Jak to w ogóle możliwe, że nasze miasto Gdynia, budowane przez całą Polskę, utraciło kontrolę nad strategiczną działką, położoną w samym sercu miasta – bo jak nazwać inaczej sprzedanie tego terenu?
Tomasz Hutyra
Co dzieje się z gdyńską mariną, do której wchodził kiedyś regularnie między innymi „Zawisza Czarny”? Z punktu widzenia miejskich włodarzy marina ma się superdobrze. Nieustannie wymyślają różne dumne hasła, a że na przykład Gdynia to żeglarska stolica Polski, a po wybudowaniu trzech szklanych budynków z restauracjami, pubami i biurami to w ogóle będziemy mieli jak w Saint Tropez! Według gdyńskich włodarzy jest po prostu świetnie. Ale ten obrazek, mozolnie kreślony polityczno-samorządowymi rękoma, natychmiast znika z pola widzenia, gdy pochylimy się nad problemem, poczytamy opinie żeglarzy, posłuchamy dramatycznych głosów płynących z różnych środowisk. (…)
Na początku warto opisać plan powiązań biznesowych, schematy przekształceń własnościowych oraz odsłonić tajemnicze układy towarzyskie rzutujące na możliwości realizacji przedsięwzięcia inwestycyjnego pod szumnym hasłem „Nowa Marina Gdynia”. Zaczynając od dokumentów najprostszych, ogólnie dostępnych w Krajowym Rejestrze Sądowym, można od razu zauważyć coś bardzo podejrzanego. Otóż jeden z dokumentów złożonych w KRS uwidacznia kapitał zakładowy przedmiotowej spółki, mającej za zadanie wybudować wspomniany kompleks. Kapitał ten wynosi tylko 115 tys. złotych (stan na rok 2017)! Przecież owa spółka ma realizować inwestycje za dziesiątki milionów złotych!
Można by pomyśleć tak: są na dorobku, mają solidny biznesplan, doskonały pomysł, dodatkowo działają na rzecz dobra wspólnego, gdyż zajmą się zmianą wizerunku centrum miasta; wreszcie – doprowadzą do powstania supernowoczesnej mariny. Sprzyjają im media, przynajmniej jeszcze niedawno tak było, a zarządzający miastem, z prezydentem Szczurkiem na czele, roztaczają przed mieszkańcami niesamowite wręcz wizje przyszłych korzyści wspólnych. Jednak inwestycja od paru lat nie może ruszyć, bo na zawiłej drodze meandrów politycznych ustawiaczy coś się wydarzyło, tyle że przeciętny obywatel pojęcia nie ma, o co chodzi! Jeden z gdyńskich, byłych już urzędników, pan Banel, zamiast wyjaśnić sprawę, odsyła z pytaniami do zarządu celowej spółki nomenklaturowej powołanej przez PZŻ do wybudowania „Nowej Mariny Gdynia”. (…)
Fot. T. Hutyra
W roku 2014 PZŻ sprzedał jedną z sąsiadujących z obecną mariną działek, będącą własnością Skarbu Państwa, lecz dzierżawioną wieczyście, jakiemuś podmiotowi z Norwegii, za którym stoi prawdopodobnie dwóch tamtejszych rybaków. Sprzedał za dwadzieścia jeden milionów złotych, aby zasilić swój budżet i zrealizować interesującą nas inwestycję. Gdzie są pieniądze za tę transakcję? Jeżeli wpłynęły na konto PZŻ, to według mnie winny być przelane na konto Spółki Nowa Marina Gdynia SA, a tej znów byłoby łatwiej z kapitałem zakładowym dwudziestu jeden milionów złotych szukać finansowania. Taka tylko hipoteza. (…)
Miasto zupełnie nie ma kontroli nad inwestycją „Nowa Marina Gdynia” – tak jednoznacznie wynika ze słów tego urzędnika, ale nie tylko jego. Inni przedstawiciele samorządu twierdzą to samo: nie mamy kontroli nad tą inwestycją. Jak to jest w ogóle możliwe, że nasze miasto Gdynia, budowane przez całą Polskę, utraciło kontrolę nad strategiczną działką, położoną w samym sercu miasta – bo jak nazwać inaczej sprzedanie tego terenu?
Moją ciekawość budzi również, co będzie, jeśli inwestycja w ogóle nie ruszy? I tutaj znajdziemy fundamenty do teorii spisku! Po pierwsze, dla żeglarzy, dla klubów, dla zwykłych mieszkańców Gdyni lepiej będzie, jak ten projekt wyląduje w koszu. O tym napiszę w następnym artykule. Natomiast dla zarządzających moim miastem będzie to powód do zmartwień, do czarnego pijaru, a może nawet do wyborczej klęski.
Cały artykuł Tomasza Hutyry pt. „Nadmuchane żagle” znajduje się na s. 2 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Hutyry pt. „Nadmuchane żagle” na s. 2 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Celebryci jednego dnia wrzucają na Instagram fotki prezentujące dłoń z wymalowaną na niej linią prostą, a po 48 godzinach trzymają transparenty z hasłami: „Nie jestem za aborcją, jestem za wyborem”.
Małgorzata Szewczyk
Życie często składa się z paradoksów, nie wszyscy jednak potrafią je odczytać. 21 marca obchodzony był po raz kolejny Światowy Dzień Zespołu Downa. Gwiazdy, gwiazdeczki… celebrytki i celebryci ruszyli, by włączyć się w akcję #LiniaProsta, wspierającą jedną z organizacji charytatywnych działającą na rzecz usamodzielnienia się osób z zespołem Downa. Cóż, każdy powie: niewątpliwie przedsięwzięcie szlachetne, a cel szczytny.
Żeby było jasne – nie wnikam w motywację aktorów, aktorek czy osób „znanych z tego, że są znani”, zaangażowanych w kampanię, tyle tylko, że zaledwie dwa dni później… większość z nich z takim samym zapałem włączyła się w „czarny protest”, biorąc udział w marszach i pikietach przeciwko projektowi „Zatrzymaj aborcję”. Jednego dnia wrzucają więc na Instagram fotki prezentujące dłoń z wymalowaną na niej linią prostą, a po 48 godzinach trzymają transparenty z hasłami: „Nie jestem za aborcją, jestem za wyborem”, „Myślę, czuję, decyduję” czy „Moja macica to nie kaplica”.
Czy ci wszyscy piękni, młodzi i sławni (przez litość nie wymienię konkretnych nazwisk), cytując klasyka, „nie myślą i nie czują”, że sami sobie przeczą? Z jednej strony udowadniają, że są tacy solidarni, humanitarni, tacy otwarci na niepełnosprawnych, dodajmy, tych, którym pozwolono się urodzić, a z drugiej strony powtarzają jak mantrę slogany: „zlepek komórek” „płód”, a nie człowiek, nie dziecko. Himalaje indolencji i pogardy osiągnął jednak jeden ze złotoustych dziennikarzy TVN-u, nazywając dziecko w łonie matki „tworem rakowym w organizmie kobiety, który też się usuwa”.
Trudno w tym miejscu o komentarz, mnie jednak najbardziej uderzył inny paradoks – obecność na czarnym proteście młodej matki, pchającej małe dziecko w wózku i jej wypowiedź dla telewizji publicznej, że chce, by jej córka miała wybór. Nie wiem, czy dziewczynka urodziła się chora, ale na podstawie wypowiedzi kobiety nasunęły mi się pytania, czy ona po prostu tego dziecka nie chciała? Czy gdyby miała ów „wybór”, to by jej nie urodziła? Czy żałuje, że dała jej życie?
Może warto przypomnieć tym wszystkim, którzy z taką zajadłością, bezwzględnością, wulgarnością i obrzydzeniem afiszowali swoją postawę wobec nienarodzonych i ich rodziców, organizując i uczestnicząc w seansach nienawiści, jakimi były czarne protesty/marsze, że projekt „Zatrzymaj aborcję” dotyczy wyłącznie aborcji eugenicznej, bez karania kobiet. Ale to do pięknych i sprawnych głów chyba niestety nie dotrze…
Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Paradoksy” znajduje się na s. 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Paradoksy” na s. 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Po ubiegłorocznych wyborach prezydenckich i parlamentarnych wróżono Francji koniec tradycyjnych obozów politycznych. Prognoza ta sprawdziła się w przypadku lewicy, jednak nie w przypadku prawicy.
Zbigniew Stefanik
Znokautowana kilka miesięcy temu francuska prawica wraca do politycznej gry.
Już podczas częściowych wyborów do senatu we wrześniu ubiegłego roku okazało się, że Partia Republikanie posiada nadal bardzo sprawne struktury terenowe i lojalnych samorządowców, dzięki głosom których wygrała zeszłoroczne częściowe wybory do senatu, a prezydencki obóz polityczny odniósł pierwszą od swego powstania polityczną porażkę. Od początku roku 2018 Republikanie przechodzą do skutecznej ofensywy we francuskiej przestrzeni politycznej i niemal systematycznie wygrywają uzupełniające wybory do niższej izby parlamentu, pokonując niemal za każdym razem kandydatów La République en Marche.
Pomimo przegranej w zeszłorocznych wyborach prezydenckich, parlamentarnych i częściowych wyborach do senatu; pomimo rozłamów, afer finansowych i prokuratorskich oskarżeń pod adresem liderów Frontu Narodowego, także i ten obóz polityczny nie upadł i nadal może liczyć na dwucyfrowe poparcie we Francji.
Marine Le Pen, mimo bezpardonowej wojny, którą wypowiedzieli jej przeciwnicy w FN, w tym jej ojciec, nadal jest przywódczynią tego ugrupowania. Udało się jej przeforsować swoją strategię polityczną zmiany wizerunku i tzw. „dediabolizacji” partii. Formalnie Front Narodowy przestał istnieć, a w jego miejsce Marine Le Pen na ostatnim kongresie partii powołała nowe ugrupowanie z nową nazwą, nowym szyldem i starym logo: Rassemblement National, czyli Zrzeszenie Narodowe. (…)
11 marca tego roku odbył się w Lille ostatni kongres Frontu Narodowego. Partia Jean-Marie Le Pena po 46 latach politycznej działalności przestała formalnie istnieć. Na kongresie została powołana nowa partia z nowym statutem i nową nazwą. Logo frontystów pozostanie jednak niezmienione. Marine Le Pen po stoczeniu potężnej batalii ze swoim ojcem i przeciwnikami w FN postawiła na swoim i doprowadziła do powołania nowego ugrupowania politycznego, co ma sprawić, że frontysci uzyskają zdolność koalicyjną oraz realną perspektywę sprawowania w przyszłości władzy we Francji. W obozie politycznym frontystów ma zmienić się wszystko. Jednak po kongresie w Lille i wygłoszonym tam przemówieniu Marine Le Pen można odnieść wrażenie, że prócz nazwy w ugrupowaniu frontystów innych zmian brak. Pod względem przekazu przemówienie Marine Le Pen z Lille rozczarowało tych wszystkich, którzy spodziewali się wielkiej, wielowymiarowej zmiany w obozie politycznym Marine Le Pen, która od wielu miesięcy robi wiele, aby udowodnić, że nie jest polityczną córką swojego ojca.
Podobnie jak we Froncie Narodowym, w Partii Republikanie doszło do powyborczych rozliczeń, konfliktów i rozłamów. Zdecydowana większość polityków związanych z Alainem Juppé postanowiła opuścić szeregi Partii Republikanie w kilka tygodni po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych nad Sekwaną. Część bezpartyjnych juppéistów przystąpiła do obozu politycznego Emmanuela Macrona (jak obecnie urzędujący premier nad Sekwaną). Ci zaś, którzy nie dołączyli do La République en Marche, powołali najpierw własny, niezależny od Partii Republikanie klub parlamentarny „Les Constructifs”, czyli „Konstruktywni”, a później własny polityczny byt – „Agir”, czyli „Działać”. 10 grudnia 2017 roku Partia Republikanie wybrała nowego przewodniczącego. Został nim były minister w rządzie François Fillona i sarkozysta, Laurent Wauquiez. (…)
Od momentu objęcia stanowiska przewodniczącego partii Laurent Wauquiez udowadnia, że nie zamierza stawiać na dyplomację i kompromisowość. Politykom centroprawicowym ze swojej partii dał do zrozumienia, że nikogo w partii siłą trzymać nie będzie. Nie szczędzi ostrych słów i zdecydowanej krytyki swoim politycznym oponentom. Atakuje, mówi wprost i stawia polityczną kawę na ławę do tego stopnia, że część komentatorów francuskiej sceny politycznej mówi o „trumpizacji” Republikanów pod przewodnictwem Laurenta Wauquieza, a sam zainteresowany poprzez swoje franc parler zyskuje nad Sekwaną coraz więcej zwolenników i coraz większą popularność. (…)
Partia Republikanie Laurenta Wauquieza rośnie w siłę i odnosi polityczne sukcesy, mimo to ciągną się za nią afery finansowe z przeszłości. Ich negatywnymi bohaterami są przywódcy i liderzy tej partii sprzed lat. 20 marca tego roku został aresztowany były francuski prezydent Nicolas Sarkozy. Francuska policja zatrzymała go w związku z podejrzeniami o nielegalne finansowanie kampanii wyborczej w 2007 roku.
Sztab wyborczy Nicolasa Sarkozy’ego oraz najbliżsi jego współpracownicy mieli przyjąć co najmniej kilka walizek zawierających co najmniej 50 milionów euro. Pieniądze te mieli otrzymać z Libii, od Muammara Kadafiego, za pośrednictwem libijskich przemytników broni i przedstawicieli tamtejszego świata przestępczego. (…)
Jednak mimo rosnącego poparcia francuskiej prawicy, nie należy oczekiwać w najbliższym czasie jej zjednoczenia. Albowiem o ile frontysci wyciągają rękę do zjednoczenia albo przynajmniej do współpracy na szczeblu centralnym, to perspektywa ta nie spotyka się z akceptacją Republikanów, ich liderów, w tym samego Laurenta Wauquieza, który – jak wszystko na to wskazuje – woli liczyć na swój własny potencjał, swoje własne siły i zasoby swojego ugrupowania w konfrontacji z Emmanuelem Macronem i jego obozem politycznym.
Trudno wyobrazić sobie, aby aktualnie Partia Republikanie chciała wchodzić w otwarty sojusz czy jednoczyć się z ugrupowaniem Marine Le Pen, które nad Sekwaną dla dużej części francuskiego społeczeństwa jest uosobieniem wszelkiego zła. Połączenie obu partii uniemożliwiają również ich diametralnie różniące się programy gospodarcze. Co więcej, Republikanie stanowczo odcinają się od szeroko pojętego eurosceptycyzmu, a ich liderzy przedstawiają swoją partię jako ugrupowanie wręcz euroentuzjastyczne i przypominają, iż ich partia należy do Europejskiej Partii Ludowej. (…)
Wiele na to wskazuje, że polityczna przyszłość Francji będzie należała do prawicy.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Francuska prawica w przebudowie” znajduje się na s. 12 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Francuska prawica w przebudowie” na s. 12 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Działacz ZMS poszedł na demonstrację, aby przekonywać studentów o niecelowości protestu. Milicjanci nie rozpoznali, że jest działaczem komunistycznej młodzieżówki, i sprawili mu porządne lanie.
Tadeusz Loster
W 2008 roku mój dobry znajomy Andrzej Jarczewski udostępnił mi materiały będące w posiadaniu Katowickiego IPN-u. Wśród 59 zdjęć jedno przedstawiało grupę studentów Wydziału Górniczego, uczestników studenckiej gliwickiej manifestacji z 11 marca 1968 roku. Odnalazłem tam siebie. Wówczas, po czterdziestu latach, czytając meldunki ówczesnej milicji oraz Służby Bezpieczeństwa dołączone do zdjęć i znając studenckie losy współtowarzyszy manifestacji utwierdziłem się w przekonaniu, że trudności na uczelni, które dotknęły mnie i moich kolegów, nie były przypadkowe. (…)
12 marca na poranne zajęcia Krzysiu Papiernik przyniósł gazetę „Trybuna Robotnicza”, w której ukazało się oświadczenie Rektora Politechniki Śląskiej prof. Jerzego Szuby, który potępił demonstrację i nazwał ją „wybrykiem nieodpowiedzialnych elementów”, a uczestników nazwał „mętami i chuliganami”. Oświadczenie rektora niektórych z nas oburzyło, ale i rozbawiło.
Tego dnia zajęcia skończyłem wcześnie i poszedłem na obiad do domu. Mama odradzała mi pójście na demonstrację. Udało się jej przeciągnąć obiad tak, że z domu wyszedłem po 16 i ponad kilometr biegłem z Nowotki (Daszyńskiego) na Rynek. Na miejsce przybyłem już po „pałowaniu”. Między placem Inwalidów a ulicą Dolnych Wałów stały milicyjne nyski z osiatkowanymi oknami, do których wtaszczali się milicjanci w długich płaszczach w kaskach i okularach ochronnych. Niektórzy trzymali na smyczy duże psy w kagańcach.(…) Ulicą często przejeżdżały milicyjne nyski oraz „szczekaczka”, która straszyła, głośno zakazując zgromadzeń. Franek tłumaczył mi się, że on nie protestuje, tylko przyszedł zobaczyć, co się dzieje. Poszliśmy ulicą Strzody w kierunku placu Krakowskiego. Tutaj na skrzyżowaniu jezdnia i ściana budynku kina „X” były mocno zalane wodą. Krążyły tu milicyjne polewaczki i przystosowany do polewania ludzi wóz straży pożarnej. Na placu Krakowskim od znajomych studentów dowiedziałem się, że zbieramy się przy akademikach na Łużyckiej. Franek przestraszył się i odszedł. Pod akademikami zebrało się kilkudziesięciu studentów, ale w momencie pojawienia się polewaczki rozpierzchliśmy się. Z okien akademików słychać było okrzyki i docinki studentów. Pokrążyłem po mieście i wróciłem do domu.
Następnego dnia przed zajęciami studenci, którzy dostali pałką, uciekli „pałkownikom” lub zostali polani wodą opowiadali te zdarzenia jako przygodę. Kpili z Tadzia, naszego kolegi z roku, który jako działacz ZMS oraz członek partii poszedł w czapce studenckiej na demonstrację, aby przekonywać studentów o niecelowości protestu. Nie uciekał, kiedy milicja zaczęła pałować. Milicjanci nie rozpoznali, że jest działaczem komunistycznej młodzieżówki, i sprawili mu porządne lanie. (…)
14 marca przed południem władze Wydziału Górniczego przerwały zajęcia i wszystkich studentów wydziału zgromadziły w auli 200, gdzie przemawiał do nich I Sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR doc. dr Stanisław Janiczek. Mimo „powagi” zajmowanej funkcji, pan docent był bardzo cichym i zrównoważonym człowiekiem. Mówił bardzo ogólnie i spokojnie. Ze strony studentów głos zabrał Aleksander Steinhoff, student IV roku. Mówił też bardzo ogólnie i niby na temat, ale dziś nie potrafię przytoczyć choć kilku jego słów. Aleksander Steinhoff był starszym bratem Janusza Steinhoffa, mojego kolegi z roku, który w latach 1997–2001 był Ministrem Gospodarki, a w 2000 roku awansował na wicepremiera. Jedno, co mogę zaświadczyć: 11 marca 1968 roku obaj bracia Steinhoffowie byli uczestnikami gliwickiej studenckiej manifestacji.
Kilka dni po demonstracji studenckiej do mojego ojca do pracy przyszedł milicjant i pokazał mu zdjęcie, na którym byłem ujęty jako uczestnik zajść. Ojciec obejrzał i z iście lwowską swadą powiedział „Ta patrz się pan, ja myślałem, że to batiar, a to porządny człowiek”. Pod koniec marca ojciec mój poszedł do szpitala z nierozpoznaną marskością wątroby, którą zafundowali mu Niemcy podczas wojny blisko pięcioletnią dietą w jenieckim obozie dla żołnierzy polskich w Niemczech. W szpitalu ojciec zaraził się żółtaczką zakaźną i zmarł we wrześniu tegoż roku. Gdyby nie choroba i śmierć, przypuszczalnie wylaliby go z pracy.
W archiwach Katowickiego Oddziału IPN znajduje się 59 zdjęć z gliwickiej studenckiej manifestacji w 1968 roku. Zdjęcia były tak wykonane, żeby umożliwić identyfikację demonstrujących studentów, a nie uwiecznić panoramę wydarzeń. Niektóre z nich są identyczne i różnią się tylko opisami na odwrocie. Na przykład zdjęcie nr 1/6 zostało opisane przez bezpiekę następująco: „Zdjęcie zostało wykonane dnia 12.03.68 r. w Gliwicach na placu Krakowskim. Przedstawia jednego z bardziej aktywnych manifestantów w dniu 11.03. 1968 r. (Y). W dniu 12 marca stał przeważnie z boku i złośliwie naśmiewał się z wysiłków MO w rozproszeniu zgromadzenia. Wszedł do gmachu Wydziału Chemicznego Politechniki Śląskiej o godz.17.30”. Ten sam opis, wykonany innym charakterem pisma, widnieje na zdjęciu nr 1/19 i podobny na zdjęciu nr 1/39 (patrz fot. nr 6), przy czym zdjęcia są identyczne. Tam, gdzie demonstrujący studenci zostali rozpoznani, zanotowano ich nazwiska i miejsce wykonania zdjęcia.
Jestem przekonany, że wiele zdjęć nie zachowało się. Brak jest najważniejszych – spod pomnika Mickiewicza, przedstawiających moment dekorowania pomnika kwiatami, a osobiście widziałem, jak robiono te zdjęcia. Brak jest zdjęć transparentów, które nieśli studenci czy np. zdjęć, które pokazywał mojemu ojcu milicjant. (…)
Czytając tajne informacje Katowickiego Urzędu Bezpieczeństwa „dotyczące sytuacji operacyjno-politycznej w związku z wystąpieniami studentów na terenie województwa katowickiego”, można dowiedzieć się, że w dniu 11.03.68 roku na Politechnice Śląskiej w Gliwicach wśród kadry naukowej było 4 TW (tajnych współpracowników) oraz 13 PO (?), a wśród studentów 7 PO. „Po rozbudowie źródeł informacji w środowisku studenckim”, już 6.04.1968 roku wśród kadry naukowej było 19 PO, a wśród studentów – 16.
Senat Politechniki Śląskiej za publiczne popieranie i zachęcanie do ekscesów studenckich zawiesił w czynnościach służbowych oraz wystąpił o pozbawienie tytułu profesorskiego kierownika Katedry Budownictwa Przemysłowego prof. dr. Józefa Ledwonia oraz jego żonę dr Jadwigę Ledwoń, kierowniczkę Zakładu Budowy Mostów. Za to samo „przewinienie” zwolniono dyscyplinarnie z pracy st. asystenta Wydziału Górniczego Wiktora Gryckiewicza. Osoby te dotknęła jeszcze jedna „kara”: zostały wydalone z szeregów PZPR.
Relegowany z uczelni i wcielony do wojska został student I roku Wydziału Mechaniczno-Technologicznego Jan Moczkowski – za kontakt ze studentami warszawskimi oraz posiadanie 3 warszawskich rezolucji studenckich. Jego matka, pracownica biura Politechniki Śląskiej w Gliwicach, została wydalona z pracy. Za próbę kolportowania rezolucji studentów warszawskich zwolniono z pracy st. asystenta Politechniki Śląskiej w Gliwicach Andrzeja Sobańskiego.
W województwie katowickim SB i MO zatrzymało 87 studentów, z tego zwolniono przed upływem 48 godzin 84. Z ogółu zatrzymanych postępowaniem karnym objęto 19 osób, z tego do sądu skierowano 6 spraw, a do KKA 13 osób. Przeprowadzono 122 rozmowy profilaktyczno-ostrzegawcze ze studentami. Ponadto rektorzy wyższych uczelni zawiesili w prawach studenckich 3 studentów oraz przeprowadzono 13 rozmów ostrzegawczych.
Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „To już 50 lat – gliwicki Marzec ‘68” znajduje się na s. 11 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tadeusza Lostera pt. „To już 50 lat – gliwicki Marzec ‘68” na s. 11 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
„W moim kraju mamy swoje spojrzenie na historię, a cały świat rozumie wydarzenia historyczne zupełnie inaczej. Rzeczywiście wrażenie jest takie, że polityka Rosji opiera się na kłamstwach”.
Zbigniew Berent
„To przedziwna sytuacja, gdy w moim kraju mamy swoje spojrzenie na historię, a cały świat rozumie wydarzenia historyczne zupełnie inaczej. Rzeczywiście wrażenie jest takie, że polityka Rosji opiera się na kłamstwach” – stwierdził z goryczą Nikita Pietrow, rosyjski historyk ze stowarzyszenia „Memoriał” w rozmowie z Polskim Radiem.
Wiosną 2017 r. badanie sondażowe dotyczące najwybitniejszych postaci wszech czasów przeprowadziło Centrum Analityczne Jurija Lewady z Moskwy – niezależny ośrodek badań opinii społecznej. Stalin nadal jest idolem. Wzrosła liczba Rosjan deklarujących pozytywne uczucia dla niego – szacunek, sympatię, a nawet zachwyt; takie postawy są dziś częstsze niż w ciągu poprzednich 16 lat – wynika z sondażu. Na Józefa Stalina oddało swój głos 38% uczestników sondażu. Aż 34% Rosjan wskazało na Władimira Putina. W pierwszej piątce najwybitniejszych Rosjan znaleźli się również Aleksander Puszkin, Włodzimierz Lenin i car Piotr I. (…)
Czy w Rosji funkcjonuje „społeczeństwo” rosyjskie? Czegoś takiego najwyraźniej nie ma, skoro aż 68% Rosjan chciałoby przywrócenia systemu socjalistycznego. Polska Agencja Prasowa poinformowała w kwietniu 2017 r. o wyniku badania Centrum Lewady: 56% Rosjan żałuje rozpadu Związku Sowieckiego. Odpowiedzi wskazujących na żal za ZSRS jest obecnie nieco więcej niż w kilku poprzednich sondażach. W kolejnych badaniach od 2010 roku od 49 do 54% Rosjan wyrażało żal z powodu rozpadu Związku Sowieckiego. (…)
W tym samym badaniu zapytano Rosjan o rolę Włodzimierza Lenina, organizatora i pierwszego przywódcy państwa radzieckiego, w historii ich kraju. Aż jedna piąta ankietowanych – 20% – nie miała zdania na ten temat. O zdecydowanie lub raczej pozytywnej roli Lenina przekonanych jest ponad połowa Rosjan – 53%. Zdecydowanie lub raczej negatywną rolę przypisało Leninowi 27% badanych. (…)
Według badania Centrum Lewady, w 2015 r. aż 42% Rosjan byłoby gotowych zrezygnować z wolności słowa i możliwości podróżowania poza granice kraju, gdyby władze państwowe zagwarantowały im w zamian godziwe wynagrodzenie. Podobna ilość uczestników sondażu wybrała przeciwną opcję.
Wynik badania jest zbliżony do osiągniętego w 2013 roku, kiedy to 43% Rosjan zadeklarowało, że woli stabilizację finansową niż prawo do swobodnej wypowiedzi i podróżowania. Przeciwną opinię wyraziło wówczas 46% uczestników sondażu. 10 lat wstecz za wolnością wypowiedzi i podróżowania opowiedziało się 54% uczestników badania Centrum Lewady, a tylko 35% wybrało stabilizację finansową. Zatem tendencja jest widoczna i niepokojąca. (…)
Źródło: Opracowanie własne Zb. Berenta na podstawie prac Feliksa Konecznego
Istniejący obecnie w Rosji system społeczno-gospodarczy nie zmienił się. Ukształtował się on w połowie lat 90. XX wieku. Potem ewoluował, rozwijał się, jednak zmiany nie dotknęły jego istoty. Należy odnotować, że jest to jakiś rodzaj systemu kapitalistycznego, w którym istnieje własność prywatna i prywatna działalność gospodarcza. Ludzie mogą zakładać własne przedsiębiorstwa, sprzedawać swój biznes i przekazywać go w spadku. W ramach tego systemu istnieją mechanizmy rynkowe z określonym poziomem konkurencji. Zatem oficjalnie każdy może szukać nabywcy swojej produkcji i porozumieć się z nim co do ceny, bez formalnych pozwoleń ze strony organów państwowych. (…)
Władimir Putin jako nowy mąż opatrznościowy (…) sformułował cztery priorytetowe zadania państwa:
walka z biedą;
ochrona rynku (przedsiębiorcy) przed bezprawnym przejęciem zarówno ze strony urzędników, jak i kręgów kryminalnych;
odrodzenie osobistej godności obywateli w imię wartości narodowych;
prowadzenie polityki zagranicznej przy uwzględnieniu interesów narodowych Rosji, przewaga celów wewnętrznych nad zewnętrznymi.
Za tymi atrakcyjnymi hasłami sprytnie ukrył dążenie do odrodzenia sowieckiej potęgi wojskowo-gospodarczej i poczucie dumy „człowieka radzieckiego” ze swojego państwa. W tym samym okresie nowe kierownictwo ogłosiło, że państwo nie będzie dłużej tolerować ingerencji oligarchów w kierowanie państwem. (…)
Putin na nowo obudził w ludziach postradzieckich poczucie dumy.
Putin jest wyrachowanym graczem. Podejmuje decyzje w oparciu o analizy dziesiątków instytutów naukowych pracujących nad problemami geopolitycznymi, gospodarczymi i z dziedziny strategii wojskowej.
Rosji nie chodzi o zdemontowanie NATO, ale o podważenie roli Stanów Zjednoczonych w świecie. Bez USA NATO nie ma większego znaczenia jako potęga militarna.
Putin jest tylko elementem dominującego układu siłowego w Rosji, który dąży do upodmiotowienia Rosji jako elementu nowego, wielobiegunowego układu światowego bezpieczeństwa.
Rosjanie po dzień dzisiejszy pozostają wierni perspektywie opisującej świat z punktu widzenia zbiorowości, a także zasadzie nadrzędności dobra wspólnoty nad dobrem jednostkowym, bowiem w ich pojęciu to drugie może być zrealizowane tylko poprzez realizację tego pierwszego.
Cały artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Cywilizacja turańska. Od Stalina do Putina” znajduje się na s. 13 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Cywilizacja turańska. Od Stalina do Putina” na s. 13 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Czy podstawą do roszczeń o zwrot pożydowskiego majątku będzie uznanie ich nieżyjących właścicieli za Żydów według definicji Żyda zawartej w ustawach norymberskich, czy też według innego kryterium?
Zbigniew Kopczyński
Niedawno miniona 85. rocznica dojścia do władzy socjalistycznego (z tych brunatnych) rządu tow. Hitlera wywołała falę okolicznościowych artykułów, przypominających te i następujące po nich wydarzenia. (…) Jest jednak jeden aspekt, który do dziś trudno mi zrozumieć. Jest nim zdumiewający brak reakcji tego, co nazywamy zagranicą. Właśnie w czasie od przejęcia władzy do wojny, kiedy w błyskawicznym tempie wprowadzono niemiecką odmianę apartheidu. Zmiany w Niemczech były tak szybkie i zasadnicze, że nie mogły być niezauważone i musiały wywołać szok. (…)
Państwa, uważające się za cywilizowane, milcząc przyjęły kryteria rasowe, stawiając przeszkody w przyjmowaniu żydowskich emigrantów. W uzgodnieniu ze Szwajcarią, Niemcy wprowadziły stemplowanie Żydom paszportów czerwoną literą „J”. Od tego czasu aryjscy Niemcy mogli wjeżdżać do Szwajcarii bez wizy, a semiccy nie.
Chlubnym wyjątkiem był polski konsul we Wrocławiu. Oznajmił on niemieckim władzom, że Rzeczpospolita nie rozróżnia narodowości swoich obywateli i atak na Żydów z polskim obywatelstwem będzie traktować jak atak na Polaków. Uchronił ich tym samym od represji, a później pomógł 150 rodzinom wyjechać przez Polskę do USA. Polski paszport z pewnością pomógł przy wjeździe do Ameryki.
(…) Obojętność nie minęła po wybuchu wojny. Dość przypomnieć perypetie Jana Karskiego usiłującego zainteresować losem Żydów zarówno prezydenta USA, jak i tamtejsze środowiska żydowskie. A działo się to w czasie, gdy Niemcy już przemysłowo ich mordowali. Amerykańscy Żydzi nie mogli wprawdzie zbombardować Auschwitz ani wysłać wojska do gett, posiadali jednak potężną broń – media. Niestety wiadomości o ludobójstwie ich rodaków nie pojawiały się na pierwszych stronach amerykańskich gazet.
Wydawać by się mogło, że dziś, po tych doświadczeniach i po tylu latach, rozróżnianie ludzi pod względem rasy jest już tylko pojęciem historycznym. Tymczasem wpływowe w Ameryce środowiska potomków tych, którzy wzbraniali się przed pomocą swym rodakom zza oceanu, forsują w Kongresie projekt rasistowskiej ustawy. Chodzi oczywiście o majątek po tych Żydach, ofiarach Holokaustu, którzy nie zostawili spadkobierców.
W cywilizowanych regulacjach prawnych taki majątek przypada państwu, którego zmarły był obywatelem lub na którego terytorium znajduje się ten majątek.
Wspomniana ustawa ma wyłączyć majątki pożydowskie spod tego prawa i umożliwić jego przejęcie tym, którzy swoje roszczenia opierają jedynie na wspólnym pochodzeniu rasowym. Prawo, w którym ludzie różnych ras czy narodów podlegają różnym regulacjom, jest bez wątpienia prawem rasistowskim.
(…) Dlatego proponuję, by Rząd Rzeczypospolitej zwrócił się do inicjatorów ustawy z pytaniem, czy podstawą do roszczeń o zwrot pożydowskiego majątku będzie uznanie ich nieżyjących właścicieli za Żydów według definicji Żyda zawartej w ustawach norymberskich, czy też według innego kryterium?
Jeśli zastosowane miałyby być ustawy norymberskie, co byłoby logiczne, to czy majątek pozostały po mieszańcach (Mischlinge) I i II stopnia miałby być dzielony między organizacje żydowskie a państwo polskie według proporcji żydowskości dla tych kategorii rasowych zawartych w tych ustawach?
Cały artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Echa Holokaustu” znajduje się na s. 9 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Echa Holokaustu” na s. 9 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Komandosi byli grupą studentów Uniwersytetu Warszawskiego wywodzących się głównie ze środowiska puławian, realizujących liberalne hasła swoich „ojców” (tzw. socjalizm z ludzką twarzą).
Jacek Jadacki
O wydarzeniach marcowych 1968 roku
Indywidualne obserwatorium
Byłem wtedy studentem Konserwatorium Warszawskiego (w owym czasie nosiło ono nazwę Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej; potem nazwę jeszcze dwukrotnie zmieniano…). Mieszkałem w Dziekance (domu studenckim wyższych szkół artystycznych). Główny teatr Wydarzeń w Warszawie – Krakowskie Przedmieście – był na trasie mojej codziennej drogi między akademikiem a gmachem uczelni przy Okólniku.
Byłem obserwatorem Wydarzeń – ale nie uczestniczyłem w zajściach. Na usprawiedliwienie mam m.in. to, że na 12 marca wyznaczono mi termin ważnego recitalu (w programie była Appasionata Beethovena i sonata c-moll Schuberta) i pilnie się do tego recitalu przygotowywałem. Tym samym stosowałem się, choć bezwiednie, do hasła z transparentów ówczesnego aktywu proletariackiego: „Studenci do nauki!”. Ale nie byłem całkowicie „grzecznym” studentem, bo wykorzystałem atmosferę Marca do opracowania i częściowego wprowadzenia w życie reformy studiów muzycznych; większość ze zmian, które wtedy zaproponowałem, została zrealizowana dopiero po dziesięcioleciach, kiedy moi rówieśnicy zostali już profesorami, dziekanami i rektorami.
Nawiasem mówiąc, mój recital w pierwotnym terminie został odwołany; w Konserwatorium w tym dniu „wrzało” (uchwalano rezolucję do ministra kultury) i… nie miałem dla kogo grać. Recital został przełożony – i zagrałem tydzień później.
Aktorzy dramatu
Nie da się zrozumieć wydarzeń marcowych bez krótkiej choćby charakterystyki tych, którzy – jak się to wtedy mówiło – „stali” za owymi wydarzeniami. Chodzi przede wszystkim o tzw. puławian, natolińczyków i partyzantów oraz tzw. komandosów i rewizjonistów. Trzeba tę charakterystykę uzupełnić ponadto rzutem oka na sytuację polityczną w tzw. obozie socjalistycznym, powstałą po wojnie izraelsko-arabskiej 1967 roku.
„Puławianie” (nazwani tak od kamienic przy ul. Puławskiej w Warszawie, do których po wojnie „wkwaterowano” licznych dygnitarzy komunistycznych, uprzednio „wykwaterowawszy” przedwojennych właścicieli) – stanowili nieformalną frakcję w kierownictwie rządzącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Frakcja ta powstała w 1956 roku. Byli to stalinowcy, którzy po śmierci Stalina – jedni może szczerze, inni zapewne dla utrzymania swoich stanowisk – przedzierzgnęli się w liberałów.
Stalin zainstalował w Polsce po II wojnie światowej jako swoich agentów (nie mylić z „tajnymi współpracownikami”) w dużym procencie osoby pochodzenia inteligencko-żydowskiego (przeważnie spośród tzw. Litwaków, a więc Żydów spoza prowincji byłego Cesarstwa Rosyjskiego zwanej „Królestwem Polskim”). Dlatego wśród puławian wielu (może nawet większość, ale trudno to ustalić, gdyż agenci stalinowscy masowo spolszczali nazwiska) było Żydami; stąd pogardliwe określenie tej frakcji: „Żydy”.
Nieformalną frakcją w kierownictwie PZPR byli także „natolińczycy” (nazwa pochodzi od pałacu Potockich, a potem Branickich w Natolinie, zarekwirowanego przez władze komunistyczne na własną rezydencję).
Również ta frakcja powstała w 1956 roku. Należeli do niej ci spośród stalinowców, którzy opowiadali się za utrzymaniem – a nawet „umocnieniem” – dyktatury PZPR. Byli oni przeważnie pochodzenia chłopsko-robotniczego; stąd pogardliwe określenie tej frakcji: „Chamy”. Za głównych konkurentów do władzy uważali oni puławian – oskarżając ich (nie bez racji) o kierowanie represjami stalinowskimi w Polsce i eksponując ich żydowskie pochodzenie.
Trzecia nieformalna frakcja w kierownictwie PZPR, partyzanci, skupiała komunistów, działających czasie II wojny światowej jako partyzanci na terenie ziem polskich. Pod względem ideologicznym byli oni kontynuacją natolińczyków. Przedstawiali się jako „patrioci” zwalczający „kosmopolitów” (puławian).
Komandosi i rewizjoniści
„Komandosi” byli grupą studentów Uniwersytetu Warszawskiego wywodzących się głównie ze środowiska puławian, realizujących liberalne hasła swoich „ojców” (tzw. socjalizm z ludzką twarzą).
Propaganda partyjna nazywała ich „młodzieżą bananową”, co poniekąd było słuszne, bo puławianie nie należeli do ludzi biednych (w każdym razie według standardów gomułowskiej „siermiężnej” Polski). Komandosi zjawiali się m.in. na zebraniach organizacji młodzieżowych, wykładach otwartych i uroczystościach rocznicowych (jak komandosi w wojsku – stąd nazwa) i zabierali podczas nich „nieprawomyślne” (z punktu widzenia władzy) głosy. Nawiasem mówiąc – byłem obecny podczas jednego takiego „mityngu”; poziom intelektualny wypowiedzi zarówno „prawomyślnych” aparatczyków, jak i komandosów był żenujący…
W historii komunizmu „rewizjonizmem” nazywano różne rzeczy. W latach sześćdziesiątych w Polsce sprawa była stosunkowo prosta. Rewizjonistą partyjnym był każdy, kto publicznie sprzeciwiał się oficjalnemu stanowisku Komitetu Centralnego PZPR (lub poszczególnych kacyków partyjnych).
Warto zaznaczyć, że kiedy o rewizjonizm oskarżano „czerwoną profesurę”, to nie za jakieś tam filozoficzne niuanse (przecież dygnitarze partyjni to byli na ogół – jak ich trafnie określił Kisielewski – „ciemniacy”), tylko za to, że zdradzali aktualną, jak wtedy mówiono, linię Partii. Inna sprawa, że w niektórych okresach było kilka linii Partii; stąd epitetem „rewizjonista” przerzucały się wzajemnie różne strony konfliktu.
Wojna sześciodniowa i syjoniści
W wojnie izraelsko-arabskiej 1967 roku – zwycięskiej dla Izraela – Rosjanie (a w konsekwencji i Układ Warszawski) stanęli po stronie arabskiej i grożąc interwencją, doprowadzili do powstrzymania inwazji izraelskiej na sąsiadujące państwa arabskie. Stanowisko Rosjan wzięło się stąd, że poczuli się oni zdradzeni przez Izrael, który spod „parasola” rosyjskiego przeszedł pod „parasol” amerykański. Część puławian/komandosów poparła jednak – wbrew instrukcjom moskiewskim – Izrael; starali się to wykorzystać natolińczycy/partyzanci do odsunięcia tych pierwszych od władzy.
Syjonizm pierwotnie był XIX-wiecznym programem tych Żydów, którzy byli zwolennikami utworzenia samodzielnego państwa żydowskiego (w szczególności w Palestynie) i osiedlenia się w nim ludności żydowskiej – przede wszystkim z Europy.
W języku propagandy „marcowej” – „syjonistami” nazywano tych, którzy krytykowali oficjalną linię PZPR (i Moskwy) w sprawie konfliktu izraelsko-arabskiego. Należeli oni głównie do frakcji puławian-komandosów, a było wśród nich stosunkowo wiele osób pochodzenia żydowskiego.
Nawiasem mówiąc – w czasie tzw. spontanicznych wieców („masówek”) antysyjonistycznych na niektórych transparentach pisano „sjoniści” zamiast „syjoniści”. W związku z tym krążył taki dowcip. Na jakimś spotkaniu instruktażowym jeden rednacz (to skrótowiec od „redaktor naczelny”) pyta drugiego rednacza: „Jak się właściwie pisze słowo „syjonista”?” A drugi odpowiada: „Nie wiem, jak się pisze teraz, ale przed wojną pisało się przez zet z kropką…”.
Dziady i warchoły
W końcu listopada 1967 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyła się premiera Dziadów Mickiewicza w reżyserii Dejmka. Zmontował on tak tekst dramatu, że wyeksponowana została jego „ponadczasowa” wymowa antyrosyjska. Wywołało to panikę we władzach, zwłaszcza że spektakl miał być wkładem Teatru Narodowego w… obchody pięćdziesiątej rocznicy rewolty bolszewickiej. Ludzie teatru – których znam jak zły szeląg (z Dziekanki) – zachowali się, jak u nich niestety często bywa, nieodpowiedzialnie. Wyglądało to na świadome prowokowanie Rosjan, których wojska stacjonowały przecież wtedy w Polsce. W końcu stycznia 1968 roku władze zawiesiły przedstawienia. Reakcją komandosów była manifestacja przed pomnikiem Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. Zawieszenie inscenizacji Dziadów dokonanej przez Dejmka łatwo było przedstawić jako zamach na kulturę narodową. Pamiętam, że jedna z ulotek „marcowych” zawierała hasło: „Dziady na scenę!”.
Byłem w owym czasie stałym bywalcem teatrów warszawskich (i „prowincjonalnych”) i wiem, że był to szczytowy okres działalności tych teatrów zarówno pod względem repertuaru, jak i aktorstwa – zwłaszcza na tle „manii adaptacyjnej”, która opanowała teatry w III Rzeczypospolitej, a której promotorem w Warszawie stał się Szajna. Dlatego zdjęcie Dziadów było dla mnie jedynie mało znaczącym epizodem działalności cenzury.
Ale wielu studentów – zwłaszcza tych, którzy tej inscenizacji nie widzieli i w ogóle rzadko pojawiali się w teatrze – uznało, że kultura narodowa została przez to zdjęcie śmiertelnie zagrożona. I tak to się zaczęło… Młodzież studencka wyszła na ulice pod sztandarami wolności słowa. Poparli ich publicznie niektórzy wykładowcy – przede wszystkim członkowie PZPR – sympatyzujący z puławianami. Władze ochrzciły ich mianem „warchołów”.
Galimatias
W tym galimatiasie starały się ugrać interesy różne frakcje i koterie, przede wszystkim komunistyczne – ale nie tylko.
Gomułka lawirował między tymi grupami; z jednej strony i puławianie, i natolińczycy oficjalnie deklarowali wobec niego lojalność; z drugiej strony miał on świadomość, że każda z tych koterii chętnie zastąpiłaby go swoim człowiekiem. Czuł zarazem na sobie oddech Moskwy… A bardzo chciał się utrzymać u władzy.
Kiedy obserwowałem działania Gomułki w tamtych latach, to – przy założeniu, że chodziło mu przede wszystkim o utrzymanie się u władzy – działał racjonalnie. W puławian Gomułka uderzył bronią rewizjonizmu i syjonizmu. Ale zrobił to w rękawiczkach (nb. jego żona była z pochodzenia Żydówką). Przeciwko natolińczykom początkowo otwarcie nie wystąpił, bo łączyło go z nimi dążenie do uzyskania większej autonomii względem Moskwy (tzw. polska droga do socjalizmu). Ci okazali się niewdzięczni i próbowali go odsunąć od władzy. Nie udało im się to w 1968 roku, ale dwa lata później zrobił to za nich (czy z nimi?) Gierek.
Porachunki i obsesje
Jak zwykle w okresie politycznego galimatiasu różni ludzie – przede wszystkim bonzowie partyjni, ale i „zwykli” dranie – skorzystali, żeby załatwić osobiste porachunki. Sam znam takie wypadki, ale ich skala jest w praktyce nie do oszacowania.
Były też tragedie rodzinne (jedni członkowie rodziny chcieli wyjeżdżać, inni – nie), jak to bywa w życiu w tzw. sytuacjach granicznych… Były też zachowania tragikomiczne. Miałem np. kolegów, którzy z wypiekami na twarzy mówili mi na ucho: ten – Żyd, tamten – Żyd; rej wodził AG, który potem wyemigrował do Francji; tuż przed śmiercią wyznał mi, że jest z pochodzenia Żydem i rozważa przejście na judaizm. Inny z moich przyjaciół – JS – chyba rzeczywiście pochodzenia żydowskiego, tłumaczył się, że ma „semicki” profil, bo… spadł w dzieciństwie z konia; na szczęście nie wyjechał z Polski. Jeszcze inny z kolegów – AS – późniejszy znany dyrygent, pouczał mnie, że rytualne obrzezanie powoduje nadwrażliwość erotyczno-seksualną mozaistów…
Uniwersyteckie mity marcowe
Rok po wydarzeniach marcowych zostałem słuchaczem filozoficznego studium doktoranckiego UW. Mogłem więc zobaczyć z bliska „krajobraz pomarcowy” w jednym z kluczowych jego obszarów. Dzięki temu widzę jak na dłoni sens i genezę mitów, które do dziś przesłaniają niektórym prawdziwy obraz tego, co się wtedy działo w Uniwersytecie.
Oto cztery najważniejsze uniwersyteckie mity marcowe i moje do nich komentarze.
MIT PIERWSZY. Wykładowcy ówczesnego Wydziału Filozoficzno-Socjologicznego pochodzenia żydowskiego zostali usunięci.
W takim sformułowaniu jest sugestia, że wszyscy i tylko wykładowcy pochodzenia żydowskiego zostali usunięci. W istocie usunięci zostali następujący wykładowcy deklarujący pochodzenie żydowskie: Bauman, Brus, Morawski, Pomian i Zabłudowski (wszyscy byli członkami PZPR). Poza tym usunięci zostali nie-Żydzi, np. Kołakowski (zdaje się też, że nie byli pochodzenia żydowskiego Baczko, Hirszowicz i Ściegienny). Nie zostali natomiast usunięci następujący Żydzi: Fritzhand, Kotarbińska, Krajewski i Sikora. Klucz był tutaj nie narodowościowy, lecz partyjny: usunięto rewizjonistów i syjonistów (w znaczeniach określonych wyżej). Poza tym dla osób z zewnątrz wrażenie antyżydowskiego charakteru represji brało się stąd, że usunięto „wielu” Żydów; rzecz jednak w tym, że po prostu było wiele osób pochodzenia żydowskiego wśród ówczesnych wykładowców filozofii na UW (zwłaszcza partyjnych).
MIT DRUGI. Usunięci wykładowcy zostali zmuszeni do emigracji.
Gomułka w swoim (dwugodzinnym!) przemówieniu z 19 czerwca 1967 roku – którego tekst przeczytałem z uwagą (bo chociaż nigdy nie uprawiałem polityki, to zawsze się nią interesowałem) – powiedział dobitnie, że jeśli ktoś uważa się za syjonistę (w sensie: solidaryzuje się z Izraelem w wojnie sześciodniowej) i jest rewizjonistą (w sensie: nie akceptuje linii Partii), to może opuścić Polskę, przy czym zostanie wtedy pozbawiony obywatelstwa polskiego. Ci, co wyjechali po wydarzeniach marcowych, skorzystali z tej „oferty”. Byli wśród nich także i tacy, dla których była to po prostu możliwość wyjazdu z „obozu socjalistycznego” na Zachód – a wśród nich także ci, którzy spodziewać się mogli tego, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej za swoją działalność w okresie stalinowskim. Paradoksalnie – pozbawienie obywatelstwa polskiego okazało się dla tych ostatnich korzystne, bo przestali podlegać jurysdykcji sądów polskich. Nawiasem mówiąc, krążył wtedy – skądinąd makabryczny – dowcip tej treści: Czym się różnią Polacy od Niemców i Rosjan? Niemcy i Rosjanie Żydów zamykali w obozach, a Polacy ich z obozu wypuszczają…
Ale nawet spośród adresatów oferty Gomułki wielu zostało w Polsce i zadowoliło się na pewien czas mniej prestiżowymi niż uniwersyteckie stanowiskami.
Warto podkreślić, że jeśli chodzi o „marcowych” filozofów z UW, to nikt (jeśli się nie mylę) nie udał się do Izraela; wszyscy otrzymali posady akademickie na Zachodzie (Baczko w Genewie, Bauman w Leeds, Brus i Kołakowski w Oksfordzie, Hirszowicz w Reading, Pomian w Paryżu, Ściegienny w Strasburgu, Zabłudowski w Yale); w 1971 roku powrócił do Polski Morawski (w 1997 – Zabłudowski, a w 1999 – Pomian). Posady akademickie w znanych zagranicznych ośrodkach uniwersyteckich nie była to z pewnością degradacja zawodowa (a w mojej ocenie tylko Kołakowski zasłużył na swoją zagraniczną pozycję formatem intelektualnym).
Dlatego stawianie „marcowej” emigracji w jednym rzędzie z eksterminacją Żydów polskich przez niemieckich okupantów w czasie II wojny światowej i traktowanie tych dwóch faktów jako „równorzędnych” przejawów prześladowań antysemickich – uważam za mieszaninę arogancji z nonszalancją wobec ofiar eksterminacji wojennej.
MIT TRZECI. Usuwając z UW wykładowców – bezpośrednich i „pośrednich” uczestników wydarzeń marcowych – reżim komunistyczny naruszył autonomię akademicką: wolność słowa i wolność badań naukowych – wartości, których usunięci byli orędownikami.
Jak już wspomniałem, wykładowcy ci zostali usunięci nie za rodzaj i wyniki swojej pracy naukowej, tylko za poglądy i działania czysto polityczne („rewizjonizm”, „syjonizm” lub „warcholstwo”). Stałem zawsze i stoję na stanowisku właściwym dla szkoły lwowsko-warszawskiej, że ceną za autonomię akademicką jest polityczna neutralność uniwersytetów i że cenę tę warto zapłacić. Albowiem kto wojuje mieczem polityki, nie powinien się dziwić (a tym bardziej „płakać”), że tym mieczem dostanie po głowie. Co gorsza, owi orędownicy wolności słowa i wolności badań naukowych sami byli beneficjentami rzeczywistego łamania tych wolności przez siebie, przyczyniając się kilkanaście lat wcześniej do odsunięcia od dydaktyki swoich (!) profesorów-filozofów: na UW m.in. Ossowskiej, Ossowskiego i Tatarkiewicza – lub nękając ich pseudofilozoficznymi paszkwilami (Autorami najbardziej znanych paszkwili byli Baczko i Kołakowski). Zapewne – w mniemaniu rewizjonistów – nie było to niezgodne z tzw. socjalistyczną praworządnością, o której łamanie oskarżali władze w swoich „okołomarcowych” petycjach.
MIT CZWARTY. Po usunięciu rewizjonistów filozofia warszawska poniosła niepowetowane straty, a na filozofii uniwersyteckiej zaczęli szaleć ciemni aparatczycy: zamiast „prawdziwych” profesorów – tzw. folksdocenci.
Po wydarzeniach marcowych rozwiązano zwykłe studia magisterskie z filozofii, ale powołano do życia studia doktoranckie (Ciekawe, że przyjmowano na nie w nowoczesny sposób, bo kandydatami mogli być absolwenci studiów magisterskich z innych kierunków.) Jak wspomniałem wyżej – byłem jednym z przyjętych na te studia. Elementem politycznym na egzaminie wstępnym było to, że w spisie lektur widniała książka O naszej partii Gomułki; nie słyszałem jednak, żeby kogokolwiek „dręczono” odpytywaniem z tej pozycji. Skądinąd – bojąc się takiego odpytywania – bardzo uważnie przestudiowałem tę „cegłę”; okazała się (w każdym razie dla mnie, apartyjnego kandydata) niezwykle pouczająca i poprzez to, co zawierała między wierszami, otworzyła mi oczy na wiele spraw. Mam do dziś jej egzemplarz z notatkami na marginesach…
Wśród moich nauczycieli znaleźli się nieusunięci wtedy profesorowie: Kotarbińska, Pelc, Przełęcki, Suszko, Szaniawski. Uważanie ich – w opozycji do usuniętych „prawdziwych” profesorów – za „folksdocentów” jest propagandową kalumnią.
Konkluzja
W przestrzeni publicznej na temat wydarzeń marcowych krąży do dzisiaj więcej mitów niż faktów. Co gorsza: według mojej wiedzy, nie opublikowano dotąd wyników żadnych badań historycznych, wolnych od propagandowej skazy. Skądinąd w propagandzie „marcowej” przeważa – jak to się ujmuje w nowomowie – „narracja” wywodząca się z ideologii komandosów.
Uznałem więc, że nie od rzeczy będzie przypomnienie niektórych faktów, rzucających jaśniejsze światło na tę dominującą „narrację marcową”. Taka była intencja spisania powyższych uwag. Historyk może je uznać za wyraz stanu świadomości części mojego pokolenia.
Artykuł Jacka Jadackiego pt. „O wydarzeniach marcowych 1968 roku” znajduje się na s. 4 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jacka Jadackiego pt. „O wydarzeniach marcowych 1968 roku” na s. 4 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Konserwator wojewódzki najwyraźniej działa w interesie inwestora, który naszym zdaniem dąży do wyburzenia zabytku, co ma skutkować wzrostem wartości działki, na której znajduje się zabytek.
Mariusz Łojko
Wybudowana w latach 1892–1894 kamienica znajduje się w prestiżowym miejscu w centrum Szczecina. Projektowali ją i modernizowali dwaj wybitni przedwojenni szczecińscy architekci Eugen Wechselmann i Gustaw Gauss.
Fot. M. Łojko
Prywatny inwestor (REDI Sp. z.o.o. z siedzibą w Warszawie, kapitał zakładowy: 5 000 zł!), który nabył zabytkową kamienicę w roku 2015, miał dokonać modernizacji budynku wg projektu ustalonego z konserwatorem miejskim. Zgodnie z zapewnieniami inwestora miał w tym miejscu powstać hotel Hilton. Tak się jednak nie stało, albowiem w ciągu trzech lat spółka REDI, przy bierności służb konserwatorskich i nadzoru budowlanego, doprowadziła zabytek do kompletnej ruiny. Przeprowadziła tylko prace rozbiórkowe, pozostawiając obiekt bez dachu, na pastwę warunków atmosferycznych. Następnie w sierpniu 2017 r. na zlecenie inwestora wykonano ekspertyzę, z której wynika, że obecny stan techniczny budynku grozi katastrofą budowlaną i zagraża bezpieczeństwu ludzi. Na podstawie tylko tej niemiarodajnej ekspertyzy Powiatowy Inspektor
Nadzoru Budowlanego wydał nakaz rozbiórki budynku. (…)
Fot. M. Łojko
Budynek był dotychczas chroniony przez wpis do gminnej ewidencji zabytków i zapisy planu zagospodarowania przestrzennego, ale jak życie pokazało, ta forma ochrony okazała się niewystarczająca. Dlatego do konserwatora wojewódzkiego zostały skierowane wnioski i petycje o objęcie budynku ochroną prawną przez wpis do rejestru zabytków, aby uratować zabytkową fasadę obiektu, tak jak to uczyniono na przykład w Opolu. Autorem jednego z wniosków jest Stowarzyszenie „Ocalmy Zabytek”, którego jestem prezesem. Po spotkaniu w Urzędzie Miasta w dniu 15.03.2018 r., dotyczącym przyszłości zabytkowej kamienicy, wynika, że konserwator wojewódzki nie chce wszcząć postępowania w sprawie wpisu obiektu do rejestru zabytków i godzi się na jego wyburzenie. Z wypowiedzi zastępcy konserwatora wojewódzkiego p. Wolendera wynika, że urząd nie może wszcząć postępowania w sprawie wpisu do rejestru, albowiem nowy art. 10a w ustawie o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, który obowiązuje od stycznia tego roku, nie pozwala na podjęcie jakichkolwiek działań przy zabytku, a obiekt przecież trzeba zabezpieczyć, bo grozi katastrofa budowlana. Czyżby nowelizacja ustawy miała wadę prawną, która skutkuje w tym konkretnym wypadku niemożnością podjęcia przez służby konserwatorskie działań zabezpieczających i ratujących substancję zabytku? Czyżby doszło do absurdu, że zabytkowy obiekt trzeba wyburzyć tylko i wyłącznie ze względu na wspomniany zapis art. 10a ustawy, który wprowadzono specjalnie, aby zwiększyć skuteczność ochrony zabytków?
Artykuł Mariusza Łojki pt. „Ocalmy zabytek” znajduje się na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mariusza Łojki pt. „Ocalmy zabytek” na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
W XVIII w. Polsce zagrażał żywioł rosyjski oraz niemiecki, zorganizowany w dwa państwa – Prusy i Austrię. Dzisiaj rolę Prus grają Niemcy Angeli Merkel, rolę Austrii – Unia Europejska Angeli Merkel.
Szymon Giżyński
Pęka kokon postrozbiorowego myślenia
Analogie pomiędzy sytuacją geopolityczną i wewnętrzną Polski w XVIII wieku i współcześnie – także dla dzisiaj formułowanej polskiej myśli politycznej mają znaczenie podstawowe i szczególne.
Jeżeli zgodnie z faktami historycznymi i metodologicznie poprawnie wskażemy na owe podobieństwa, ale i zaczniemy dostrzegać różnice, to obie konstatacje dla polskiej myśli politycznej AD 2018 okażą się równocenne. Podobieństwa bowiem między XVIII wiekiem a współczesnością wskażą trwałe dla Polski niebezpieczeństwa, różnice zaś – pojawiające się dla nas szanse.
Powtórka z XVIII wieku, czyli Niemcy i Unia Europejska
W XVIII wieku Polsce zagrażały dwa żywioły: rosyjski i niemiecki. Żywioł niemiecki był zorganizowany w dwa państwa – Prusy i Austrię. Dzisiaj jest podobnie. Rolę Prus odgrywają Niemcy Angeli Merkel, rolę Austrii – Unia Europejska Angeli Merkel. Suwerenne Niemcy próbują nas zdominować, przede wszystkim na swój własny rachunek, ale czynią to przemyślanie: dla osłony i asekuracji swych narodowych celów – dominacji nad Polską – używają podporządkowanej sobie Unii Europejskiej.
Niemcy bowiem otoczyły protektoratem i kontrolują stan rzeczy i trwały proces, w którym gospodarczo-finansowo-cywilizacyjne wpływy w Polsce: francuskie, hiszpańskie, włoskie, belgijskie, holenderskie, a nawet portugalskie czy duńskie były w ostatnich dziesięcioleciach większe niż Polski na obszarze Francji, Hiszpanii, Włoch, Belgii, Holandii, a nawet Portugalii czy Danii. Przecież to nie kto inny, jak Portugalczycy zdominowali polski handel hurtowy i detaliczny – w postaci tych wszystkich „żabek” czy „biedronek”, a Duńczycy umacniali się coraz bardziej na terenie Polski w przetwórstwie rolno-spożywczym. Rządy PO-PSL ani nie chroniły polskiego rynku, ani, tym bardziej, nie odpowiadały swym europejskim partnerom naszą, symetryczną ekspansją na obszarze tamtych państw.
Tak jak po Połtawie, od 1709 roku Rosja Piotra I rościła sobie prawo i miała apetyt na całą Polskę, tak dzisiaj Niemcy Angeli Merkel – także dzięki swemu władztwu w Unii Europejskiej – rozciągają swe wpływy również na całą Polskę. Dodajmy pospiesznie: za przynajmniej tymczasowym przyzwoleniem Rosji Putina, asekurowanym ścisłą, niemiecko-rosyjską współpracą.
Tak jak w XVIII wieku czynnikiem paraliżującym funkcjonowanie państwa i wiodącym wprost ku utracie suwerenności i niepodległości była zmowa i brak zgody Rosji, Prus i Austrii na reformy ustrojowe i wojskowe w Rzeczpospolitej, tak obecnie przyczyną nacisku na Polskę pozostaje kwestionowanie od października 2015 roku naszego prawa do swobodnego i suwerennego rozwoju gospodarczego. To na dzisiaj i na jutro – polskie być albo nie być. Wszystko inne, na przykład ataki na zmiany w polskim wymiarze sprawiedliwości, posiadają znaczenie zastępcze i osłonowe dla podtrzymania niemieckiej protekcji nad polską gospodarką.
Tak jak w XVIII wieku wrogowie Polski wspierali i wychwalali ówczesnych polskich zdrajców i renegatów, tak i dzisiaj mocarze Wschodu i Zachodu chwalą to, co dla nich korzystne, i instrumentalnie wykorzystują swoich polskich popleczników, skądinąd tym samym wskazując ich palcem i przyczyniając się do ich precyzyjnej identyfikacji.
Suwerenność przynosi nadzieje
Czas najwyższy, by w tym miejscu przedstawić ważne różnice sytuacji Polski w XVIII wieku i współcześnie, zwłaszcza te możliwe do spożytkowania dzięki werdyktowi narodu 24 maja i 25 października 2015 roku.
W Warszawie od późnej jesieni 2015 roku rządzą polscy patrioci, w imię polskiej racji stanu i polskiego interesu narodowego, posiadając przy tym bardzo silną legitymację do sprawowania władzy. Jest bowiem Prawo i Sprawiedliwość pierwszą polską formacją polityczną, która po 1989 roku z woli narodu, w demokratycznych wyborach uzyskała samodzielną większość parlamentarną w Sejmie i Senacie.
Po zapaści rządów PO i PSL i ich upadku Polska jako państwo czynnie i realnie praktykujące dzisiaj swą suwerenność jest wreszcie traktowana podmiotowo: przez sojuszników – przyjaźnie; przez nie-sojuszników – nieżyczliwie, gdyż muszą oni się liczyć z utratą w Polsce niesymetrycznych stref, czy choćby sektorów wpływów. Zakończyły się bowiem w Polsce, 25 października 2015 roku, rządy oparte na tchórzostwie i cwaniactwie. Cynicznym, bo interesownym tchórzostwie: na zewnątrz – wobec Europy, w niby interesie i imieniu Polaków; i asekurującym wyprzedaż polskich interesów, cynicznym cwaniactwie do wewnątrz – wobec Polaków.
Dlatego polskie siły patriotyczne nie mają dzisiaj żadnych złudzeń i nie dają się wciągnąć w pułapkę orientacji rosyjskiej versus niemieckiej, pojętej alternatywnie i asekurancko: jedna przeciw drugiej i do tego jeszcze – rzekomo w polskim interesie. Przecież to, co czyniła do października 2015 roku ekipa PO-PSL: uprawianie orientacji na Rosję (Komorowski, PSL) i na Niemcy (Tusk, Sikorski), pozornie osobne i konkurencyjne – tylko podbijało stawkę w dziele unicestwiania Polski. Przy tym trzeba zawsze wiedzieć i pamiętać, że wszystko, co przeciwko Polsce czynią Rosja lub Niemcy, czynią to na wspólny, rosyjsko-niemiecki rachunek i we wspólnym interesie, często dla doraźnych celów, zawsze – w długofalowej perspektywie.
A dla wygrywania polskich spraw w Unii Europejskiej powinniśmy się posługiwać między innymi metodą precedensów, czyli włączyć do naszego modus operandi wszelkie prekursorskie i udane próby załatwiania swoich narodowych interesów przez Niemcy, Danię, Luksemburg, Węgry i wszystkich pozostałych członków Unii Europejskiej.
Na obszarze Polski nie ma dzisiaj obcych wojsk, są wojska sojusznicze, w tym przede wszystkim żołnierze z amerykańskich jednostek NATO, i będzie ich coraz więcej. Dzisiejszą targowicę – czyli PO, Nowoczesną i KOD oraz ich poputczików – wspierają nie obce wojska, lecz biurokracje: berlińska i brukselska, co prawda, jak im pasuje, grające ideologicznym fanatyzmem, ale, jak się zdaje, skazane bardziej na pragmatyzm, z nadmiaru kłopotów własnych i wskutek zamiaru utrzymania w Polsce swych realnych wpływów i interesów.
Geopolityka stwarza szanse
Porównując jednakowoż sytuację Polski – tę z XVIII wieku i tę dzisiejszą – nietrudno dostrzec, iż największy i najistotniejszy zestaw różnic dotyczy geopolityki.
W geopolitycznie nowej sytuacji, po zburzeniu muru berlińskiego i rozpadzie ZSRR, zaczęło się jednak typowo: Niemcy i Rosja restytuowały polski syndrom postrozbiorowy i dostosowały go do nowych czasów i potrzeb. Niemcy na początku lat 90. XX wieku przejęły od Rosji polskie aktywa i stopniowo roztaczały nad nimi podwójny parasol: swój – niemiecki i swój – unijny.
Wówczas zawiązany sojusz obu mocarstw: Niemiec i Rosji trwa efektywnie do dzisiaj i dotyczy wspólnej konstrukcji i budowy wielkiego, euroazjatyckiego bloku; atlantycko-pacyficznego, od Lizbony po Władywostok.
W międzymocarstwowej geopolityce pojawiły się jednakowoż i w drugiej dekadzie XXI wieku już na dobre się ukonstytuowały dwa nowe czynniki: islamizacja Europy na zachód od Odry i coraz intensywniejsza w Europie obecność cywilizacyjno-gospodarczych interesów Chin. Naruszenie postrozbiorowego paradygmatu, czyli bezwzględnej dominacji żywiołów niemieckiego i rosyjskiego na obszarze Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, zostało jeszcze spotęgowane Brexitem i dojściem do władzy w Stanach Zjednoczonych prezydenta Donalda Trumpa. Po Brexicie Wielka Brytania, zgodnie z jej odwiecznymi geopolitycznymi pryncypiami, będzie dążyć do równowagi na Starym Kontynencie kosztem największej europejskiej potęgi, czyli Niemiec.
Rywalizujące zaś ze sobą o prymat na globalnej szachownicy mocarstwa: Chiny i USA, odkładając bezpośrednią konfrontację na później, czyszczą i porządkują przedpole; każde na swój sposób obiektywnie przeciwdziałając konstytuowaniu się pacyficzno-atlantyckiego bloku rosyjsko-niemieckiego.
Postępuje zatem korzystna z punktu widzenia interesów Polski, pewna synergia amerykańskich impulsów dla koncepcji Trójmorza ze strategicznym umieszczeniem na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej rozgałęzień i nitek Jedwabnego Szlaku. Pęka geopolityczny kokon postrozbiorowego myślenia.
Artykuł Szymona Giżyńskiego pt. „Pęka kokon postrozbiorowego myślenia” znajduje się na s. 5 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Szymona Giżyńskiego pt. „Pęka kokon postrozbiorowego myślenia” na s. 5 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Arcybiskup Baraniak w Episkopacie należał do tych, którzy nie uznawali kompromisów w władzą komunistyczną. Był zdecydowanie krytyczny wobec postawy tzw. księży patriotów oraz stowarzyszenia PAX.
Aleksandra Tabaczyńska
Antoni Baraniak to jedna z najbardziej niezwykłych postaci polskiego Kościoła. Gruntownie wykształcony salezjanin, zaufany sekretarz prymasów Polski – Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego, więzień okresu stalinowskiego, biskup sufragan gnieźnieński i arcybiskup metropolita poznański. Jeden z najważniejszych, obok prymasa Stefana Wyszyńskiego i kard. Karola Wojtyły, członków Konferencji Episkopatu Polski, uczestnik Soboru Watykańskiego II. Zapalony filatelista i fotograf. (…)
Prezes IPN przyznał, że IPN jest winien pewnych zaniechań i złych decyzji wobec postaci abpa Baraniaka w latach ubiegłych. Tu warto dodać, że śledztwo w sprawie uwięzienia i prześladowań Antoniego Baraniaka przez władze komunistyczne prowadziła w latach 2003–2010 Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Zostało ono jednak umorzone m.in. z powodu „braku dowodów na prześladowania fizyczne i psychiczne”. 40 lat po śmierci abpa Baraniaka sprawa jego aresztowania ponownie znalazła się w kręgu zainteresowania IPN. 26 czerwca 2017 r. prezes Instytutu Jarosław Szarek oraz dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, zastępca Prokuratora Generalnego Andrzej Pozorski, zapowiedzieli wznowienie śledztwa. (…)
Podczas prezentacji albumu ks. abp. Stanisław Gądecki odniósł się do wszczętego 6 października 2017 roku procesu beatyfikacyjnego abpa Baraniaka, gdzie niezbędnym kryterium kościelnym, od którego zależy pozytywny skutek, jest wykazanie heroiczność cnót osoby poddanej badaniom procesowym.
– To nie jest tylko kwestia znoszenia cierpień i prześladowania, ale trzeba udowodnić heroiczność wszystkich cnót. Jest to sprawą stosunkowo trudną. Tylko tam, gdzie mamy męczeństwo kończące się śmiercią, nie potrzeba żadnego innego dowodu i nie potrzeba cudu. Natomiast tam, gdzie było męczeństwo, które nie zakończyło się śmiercią, trzeba dowodzić heroiczności wszystkich cnót (…). Myślę, że opracowania abpa Marka Jędraszewskiego poświęcone okresowi uwięzienia oraz ten tom wydany przez IPN zostaną włączone w akta procesu beatyfikacyjnego i staną się bardzo pomocne.
Cały artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Po Golgocie przychodzi zwycięstwo” znajduje się na s. 7 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Po Golgocie przychodzi zwycięstwo” na s. 7 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl