztor sióstr miłosierdzia), Horodenka (kościół i klasztor misjonarzy) i Poczajów na Wzgórzach Krzemienieckich, nazywany „ruską Częstochową”.
Na uwagę zasługuje mecenat prymasa Teodora Potockiego, przy którego pomocy powiększono kościół i klasztor Bernardynów w Stoczku Warmińskim. Wzniósł on również kościół i prawdopodobnie klasztor Bernardynów w Kiwitach. Fundował częściowo kościół w Chruścielu. Restaurował zamki w Lubawie, Lidzbarku i w Reszlu. Jednak jego największym dziełem była kaplica grobowa w katedrze gnieźnieńskiej.
Z kolei działalność fundacyjna Aleksandry (1818–1892) i Augusta (1806–1867) Potockich z Wilanowa doczekała się nawet osobnego opracowania monograficznego. Niestety większość założeń architektonicznych (i ich wyposażenie) nie przetrwała do naszych czasów, chociaż nie było miasta Rzeczpospolitej, w którym nie znajdowałaby się ich siedziba lub nawet kilka, m.in. w Krakowie (Pod Baranami), w Warszawie, Wilnie, Lwowie i Lublinie. Z racji swoich rozległych interesów mieli rezydencje także za granicą: we Francji, Austrii, Rosji (w Petersburgu) i Anglii.
Jednak bieg wydarzeń, które doprowadziły do upadku Rzeczpospolitej, nie pozwolił im przekazać tego dziedzictwa następcom. Cały majątek Potockich – pałace, wille, obrazy, posągi, klejnoty, meble, książki i rękopisy, ogromne kolekcje dzieł sztuki, zbierane przez wszystkie pokolenia ich przodków, zamiast być dostępne ku pożytkowi i radości obywateli Rzeczpospolitej (jak to było w przypadku Wilanowa) – uległ rozproszeniu i dostał się w ręce obcych, najczęściej zaborców.
Grabieżcy nie uszanowali nawet szczątków doczesnych właścicieli. Gdy w październiku 1945 r. zamknięto buczacki kościół parafialny i zamieniono go na kotłownię miejską, przystąpiono do dewastacji tego ośrodka dóbr starosty kaniowskiego Mikołaja Bazylego Potockiego, pod którego patronatem działał warsztat Bernarda Meretyna (zm. 1759) i J. Pensla. Artyści ci wykonali m.in. monumentalne figury św. Jana Nepomucena (1750) i Matki Bożej Niepokalanej (1751), poważnie uszkodzone po zajęciu miasta przez Rosjan. Z Kaplicy Męki Pańskiej usunięto urny z sercami synów kasztelana lwowskiego Józefa (ok. 1695–1764), Kajetana (kanonika krakowskiego i gnieźnieńskiego) i Pawła (kanonika łuckiego) Potockich, które po profanacji trafiły do muzeum w Tarnopolu. Los serc podzieliły pozostałe szczątki Pilawitów, które wrzucono do masowego grobu na cmentarzu parafialnym.
Stanisław Rewera Potocki | Fot. Wikipedia
Potoccy wraz z wzrostem zasług i zamożności sięgali po coraz wyższe urzędy dygnitarskie. Pierwszym w rodzie hetmanem wielkim koronnym został syn Jakuba Mikołaj (zm. 1651 r.), który okrył się chwałą pod Cecorą, gdzie do końca towarzyszył Stanisławowi Żółkiewskiemu i dostał się do niewoli tureckiej. Pod Korsuniem doznał dotkliwej porażki i został tatarskim jeńcem. Pod Beresteczkiem zrehabilitował się, przyczyniając się do klęski Bohdana Chmielnickiego.
Jednak największą legendą i chlubą rodu stał się Stanisław Rewera Potocki, który niemal osiemdziesiąt lat przepędził w obozach wojskowych i na wyprawach wojennych.
Syn kasztelana kamienieckiego Andrzeja i Zofii Piaseckiej, po kądzieli wnuk sławnego wojownika, którego Tatarzy powiesili na haku. Sztuki wojennej i dowodzenia uczył się od najlepszych, pod których rozkazami służył: od Stanisława Żółkiewskiego, Karola Chodkiewicza i Stanisława Koniecpolskiego. Bił się z Turkami i Tatarami pod Chocimiem i Cecorą, brał udział w wyprawie przeciw Kantymirowi-paszy i przeciw Szwedom. Na jego szlaku bitewnym znalazły się: Niedźwiedzie Łozy, Borowica, Chmielnik, Studziennica, Zborów, Zbaraż (gdzie uratował króla Jana Kazimierza) i Beresteczko. Owocem tych zmagań z Turkami, Tatarami i Kozakami było 137 zdobycznych chorągwi, które na sejmie w 1661 r. złożył u stóp królewskiego tronu.
To Rewerze, według przekazów, ubogi chłop wręczył żelazną buławę pod Lwowem w chwili, gdy Potocki zamierzał zrezygnować z dalszej kariery wojskowej i zająć się zarządzaniem własnym majątkiem. Ten ważny symbol władzy wojskowej miał on wyorać na swoim polu. Pod wpływem tego wydarzenia Rewera zmienił zdanie i resztę życia spędził wojując z wszystkimi wrogami Rzeczpospolitej, za co nagrodzono go buławą wielką.
Legendę rodu wielkiego hetmana utrwalali współcześni poeci i pisarze panegiryści, jak ksiądz Franciszek Niewęgłowski w Festum Crucis Potocianae, a później artyści, m.in. Józef Brandt w obrazie Stanisław Rewera Potocki pod Beresteczkiem oraz Juliusz Kossak w portrecie Hetman Rewera na białym arabie i w scenie Stanisław Rewera Potocki przyjmuje wyoraną buławę.
W ślady ojca poszli jego synowie. Starszy Andrzej walczył pod Zborowem, Beresteczkiem, Glinianami, Cudnowem, a w okresie potopu służył pod Stefanem Czarnieckim. Brał udział w wyprawie chocimskiej Jana Sobieskiego, który już jako król nadał mu urząd hetmański – „mniejszą buławę”. Również jego młodszy brat Feliks Kazimierz wiernie służył Janowi III, uczestnicząc w wyprawie wiedeńskiej i chwalebnie dowodząc w bitwie pod Parkanami. Już jako hetman w 1698 r. rozgromił Tatarów pod Podhajcami.
Legendą rodu był także starosta halicki i kołomyjski, rotmistrz i pułkownik jazdy Stanisław Potocki, którego krótkie życie obfitowało w niezwykłe wydarzenia. Jedno z nich uwiecznił w akwaforcie Romain de Hooghe. Stanisław Potocki w 1680 r. pod Brukselą ocalał z rozbitego okrętu, wioząc z Rzymu podarowane przez papieża relikwie św. Wincentego. Niestety trzy lata później zginął w bitwie pod Wiedniem, gdy na czele 86 pancernych razem ze stryjem Feliksem Kazimierzem wykonał rozpoznawczą szarżę na obóz turecki. Według tradycji rodzinnej poniósł śmierć, gdy ratował życie bliskiego krewnego. Ciało bohatera sprowadzono do rodzinnego Stanisławowa, a urna z sercem została w Wiedniu.
Teodor Potocki 1664-1738 | Fot. Wikipedia
Wydarzenie to upamiętniła tablica epitafijna poświęcona Stanisławowi Potockiemu wmurowana w ścianę kościoła Franciszkanów przy Franziskanerplatz. Fakty te były powszechnie znane m.in. dzięki panegirykowi Wojciecha Kazimierza Lesiowskiego Monumenta Triumphale Coronatis, wydanemu w 1684 r. w Krakowie, który sławił cudowne ocalenie Potockiego pod Brukselą i świetność całego rodu Pilawitów.
Obok wojskowych urzędów Potoccy piastowali wysokie godności kościelne. Najbłyskotliwsza kariera stała się udziałem przedstawiciela Złotej Pilawy Teodora (1664–1738), który dostąpił zaszczytu piastowania tytułu prymasa Polski. Dumny z przeszłości rodu i jego koligacji, kazał sobie wyryć na nagrobku: „po babce Mohilance, hospodarównie multańskiej, sięga cesarzów greckich, po matce Sołtykównie carów moskiewskich, a po obu rozciąga się do królów francuskich i polskich”.
W 1777 r. Wincenty Potocki, podkomorzy wielki koronny, został wyróżniony przez cesarza Józefa II tytułem książęcym. Natomiast w XIX wieku przedstawiciele wszystkich gałęzi rodu otrzymali tytuły hrabiowskie. Ich dobra znajdowały się na obszarze Rosji, Ukrainy, Galicji, Węgier i Moraw. Do nich należały liczne posiadłości w Wilnie oraz w powiecie wiłkomirskim i wileńskim.
Potoccy mieli także swój udział w polskich walkach niepodległościowych. Uczestnikiem powstania kościuszkowskiego i adiutantem księcia Józefa Poniatowskiego w armii doby Księstwa Warszawskiego był Stanisław (1778–1830), reprezentujący linię prymasowską, czyli tzw. Złotą Pilawę. Wyróżnił się on w kampanii 1809 r. w walkach o Zamość i Sandomierz. W noc listopadową 1830 r., podobnie jak większość generalicji o rodowodzie napoleońskim, próbował przeciwstawić się zrewoltowanym młodszym oficerom i został zastrzelony przez podchorążych.
Z kolei w kancelarii wileńskiego gubernatora wojskowego 15 maja 1851 r. zanotowano: „W 1831 r. odszedł z powstańcami za granicę Królestwa Polskiego hrabia Maurycy Potocki, syn obersztallmajstra hrabiego Aleksandra Potockiego, a ponieważ nie skorzystał on z darowanego w 1832 r. powszechnego przebaczenia, ogłoszony został za wygnańca z konfiskatą jego majątku. Obecnie wspomniany Maurycy Potocki na mocy zezwolenia carskiego wrócił z zagranicy, został przebaczony i pozostawiony na wolności”.
W kwietniu 1832 r. hrabiemu Leonowi Potockiemu za udział w „powstaniu polskim” skonfiskowano majątek Pietrowszczyzna w powiecie białostockim. W latach 1839–1840 Senat Rządzący Cesarstwa Rosyjskiego rozpatrywał sprawę konfiskaty na rzecz skarbu państwa majątku Klucz Zakątkowski, który pozostał po śmierci hrabiny Izabeli Potockiej. I jak pisze Jan Ciechanowicz, chociaż sąd w Białymstoku postanowił przekazać majątek Alojzemu Potockiemu, bratu zmarłej, to jednak Grodzieńska Komisja Likwidacyjna uznała, że prawnymi dziedzicami dóbr po swej ciotce powinni być Józef (zm. 1863) i Herman (zm. 1866) Potoccy, znajdujący się aktualnie na wychodźstwie we Francji ze względu na to, że brali udział w powstaniu 1830–1831 r. Fakt ten zadecydował o wywłaszczeniu Potockich z ich majętności.
Potoccy angażowali się także w wydarzenia 1863 r. Finansowo wspierali działania i akcje Hotelu Lambert, którym kierowali książęta Czartoryscy. Pieniądze te były przeznaczane m.in. na zakup broni dla powstańców. Szczególną rolę w tym okresie odgrywała linia łańcucka i krzeszowicka, której przedstawiciele zdominowali życie polityczne Galicji. Adam (1822–1872), właściciel Krzeszowic, był konserwatystą i jednym z przywódców obozu stańczyków, ponadto współzałożycielem krakowskiego „Czasu”. Czynnie popierał program autonomii Galicji.
Równie zaszczytne urzędy piastował jego syn Andrzej (1861–1908), marszałek krajowy, a potem namiestnik Galicji. Jeszcze bardziej eksponowane stanowisko zajmował Alfred Józef Potocki (1822–1889), minister i premier austriacki, marszałek krajowy i namiestnik Galicji, którego wnuk Alfred Antoni (1886–1958), ostatni ordynat łańcucki, na konferencji pokojowej w Paryżu zamykającej I wojnę światową reprezentował konserwatystów galicyjskich.
Natomiast podczas wojny Potoccy wspierali finansowo we Francji akcję gen. Józefa Hallera i jego „Błękitną Armię”. Józef Mikołaj Potocki z Antonin dał ze swoich stadnin 600 koni na potrzeby 2 Pułku Ułanów, który sformował się w Antoninach i wszedł w skład polskiego I Korpusu gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego.
Jadalnia wielka pałacu Potockich w Łańcucie | Fot. Piotrus (CC A-S 3.0, Wikipedia)
Po odzyskaniu niepodległości w okresie II Rzeczpospolitej brat Alfreda Antoniego, Jerzy Potocki (1889–1961) z Pomorzan, syn III Ordynata na Łańcucie, był dyplomatą i pełnił obowiązki ambasadora w RP, w Turcji i USA.
Równie aktywny był trzeci z braci, Józef Alfred (1895–1968) z Antonin, charge d`affaires w Portugalii, a następnie ambasador RP w Hiszpanii, twórca sekcji polskiej Radia Madryt.
Z kolei ostatni ordynat łańcucki Alfred Potocki przejął na siebie obowiązek goszczenia w swoim pałacu licznych zagranicznych delegacji rządowych, co było znaczącym obciążeniem jego finansów.
Ostatnią z Pilawitów panią na Wilanowie była Beata Maria Potocka (1896–1988) z Monasterzysk, prawnuczka gen. Antoniego (1780–1850), adiutanta ks. Józefa Poniatowskiego, bohatera spod Smoleńska, Możajska, Czirikowa, Wiaźmy, od 1921 r. żona Adama Branickiego, w czasie okupacji niemieckiej związanego z Armią Krajową.
Oboje małżonkowie prowadzili działalność społeczną i patriotyczną. Finansowali wykup więźniów z Pawiaka, Oświęcimia i innych obozów, a także wspierali tajne nauczanie. W 1945 r. cała rodzina została aresztowana przez NKWD i osadzona w Krasnogorsku pod Moskwą. Współpracy politycznej z Berlinem odmówił także Alfred Antoni Potocki z Łańcuta, który aby uniknąć losu rodziny Beaty Marii z Potockich Branickiej, opuścił kraj w 1944 r. i osiadł na stałe w Wiedniu.
Choć ród Pilawitów od wieków odgrywał w Polsce znaczącą rolę, zadziwia skromna liczba opracowań poświęconych życiu i działalności wielu jego przedstawicieli. Do wyjątków należy zaliczyć m.in. postaci Jana Potockiego (1761–1815) oraz braci Ignacego (1750–1809) i Stanisława Kostki (1755–1821) Potockich, którzy Wilanów zamienili w mauzoleum Jana III Sobieskiego ku chwale polskiego oręża i pamięci minionej świetności Rzeczpospolitej. A przecież osobowość, pasje i losy tych ludzi miały nie raz decydujący wpływ na życie narodu.
Przemilczano ich zasługi dla Kościoła katolickiego (ostoi polskości), a także unickiego jako fundatorów i opiekunów świątyń, szpitali, zakładów dla starców i kalek, darowizny olbrzymich sum na cele dobroczynne i walkę niepodległościową. Potoccy istotną rolę odegrali w życiu społecznym także jako protektorzy artystów, kolekcjonerzy, muzealnicy i twórcy wspaniałych księgozbiorów.
Działalność ta korespondowała z myślą księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, iż „Katolicyzm nie powinien być z miłości Ojczyzny, ale patriotyzm z miłości Boga”. W swoich dobrach zatrudniali samych Polaków, popierali polski przemysł, rolnictwo i handel oraz rodzimą twórczość i rzemiosło. Jak pisze Andrzej Majdowski, Aleksandra z Potockich Potocka (1818–1892) „dbała nawet o to, żeby na jej stole podawano wyłącznie potrawy przyrządzane z produktów krajowych.
Wierząc w zmartwychwstanie Polski, a także widząc, iż dla utrzymania polskości niezbędna jest duża liczba ludzi wykształconych, przekazywała fundusze na utrzymanie kilkunastu studentów Szkoły Głównej, a następnie Uniwersytetu Warszawskiego. Pokrywała też koszty wpisowe wielu studentów i uczniów, a także łożyła poważne sumy na Seminarium Archidiecezjalne w Warszawie oraz na seminarium duchowne w Lublinie i Żytomierzu”.
W 1839 r. pani Augustowa utworzyła fundusz na utrzymanie i edukację 12 dziewcząt przy kościele pw. św. Katarzyny w Petersburgu, który stał się podstawą do powstania szkoły żeńskiej prowadzonej przez zakon dominikanów aż do rewolucji październikowej.
Pałac Potockich w Antoninach na Wołyniu w 1914 r., litografia N. Ordy, domena publiczna, Wikipedia
Wielu przedstawicieli rodu zdobyło uznanie, uchodząc za wzór gospodarności. Antoni Protazy Jacek Potocki (1761–1801), znany jako Prot, był jednym z pierwszych polskich bankierów i przemysłowców oraz prekursorem kapitalizmu. Należał do grona współtwórców Kompani Handlowej Polskiej, która miała umocnić polski handel na Morzu Czarnym. W 1784 r. ułożył wspólnie z Antonim Dzieduszyckim jej statut, a następnie objął kierownictwo. De facto przejął on na siebie jej kapitał i tą decyzją uratował przedsięwzięcie.
Założył port oraz magazyny w Jampolu. Za jego sprawą z Chersonia nad Morzem Czarnym przez Bosfor szły statki z podolskim zbożem do zachodniej Europy. W 1784 r. od brzegów portowych odprawiono pięć polskich okrętów: „Polska”, „Podole”, „Jampol”, „Św. Prot” i „Ukraina” do Egiptu i Marsylii. W okresie Sejmu Wielkiego pośredniczył w procedurze pożyczki zaciąganej przez Rzeczpospolitą w Holandii. Ponadto podjął negocjacje w celu uzyskania dla Polski pożyczki w Genui. Równocześnie wyasygnował skarbowi ze swego banku 5 000 000 złp. Pieniądze te były potrzebne m.in. na realizację uchwały sejmowej o 100 tys. armii.
Za dobrego administratora i gospodarza uchodził syn Alfreda Józefa, namiestnika Galicji, Józef Mikołaj Potocki (1862–1922) z Antonin, wnuk księcia Romana Sanguszki, który zasłynął z wielotysięcznej hodowli koni roboczych, koni rasy arabskiej i angloarabskiej sprzedawanych jako materiał zarodowy do najsłynniejszych stadnin w całej Europie. W swoich rozległych dobrach (63 tys. ha) dokończył uwłaszczenie chłopów, meliorował folwarki, zakładał stawy rybne i plantacje buraka cukrowego. W Antoninie i Piszczowie posiadał własne stacje hodowli roślin. W oparciu o własne zasoby stworzył nowoczesny przemysł przetwórczy, na który składały się cukrownie, gorzelnie, fabryki sukna i młyny.
Jego aktywność gospodarcza zaowocowała powstaniem wielu tysięcy miejsc pracy dla miejscowej ludności. Dbał o warunki zatrudnienia i jakość życia swoich robotników. W Szepetówce rozbudował uzdrowisko antyreumatyczne i ustanowił opiekę lekarską, z której korzystali jego pracownicy. Ponadto utworzył fundusz emerytalny dla robotników oraz wspierał rozwój lokalnego szkolnictwa podstawowego i zawodowego. Jak pisze Józef Długosz, budował także szkoły rzemieślnicze, m.in. w Krzemieńczugach i Piszczowie.
F. Amerling, Aleksandra z Potockich Potocka 1818-1892 (domena publiczna, Wikipedia)
Aby powiększyć swój kapitał obrotowy i inwestować w kraju, sprzedał swoje udziały kopalń złota w Afryce Południowej. Za zgodą cara Mikołaja II zyskał koncesję dla utworzonego Towarzystwa Akcyjnego Kolei Podolskiej i zbudował linię Korosteń – Kamieniec Podolski łączącą poprzez linie boczne Polesie, Wołyń, Podole i Kijowszczyznę. Zabiegał o powrót do Warszawy Marii Skłodowskiej-Curie, dla której rezerwował kierownictwo projektowanego laboratorium radiologicznego. Ponadto był podróżnikiem, kolekcjonerem i badaczem zainteresowanym odkryciami geograficznymi, etnograficznymi i przyrodniczymi. Łożył duże sumy na Warszawskie Towarzystwo Naukowe i polskie periodyki. Z Józefem Mikołajem Potockim jako finansistą liczono się zarówno w Petersburgu, Paryżu jak i Londynie. Car Mikołaj II widział w nim „najlepszego rolnika” imperium Romanowów.
Równie aktywne bywały także kobiety z rodu Potockich. Aleksandra Potocka była zaangażowana w działalność Towarzystwa Rolniczego. W Wilanowie założyła pierwszą w Królestwie Polskim fermę drobiu. „Za wyhodowany przez siebie drób oraz bydło otrzymywała na wystawach rolniczych medale i listy pochwalne”. O jej osiągnięciach hodowlanych pisywała m.in. „Gazeta Rolnicza i Handlowa”.
Pilawici, od stuleci związani z dziejami Rzeczpospolitej, zasłużyli na pamięć. I chociaż, jak zauważyła Anna Konstantowa Potocka, w tym łańcuchu pokoleń ,,byli ludzie wielcy i mali, dobrzy i źli, jak wszędzie na świecie, lecz na tym, kto nosi nazwisko Potocki, spoczywa obowiązek szanowania tego historycznego nazwiska i starania się być szlachetnym człowiekiem, służenia sercem Ludziom, Bogu i Ojczyźnie”.
Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Potoccy herbu Pilawa” znajduje się na s. 8 i 9 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Potoccy herbu Pilawa” na s. 8 i 9 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Jeżeli Polska się nie odetnie od PRL-owskiej spuścizny, nigdy nie będziemy wolni. Jeszcze nie jesteśmy wolni, chociaż była na to wielka szansa. Sądownictwo to nie jest ostatni bastion komuny w Polsce.
Wiktor Sobierajski
Janusz Michniewicz
Był Pan przewodniczącym komisji zakładowej NSZZ Solidarność w szpitalu wojewódzkim.
Mieliśmy bardzo dużo członków, ale środowisko było bardzo trudne. Wiadomo, lekarze. Ale można było jakoś współpracować. W najtrudniejszych sytuacjach prosiliśmy lekarzy, żeby rezerwowali dla nas jakieś łóżka na wszelki wypadek. Tak. Pomagali nam.
Czyli jest Pan „wywrotowcem”?
Nie jestem wywrotowcem. Wychowałem się w bardzo patriotycznej rodzinie. Moi rodzice pochodzą ze wschodu. Tato był w VI Pułku Lotniczym Lwów. Później został internowany w Rumunii. Wujek walczył w Armii Krajowej w Leżajsku i okolicach, także pod Lwowem. W 1947 dopiero wyszedł z podziemia. Wtedy go złapali i został skazany na osiem lat więzienia. Dziadek bił bolszewików pod Lwowem. To wyniosłem z domu. (…)
Siedział Pan w więzieniu, które opuścił Pan 13 grudnia 1982 roku.
Siedziałem. Do więzienia na ulicę Sądową w Opolu przychodził doktor Bedyński. To on dał mi wskazówki, jak mam zachorować i na co. Sąd zadecydował, że mam być zbadany przez biegłego neurologa. Trafiłem, dzięki Bogu, na doktora Mazura, zapomniałem imienia. Był ordynatorem neurologii i jednocześnie biegłym sądowym, zresztą także żołnierzem AK. I to właśnie on wyciągnął mnie z więzienia. Było to 13 grudnia 1982 roku. Zaraz po wyjściu z więzienia poszedłem do opolskiej katedry na mszę. A tam, patrzę, siedzą funkcjonariusze UB, którzy mnie zwijali. Jak mnie zobaczyli, to zbaranieli i wyszli. (…)
Co dzisiaj robi Janusz Michniewicz?
Chodzę w pancerzu, jestem po operacji kręgosłupa, bo mam złamane dwa kręgi. Jestem zarejestrowany jako osoba bezrobotna, bo w tej sytuacji żaden pracodawca mnie nie przyjmie do pracy. Co mogę więcej powiedzieć…
Mówił mi Pan, że starał się Pan o rentę specjalną przyznawaną przez premier Beatę Szydło.
Tak. Wystąpiłem o przyznanie renty specjalnej, ale zrezygnowałem. Jest jeden artykuł, o tym rozmawiałem z jedną panią prawnik, który mówi, że renty przyznaje pani premier. Ja dostałem do załatwienia dziesiątki spraw, dziesiątki dokumentów, które według pani z sekretariatu pani premier Szydło muszę wypełnić. Między innymi muszę opisać wszystko, co robiłem, za co zostałem skazany – a przecież te wszystkie dokumenty są w kancelarii pani premier. Ja miałem ściągnąć ze wszystkich więzień, w których siedziałem, zaświadczenia, że tam siedziałem. Przecież to wszystko jest w dokumentacji, którą pani premier już posiada.
Przeraża Pana cała procedura?
Zaświadczenia z urzędów pracy, zaświadczenia z pomocy społecznej, zaświadczenia, zaświadczenia, zaświadczenia. Ja po prostu nie mam siły. Miałem także opisać, co robiłem po wyjściu z więzienia, po osiemdziesiątym roku. Razem z Januszem Całką drukowaliśmy wtedy gazetki, ja też je kolportowałem. Bronek Palik mi je dostarczał do punktu kontaktowego w kościele studenckim. Działałem do osiemdziesiątego dziewiątego roku. Około sześciu lat. Pamiętam, była nawet akcja przeciwko mnie, miała kryptonim „Burza”. Skończyła się w 1986 czy 87 roku. Ponad trzy lata byłem bez pracy po wyjściu z więzienia.
Nikt Panu nie zaoferował pracy?
Oferowano mi pracę, owszem, ale jak mówił ubek Andrzej Barczyk: – Noo wie pan, panie Januszu, spotkamy się czasami gdzieś poza Opolem, nie będziemy nic pisać, pan mi tylko coś tam poopowiada…
Ale nie złamali Pana?
Nie, nie złamali. Dostałem z IPN-u dokument podpisany przez dyrektora Szarka. Jest to bardzo ważny dla mnie dokument potwierdzający, że nie byłem ani żołnierzem służb specjalnych w PRL, ani nie pisałem żadnych donosów, nie byłem żadnym „Bolkiem” czy „Lolkiem”, nie pisałem żadnych raportów, nie byłem też TW, ani KO – niczym takim nie byłem.
Czyli Pańska kartoteka w IPN jest pusta?
Nie, jest pełna. Pisana przez SB. Na mnie jako osobę nie ma nic. Jestem czyściutki.
Może dzisiejsi politycy opolscy po prostu boją się Pańskiej wiedzy, bo doskonale pamięta Pan chociażby nazwiska z tamtych lat?
Moim zdaniem to, co się działo przez ostatnie lata w Opolu, to wina zdrady przy Okrągłym Stole. Tam Wałęsa po prostu nas sprzedał. I uważam, że ci, którzy wtedy byli z nim na zdjęciach, tak samo się przyłożyli do tego, że teraz mamy, jak mamy. Sprawy związane z wymiarem sprawiedliwości to jest pokłosie po Okrągłym Stole. Tak, są młodzi sędziowie, tylko że ci sędziowie zawodu uczyli się od sędziów, którzy tkwili w systemie postkomunistycznym.
Cały wywiad Wiktora Sobierajskiego z Januszem Michniewiczem pt. „Banany dostarczono, a pestki są w drodze” znajduje się na s. 7 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Wiktora Sobierajskiego z Januszem Michniewiczem pt. „Banany dostarczono, a pestki są w drodze” na s. 7 wrześniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl