Powinno powstać Polskie Muzeum Wypędzeń. Sprawa jest ważna i potrzebna, i dlatego nie zostanie zrealizowana

Nie trzeba chyba tłumaczyć, że polityka historyczna jest ważnym frontem promowania i obrony kraju. Wiedzą o tym wszyscy prócz członków kolejnych rządów po roku 1989. W PRL-u robiono to o niebo lepiej.

Lech Jęczmyk

Polskie Muzeum Wypędzeń. Uważam za karygodne zaniedbanie, że dotychczas nie powstało Polskie Muzeum Wypędzeń. Powinno się w nim pokazać konfiskaty polskich majątków ziemskich po powstaniach narodowych i tym samym przesuwanie granicy polskości. W dwudziestoleciu międzywojennym Litwa bardzo chytrze wypędzała Polaków za pomocą reformy rolnej. Wcześniej bismarckowskie Prusy rugowały Polaków z ziemi, w czasie okupacji niemieckiej po 1939 okrutnie wypędzono Polaków z ziem wcielonych do Rzeszy. Dla porównania można by przedstawić humanitarne i niepośpieszne wysiedlanie pozostałości ludności niemieckiej z Ziem Zachodnich, przyznanych Polsce przez zwycięskich Aliantów. Choć prawdą jest też, że w powojennym chaosie miały miejsce napaści grup bandyckich na transporty wyjeżdżających Niemców.

Sprawa jest pilna i należałoby budowę muzeum (może we Wrocławiu?) zacząć od końca – od działań Sowietów, Niemców i Ukraińców podczas drugiej wojny światowej – stopniowo cofając się w głąb historii. Jestem głęboko przekonany, że sprawa jest ważna i potrzebna, i dlatego nie zostanie zrealizowana.

Przyjaźń polsko-węgierska. W krakowskim Muzeum Archidiecezjalnym 16 listopada 2017 roku otwarto wystawę „Przenajświętsza Panienka, Patronka Węgrów”. Wystawa w ciągu dwóch i pół roku objechała skupiska Węgrów w Basenie Karpackim i wreszcie przyjechała do Polski, po raz pierwszy poza granice historycznych Węgier.

60 malowideł i rzeźb współczesnych artystów węgierskich powstało na zamówienie organizatorów wystawy. Na jej otwarciu padły słowa odważne i piękne, które zadziwiły polskich słuchaczy. Norbert Tỏth, kurator wystawy, powiedział między innymi:

„Wyznajemy, że przyszłość naszego narodu możemy budować tylko na fundamentach wartości chrześcijańskich. Tak było i wcześniej w naszej historii, kiedy nie tylko my, ale i Wy broniliście swojego kraju i całej Europy Zachodniej przed zalewem obcych nam ludów i religii, a czasem wspieraliśmy się wzajemnie w tym zadaniu. To robimy i dziś. Jesteśmy bowiem święcie przekonani, że chrześcijaństwo to nie tylko płaszcz, który w każdej chwili możemy zdjąć, gdy znajdziemy inny, czy też uszyją i włożą nam nowy. Chrześcijaństwo obrosło nas jak skóra, chroni i ratuje nas”.

Sprawy międzynarodowe. Pozwalamy się uwikłać w spór z Żydami (bo to nie tylko Izrael, ale i potężne lobby syjonistyczne w USA, a sprytny Kongres Polonii zdecydował, że nie będzie się interesował polityką). A przecież świat się zmienił i rozrósł. W pyskówce z Żydami nie wygramy, bo to ich specjalność, ale możemy ożywić stosunki z Iranem, który tak pięknie przyjął armię Andersa w czasie wojny, czy z Turcją, z którą przez większość czasu mieliśmy dobre relacje.

Cały artykuł Lecha Jęczmyka pt. „Trzy kawałki” znajduje się na s. 14 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Lecha Jęczmyka pt. „Trzy kawałki” na s. 14 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Legion Śląski AK sformowany w Okręgu Krakowskim z uciekinierów ze Śląska przed represjami po klęsce wrześniowej

Zbudowano w obozie na Łysinie pięć baraków. Powyżej postawiono na stałe ołtarz polowy, rozciągnięto kablową sieć łączności, pobudowano latryny, a nawet ziemną mapę plastyczną dla celów szkoleniowych.

Wojciech Kempa

Po klęsce wrześniowej wielu Górnoślązaków, byłych powstańców śląskich oraz osoby znane z aktywności społecznej i politycznej w okresie międzywojennym, w obawie przed terrorem niemieckim szukało schronienia w Polsce Centralnej. Po zakończeniu działań wojennych część z nich wróciła, ale sporo, obawiając się represji po powrocie na Śląsk, pozostało na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Nie wiadomo, o jak licznej grupie mówimy. W grę wchodzić może nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Był to przy tym element głęboko patriotyczny. Największe skupiska uchodźców górnośląskich powstały w Krakowie i okolicy. Do tego doszli ludzie wysiedleni w ramach akcji „Saybusch Aktion”, wśród których było wielu zaprzysiężonych żołnierzy ZWZ, a także ludzie, którzy uciekali przed aresztowaniami po kolejnych wsypach dziesiątkujących szeregi konspiracji na terenie Okręgu Śląskiego ZWZ/AK.

W efekcie w zachodniej części Okręgu Krakowskiego przebywało wielu polskich patriotów przybyłych tam z terenu Górnego Śląska, Zagłębia i wcielonych do Rzeszy powiatów dawnego województwa krakowskiego. Ludzi tych zaczęto łączyć w struktury konspiracyjne, które stały się podstawą do sformowania Legionu Śląskiego Armii Krajowej, garnizonowo podlegającego Komendzie Okręgu Kraków, a operacyjnie Komendzie Okręgu Śląsk. W razie wybuchu powstania miał on być przerzucony na teren Okręgu Śląskiego. (…)

Jakie zadania przewidziano dla Legionu Śląskiego Armii Krajowej? Zajrzyjmy do pracy Zygmunta Waltera-Jankego pt. W Armii Krajowej na Śląsku:

W ramach planu „W” – od ogłoszenia stanu czujności – Legion przechodzi całkowicie do dyspozycji komendanta Okręgu Śląskiego. W zależności od sytuacji albo weźmie udział w walce na miejscu i po jej pomyślnym zakończeniu przejdzie na Śląsk, albo – jeśli to będzie możliwe – w chwili wybuchu walk ruszy natychmiast na Śląsk, wymijając miejscowe ogniska walki.

Aby wykonać to przesunięcie szybko, zawczasu opracuje plan opanowania i wykorzystania środków motorowych. Ruch ten wykona siłami co najmniej jednego uzbrojonego batalionu. Z chwilą ogłoszenia stanu czujności komendant Okręgu Śląskiego przyśle rozkaz, na rzecz jakiego ogniska walki użyty będzie Legion Śląski, i oficera z grupą dobrze znających teren przewodników. […]

Ze względu na dużą liczbę oficerów i podoficerów Legion Śląski miał charakter formacji kadrowej. Z tego też powodu komendant Okręgu Śląskiego zamierzał wykorzystać batalion Legionu Śląskiego na rzecz ogniska walki Oświęcim, gdzie można było liczyć na udział w walce dużej liczby więźniów, uwolnionych po rozbiciu obozu. Kadra dowódcza byłaby tam wtedy potrzebna i pożyteczna. Obóz leżał blisko Krakowa, czas miał duże znaczenie, walka o Oświęcim byłaby trudna. Ten wzgląd również przemawiał za skierowaniem tam Legionu Śląskiego. Gdyby Legion okazał się niepotrzebny w Oświęcimiu, miał być użyty do walki o Bielsko, gdzie przewidywano duże trudności ze względu na niemiecki charakter miasta. (…)

Zajrzyjmy jeszcze do Obwodu Myślenice, którego komendantem latem 1944 roku był ppor. Wincenty Horodyński – „Kościesza”. 11 lipca 1944 r. przystąpiono tam do budowy obozu polowego, który rozłożony był na północnym stoku Łysiny. Ogółem zbudowano w obozie na Łysinie pięć baraków. Powyżej tych baraków postawiono również na stałe ołtarz polowy, pobudowano latryny, a nawet ziemną mapę plastyczną dla celów szkoleniowych. Postawiono trzy ambony z posterunkami obserwacyjnymi na Łysinie i Kamienniku oraz rozciągnięto kablową sieć łączności. Ponadto istniały pod Kamiennikiem dwa barakowe magazyny sprzętu i skór zarekwirowanych w garbarni, a pod Chełmcem – park samochodowy.

Dla powstałego zgrupowania partyzanckiego przyjęło się stosować kryptonim „Łysina”, który funkcjonował wymiennie z kryptonimem „Kamiennik”. W szczytowym okresie rozwoju myślenickiego Obwodu AK „Murawa”, na początku września 1944 r., w skład zgrupowania wchodziło dziesięć oddziałów partyzanckich, liczących w sumie przeszło 400 ludzi. Oparciem w okolicy była dla niego terenówka, w skład której wchodziły trzy słabe bataliony: I batalion – Dobczyce, Raciechowice, II – Myślenice, Pcim, III – Wiśniowa, Węglówka. Szacunkowa liczba żołnierzy oddziałów terenowych wynosiła ok. 700 osób.

Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Legion Śląski AK” znajduje się na s. 3 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Legion Śląski AK” na s. 3 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Rysunek jest jak elektrokardiogram, zostawia ślad i jest niepowtarzalny, w przeciwieństwie do grafiki komputerowej

Powoli wracamy do rzeczy podstawowych, bo rodzi się swego rodzaju pustka. Te czasem gigantyczne rzeczy są bez ducha. I dlatego surrealizm jest sztuką, która nasyca widza czymś, co jest ponadczasowe.

Antoni Opaliński
Wojtek Siudmak

Jak Pan został artystą?

To proste pytanie, ale odpowiedź jest skomplikowana. To nie był żaden wybór, stałem się artystą, bo taki się urodziłem. Rysowałem wszystko, jak każde dziecko. Pamiętam moment, kiedy się zorientowałem, że inne dzieci bardzo się cieszą, jak coś narysuję. Stało się ze mną coś przedziwnego, pamiętam, że rysowałem łyżwiarkę na jednej nodze i nie mogłem narysować, więc zacząłem płakać. Pamiętam, że mama pogłaskała mnie po głowie, żebym się nie martwił, że to jest piękne… A ja odpychałem jej rękę, mówiąc, że to jest niedobre, i płakałem cały czas. Właśnie ten fakt, że takie małe dziecko wie, co jest niedobre, świadczył o pragnieniu doskonałości, większej zręczności… (…)

Złoty jeździec. Fot. z archiwum autora

Czy we współczesnej sztuce jest miejsce na metafizykę, na Boga?

Jest. Staram się znaleźć to miejsce. Być może my teraz możemy ująć to w sposób dużo bardziej filozoficzny niż kiedyś. Staram się zrealizować coś, co było wizją metafizyczną. Nie możemy wyobrazić sobie Boga, więc staram się wyobrazić Go na swój sposób, ale wychodząc ze standardowych barier. To nie jest proste, ale uważam, że należy zmierzyć się z tym tematem. Zrobiłem kilka obrazów. Nie jestem z nich zadowolony, chociaż jeden objechał w internecie cały świat i jest reprodukowany na prawo i lewo. To jest Bóg, który reprezentuje kosmos. Jest niewidomy, ponieważ jego oczy są również kosmosem. To skomplikowane, ale myślę, że jest w tym wiele prawdy. (…)

Były epoki, kiedy artyści – jak w średniowieczu – pozostawali anonimowi; były takie, kiedy wynoszono ich na piedestał, i takie, kiedy musieli zabiegać o łaskę tronu. A jaka jest dziś kondycja artysty w świecie zachodnim?

Myślę, że powoli wracamy do rzeczy podstawowych, bo rodzi się swego rodzaju pustka. Te wielkie, czasem gigantyczne rzeczy są bez ducha. I dlatego surrealizm jest tą sztuką, która nasyca widza czymś, co jest ponadczasowe, bogactwem intelektualnym i artystycznym. A mnie nade wszystko interesują dwie rzeczy: zawartość intelektualna, ale również to, co mamy tak bardzo unikalnego – gest artystyczny, ślad. Interesuje mnie w rysunku to, że jest trochę nieudolny, że jest inny od tego, co proponuje technika komputerowa, gdzie wszystko jest wyczyszczone i gdzie nie ma tego śladu. Rysunek jest troszeczkę jak elektrokardiogram, który bezpośrednio zostawia ślad na papierze i to jest niepowtarzalne. Rysunek staje się coraz bardziej interesujący dla kolekcjonera, ponieważ to jest rzecz unikalna. Natomiast próby, takie nieco brutalne, rysowania przy pomocy technik komputerowych – jest dużo wariacji na ten temat – jak się dobrze przypatrzymy, to one są puste. Są jakieś wariacje na temat koloru, na temat form, jest dużo pokrzykiwania, ale jakie jest przesłanie, ślad artysty? Słabością tego wszystkiego jest powierzchowność. (…)

Wieczna Miłość. Fot. z archiwum autora

Jak wygląda Pana pracownia?

Całkowicie banalnie. Jest wielki stół, na którym rysuję, jest kilka sztalug, na których maluję. Są ołówki i farby – i koniec. Czasem, jak mogę, słucham Chopina, czasem rock’n’rolla, żeby się obudzić. Ale nie ma żadnego wspomagania komputerem, ja tego nie chcę. A dlaczego nie chcę? Jak komputery zaczęły wchodzić w życie w latach 70., w Paryżu w Palais de Tokyo była pierwsza taka gigantyczna maszyna. Konstruktorzy – chyba IBM – zapraszali artystów, żeby zaczęli na tym pracować. Zobaczyłem, co to nam daje… że ta maszyna zżera naszą osobowość. Możemy rysować na jakiejś płytce, potem możemy to odbić… No dobrze, ale to nie jest to. Sztuka jest właśnie takim niezdarnym śladem, który właśnie dlatego jest taki cenny. Jak zostanie przetrawiony przez technologię, to zatracamy to. Poza tym jest nietrwały, trzeba go dopiero wydrukować. Francuski etnolog Claude Levi-Strauss, który zresztą pisał bardzo piękne analizy na temat sztuki, zwracał uwagę swoim studentom, żeby każde znalezisko było rysowane. Zastanawiałem się, dlaczego on nie mówi im, żeby fotografowali ze wszystkich stron. Chodziło o to, że rysując, poznajemy strukturę przedmiotu, wyobrażamy go sobie i notujemy w pamięci. Nowoczesne techniki niestety nie pozwalają nam zanotować w mózgu tego wszystkiego. Poznanie staje się bardzo powierzchowne.

Myślę, że trzeba zwrócić na to uwagę teraz, kiedy dzieci siedzą ciągle przy telefonach, przy komputerach i cały czas poświęcają na stukanie jednym palcem, ale nikt nie rysuje i nic się nie utrwala. Rysunek i pisanie są tymi gestami, które pozwalają nam utrwalić obserwację. Dziś przede wszystkim nie obserwuje się. (…)

W Polsce jest Pan znany także z inicjatyw związanych z upamiętnieniem wojennej tragedii Wielunia, Pana rodzinnego miasta. Z tym łączy się idea Nagrody Pokoju „Wieczna Miłość”.

Nagroda Pokoju jest częścią Światowego Projektu Pokoju. Dlaczego ją stworzyłem? Przez całe życie mojego brata patrzyłem na jego cierpienie. Niemcy zrzucali w Wieluniu również bomby chemiczne – przez długi czas nie wiedzieliśmy o tym. Te bomby wyrządziły duże szkody w systemach nerwowych dzieci, także wśród moich braci. Przez wiele lat patrzyłem na powolne umieranie mojego brata. Jeszcze kiedy byłem dzieckiem, obiecałem sobie, że nie zapomnę o tym, że coś zrobię. W latach osiemdziesiątych powstał obraz „Wieczna Miłość”. Później dążyłem do tego, aby na tej bazie zrobić rzeźbę, która nazywa się tak samo. Ona ma przypominać, że zabito w nas piękno, harmonię i dzieciństwo.

Cały wywiad Antoniego Opalińskiego z Wojtkiem Siudmakiem pt. „Kiedy przestaniemy rysować i pisać, staniemy się robotami” znajduje się na s. 10–11 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z Wojtkiem Siudmakiem pt. „Kiedy przestaniemy rysować i pisać, staniemy się robotami” na s. 10–11 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Podpis prezydenta pod ustawą o IPN zostawia pole do ataków na Polaków, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Gdyby nie otwarcie tej podrzuconej nam puszki Pandory, to nieporuszeni bezczelnością zarzutów ostatni świadkowie tamtych dni, nie chcąc rozgrzebywać starych ran, zabraliby swą wiedzę do grobu.

Antoni Ścieszka

Ja zaś nie zmobilizowałbym się do oddania do druku poniższych fragmentów z rękopisu pamiętnika Stanisława Ursyna-Niemcewicza, ziemianina urodzonego na Białorusi jeszcze w XIX w. (dożył lat siedemdziesiątych XX w). W swych zapiskach porusza między innymi problem stosunków polsko-żydowskich, nie bez racji diagnozując przyczyny niechęci narosłych pod zaborami i potem. Przed zaborami, jak zauważył premier Mazowiecki (przemówienie w Chełmie), Żydzi byli już na tyle zintegrowani z Polską, że bronili jej jak swojej ojczyzny. Oto w oryginale opinia St. Niemcewicza odpowiadająca na pytanie zawarte w tytule.

Drugim po cerkwi śmiertelnym wrogiem polskości na Kresach byli żydzi. Duszą i ciałem oddani Moskwie, stali się najlepszym czynnikiem rusyfikatorskim. Z chłopem białoruskim mówili tylko po rosyjsku, a bogaci żydzi z dumą głosili – „u nas ruskij dom”. Ten ich oportunizm, a także chciwość i oszustwa sprawiały, że byli oni ogólnie nielubiani, a nawet stało się to powodem nienawiści tym bardziej, że ekonomicznie gnębili ludność. Ludność miejscowa była przeważnie niepiśmienna, tymczasem każdy żyd przeszedł szkołę żydowską – tzw. cheder – i umiał czytać i pisać.

Nie mając prawa stałego pobytu w Rosji [taki był ukaz cara], zaleli swoim elementem Królestwo [rdzenną Polskę], Litwę i Ukrainę, monopolizując cały drobny i wielki handel i większą część rzemiosła. Żydów – tak zwanych „asymilatorów”, to jest uważających się za Polaków wyznania izraelskiego – było niezmiernie mało. Na zwyż 3 miliony żydów, liczono około 10 tysięcy asymilatorów, pomimo że duża ich część mieszkała od setek lat w Polsce. I tak: żydzi w Polsce i na Litwie uważali się za Rosjan, żydzi w poznańskiem – za Niemców itp. Nie tylko byli oni oportunistami, ale gorliwie w dziedzinie wynarodowienia pracowali. (…)

Antysemityzm polski nie był antysemityzmem (w pełnym tego słowa znaczeniu), a zwykłą obroną przed zalewem i wynarodowieniem. Biada Polakowi, który zakładał sklepik na Kresach. Natychmiast gmina żydowska nakazywała współwyznawcom opuścić ceny towarów poniżej ich wartości. Straty pokrywała gmina do chwili zlikwidowania polskiego handlarza. Wówczas ceny się znacznie podnosiły i handel żydowski pokrywał straty z nadwyżką. Jedynie wędliniarze mogli egzystować, bo ubój wieprzy był żydom przez Zakon zakazany. Solidarność żydowska nie dopuszczała chrześcijan do handlu i tu można o dyskryminacji rasowej mówić.

W literaturze zachodniej roi się od opisów pogromów w Polsce i na Litwie. Tymczasem pogromy prawdziwe miały miejsce jedynie na Ukrainie. Był wprawdzie pogrom w Białymstoku, ale urządzony (dosłownie) przez władze rosyjskie i przy pomocy wypuszczonych z więzień złoczyńców. Jeśli krew się w Wilnie polała, to była to krew zabitego przez żydów studenta. (…)

Straszliwa kara spotkała żydostwo z rąk zbirów hitlerowskich, ale nie zdołała im oczu otworzyć. Ich oddanie w Polsce podbitej komunizmowi, ich znęcanie się nad patriotami i AK-owcami – wkrótce owoce przyniosło; komuniści polscy zmusili do opuszczenia Polski [1968 r.] resztę pozostałych żydów. I dziś nadal oskarżają i szkalują Polskę i Polaków. Oskarżają kościół i papieża [Piusa XII-go] o współdziałanie z hitlerowcami. Równocześnie daje się zauważyć dziwny fenomen – starzy żydzi za granicą tęsknią do Polski, młodzi zieją nienawiścią do wszystkiego co polskie. Sympatia do Niemiec nie zmalała mimo mordowni hitlerowskiej, ale braku praw towarzyskich – żydzi nam nie darowali i nie darują.

Zwraca uwagę pisanie 'Żyd’ z małej litery, ale tak też pisał J. Baczyński w wydanych w 1910 r. „Dziejach Polski”. Podobnie Romów nazywano cyganami; dziś prawdziwych cyganów już nie ma – jak głosi piosenka. Tuż po wojnie, nawet w urzędowych dokumentach figurują… niemcy (wiadomo, jaki był powód przejściowej degradacji). W wymienionych trzech przykładach takiej pisowni nie należy doszukiwać się szowinizmu. (…)

Nie ma istotnych różnic, na podstawie których można by segregować obywateli naszego kraju. Jesteśmy udaną mieszanką narodowościową, bo osadzoną nie gdzieś w kątku Europy, ale w najbardziej centralnym i przelotowym jej miejscu. Stąd może najwięcej szaroburych i kasztanowatych szatynów – mieszanki brunetów, blondynów i rudych, oraz ładnych, oryginalnych, pięknookich kobiet. Stąd może najwięcej ludzi zdolnych, dumnych aż do zadziorności, zróżnicowanych aż do kłótliwości. Stąd może u nas i żydowskie talenta, skutkujące postrzeganiem za granicą Polaka jako wyróżniającego się pomysłowością i zaradnością.

Cały artykuł Antoniego Ścieszki pt. „Czego nam Żydzi nie darowali i nie darują?” znajduje się na s. 7 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Antoniego Ścieszki pt. „Czego nam Żydzi nie darowali i nie darują?” na s.7 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Znaczenie imienia Opiekuna Jezusa, którego święto obchodzimy 19 marca, jest wyrazem życzenia: „Niech Bóg doda dóbr”

Święty Józef to skuteczny orędownik ojców, matek oczekujących potomstwa, rodzin, narzeczonych, sierot, robotników, stolarzy i cieśli, drwali, ubogich, ekonomistów, uciekinierów i dobrej śmierci.

Barbara Maria Czernecka

Wspominają o nim dwie Ewangelie: według Świętego Mateusza i Świętego Łukasza. Niestety na kartach Biblii nie zachowało się ani jedno wypowiedziane przez Józefa słowo. Jest on więc dla nas Świętym milczącym, pokornie pełniącym Bożą wolę. Co o nim wiadomo?

Wywodził się z narodu izraelskiego, w prostej linii od żydowskiego Króla Dawida. Od sławnego przodka dzieliło go kilkadziesiąt pokoleń, czyli około tysiąc lat historii. Na przestrzeni tylu wieków królewskie pochodzenie stało się już tylko sentymentalnym wspomnieniem, a nie źródłem korzyści czy zaszczytów. W czasach Józefa władzę w Judei sprawowali królowie z dynastii herodiańskiej jako namiestnicy Cesarstwa Rzymskiego. On sam zaś był traktowany na równi ze wszystkimi swoimi rodakami. (…)

Fot. A. Czernecki

Święty Józef patronuje wielu kaplicom, kościołom, parafiom, diecezjom, regionom, miastom i krajom, a nawet kontynentom. Znany jest powszechnie jako skuteczny orędownik ojców, matek oczekujących potomstwa, rodzin, narzeczonych, sierot, pracujących, robotników, stolarzy i cieśli, drwali, rękodzielników, ubogich, ekonomistów, uciekinierów i dobrej śmierci. Swoją protekcją szczególnie obejmuje cały Kościół katolicki. Jego opiekunem ustanowił go papież Błogosławiony Pius IX w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia 1870 roku (już po zdobyciu Rzymu przez wojska włoskie i zawieszeniu obrad Soboru Watykańskiego I).

Jedna z papieskich adhortacji Świętego Jana Pawła II, „Redemptoris Custos”, co znaczy „Stróż Zbawiciela”, jest poświęcona roli św. Józefa w życiu Chrystusa i Kościoła. Papież Franciszek zaś, na czas od pierwszej niedzieli Adwentu 2017 do Uroczystości Objawienia Pańskiego 2019 roku, ogłosił Nadzwyczajny Rok Świętego Józefa Kaliskiego, związany z naszym narodowym sanktuarium w Kaliszu, najstarszym polskim mieście. Kalisz jest, po oratorium ku czci św. Józefa w kanadyjskim Montrealu, największym ośrodkiem kultu tego Świętego.

Święty Józef w sztuce jest najczęściej przedstawiany w scenach rodzajowych Świętej Rodziny, jako troskliwy opiekun Dzieciątka Jezus i z atrybutami jego zawodu postaci stolarskich narzędzi pracy: młotka, hebla, piły; a także z podróżną laską. W ikonografii wyróżnia go zwłaszcza biała lilia, będąca symbolem czystości.

Na Śląsku z dniem wspomnienia Świętego Józefa była niegdyś związana piękna tradycja, której cel był dwojaki: wiosenne przystrojenie domu oraz wyróżnienie niewinności młodzieńczych serc. Otóż 19 marca sadzono szczepkę mirtu do donicy. Potem przykrywano ją odwróconą szklanką na sześć tygodni, aby dobrze się zakorzeniła. Nawiązując do wspomnienia Świętego Oblubieńca Matki Bożej, kilka uwag poświęcimy owemu zwyczajowi.

Cały artykuł Barbary M. Czerneckiej pt. „Święty Józef” znajduje się na s. 10 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Barbary M. Czerneckiej pt. „Święty Józef” na s. 10 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Wystąpienie Barbary Bubuli na konferencji CMWP SDP nt. własności mediów w Polsce / „Wielkopolski Kurier WNET” 45/2018

Szkód dokonanych przez 27 lat – słabości dostępu do rynku medialnego grup światopoglądowych związanych z prawicą, konserwatywnych, chrześcijańskich, katolickich w Polsce, nie można odrobić w dwa lata.

Barbara Bubula

Media a sposób myślenia obywateli

Dziękuję za zaproszenie na tę bardzo interesującą konferencję. Chciałabym od razu uczynić zastrzeżenie: chociaż nie wypieram się, że jestem posłanką Rzeczypospolitej, i to posłanką Prawa i Sprawiedliwości, to jednak to, co tutaj będę mówić, mówię jako ekspert, od wielu lat wykładowca ekonomiki mediów na Uniwersytecie Jana Pawła II w Krakowie, a nie jako przedstawiciel rządu czy partii Prawo i Sprawiedliwość. (…)

Nawiązując do tego bardzo interesującego materiału, który otrzymaliśmy (chodzi o opracowanie „O własności mediów w Polsce” przygotowane w CMWP SDP – przyp. JH) pozwolę sobie w 10 punktach króciutko skomentować czy uzupełnić to, co autorzy tego opracowania nam przedstawili.

Po pierwsze i najważniejsze, na podstawie mojej wiedzy, mojego wieloletniego doświadczenia i obserwacji tego, co dzieje się nie tylko w Polsce, ale i za granicą, brakuje nam do tej pory pogłębionych badań i dyskusji nad nimi w zakresie nie tyle ilościowej, jeśli chodzi o tytuły czy nawet pewną strukturę własnościową, ale badań dotyczących wpływu mediów na opinię publiczną. Pojęcie opinii publicznej jest medioznawcom znane. Chodzi o wpływ na sposób myślenia obywateli, na ich deklaracje polityczne, na ich sposób dokonywania wyboru władz; o grupy nacisku wpływające na podejmowanie poszczególnych decyzji.

W innych krajach, tam, gdzie prowadzi się wieloletni monitoring wpływu mediów, badane jest bardzo szczegółowo, z jakich źródeł wyborcy czerpią informacje polityczne krajowe i międzynarodowe i co wpływa na ich decyzje polityczne; czy zmienili je podczas ostatnich wyborów i pod wpływem jakich mediów.

U nas niestety to jest w bardzo szczątkowej postaci, bardzo brakuje jakościowego badania o tym, jaki jest wpływ poszczególnych mediów na opinię publiczną. To się nie pokrywa z wpływem ekonomicznym. W tym gronie nie muszę mówić, że wpływ tabloidu na środowiska opiniotwórcze jest dużo mniejszy niż wpływ opiniotwórczej gazety czy opiniotwórczego radia.

Punkt drugi. Brakuje nam, nie tylko w analizie, którą nam przedstawiono, ale również w całym obiegu informacji w Polsce, analizy wszystkich elementów medialnego łańcucha wartości i wzajemnego wpływu na siebie tych elementów. Podam pierwszy z brzegu przykład, można powiedzieć „na czasie” – mianowicie monopolizacja po stronie produkcji materiału źródłowego, np. praw do transmisji igrzysk olimpijskich czy innych wydarzeń sportowych, połączona z całym łańcuchem dystrybucji tych treści, czyli posiadaniem kanałów telewizyjnych i na końcu listą klientów, którzy będą płacić za dostarczanie tych treści.

To jest element bardzo mocno w dyskusji publicznej zaniedbany u nas, rzeczywiście nie analizuje się, także w obiegu eksperckim, tego, jaki ma wpływ to, że ktoś posiada cały „łańcuch pokarmowy” w mediach, począwszy od praw do treści, które są w tych mediach prezentowane (czy to będzie transmisja z igrzysk olimpijskich, czy prawa do jakiegoś formatu rozrywkowego w telewizji), i na końcu, czy ma listę klientów, którym to sprzeda.

I widać wyraźnie na polskim rynku, że są na nim tacy gracze – nie mówię nawet o narodowości – ale tacy, którzy dokładnie wiedzą, o co chodzi, np. Discovery i TVN. Discovery posiada płatny kanał sportowy Eurosport o zasięgu międzynarodowym i uzyskujący w tej chwili, na skutek fuzji z właścicielem TVN-u, prawa do kanału otwartego właśnie w postaci TVN-u, prawa również do redystrybucji tego sygnału na innym polu od dotychczas posiadanego. I to oznacza oczywiście zepchnięcie do narożnika nadawcy publicznego, czyli Telewizji Polskiej, nadawcy, który do tej pory ma kanał otwarty i możliwość prawa dystrybucji sygnału z wielkich wydarzeń sportowych, a teraz traci w pewnym sensie swoją przewagę konkurencyjną na rzecz prywatnego, międzynarodowego nadawcy o o wiele większej sile biznesowej, ponieważ posiadającego ogromny kapitał, którym może przelicytować każdą stację tego typu jak Telewizja Polska w uzyskiwaniu praw do transmisji.

Po trzecie – to się wiąże z punktem drugim – kwestia właściwości polskiego Urzędu Antymonopolowego w przypadku fuzji, zakupów, łączenia różnych elementów rynku medialnego. Polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów został pozbawiony prawa decyzji w sprawie fuzji Discovery z TVN-em na rzecz Komisji Europejskiej, która orzekła, że to ona jest właściwa do rozstrzygnięcia, czy wolno było zakupić międzynarodowemu potentatowi stację telewizyjną posiadającą tak szeroki dostęp do widzów w Polsce w kanałach otwartych, zasięg na otwartych multipleksach cyfrowych. To świadczy o tym, że jest tutaj bardzo poważny problem, taki, że nawet gdybyśmy chcieli wprowadzać u nas jakieś ograniczenia rozszerzające pluralizm mediów w naszym kraju, ograniczające kolonizację naszego rynku medialnego przez zewnętrznych, międzynarodowych graczy o sile rażenia ekonomicznego wielokrotnie większej od tych, którzy są osadzeni na naszym rynku, czy tych, którzy należą do narodu polskiego czy państwa polskiego, jakim są media publiczne – to jesteśmy w sytuacji dużej trudności prawnej, międzynarodowej, widocznej właśnie w tym międzynarodowym precedensie, który został teraz ujawniony.

Po czwarte – polskie przepisy w tym względzie, czyli tzw. ustawa dekoncentracyjna czy repolonizacyjna, o której się dyskutuje od dwóch lat i której od lat jestem rzecznikiem i zwolennikiem. Uważam, że brak takich przepisów w polskim systemie prawnym od ponad 20 lat to jest poważne ograniczenie naszej zdolności do samodzielnego kształtowania naszej polityki wewnętrznej i międzynarodowej.

Te szerokie reperkusje prawne, polityczne i międzynarodowe ujawniają się na innych polach. Choćby kwestia nowelizacji ustawy o IPN-ie i w jej kontekście ustawy reprywatyzacyjnej pokazują, że ewentualna ustawa o dekoncentracji mediów może się spotkać z dokładnie taką samą, o ile nie silniejszą reakcją, która może spowodować różnego rodzaju perturbacje

Stąd proszę się nie dziwić ostrożności, bardzo dyplomatycznemu rozgrywaniu tej sprawy. Ja nie jestem upoważniona do tego, żeby reprezentować tutaj zdanie rządu czy partii Prawo i Sprawiedliwość, ale musimy sobie zdawać sprawę z tego kontekstu, który teraz Państwo widzą na własne oczy, jaki ma miejsce w przypadku zmiany ustawy o IPN.

Po piąte. Szkód poczynionych przez 27 lat, można powiedzieć: nierówności dostępu do rynku medialnego poszczególnych grup światopoglądowych w Polsce, nie da się odrobić w dwa lata. To jest materia, można powiedzieć, o charakterze organicznym, tzn. tego się nie da zadekretować. Cały świat medialny, który został w ciągu 27 lat ukształtowany z taką właśnie dysproporcją, polegającą na słabości środowisk medialnych związanych z prawicą, konserwatystami, chrześcijańskimi czy katolickimi środowiskami, to jest sytuacja, w której odrobienie tego rodzaju strat w ciągu dwóch lat, jakie mają miejsce od roku 2015 z niewielkim odkładem, jest po prostu niemożliwe.

Musimy sobie zdawać sprawę, że dodatkowo na to nakładają się inne czynniki, wzmacniające silnych, a osłabiające jeszcze bardziej tych słabych. Postępująca globalizacja i wzmacnianie ekonomiczne mediów o szerszym zasięgu powoduje, że osłabiane są i tak słabe już media o charakterze, powiedzmy, niezależnym, prawicowym czy konserwatywnym.

Po szóste, poczynione w ciągu ostatnich 27 lat szkody, których nie da się szybko odrobić, dotyczą także kompetencji medialnych polskiego społeczeństwa. Jesteśmy społeczeństwem słabo poinformowanym, które rzadko korzysta z gazet, mamy bardzo niskie czytelnictwo gazet, bardzo niski udział w korzystaniu z mediów o pogłębionym charakterze.

To jest zjawisko, bardzo groźne, nie ze względu na to, kto rządzi, tylko groźne ze względu na suwerenność polskiej opinii publicznej. Jeśli nie ma odbiorcy, który chce korzystać z takich mediów, który byłby tym naturalnym podłożem, na którym funkcjonują dobre media, dziennikarze, także śledczy, którzy kontrolują władze; dziennikarze, których stać na to, żeby nad pogłębionym reportażem popracować dwa miesiące; właściciel, który się czuje niezależny od reklamodawców na tyle, że nie będzie musiał od nich uzależniać treści, które prezentuje np. na swoim portalu internetowym – to problem jest bardzo poważny.

Jeżeli Polacy nie chcą płacić na media, nie płacą np. abonamentu telewizyjnego, nie kupują gazet, tygodników, miesięczników, nie wyobrażają sobie tego, że za dobrą informację trzeba dobrze zapłacić, a w dużej części u nas nie uświadamiają sobie tego nawet elity, w przeciwieństwie do innych krajów – to mamy do czynienia z problemem, który jest bardzo poważny i nie dotyczy tylko jednych czy drugich takich samych światopoglądowo mediów, ale również dotyczy tego, jak silne, jak odporne na różnego rodzaju zabiegi kolonizujące naszą przestrzeń medialną jest nasze społeczeństwo, nasza wspólnota narodowa.

W związku z tym słabe wychowanie obywatelskie i słabe zainteresowanie kulturą, i tabloidyzacja mediów – to jest nasza pięta Achillesowa; i brak wychowania do wspólnoty, odbudowania tej wspólnoty, to jest problem, nad którym się trzeba bardzo mocno zastanawiać, nie tylko tutaj, ale również w innych środowiskach.

Po siódme – to jest też ważne – że siła wyborców szeroko rozumianej prawicy, mogę to powiedzieć jako posłanka Prawa i Sprawiedliwości, jest dużo niższa niż siła wyborców o poglądach lewicowych czy liberalnych. To ma znaczenie dla mediów, dlatego że zawsze kultura, dostęp do mediów, chęć zapłacenia za dobrą informację jest na dalszym miejscu w każdym budżecie konkretnego obywatela niż czynsz czy bieżące rachunki. To jest prawda oczywista, ale bardzo słabo uświadamiana, że baza ekonomiczna ludzi o poglądach niekoniecznie związanych z głównym nurtem dominującym przez 27 lat jest słaba.

Wreszcie po ósme, i to też się wiąże z tym, co powiedziałam wcześniej – to jest słabość struktur państwa. My nie mamy wypracowanego mechanizmu polegającego na tym, że mielibyśmy silne, odpowiednio finansowane media publiczne, ale również silny, dobrze finansowany i dobrze wyposażony w ekspertów Urząd Antymonopolowy, który mógłby reagować, i równie silne oprzyrządowanie eksperckie tych instytucji, które mają czuwać nad równością dostępu do mediów i nad rzetelnością prezentowanych przez nie informacji. To też jest bardzo poważny problem, na który trzeba zwracać uwagę.

Po dziewiąte – powstaje bardzo negatywny efekt synergii pomiędzy wielkimi reklamodawcami o charakterze międzynarodowym a strukturą mediów w każdym kraju.

To jest obserwowane nie tylko w Polsce, ale w Polsce szczególnie. Duzi wspierają dużych, międzynarodowych, w związku z tym zanik mediów lokalnych, słaba możliwość funkcjonowania ich w ogóle, coraz to dalej idąca koncentracja na tym, co w centrali, co w Warszawie, albo jeszcze lepiej, na arenie międzynarodowej, a nie tym, co w Olkuszu, Rawie Mazowieckiej czy Jeleniej Górze. To jest poważny, bardzo negatywny efekt synergii.

I ostatni punkt tego, co chcę powiedzieć. Wszystko to sprawia, że otoczenie polityczne i warunki zewnętrze nie sprzyjają uregulowaniu kwestii własności. I nie tylko zagraniczni, ale i krajowi potentaci, którzy zyskują na tym fakcie, obejmują wszystkie elementy medialnego łańcucha wartości, praw do treści, poprzez pakietowanie i wprowadzanie wręcz na listę klientów – patrz Polsat, który właśnie kupił kolejny element swojego pakietu klientów poprzez zakup Netii; czyli produkujemy, pakietujemy i sprzedajemy i mamy listę klientów, o których wiemy wszystko: jakie produkty kupują do tej pory, więc łatwo możemy im sprzedać dodatkowe elementy.

Podsumowując: dyskusja i wiedza o tym jest potrzebna, potrzebne są badania i w kolejnych elementach uzupełnianie wiedzy na ten temat. Potrzebne jest też budowanie wsparcia eksperckiego i społecznego, tego, co Feliks Koneczny nazywał siłą społeczną do zbudowania mocniejszej podstawy dla mediów, czyli pogłębiania kompetencji i świadomości roli mediów ze strony naszych obywateli, także tych słabszych ekonomicznie, którzy do tej pory nie doceniali tego, jak ważne jest to, że istnieje bardzo ścisły związek między tym, czy kupił gazetę, czy potem będzie miał dostęp do właściwej informacji. Ja trochę upraszczam, ale to dotyczy również kliknięcia w konkretną stronę internetową czy ustawienia strony internetowej w swoim tablecie.

Wystąpienie Barbary Bubuli na konferencji CMWP SDP „O własności mediów w Polsce” znajduje się na s. 4 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wystąpienie Barbary Bubuli na konferencji CMWP SDP „O własności mediów w Polsce” na s.4 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

O własności mediów w Polsce / Konferencja CMWP SDP / Jolanta Hajdasz, „Wielkopolski Kurier WNET” 45/2018

Wiedza na ten temat jest potrzebna nie tylko odbiorcom mediów, ale także tym, którzy w mediach, dla mediów i z mediami pracują, i na których pracę i działalność media wywierają wpływ.

Jolanta Hajdasz

O własności mediów w Polsce

Ważny temat, a brakuje opracowań; konieczny jest monitoring własności mediów, by naprawiać błędy popełnione w przeszłości i by przeciwdziałać koncentracji środków masowego komunikowania – to najważniejsze wnioski z konferencji zorganizowanej przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jaka odbyła się 12 lutego 2018 w Domu Dziennikarza SDP w Warszawie. Wzięło w niej udział blisko 100 dziennikarzy reprezentujących największe media w Polsce, medioznawców i osób pracujących w środkach masowego komunikowania.

Na konferencji została zaprezentowana i bardzo dobrze przyjęta przez uczestników konferencji przygotowana w CMWP SDP publikacja pt. „Struktura własności mediów w Polsce. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska”. Przygotowanych dla uczestników konferencji papierowych wydań opracowania (100 egzemplarzy) zabrakło jeszcze przed rozpoczęciem spotkania.

Na sali panował wyjątkowy pluralizm. Obok Doroty Kani z „Gazety Polskiej” można było też zobaczyć Jacka Żakowskiego z „Gazety Wyborczej”, temat wzbudza bowiem emocje (choć zapewne z całkowicie odmiennych powodów) wśród wszystkich stron politycznego sporu. W konferencji wzięli udział przedstawiciele najważniejszych medialnych instytucji w Polsce – Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Krzysztof Czabański, przewodniczący Rady Mediów Narodowych. W dyskusji panelowej wypowiedzieli się m.in. Barbara Bubula, posłanka PiS, Teresa Bochwic, członek KRRiT, i Wojciech Reszczyński, publicysta, członek SDP. Całość prowadził Krzysztof Skowroński, prezes SDP.

Autorzy publikacji pt. „Struktura własności mediów w Polsce” to dr Monika Szetela – absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie oraz Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, aktualnie kierownik Zakładu Komunikacji Społecznej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, mgr Karolina Piech – absolwentka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i WSKSiM w Toruniu i mgr Maciej Piech – absolwent UMK i WSKSiM w Toruniu. Opiekę naukowo-redakcyjną nad całością sprawowała dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, absolwentka i dr nauk humanistycznych Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, wykładowca Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu.

Media mają narodowość

Temat własności mediów powrócił do dyskursu publicznego ze zdwojoną siłą za sprawą Marka Dekana, szefa niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego Ringier Axel Springer (RAS). W połowie marca 2017 r. Dekan wystosował list do dziennikarzy pracujących dla RAS w Polsce, w którym, odnosząc się do wydarzeń politycznych na szczeblu europejskim (reelekcji Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej), napisał: „podpowiedzmy im, co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu. Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń”.

List wzbudził żywą reakcję po każdej ze stron politycznego sporu. Kilka dni później, 19 marca 2017 r., w programie „Woronicza 17” emitowanym na antenie TVP Info, poseł Patryk Jaki, odnosząc się do listu Dekana, powiedział: „Dziennikarze są ważnym składnikiem państwowości polskiej. (…) Właściciel niemiecki co tydzień, jak się okazało, wysyła list i mówi Polakom, co mają myśleć, w jaki sposób mają działać. To jest traktowanie Polaków przedmiotowo, jak takie pacynki, które mają myśleć to, co Niemcy sobie zażyczą. Ale to, co ważniejsze, to ta szersza perspektywa (…) jest kilka najważniejszych składników suwerenności każdego państwa. Państwo, które chce być suwerenne, musi mieć swoje, polskie wojsko, musi mieć polskie banki, musi mieć polską infrastrukturę, musi mieć polskie surowce, ale przede wszystkim musi mieć polskie media i dopiero wtedy możemy mówić o pełnowymiarowości państwa. Jeżeli tak nie jest, każde państwo będzie słabsze. Widzieliśmy to na Ukrainie, gdzie część mediów nie należała do państwa i kiedy nowo formujące się armie ukraińskie szły na front, część osób zdezerterowała, bo słyszała inne informacje od właścicieli mediów rosyjskich”.

Jednak to, co najważniejsze w kwestii własności mediów, celnie ujęła występująca także w tym programie Barbara Fedyszak-Radziejowska: „Klucz do tego, co jest zawarte w tym liście, nie polega na tym, że kapitał ma narodowość, tylko że ma poglądy. (…) Jeśli »własność« ma poglądy (…) to znaczy, że »własność« może w ogromnym stopniu formować stan świadomości, postawy polityczne danego społeczeństwa, i wtedy mamy do czynienia z zakłóceniem demokracji, dlatego że jest to w gruncie rzeczy instrument, w którym »własność« decyduje o poglądach obywateli, a nie rywalizacja polityczna, wybory i możliwość konfrontacji różnych poglądów. Z tego punktu widzenia ten problem jest realny i prawdziwy”. To spostrzeżenie Barbary Fedyszak-Radziejowskiej stanowi w dużej mierze uzasadnienie podjęcia tego tematu.

Kto ma media, ten ma władzę

To popularne twierdzenie można potraktować lekceważąco i włożyć do kategorii „mitologia współczesnych mediów”, bo przecież w dobie wszechwładnego internetu nie ma jednego podmiotu „posiadającego media”, a co za tym idzie „władzę”, ale problem jest o wiele poważniejszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Coraz częściej przy okazji kolejnych kryzysów polityczno-społecznych powraca retoryczne pytanie o rolę, jaką odgrywają w nich konkretne media i osoby mające na nie największy (jeśli nie jedyny) wpływ, a takimi są właśnie właściciele tych mediów.

Każdy czytelnik, widz, słuchacz czy internauta może sobie oczywiście indywidualnie odpowiedzieć, w czyich rękach są media, które czyta, słucha czy ogląda, ale potrzebuje do tego dostępu do sieci, sporej ilości czasu i wiedzy, jak się w tym skomplikowanym świecie wzajemnych biznesowych powiązań poruszać. Znalezienie więc odpowiedzi na pytanie badawcze „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” staje się nierzadko zadaniem, na którego wykonanie mało kto ma ochotę. Tymczasem wiedza na ten temat jest potrzebna nie tylko odbiorcom mediów, ale także tym, którzy w mediach, dla mediów i z mediami pracują, i na których pracę i działalność media wywierają wpływ.

Gdy zastanowimy się nad tym problemem głębiej, zapewne dojedziemy do wniosku, że nie ma dziedziny życia publicznego, w którym media nie odgrywałyby jakiejś roli i o wiele częściej, niż nam się to wydaje, jest to rola fundamentalna, kluczowa w konkretnym wydarzeniu i działaniu.

Nie ma w Polsce jednolitego, przygotowywanego profesjonalnie, z zastosowaniem narzędzi wykorzystywanych w nauce o mediach opracowania, które odpowiadałoby na to proste pytanie o właścicieli mediów działających na terenie Polski. Dlatego podjęliśmy próbę znalezienia na nie odpowiedzi. Problemem badawczym konferencji pt. „Własność mediów w Polsce. cz. I. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska” stało się więc przedstawienie struktury własności mediów w Polsce (według stanu na maj 2017 r.). Rezultaty tej pracy są dostępne dla każdego na stronie www.cmwp.sdp.pl.

Wnioski, jakie płyną z przedstawionych w tym opracowaniu analiz, są jednoznaczne i potwierdzają codzienne obserwacje świadczące o tym, iż bardzo duża część środków masowego komunikowania w Polsce jest własnością podmiotów zagranicznych lub podmiotów, w których ze względu na skomplikowaną strukturę wzajemnych powiązań firm i koncernów trudno wskazać rzeczywistego właściciela. Problem ten staje się bardzo istotny, gdy zestawimy te informacje o właścicielach mediów z ich wpływem i zasięgiem oddziaływania na opinię publiczną, mierzonymi np. liczbą udziałów w rynku reklamy czy ich pozycją wynikającą z wyników oglądalności, słuchalności czy liczby sprzedawanych egzemplarzy gazet. Te wnioski mogą być niepokojące.

Także z innych opracowań, m.in. przygotowywanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, wynika bowiem, iż w Polsce mamy realny problem z koncentracją własności mediów. Udział sześciu największych podmiotów na danym rynku mediów (w poszczególnych segmentach prasy, radia czy telewizji) przekracza nawet 60%, a więc jest to bardzo wysoki stopień koncentracji. Poziom ten może już zagrażać realizacji zasady wolnego słowa i pluralizmu mediów, fundamentalnej dla państw demokratycznych.

W ocenie CMWP SDP krokiem w kierunku przeciwdziałania tej sytuacji mogłoby się stać utworzenie ogólnopolskiego Krajowego Rejestru Mediów, w którym byłyby zgromadzone i łatwo dostępne informacje na temat działających na rynku środków masowego komunikowania i ich właścicieli. Nie zastąpi ono uregulowań ustawowych przeciwdziałających koncentracji, ale może je w prosty sposób wspierać. W rejestrze takim powinny się znaleźć nie tylko informacje o właścicielu, lokalizacji i siedzibie firmy, ale także o tym, gdzie dana firma jest zarejestrowana i gdzie płaci swoje podatki. Mógłby w nim znaleźć się także wykaz usług medialnych i podmiotów należących do jednego właściciela, a może nawet dane dotyczące jego przychodów i reklam. Opracowanie pt. „Własność mediów w Polsce. cz. I. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska” mogłoby stać się wstępem do realizacji w przyszłości przez CMWP SDP tej idei.

– Odpowiedź na pytanie badawcze „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” stała się bardzo istotna z punktu widzenia nie tylko szeroko rozumianych ludzi mediów, ale także, a może przede wszystkim, każdego obywatela naszego państwa” – powiedział Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Prezes SDP Krzysztof Skowroński podczas konferencji CMWP SDP | Fot. J. Hajdasz

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest najstarszą i najliczniejszą organizacją dziennikarską w Polsce. Ma za sobą m.in. tradycje udziału w próbach demokratyzacji w roku 1956 i w latach 1980–81, tradycje działalności w opozycji demokratycznej przed i po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Zawsze stara się wspierać dziennikarzy szukających poprzez wykonywanie swojego zawodu prawdy o otaczającym nas świecie. Nasze cele statutowe to m.in. dbałość o etykę zawodową dziennikarzy i ochrona ich praw. Cele te realizujemy m.in. poprzez prowadzenie analiz i ocen funkcjonowania mediów, wykonywania zawodu dziennikarza, upowszechniania informacji i przestrzegania praw i wolności obywatelskich. Temu służy utworzone przez SDP w 1996 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które umacnia wolność prasy i strzeże poszanowania fundamentalnej dla demokracji zasady wolności słowa.

Ten właśnie cel przyświecał nam, gdy podejmowaliśmy się realizacji najnowszego zadania – próby znalezienia odpowiedzi na pytanie „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” Temat ten wyszedł poza dyskurs czysto akademicki i biznesowy w marcu 2017 r., gdy szef niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego wystosował list do dziennikarzy pracujących dla jego wydawnictwa w Polsce, w którym, odnosząc się do wydarzeń politycznych na szczeblu europejskim (reelekcji Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej), napisał: „Podpowiedzmy im, co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu. Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń”. Zawarte w liście polecenie odebrano jako instrukcję polityczną, jak należy interpretować aktualną rzeczywistość. Co zrozumiałe – wzbudziło ono żywą reakcję po każdej ze stron politycznego sporu, dlatego odpowiedź na pytanie badawcze „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” stała się bardzo istotna z punktu widzenia nie tylko szeroko rozumianych ludzi mediów, ale także, a może przede wszystkim, każdego obywatela naszego państwa. Opracowanie pt. „Własność mediów w Polsce.cz. I. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska” jest naszą odpowiedzią na to pytanie. Wierzę, że stanie się ono początkiem prowadzenia przez CMWP SDP stałego monitoringu własności mediów w naszym kraju, byśmy zawsze wiedzieli, kto nas informuje, bawi, poucza i opisuje.

Kto ma media w Polsce?

Najwięcej, bo aż 21% tytułów na polskim rynku prasy, posiada Bauer Sp. z o.o. Spółka Komandytowa (kapitał niemiecki). Kolejnym wydawnictwem co do liczby posiadania periodyków – 9% – jest Burda Media Polska Sp. z o.o. (kapitał niemiecki). Następni są: Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. – 6% (kapitał niemiecko-szwajcarski), Edipresse Polska SA – 5% (kapitał szwajcarski). Tyle samo – 3% – posiada Agora SA – (80% kapitału należy do Polaków, 20% zaś do Amerykanów), Phoenix Press Sp. z o.o. Spółka Komandytowa (kapitał niemiecki) oraz Hearst Marquard Publishing Sp. z o.o. (kapitał szwajcarski). 2% prasy na polskim rynku należy do Egmont Polska (kapitał duński). 48% są to inne wydawnictwa, posiadające 2 i mniej tytułów. Większość polskiego rynku wydawniczego posiadają zagraniczni inwestorzy, w szczególności wydawnictwa z kapitałem niemieckim. Polski kapitał przeważa w dziennikach. Tygodniki dzielą się na pół co do kapitału. Natomiast kapitał zagraniczny przeważa, i to w znacznym stopniu, w większości czasopism kolorowych, a także specjalistycznych. Podobnie jest z prasą dla dzieci i młodzieży.

Wykonana w niniejszej pracy analiza wykazała, że rynek telewizyjny w Polsce jest podzielony w stosunku: 30% – firmy polskie, 70% – nadawcy zagraniczni. Może wydawać się to zaskakujące, ale polscy właściciele nadają mniej niż jedną trzecią wszystkich programów telewizyjnych dostępnych na terenie Polski. Najwięcej programów telewizyjnych w Polsce nadają Amerykanie, którzy odpowiadają za połowę wszystkich nadawanych treści. Przewagę tę wypracowują takie koncerny medialne jak: Scripps Network Interactive, Viacom Inc., Discovery Communications, Time Warner i ITI Neovision SA (współpraca amerykańsko-francuska). To te przedsiębiorstwa stanowią o potędze amerykańskich nadawców na polskim rynku medialnym. Udział pozostałych zagranicznych firm jest znacznie mniejszy.

Także na rynku rozgłośni radiowych sześciu największych nadawców skupia ponad 60% wszystkich nadawanych programów. Pozostałą część stanowi zbiór mniejszych, głównie polskich podmiotów, nadających po kilka lub jednym programie każdy. Taki podział na rynku radiowym w Polsce sprawia, że przemysł ten charakteryzuje się dużą koncentracją zarówno pionową, jak i poziomą. Dobrym przykładem obu tych zjawisk jest Grupa Radiowa Agory, która posiada dużą liczbę różnych rodzajów mediów (radio, telewizja, portal internetowy, czasopisma), a także oferuje pokaźną liczbę kanałów informacyjnych w obrębie jednego medium, m.in. stacje: Złote Przeboje, Radio Pogoda, TOK FM, Rock Radio.

Dominacja na rynku radiowym nie zależy w rzeczywistości od ilości nadawanych stacji, ale od ich popularności. Polscy nadawcy przeważali w liczbie udostępnianych stacji, jednak w słuchalności programów najefektywniejsi byli nadawcy niemieccy, głównie dzięki popularności rozgłośni RMF FM (stacja niemieckiego koncernu Bauer, nr 1 w Polsce).

W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych stacji w Polsce znajduje się tylko jedna stacja, której właściciel nie należy do „wielkiej szóstki”. Jest to Radio Maryja, którego właścicielem jest Prowincja Warszawska Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela (Redemptoryści).

 

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „O własności mediów w Polsce” znajduje się na s. 4–5 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „O własności mediów w Polsce” na s. 4–5 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

 

To książka, która nie miała prawa powstać. Oficjaliści mieli zostać zapomniani. Ten świat miał odejść i nie wrócić

To oni najczęściej edukowali na wsiach, leczyli, gdy lekarz był daleko, propagowali nowe sposoby pracy na roli, uprawy, technikę. Oni też dbali o tradycję w sposób najbardziej świadomy i konsekwentny.

Szymon Astery

Spoiwo Kresów – tak można by ich nazwać. Ludzie tysiącami zasilający szeregi powstańców, rodziny zsyłane na Sybir. Ludzie wielu stanów, pozycji, a nawet religii i narodowości. Sól ziemi, skromni, pracowici, świadomi, romantyczni. Wnieśli w historię Rzeczypospolitej, w naszą historię, poświęcenie, trud i zwykłą miłość. (…)

Kazimierz Jaroszewski. Fot. ze zbiorów M. Niewaldy

Większość obecnych mieszkańców Polski ma wśród swoich przodków osoby z tej grupy społecznej. A jednak wiedza o nich jest niezwykle skromna. W pamięci pozostają czasem nieliczne opowiadania, tu i tam udaje się przypadkowo natrafić na zapiski czy zdjęcia – i to wszystko. A jednak – gdy czyta się pamiętniki powstańców z roku 1863, bardzo często powtarza się zdanie „nasza partia składa się głównie z synów oficjalistów dworskich”. I tak było naprawdę. Wśród poległych, zesłanych, wygnanych ciężką dolą z kraju było wielu tych, co uczyli się pilnie, znali wartość poświęcenia, doceniali wartości takie, jak Bóg, Honor, Ojczyzna. (…)

W spisach katastralnych występują chłopi wiejscy i ogólnie „dwór”. W spisach szlachty notowano głównie właścicieli ziemskich. Mało jest procesów sądowych, spraw spadkowych, opiekuńczych dotyczących tej warstwy społecznej; ludzie ci rzadko występują w spisach podatkowych. Dlatego jest praktycznie niemożliwe zbudowanie monografii oficjalistów. Jednak jedyna ankieta przeprowadzona w 1895 roku sugeruje, że był to stan liczący niemal pół miliona osób.

Byli to ludzie żywi, weseli, pełni nadziei i trosk. Pracując dla właścicieli, a zarządzając pracownikami niższymi, stanowili łącznik pomiędzy tymi dwiema grupami. To oni najczęściej edukowali na wsiach, to oni leczyli choroby, gdy lekarz był daleko, oni propagowali nowe sposoby pracy na roli, uprawy, technikę. Oni też dbali o tradycję w sposób najbardziej świadomy i konsekwentny. Nie ulegli wpływom obcych mód – jak arystokracja; nie ulegali namowom różnych agentów – jak niestety działo siłę to na wsiach na Rusi, Wołyniu, Podolu czy Litwie.

Z. Ajdukiewicz, Zarządca i pracownicy, Sokal- Poturzyca. Fot. ze zbiorów M. Niewaldy

I dlatego też byli to ludzie najbardziej dziesiątkowani przez kolejnych zaborców. To ich pozbawiano środków do życia, to z nich się wyśmiewano, ich dzieci i wnuki potem mordowano w dołach Katynia, zsyłano do łagrów, uniemożliwiano dobrą pracę. Bardzo często potomkowie, mający silną osobowość, stawali w szeregach różnych służb czy wojska. System zbrodniczego totalitaryzmu to właśnie ich najbardziej chciał zetrzeć na proch i często się to udawało – mając bowiem skromne środki, nie było łatwo uciec. (…)

Książka Święta-nieświęta Marcina Niewaldy nie jest pracą naukową – choć jest wiarygodna, jako że bardzo rzetelnie została oparta na źródłach. (…) Świat jest malowany w książce przez wielką ilość cytatów, opisów takich, jak sposób prania pościeli w ługu, wyjaśnienia, dlaczego dzieci rodziły się zazwyczaj dokładnie co 25 miesięcy, co robili młodzi ludzie, wprowadzając się do nowego domu, dlaczego przy narodzinach dziecka wbijano siekierę w próg, dlaczego bano się wirów powietrza w upalne lato, jak kupcy zamawiali na wiosnę owoce z drzew, które rodzić będą jesienią. (…)

To wręcz nowy typ książki – który został opracowany na potrzeby opisu tej niezwykłej grupy społecznej. Ich światem codziennym był kontakt z otoczeniem – zarówno pejzażem pól, jak i ludźmi tamtych czasów – dlatego najwłaściwszą oprawą stało się dla autora to, co ich otaczało. Choć nie wiemy, jak dokładnie wyglądali – poznajemy, co ci ludzie widzieli przez okno, jakie mieli marzenia, czym żyli i co kochali – a to wszak najważniejsze informacje o człowieku. W ten sposób sepiowy, zacierający się obraz dawnego świata nabiera barw i może stać się znowu częścią naszej tożsamości.

Cały artykuł Szymona Astery’ego pt. „Pierwsza taka książka. Świat oficjalistów dworskich dawnej Rzeczpospolitej” znajduje się na s. 15 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Szymona Astery’ego pt. „Pierwsza taka książka. Świat oficjalistów dworskich dawnej Rzeczpospolitej” na s. 15 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Uwaga! Obrzydliwe! Literatura brukowa. Wszystko o wszelkich rodzajach rynsztoka / Teresa Bochwic, „Kurier WNET” 45/2018

Widzieliście rynsztok? Ja widziałam 30 lat temu w Istambule. To właśnie znaczy, kiedy ktoś mówi: słownictwo jak z rynsztoka, obyczaje jak z rynsztoka. Zdechłe szczury, paskudztwo i obrzydlistwo.

Teresa Bochwic

Rynsztok. Literatura brukowa

Uwaga! Obrzydliwe

Widzieliście rynsztok? Pewnie nie. Ile razy mówię studentom, czy nawet dużo od nich starszym ludziom o wyrażeniach rynsztokowych, o rynsztoku królującym na niektórych stronach internetowych, a nawet w mediach, a nawet-nawet w Sejmie, widzę puste spojrzenia. ‘Rynsztok’ już nic nie znaczy, nikim nie wstrząśnie obrzydzenie.

Fot. SuSanA Secretariat (CC A_S 2.0, Wikimedia.com)

A więc nie wiecie, co to jest prawdziwy rynsztok? Płynący nieczystościami wzdłuż jezdni i chodnika? Kiedyś były takie w każdym mieście, w Warszawie też.

Ci, co wyjeżdżali na wschód już po 1989 roku, opowiadali o ulicach Grodna. Chodniki były tam podobno wtedy z drewnianych żerdzi, przybitych do bali ponad powierzchnią gruntu, ciągle jak w XIX wieku. Mokre i śliskie w deszczu i śniegu, kolebiące się, zakleszczające bucik, gdy się żerdź obluzowała. Między brukiem a chodnikiem w niewielkim wgłębieniu płynął sobie rynsztok.

Okropne miejsce. Płynęło tędy wszystko, co ludzie wylali lub rzucili na ziemię i co nie zdążyło uciec przed rwącą w deszcze wodą. Papierki, drewienka, zdechłe myszy, plwociny, zmiętoszone prezerwatywy, skórki od jabłek, różne resztki. A przede wszystkim zawartość wiader z domów bez kanalizacji, a więc siki i rozmokłe kupy z brudnymi kawałkami gazet (a skądże by wtedy w Grodnie, za Związku Radzieckiego, papier toaletowy?), bo gdzieby indziej je wylać.

Rano, po nocy, ludzie wynosili pełne wiadra przed dom i wylewali wszystko do rynsztoka, a to wszystko śmierdzące spływało sobie do kratki, do ścieków, ściekiem do rzeczki, do rzeki, rzeką do morza. W morzu łaskawym roztapiało się, nikło.

W Warszawie czy innych miastach, w Ciechocinku, Jeleniej Górze, Ustce, Zakopanem, w latach 50., powiedzmy, gdy byłam dzieckiem, były jeszcze rynsztoki, ale już malutkie. Co tam nimi mogło płynąć. Drobne śmieci, papierki od cukierków, deszczówka, gorąca woda po praniu wylewana z balii z mydlinami, więc właściwie były nawet czyste. Wieczorami w lepszych dzielnicach przy migocących światłem rynsztokach stały prostytutki, bo przy krawężnikach instalowano latarnie. Mężczyźni, którzy kiedyś pluli dookoła na potęgę, z czasem jakoś przestali pluć; najlepszy dowód, że znikły tzw. higieniczne spluwaczki (metalowa miseczka i na niej druga wklęsła, z dziurką w środku, żeby ściekało, zdejmowana do mycia). Stały niegdyś na półpiętrach klatek schodowych i w każdej restauracji, w narożniku sali, na podłodze. Pan przechodził, charknął sobie, zręcznie zwijał językiem w kulkę i spluwał do spluwaczki albo do rynsztoka.

***

Ale najlepszy widziałam w Istambule.

Istambuł! Konstantynopol! Bizancjum! Europa ku Azji! Azja ku Europie!

W Istambule byłam we własnej osobie nie tak znowu dawno, ze 30 lat temu, w kwietniu chyba 1978 roku, kiedy to dali mi nareszcie paszport, a w ambasadzie afgańskiej nie dawali wiz, bo „odbędzie tam konferencja pokojowa i nie ma już miejsc w hotelach”, a następnego dnia była tam interwencja Związku Radzieckiego. Turcy za to dawali wizy turystom.

Rynsztok w Istambule (wtedy wszyscy jeździli do Istambułu po kożuchy albo bawełniane sukienki, ja też), rynsztok tam był krojony na miarę imperium otomańskiego. Krawężniki, niskie przy przejściach na skrzyżowaniach, były wzdłuż ulicy tak wysokie, że zapobiegały przechodzeniu w dowolnym miejscu. Może i na pół metra. Więc taki rynsztok mocno poniżej chodnika to już nie był kanałek, to był raczej kanion. W tym głębokim, otwartym korycie, niemal rowie, sporo się mogło zmieścić. A ulice w Istambule strome, kręte, z wysoka spadające.

Biegałam więc po mieście, zwiedzałam zabytki, oglądałam bazar, pod Aja Sofią odmierzano mi strzykawką po centymetrze gęste aromaty – prawdziwy chypre i ambrę, za jednego dolara. Kupowałam ciuchy, które nareszcie na mnie pasowały, a nie rujnowały kieszeni jak zachodnie. Szyłam kożuszek na zamówienie, wyschnięty staruszek jechał ostrymi koniuszkami nożyczek po stronie skóry, nie niszcząc baranka; było gotowe już na następny dzień. Kupowałam biżuterię zrobioną z dziurkowanych turkusów z jakiegoś starego naszyjnika, zaklętych w koszyczku z cieniutkiego złotego drucika, i srebrny pierścionek z otwieranym puzderkiem na truciznę. Odwiedzałam fabryczki złotych wyrobów za pancernymi drzwiami i metalowymi ścianami, umieszczone w połowie wysokiego wieżowca, żeby napad był trudniejszy. Jeździłam tanimi taksówkami z szybami podziurawionymi kulami mafii, zobaczyć azjatycką stronę; nad Dardanele! nad Dardanele!

***

Była pogoda, aż za ciepło, choć dopiero kwiecień. Autobusy z wiszącymi jak w Warszawie winogronami pasażerów dymiły czarno z rur spalinowych, wysłużone amerykańskie limuzyny przerobione na taksówki jeździły setką po mieście, trąbiąc jak oszalałe. Przed uniwersytetem natrafiłam nawet na jakąś strzelaninę z policją, było potem o tym w gazetach; a może mi się tylko zdawało, może byłam tam wcześniej, tylko sobie przypomniałam to miejsce, jak o tym napisali.

Fot. SuSanA Secretariat (CC A-S 2.0, Wikimedia.com)

Jazgot, wrzask, klaksony, namolne rytmy muzyki orientalnej napływające nie wiadomo skąd. Spoceni z gorąca uliczni sprzedawcy rozkładali, jak niedawno u nas, towar na płachtach wzdłuż ulic i zachwalali go głośno. Mnóstwo chudziutkich dzieci, kobiety w nasuniętych na czoło chustach o końcach założonych za tył szyi i związanych na piersiach, w ogromnych luźnych majtadałach, które przy bliższym przyjrzeniu okazywały się po prostu spódnicą przełożoną między nogami i związaną w pasie. Ze śmiesznych, zakurzonych żelaznych piecyków, ustawionych na chodnikach, a dymiących jak rury wydechowe, młodzi, pokurczeni czarniawi chłopcy o palącym spojrzeniu (żadnych szans na małżeństwo z kobietą, osiem razy więcej mężczyzn niż kobiet, choć kto tam tak naprawdę liczył dziewczynki) zdejmowali patelnie z pitą, aromatyczną jarzynową papką na jakby naleśniku. W witrynach eleganckich sklepów orientalne słodycze ociekały czymś, co brałam za tłuszcz i nie odważyłam się tego nigdy kupić. A kiedy kebaby rozpleniły się już w Europie, okazało się, że to łagodny syrop, i że np. baklawa to najlepsze po serniku ciastko na świecie. Ale ja jej nie spróbowałam wtedy, w samym sercu Orientu, gdzie się narodziła.

Tam, w centrum Istambułu, koło uniwersytetu i zabytków, nie było ciekawych rynsztoków. Zwyczajnie, chodniki zajęte przez sprzedawców, jezdnie, deptaki, place, fruwające śmieci, koty na podwórzach. Nic szczególnego.

***

Aż raz znalazłam się wysoko, w górnej części miasta. Bo nie chciałam dłużej mieszkać w ohydnym małym hoteliku w starym centrum; kiedy wieczorem zapaliłam tu światło (wtedy zaczynali pobierać prąd od Bułgarii, był, jak woda, tylko parę godzin dziennie, tyle, że woda leciała w południe), z łóżka, ze stołu, z parapetu, spod szafy wystartowały tyraliery karaluchów i karnymi tysiącami skryły się w szparach podłogi.

Z krzykiem uciekłam z pokoju na dół, do recepcji. Turek uspokajał: nie gryzą, czyszczą resztki, można się do nich przyzwyczaić, człowiek nie jest sam. Odprowadził mnie do pokoju, przespałam noc przy zapalonym świetle.

Wolałam drogo, ale bez karaluchów.

Drogi hotel był naprawdę strasznie drogi, dwie moje warszawskie pensje za dobę. Ale w końcu jedna noc! Na eleganckiej, cichej ulicy, bardzo wysoko. Zajechałam taksówką, jak jaka pani. Bagaż zostawiłam w małym hoteliku. Nazajutrz wyjeżdżałam do Sofii.

Wejście, paszport w recepcji, żadnych pytań, płatne z dołu. Marmury, westybule. Winda, korytarze, podwójne drzwi.

Domyślacie się, szkoda mówić. Znowu znikające w świetle lampy tyraliery, tylko teraz w łazience, wykładanej najpiękniejszymi turkusowymi terakotami Wschodu. Czarnorude, trzęsące się na sześciu cienkich nogach, w trwodze, karne setki, tysiące karaluchów.

Podwójne drzwi, korytarz, już bez windy, schodami na dół, ślizgając się na czerwonym dywanie, westybule, klucz na marmurowy blat, paszport do ręki, do wyjścia!

***

Taksówka odjechała. Nadciągnęły nagle ogromne, czarne chmury i spadł tropikalny deszcz. Stałam w wyjściu z hotelu, deszcz skończył się równie nagle, jak się zaczął, tyle, że zrobiło się duszniej.

Schodziłam stromą uliczką ku śródmieściu, a obok rwał głęboki na pół metra rynsztok. A w rynsztoku w Istambule nie śmieci, nie prezerwatywy, nie gówna, nie resztki. To znaczy, nie tylko. Całe potopione koty, chyba ze sto tysięcy zdechłych szczurów, całe zdechłe psy, kawałki nie wiadomo czego obrzydliwego, stary sedes, fragmenty mebli. Gęsto, pędzone prądem, okręcające się wokół siebie, jak otoczaki w górskim strumieniu. Przyspieszyłam kroku. Nagle zobaczyłam coś białego, kręciło się z prądem, podskakiwało. Ucięta ludzka dłoń.

Hamując wymioty, popędziłam, nie patrząc, w dół, żeby szybciej, dalej, ku staremu hotelikowi, złapać walizkę, w taksówkę, na dworzec, z którego odjeżdżał kiedyś Orient Express z bogaczami, daleko od karaluchów, w hali o rzeźbionych kratach przekimać na walizce i rano wsiąść wreszcie do pociągu, który uwiezie mnie do Bułgarii.

Fot. TIENSAMA (CC A-S 4.0, Wikimedia.com)

Tak wyglądał 30 lat temu rynsztok w Istambule. To właśnie znaczy, kiedy ktoś mówi: słownictwo jak z rynsztoka, obyczaje jak z rynsztoka. Zdechłe szczury, paskudztwo i obrzydlistwo.

A teraz w Warszawie.

Dziś rynsztok tu widzę ogromny. Płynie nim wiele śmieci i obrzydliwości niemało. Pozostałości i to, co się źle rozwinęło. Płynie polski teatr, opanowany przez skandalistów i wulgarystów, polska oświata opanowana przez edukatorów; płynie w ścieki ledwie dychająca kultura, płyną maki i bławatki, i płowe zboża; świątki na skrzyżowaniach dróg i drewniane krzyże; płynie sztuka osobistych wrogów Pana Boga. Spływają polskie mity, które pozwalały nam żyć – wolnej Polski, „Solidarności” i solidarności, uczynności, niezłomności; nienawistnicy wpychają tu bohaterską tradycję AK i powstania warszawskiego, Matkę Boską, Mickiewicza i Herberta, i miłość bliźniego. Płynie wolność, równość, braterstwo, uczciwość, normalność.

Biegniemy, uciekamy, ale nadchodzą nowe pokolenia i też pakują się do rynsztoka, nieświadome; wiedzą, bo widzą, że świat jest wrogi i okropny, że człowiek człowiekowi wilkiem i że znikąd pomocy. Spływają tym kanionem smutku brud i niemożność, ta klęska współczesności.

A ja wolałabym spuścić tym rynsztokiem prawdziwe paskudztwa.

Koniec Europy, postkomunizm, smutki i lęk o polskość prawdziwych elit, i postkolonialne kompleksy lumpenelit (wykształciuchów). Ohydnych pogrobowców SB i WSI, chętnych i przekupnych TW. Ludożerkę, która w korporacjach napuszcza na siebie zrozpaczonych ludzi. Stosy świńskich pism, kpiny z wolności słowa.

I język plugawy, te wszystkie przerywniki, te smakowite kurwy, dupy i znacznie gorzej, padające jak lepki grad w teatrach, domach kultury, kinach, kawiarniach, w radiu, telewizjach, kabaretach, na nabrzeżach, plażach, leśnych duktach, szosach, poboczach, połaciach, na całych jeziorach, w metrze i pociągach, na budowach, w szkołach i w wyższych uczelniach z ust anielskich studentek i ich profesorków, z ust młodych matek i eleganckich jappich, i ośmioletnich dzieci.

I ten łomot na stojąco bez czułości, bez namiętności w polskich filmach, wzór dla dziewcząt i chłopców; mękę młodych kobiet, które marzyły o miłości i karierze w filmie, a teraz to mają w burdelach i w filmach porno. To mordowanie na 100 sposobów, jak złamać kark, jak piłować żywych ludzi, rozrywanie zajączków, misiów i królewien w dobranockach, palenie krasnoludków, wysadzanie w powietrze życzliwych stworków. Tych, co niszczą metodycznie dobro i ufność dzieci. Tych reżyserów, dziennikarzy, prezenterów, tych Powiatowych i Listopadowskich, te gwiazdy i idoli młodzieży, którzy nie znoszą Polski, a kochają psie kupy, świństwo i rechot.

I wszystkie kompleksy, które rodzą się na tej ziemi, całe to poczucie gorszości, mniejważności, i agresję sąsiadów, i współziomków.

I posła palikotowskiego i jemu podobnych.

Tam jest ich miejsce. Niech spłyną rynsztokiem, do kratki, do ścieku, ściekiem do rzeczki, do rzeki, do morza. Niech się rozpłyną.

Niech wreszcie znikną. Niech przyjdzie wielki deszcz, zmyje te kutasy na Krzyżu, te Matki Boskie maczane w moczu, całą tę hipokryzję i fałsz. Niech ten ogromny deszcz spłucze całe to świństwo; i niech wreszcie popłynie czysta woda. Do kratki, do rzeczki, do rzeki, do miłosiernego morza.

Opowiadanie Teresy Bochwic pt. „Rynsztok” znajduje się na s. 14 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Opowiadanie Teresy Bochwic pt. „Rynsztok” na s. 14 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Przez całe dzieciństwo zastanawiałam się, z czego spowiada się papież i babcia Bożenka – powiedziała wnuczka Marysia

Oddajemy Ją Bogu w smutku rozłąki, ale też z wdzięcznością za dar Jej osoby. Odeszła otoczona miłością, czułością i modlitwą, po całkowicie spełnionym życiu, choć z ludzkiej perspektywy przedwcześnie.

Lidia Banowska
Olga Żuromska

Lidia Banowska:

Po internowaniu Ojca moja Mama pierwsze, co zrobiła rano, to poszła do kościoła; do Chrystusa i przed ołtarz Matki Bożej, żeby Jej tę sprawę zawierzyć. Tam też spotkała się z ks. Tadeuszem Magasem; bardzo ważną postacią dla naszej Rodziny, wiernym przyjacielem i ogromnym wsparciem dla obojga moich Rodziców. Tamten ranek w mojej pamięci jest dla mnie nieocenionym dziedzictwem, takie sceny zapadają głębiej niż na poziomie czysto świadomym, jest to rodzaj matrycy – gdzie szukać pomocy w sytuacji ekstremalnej, jakoś po ludzku bardzo trudnej do przejścia. Moja Matka pokazała mi, że Kościół to nasza Matka.

Druga migawka – to moja Mama zmęczona, idąca w czwartek po południu na adorację Najświętszego Sakramentu. Pamiętam, że zastanawiałam się, po co Ona tam idzie, nie wiedziałam tego jako dziecko, ale ta pamięć też we mnie została i dzisiaj już to wiem.

Trzecia scena, która bardzo mnie porusza i która jest zarazem pewną soczewką, w której skupia się coś dla Mamy bardzo charakterystycznego, jakoś Ją określającego. Mam na myśli czas tuż po internowaniu Ojca w grudniu 1981 roku, w tygodniu przedświątecznym, kiedy nie było wiadomo, co się stanie z osobami zatrzymanymi, jaki będzie ich dalszy los, a po Poznaniu zaczęła krążyć informacja, że mają ich wywieźć na Sybir. Później okazało się, że plotki te rozsiewało SB, żeby ludzi zastraszyć, ale na początku nie było to jasne. Mama została wtedy z czworgiem dzieci, moimi dwiema starszymi, nastoletnimi wówczas siostrami, ze mną dziewięcioletnią oraz z moim niespełna trzymiesięcznym bratem.

Żyliśmy w wielkiej niepewności, co będzie dalej, w dużym napięciu, a zarazem widziałam po Mamie, że podjęła jakąś decyzję; była w Niej jakaś gotowość – ale nie wiedziałam, czego to dotyczyło. Dopiero dużo później zrozumiałam, że Ona była wewnętrznie spakowana, żeby, jakby co, iść z Ojcem.

Ten hart ducha to jest taka Jej cecha, która bardzo wyraźnie przejawiała się w Jej heroizmie dnia codziennego, kiedy nam służyła, a także teraz, w dniach ostatnich, kiedy tak pięknie, tak dobrze, w tak błogosławiony sposób odchodziła do Ojca. „Niewiastę dzielną któż znajdzie?” – pyta autor Księgi Przysłów. Mama była dla mnie właśnie jedną z takich dzielnych niewiast Jeruzalemu.

Cechowało Ją przy tym znakomite poczucie humoru, które bardzo lubiliśmy. Podczas porannych rozmów telefonicznych, wiedząc o naszej codziennej gonitwie, pytała: „I jak stan wojsk?” (…)

Była sercem rodziny. Była centrum, wokół którego ogniskowało się wszystko: tam, gdzie Ona się znajdowała, po chwili znajdowali się wszyscy – zupełnie bezwiednie chcieli być blisko Niej. Kiedy dzieci podrosły, wszyscy zbierali się wieczorem w Jej pokoju, żeby opowiedzieć, jak minął dzień, co się u kogo wydarzyło, żeby wspólnie się pośmiać i „pogrzać” chwilę w Jej cieple. Ona próbowała nas wygonić, bo była skowronkiem i budziła się bardzo wcześnie rano, a my wszyscy – jako sowy – chcieliśmy być u Niej jak najdłużej. Te spotkania miały swoją nazwę: „pół godziny dla rodziny”, które rzadko trwały tylko pół godziny.

Olga Żuromska:

Filigranowa, drobna kobietka z nieodłącznym ciepłym uśmiechem, nietuzinkową osobowością, niezłomna moralnie – jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało – traktowała nas jak córki. Z jednej strony nie było żadnej taryfy ulgowej, jeśli chodzi o naukę, z drugiej podświadomie czuło się, że Pani Doktor nie mniej niż nam zależy na tym, żebyśmy umiały, zdały na piątki kolokwium, a potem egzamin. Nawet bury były macierzyńskie. W efekcie – głupio było się nie przygotować na zajęcia, nie umieć, zdradzić z ignorancją. Po prostu wstyd. Czułyśmy się lubiane i szczerze odwzajemniałyśmy tę sympatię. Uczyłyśmy się nie tylko fonetyki, fleksji czy składni, ale też rzetelności, uczciwości i szacunku do języka ojczystego. Przede wszystkim jednak, jako adeptki tego zawodu, uczyłyśmy się, jak być dobrą nauczycielką.

Dany nam był kontakt z kobietą, jaką wiele z nas chciało w przyszłości zostać – mądrą, cierpliwą, opiekuńczą, serdeczną, o wielkim sercu. Byłyśmy za młode, żeby zdawać sobie sprawę z tego, jak wielkiej prawości i szlachectwa ducha wymaga bycie kimś takim. Z czasem dla mnie stało się to oczywiste.

Wspomnienia Lidii Banowskiej i Olgi Żuromskiej o śp. Bożenie Mikołajczakowej znajdują się na s. 3 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuły Lidii Banowskiej i Olgi Żuromskiej o śp. Bożenie Mikołajczakowej na s.3 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl