Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz: Nie przyjmiemy niekorzystnej dla Polski narracji i nie ulegniemy presji

Nord Stream1 umożliwił Rosji uzyskanie środków, które przeznaczyła na modernizację armii. Dwa lata później nastąpiła agresja Rosji na Gruzję, później aneksja Krymu, agresja na Ukrainę, Syria…

Krzysztof Skowroński
Jacek Czaputowicz

Zaczęliśmy dialog z Niemcami na temat reparacji?

Uważam, że to nasz i mój pewien sukces wizyty w Berlinie – przekonanie mojego partnera Sigmara Gabriela, ministra spraw zagranicznych Niemiec do tego, by Niemcy spojrzały na ten problem oczami Polaków, żeby zrozumiały nasze stanowisko, a sam minister spraw zagranicznych Niemiec zgodził się na to, żeby tej sprawie przyjrzeli się eksperci, oczywiście po stronie polskiej. Ci eksperci pracują w komisji parlamentarnej pana posła Mularczyka.

Innymi słowy, do tej pory Niemcy mówili, że dla nich sprawa reparacji i pewnego zadośćuczynienia ofiarom – bo tu nie chodzi tylko o reparacje międzypaństwowe – jest z perspektywy prawa zamknięta. Teraz jednak dopuszczają rozmowy i myślę, że to jest właściwa droga. (…)

Moja prośba do Niemców była taka, żeby porównali straty poniesione przez Polaków w czasie drugiej wojny światowej i to, co otrzymali w ramach zadośćuczynienia czy reparacji, ze stratami, jakie poniosły inne narody i z ich reparacjami. Innymi słowy, czy wobec ogromu strat i zniszczeń Polacy nie są przypadkiem traktowani jako obywatele drugiej kategorii w porównaniu do Duńczyków, Francuzów itd. To był mój argument, który, mam nadzieję, przekonał i spowodował pewne otwarcie ze strony ministra spraw zagranicznych Niemiec. (…)

Czy rozmowy w Berlinie koncentrowały się na reparacjach, czy było poruszanych więcej tematów?

Tematów było więcej. Mówiliśmy o naszych dwustronnych stosunkach z Niemcami. Niemcy chcieliby je zacieśniać. Omawialiśmy problem pełnomocnika ze strony polskiej do współpracy transgranicznej. Mówiliśmy o naszym miejscu w Unii Europejskiej, o wspólnej polityce w ramach UE. Moim zdaniem – i to też otwarcie prezentowałem podczas tego spotkania – jest pewna bliskość interesów między Niemcami a Polską, taka dalekosiężna, dotycząca kształtu Unii Europejskiej. Chodzi o to, by zachować konkurencyjność Unii, by cztery podstawowe swobody były w niej przestrzegane.

Postawiłem tezę, że w Unii mamy do czynienia z podziałem państw na dwie grupy. Jedna to demokracje liberalne, do których zaliczam Niemcy, Polskę, Szwecję i Węgry, a więc te państwa, które opowiadają się za swobodą przepływu usług, towarów, kapitału i osób, które chcą, by Europa była konkurencyjna, by znaczyła coraz więcej w świecie, by się szybko rozwijała – pod tym względem jesteśmy razem, mam nadzieję, z Niemcami.

I jest druga grupa państw – możemy je nazwać demokracjami protekcjonistycznymi – które ograniczają te swobody, a w konsekwencji ciągną Unię Europejską do dołu.

Ta teza zrobiła wrażenie. Widziałem to po reakcji moich rozmówców, także po reakcji prasowej. Do tej pory my byliśmy stawiani do kąta jako państwo, nie chcę powtarzać słowa, jakie, gdzie nie ma demokracji. Nie, my jesteśmy wśród tych państw, które ciągną w górę. Spójrzmy na rozwój gospodarczy, na reformy państwa – i znowuż na grupę sąsiadów Niemiec z tamtej strony.

Francuzi.

Nie wymieniłem tych państw, ale wiadomo, że to są te, które mają problem z funkcjonowaniem państwa. One powinny zreformować swoje państwo, a nie stosować polityki protekcjonistycznej i egoistycznej, co ma miejsce, jeśli chodzi o swobodę przepływu pracowników, delegowanych pracowników-kierowców – co się teraz toczy. Przecież to jest ograniczanie liberalnych wartości europejskich. Musimy więc bronić naszego stanowiska.

Niemcy są tak pośrodku… To jest sytuacja ciekawa dla Niemiec. My walczymy o to, żeby oni jednak wspierali bardziej nas niż, powiedzmy, tego innego partnera, który opowiada się za protekcjonizmem.

Czy w czasie spotkań dyplomatycznych wszystkie argumenty leżą na stole, czy też politycy owijają w bawełnę?

Tu jest pewien problem, który dostrzegłem w moich rozmowach z partnerami z Unii Europejskiej – ministrami spraw zagranicznych czy komisarzem Fransem Timmermansem. Dominuje pewna narracja, narzucona przez Komisję Europejską, i mamy problem, żeby przebić się z naszym stanowiskiem. Na przykład według tej narracji w Polsce jest problem z przestrzeganiem trójpodziału władzy, niezależności sądów i praworządności. Według mnie ta narracja jest nieprawdziwa, ale nie byliśmy w stanie przekonać do tego naszych partnerów rozmów.

Pod kierunkiem premiera Mateusza Morawieckiego powstaje właśnie taka „biała księga”, w której ustosunkowujemy się do zarzutów Komisji Europejskiej. Jej stanowisko jest niesłychanie krytyczne i niesprawiedliwie przedstawia stan rzeczy, jeśli chodzi o reformę sądownictwa, a nawet powiedziałbym, że niektóre fakty nie są przedstawione w sposób prawdziwy, co prowadzi do bardzo złych konkluzji: że nie ma niezależnego Trybunału Konstytucyjnego, że sądy nie są niezależne.

Państwa członkowskie za pośrednictwem dyplomatów unijnych przyjęły taką wizję. I uważają, że nie mają powodu uznać, że ta wizja jest nieprawdziwa. Ja mówię, że ona jest nieprawdziwa, musimy przedstawić nasze racje i na razie prosimy o to, żeby państwa, które są w Radzie, spojrzały obiektywnie na tę reformę, która jest w Polsce jeszcze w toku i podjęły decyzję później, zgodnie z pełną wiedzą.

Symboliczna dla relacji polsko-niemieckiej jest budowa Nord Stream; najpierw Nord Stream1, teraz Nord Stream2. Czy o tym też Pan rozmawiał i przedstawił polskie argumenty przeciwko tej budowie i czy po stronie niemieckiej jest jakakolwiek otwartość na dyskusję?

Na spotkaniu w Niemczech przedstawiłem w sposób zdecydowany te kwestie. Ukazałem pewną zależność, odnosząc się do budowy Nord Stream1 w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości 2005–2007 – wówczas byłem dyrektorem departamentu strategii i planowania w MSZ.

Polacy zdecydowanie przeciwstawiali się budowie Nord Stream1, jednak Niemcy to przeforsowali. Nord Stream1 umożliwił Rosji uzyskanie pewnych środków, które przeznaczyła na modernizację armii. Niemcy uczestniczyły w tej modernizacji, budując w Rosji ośrodki szkoleniowe dla żołnierzy rosyjskich. Dwa lata później nastąpiła agresja Rosji na Gruzję, później aneksja Krymu, agresja na Ukrainę, Donbas, Ługańsk; później zaangażowanie w Syrii.

Powiedziałem, że to jest konsekwencja, że trzeba to widzieć w kategoriach geopolitycznych: jeżeli dostarcza się Rosji pewne środki i współpracuje z Rosją, to wówczas musi się ponieść tego konsekwencje. Te relacje przyczynowe dla nas w Polsce są oczywiste, a tam, w Niemczech, wzbudziło to zdziwienie, ale też pozytywne. Być może pewną refleksję. To było przecież oczywiste wsparcie dla reżimu, odnowienie i przeszkolenie, unowocześnienie tej armii. Dzisiaj płacimy jako społeczność międzynarodowa, bo przecież Rosja w zdecydowany sposób przeciwstawia się polityce świata zachodniego, Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, ale to my sami jako Europejczycy – nie Polacy, ale Niemcy – umożliwiliśmy.

Jeżeli zostałby zrealizowany Nord Stream2, to pozycja Rosji, przede wszystkim wobec Ukrainy, jeszcze się umocni. To jest bardzo poważne zagrożenie geopolityczne. Te argumenty podczas rozmów leżą na stole. Przekonujemy cały czas, że to jest niedobra inwestycja dla naszego bezpieczeństwa i może mieć daleko idące konsekwencje geopolityczne. (…)

Czy coś się zmienia w naszej polityce w stosunku do uchodźców?

Nasza polityka w tej sprawie jest niezmienna. Uważamy – i to są też moje słowa ze spotkania w Niemczech – że każde państwo ma prawo do zapraszania uchodźców na swoje tereny, ale nie ma prawa do zapraszania ich do innego państwa. To jest dla nas oczywiste. Jeśli chodzi o problem relokacji, nie ma w Polsce zgody na stosowanie tego mechanizmu. (…)

Propozycja objęcia stanowiska ministra padła 24 godziny przed faktem. Czy ciężko było podjąć taką decyzję?

(…) Argumenty za przeważyły i zdecydowałem się podjąć wyzwanie. W tym sensie była trudna, że oczywiście jest to niesłychanie ważne i odpowiedzialne stanowisko. Każdy sobie w tej sytuacji stawia pytanie, czy spełni oczekiwania, ale myślę, że chciałbym się przyczynić do rozładowania napięcia, do poprawy stanu naszej dyplomacji i działać na rzecz Polski, bo przecież naszym celem jest służyć Polsce.

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z ministrem spraw zagranicznych Jackiem Czaputowiczem pt. „Walczymy o naszą pozycję w Europie” znajduje się na s. 10–11 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z ministrem spraw zagranicznych Jackiem Czaputowiczem pt. „Walczymy o naszą pozycję w Europie” na s. 10–11 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Co jest głównym celem strategicznym Polski? Odsunięcie Rosji i budowa Międzymorza. Miejsce Ukrainy w tym kontekście

Czy dla Polski Ukraina jest z punktu widzenia naszych celów strategicznych nieodzowna i czy dla Ukrainy Rzeczpospolita Polska jest nieodzowna z punktu widzenia ukraińskich celów strategicznych?

Jerzy Targalski

Co jest najważniejszym celem strategicznym Polski? Odsunięcie Rosji i budowa Międzymorza jako gwarancji naszego bezpieczeństwa i naszej niepodległości, nie mówiąc już o roli gospodarczej czy politycznej w tym regionie. Ale jeżeli nie odsuniemy Rosji, będziemy stale zagrożeni. Czyli można powiedzieć, że Ukraina jest dla nas konieczna, jako państwo niepodległe, które będzie nas od Rosji oddzielało.

Teraz spójrzmy na tę kwestię od strony ukraińskiej. Pan Wiatrowicz (…) stwierdził, że dla nich najważniejszym sojusznikiem są Niemcy i Francja, bo one pilnują, żeby Rosja Ukrainy sobie nie podporządkowała. (…)

Francja nikogo nie będzie broniła prócz siebie, a nawet, być może, siebie nie będzie broniła, tylko wezwie na pomoc Rosję. A więc tym bardziej nie będzie broniła Ukrainy. (…)

W interesie niemieckim leży porozumienie z Rosją. A takie porozumienie zakłada, że w wypadku najbardziej korzystnym dla Niemiec Ukraina powinna być kondominium. Dlatego Niemcy starają się narzucić Ukrainie federalizację: chcą zadowolić Rosję, żeby Rosja mogła Ukrainę kontrolować od wewnątrz i żeby doszło do zakończenia obecnego kryzysu. Wtedy Niemcy znów będą mogli swobodnie w Rosji inwestować, kupować gaz i razem z Rosją pilnować nas i innych.

Z tego punktu widzenia nie tylko Polska, ale również Międzymorze, czyli cała ta bariera, która by oddzielała Ukrainę od Niemców kombinujących z Rosjanami i wspomagała Ukrainę w jej własnym interesie, żeby była w stanie stawić opór Rosji – jest korzystna. A więc w interesie ukraińskim leży też Międzymorze i współpraca z Polską, a nie z Niemcami – jeśli weźmie się pod uwagę cel strategiczny.

(…) Tak więc, bez względu na to, jak bardzo się zżymają zwolennicy nienawiści do Ukrainy w Polsce i zwolennicy zastąpienia Polski Niemcami na Ukrainie – bo wtedy będzie można zrehabilitować UPA i zrywając z Polską, zasłużyć na tymczasową pochwałę Angeli Merkel – szykują oni katastrofę dla swoich państw.

Cały artykuł Jerzego Targalskiego pt. „Czy Polska i Ukraina są sobie nawzajem potrzebne?” znajduje się na s. 9 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl

Artykuł Jerzego Targalskiego pt. „Czy Polska i Ukraina są sobie nawzajem potrzebne?” na s. 9 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski – i wzajemnie? Uwarunkowania aktualnych relacji polsko- ukraińskich

Drogę Ukrainie powinna wskazywać odwrócona doktryna Giedroycia: „Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski” i prowadzić ją wprost ku Trójmorzu – dobrowolnemu związkowi suwerennych państw.

Szymon Giżyński

Niemcy po swoim zjednoczeniu w 1990 roku dołączyły do grona zwycięzców II wojny światowej. Rosja, w 1991 roku, wyłaniająca się z upadłych Sowietów – swego statusu zwycięzcy z 1945 roku nie straciła. Zarówno Niemcy, jak i Rosja zyskały nowe – komplementarne wobec siebie i synergiczne – atrybuty geopolitycznej inicjatywy. Rosja dała Niemcom pod zagospodarowanie w ramach Unii Europejskiej bezcenny depozyt i wiano: swoje republiki bałtyckie i swoje demoludy – państwa byłego już Układu Warszawskiego i RWPG. (…)

Czy Polska mogła zapobiec tak pojętemu rozwojowi wydarzeń? Zapewne swym potencjałem i w pojedynkę – nie. Ale była jeszcze jedna istotna przeszkoda: brak samodzielnie ukształtowanej, antycypującej i neutralizującej zagrożenia, własnej doktryny politycznej.

Nie mogła takiej roli spełniać praktycznie jedynie dostępna, bo odmieniana przez wszystkie przypadki i traktowana na wzór wytrycha – osławiona doktryna Giedroycia; najczęściej jednak stosowana do opisu relacji polsko-ukraińskich i układania polityki Polski wobec Ukrainy.

Klasyczna doktryna Giedroycia w odniesieniu do Ukrainy wymaga od Polski wyrzeczenia się jakichkolwiek roszczeń terytorialnych i imperialnych zakusów, a także bezwzględnego imperatywu działania na arenie międzynarodowej na rzecz niepodległości i dobra Ukrainy, w myśl kluczowej zasady: „Nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”. W intencji doktryny Giedroycia reguły te zyskują rangę polskiej racji stanu, a ich stosowanie nie jest uwarunkowane symetrią zachowań strony ukraińskiej wobec Polski. (…)

A oba mocarstwa: Niemcy i Rosja, mając pełną świadomość, że dla urzeczywistnienia bloku atlantycko-pacyficznego panowanie nad Polską i Ukrainą ma kluczowe znaczenie, rozpoczęły wspólną, bezwzględną, geopolityczną rozgrywkę.

Rosja, dokonując w 2014 roku aneksji ukraińskiego Donbasu, sięgnęła do tradycji tzw. ugody w Perejasławiu, w 1654 roku, gdy kosztem Rzeczypospolitej powiększyła swe terytorium o prawie identyczny obszar ziem wschodnioukrainnych. Niemcy zaś objęły kolonizacyjny protektorat nad pozostałą częścią Ukrainy, z Kijowem. Oba mocarstwa sięgnęły po tzw. format normandzki, gdy do wspólnego stołu zaproszono Ukrainę – by oznajmić jej swą wolę – i Francję w roli towarzyskiej i niebezinteresownej przyzwoitki.

Rosjanie zastosowali w tym przypadku swą ulubioną metodę polityczno-dyplomatyczną: „Co nasze, jest nasze, co wasze, jest do wynegocjowania”, dzięki której Niemcy rozpoczęli proces kolonizowania przypisanej sobie części Ukrainy; taki sam, jakim po 1990 roku objęli Polskę. Niemcy sięgnęli w tym celu po polityków, którzy z zaangażowaniem i przejęciem pomogli im wcześniej kolonizować nasz kraj. Najbardziej zasłużonego z nich, Donalda Tuska, umieścili w nagrodę w Brukseli, a innych, sprawnych i doświadczonych: Leszka Balcerowicza, Sławomira Nowaka, Bartłomieja Sienkiewicza wysłali na Ukrainę, by tam, na miejscu, dalej pracowali dla dobra Niemiec. (…)

W XVIII wieku Ukraina przeddnieprzańska była integralną częścią Rzeczypospolitej; dzisiaj stanowi niemiecki protektorat, a z nami nie chce rozmawiać o wspólnym, partnerskim obszarze geopolitycznych interesów. Zamiast Ukraińców i Polaków dokonała tego Angela Merkel, którą można śmiało nazywać Angelą Jagiellonką, bo potrafiła dla niemieckich celów wykorzystać i testament Hadziacza z 1658 roku, i zinstrumentalizować doktrynę Giedroycia, która w strywializowanej postaci realizowana jest dzisiaj tak, że Polska dmucha w trąbę niepodległej Ukrainy, a geopolityczne frukta zbierają z tego Niemcy. (…)

Na koniec tych spostrzeżeń warto wrócić do doktryny Giedroycia i krytycznie oraz realistycznie zauważyć, iż niepodległość Ukrainy jest dla nas wartością, o ile relacje polsko-ukraińskie są lepsze niż niemiecko-ukraińskie.

Dlatego drogę Ukrainie powinna wskazywać odwrócona doktryna Giedroycia: „Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski” i prowadzić ją ku Trójmorzu – dobrowolnemu związkowi suwerennych państw, realizujących we wzajemnym partnerstwie swe narodowe interesy.

Autor jest posłem PiS na Sejm RP.

Cały artykuł Szymona Giżyńskiego pt. „Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski” znajduje się na s. 9 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Szymona Giżyńskiego pt. „Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski” na s. 9 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Dlaczego Ślązacy są trochę inni? Cz. 2: Rodowód inteligencji śląskiej, kształtowanie się patriotyzmu polskiego na Śląsku

Zamek w Bolkowie | Fot. J. Strzelecki (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Śląsk dostał poważny zastrzyk krwi kresowej, z której początkowo dużo korzystał, ale potem zaczął nią pogardzać. Woli topić się w bezideowości i bezsensie, jaki płynie z Niemiec.

Ryszard Surmacz

Wraz z wejściem Fryderyka II na Śląsk wlewa się cała jego toksyczna militarno-kulturowa potęga. Polskojęzyczny dotąd Śląsk dostał trzy lata na nauczenie się języka niemieckiego. Oczywiście było to niemożliwe do wykonania, ale dawało pretekst do karania i dyskryminacji. Po zajęciu Śląska Prusy stały się europejską potęgą militarną i mogły wziąć udział w rozbiorze Polski. (…)

Skąd się wzięły takie sukcesy Hohenzollernów? Tajemnicę wyjaśnia Józef Feldman. Powołując się na słowa niemieckiego historyka, cytuje: „Dietrichowi Schäferowi udało się uchwycić jeden z najbardziej znamiennych rysów polsko-pruskiego stosunku, […] jego jednostronność.

Gdy z Berlina spoglądano w stronę Warszawy z zaciśniętą pięścią, […] z mocno zdeterminowaną wolą wyzyskania najmniejszych słabości przeciwnika, w Polsce, przez cały niemal okres jej niepodległego bytu, nie zdawano sobie po prostu sprawy, że ma się do czynienia z wrogiem, i to wrogiem bardzo niebezpiecznym” („Problem polsko-niemiecki w dziejach”, Katowice 1946, s. 63). I tak niestety jest po dzień dzisiejszy. Powód – myślenie wyłącznie kategoriami demokratycznymi.

Janusz Pajewski dodaje: Poszczególne niemieckie państwa oparcia i siły dla zdobycia sobie znaczenia i wpływów w Europie […] czerpały […] głównie ze świata słowiańskiego (Niemcy w czasach nowożytnych 1517–1939, Poznań 1947, s. 60). Dowody: Habsburgowie austriaccy potęgę uzyskali po zdobyciu Czech i Węgier – pisze Pajewski – Wettynowie po unii z Polską; państwo brandenbursko-pruskie po opanowaniu Śląska i części Polski… Jak widać, był to problem nie tylko polski, lecz ogólnosłowiański. Przełomowego spostrzeżenia dokonuje von Krockow, pisząc: Gdyby syn lub spadkobierca tronu nie kontynuował tego, co rozpoczął ojciec, gdyby powrócił do europejskiej normy, wszystko obróciłoby się wniwecz […] być może Prusy stałyby się przedmiotem kpin (Myśląc o Prusach, Warszawa 1993, s.11). Pruska droga musiała więc skończyć się Hitlerem i ogólną katastrofą.

Herby polskiego Śląska | Fot. CC A-S 3.0, Wikimedia.com

Ale oprócz niesamowitego drylu, coś jeszcze musiało podtrzymywać przy życiu tę hybrydę (Niemcy sami mówili, że Prusy rozwijają się wbrew prawom natury). Były nimi trzy doniosłe wydarzenia: powołanie na tron carycy Katarzyny II (uratowała Prusy przed rozpadem), zwycięstwo Prus nad Francją w 1871 r. (XIX w.) i narodziny geopolityki (pocz. XX w.). W XVII w. w protestanckich kościołach na Śląsku modlono się za polskiego króla i Polskę. Dwa wieki później zakazano polskiej mowy, nawet w kościołach. (…)

Fryderyk Wilhelm I „nadał temu państwu jedyne w swoim rodzaju kontury […] wznosił tę graniastą konstrukcję cnót, które dotąd nauczyliśmy się określać jako typowo „pruskie” lub nawiązując do niemieckiego dzieła Prus – jako typowo niemieckie: pilność i oszczędność, pracowitość, wydajność i wypełnianie obowiązku w połączeniu z przekazem, aby nigdy się nie uskarżać”.

W swojej mowie przywołuje cytat z Sebastiana Haffnera: Wypełnianie obowiązku w Prusach było pierwszym i najważniejszym nakazem. Nieco niżej dodaje: kto wykonywał swój obowiązek, nie popełniał grzechu, cokolwiek by zrobił. Drugie przykazanie brzmiało: nie biadaj, jeśli łaska, nad samym sobą; trzecie zaś już mniej było kategoryczne: w postępowaniu wobec bliskich kieruj się jeśli nie dobrocią – to byłoby jednak przesadą – to przynajmniej przyzwoitością.

Powyższe wartości miały oparcie w cnotach mieszczańskich. O cnotach mieszczańskich (i rycerskich) pisała u nas Maria Ossowska. Wymieniała je jako: dorabianie się bez użycia przemocy, ideał szczęścia wynikający z pracy, pieniądza i bogacenia się, stosunek do ludzi mierzony w kategoriach zysku i strat oraz gotowości do pomocy. I trzeba powiedzieć: nie były to wartości katolickie. Fryderyk II był protestantem i osobą religijną. Ten fakt miał wpływ na jego stosunek do świata. Wychowanie domowe wykształciło w nim osobowość kostyczną i zamkniętą w sobie (niektórzy mówią o psychopatii). (…)

Cnoty mieszczańskie oparte na protestantyzmie Fryderyk II przerobił w poddaństwo, w kult władzy i w siłę wszechmocnego państwa. (…) Patriotyzm polski polegał na wolnej woli, w Prusach na nakazie i obowiązku. (…)

Bardzo ważną rolę w budzeniu się świadomości na Śląsku odegrał Kulturkampf – uświadomił ludziom, kim są i do kogo należą. Wówczas katolicyzm nabrał formy ideologicznej. Jeszcze dziś można usłyszeć, że Ślązacy to katolicy (naród katolicki), lub: jestem Polakiem, bo jestem katolikiem. Taka postawa rodzi bezideowość.

Zamek w Łucku | Fot. Modulo (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Patrząc na ostatnie wydarzenia w Niemczech, coraz bardziej zaczynamy doceniać Feliksa Konecznego i jego prace, zwłaszcza na temat bizantynizmu. Współczesnemu państwu niemieckiemu prawdopodobnie łatwiej będzie się dogadać z muzułmanami niż ze Słowianami, bo z niemieckimi katolikami jakoś to pójdzie. Najpierw, prawdopodobnie, zgodnie z zasadami państwa prawa, zostanie zdefiniowane pojęcie „bliska osoba”, a potem porządni ludzie z nakazu, zgodnie z trzecią zasadą, będą kierować się jeśli nie dobrocią – to byłoby jednak przesadą – to przynajmniej przyzwoitością. Niemcy zapewne już mają swój plan, w którym przysłowiowe poczucie misji, porządku i obowiązku ściągnie ich w stare koleiny. (…)

To na Śląsku, nie na Kresach, dokonał się w pierwszej kolejności fakt zneutralizowania kultury polskiej. Najpierw, w sposób kulturowy, dokonali tego protestanci, potem, w sposób totalitarny, Franciszek II i państwo pruskie. Rosjanie na Kresach mieli do pokonania znacznie większą materię: neutralizację szlachty i części magnaterii, potem Kościoła i na końcu przezwyciężenie niechęci Polaków, ich obyczaju i tej wyższej kultury polskiej. Opór przejawiał się na co dzień, w domu, i w powstaniach narodowych, w których brali udział Wielkopolanie i Ślązacy.

Rodowód inteligencji śląskiej zaczął się od Wiosny Ludów (1848), nieco inaczej niż w centralnej Polsce. Inteligencja śląska rodziła się na gruncie chłopskim, ale ze śląskiej specyfiki ducha, która pozostała tam w postaci mieszanki: atawizmu piastowskiego, wpływów ruchu reformacyjnego i antyreformacyjnego, sprzeciwu przeciw Kulturkampfowi i woli obrony ludzkiej godności – oparta była więc na poczuciu współistnienia ludzkiego.

Natomiast inteligencja kresowa ma dość jednorodny, wielowiekowy rodowód szlachecki – również piastowski; powstała na gruncie obrony polskich wartości, które sama tam stworzyła, a które N. Davies określił, jako „prawie cywilizacja”, oraz woli odzyskania zabranego mienia. Inteligencja śląska swój majątek kryła głównie w sercu i gwarze, która należy do języka polskiego.

Obydwie grupy łączyło poczucie krzywdy i obrona swoich wartości. Miały jeden cel – dążenie do wolności i mieszkanie w lepszym państwie. Spotkały się w 1922 i 1945 r., w bardzo różnych warunkach. Nieporozumienia, oprócz podstaw kulturowych, wynikają z dwóch odmiennych sytuacji; w 1922 r. ze zderzenia się dwóch wizji Polski, a w 1945 – z układu, w którym jedna strona znaleźć się nie chciała, a druga zbyt wiele sobie obiecywała. PRL dla pierwszych był ostateczną klęską, a dla drugich miejscem ogólnego społecznego awansu i szansy bezpłatnego wykształcenia. Obydwie grupy zostały zmanipulowane i kontakt między nimi się urwał. Do dziś zmieniło się niewiele. Trzeba przyznać, że w dzisiejszych warunkach odbudowa ta byłaby dość trudna. Na przeszkodzie, jak zawsze na Śląsku, staje odniesienie do Zachodu.

Dziś kultura zachodnia upada; ta ścieżka staje się więc pustym, nic nieznaczącym balonem. Ale Śląsk dostał poważny zastrzyk krwi kresowej, z której początkowo dużo korzystał, ale potem zaczął nim pogardzać. Woli topić się w bezideowości i bezsensie, jaki płynie z Niemiec, niż odkręcić tlen dla tej kultury, która zbudowała polską „prawie cywilizację” i do dziś jest zamknięta, choć wciąż niesie wartości chrześcijańskie i cywilizacyjne.

Cały artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Dlaczego Ślązacy są trochę inni. Cz. 2” znajduje się na s. 8 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Dlaczego Ślązacy są trochę inni. Cz. 2” na s. 8 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Jak rosną różnice majątkowe między wąską grupą najbogatszych a większością ludzi. Raport organizacji humanitarnej Oxfam

82% dochodów światowej gospodarki trafiło w ostatnim roku do 1% mieszkańców Ziemi. Według danych banku Credit Suisse, 42 ludzi na świecie posiada obecnie więcej niż 3,7 miliarda najbiedniejszych.

Antoni Opaliński (opr.)

Przygotowany przez humanitarną organizację Oxfam raport pokazuje, jak wzrasta różnica majątkowa między wąską grupą najbogatszych a większością.

Oxfam to pochodząca z Wielkiej Brytanii organizacja o szacownej proweniencji z czasów II wojny światowej, obecnie międzynarodowa federacja bliska lewicowemu myśleniu w typie lidera Partii Pracy Jeremy Corbyna. Co roku Oxfam publikuje raport o nierówności na świecie. Obecny został opublikowany pod tytułem Reward work not wealth (Wynagradzać pracę, nie bogactwo). Niezależnie od wyraźnie lewicowego charakteru rozwiązań socjalnych i ekonomicznych proponowanych w dokumencie, przedstawione dane zasługują na uwagę.

Na świecie jest obecnie – według oficjalnych informacji – 2043 miliarderów. W tej grupie przeważają mężczyźni – jest ich dziewięciu na każdą dziesiątkę.

W ciągu ostatniego roku ta elitarna grupa zwiększyła swój majątek o 762 miliardy dolarów. To kwota, która wystarczyłaby, aby znacznie zmniejszyć poziom ubóstwa w najbiedniejszych regionach świata.

W okresie między rokiem 2006 a 2015 dochody zwykłych pracowników wzrastały średnio o 2% rocznie, podczas gdy majątki miliarderów wzrastały o 13%.

82% dochodów światowej gospodarki trafiło w ciągu ostatniego roku do 1% mieszkańców ziemi, podczas gdy biedniejsza połowa ludzkości nie odnotowała żadnego wzrostu dochodów.

Według danych szwajcarskiego banku Credit Suisse, 42 ludzi na świecie posiada obecnie więcej niż 3,7 miliarda najbiedniejszych. (…)

Korporacje doskonale współpracują z pozaeuropejskimi dyktaturami. I tak w Mjanmie (dawnej Birmie) kobiety pracujące w fabrykach odzieżowych zarabiają cztery dolary dziennie. Ta pensja, na którą muszą pracować sześć lub siedem dni w tygodniu 11 godzin dziennie, ledwo starcza na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

Wyzysk taniej siły roboczej to nie jest tylko cecha Azji czy Afryki. Raport Oxfam pokazuje przykład pracowników ferm drobiarskich w USA, zmuszanych do pracy w pampersach – żeby zbyt często nie opuszczali stanowisk pracy.

Jakie cechy składają się na system generujący takie nierówności?

– Redukcja praw pracowników, często wymuszana przez globalne instytucje finansowe, promowanie elastycznych form zatrudnienia. Towarzyszy jej malejąca rola związków zawodowych.

– Dążenie do ograniczenia kosztów pracy i wyścig wśród krajów biedniejszych o przenoszenie do nich produkcji.

– Wyzysk kobiet. Korporacje potrafią doskonale wykorzystać istniejącą w wielu kulturach słabszą pozycję kobiet i płacą im mniej niż mężczyznom. (…)

– Omijanie podatków i raje podatkowe. Najbogatsze firmy i jednostki potrafią zwykle unikać opodatkowania, korzystając z globalnej sieci rajów podatkowych. Kraje rozwijające się tracą rocznie 170 miliardów dolarów w wyniku utraty należnych podatków. Ta kwota mogłaby wystarczyć na edukację 264 milionów dzieci na całym świecie, pozbawionych edukacji szkolnej. (…)

Niezależnie od lewicowego języka opisu raport Oxfam pozwala postawić pytanie – czy naprawdę ten świat nie mógłby być bardziej sprawiedliwy? I czy ktoś nas wszystkich nie robi globalnie w konia?

Całość raportu: https://www.oxfam.org/en/research/reward–work–not–wealth

Opracowanie Antoniego Opalińskiego pt. „Jak robią nas w konia. Raport organizacji Oxfam i prawdziwe oblicze systemu korporacyjnego” znajduje się na s. 6 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Opracowanie Antoniego Opalińskiego pt. „Jak robią nas w konia. Raport organizacji Oxfam i prawdziwe oblicze systemu korporacyjnego” na s. 6 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Zleżałe newsy na zamówienie. Teraz istnieje zapotrzebowanie na dorabianie Polakom gęby faszystów, nazistów, ksenofobów

To Zachód wyrabia nam czarną opinię. Tak ustalili ich specjaliści od PR. A „nasi” usłużni dziennikarze dostarczają „faktów”, które pojawiają się w odpowiednim momencie, jak z kapelusza sztukmistrza…

Koszałek Opałek

Czy nie za dużo uwagi poświęca się marginalnej grupce oszołomów lub wynajętych „aktorów”? (…)

Oburzenie słusznie zaniepokojonych sytuacją w Polsce (okazuje się, że szczególnie na Śląsku) – znaczne.

Jakoś nie zauważono tego, że w pobliżu Wodzisławia Śląskiego, bo w Rybniku, parę lat temu kandydat na radnego opublikował zdjęcia swych dzieci hajlujących pod niemiecką flagą ze swastyką. Jakoś nie było protestów, gdy Andrzej Roczniok pisał listy do Putina czy ambasadora Rosji, by nie kierowano rakiet na Śląsk, bo to nie Polska (!). Nie przeszkodziło też w karierze pisarzowi Szczepanowi Twardochowi wypisywanie wulgarnych haseł o kraju, w którym mieszka, w którym wydaje swoje książki i czerpie zyski z ich sprzedaży, a także odbiera nagrody.

Nie śledzili dziennikarze TVN (ani innych stacji telewizyjnych) losów przywódcy RAŚ, dra Jerzego Gorzelika, który rzekomo niczego Polsce nie przysięgał, więc nie musi być w stosunku do niej lojalny… A przecież jako działacz samorządowy składał odpowiednie przyrzeczenie.

Nie zauważano flag niemieckich obok śląskich na manifestacjach RAŚ, przy składaniu przez ich przedstawicieli oraz eurodeputowanego Marka Plurę wieńca i kwiatów na Zgodzie. Nie raziły mundury niemieckich żołnierzy z okresu I wojny światowej w pochodach autonomistów na Śląsku. (…)

Władza zaś, jak milczała za czasów rządu PO, tak samo bierna była przez dwa lata rządów PiS. Nie zauważano antypolskich ekscesów. (…)

Zdjęto nawet z Grobu Nieznanego Żołnierza tablicę upamiętniającą walki polskich żołnierzy z bandami UPA pod Birczą, by nie drażnić Ukraińców. Nie „zaaresztowano” książki o polskich powojennych obozach komunistycznych, wydanej przez ZNAK (!), w której dokonano takiej manipulacji z okładką, że widać było na niej tylko wyrazisty napis: „Polskie obozy koncentracyjne”. (…)

Artykuł Koszałka Opałka pt. „Jacy faszyści? Zleżałe newsy na zamówienie” znajduje się na s. 12 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Koszałka Opałka pt. „Jacy faszyści? Zleżałe newsy na zamówienie” na s. 12 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Kłamstwo zakorzeniło się w relacjach międzyludzkich. Jego sukces jest powtarzanym przez wieki sukcesem demona w raju

Argument może opierać się na niezaprzeczalnych faktach, ale jeśli jest używany do zranienia drugiego i zdyskredytowania go w oczach innych, choćby wydawało się to słuszne, nie ma w sobie prawdy.

Ojciec Święty Franciszek

»Prawda was wyzwoli« (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju

Fake newsy stały się codziennością współczesnego dziennikarstwa. Zadomowiły się w nim tak mocno, że stały się nawet tematem tegorocznego orędzia Ojca Świętego Franciszka na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Nosi ono tytuł „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Fake newsy a dziennikarstwo pokoju i zostało ogłoszone w dniu liturgicznego wspomnienia św. Franciszka Salezego, 24 stycznia w Watykanie. Czym są fake newsy i co nam o nich mówi Papież?

Drodzy Bracia i Siostry,

W Bożym zamyśle ludzka komunikacja jest istotnym sposobem, aby żyć w komunii.

Istota ludzka, będąca obrazem i podobieństwem Stwórcy, zdolna jest do wyrażania i dzielenia się tym, co prawdziwe, dobre, piękne. Potrafi opowiedzieć o swoim doświadczeniu i świecie oraz budować w ten sposób pamięć i zrozumienie wydarzeń. Ale człowiek, jeśli podąża za swoim zarozumiałym egoizmem, może również w sposób wypaczony wykorzystywać zdolność komunikacji, jak to ukazują od samego początku wydarzenia biblijne Kaina i Abla oraz wieży Babel (por. Rdz 4,1–16; 11,1–9).

Wypaczenie prawdy jest typowym objawem tego zakłócenia, zarówno na płaszczyźnie indywidualnej, jak i zbiorowej. Natomiast dochowując wierności logice Boga, komunikacja staje się miejscem wyrażania własnej odpowiedzialności w poszukiwaniu prawdy i budowaniu dobra. Dzisiaj, w sytuacji coraz szybszej komunikacji oraz w obrębie systemu cyfrowego, jesteśmy świadkami zjawiska „fałszywych wiadomości”, tak zwanych fake newsów: zachęca nas ono do refleksji i zasugerowało mi poświęcenie tego orędzia tematowi prawdy, podobnie jak to uczynili już wiele razy moi poprzednicy, począwszy od Pawła VI (por. Orędzie 1972: Środki masowego przekazu w służbie prawdy). Chciałbym w ten sposób przyczynić się do wspólnego starania o zapobieganie rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości oraz do odkrycia na nowo wartości zawodu dziennikarskiego, a także osobistej odpowiedzialności wszystkich za przekazywanie prawdy.

Co jest fałszywe w „fałszywych wiadomościach”?

Fake news’ to termin omawiany i przedmiot debaty. Zasadniczo dotyczy dezinformacji rozpowszechnianej w internecie lub w mediach tradycyjnych. Wyrażenie to odnosi się zatem do bezpodstawnej informacji, opartej na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającej do oszukania, a nawet manipulowania czytelnikiem. Ich rozpowszechnianie może odpowiadać pożądanym celom, wpływać na decyzje polityczne i sprzyjać korzyściom ekonomicznym.

Skuteczność fake newsów wynika przede wszystkim z ich charakteru mimetycznego, to jest zdolności, by wydawały się prawdopodobnymi. Po drugie, wiadomości te, fałszywe, ale prawdopodobne, są podchwytliwe, w tym sensie, że potrafią przyciągać uwagę adresatów, opierając się na stereotypach i uprzedzeniach rozpowszechnionych w strukturze społecznej, wykorzystując emocje, które można łatwo i niezwłocznie rozbudzić, takie jak lęk, pogarda, gniew i frustracja. Ich rozpowszechnienie może liczyć na manipulacyjne wykorzystywanie sieci społecznościowych oraz logiki, która gwarantuje im funkcjonowanie: w ten sposób treści, chociaż pozbawione podstaw, zyskują taką widzialność, że nawet wiarygodnym zaprzeczeniom z trudem udaje się zredukować ich szkody.

Trudność ujawnienia i wykorzenienia fake newsów spowodowana jest też faktem, że ludzie często wchodzą w interakcje w obrębie jednorodnych i nieprzeniknionych dla innych perspektyw i opinii środowisk cyfrowych. Wynikiem tej logiki dezinformacji jest to, że zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych.

Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów. Informacje fałszywe ujawniają w ten sposób obecność postaw, które są jednocześnie nietolerancyjne i przewrażliwione, z jedynym skutkiem, że arogancja i nienawiść mogą się rozprzestrzeniać. Do tego ostatecznie prowadzi kłamstwo.

Jak je możemy rozpoznać?

Nikt z nas nie może zwalniać się z odpowiedzialności za przeciwdziałanie tym fałszerstwom. Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ dezinformacja często opiera się na zróżnicowanym dyskursie, umyślnie pokrętnym i subtelnie wprowadzającym w błąd, a czasami wykorzystującym wyrafinowane mechanizmy. Dlatego też bardzo godne pochwały są inicjatywy edukacyjne, które pozwalają nauczyć się, jak czytać i oceniać kontekst komunikacyjny, ucząc, by nie być nieświadomymi propagatorami dezinformacji, ale przyczyniać się do jej odkrycia. Równie godne pochwały są inicjatywy instytucjonalne i prawne, starające się określić regulacje mające na celu powstrzymywanie tego zjawiska, a także podejmowane przez firmy technologiczne i medialne, służące określeniu nowych kryteriów dla weryfikacji tożsamości jednostek, które kryją się za milionami profili cyfrowych.

Ale zapobieganie i wskazanie mechanizmów dezinformacji wymaga również głębokiego i starannego rozeznania.

Trzeba bowiem zdemaskować to, co można określić jako „logikę węża”, zdolnego wszędzie do maskowania się i ukąszenia. Jest to strategia stosowana przez węża „podstępnego”, o którym mowa w Księdze Rodzaju, a który u zarania ludzkości stał się twórcą pierwszego „fake newsa” (por. Rdz 3,1-15). Doprowadził on do tragicznych konsekwencji grzechu, którego wynikiem było następnie pierwsze bratobójstwo (por. Rdz 4), a także inne niezliczone formy zła przeciwko Bogu, bliźniemu, społeczeństwu i stworzeniu. Strategią tego sprytnego „ojca kłamstwa” (J 8, 44) jest właśnie mimesis, pełzające i niebezpieczne uwodzenie, które znajduje drogę w sercu człowieka poprzez fałszywe i kuszące argumentacje.

W opisie grzechu pierworodnego kusiciel podchodzi do kobiety, udając przyjaciela zainteresowanego jej dobrem, i zaczyna swoją mowę od stwierdzenia prawdziwego, ale tylko częściowo: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3, 1). W istocie to, co Bóg powiedział Adamowi, nie było zakazem jedzenia z wszystkich drzew, lecz tylko z jednego: „Z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść” (Rdz 2, 17). Kobieta, odpowiadając, wyjaśniła to wężowi, ale dała się oczarować jego prowokacji: „O owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli” (Rdz 3,2). Ta odpowiedź wie coś o legalizmie i pesymizmie: nadając wiarygodność fałszerzowi, dając się oczarować jego ustawieniu faktów, kobieta zostaje sprowadzona na manowce. Zatem najpierw zwraca uwagę na jego zapewnienie: „Na pewno nie umrzecie!” (w. 4).

Następnie dekonstrukcja kusiciela nabiera pozorów wiarygodności: „Wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (w. 5). Wreszcie dochodzimy do podważenia ojcowskiego zalecenia Boga, które zmierzało ku dobru, aby pójść za uwodzicielską pokusą nieprzyjaciela. „Niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy” (w. 6).

Ten biblijny epizod ujawnia zatem istotny dla naszego dyskursu fakt: żadna dezinformacja nie jest nieszkodliwa; wręcz przeciwnie, ufanie temu, co fałszywe, powoduje szkodliwe następstwa. Nawet pozornie niewielkie zniekształcenie prawdy może mieć groźne skutki.

W grę wchodzi bowiem nasza chciwość. Fake newsy stają się często wirusowe, to znaczy rozprzestrzeniają się w szybki i trudny do powstrzymania sposób, nie ze względu na logikę dzielenia się, która charakteryzuje media społecznościowe, ile raczej ze względu na ich oparcie w nienasyconej chciwości, która łatwo rozpala się w człowieku. Same ekonomiczne i oportunistyczne motywacje dezinformacji mają swoje korzenie w żądzy władzy, posiadania i używania życia, która w ostatecznym rachunku czyni nas ofiarami oszustwa znacznie bardziej tragicznego niż każdy jego pojedynczy przejaw: zła, które przechodzi od fałszu do fałszu, aby nam skraść wolność serca. Właśnie dlatego wychowywanie do prawdy oznacza wychowywanie do rozeznawania, do oceniania i rozważania pragnień i skłonności, które poruszają się w nas, abyśmy nie byli pozbawieni dobra, „łapiąc się” na każdą pokusę.

„Prawda was wyzwoli” (J 8,32)

Ciągłe skażenie oszukańczym językiem kończy się bowiem zaciemnieniem wnętrza człowieka.

Dostojewski napisał coś niezwykłego w tym względzie: „Ten, kto łże przed samym sobą i słucha własnych łgarstw, doprowadza się do tego, że już żadnej prawdy ni w sobie, ni wokół siebie nie znajduje i traci w końcu szacunek do siebie i do innych. Nie szanując nikogo, kochać przestaje, a żeby, nie znając miłości, zająć się czymś i rozerwać, oddaje się żądzom i prymitywnym rozkoszom i osiąga stan całkowitego zbydlęcenia w rozpuście swej, a wszystko to z łgarstwa względem innych ludzi i samego siebie” (Bracia Karamazow, II, 2).

Jak się zatem bronić? Najbardziej radykalne antidotum na wirus fałszu, to dać się oczyścić przez prawdę. W wizji chrześcijańskiej prawda nie jest wyłącznie rzeczywistością pojęciową, która dotyczy osądu rzeczy, określając je jako prawdziwe lub fałszywe. Prawda to nie tylko wydobywanie na światło rzeczy mrocznych, „odsłanianie rzeczywistości”, jak to określa starożytny grecki termin ‘aletheia’ (od a-lethès, ‘nie ukryte’); prawda prowadzi do myślenia. Prawda ma związek z całym życiem.

W Biblii niesie ona ze sobą znaczenie wsparcia, solidności, zaufania, jak sugeruje to rdzeń „aman”, z którego pochodzi również liturgiczne Amen. Prawdą jest to, na czym można się oprzeć, aby nie upaść. W tym sensie relacyjnym, jedynym prawdziwie wiarygodnym i godnym zaufania, na którego można liczyć, czyli „prawdziwym”, jest Bóg żyjący. Oto stwierdzenie Jezusa: „Ja jestem prawdą” (J 14, 6). Zatem człowiek znajduje i odkrywa na nowo prawdę, kiedy doświadcza jej w sobie jako wierność i niezawodność tego, kto go kocha. Tylko to wyzwala człowieka: „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32).

Wyzwolenie z fałszu i poszukiwanie relacji: oto dwa składniki, których nie może zabraknąć, aby nasze słowa i nasze gesty były prawdziwe, autentyczne i wiarygodne. Aby rozpoznać prawdę, należy przemyśleć to, co wspiera jedność i promuje dobro, a także to, co – przeciwnie – zmierza do izolowania, dzielenia i przeciwstawiania jednych drugim.

Nie zyskuje się zatem rzeczywiście prawdy, gdy jest narzucona jako coś zewnętrznego i bezosobowego; wypływa ona natomiast ze swobodnych relacji między ludźmi, we wzajemnym wysłuchaniu siebie. Co więcej, nigdy nie przestajemy szukać prawdy, ponieważ coś fałszywego może zawsze się wkraść, nawet kiedy mówimy rzeczy prawdziwe.

Bezsprzeczny argument może rzeczywiście opierać się na niezaprzeczalnych faktach, ale jeśli jest używany do zranienia drugiego i zdyskredytowania go w oczach innych, niezależnie od tego, jak bardzo wydawałoby się to słuszne, nie ma w sobie prawdy. Prawdę sformułowań możemy rozpoznać po owocach: czy budzą polemikę, podżegają do podziałów, tchną rezygnację lub – przeciwnie – prowadzą do świadomej i dojrzałej refleksji, konstruktywnego dialogu, do pożytecznej działalności.

Pokój jest wiadomością prawdziwą

Najlepszym antidotum na fałsz nie są strategie, ale ludzie: osoby wolne od chciwości, które są gotowe do wysłuchania i poprzez trud szczerego dialogu pozwalają wyłonić się prawdzie; osoby pociągnięte dobrem, biorące na siebie odpowiedzialność za używanie języka. Jeśli drogą wyjścia z rozprzestrzeniania się dezinformacji jest odpowiedzialność, to szczególnie zaangażowany jest ten, kto z urzędu jest zobowiązany do bycia odpowiedzialnym za informowanie, czyli dziennikarz, strażnik wiadomości. We współczesnym świecie nie tylko wykonuje on pracę, ale prawdziwą i w pełnym tego słowa znaczeniu misję.

W szale wieści i wirze gorących tematów jego zadaniem jest przypominanie, że w centrum wiadomości nie jest szybkość w jej nadaniu i wpływ na odbiorców, ale osoby. Informowanie to formowanie i ma ono coś wspólnego z życiem ludzi. Z tego powodu poprawność źródeł i strzeżenie komunikacji są prawdziwymi procesami rozwoju dobra, które rodzą zaufanie i otwierają drogi jedności i pokoju.

Chciałbym zatem skierować zachętę do krzewienia dziennikarstwa pokoju. Nie rozumiem przez to wyrażenie dziennikarstwa „dobrodusznego”, zaprzeczającego istnieniu poważnych problemów i przyjmującego ckliwe tony. Mam na myśli, przeciwnie, dziennikarstwo bez udawania, wrogie fałszom, sloganom dla efektu i spektakularnym deklaracjom. Dziennikarstwo uprawiane przez osoby dla osób, pojmujące siebie jako służba wszystkim ludziom, zwłaszcza tym stanowiącym większość na świecie, którzy nie mają głosu; dziennikarstwo, które nie spalałoby wiadomości, ale angażowałoby się w poszukiwanie prawdziwych przyczyn konfliktów, aby sprzyjać ich dogłębnemu zrozumieniu i przezwyciężaniu przez rozpoczęcie korzystnych procesów; dziennikarstwo zaangażowane we wskazywanie rozwiązań alternatywnych dla eskalacji wrzasku i przemocy słownej.

Dlatego też, zainspirowani modlitwą franciszkańską, moglibyśmy zwrócić się do Tego, który jest uosobieniem Prawdy:

O Panie, uczyń nas narzędziami Twojego pokoju,
Spraw, abyśmy rozpoznawali zło, które wkrada się w przekaz nie tworzący jedności.
Uczyń nas zdolnymi do usunięcia trucizny z naszych osądów. Pomóż nam mówić o innych jako o braciach i siostrach.
Ty jesteś wierny i godny zaufania; spraw, aby nasze słowa były ziarnami dobra dla świata:
abyśmy tam, gdzie zgiełk, trwali w wysłuchiwaniu;
gdzie zamęt, rozbudzali harmonię;
gdzie dwuznaczność, wnosili jasność;
tam, gdzie wykluczenie, zanosili dzielenie się;
gdzie pogoń za sensacją, byli wstrzemięźliwi;
gdzie powierzchowność, zadawali prawdziwe pytania;
tam, gdzie uprzedzenia, budzili zaufanie;
gdzie agresja, wnosili szacunek;
gdzie fałsz, przynosili prawdę. Amen.

 

Fake newsy to forma przekazywania informacji, która opiera się na celowej dezinformacji lub oszustwie, rozprzestrzeniana poprzez drukowane i nadawcze serwisy informacyjne, media elektroniczne czy serwisy społecznościowe. Informacje te są pisane i publikowane w celu wprowadzenia w błąd, albo w celu uzyskania finansowych lub politycznych korzyści. Często stosują chwytliwe nagłówki w celu zwrócenia możliwie dużej uwagi.

Termin ‘fake news to neologizm, w języku angielskim dosłownie znaczący ‘fałszywe wiadomości’. Odnosi się on do informacji, które nie mają pokrycia rzeczywistości, jednak mimo to są przedstawiane jako prawdziwe w wiadomościach bądź portalach społecznościowych. Ważną rolę pełni tu intencja nadawcy. W niektórych przypadkach domniemany fake news może być w rzeczywistości jedynie satyrą, wykorzystującą przesadne i nierealistyczne motywy, przeznaczoną tylko do rozrywki, a nie wprowadzenia w błąd. Fake newsy mogą także stanowić narzędzie propagandy.

Wpływ fake newsów na współczesne życie publiczne jest zjawiskiem ogólnoświatowym. Są one często rozprzestrzeniane za pomocą specjalnie stworzonych stron internetowych (ang. fake news websites), które, aby zdobyć zaufanie, tworzą przyciągające uwagę tytuły, często podszywając się pod powszechnie znane źródła informacji. Aktualnie możliwości wprowadzania opinii publicznej w błąd zwiększyły się znacznie poprzez szerokie wykorzystanie mediów społecznościowych. Jedną ze stron, które ułatwiły rozprzestrzenianie się fake newsów, stał się Facebook, jak również Twitter.

Źródło: Wikipedia, dostęp 29.01.18

Orędzie Ojca Świętego Franciszka na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu „»Prawda was wyzwoli« (J 8, 32). Fake newsy a dziennikarstwo pokoju” znajduje się na s. 7 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Orędzie Ojca Świętego Franciszka na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu „»Prawda was wyzwoli« (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju” na s. 7 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Australia – kontynent, o którym do połowy XIX wieku panowała opinia, że nie ma tam warunków do życia dla ludzi

Duże odległości, największy na świecie monolit Ayers Rock, największa rafa koralowa, najwyższe drzewa świata – eukaliptusy; ja w pobliżu Melbourne znalazłem dwa grzyby o średnicy kapelusza ok. 50 cm.

Władysław Grodecki

Ja i Bogdan byliśmy tak zmęczeni po dwóch nieprzespanych nocach, że nawet nie zauważyliśmy lądowania. Tymczasem spiker powtarzał z godnym podziwu uporem: „Dwóch pasażerów z Colombo do Melbourne pozostało na pokładzie samolotu!”. Dwie godziny słuchaliśmy tego samego komunikatu, słuchali go inni podróżni i nikt nic nie rozumiał! (taki jest język angielski w Australii!). Gdy wreszcie celnicy zaczęli sprawdzać paszporty i zbliżyli się do nas, siedzących w jednym z ostatnich rzędów, sprawa była jasna; samolot czekał, aż my wysiądziemy! (…)

Melbourne | Fot. Nicholaspetridis (CC A-S 4.0, Wikimedia.com)

Czas płynął, robiło się coraz ciemniej. Sytuację pogarszał fakt, że po słonecznym i upalnym dniu na niebie pojawiły się ciężkie, ołowiane chmury i zaczął padać deszcz. Zbliżała się noc, ostatnim autobusem z lotniska przybyliśmy do centrum Melbourne i znowu przez godzinę na zmianę z Bogdanem wisieliśmy bezskutecznie przy automacie telefonicznym. Za każdym razem znalazł się jakiś powód, dla którego ksiądz, zakonnik czy inna osoba odmawiała gościny. Jak się później okazało, były w tym gronie takie osoby, które bez zbytniego poświęcenia mogły nas przyjąć! Wreszcie ok. 21.30, gdy już byliśmy całkowicie zrezygnowani i wyczerpani, cichy, łagodny głos kapłana z Cieszyna, ks. Franciszka Ferugi oznajmił nam: „Jestem rezydentem w parafii w Rowville i możecie zatrzymać się u mnie!” Początkowo myślałem, że źle zrozumiałem, że to jakiś kiepski żart, jednak gdy ksiądz kilkakrotnie powtórzył zaproszenie, uwierzyłem.

Po niecałej godzinie dotarliśmy pociągiem do Dandenongu. Cena wynajęcia taxi wynosiła 15 dolarów australijskich, ale ostatni w kolejce taksówkarz zgodził się zawieźć nas za 10 dolarów. Postawił jednak warunek – podejść pod market i tam zaczekać! Z ogromnym bagażem udaliśmy się na umówione miejsce, ok. 500 m od stacji. Chwilę później podjechał kierowca i zobaczył nasz bagaż. Nawet nie zwolnił i pojechał dalej. Byliśmy zupełnie sfrustrowani, zwłaszcza że po drugiej stronie ulicy była

Fot. Reto Stöckl / NASA (domena publiczna, Wikimedia.com)

dyskoteka i bawiąca się tam młodzież przyglądała się nam, jakbyśmy byli gośćmi z innej planety! Gdy wróciliśmy na dworzec kolejowy, by tam spędzić noc, kolejarz nas wyprosił z poczekalni!

Była godzina 24.00 z soboty na niedzielę. W lokalu bawiła się młodzież, ale miasto było całkowicie wyludnione. Z plecakiem i torbą udaliśmy się na poszukiwanie jakiegoś miejsca, by przetrwać te kilka godzin do wschodu słońca! Na szczęście przestał padać deszcz i w pobliżu, w załomie bloku mieszkalnego była nisza, a w niej pracujący agregat prądotwórczy. Tam też przychodzili biedacy, by załatwić swe potrzeby fizjologiczne. Znalazłem deskę i położyłem na niej śpiwór, obok na karimacie położył się Bogdan. Ani potworny hałas pracującej maszyny, ani niezbyt miłe zapachy nam nie przeszkadzały. (…)

Zaczęło się od zapowiedzi ks. Franciszka po mszy świętej: „Przyjechała specjalna delegacja z misją dziennikarską z KUL-u”. Chwilę później otoczyła nas grupa osób z propozycją pomocy… Konsekwencją anonsu ks. Antoniego była oferta pomocy w załatwieniu pracy przy zrywaniu gruszek. Wielu przybywających do tego kraju zaczyna od zrywania owoców, a niektórzy robią to nawet całe życie. Australia jest tak wielkim krajem, że przez cały rok jest coś do zrywania! Pomoc zaoferował kolega Wiktora, Tadeusz Antoniewicz. Mieszkał w Lewertonie, dokąd przybyliśmy pociągiem. Przed zachodem słońca udaliśmy się nad ocean, gdzie był odpływ morza i tysiące ptaków pluskało się w ciepłej, pełnej ryb wodzie.

Świt w Dandendongu | Fot. Uzman Naleer (CC A-S 4.0, Wikimedia.com)

Daleko w głąb morza prowadzi molo, z którego obserwowaliśmy promienie zachodzącego słońca odbijające się w niezliczonej ilości zwierciadeł wodnych. Tu słońce wydaje się o wiele większe niż w Europie i do największych osobliwości tego kraju należą wschody i zachody! (…)

Dwa tygodnie po opuszczeniu Indii coraz bardziej zacząłem odczuwać zapierający dech upał i ogromne oddalenie od Polski. Tylko nieodparta żądza poznania tego kraju i przeżycia wielkiej przygody dawała szansę na przetrwanie! Trzeba było przygotować się psychicznie. Pisałem wspomnienia, dużo czytałem, gotowałem posiłki dla całej trójki i prowadziłem długie nocne dyskusje o Australii z ks. Franciszkiem. To wspaniały, gościnny człowiek. Do mojej wizji Australii on wniósł najwięcej. Wspólnie odwiedzaliśmy domy Polaków, wspólnie wędrowaliśmy po kraju. (…)

„Rodowici Australijczycy nazywają się AUSE. Mają ogromne poczucie wolności i są z niej bardzo dumni, ale nie ma w nich patriotyzmu. Żyją skromnie, ich domy nie mają fundamentów, budowane są przeważnie z drzewa, które trzeba zabezpieczyć przed termitami. Pierwsi koloniści z Europy to Irlandczycy i Anglicy. Anglia traktowała Australię jako kolonię karną i prowadziła politykę dyskryminacji ekonomicznej i politycznej. Eksploatacja kolonialna oraz udział w wojnach po stronie Anglii i ogromne ofiary, jakie poniósł ten kraj na różnych frontach I i II wojny światowej, wpłynęły negatywnie na stosunek Australijczyków do Korony Angielskiej. Polskim księżom zezwolono na przyjazd do Australii po 1962 r. Obecnie, po przyjęciu znacznej fali uchodźców z Wietnamu, katolików w tym kraju jest najwięcej”.

Pomnik P.E. Strzeleckiego w Jindabyne | Fot. Jimbo, Wikipedia

Polacy przed II wojną światową pojawiali się tu rzadko. Sądzono, że do połowy XX w. poza kilku podróżnikami nie było nikogo z kraju nad Wisłą! Najbardziej barwną i ciekawą postacią był Paweł Edmund Strzelecki. Pieniądze na podróże zdobył, pracując jako zarządca w majątku Sapiehów. Opuścił Polskę z kilku powodów: ojciec jego wybranki odmówił mu jej ręki, obawiał się represji po upadku powstania listopadowego, a także odziedziczył spory majątek po śmierci Sapiehy.

Prawdopodobnie jako pierwszy Polak wymyślił samotną podróż dookoła świata. W tamtych czasach było to przedsięwzięcie szalone, a jednak Strzelecki przemierzył Amerykę Płn., Oceanię, Amerykę Płd. Dotarł na „koniec świata”, do Australii. Tu jego zasługi były największe – zbadał Góry Wododziałowe i wspiął się na szczyt, który wydawał mu się najwyższy na kontynencie. Górze nadał imię Tadeusza Kościuszki. Pomylił się, ale za ogromne zasługi w badaniu tego kraju władze przeniosły tę nazwę na faktycznie najwyższy szczyt.

Trudno wymienić choćby jego najważniejsze odkrycia w Australii (choćby odkrycie złota, węgla brunatnego, ropy naftowej). Strzelecki opracował mapę geologiczną Tasmanii i opisał różne regiony Australii, które przez wiele lat były „Biblią badaczy Australii”. Już za życia został uznany przez świat nauki, a z rąk Królowej Wiktorii otrzymał ordery św. Michała i św. Jerzego oraz tytuł dra honoris causa Uniwersytetu Oksfordzkiego.

Inni Polacy, którzy tam wówczas przybywali, byli wdzięczni za gościnę, ale traktowali Australię jako tymczasowe schronienie i nie czuli się w niej najlepiej. Często prowadzili życie pustelnicze i zapadali na choroby psychiczne. Niemal zawsze była to emigracja wymuszona czynnikami politycznymi lub ekonomicznymi.

Cały artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Australia. Kontynent zagubiony wśród mórz” znajduje się na s. 9 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Australia. Kontynent zagubiony wśród mórz” na s. 8 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Zaczynam współczuć Żydom. Wypuścili w świat demony antysemityzmu/ Jadwiga Chmielowska, dodatek do „Kuriera WNET” 44/2017

Kilka lat temu w Krakowie głośna była sprawa obezwładnienia przez żydowskich ochroniarzy młodzieży izraelskiej polskiego Żyda, kiedy w swoim rodzinnym mieście szedł do synagogi. Rzucono nim o bruk.

Jadwiga Chmielowska

Żydzi – nakręcona spirala

„Pan nie boi się jechać z żoną do Polski?” – pytali młodzi Żydzi starego Żyda z Będzina, który co roku przyjeżdżał z żoną do sanatorium w Ustroniu. Był przerażony nakręcającą się antypolską propagandą. Znał Polaków i dzięki nim uratował się podczas wojny.

Na stałe mieszkał w Izraelu. Poznałam go, kiedy jeszcze pracowałam w TVP Katowice i jeden z programów z cyklu LOSY poświęciłam będzińskim Żydom.

Będzin to było w zasadzie żydowskie miasto. Osiedli tam przed wiekami u stóp zamku z czasów Kazimierza Wielkiego. W powstaniu styczniowym już w pierwszych dniach zebrali 10 tysięcy rubli, za które kupili skóry i zlecili szycie kożuchów dla oddziału powstańców krawcom, których zaangażowali z terenu należącego do Prus, czyli Śląska, głównie z Mysłowic. W tym czasie Zagłębie było w rękach powstańczych.

Wielu Żydów współpracowało z PPS-em, oczywiście z frakcją Józefa Piłsudskiego. I znowu – to w Zagłębiu właśnie największe sukcesy odniosła rewolucja wzniecona w 1905 r. na rozkaz przyszłego marszałka.

Gdy Niemcy w pierwszych dniach września 1939 r. podpalili synagogę mieszczącą się w Będzinie na podzamczu, kilkuset Żydów wydostało się z niej i schroniło w kościele po drugiej stronie ulicy. Proboszcz zamknął kościół, odczekał wiele godzin i przeprowadził uciekinierów przez ogrody i przyzamkowy park poza miasto. Uratował przeszło 300 Żydów. Dziś informuje o tym tablica i pomnik postawiony przez wdzięcznych Żydów z Izraela.

O tym właśnie zdarzeniu zrobiłam program dokumentalny. Byłam zaskoczona, kiedy Żyd z Izraela, który dowiedział się o tym od znajomych z USA, przyjechał, by mi podziękować i prosić katowicką TVP o kopię mojego programu. Przyjeżdżał potem jeszcze kilka razy i to właśnie on ostrzegał przed polityką historyczną Izraela. Dziwił się, że polski rząd nie reaguje, kiedy młodzież żydowska, przyjeżdżająca do Polski zwiedzać obozy zagłady, jest izolowana od Polaków przez żydowskich ochroniarzy, jakby za każdym rogiem czaił się wróg czyhający na ich życie.

Kilka lat temu w Krakowie głośna była sprawa obezwładnienia przez żydowskich ochroniarzy młodzieży izraelskiej polskiego Żyda, kiedy w swoim rodzinnym mieście szedł do synagogi. Rzucono nim o bruk. Nie mógł pogodzić się z tym, że izraelscy Żydzi nie pozwolili mu spokojnie się pomodlić się w synagodze. Nagłośnił cały incydent w prasie. I to również nie dało polskim władzom do myślenia. Wręcz przeciwnie, ograniczano przecież nauczanie historii w polskich szkołach. Czyżby chodziło o to, aby Polacy nie byli dumni z postaw swoich przodków?

W II RP rozwijał się ruch syjonistyczny. Żydzi marzyli o własnym państwie. Polskie wojsko im w tym pomagało. Prowadziło szkolenie Betaru, żydowskiej organizacji paramilitarnej, mającej w przyszłości stworzyć armię dla przyszłego państwa Izrael. To właśnie członkowie Betaru walczyli w powstaniu w warszawskim gettcie.

Członkowie bojówki Betaru w Szydłowcu ok. 1932 r. | Fot. domena publiczna, Wikipedia

Pamiętam opowieści ojca o czasach studenckich w przedwojennej Polsce. Był kadetem w podchorążówce i miał wielu kolegów Żydów. Razem chodzili na imprezy, randki, grali w karty. Gdy wybuchła Wojna Sześciodniowa w 1967 r., ojciec był spokojny – Żydzi mają świetnych dowódców i pogonią Arabów. Wtedy Polacy powszechnie kibicowali Żydom, bo Arabom sprzyjali Sowieci, a Żydzi byli przecież „nasi”. Wielu Polaków miało w Izraelu swoich sąsiadów i znajomych sprzed wojny.

Niestety do II RP dotarły echa zachodniej propagandy antysemickiej. Środowiska endeckie w tym przodowały. W niektórych uczelniach było getto ławkowe, polegające na tym, że Żydzi siedzieli osobno. Ideologowie endeccy podnosili zarzut nadreprezentacji Żydów w niektórych zawodach – medycynie, prawie, handlu. W małych miasteczkach zdarzało się, że rozwydrzona młodzież obcinała żydowskim sąsiadom pejsy i wybiła kilka szyb. Przeważnie kończyło się to laniem w domu.

I jak w czasie wojny z bolszewikami Żydzi wspierali Polaków, tak w okresie międzywojennym zwłaszcza młoda żydowska biedota była podatna na komunistyczne hasła. To też powodowało niechęć Polaków. Oczywiście większość (zwłaszcza bogatych i wykształconych) Żydów nie chciała mieć nic wspólnego z komunizmem.

W 1933 r. Hitler doszedł do władzy. W Europie Zachodniej wielu intelektualistów i polityków podziwiało nową władzę w Berlinie. Jedynie Polacy byli przezorni. W 1934 r. Piłsudski proponował Francji wojnę prewencyjną z III Rzeszą. W ciągu kilku tygodni rozprawiono by się z nazizmem – czyli narodowym socjalizmem – i uratowano miliony istnień ludzkich.

Tymczasem na oczach świata Niemcy zaczęli eksterminację Żydów. Początki były może umiarkowane, ale milczenie opinii publicznej i rządów państw europejskich ich rozzuchwaliło. Od konfiskat majątków przeszli do izolowania w obozach koncentracyjnych. Powstały one na terenie całych Niemiec. Ich budowania Hitler uczył się od Stalina. Pierwsze łagry zbudowano bowiem jeszcze za Lenina.

Żydzi niemieccy w końcu zdali sobie sprawę z tego, że nie są to chwilowe prześladowania, ale eksterminacja narodu. Niemcy sprawdzali pochodzenie do trzeciego pokolenia. Represje dotknęły też oficerów i żołnierzy żydowskiego pochodzenia w Wehrmachcie. Hitler potrzebował pieniędzy na wojnę, więc miały one pochodzić z majątków zrabowanych Żydom. Bogatsi próbowali się wykupić. Ratować życie. Pozwolono im na kupno biletów na statki. Aby dostać się na pokład „St. Louis”, zmierzającego na Kubę, uchodźcy musieli zapłacić 800 marek za bilet w I klasie i 600 marek za II klasę. Do tego dochodziła „opłata dodatkowa” – 230 marek. Dla wielu Żydów, ograbianych od kilku lat przez władze Niemiec, były to ostatnie oszczędności.

Kapitan Schroeder negocjuje z urzędnikami belgijskimi przyjęcie pasażerów St. Louis w Antwerpii | Fot. domena publiczna, Wikipedia

Chcieli ratować życie. W Hawanie mieli czekać na zgodę na wjazd do USA. Wykupili też wizy za 150 $ – był to warunek turystycznego pobytu na Kubie. Niemcy pozwolili Żydom zabrać ze sobą jedynie po 10 marek na osobę, co stanowiło równowartość tylko 4 $. Tymczasem prezydent Kuby zmienił przepisy emigracyjne. Zezwolenia na wjazd turystyczny zostały anulowane. Cudzoziemcy, aby znaleźć się na terytorium Kuby, musieli mieć zgodę rządu i wpłacić po 500 $. Na nic zdały się interwencje prasy i opinii publicznej. Ambasador USA nie naciskał na władze Kuby, aby pomogły uchodźcom. Na ląd zeszło jedynie dwadzieścia kilka osób dzięki pomocy finansowej rodzin i znajomych. Dwie popełniły samobójstwo. Pozostali z 937 pasażerów (7 osób nie było narodowości żydowskiej) pozostało na statku.

Kapitan Gustav Schröder, który nie był zwolennikiem Hitlera, postanowił pomóc swoim pasażerom. Wiedział, że w Niemczech czeka ich śmierć. Podpłynął do wybrzeży Florydy. Statek został zatrzymany przez amerykańską straż graniczną. „Żydowscy historycy – Ted Falcon i David Blatner – napisali, że Amerykanie oddali nawet ostrzegawczą salwę w powietrze. Co ciekawe, Żydzi początkowo przywitali amerykańskie jednostki owacjami. Machali do marynarzy. Uznali bowiem, że przybyli im na pomoc i chcą eskortować niemiecki liniowiec, aby bezpiecznie zawinął do jednego z amerykańskich portów” – podaje w swoim artykule (Stany Zjednoczone nie przyjęły żydowskich uchodźców z III Rzeszy) Piotr Zychowicz na łamach „Historia do Rzeczy”.

Do prezydenta Franklina Delano Roosevelta trafił ze statku telegram: „Bardzo pilne. Zwracamy się ponownie o pomoc dla pasażerów statku St Louis. Panie Prezydencie, proszę pomóc 900 osobom, wśród których ponad 400 to kobiety i dzieci”. Nie było odpowiedzi na ten apel, choć sekretarz stanu – Cordell Hull i sekretarz skarbu Henry Morgenthau – interweniowali. Prezydent Roosevelt pozostał nieugięty.

W Kanadzie grupa duchownych i naukowców próbowała nakłonić premiera do przyjęcia uchodźców. Niestety, William Lyon Mackenzie King wolał posłuchać swoich antysemickich doradców. Kapitan Schröder jako Niemiec wiedział, co czeka jego pasażerów, gdy wrócą do Hamburga. Postanowił zawinąć do Wielkiej Brytanii. Był nawet skłonny rozbić statek, aby zmusić Anglików do przyjęcia rozbitków. Na szczęście udało mu się wynegocjować przyjęcie uchodźców. Statek 17 czerwca zawinął do Antwerpii. Bardzo niechętnie Wielka Brytania przyjęła 288 osób, Holandia 181, Francja 224, Belgia 214. Większość z tych, którzy rok później znaleźli się pod okupacją niemiecką, trafiła do obozów zagłady i do komór gazowych. Z 619 przeżyło jedynie 365 osób.

Amerykańscy Żydzi edukację w sprawach Holokaustu powinni zacząć od własnego społeczeństwa: jak kunktatorstwo ich prezydenta Roosevelta (tłumaczył się kryzysem, bezrobociem i nieznajomością angielskiego i dużą ilością kobiet, starców i dzieci wśród uchodźców) oraz brak należytego nacisku wpływowej diaspory żydowskiej w USA doprowadziły do tragedii. Pomimo że żydowscy uchodźcy napisali do niego wstrząsającą prośbę o łaskę, Franklin Delano Roosevelt uznał ich za „element niepożądany”.

Współpraca Niemiec i ZSRR trwała wiele lat przed wojną. Rosja sowiecka udostępniała poligony armii niemieckiej, gdyż zgodnie z traktatem Niemcy nie mogły nie tylko posiadać niektórych rodzajów broni, ale i prowadzić manewrów. Stalin pomagał Hitlerowi. Pakt Ribbentrop-Mołotow nie był więc przypadkiem. We wrześniu 1939 r. postanowili razem napaść na Polskę. Stalin był ostrożniejszy. Wkroczył dopiero 17 września, gdy miał pewność, że armia francuska pozostanie w okopach i nie przyjdzie Polsce z pomocą.

Kwitła przyjaźń niemiecko-rosyjska. Po moście przez rzekę odgradzającą tereny zajęte przez Niemców i Rosjan można było jakiś czas za zgodą władz okupacyjnych przechodzić z jednej strony na drugą. Nie wolno było rozmawiać, więc mijający się Polacy stukali się po głowach, pokazując na migi, co myślą. Wielu Żydom udało się przejść na stronę sowiecką, by trafić później do łagrów na Syberii. Ci, którzy przeżyli, wyszli z gen. Andersem. Menachem Begin, późniejszy premier Izraela (1977–83), wspomina w swojej książce „Białe noce” nie tylko gehennę rosyjskiej okupacji i sowieckich łagrów, ale i rozmowy z generałem Andersem.

Kiedy kilkuset Żydów postanowiło zdezerterować w Palestynie z polskich szeregów, by stworzyć armię żydowską mającą w przyszłości wywalczyć niepodległość, generał Anders miał odpowiedzieć: „Zgody na dezercję wydać nie mogę, ale nikt was szukał nie będzie”. Oznaczało to w praktyce, że Żydzi nie musieli obawiać się sądu polowego za dezercję. Tak powstały kadry przyszłej izraelskiej armii i wywiadu. Byli obywatele Polski, Żydzi, oficerowie przedwojennej „Dwójki”, tworzyli służby wywiadowcze Izraela – w tym Mossad.

Pod okupacją sowiecką Żydzi zachowywali się różnie. Tak samo zresztą jak Polacy. Trafne jest określenie, że Niemcy mordowali ciało, a Rosjanie ciało i duszę. Byli Polacy, którzy szli na współpracę z NKWD i wydawali znajomych, byli też Żydzi, którzy pomagali instalować się bolszewickiej władzy i robili spisy Polaków do aresztowań i wywózki.

Utkwiło mi w pamięci wspomnienie mojej matki. Opowiadała, że pewien Żyd, aby ją chronić, przepisał przez noc księgi rachunkowe sklepu, aby ukryć zwiększone zakupy na wesele. Szedł w zaparte, że moja mama jest panną, ale drugi Żyd jak najbardziej potwierdzał wesele. Tak samo ksiądz – jeden wydał metrykę panieńską, a drugi miał pretensję, że ma potwierdzić nieprawdę. Nie mieściła mu się w głowie odpowiedź, że dokument potrzebny jest dla ratowania życia, a nie do kolejnego zamążpójścia.

Moja mama w lutym 1939 r. wyszła za mąż za kpt. „Dwójki” Edwarda Szaniawskiego. Został on przez NKWD aresztowany już we wrześniu 1939 r. i osadzony w obozie w Ostaszkowie, gdzie go Sowieci zamordowali w kwietniu 1940 roku. Mama jako jego żona trafiłaby na Syberię. Musiała się najpierw ukrywać, a potem, gdy okazało się, że przyjaźń niemiecko-rosyjska kwitnie na dobre, mogła jako panna niemieckiego pochodzenia czuć się w miarę bezpieczna. Udało się jej nawet wyjść z więzienia NKWD.

Zaraz po wkroczeniu Niemców została znowu aresztowana jako pierwsza w Stanisławowie. I tym razem się jej udało. Nie dość, że opuściła więzienie, to jeszcze dostała skierowanie do Arbeitsamtu (biuro pracy) w Stanisławowie. Natychmiast skontaktowała się z nią AK. Razem z lekarzem odraczali przymusowe roboty Polakom i ratowali Żydów.

Trzeba wiedzieć, że wielu Ukraińców chciało dobrowolnie jechać na roboty do Niemiec. Żydzi dostawali od AK dokumenty ukraińskie i mama wysyłała ich na roboty w głąb Niemiec. Musiała jedynie pilnować, aby znający się Żydzi nie wylądowali w tej samej miejscowości. Wpadka jednego pociągnęłaby kolejnych. Nie wiem, czy ocalali w ten sposób pamiętają, kto ich uratował. Wtedy nazywała się Jadwiga Szaniawska.

Po jakimś czasie Niemcy domagali się formalnego przyjęcia przez mamę volkslisty. AK wydała jej rozkaz, ale mama odmówiła, twierdząc, że woli być rozstrzelana przez nich, niż zamordowana przez własnego ojca, który nie przyjął reichslisty, czyli Niemca czystego pochodzenia. Dziadek miał nałożony przez Niemców areszt domowy w Bohorodczanach. Nie zniósł ciągłych szykan i zmarł nagle w 1943 roku.

Po rezygnacji z pracy w Arbeitsamcie mama została skierowana na pocztę. Tam zajmowała się korespondencją kierowaną do Gestapo. Była zaszokowana ilością donosów. Większość niszczyła. Wszystkie donosy na Żydów były dostarczane do AK. Decyzją Rządu Polskiego w Londynie szmalcownicy, czyli ci, którzy wydawali Żydów, byli przez sąd skazywani na karę śmierci. Te wyroki były zawsze wykonywane. Za wydanie Niemcom przez obywateli polskich na śmierć Polaka, Żyda czy Ukraińca – kara mogła być tylko jedna. Za „zwykłą” współpracę z Niemcami karano ostracyzmem, goleniem głów itp.

Mama do końca życia miała wyrzuty sumienia z powodu spotykanego na ulicy w Stanisławowie Żyda – lekarza. Nosił opaskę, był bardzo podobny do jej męża, więc chciała mu dać dokumenty Edwarda Szaniawskiego. Bała się jednak, czy mu tym nie zaszkodzi, bo na podstawie dokumentów, jakie mieli Niemcy od NKWD, lepiej dla niego było być Żydem niż oficerem „Dwójki”. Potem przestała go widywać. Nie wiedziała, czy trafił do getta, czy uciekł, nie pamiętała nawet, jak się nazywał.

Kolejną opowieść o ukrywaniu Żydów usłyszałam od ciotki. Mieszkała w Świdrze. Miała olbrzymią willę, w której dwie piwnice przeznaczyła dla dwóch dużych rodzin żydowskich. Z polecenia AK organizowała dla Niemców popijawy, gry w karty. Pozwalało jej to usprawiedliwić zwiększone zakupy żywności.

Jedna rodzina zachorowała na tyfus. Ciotka ściągała zaufanych lekarzy, kupowała leki, niestety – większość nie przeżyła. Został tylko syn, wtedy dwudziestoletni chłopak. Całe szczęście, bo po wojnie ta druga rodzina, która przetrwała w całości, oskarżyła ciotkę, że widocznie skończyły się pieniądze i się tamtych pozbyła. Chłopak zaświadczył, że przychodzili lekarze, dostawali leki, że ciotka codziennie gotowała rosoły, jajka i mięso i poniosła olbrzymie koszty, aby ich ratować.

Polskie władze w Londynie przekazywały aliantom dokładne informacje o tym, co dzieje się w obozach koncentracyjnych. Dostarczano szczegółowe plany, rozmieszczenie baraków, komór gazowych, krematoriów. Najdokładniejszy raport opracował rotmistrz Pilecki. Wcześniej alarmowali kolejni kurierzy. Alianci twierdzili, że to „polskie wymysły”, bo niemożliwe, aby naród Goethego był tak bestialski.

Szmul Mordechaj Zygielbojm | Fot. Wikipedia

Szmul Mordechaj Zygielbojm, polityk Bundu, sekretarz generalny Sekcji Żydowskiej Centralnej Komisji Związków Zawodowych, redaktor pisma „Arbeiter Fragen”, radny Warszawy i Łodzi, był od 1942 r. członkiem Rady Narodowej Rzeczpospolitej w Londynie – uznanego w całym świecie odpowiednika parlamentu Polski. W 1940 r. centralna organizacja Bundu wysłała go z okupowanej Polski na Zachód, aby tam przedstawił sytuację Żydów pod okupacją. Został zatrzymany na granicy belgijsko-niemieckiej. Uratował go wtedy Paul Spaak, późniejszy premier Belgii.

W Londynie, w powołanym przez Prezydenta RP substytucie sejmu, zasiadał nie tylko Zygielbojm. Drugim przedstawicielem społeczności żydowskiej był reprezentant syjonistów Ignacy Schwarzbart. Obaj zajmowali się zbieraniem informacji o trwającym na ziemiach polskich pod okupacją niemiecką Holokauście Żydów. Raporty pochodziły nie tylko od polskiego podziemia, ale i organizacji żydowskich: Bundu (jego kierownictwo nazwało się Centralnym Komitetem Ruchu Żydowskich Mas Pracujących) i Żydowskiego Komitetu Narodowego. Przekazywano je następnie do Światowego Kongresu Żydów i Amerykańskiego Kongresu Żydowskiego. Zygielbojm liczył na wykorzystanie wpływów i pieniędzy tych potężnych organizacji. Chodziło o wywieranie nacisku na rządy alianckie w celu pomocy polskim Żydom. Zawsze mógł liczyć na wsparcie Premiera RP Władysława Sikorskiego. Nikogo jednak wśród światowych organizacji żydowskich los Żydów, mordowanych bestialsko przez Niemców, nie obchodził. Efektów starań Zygielbojma nie było.

W 1942 roku, w swojej książce Stop Them Now. German Mass Murder of Jews in Poland, ten przywódca narodu żydowskiego napisał: „W tym miejscu muszę wspomnieć, że ludność polska udziela wszelkiej możliwej pomocy i współczucia dla Żydów. Solidarność polskiej ludności ma dwa aspekty: po pierwsze jest to wspólne cierpienie, a po drugie wspólna walka przeciwko nieludzkiemu okupantowi. Walka z prześladowcami jest ciągła, wytrwała, w konspiracji i toczy się nawet w getcie, w warunkach tak strasznych i nieludzkich, że są one trudne do opisania lub do wyobrażenia. (…) Ludność żydowska i polska pozostaje w stałym kontakcie, wymieniając prasę, informacje i rozkazy. Mury getta nie oddzieliły w rzeczywistości ludności żydowskiej od Polaków. Polskie i żydowskie społeczeństwo wciąż walczy razem o wspólny cel, tak jak walczyło przez wiele lat w przeszłości”.

Przeglądając książkę K. Mórawskiego Kartki z dziejów Żydów warszawskich, można znaleźć notatkę z 20 kwietnia 1943 r. przesłaną z walczącego getta przez Żydowski Komitet Narodowy i Bund do Londynu:

„Ludność Warszawy śledzi walkę z podziwem i wyraźną życzliwością dla walczącego getta. Zażądajcie od Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, by zwiedził również getta i obozy śmierci w Oświęcimiu, Treblince, Bełżcu, Sobiborze i inne obozy koncentracyjne w Polsce”.

28 kwietnia 1943 r. powstańcy z getta wysłali kolejną depeszę: „Natychmiastowej, skutecznej pomocy może teraz udzielić potęga aliantów. Imieniem milionów już pomordowanych Żydów, imieniem obecnie palonych i masakrowanych, imieniem heroicznie walczących i nas wszystkich na śmierć skazanych, wołamy wobec świata: Niech już teraz, a nie w mrokach przyszłości, dokona się potężny odwet aliantów na krwiożerczym wrogu – w sposób powszechnie jako rewanż zrozumiały. Niech najbliżsi nasi sprzymierzeńcy uzmysłowią sobie nareszcie rozmiary odpowiedzialności wobec bezprzykładnej, nad całym narodem popełnionej zbrodni hitlerowskiej, której tragiczny epilog teraz się odbywa. Niech bohaterski, wyjątkowy w dziejach zryw straceńców getta pobudzi wreszcie świat do czynów na miarę wielkości chwili”.

List pożegnalny Szmula Zygielbojma | Fot. domena publiczna, Wikipedia

Świat milczał dalej! Szmul Mordechaj Zygielbojm nie wytrzymał i popełnił 13 maja 1943 r. samobójstwo. W liście pożegnalnym napisał między innymi: „Nie mogę pozostać w spokoju. Nie mogę żyć, gdy resztki narodu żydowskiego w Polsce, którego jestem przedstawicielem, są likwidowane. Moi towarzysze w getcie warszawskim polegli z bronią w ręku w ostatnim bohaterskim boju. Nie było mi sądzonym zginąć tak jak oni, razem z nimi. Ale należę do nich i do ich grobów masowych. Śmiercią swoją pragnę wyrazić najsilniejszy protest przeciw bierności, z którą świat przygląda się i dopuszcza zagłady ludu żydowskiego”.

Teraz dzieci i wnuki winnych obojętności próbują zwalić na Polaków odpowiedzialność za los Żydów w okupowanej Polsce, jedyny naród, który tak masowo ratował Żydów i który nie poszedł z Niemcami na żadną współpracę. Jak napisał dziennikarz „Jerusalem Post” – tylko dwa narody spośród okupowanych w Europie nie stworzyły formacji Waffen SS i ich obywatele nie walczyli w żadnych oddziałach przy boku Niemiec. Są to Polacy i Serbowie.

W latach 90. rozmawiałam z Ireną Lasotą o roku 1968. Zapytałam ją, co jako uczestniczka wydarzeń marcowych sądzi o opinii, którą wyniosłam z domu:

Gomułka skorzystał z nagonki Rosji sowieckiej na Izrael. Po wojnie w 1967 r. z Arabami Sowieci rozpętali nagonkę na syjonistów. Trzeba pamiętać, że w PZPR trwała walka pomiędzy frakcjami. Za nacjonalistyczne odchylenia Gomułka siedział w więzieniu. Teraz mógł za zgodą Moskwy pozbyć się „syjonistów”, czyli różnych Bermanów, komunistów żydowskiego pochodzenia, którzy go do tego więzienia wsadzili. Rej wodził Moczar i Jaruzelski, który robił czystkę w wojsku. To w tym gronie powstało później stowarzyszenie „Grunwald”.

Jak zwykle oberwało się też porządnym ludziom, opozycji antykomunistycznej. Usuwani z uczelni profesorowie zwolnili miejsca tzw. docentom marcowym. To właśnie ci „mierni, ale wierni”, awansowani na docentów i profesorów, odpowiadają za opłakany stan polskiego szkolnictwa wyższego.

Oczywiście wielu Żydów bardzo przeżywało to szaleństwo partyjnych towarzyszy Gomułki. Byli też i tacy, którzy cieszyli się z możliwości wyjazdu. W PRL-u otrzymanie paszportu graniczyło z cudem. Pamiętam, jak Żyd, który naprawiał nam lodówkę i często z ojcem dyskutował, przybiegł z ciekawą propozycją: „Panie Tadeuszu, pomogę panu zostać Żydem. Ja i moi kuzynowie poświadczymy, że jest pan naszym krewnym po matce i dostanie pan paszport. Nikt nie każe panu jechać do Izraela. Wyrwie się pan na wolność!” Ojciec z propozycji nie skorzystał. Odpowiedział, że tu trzeba walczyć o wolną Polskę. Irena Lasota potwierdziła, że moi rodzice dobrze to rozgryźli.

Z przerażeniem odnotowuję antysemickie działania niektórych władz Izraela. Szkodzą własnemu narodowi. Budują antysemityzm. Prof. Dora Kacnelson z Drohobycza zamieszkała na starość w Krakowie. Na którymś spotkaniu z Michnikiem została wyzwana od antysemitek. Nie wytrzymała i odpowiedziała: Co? Ja, Dora Kacnelson – antysemitką? Mój ojciec w Bundzie współpracował z Piłsudskim, a stryj był współtwórcą państwa Izrael i ja mam być antysemitką?! Michnik nie jest chyba Żydem, bo jest na to za głupi! Już wiem, kto i jak tworzy antysemityzm w Polsce!

Pani ambasador Izraela przy pomniku Obrońców Getta Warszawskiego, mówiąc o ludziach pomagającym Żydom, wspomniała Karskiego i Bartoszewskiego. Ciekawe, że zapomniała o rotmistrzu Pileckim i Zofii Kossak-Szczuckiej, najważniejszej postaci Żegoty, która strukturę wymyśliła i była jej główną organizatorką. Bartoszewski jakoś nigdy nie był mi w stanie wytłumaczyć, jak to się stało, że ze względu na stan zdrowia opuścił Auschwitz. Ja słyszałam tylko o takich, którym to się udało, ale przez komin krematorium.

Pani ambasador w wywiadzie stwierdziła, że znowelizowana ustawa o IPN nie jest potrzebna, gdyż w Izraelu wszyscy wiedzą o tym, że obozy nie były polskie. Pani ambasador nie wie, czy kłamie w żywe oczy?

Tymczasem jeden z ważniejszych polityków Izraela, kandydat na premiera – Jair Lapid parę dni temu wyraził swoje zdanie na ten temat: „Całkowicie potępiam nowe polskie prawo, które próbuje zaprzeczyć polskiej odpowiedzialności za Holokaust. Ta zbrodnia została zapoczątkowana w Niemczech, ale setki tysięcy spośród Żydów, którzy zostali zamordowani, nawet nie spotkało niemieckiego żołnierza. Polskie obozy śmierci były i żadne prawo tego nie zmieni”.

Cóż może wiedzieć przeciętny obywatel Izraela, który był na wycieczce w Polsce, gdzie pokazywano mu obozy i przestrzegano przed ponoć niebezpiecznymi kontaktami z tubylcami? Piotr Hlebowicz był świadkiem, jak w Krakowie wykręcono ręce człowiekowi tylko za to, że szedł za grupą młodzieży żydowskiej.

Oby chęć zysku i błyszczące srebrniki nie zmąciły rozumu narodowi wybranemu! Bóg był dla Was łaskawy – po tysiącach lat macie znowu własne państwo. Pomogli wam w tym Polacy i wychowywani w Polsce od setek lat Żydzi, którzy nauczyli się kochać przede wszystkim wolność.

A tak na marginesie, trzeba się przyjrzeć, kiedy ten antypolonizm w środowiskach żydowskich rozkwitł: czy aby nie po wypuszczeniu masowym Żydów ze Związku Sowieckiego w końcówce lat 70. i w latach 80. XX wieku? Ciekawe, czy Żydzi to byli, czy KGB-iści?

Tak czy inaczej, zaczynam współczuć Żydom. Puszka Pandory została otwarta. Wypuścili na świat demony antysemityzmu.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Żydzi – nakręcona spirala” znajduje się na s. 1–2 dodatku „Polacy i Żydzi” do lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Żydzi – nakręcona spirala” na s. 2 dodatku „Polacy i Żydzi” do lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Czy wiemy, kto z naszych przodków walczył w powstaniu styczniowym? Uratujmy odchodzące w niepamięć resztki historii

Powstanie styczniowe jest znane, lecz wciąż nie mamy świadomości, jak wielki był w nim udział naszych rodzin lub ich przyjaciół, jak bardzo związane jest ono z przeszłością miejsc, w których żyjemy.

Marcin Niewalda

Po zaborze rosyjskim przebiegały po lasach liczne oddziały, z różnym szczęściem potykając się z wrogiem, utrudniając mu codzienne działania zacierania pamięci o Polsce i rusyfikowania ludności. Młodzież ciągnęła z całego świata. Byli i tacy, którzy na wieść o powstaniu przepłynęli ocean. Wielu wykształconych w wojskowych szkołach Włoch czy Francji rzuciło się, by podnieść żagiew i postawić na szali swoje życie i wolność. (…)

Choć można dyskutować, czy powstanie styczniowe było sensowne, choć już w 1863 roku zwalczały się dwa stronnictwa, to jednak nie można odmówić szacunku tym, którzy podjęli nierówną walkę, wymuszoną w znacznym stopniu właśnie po to, aby wykrwawić Polskę. A jednak, chociaż nie było wyjścia, choć doszło do tysięcy ofiar i zsyłek, powstanie stało się zarzewiem oswobodzenia narodu pół wieku później.

Z północnych terenów Lwowskiego miało wyruszyć na jesieni 1863 roku 8 oddziałów. Zebrały się trzy po kilkaset osób. Połączeni w lasach Dzieduszyckiego pod Sokalem, ruszyli ku granicy. Do zapatrzenia, organizacji grupy znacznie przyczynił się, a potem dowodził jazdą Tomisław Rozwadowski. Po dwóch dniach marszu wśród lasów oddział rozłożył się w majątku Rulikowskich w Świtarzowie. Panny z okolicznych domów pospieszyły z nakarmieniem i napojeniem. Była wśród nich Melania Rulikowska. Ojcowie Tomisława i Melanii walczyli w powstaniu listopadowym, m.in. w bitwie pod Dębą Wielką. Ich dzieci miały poczucie patriotycznego obowiązku.

Możemy sobie wyobrażać, że rozegrały się tu sceny jak z obrazu Grottgera „Pożegnanie powstańca”. Młodzi żegnali się poważnie i czule. I chociaż wyprawa skończyła się jednodniową bitwą niedaleko granicy – pod Poryckiem – a potem powrotem i licznymi aresztowaniami, to Tomisław i Melania dwa lata później stanęli na ślubnym kobiercu. Powstanie upadło, ale ich syn Tadeusz kontynuował patriotyczną tradycję rodziców – uratował Lwów, dowodząc jego obroną, a potem był autorem działań w czasie Cudu nad Wisłą. (…)

W powstaniu brało udział, według różnych szacunków, kilkadziesiąt tysięcy osób. Trzeba tę liczbę jeszcze powiększyć o kobiety, które szyły mundury, przenosiły meldunki; o kowali przekuwających kosy, o księży agitujących na parafiach, o emisariuszy, o wspierających zryw groszem, końmi, aprowizacją. Potomkowie ich wszystkich żyją do dzisiaj i mogliby być dumni z zachowania swoich przodków. Jednak, jak wylicza portal „Genealogia Polaków”, jedynie 20–30% żyjących dzisiaj Polaków ma świadomość udziału w powstaniu swoich przodków. (…)

Wielka Baza Powstańców Styczniowych (www.powstanie.okiem.pl) stara się łączyć informacje z wszelkich wymienionych wyżej źródeł. Również zachęca do dzielenia się wiedzą rodzinną. Dzięki niej i Internetowi doszło już do niezwykłych zdarzeń. Tak było, gdy do autorów bazy napisał człowiek z Irkucka – potomek zesłańca, który wiedział jedynie, że ów przodek zostawił w Polsce siostrę. Dwa tygodnie później przypadkowo do bazy zgłosił się potomek owej siostry i linie rodzinne można było połączyć po 150 latach. (…)

W 2018 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło program grantowy. Program ten dotyczy jednak głównie ratowania zabytków, stawiania pomników, zachowywania twórczości ludowej i działań akademickich. Praktycznie niemożliwe jest uzyskanie wsparcia na społeczne działania tego typu jak Baza Powstańców, programy odtwarzania tożsamości narodowej, edukację nieformalną, społeczne promowanie wiedzy i pamięci.

Cały artykuł Marcina Niewaldy pt. „Powstanie styczniowe, jakiego nie znamy” znajduje się na s. 5 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Powstanie styczniowe, jakiego nie znamy” na s. 5 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl