Czy kłopot z nadmiarem reklam w telewizji da się postawić z głowy na nogi? Smog medialny wciska się wszystkimi szparami

Cała zbiorowość solidarnie ponosi emocjonalne koszty medialnego „naporu reklamowego” i traci czas na osamotnioną walkę za pomocą pilota o spokój, by nie dopuścić do naruszania miru domowego.

Ryszard Okoń

Niejasne zapisy ustawy o radiofonii i telewizji stwarzają nadawcom programów okazję do zwiększania zysku z eksploatacji audytorium poprzez nadawanie handlowego namawiania dłużej niż 12 minut w godzinie – a tyle maksymalnie było onegdaj dopuszczalną praktyką. Co zrobić z dzisiejszymi dłuższymi, bo nawet 16-minutowymi przerwami w godzinie zegarowej, przeznaczanymi na kupieckie przechwałki?

Z jednej strony cała zbiorowość solidarnie ponosi emocjonalne koszty medialnego „naporu reklamowego” i traci czas na osamotnioną walkę za pomocą pilota o spokój, by nie dopuścić do naruszania miru domowego. Z drugiej strony rządzi w Polsce mentalność, że jak coś należy do wszystkich, to jest traktowane jak niczyje. Wspólna strata też jest niczyja, więc nie ma komu upomnieć się o jej kompensowanie. Od lat nic nie daje się zrobić z kulawymi przepisami ustawy o radiofonii i telewizji. (…)

Przy niskiej zdolności obrony interesów wspólnych przepisy regulacyjne niedostosowane do rzeczywistości są szczególnie nieskuteczne, za co w przypadku reklam płacą wszyscy użytkownicy mediów. To są też skutki panowania kultury wojennej, stosowania siłowych rozwiązań wspieranych wynikami sondaży oraz braku poszanowania odmiennych, intelektualnie i etycznie uzasadnionych racji, które tym sposobem są wypierane z przestrzeni publicznej przez pozbawioną rozumowych cech tzw. opinię mas. (…)

Ilość reklamy w mediach elektronicznych nie może wywoływać u widzów reklamowego kaca, bo z punktu widzenia jakości życia każdego telewidza, czyli prawie NAS WSZYSTKICH, jest to po prostu niepożądane, a wielu widzów na stałe odstręcza od korzystania z telewizji.

(…) Dobra reklama informuje, skuteczna reklama ma uwieść widza, łudzić, efektywnie zwodzić, jak choćby w sprawie nieustających zachęt do udziału w skompromitowanej moralnie formie budowania kapitalizmu, tj. do aktywnego wspierania przez odbiorców reklam koncentracji kapitału z wykorzystaniem lichwy, do brania pożyczek z 300% rocznymi odsetkami. Kto by tam słuchał, że już teraz 80% majątku posiada tylko 1% ludzi, co zaprzecza matematycznie udowodnionej, naturalnej proporcji podziału korzyści wg Reguły Pareto: 80% do 20%, co i tak jest ideowo o kilometry odległe od miło brzmiącej teorii posiadania takich samych brzuchów. (…)

Obecność reklam w mediach jest przez odbiorców odczuwana jako zaczepka. Po dłuższym trwaniu ekspozycji – jako przymus, jeszcze później jako opresja, a na koniec 16-minutowego bloku przekazów handlowych – jak tortura. Powtórzmy, że proceder ten obejmuje praktycznie WSZYSTKICH LUDZI najbliższej nam wspólnoty.

Cały artykuł Ryszarda Okonia pt. „Tortury reklamowe” znajduje się na s. 4 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Ryszarda Okonia pt. „Tortury reklamowe” na s. 4 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Prawdopodobnie gdyby nie brawurowa akcja, ten czas i sprzęt, a przede wszystkim ludzie, Revol również by nie przeżyła

„Jestem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy (…). Przykro mi, ale nie mieliśmy żadnych szans pomóc Tomkowi” – napisał w mediach społecznościowych Adam Bielecki. Satysfakcja mieszała się ze smutkiem.

Małgorzata Szewczyk

Tyle trwała akcja ratunkowa na Nanga Parbat (8126 m), jednym z najbardziej wymagających ośmiotysięczników, w spektakularny sposób przeprowadzona przez Polaków, uczestników narodowej wyprawy na K2. Kiedy świat obiegła informacja o tym, że dwoje himalaistów, Francuzka Elisabeth Revol i Polak Tomasz Mackiewicz utknęli na „Nagiej Górze” na wysokości ok. 7200 m, nikomu chyba nie przyszło do głowy, że w obozie pod K2 zapadnie decyzja o podjęciu akcji ratunkowej. Szacowano, że dotarcie do Francuzki, która znajdowała się na ok. 6700 m, zajmie 15 godzin. Revol udało się sprowadzić będącego w bardzo złym stanie zdrowotnym Mackiewicza do obozu na wysokości ok. 7200 m. Aby uratować Polaka, potrzebne byłyby kolejne godziny…

Ekipa polskich himalaistów, przetransportowana helikopterami, dotarła w okolice pierwszego obozu na Nanga Parbat pod wieczór 27 stycznia. Mimo zapadających ciemności, w niezwykle trudnych warunkach pogodowych, Adam Bielecki i Denis Urubko rozpoczęli wejście.

Około godziny 2 w nocy miejscowego czasu, po zaledwie 8 godzinach wspinaczki spotkali schodzącą z góry Revol. Następnie w końcowym odcinku, wspólnie z Jarosławem Botorem i Piotrem Tomalą ewakuowali francuską alpinistkę do obozu pierwszego na 4850 m. Z uwagi na pogarszającą się pogodę nie zdołano dotrzeć do Mackiewicza.

„Jestem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy (…). Przykro mi, ale nie mieliśmy żadnych szans pomóc Tomkowi” – napisał w mediach społecznościowych Adam Bielecki. Satysfakcja mieszała się ze smutkiem. Można jednak przypuszczać, że gdyby nie brawurowa akcja ewakuacyjna, gdyby nie ten czas, ten sprzęt, a przede wszystkim „ci ludzie”, Revol być może również by nie przeżyła.

„Bezprecedensowa nocna wspinaczka”; „niebezpieczna wyprawa”; „wyczyn polskich bohaterów w niemożliwych warunkach”, akcja ratunkowa, która „zmieniła historię himalaizmu”; „nikt wcześniej nie dokonał takiego wejścia”; „to historia prawdziwych ludzi”… – to tylko niektóre z komentarzy pojawiających się w światowych mediach. Żadne słowa nie oddadzą odwagi, hartu ducha i poświęcenia polskich himalaistów. Gdyby ich zapytać o ocenę akcji, odpowiedzieliby pewnie, że w tej sytuacji to była normalna rzecz.

Ich postawa może być wyrzutem sumienia dla nas, żyjących tu, „na nizinach”. Jak często brakuje nam cnoty męstwa, by podjąć wezwanie płynące z faktu bycia człowiekiem, gdy dziewczyna zaczepiana jest przez rozwydrzonych wyrostków, gdy na naszych oczach na ulicy popychają starszego mężczyznę albo biją chłopaka na przystanku.

Polscy himalaiści dali z siebie wszystko, a nawet więcej. Niezależnie od tego, jak potoczą się losy narodowej wyprawy na K2, już dziś zapisali się w historii nie tylko światowego alpinizmu.

Felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „30 godzin” znajduje się na s. 6 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „30 godzin” na s. 6 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

„Działać sprawnie, odważnie, ostrożnie i milcząco”. Obwód Bielsko AK w planach powstania powszechnego i „Burzy”

Zachowały się raporty dotyczące nie tylko sił własnych AK, ale także materiały wywiadowcze, w których precyzyjnie omówiono siły przeciwnika w poszczególnych obiektach, które zamierzano zaatakować.

Wojciech Kempa

Inspektorat Bielsko Armii Krajowej w początkowym okresie niemieckiej okupacji nie miał szczęścia. Jego sztab targały konflikty personalne, a co gorsza, zdołali doń wniknąć agenci gestapo, czego efektem były zakrojone na szeroką skalę aresztowania, do których doszło jesienią 1942 roku. Wiele kluczowych postaci miejscowej konspiracji trafiło do więzień i obozów koncentracyjnych, a znaczna część ocalałych struktur związała się z Narodową Organizacją Wojskową. Dotyczyło to w szczególności Obwodu Bielsko, większości sił Placówki Kęty, a także niektórych jednostek Obwodu Żywiec. W okolicach Bielska i Białej w AK pozostała jedynie tzw. „siatka Tomaszczyka”, jednakże 18 listopada 1943 roku Andrzej Tomaszczyk został aresztowany przez gestapo. (…)

W trzecim kwartale 1943 roku do AK powróciła część struktur Placówki Kęty, a w czwartym kwartale 1943 roku – zgrupowanie Franciszka Bociana, które wedle stanu na koniec III kwartału liczyło 494 żołnierzy. (…) W roku 1944 przystąpiono do odtwarzania 3 Pułku Strzelców Podhalańskich. (…) Nadto na terenie Obwodu Bielsko formowano oddziały Wojskowej Służby Ochrony Powstania, które były przeznaczone do zadań pomocniczych, w szczególności do służby wartowniczej. (…)

Z dniem 18 czerwca 1944 roku sfinalizowano akcję scaleniową NOW z AK. Dodajmy, że na koniec maja 1944 roku siły NOW w Obwodzie Bielsko liczyły 761 żołnierzy, przy czym już wcześniej wydzielono z nich oddziały z okolic Kęt (w sile ok. 250 ludzi), które w ramach akcji scaleniowej miały zostać włączone do Obwodu AK Oświęcim. Siły Obwodu Bielsko mogły nadto liczyć na wsparcie miejscowych oddziałów Batalionów Chłopskich i Gwardii Ludowej PPS, które w wyniku akcji scaleniowej również weszły w skład AK, ale podlegały bezpośrednio Komendzie Inspektoratu. (…)

26 lipca 1944 roku komendant Inspektoratu „Bagno” wydał wstępny rozkaz do przeprowadzenia akcji „Burza”. W ślad za tym komendant Obwodu Bielsko („Brzemię 86”) wydał rozkaz L.dz. 3/4.8.44, skierowany do komendantów placówek:

(…) Przypominać stale zasady żołnierskich obowiązków: miłość Ojczyzny, karność, odwaga, ścisłe dochowanie tajemnicy wojskowej. Powtarzać stale zakaz zgromadzeń, picia wódki, prowadzenia zapisków, ewidencji itp. Przypominać o obowiązujących przygotowaniach przed wymarszem: zabrania żywności, bielizny, koca, bandaży itp. (…)

W chwili cofania się, dalszego odwrotu wojsk niem. przez nasze tereny przewidziana jest akcja rozbrajania npla według specjalnych rozkazów Kmdta Obwodu. Na tenże okres należy przygotować do akcji oddziały dywersyjne (niszczenie połączeń telef., telegr., komunikacji kolej., niszczenie mostów, urządzanie zasadzek i barykad).

W przypadku wkraczania wojsk sowieckich na tutejsze tereny, walki nie podejmować z nimi; wojska sowieckie winne zastać teren przez nas już opanowany i zabezpieczony.

Wobec możliwości wstrzymania w każdej chwili ruchu kolejowego, należy mieć w pogotowiu własne środki komunikacyjne (sztafety gońców, kolarze, motocykliści) dla szybkiej i sprawnej łączności między Kdą Obwodu oraz między oddziałami (plut., drużyny). (…)

Działać sprawnie, odważnie, ostrożnie i milcząco. Mimo ewentualnych mogących mieć miejsce aresztowań pewnych jednostek naszych oddziałów, względnie innych osób na terenie plac., należy pracę prowadzić energicznie nadal. Powody aresztowań badać, środowiska akcji AK izolować, przedstawić natychmiast dokładne meldunki. W żadnym wypadku ubytek jednostki nie może spowodować przerwy w działaniach nawet na chwilę.

Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Obwód Bielsko Armii Krajowej w planach powstania powszechnego i »Burzy«” znajduje się na s. 10 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Obwód Bielsko Armii Krajowej w planach powstania powszechnego i »Burzy«” na s. 10 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Ojciec Tadeusz Rydzyk oskarżony przez publicystę „Tygodnika Powszechnego” o sprawstwo dechrystianizacji Polski

Radio Maryja po prostu nie zajmowało się przez lata Kościołem otwartym. Dla Kościoła otwartego zaś Radio Maryja było – również od samego początku – głównym problemem polskiego katolicyzmu.

Henryk Krzyżanowski

Radio Maryja i inne dzieła toruńskiego redemptorysty od początku jego działalności były celem zaciekłych ataków publicystów i duchownych tzw. Kościoła otwartego w Polsce. Są do dziś, czego najnowszym przejawem jest kuriozalny tekst Oskarżam o. Ludwika Wiśniewskiego w „Tygodniku Powszechnym”. Ten wielce zasłużony dominikanin pisze ni mniej, ni więcej, że o. Tadeusz Rydzyk i popierający go katolicy (wśród nich liczni biskupi) są głównymi sprawcami dechrystianizacji Polski. A w jaki sposób? Ponieważ, twierdzi o. Ludwik, to oni wprowadzili do polskiego katolicyzmu wrogość oraz idącą za nią nienawiść. Wrogość i nienawiść w Kościele – słowa-klucze i oskarżenia ciężkie jak młyńskie kamienie.

Uff… Tak się składa, że jestem słuchaczem i czytelnikiem mediów toruńskich od samego ich powstawania. Mogę więc odpowiedzialnie stwierdzić, że w relacjach między, w skrócie, Kościołem toruńskim a Kościołem otwartym istniał od początku daleko posunięty brak symetrii.

W katechezie i publicystyce Radio Maryja po prostu nie zajmowało się przez lata Kościołem otwartym. Co było zgodne ze znanym zawołaniem Ojca Dyrektora „alleluja i do przodu!” oraz realizowaną przezeń nieco staroświecką zasadą ‘o Kościele albo dobrze, albo wcale’.

I tu pojawia się asymetria, bowiem dla Kościoła otwartego Radio Maryja było – również od samego początku – głównym problemem polskiego katolicyzmu. Publicyści i autorytety „otwartych” bez zahamowań uczestniczyli w kolejnych falach ataków na RM. Nie przeszkadzał im wcale sojusz z jawnie antyreligijnymi uczestnikami życia publicznego, traktującymi Kościół jako przeszkodę na drodze do nowoczesności.

Czy w tej kampanii była wrogość i nienawiść? Wrogość na pewno, także pogarda, a czy również nienawiść? Trzeba by zapytać autorów. Jedno jest pewne – owa wrogość i pogarda objawiały się wyłącznie po stronie przeciwników toruńskiego dzieła. Odpowiedzią redemptorystów było ignorowanie napastników.

To wszystko jest smutne, bowiem w Kościele katolickim, czyli powszechnym, jest miejsce i rola do spełnienia dla wszystkich. Zarówno dla katolików otwartych, jak i moherów modlących się z toruńskim radiem. Ale czy ta prawda dotrze kiedyś do o. Ludwika?

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Niesymetryczny Ojciec Dyrektor” znajduje się na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Henryka Krzyżanowskiego pt. „Niesymetryczny Ojciec Dyrektor” na s. 2 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

 

Powiedzieć, że góra urodziła mysz po 55 latach obowiązywania Traktatu Elizejskiego, byłoby stwierdzeniem na wyrost

Traktat Elizejski ma 55 lat. Kiedy podpisywali go Charles de Gaulle i Konrad Adenauer, Emmanuela Macrona nie było jeszcze na świecie, a Angela Merkel spędzała szczęśliwe dzieciństwo w NRD.

Jan Bogatko

Znany ze swej intelektualnej głębi prezydent Francji, Emmanuel Macron, śmiało zauważył: „Spoglądając w kierunku Europy, mogę jedynie stwierdzić: nie uda się nam w pojedynkę zrealizować naszych ambicji”. Co dostrzegł Macron, spoglądając w kierunku Europy? Brexit? Nazizm w Polsce? Niedawny stan wyjątkowy we Francji? Kryzys na południu Europy? Islamskie zagrożenie terrorystyczne, którego podobno nie ma? Tego nam, niestety, prezydent Francji nie zdradził.

Mało kto przypomina sobie, czym była Francja i czym były Niemcy w roku podpisania Traktatu Elizejskiego. Warto o tym przypomnieć w dwu słowach. Francja, antyamerykańska, atomowa potęga, nadszarpnięta przegraną wojną algierską. Niemcy, europejski tygrys, wschodząca potęga, ale nadal pod amerykańskim protektoratem.

Dla Niemiec zbratanie z Francją (wschodnie Niemcy określano jako „środkowe”, czego reliktem jest nazwa stacji RTV MDR – Mitteldeutscher Rundfunk w Niemczech Wschodnich) to polisa ubezpieczeniowa. Co przyniesie jutro? Jak zachowają się Sowieci? Co zrobią Amerykanie? Pod czyim parasolem atomowym będziemy spać spokojnie? Co z naszymi ziemiami na wschodzie? Pytań bez liku. (…)

Znajomy lekarz, z którego pomocy byłem zmuszony skorzystać w tych dniach, a z którym rozmawiam o polityce międzynarodowej (interesują go zwłaszcza sprawy polsko-niemieckie i kwestia imigrantów do Europy z innych kontynentów), ze zdziwieniem opowiadał mi, że w telewizji, oglądając relacje z uroczystości rocznicowych z parlamentów w Paryżu i w Berlinie, zobaczył wypełnioną po brzegi salę Bundestagu w gmachu Reichstagu i straszącą pustkami salę parlamentu w Paryżu. (…)

A więc cele są: odnowienie Układu Elizejskiego „w europejskim duchu”, tym niemniej dążąc do „nowych celów i nowych form współpracy”. Ach, jak zazdroszczę naszym przyjaciołom z Paryża i Berlina języka, wyrażającego wszystko i nic!

Podobno jednak projekt jest już w szufladzie. Petycja, powzięta przez parlamenty w Paryżu i w Berlinie, odważnie wzywa do wzmożenia współpracy w regionie przygranicznym, wyrównania różnic w kwestiach podatkowych i socjalnych, a także realizacji wspólnych projektów oświatowych. Projekt ma być zamknięty na ostatni guzik jeszcze w tym roku.

Szok, po prostu szok! Powiedzieć, że góra urodziła mysz po 55 latach obowiązywania Traktatu Elizejskiego, byłoby stwierdzeniem na wyrost. A tak na marginesie – prezydent Macron po spotkaniu z kanclerz Angelą Merkel w Paryżu powiedział, że nie będzie ingerował w politykę wewnętrzną zaprzyjaźnionego kraju, ale ma nadzieję, że SPD wypowie się (i marzenie się spełniło) za podjęciem rozmów sondażowych z CDU/CSU.

Cały felieton Jana Bogatki, pt. „Vive l‘Allemagne! Es lebe Frankreich!” – jak co miesiąc, na stronie „Wolna Europa” „Kuriera WNET”, nr lutowy 44/2018, s. 3, wnet.webbook.pl.

Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku WNET na WNET.fm.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Bogatki pt. „Vive l‘Allemagne! Es lebe Frankreich!” na s. 3 „Wolna Europa” lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

A może spróbować monarchii? Rozczarowanie do republiki jest we Francji powszechne, a tęsknota za tronem nie wygasła

Jedną z największych zalet ustroju monarchicznego w oczach nostalgicznych zwolenników jest odpowiedzialność monarchy przed narodem i potomstwem. Prezydent nie ponosi odpowiedzialności za swoje błędy.

Piotr Witt

W braku własnej dynastii panującej Francuzi masowo interesują się plotkami dochodzącymi z suwerennego księstwa Monaco i przeżywają głęboko wydarzenia rodzinne dworu brytyjskiego. Monarchiści francuscy nie mają reprezentacji w parlamencie. Jedynym miejscem zgromadzeń, jakie im pozostało, jest kościół, jedyną okazją do zgromadzenia jest msza. 21 stycznia w rocznicę śmierci Ludwika XVI modliliśmy się razem z nimi w Kaplicy Pokutnej przy bulwarze Haussmanna za duszę króla męczennika.

Po upadku ostatniego panującego, cesarza Napoleona III, sprawa wyboru ustroju politycznego dla Francji stanęła na ostrzu noża. Monarchiści mieli w parlamencie większość. W głosowaniu demokratycznym siedem lat później wybór republiki przeszedł jednym głosem i był to podobno głos monarchisty. Pan hrabia d’Haussonville głosował za republiką na złość innym monarchistom.

Przekleństwem rojalizmu francuskiego jest bowiem nie to, że brak im pretendenta do tronu, ale przeciwnie, to, że mają ich przynajmniej o jednego za dużo.

Od wieków do tronu pretendują dwie gałęzie tej samej rodziny. Król Francji Ludwik XIV miał brata, młodszego o dwa lata Filipa. Zgodnie z prawami monarchii Filip Orleański nigdy nie panował. Ludwik XIV wstąpił na tron jako dziecko i umarł starcem. Do śmierci w 1715 roku przeżył obu następców tronu – syna i wnuka. Prawnuk zmarłego, Ludwik XV, miał pięć lat, kiedy odziedziczył królestwo. W jego imieniu rządził regent Filip z młodszej linii nigdy nie panującej. To wówczas, jak się zdaje, Orleanowie nabrali pociągu do tronu. Nie przeszło im to do dziś. (…)

Zażarta konkurencja między dwiema gałęziami rodu Kapetyngów nigdy nie wygasła. Od stu lat wielu historyków uważa rewolucję francuską za wynik tej rywalizacji.

Jacques Bainville, wielki historyk, przypominał, że rewolucja zaczęła się na dziedzińcu Palais Royal i była podsycana bibułą drukowaną na polecenie i za pieniądze Filipa Orleańskiego. (…)

Na początku XX wieku w ruch monarchiczny zaangażowali się wybitni intelektualiści Jacques Bainville i Leon Daudet. Charles Maurras, przywódca i ideolog ruchu monarchistycznego, w 1900 roku rozpisał ankietę w sprawie monarchii. Wynikło z niej, że wielu obywatelom, wielu ludziom wpływowym przywrócenie tronu by odpowiadało.

Druga wojna wszystko zmieniła. Republikanin gen. de Gaulle, wyniesiony do władzy przez historię, stał się dla Francuzów namiastką monarchy cenionym i lubianym. (…)

Na krótko przed śmiercią w 1999 roku ostatni pretendent postarał się pogrzebać nadzieje monarchiczne Orleanów. Hrabia Paryża wyprzedał dziedzictwo przodków: cenne obrazy, biblioteka, srebra, miniatury, biżuteria, łącznie z liberiami służby królewskiej poszły pod młotek. Separowany z żoną hrabia miał dziesięcioro dzieci, lecz ostatnie lata życia spędził u pielęgniarki. Po jego śmierci znaleziono tylko aksamitne pantofle ranne haftowane w złote lilie. Głową dynastii został Henri, jego najstarszy syn (1933).

Ze strony starszej linii, następca tronu Alphonse de Bourbon zgilotynował się sam. Jadąc na nartach w Colorado, nie zauważył kabla przeciągniętego w poprzek trasy. Jego syn ma dzisiaj lat 43 i jest formalnym następcą tronu pod imieniem Ludwika XX. Jest wysoki, przystojny, wysportowany, wszechstronnie i gruntownie wykształcony. Ożeniony bogato, z córką hiszpańskiego finansisty Vargasa, sam jest z wykształcenia bankowcem. (…)

Jedną z największych zalet ustroju monarchicznego w oczach nostalgicznych zwolenników jest odpowiedzialność monarchy przed narodem i własnym potomstwem. Prezydent republiki mający uprawnienia monarchy albo nawet i większe, nie ponosi odpowiedzialności za błędy swego postępowania. Mitterrand, który doprowadził kraj do katastrofy, odszedł w chwale. Po jego śmierci nazwano jego imieniem Bibliotekę Francji, ulice i miasteczka. François Holland, który z powodzeniem kontynuował jego politykę otoczony nawet tymi samymi ludźmi, także odszedł na komfortową emeryturę byłego szefa państwa i nikt nie żąda od niego rozliczeń. Monarcha nie jest spółką anonimową z odpowiedzialnością udziałami, lecz żywym człowiekiem, znanym z imienia i nazwiska.

„A może spróbować monarchii?”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w lutowym „Kurierze WNET” nr 44/2018, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na falach na WNET.fm.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Witta pt. „A może spróbować monarchii?” na s. 3 „Wolna Europa” lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Telegraf „Kuriera WNET”: zwięźle, rzetelnie, z humorem – wszystko to, co warto zapamiętać z poprzedniego miesiąca

Prezydent Macron w wywiadzie dla BBC przyznał, że gdyby we Francji rozpisane zostało referendum w sprawie członkostwa Francji w UE, „to przyniosłoby ono wynik taki, jak w W. Brytanii”.

Maciej Drzazga

Przez ulice polskich miast przemaszerowało 640 delegacji Trzech Króli wraz z milionową świtą.

Rodzina Waltzów zwróciła skarbowi państwa 5 mln złotych zysku pochodzącego ze sprzedaży niewłasnej kamienicy.

Prezes Sądu Najwyższego oraz przewodnicząca Trybunału Stanu Małgorzata Gersdorf stała się także przewodniczącą Krajowej Rady Sądownictwa.

Okazało się, że problem gorszej jakości tych samych produktów sprzedawanych przez tych samych zachodnioeuropejskich producentów w nowych krajach członkowskich UE nie dotyczy tylko artykułów żywnościowych i chemicznych, ale nawet papieru toaletowego, który wykazuje się niższym współczynnikiem chłonności oraz obniżoną odpornością na rozerwanie w niepożądanym miejscu (i czasie).

Te same media, które dotąd kłamliwie twierdziły, że Węgry nie przyjmują uchodźców, zaatakowały premiera Orbána za dwulicowość, „odkrywając”, że kraj ten od lat udziela schronienia osobom uciekającym przed wojną na ogólnie przyjętych w UE i Europie zasadach.

Zapraszamy do przeczytania całego „Telegrafu” Macieja Drzazgi na s. 2 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Telegraf Macieja Drzazgi na s. 2 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Skuteczny protest / Każdy ma swoją placówkę, na której powinien walczyć o prawdę i dobro, a nie kulić ogon pod siebie

Fragment opinii Komisji Etyki TVP nt. rzeczonego programu: Publikowanie i upowszechnianie opinii w zaprezentowanym kształcie to relatywizowane przyzwolenie na używanie określeń typu „polskie obozy”.

Jadwiga Chmielowska

W regionalnej TVP Katowice próbowano nagrodzić program, w którym pada określenie „polskie obozy koncentracyjne”. Program został wyemitowany na antenie regionalnej i zgłoszony do nagrody Rady Programowej. Na szczęście protesty części jej członków okazały się skuteczne. Na kolejnym posiedzeniu nastąpi zgodne z procedurami wskazanie zwycięzcy konkursu.

Każdy ma swoją placówkę, na której powinien walczyć o prawdę i dobro, a nie kunktatorsko kulić ogon pod siebie, by się nie narazić. Poniżej fragmenty pisma adresowanego do Prezesa TVP SA Jacka Kurskiego.

Składam protest w sprawie nierzetelnego wyboru przez Radę Programową programu dziennikarza TVP Katowice do nagrody RP. Uważam, że dopuszczono się szeregu naruszeń (…)

Jestem zdania, że była to próba nagrodzenia programu, który nie ma ani walorów edukacyjnych, ani (wbrew regulaminowi) nie spełnia kryteriów rzetelności, ponieważ zniekształca historię. Górnicy byli wywożeni ze Śląska na roboty do Związku Radzieckiego przez Sowietów! Na podstawie emitowanego programu można byłoby wnioskować, że winni byli temu Polacy. Taki sam wniosek dotyczy łagrów na Śląsku. W więzieniach i łagrach siedziało w tym okresie ok. 200 tys. Polaków, a na Śląsku – oprócz Niemców, śląskich folksdojczów z tzw. dwójką, także inni Ślązacy (nb. często wydawani przez swoich sąsiadów, skompromitowanych podczas wojny), m.in. również AK-owcy, powstańcy śląscy, harcerze i żołnierze niezłomni.

Pragnę dodać, że Maria Nowak, rodowita Ślązaczka, dobrze znająca z przekazów rodzinnych trudną sytuację na Śląsku po 1945 roku, podniosła argument, że taka decyzja Rady Programowej kompromituje TVP Katowice, a przede wszystkim szkodzi Ślązakom, bowiem program nie jest rzetelnym przekazem tragicznej historii mieszkańców Śląska.

Ze strony jednej z osób, głosujących za nagrodzeniem tego programu, padła propozycja, aby w ogóle nie przyznawać nagrody. Można było więc przyjąć, że wycofała swój głos. Zignorowano jednak tę sytuację.

Moim zdaniem podczas zebrania doszło do manipulacji. Trudno powiedzieć, czy zamierzonej, czy wynikłej z braku przygotowania. Jednak z decyzjami przewodniczącego nie sposób się zgodzić. Manipulacja ta wpisuje się w cały szereg nierzetelnie i tendencyjnie przygotowywanych materiałów (m.in. w programy edukacyjne przygotowywane przez Silesię Scholę, gdzie komunistyczne obozy nazywane są obozami śmierci!).

Program „Jo był ukradziony” można było obejrzeć pod linkiem: https://katowice.tvp.pl/33790022/30082017, a 3 grudnia ta strona już się nie otwierała.

Wnoszę o nieprzyznawanie obecnie tej nagrody i umożliwienie Radzie Programowej dokonania powtórnego wyboru, przemyślanego, przeprowadzonego rzetelnie, zgodnie z regulaminem – w styczniu 2018 r.

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Historia jednego protestu” oraz odpowiedź na niego Prezesa TVP SA Jacka Kurskiego znajdują się na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Historia jednego protestu” oraz odpowiedź na niego Prezesa TVP SA Jacka Kurskiego na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Pierwsza porażka obozu Dobrej Zmiany. Polską nie można rządzić jednoosobowo, jak chciałby tego Jarosław Kaczyński

Może się okazać, że w całym Prawie i Sprawiedliwości, podobnie jak w Sodomie, znajdziemy tylko jednego sprawiedliwego, w osobie Jarosława Kaczyńskiego. A cała reszta kręci na boku swoje prywatne lody.

Jan Kowalski

Po niespodziewanie szerokiej, ale jednak pozytywnie przyjętej przez „rynki” rekonstrukcji rządu, w maszynie dobrej zmiany dał się słyszeć wyraźny zgrzyt. Za sprawą pisowskiego senatora Koguta, którego głowa właśnie miała trafić pod topór sprawiedliwości ludowej. O dziwo, nie trafiła. A przynajmniej zyskała odroczenie, bo z 60 senatorów Prawa i Sprawiedliwości (nie licząc Koguta) tylko połowa posłuchała stanowczego głosu prezesa Kaczyńskiego i głosowała za aresztowaniem Senatora. (…)

Po pierwsze, okazało się, że Polską nie da się rządzić jednoosobowo, na rozkaz, jak chciałby tego Jarosław Kaczyński. Porażkę tego wojskowo-rewolucyjnego myślenia obserwowaliśmy już w starciu z prezydentem Dudą.

Po drugie, okazało się również, że Prawu i Sprawiedliwości nie udało się zebrać 10 000 fachowych i uczciwych ideowców – według planu Prezesa, jeszcze z początku lat dwutysięcznych, potrzebnych do uzdrowienia naszego państwa. (…)

Głosy dochodzące z różnych regionów kraju zdają się potwierdzać aktywność Senatora jako pewnego rodzaju normę środowiskową.

Za mało myślimy o Biblii, tej księdze wszelkiej mądrości. Bo przecież może się okazać, że w całym Prawie i Sprawiedliwości, podobnie jak w Sodomie, znajdziemy tylko jednego sprawiedliwego, w osobie Jarosława Kaczyńskiego. A cała reszta kręci na boku swoje prywatne lody.

Przecież, pomyślcie tylko, mając takie możliwości, nie chcielibyście ukręcić niczego dla siebie? (…) Tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, należy zastosować zupełnie inną formułę niż indywidualna uczciwość.

Mam nadzieję, że do podobnej konkluzji, po wielu latach trudnych doświadczeń, dojdzie również obóz Dobrej Zmiany z jej wodzem, Jarosławem Kaczyńskim, na czele.

Cały artykuł Jana Kowalskiego pt. „Pierwsza Porażka Obozu Dobrej Zmiany” znajduje się na s. 4 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Pierwsza Porażka Obozu Dobrej Zmiany” na s. 4 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Jedna z wielu książek wspomnieniowych o zesłaniu, ale jednak… inna / Jerzy St. Grzegorczyk, „Kurier WNET” 44/2017

Gwałtowne zderzenie cywilizacji, nagła zmiana warunków egzystencji, żadnego wyboru. „Na nasze skargi na los Rosjanie odpowiadali: – Pażywiosz, prywykniesz, a nie przywykniesz, padochniesz”.

Jerzy Stanisław Grzegorczyk

„A niech to wszystko mole zjedzą”

Tak zatytułowaną książkę – autorstwa Krystyny Sławskiej (Słabówny) – podarował mi kolega, zaznaczając przy tym, że jest bardzo ciekaw mojej opinii po lekturze tejże publikacji. Cóż było robić? Odmówić nie wypadało, a i tytuł dość intrygujący. Chcąc nie chcąc, zamieniłem się w… mola książkowego, wgryzając się stopniowo w smakowity – jak się niebawem okazało – tekst. Pochłonąłem go w jeden dzień i to bynajmniej nie dlatego, że książka jest niezbyt opasła (a wielka szkoda!). Chwilami miałem wrażenie, że czytam jedną z pasjonujących powieści Ferdynanda Ossendowskiego, nie przymierzając (notabene pisarza wyklętego przez długie powojenne lata). Drugie czytanie przebiegało wolniej, aby nic nie uronić z bogactwa zdarzeń, sytuacji, szczegółów… w których już zdążyłem się rozsmakować.

Zesłańcy w bydlęcym wagonie w drodze do Kazachstanu

Jest to jedna z wielu książek wspomnieniowych, ale jednak… inna. Autorka opisała swój pięcioletni pobyt na zsyłce w Kazachstanie (w latach: 1940–45). Miała 9 lat, kiedy z mamą i ciocią wyjeżdżały ze Lwowa, aby z wieloma innymi zesłańcami, stłoczonymi w „niepasażerskich” wagonach, tłuc się tygodniami hen! za Ural w dalekie – nieznane. Te 5 tysięcy kilometrów zapamięta na zawsze, jak wiele innych nieprzewidzianych historii i przygód, które ją spotkały.

„Jest rzeczą udowodnioną naukowo – pisze we Wstępie – że w chwilach największej tragedii pojawia się element swoistej radości, co oczywiście nie oznacza lekceważenia nieszczęścia. Śmiech jest ratunkiem dla znękanej tragedią psychiki człowieka. Jest samoobroną organizmu przed jego unicestwieniem (…) I właśnie to drugie, to optymistyczne oblicze życia na zesłaniu chciałam ukazać moim Czytelnikom (…)

Istotnym dla mnie, przy pisaniu wspomnień, był fakt życzliwego dla Polaków stosunku miejscowej ludności, która często okazywała się być również zesłańcami z samej Rosji. Byli to potomkowie Rosjan zesłanych na Sybir za czasów carskich. Dla autochtonów – Kazachów stanowiliśmy grupę ludzi, z którymi trzeba żyć, handlować i pomagać sobie nawzajem”.

Autorka pozostała wierna swojej „pogodnej koncepcji” wspomnień, ale warto przytoczyć jeszcze jedno ważne zdanie ze Wstępu: „Zostałam odarta z dziecięcych marzeń (…) Stałam się przedwcześnie dojrzałym człowiekiem”.

Grupa wygnańców trafiła do kazachskiej osady Boryso-Romanowki, położonej nad Tobołem (dopływ Irtysza) w obwodzie kustanajskim. Ich miejscem pracy miał być kołchoz, ale nie tylko. Byli dokwaterowani do miejscowych Rosjan, bytujących w skromnych, wręcz nędznych warunkach. W jednej z kolejnych kwater – lepianek, gdzie zamieszkała Krysia (wraz z mamą i ciocią), sień przypominała miniarkę Noego; z krową, owcami, kurami. Aby przejść dalej „trzeba było albo zatkać nos, albo nie oddychać”.

Gwałtowne zderzenie cywilizacji, nagła zmiana warunków egzystencji, żadnego wyboru. „Na nasze skargi na los – pisze Autorka – Rosjanie odpowiadali: Pażywiosz, prywykniesz, a nie przywykniesz, padochniesz; inaczej mówiąc: nie przyzwyczaisz się to… zdechniesz. Krótko i dosadnie.

Prymitywny dom „dwurodzinny” dla Polaków, zbudowany z suszonego nawozu bydlęcego, samanu

Sowiecki walec, który przewalił się po naszych Kresach, wypędził wielu rodaków na nieprzewidzianą, nieplanowaną „przygodę” ich życia – sybirski survival. Zaczęło się, przykładowo, od nieznanych dotąd temperatur: +40° latem, -45° zimą (trwała 9 miesięcy!); przymieranie głodem (permanentny „przednówek”); brak niemal wszystkiego, co potrzebne do zwykłego, normalnego życia… Prawdziwa szkoła przetrwania, z mglistą nadzieją na jej ukończenie… kiedykolwiek. A jednak nie tracili ducha; zresztą alternatywy nie było.

Przenieśmy się w tamte lata nad syberyjską rzekę. Z barwnego kalejdoskopu dość odległych zdarzeń, niespodzianek, przygód, obserwacji, utrapień etc. będę wybierał na chybił trafił, przykładowo: nocowanie pod gołym niebem, na przyzbie, do pierwszych przymrozków – z powodu rozplenionego robactwa w chałupie, wśród którego prym wiodły wiecznie nienasycone pluskwy.

Gotowanie cieniutkich zupek w… nocniku (innych garnków do miejscowego sklepiku nie dowieźli).

A „katok”? Cóż to takiego? Oto wyjaśnienie: krowim łajnem (było go pod dostatkiem w sieniach lepianek) wymieszanym ze słomą oblepiało się obróconą do góry dnem miednicę. Po wyschnięciu odrywało się „to” od formy i po oblaniu wodą wyrzucało na mróz. Powstawał znakomity… ślizgacz do zjeżdżania z górki. „Siedziało się wprawdzie na g….e, ale zamrożonym i bardzo śliskim”. Ów przemyślnie wykonany snowboard dematerializował się z nadejściem wiosny.

A teraz… „wiuga” (a właściwie – wiuuuugaaaa!) – zadymka śnieżna. Kiedy rozpoczynała swoje harce, lepiej było na Boży świat nie wyglądać. Gęsty śnieg błyskawicznie zalepiał oczy, powodując całkowitą dezorientację w terenie. W taką właśnie porę zamarzła Polka. Wyszła do sąsiadki po mleko dla dziecka. Znaleziono ja po trzech dniach, kilka kilometrów za wsią, zamienioną w… słup lodu. Syberyjski mróz – to podstępny towarzysz niedoświadczonych przybyszów. Pozbawiał nieszczęśników uszu, nosów, palców, dziurawił policzki…

Polska wioska w Północnym Kazachstanie zimą

Ale i upał dawał się we znaki. Szukano ochłody, gdzie się dało. Autorka wspomina zbieranie w głębokim stepie tzw. katiaszy (krowich placków na opał). Wtedy to natrafiła na idealnie okrągłe leje wypełnione wodą. W trakcie kąpieli skóra pokrywała się… lśniącym złotem (?) Złudzenie było całkowite. Po wyjściu z wody czar pryskał, złocista powłoka znikała jak sen. Chodziły słuchy, że owe leje to pamiątki po odpryskach/odłamkach słynnego meteorytu tunguskiego (z 1908 r.).

Jednak głównym kąpieliskiem był oczywiście Toboł i związane z tą rzeką niezwykle traumatyczne (dla Autorki) wspomnienie: na jej oczach topiły się mama i ciocia. Na ratunek pośpieszył wioskowy woziwoda Kola, którego główne zajęcia (w powszechnej opinii) polegały na zbijaniu bąków i grze na bałałajce. W brawurowej akcji uratował obie panie. Nieprzytomną mamę wydobył z samego dna rzeki. Dzielny chłopak do końca trzymał fason (nie przyjął złotego zegarka w podzięce za swój wyczyn), a jego akcje u miejscowych dziewcząt z nagła poszybowały w górę.

Osobnym rozdziałem były kontakty z Kazachami. Ich auł znajdował się za rzeką. Zaglądali do wsi w celach nie tylko handlowych, częściej, żeby pogadać. Autorka z prawdziwą sympatią wspomina niejakiego Dosana. „Był bezpośredni, szczery, kulturalny i z poczuciem humoru”. Swego ulubionego powiedzonka: „Cztob was moli sjeli” (żeby was mole zjadły) z niewielkimi modyfikacjami używał najczęściej – w sytuacjach emocjonalnie nieobojętnych.

Była taka chwila, że po swoim: – Niech to wszystko mole zjedzą! zakomunikował: – Przychodzę zaprosić was na swój ślub. Opowiedział o tym, jak narzeczoną porwał z domu rodziców (zwyczaj uświęcony tradycją!). Kosztowała go… wielbłąda i parę koni. Weselisko w jurcie Dosana musiało być dużą atrakcją. Goście siedzieli w dwudziestoosobowym kręgu, na wielbłądzich skórach, a w centrum stała micha z baraniną i pomniejsze naczynia z placuszkami i smakowitym sosem (Wyobrażam sobie, że Autorka wreszcie pojadła do syta). Kobiety piły kumys, panowie coś mocniejszego. Panna młoda obsługiwała samowar, milcząc, bez cienia uśmiechu na nieodgadnionej twarzy.

Minęło trochę czasu… aż tu znowu pojawił się Dosan z taka oto nowiną: – Żona uciekła ode mnie. To nic, ale ukradła dwa konie! Niech to mole zjedzą! Koni żal. Dodał jeszcze, że nie potrzebuje żony-złodziejki.

Leśna brygada zesłańców

Działy się tam również rzeczy „o których się filozofom nie śniło”. Przykład? Wyprawili się Polacy gromadą po chrust do pobliskiego lasu. „Coś” ich stamtąd wypłoszyło, a konkretnie – upiorny śmiech kobiecy, gdzieś z głębi lasu, spotęgowany echem. Przeraźliwe cha! cha! cha! cha!… jeżyło włosy na głowie. Słyszeli to wszyscy. Po powrocie okazało się, że miejscowi od dawna wiedzieli, że tam… straszy.

Wieś Boryso-Romanowka (!) należała do dalszej rodziny ostatniego cara Wszechrusi – Mikołaja II. Krwawy terror rewolucji nie oszczędził Romanowych, nawet i takich z dziesiątej wody po kisielu. Wioska nad Tobołem poszła z dymem, a jej mieszkańców wymordowano. Jak wieść niesie – ocalała jedynie 10-letnia dziewczynka, uciekając do pobliskiego lasu. Słuch po niej zaginął. Mieszkańcy są pewni, że upiorny chichot to głos tej nieszczęśnicy. Las omijają z daleka. To nie jest jedyna niesamowita historia z tamtego czasu, ale nie będziemy streszczać całej książki.

W 1942 r. Krysia wraz z mamą i ciocią po wielu staraniach przeniosły się do Kustanaju. Wprawdzie zagubionej w stepie kazachskiej wioseczki od stolicy obwodu – pod względem cywilizacyjnego rozwoju – nie dzieliły „lata świetlne” (w odniesieniu do dzisiejszej kosmicznej Astany takie porównanie było by uprawnione), ale zawsze był to jakiś awans społeczny. Prawdą jest, że dalej klepały biedę (miesięczna pensja starczała na wiadro kartofli), mimo to żyło się odtąd w mniej uciążliwych warunkach. Przechadzające się ulicami majestatyczne wielbłądy stanowiły o pewnej egzotyce miasta, a jednocześnie uświadamiały zesłańcom, że Polska została za górami, za lasami… bardzo, bardzo daleko.

Dojrzewała potrzeba przynajmniej jakiejś namiastki wydarzeń o charakterze, nazwijmy to: kulturalno-rozrywkowym, co zaowocowało powstaniem chóru – na początek. Organizatorką i dyrygentką w jednej osobie była mama Krysi (z profesji nauczycielka). Trzon repertuaru stanowiły pieśni patriotyczne. Próby chóru ściągały pod okna ich mieszkania nie tylko sąsiadów. Widzów przybywało; sugerowali nawet, że chętnie popatrzą na jakieś polskie tańce. Sprawa zaczęła się rozkręcać, nabierać tempa. Znalazła się sala w remizie oraz instrumentaliści (spośród strażaków); nie mówiąc już o oficjalnej zgodzie NKWD i władz lokalnych. Naprędce wykombinowano stroje do „poloneza”, „kujawiaka”, „krakowiaka”… (bardzo pomocni okazywali się Rosjanie). Koncert (połączony z recytacjami) odbył się w listopadzie (1943) – w rocznicę… Święta Niepodległości (!). Przyszły tłumy (wielu Rosjan); stali nawet na zewnątrz, pod oknami, mimo siarczystego mrozu. Żar przedstawienia (przy otwartych na oścież drzwiach) wystarczająco ogrzewał słuchaczy. „Czerwony pas”, „Ułani, ułani”, „Pierwsza Brygada”… pieśni harcerskie, recytacje, a potem „mazur” „krakowiak” (w którym Krysia trzaskała podkówkami o deski prowizorycznej sceny). Bisom nie było końca, łzom wzruszenia również.

Wieść o tym wydarzeniu dotarła do władz miasta, które niedługo potem oddały do dyspozycji zespołu… teatr, orkiestrę, a nawet rozgłośnię radiową. Powtórzono występ, tym razem w okazałej scenerii, przy ogromnym aplauzie… Rosjan.

Po tych sukcesach „zapominaliśmy na chwilę o głodzie, który na całe lata stał się naszym udziałem” – wspomina chórzystka i tancerka w jednej osobie.

W związku z wyżej opisaną narodową manifestacją, Autorka pokusiła się o taką oto refleksję: „Rosjanie cenią patriotyzm bez względu na to, kto jest tym patriotą: czy Rosjanin, czy – w danym momencie – wróg”. Można by rzec: kolejny przyczynek do rozważań nad tzw. „zagadką rosyjskiej duszy”, ale to osobny temat.

To był taki wybór obrazków z życia kazachskich zesłańców. Jeśli Czytelnik na pełny tekst tych wspomnień jak dotąd się nie skusił, to trudno – jego strata.

Zesłańcy przy produkcji „cegieł” z samanu

Dodajmy jeszcze, że po przeprowadzce do Kustanaju dotarła do pań niezwykle radosna wieść: tata i mąż, z którym straciły kontakt tuż przed wywózką – żyje! (Wilhelm Słaby vel Sławski był wybitnym działaczem polskiego skautingu; pełnił funkcję Komendanta Obszaru Wschodniego Szarych Szeregów). Nie na darmo polecały go Bogu w codziennych modlitwach. Okazało się, że kiedy one walczyły o przetrwanie w kazachskim stepie, on harował w łagrach m.in. pod Władywostokiem (przy budowie Nachodki). Szczęśliwie zdołał wyrwać się z sowieckiego raju – z Armią Andersa. Wielu nie doczekało takiej okazji.

Oto losy jednej z kresowych polskich rodzin, tułających się po świecie w tamtych trudnych latach. Ich heroiczne zmagania z twardą, często okrutną rzeczywistością, ich hart ducha i nieustępliwość w walce o przetrwanie, pielęgnowanie ojczystych tradycji i uczuć narodowych, są dzisiaj dla nas prawdziwą szkołą patriotyzmu i przykładem godnego życia, mimo nikłej – tak po ludzku rzecz biorąc – nadziei na lepsze jutro. Jesteśmy ich dłużnikami.

I jeszcze wiele mówiący fragment wiersza – z listu napisanego w wiosce nad Tobołem:

Wy tam nie wiecie, że nie tylko chleba,
Ale i śmiechu, by wytrwać, potrzeba…

Patrzę na fotografię z okładki. Przedstawia dziewczynę w stroju krakowskim, w postawie zadzierżystej, o śmiejących się, bystrych oczach… za chwilę ruszy w tany. To Krysia.

Nie było okazji, by Ją poznać (niestety nie doczekała pierwszego wydania swoich wspomnień). Miałbym ochotę powiedzieć Jej teraz, że jest to jedna z tych książek, które zostały napisane – ku pokrzepieniu naszych serc.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z wystawy pt. „Myśmy do stepów unieśli Ojczyznę” Niny Rupety i Piotra Hlebowicza; zostały wykorzystane za zgodą P. Hlebowicza.

Artykuł Jerzego Stanisława Grzegorczyka pt. „A niech to wszystko mole zjedzą” znajduje się na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jerzego Stanisława Grzegorczyka pt. „A niech to wszystko mole zjedzą” na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl