Pięć powodów, dla których Polacy, którzy udali się na emigrację w czasach III RP, nie wracają do Polski na stałe

Niestety często się zdarza, że nawet jeżeli emigrant zdecydował się wrócić, to po pewnym czasie ponownie pakuje walizki, a czasami, jak autor artykułu, udaje się na emigrację wewnętrzną i czeka.

Wojciech Walczuk

Ostatnie miesiące upływają pod znakiem gospodarczego rozkwitu. Inwestycje rosną, bezrobocie maleje, a pracodawcy coraz głośniej domagają się poluzowania sztywnych reguł rządzących rynkiem pracy. Gospodarka z tygrysim impetem wskakuje na kolejne słupki wzrostu, a, dodatkowo, perspektywy rozwoju na kolejne lata wcale nie przewidują załamania koniunktury.

Dlaczego zatem, mimo milionów brakujących rąk do pracy, za milionami przyjeżdżającymi zza wschodniej granicy nie widać choćby dziesiątek tysięcy Polaków powracających z emigracji?

Polski jest wciąż najczęstszym językiem obcym słyszanym od Dover po Inverness. Przyczyn, trywializując, jest wiele, tak jak wiele było powodów do wyjazdu. Każdy przypadek jest odmienny, ale mimo to wiele schematów się powtarza, dlatego spróbujmy je uporządkować i wyciągnąć choćby bardzo ogólne wnioski.

Na problem niepowracającej emigracji możemy spojrzeć z perspektywy autora tekstu, czyli byłego emigranta z brytyjskim paszportem, próbującego na nowo ułożyć sobie życie w kraju nad Wisłą.

Dlaczego zatem nie wracają? Pierwszy powód jest oczywisty – to pieniądze. Wszystko kręci się wokół nich. Co i za ile, kto ma ich więcej, a komu się znowu nie udało rozkręcić interesu. W Polsce czy za jej granicami temat pieniędzy to numer jeden. Na emigracji wciąż można zarobić dużo więcej, ale jeżeli sprawdzimy koszty życia na Zachodzie i porównamy z krajem, bilans finansowy nie jest już taki oczywisty. Szukajmy zatem dalej.

Drugi wniosek, który można wysnuć po licznych rozmowach z Polakami na Wyspach, to jakość codzienności nad Wisłą. Wszechobecna agresja panosząca się w tramwaju i kolejce w supermarkecie, kierowcy, którym cztery kółka na lokalnej szosie pomyliły się z czwórką w galopie, a także wszędobylskie słowa na k i ch potrafią skutecznie zniwelować bliskość rodziny i smak domowego ciasta.

Trzeci powód, który należy łączyć z drugim, to jakość usług, gdzie nie chodzi wcale o urzędników, bo ci zaczęli się nawet uśmiechać i nie traktują już petentów niczym wrogów, ale o zorganizowany system utrudniania życia na każdym etapie. Wiadomo od carskich czasów, że Polaków trzeba trzymać krótko, ale czy w wolnej Polsce musimy wciąż czuć się jak pod zaborami? Lubujemy się w wolności osobistej, wspominamy złoty wiek demokracji szlacheckiej, a pozwoliliśmy, aby zaświadczenia, formularze i pieczątki wyznaczały nam rytm codziennych obowiązków.

W obecnym systemie powinności obywatela wobec państwa i tego, co państwo polskie oferuje w zamian, nie tylko nie powinniśmy liczyć na liczny powrót Polaków z emigracji, ale możemy zapomnieć o masowym i trwałym napływie innych narodowości.

Czwarty i piąty powód nielicznych powrotów to marny poziom szkolnictwa (zwłaszcza uczelni wyższych) i licha publiczna służba zdrowia. Obydwa są tematami na osobne artykuły, ale obydwa można też sprowadzić do powszechnej selekcji negatywnej i wszechwładnych koterii.

Przyczyn, dla których nie wracają, jest pewnie więcej i każdy emigrant mógłby wskazać swoje własne, ale niestety często się zdarza, że nawet jeżeli już powrócił, to po pewnym czasie ponownie pakuje walizki, a czasami, jak autor artykułu, udaje się na emigrację wewnętrzną i czeka. Czasami walczy o swoją szansę na normalność.

Felieton Wojciecha Walczuka pt. „Dlaczego nie wracają” znajduje się na s. 12 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Walczuka pt. „Dlaczego nie wracają” na s. 12 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Serialu o śląskim języku regionalnym ciąg dalszy. Problem znów pojawił się w Sejmie RP. Ciągnie się od roku 2007

Czas zweryfikuje pomysły „uzdrowicieli” śląszczyzny, którzy często własnych dzieci nie zdążyli nauczyć mowy przodków. Wydaje się jednak, że kilkadziesiąt gwar śląskich do tego czasu przetrwa.

Bożena Cząstka-Szymon

Projekt wniosła „Nowoczesna”. Wywody oparto na poszukiwaniu tożsamości NARODOWEJ przez Ślązaków (dlaczego nie grupowej, etnograficznej?). (…) Wprowadza się „nowe” spojrzenie na godkę śląską. Czyli – nieważna przeszłość. Nieistotna (wtórna) staje się systemowa bliskość śląszczyzny i języka polskiego!

Ważna jest „narracja”.

A wygląda ona następująco. Otóż podobno współczesne językoznawstwo nie jest w stanie pokazać różnic między dialektami/gwarami a językiem ogólnym. To wiedzą wnioskodawcy. Nie daje więc ono (językoznawstwo) odpowiednich narzędzi do odróżnienia tego, co jest jeszcze gwarą, a co językiem ogólnonarodowym. A przecież to lingwistyka „wytyczyła” pokrewieństwa języków, wyznaczyła też tzw. ligi językowe, odtworzyła niektóre prajęzyki, np. naszego przodka – język prasłowiański – oraz jeszcze wcześniejszego, dawcę połowy współczesnych języków na świecie – język praindoeuropejski.

Trudno nie pytać językoznawców o opinię, skoro powoływane nowe byty polityczne – jak język regionalny – umożliwiają pozyskanie sporych funduszy, ale równocześnie w preambule ustaw europejskich (dotyczących tychże języków regionalnych) czytamy, że „nie jest językiem regionalnym DIALEKT danego języka”.

Właśnie dlatego chcą wprowadzić nową definicję ustawowo chronionych, czyli dofinansowanych języków. Pomysłodawcy nadal lekceważą Ustawę o języku polskim i zapis w tejże o ochronie gwar jako dziedzictwa narodowego. Ich nie interesują polskie ustawy. Ważne są zapisy europejskie. W takim razie zlikwidujmy naukę o dialektach. Na siłę powołajmy do życia wiele języków regionalnych. Będzie zajęcie dla różnych – rwących się pilnie do działań, wykształconych na polskich uczelniach – humanistów. Ich europejscy koledzy wprowadzili już przecież pojęcie płci kulturowej… Zafundowali na uczelniach nowe kierunki badań, studiów, możliwości publikacji.

Jak jest ze zrozumieniem polszczyzny?

Każdy Ślązak rozumie ogólną polszczyznę. Większość cech gwar śląskich to dawne właściwości języka ogólnonarodowego, który zdążył się szybciej rozwinąć i nie ma w nim już niektórych słów, dawnych głosek, starych końcówek. Niewiele jest cech specyficznie śląskich. Niewiele innowacji. Można wskazać inne gwary, należące do dialektu małopolskiego, wielkopolskiego czy dawnych kresowych, które mają te same cechy gwarowe, co śląszczyzna.

Ale żeby to udowodnić, należałoby gruntownie znać i gramatykę historyczną, i historię języka, a przede wszystkim dialektologię. Cóż, kiedy takich zajęć od dawna nie ma na studiach wyższych. Na paru uczelniach w Polsce „przykleiła się” nauka o dialektach do gramatyki historycznej (tak jest np. w Warszawie), ale na prowincji trudno już znaleźć specjalistów dialektologów, bo to żmudna praca w terenie: trzeba znaleźć odpowiednich informatorów, przeprowadzać wielogodzinne wywiady, spisywać je, analizować, porównywać mowę sąsiednich miejscowości. W dodatku trzeba mieć szeroką wiedzę historyczną, kulturową. Łatwiej przecież poczytać w prasie (polskojęzycznej) parę artykułów, uwierzyć zebranym podpisom, znaleźć odpowiednie przepisy (najlepiej unijne) i na to nałożyć siatkę pojęciową zgodną z postnowoczesnym paradygmatem. Stworzy się więc nowy problem. Aktualna jest sprawa, a właściwie nowy produkt, który trzeba umiejętnie „sprzedać”. Pojawią się nowe dotacje, nowe opracowania. Stworzymy nowe języki regionalne!

To nic, że nie słychać o języku kurpiowskim. Że nikt się o taki nie upomina. Podobnie jak o podhalański. Ale w tomie pokonferencyjnym w Mińsku już od kilku lat można przeczytać o emancypacji dialektów i nowych językach słowiańskich, łącznie z wymienionymi. Nie jest ważne, czy to ludziom służy. Czy jest potrzebne. Czy jest zgodne z tradycją.

Propagatorzy języka śląskiego zdają się mówić: dążmy do podziałów, do wydzielania małych terenów, niezdolnych do samodzielnego rządzenia. Nasi pobratymcy z południa już tego doświadczyli. I powstały maleńkie państewka wielkości naszego województwa, z minijęzykami. W tej sytuacji konieczne jest tworzenie nowych słowników, leksykonów etymologicznych, nowych instytutów naukowych. Będzie praca na kilka pokoleń.

A jaka jest taktyka? Dość prosta.

Podkreślmy raz jeszcze – skoro w Europejskiej karcie języków regionalnych lub mniejszościowych wyraźnie pisze się o tym, że nie obejmuje ona dialektów, no to trzeba zrezygnować z terminu ‘gwary śląskie’ czy ‘dialekt śląski’. Zmienić definicję. Nadać nowe znaczenie. Wykreować termin ‘etnolekt śląski’ i dalej już z górki. Wystarczy przeczytać hasło w Wikipedii, gdzie czytelnik o słabej wiedzy historycznojęzykowej, dialektologicznej, nadmiernie ufający zapisom w Internecie, prasie, niemającej żadnego powodu, by przedstawiać prawdę w czasach postprawdy – niewiele dowie się np. o badaniach śląszczyzny (nie znajdziemy tam nazwisk Kazimierza Nitscha oraz innych badaczy gwar śląskich, szczególnie cieszyńskich).

Cały artykuł Bożeny Cząstki-Szymon pt. „Serialu o śląskim języku regionalnym ciąg dalszy” znajduje się na s. 16 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Bożeny Cząstki-Szymon pt. „Serialu o śląskim języku regionalnym ciąg dalszy” na s. 16 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Polska i Ukraina mają ten sam cel i tego samego wroga / Wywiad z Jadwigą Chmielowską, „Kurier WNET” 46/2018

Jeśli ktoś, będąc Polakiem, bardziej nienawidzi Ukrainy niż kocha Polskę, to znaczy, że gotów jest poddać się rosyjskiemu panowaniu. To samo, odpowiednio zmieniając sformułowanie, dotyczy Ukraińców.

Jadwiga Chmielowska
Władysław Niedaszkiwski

Mamy ten sam cel i tego samego wroga

O perspektywach relacji polsko-ukraińskich, możliwościach rozwiązania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego oraz o obecnej sytuacji wewnętrznej Ukrainy z redaktor naczelną „Śląskiego Kuriera WNET” Jadwigą Chmielowską, opozycjonistką z czasów PRL, współprzewodniczącą Autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej, Sekretarzem Generalnym Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ekspertem KRRiT – rozmawia ukraiński dziennikarz Władysław Niedaszkiwski.

W latach 80. zajmowała się Pani wyzwoleniem politycznych więźniów. Dziś ten temat jest bardzo aktualny na Ukrainie. Jakiej rady może Pani udzielić naszym obrońcom praw człowieka? Na co trzeba w pierwszej kolejności zwrócić uwagę, żeby uwolnić więźniów Kremla?

Uważam, że jedynie międzynarodowa opinia publiczna jest w stanie wpłynąć na władze państw totalitarnych. Tak było w latach 80. XX wieku w Polsce i tak jest dzisiaj. Rosja Putina jest, niestety, bardzo często przedstawiana społeczeństwom wolnego świata jako jedyne państwo, które jest w stanie sprzeciwić się paranoicznym pomysłom elit zachodnich. Kreml przeznacza olbrzymie pieniądze na budowanie wizerunku Putina jako obrońcy europejskich wartości chrześcijańskiej cywilizacji oraz na wojnę informacyjną (na etatach są tysiące hakerów, informatyków, trolli). Dlatego powinno się podawać do wiadomości publicznej wszelkie przykłady łamania praw człowieka przez Rosję, obnażać jej terrorystyczno-imperialny charakter. Potrzebne są konkretne posunięcia – w tym wypadku pozwy sądowe do trybunałów międzynarodowych.

Uważam też, że w dobie wojen hybrydowych, gdy najskuteczniejszym narzędziem jest informacja, przekaz powinien odbywać się również w języku rosyjskim, aby skutecznie trafiał do wyborców Putina.

Obowiązkiem Unii Europejskiej jest wydzielenie realnych funduszy na walkę informacyjną przeciwko dezinformacji płynącej z Kremla. W chwili obecnej w Brukseli zajmuje się tą sprawą około 20 urzędników – przeciwko parunastu tysiącom informacyjnych żołnierzy Putina. To kpina.

Istnieje kwestia zakładników, którzy znajdują się w niewoli u bojówkarzy w Donbasie. Jak można doprowadzić do ich uwolnienia?

Jestem zwolenniczką rozwiązań siłowych. Swoich należy uwalniać. Do tego służą wyszkolone oddziały specjalne. Armia Krajowa odbijała swoich z rąk katów niemieckich i sowieckich, choć podczas okupacji warunki były o wiele trudniejsze. Ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego tak duże państwo jak Ukraina ma problem w Donbasie i Ługańsku. Nie jest jasne, czy to jest agresja Rosji, czy walka z terrorystami lokalnymi. To, co się stało na Krymie, jest wynikiem błędnej polityki prowadzonej od lat 90. XX wieku. Kijów nie wspierał dostatecznie Tatarów, nie umożliwił powrotu wszystkim Tatarom na Krym, nie przekazał w ręce Medżlisu władzy nad Autonomią Tatarską. Ukraina być może teraz dopiero odzyskuje kontrolę nad dowództwem swojej armii.

Jak Pani scharakteryzuje dzisiejsze stosunki polsko-ukraińskie w świetle niedawnych decyzji polskich polityków, na przykład dotyczących penalizacji banderyzmu?

Nowelizację ustawy o IPN oczywiście popieram, bo przeciwstawia się niemieckiej propagandzie, próbującej zrzucić odpowiedzialność za Holokaust, lub jej część, na Polaków (chodzi o sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”). Na początku tłumaczono, że to określenie wskazuje tylko geograficzną lokalizację obozu w Auschwitz, ale później poczynano sobie coraz śmielej. Nadal mówi się wszędzie o jakichś mitycznych „nazistach”, a nie Niemcach, którzy przecież ogromną większością (ponad 90%) wybrali w demokratycznej procedurze Hitlera.

Jednak zapis o Ukrainie w tej nowelizacji jest (nie tylko moim zdaniem) typową kremlowską „wrzutą”. Wielu polskich publicystów zwróciło uwagę na to, że „punkt ukraiński” pojawił się w ostatniej chwili, w końcówce roku 2016. Ponad rok trwała cisza i raptem 25 stycznia 2018 r. w sejmie odbyło się drugie czytanie.

Oficjalnie jako działanie sterowane przez Rosjan ocenił to były premier prawicowego rządu, obrońca więźniów politycznych i opozycjonista w PRL-u – adwokat Jan Olszewski. Spotkał go za to olbrzymi atak środowisk prorosyjskich.

Moim zdaniem ten zapis, wciśnięty przez środowiska narodowe i Ruch Kukiz’15, miał powstrzymać funkcjonowanie ustawy i ją skompromitować. Określenie terminu zbrodni banderowskich na lata 1925–1950 dyskwalifikuje autorów tego sformułowania. W 1925 roku Bandera miał 16 lat i jeszcze nie było żadnych banderowców. OUN powstał w 1929 r., a na przełomie 1940/1941 rozpadł się na dwie frakcje – melnykowców i banderowców.

Poseł Rzymkowski z Kukiz’15 przyprowadził do komisji sejmowej trzech ekspertów ds. ukraińskich – profesorów Włodzimierza Osadczego, Czesława Partacza i Wojciecha Muszyńskiego z IPN. Ten ostatni powinien znać historię. Sądzę więc, że jedynie miał uwiarygadniać pozostałych ekspertów.

Profesor Partacz zajmuje się stosunkami polsko-ukraińskimi. W 2015 r. skorzystał z zaproszenia władz rosyjskich i wziął udział w konferencji w Jałcie. Uwiarygodnił tym samym obecność Rosji na Krymie. Występował też w Sputniku – czołowej sieci propagandowej Rosji. Tak więc Partacz dołączył do zdrajców interesów Polski. Skandalem jest, że taki człowiek ma wpływ na legislację w Polsce.

Na Krymie w lutym 2015 r. był też Adam Śmiech z Klubu „Zawsze Wierni Rzeczpospolitej” Jest to wyjątkowo antysemicka i prorosyjska grupa, realizująca politykę Putina.

Z kolei prof. Włodzimierz Osadczy jest członkiem władz wojewódzkich Stowarzyszenia Polska – Wschód, czyli dawnego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W ubiegłym roku panowie Osadczy i Partacz zorganizowali konferencję z Zapałowskim, kolejnym działaczem prorosyjskim w Polsce, znanym z propagowania rozbioru Ukrainy. Prof. Osadczy straszy, że Ukraińcy pracujący w Polsce w pewnym momencie rzucą się na Polaków i jak banderowcy będą mordować. Tak więc, znając autorów tej „ukraińskiej poprawki”, śmiem twierdzić, że powstała ona przy bliskiej współpracy z ambasadą Rosji albo wręcz na Łubiance.

Rosyjskim priorytetem jest doprowadzanie do jak największego napięcia w stosunkach Ukrainy z Polską. Pamiętamy wszyscy, jak olbrzymim poparciem Polaków cieszył się Majdan, czyli walka Ukraińców o niepodległość! Polacy zdają sobie sprawę, że dopiero przynależność Ukrainy do NATO może na trwałe zagwarantować bezpieczeństwo całego naszego regionu – od Tallina i Warszawy do Erewania, Sofii i Aten – czyli państw Międzymorza.

Dlatego uważam działalność prorosyjskiej agentury w Polsce, szczującej na Ukraińców, za równie szkodliwą, jak działanie pana Wiatrowycza z ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Gloryfikuje on zbrodniarzy z tej części UPA, która rzeczywiście dokonywała rzezi. Dla Polaków i Ukraińców najważniejsze jest stanięcie w prawdzie, aby płacz nad trumnami nie przesłonił nam wolności. By znowu nie zwyciężyli Moskale. Bo mordy na Polakach organizował i Berlin, i Kreml. I choć Bandera był w obozie niemieckim, to jednak podlegli mu Ukraińcy mordowali Polaków w imię jego nacjonalistycznej ideologii.

Należy też pamiętać, że niektórzy przywódcy UPA byli przeciwni rzezi Polaków, jak np. Taras Bulba-Borowieć.

Co Pani sądzi o takich kontrowersyjnych elementach naszej wspólnej historii, jak rzeź wołyńska? Spory trwają do dziś. Czy jest jakaś szansa, by nasze kraje wreszcie się porozumiały?

Wszystkie te sprawy należy spokojnie wyjaśniać, rzetelnie opisywać, przeprowadzać ekshumacje, stawiać pomniki itp. Pamiętajmy, że w Hrubieszowie, choć AK z UPA zażarcie się zwalczały, dokonując pacyfikacji wiosek, to po wkroczeniu Sowietów zaczęły współpracować w obliczu wspólnego wroga. Tak musi być i dzisiaj. Tylko współpraca Polski i Ukrainy pozwoli zachować nam wolność.

Wyjaśnienie przyczyn zbrodni, które objęły swoim zasięgiem Wołyń i część ówczesnej Małopolski Wschodniej, jesteśmy winni nie tylko tym, którzy zginęli, ale też sobie i przyszłym pokoleniom. Ta historia dla wszystkich Ukraińców i Polaków powinna być przestrogą przed tym, co dzieje się, gdy się nie wspieramy.

Przez wieki połączone wojska litewskie, rusińskie i polskie nie tylko zwyciężały Rosjan, ale i zdobyły Kreml. Natomiast walki między pobratymcami sprawiły, że popadliśmy w niewolę. Tak więc, czy się to nam podoba, czy nie, jesteśmy skazani na współpracę, jeśli chcemy być wolni.

Jeśli ktoś, będąc Polakiem, bardziej nienawidzi Ukrainy niż kocha Polskę, to znaczy, że gotów jest poddać się rosyjskiemu panowaniu. To samo, odpowiednio zmieniając to sformułowanie, dotyczy Ukraińców. Należy też zdawać sobie sprawę z tego, że Rosja prowadzi wojnę informacyjną, której zadaniem jest skłócać narody.

Wojna w Donbasie trwa już ponad trzy lata. Aktualna jest kwestia misji pokojowej ONZ. Czy, zdaniem Pani, ta inicjatywa może się powieść?

Zależy, kto miałby się w tych wojskach pokojowych znaleźć. Bo jeśli rosyjscy „mirotworcy”, to taka misja zagrażałaby niepodległości Ukrainy. Jeśli żołnierze innych państw, to powinni oni stać na granicy Ukrainy z Rosją, aby uniemożliwiać przesiąkanie rosyjskiej broni i żołnierzy. Wtedy to miałoby jakiś sens. Jeśli natomiast takie wojska miałyby odgradzać okupowane tereny od reszty kraju, będzie to wzmacniało pozycję samozwańczych prorosyjskich władz okupacyjnych. Efekt będzie odwrotny od zamierzonego.

Pani ściśle współpracuje z ruchem Tatarów krymskich. Na czym polega ta współpraca i co udało się osiągnąć?

Wraz z kolegami z Autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej od 1989 współpracowaliśmy z OKND (Narodową Organizacją Ruchu Krymskotatarskiego), a potem z Medżlisem i Światowym Kongresem Tatarów Krymskich. Z Piotrem Hlebowiczem często przyjeżdżałam na Krym. Wraz z gronem przyjaciół pomagaliśmy w powrotach Tatarów na półwysep. Staraliśmy się nagłaśniać w całym świecie sytuację narodu deportowanego w całości przez Stalina. Z 400 000 osób wywiezionych 18 maja 1944 roku przeżyła połowa. Duża część zmarła podczas deportacji.

Piotr Hlebowicz i przedstawiciele Tatarów krymskich, 2013 | Fot. archiwum prywatne P. Hlebowicza

Niestety Ukraina nie wspierała należycie powrotu Tatarów na Krym. Musieli wykupywać swoje majątki – domy i ziemię, które przez wieki należały do ich przodków. Na Krym powróciła tylko połowa deportowanej przez Sowietów populacji tego narodu. Rząd ukraiński, zamiast udogodnić powrót wszystkich Tatarów krymskich z Uzbekistanu i innych miejsc zsyłki, by zmniejszyć procentowo liczebność Rosjan na Krymie – robił rzecz odwrotną – wszelkimi metodami utrudniał ich przyjazd. Klasyczne strzelanie sobie w stopę. To oni – Tatarzy – powinni rządzić Krymem. Jednak głupota władz Ukrainy sprawiła, że Kijów cały czas zachowywał w tej sprawie dystans.

Sama słyszałam, gdy przestrzegałam przed możliwą zdradą Rosjan, że „przecież Rosjanie to Słowianie i chrześcijanie, a Tatarzy są tureckojęzycznymi muzułmanami”. I z dwojga złego lepiej jest oddać Krym Rosji, niż pozwolić na stworzenie Autonomii Krymskotatarskiej i zagrożenie „fundamentalizmem islamskim”. Tak wypowiadali się różni politolodzy oraz politycy ukraińscy i proszę – efekty nie kazały długo na siebie czekać. I choć politycy ukraińscy mają teraz nauczkę, to obawiam się, że nawet ta okupacja niewiele ich nauczyła. Wojska ukraińskie oddały Krym bez jednego wystrzału! Czy po tym odbyły się procesy dowódców? Przecież ktoś był odpowiedzialny za ten stan rzeczy.

Krymscy Tatarzy do szlachetny i wykształcony naród. Ci z nich, którzy osiedli na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej (początek osadnictwa – koniec XIV wieku), otrzymali szlachectwo lub zostali przyjęci do stanu rycerskiego. Byli zawsze wierni swojej nowej ojczyźnie. Do dziś ani Litwini, ani Polacy nie mają z Tatarami żadnych zatargów. Z tego, co wiem, również nie są zarzewiem żadnych konfliktów Ukrainie. To Ukraina zdradziła Tatarów, a nie Tatarzy Ukrainę.

Obecnie są oni na Krymie represjonowani. Próbowaliśmy nagłaśniać procesy przywódców tatarskich, interesować dziennikarzy za granicą ich problemami. Rosja kilkakrotnie usiłowała przyklejać Tatarom łatkę muzułmańskiego fundamentalizmu. Na szczęście prawie nikt w to nie wierzy. Przeszły 4 lata od aneksji i okupacji, a rząd Ukrainy wraz z prezydentem prawie nic nie zrobili w sprawie Tatarów. Są mgliste obietnice tatarskiej autonomii kulturalnej (!) na Krymie, przyjmuje się uchodźców z okupowanego półwyspu, jednak nie jest to najlepiej zorganizowane.

W jednej ze swoich publikacji pisała Pani, że Rosja stara się zacząć wojnę pod pretekstem religijnym. Mamy najazd migrantów w Europie, mamy „państwo islamskie”. Czy to wszystko jest częścią tego planu? Jaka jest w tym rola Ukrainy?

Rosja próbowała ocieplić stosunki z USA, a nawet wciągnąć Stany Zjednoczone do współpracy na niwie walki ze światowym terroryzmem, choć sama od kilkudziesięciu lat go budowała. Po 11 września 2001 r. to się jej częściowo udało. Świat zaczął walczyć z terroryzmem islamskim i raptem zapomniał, kto go tworzył.

Niemcy realizują w Unii Europejskiej politykę rosyjską. Chcą Amerykanów wypchnąć z Europy i to jest oczywiście korzystne dla Rosji. Warto przypomnieć gazociągi pod Morzem Bałtyckim. Na rękę Rosji jest destabilizacja Europy i państw narodowych. Merkel swoją polityką doprowadziła do tego, że w kolejnych państwach wygrywają partie narodowe, upatrujące w Putinie, niestety, zbawcę od zachodnioeuropejskich dewiacji, tak propagowanych przez Niemcy.

Obecnie jednak i USA, i Wielka Brytania nie dają się Rosji wodzić za nos. Donald Trump wymienił sekretarza stanu USA. Został nim dotychczasowy szef CIA, po którym można się spodziewać zdecydowanie twardszego stosunku do Rosji niż miał Tillerson. Bardziej stanowczą postawę Wielkiej Brytanii wobec Rosji widać zaś np. w związku z otruciem na terenie Wielkiej Brytanii Siergieja Skripala. Rosja się przeliczyła, licząc na tak mizerną reakcję, jak po otruciu Litwinienki.

Przy okazji sprawy Skripala także Niemcy i Francja zostały zmuszone do jasnego opowiedzenia się, czy są po stronie Rosji, czy Zachodu. Donald Trump, Theresa May, Emmanuel Macron i Angela Merkel podpisali się pod wspólnym oświadczeniem, wzywającym Rosję do złożenia wyjaśnień ws. użycia broni chemicznej do ataku na Skripala. Solidarność z Wielką Brytanią wyraził kilka dni wcześniej polski premier.

Należy zacieśniać jak najbardziej kontakty i współpracę z NATO i USA. To leży także w interesie Ukrainy, która musi wreszcie przestać dawać się oszukiwać Niemcom.

Czym były manewry „Zapad 2017” – demonstracją mocy czy próbą rozszerzenia swojego władania? Czy te manewry były skuteczne?

Manewry Zapad – zorganizowane z wielkim szumem na Białorusi – miały zastraszyć wolny świat. Kto jest strachliwy, ten zawsze ma problem. Zapad 2017 był w tym kontekście bez znaczenia. Pokazał jedynie całkowitą zależność łukaszenkowskiej Białorusi od Rosji. Niepokojący jest jednak proceder budowania nowych rosyjskich baz wojskowych na Białorusi oraz wzrost liczebności żołnierzy rosyjskich u naszych wschodnich granic. To także groźba dla Ukrainy, która ma sporą granicę z Białorusią.

Jak, Pani zdaniem, powinna się odbyć deokupacja Krymu i Donbasu? Czy okupowanie tereny potrafią zreintegrować się z pozostałą częścią Ukrainy?

Po pierwsze musi nastąpić wycofanie wojsk rosyjskich z Krymu i Donbasu oraz bandziorów nazywających siebie separatystami. Potem nowi osadnicy z Rosji powinni jak najszybciej wrócić do domu, czyli do „matuszki Rasiji”. Z reintegracją nie będzie oczywiście żadnych problemów. Ukraińcy widzą, jak żyje się w wolnym świecie, ich paszporty są ważne w całej Europie, i nie potrzebują wiz. Już słyszałam, że Rosjanie z Krymu starają się w Kijowie o potwierdzenie ukraińskiego obywatelstwa. No cóż, lepiej być Ukraińcem niż Rosjaninem.

Naturalnie trzeba rozliczyć pomocników okupantów – krymskich Rosjan zaangażowanych w represje przeciwko Tatarom krymskim oraz zamieszkałym na Krymie Ukraińcom. Codziennie FSB i okupacyjne służby pomocnicze przeprowadzają rewizje w domach działaczy krymskotatarskich, są aresztowania, pobicia, procesy sądowe, stała inwigilacja. Od czasu zajęcia Krymu zabito wielu młodych Tatarów krymskich. Okupanci nazywają to następująco: „Porwani i pozbawieni życia przez nieznanych sprawców”.

Jak Pani ocenia to, co obecnie obserwujemy w życiu politycznym w Polsce? Są obawy, że za sprawą polityki PiS-u Polska kieruje się w stronę autorytaryzmu i dyktatury. Czy to prawda? Jakie konsekwencje ewentualny polski autorytaryzm będzie miał dla Ukrainy?

Straszenie PiS-em to oczywisty element wojny propagandowej Rosji i Niemiec. Polska wreszcie zaczęła realizować swoje interesy, zamiast być kolonią Niemiec. Gospodarka się rozwija, program prorodzinny zwiększył dzietność i zamożność rodzin. Panuje absolutna wolność słowa i przekazu mediów, zarówno publicznych, jak i prywatnych. Nie istnieje kaganiec w postaci tzw. poprawności politycznej. Narzekają jedynie te media, które są własnością kapitału niemieckiego, ale one realizują politykę swoich właścicieli. Reagują nerwowo, bo ludzie przestają kupować prasę, która kłamie.

Polska jest jedynym na świecie krajem, w którym autorytaryzm nigdy nie miał żadnych szans. Nie było absolutyzmu królów – była demokracja szlachecka. Zaborcom nie udało się narzucić Polakom swoich norm, skoro w każdym kolejnym pokoleniu wybuchały przeciw nim powstania. Niemcy w II wojnie światowej nas nie ujarzmili, nie było w narodzie polskim zdrajców, nie powstał rząd kolaboracyjny i żadne formacje wojskowe wspierające III Rzeszę Hitlera.

Komunizm w okresie PRL też się nie przyjął. Pomimo że była to strefa okupacyjna Rosji sowieckiej, to rodzimym namiestnikom, pomimo terroru, nie udało się spacyfikować Polaków. Chłopi zachowali ziemię, Kościół przetrwał prześladowania. W komunizm nie wierzyli nawet partyjni, którzy zapisywali się dla świętego spokoju, a i tak chrzcili dzieci i chodzili do kościoła. Tylko idiota może wierzyć w to, że Polska stanie się kiedykolwiek krajem autorytarnym. Polacy kochają wolność! Widać to na każdym kroku.

Na początku 2013 roku Pani i Piotr Hlebowicz zbieraliście na Krymie podpisy w intencji wydania zakazu działania organizacji prorosyjskich na terenie półwyspu. Czym się kierowaliście? Obecnie wszystko wygląda tak, jak przepowiadaliście i czemu usiłowaliście przeciwdziałać.

Rosjanie dopuścili się w styczniu 2013 roku prowokacji, czyli urządzili wystawę plenerową ku czci Stalina. Tatarzy tę wystawę zniszczyli. I mieli rację! Prowokacją było czcić na Krymie kata odpowiedzialnego za eksterminację tego narodu. Wtedy ujawniły się różne prorosyjskie bojówki, przed którymi ostrzegałam dyrektora Departamentu Spraw Zagranicznych prezydenta Juszczenki.

Krym, Mołodiożnoje, aktywiści Russkowo Jedinstwa pikietują przed miejscem spotkania z mieszkańcami – Tatarami Krymskimi | Fot. Wojciech Jankowski

Piotr Hlebowicz często bywał na Krymie i widział rozwój tych paramilitarnych organizacji prorosyjskich, które przechodziły profesjonalne szkolenia wojskowe w Rosji. Stworzono m.in. organizację Kozaków krymskich, która miała za zadanie bronić kołchozowej ziemi przed rozdysponowaniem jej pomiędzy Tatarów krymskich. „Pokrzywdzonymi” byli oczywiście rosyjscy kołchoźnicy.

Przykładem może być konflikt w Mołodiożnoje k. Symferopola. Tatarom nie przydzielano ziemi, gdyż kołchoz chciał sprywatyzować pola i oddać je kołchoźnikom (większość kołchoźników to Rosjanie). Tatarzy kilka lat temu odcięli sobie z tego kołchozu kawałek ziemi i się nią podzielili. Zaczęli stawiać na niej małe, tymczasowe domki. Niektórzy z nich mieli dowody na papierze, iż kołchoz został stworzony na gruntach ich przodków! W 2012 roku podniósł się wielki krzyk, do akcji wkroczyły paramilitarne organizacje rosyjskie. Parokrotnie burzyły zbudowane przez Tatarów budynki, były pobicia i zastraszanie. Oczywiście Siergiej Aksjonow i prorosyjski rząd Autonomii Krymskiej poparł kołchoźników.

We wrześniu 2013 roku Piotr Hlebowicz pojechał do Mołodiożnoje na spotkanie z mieszkańcami – przywitał go szpaler groteskowo wyglądających tzw. Kozaków krymskich oraz członków innych organizacji prorosyjskich. Mieli w rękach rosyjskie flagi i transparenty z hasłami typu: „Krym zawsze z Rosją!”. Ale samo spotkanie odbyło się spokojnie, ludzie wykładali swoje racje. Pytali, dlaczego władze Autonomii Krymskiej przydzielają ziemię Rosjanom, a dla Tatarów jej nie ma. Po spotkaniu w Mołodiożnym Hlebowiczowi zorganizowano konferencję prasową w Symferopolu. Liderzy tychże oddziałów kozackich i rosyjskich organizacji zadawali prowokacyjne pytania. W połowie spotkania demonstracyjnie wyszli. A za pół roku weszła nowa, okupacyjna władza i zaczęło się wielkie prześladowanie ludności tatarskiej na Krymie (z wyjątkiem kolaborantów mizdrzących się do rosyjskich agresorów).

Rozmawialiśmy w sierpniu 2008 roku o scenariuszach rosyjskich. Było to tuż po napaści na Gruzję. Niestety, nie posłuchano naszych ostrzeżeń. Oczywiście nie wynikają one z żadnego „jasnowidztwa”, a jedynie z dostępu do informacji i logicznego analizowania sytuacji. I nie mówię o żadnych tajnych danych, a jedynie o publikacjach prasowych, internetowych, wypowiedziach polityków, stałej obserwacji Hlebowicza podczas pobytów na Półwyspie Krymskim, itp.

Ciekawostką jest wielki atak rosyjskich mediów na Hlebowicza i na mnie, który trwa do dziś. Jestem z niego dumna, bo zdaję sobie sprawę, że trafiliśmy z diagnozą w dziesiątkę.

W jednym z wywiadów prorosyjski wasal Kremla na Krymie, Siergiej Aksjonow, komentując nasz list otwarty, wyraził się, iż Chmielowska i Hlebowicz powinni leczyć się psychiatrycznie. Martwiłabym się, gdyby rosyjska prasa mnie chwaliła. Zresztą uważam, że każdy, kto udziela wywiadu różnym rosyjskim „Sputnikom”, jest po prostu zdrajcą polskiej racji stanu. W wojnie informacyjnej współpracę z mediami rosyjskimi należy traktować jako współpracę agenturalną.

Stany Zjednoczone obiecały dać nam javeliny. Sytuacja przypomina tę z czasów wojny w Afganistanie – kiedy afgańscy mudżahedini dostali stingery, w końcu złamali radziecką przewagę. Czy Ukraina może liczyć na javeliny i czy to pomoże jej wygrać wojnę z Rosją?

Nie można tego porównywać z Afganistanem. Javeliny niszczą broń pancerną. Służą do obrony przed czołgami. Taką broń Ukraina powinna mieć, by obronić się przed atakiem Rosji. Ale żadne rakiety – czy to przeciwpancerne, czy też przeciwlotnicze – nawet najlepsze, nie pomogą, gdy nie będzie ducha walki. Niestety, Krym oddano bez jednego wystrzału, choć garnizony ukraińskie na Krymie były nieźle uzbrojone. Oprócz sprzętu potrzebni są ludzie, duch bojowy oraz motywacja – w tym wypadku miłość do swojej ojczyzny, pragnienie niezależności, bezpieczeństwa najbliższej rodziny, wszystkich rodaków.

Czy istnieje dzisiaj zagrożenie wojną światową? Jeśli tak, jak można temu zapobiec?

Na najbliższe lata nie widać żadnego zagrożenia wybuchem wojny światowej. Mogą powstawać lokalne konflikty, a w takich przypadkach wszystko zależy od woli odstraszenia Rosji. Jeśli ktoś się jej boi i klęka na kolana, to niech się nie dziwi, że go Moskale połkną.

Zanim nastąpiła agresja Krymu, Putin długo testował, czy odbędzie się to bez jednego wystrzału. I co? Miał rację. Potem żaden z dowódców na Ukrainie nie stanął przed sądem polowym ani przed plutonem egzekucyjnym. I co? Putin poszedł na Donbas.

I przypominam: na drodze Rosjan nie stanęła armia, tylko ochotnicy! Chłopcy i dziewczyny, którzy ukochali wolność i nade wszystko Ukrainę! Moim zdaniem z ukraińskiej armii powinni być usunięci wszyscy oficerowie i podoficerowie po moskiewskich szkołach. Młodzież patriotyczną należy szkolić w szkołach NATO i lokalnych ukraińskich.

Jak Pani widzi miejsce Ukrainy na arenie międzynarodowej?

Ukraina musi być stabilnym, przewidywalnym państwem. Powinna unikać zatargów z sąsiadami, bo w czyim one są interesie, widać choćby po prowokacji w Użhorodzie. Tam Polacy – obywatele polscy – w interesie Rosji chcieli spalić budynek stowarzyszenia węgierskiego. Wszystko według typowego scenariusza: walczą i się mordują Węgrzy, Polacy i Ukraińcy, a Moskale występują w roli „mirotworcow”, którzy nas „pogodzą”.

Teraz może być dla Ukrainy dobry czas, bo Polska weszła w skład Rady Bezpieczeństwa ONZ. Warunek jest jeden: skończyć kłótnie z Polską, zacząć rzeczowo rozmawiać. Obydwie strony powinny pozbyć się osób, które tworzą napięcia i zaogniają sytuację. Zaprzestać walki na wciąż na nowo odgrzewane, nieprawdziwe stereotypy, którymi szermują oba nasze narody.

Nie wiem, dla kogo pracuje pan Wiatrowycz z INP – być może jest tylko obarczony jakąś skazą umysłową, lecz mnie to bardziej pachnie agenturą rosyjską. To samo dotyczy Polski. W decyzjach dotyczących Ukrainy nie mogą brać udziału prorosyjscy naukowcy i politycy, tacy jak ci, których powiązania rosyjskie wykazałam.

A sprawa wydawałaby się taka prosta. Na pierwszym miejscu zawsze stawiajmy interes własnej ojczyzny. Szukajmy sprzymierzeńców wśród tych, którzy mają ten sam interes – walkę o wolność, której zagraża ten sam wróg. W polityce liczy się interes, a nie sentymenty. Racja stanu swojego państwa.

Wywiad ukazał się także w tłumaczeniu na język ukraiński na portalu https://uain.press/.

Wywiad Władysława Niedaszkiwskiego z Jadwigą Chmielowską pt. „Mamy ten sam cel i tego samego wroga” znajduje się na s. 8 i 9 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Władysława Niedaszkiwskiego z Jadwigą Chmielowską pt. „Mamy ten sam cel i tego samego wroga” na s. 8 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Żołnierze Niezłomni – Cześć i chwała bohaterom! „Kwatera Ł – przywracanie pamięci”. Prelekcja w Tarnowskich Górach

Przy jednym ze zmarłych znaleziono medalik z Matką Boską Kodeńską. Przy innych papierośnice, futerał na okulary, pierścionek, grzebień… Dzięki tym drobiazgom identyfikacja ciał była łatwiejsza.

Maria Wandzik

Prelekcja „Kwatera Ł – przywracanie pamięci” Magdaleny Duber z Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Katowicach, która odbyła się w Muzeum w Tarnowskich Górach 9 marca, uświadomiła i przybliżyła mieszkańcom powiatu tarnogórskiego historię i trudne do wyobrażenia cierpienia, jakie stały się udziałem Żołnierzy Niezłomnych. (…)

W pierwszej części Magdalena Duber opisała warunki przymusowego pobytu członków antykomunistycznego podziemia w areszcie przy Rakowieckiej 37 w pobliżu Pola Mokotowskiego. Było to nie więzienie, a miejsce zbrodni. Celem oprawców było katowanie i odczłowieczenie więźniów.

W tak zwanej „Poczekalni cudów” poddawano ich najbardziej wyszukanym torturom psychicznym i fizycznym, z których mało kto wychodził żywy. W areszcie na Rakowieckiej 350 więźniów zgładzono metodą katyńską, czyli strzałem w potylicę.

Zamordowanych chowano w zbiorowych, anonimowych mogiłach, do 1948 roku na Służewcu w pobliżu kościoła św. Katarzyny, później przy wojskowych Powązkach, na terenie nazywanym obecnie „Łączką”, gdzie później znajdowało się śmietnisko, a jeszcze później poszerzono teren cmentarza i nad zbiorowym mogiłami pomordowanych grzebano m.in. wojskowych z czasów PRL. Zamordowani Żołnierze Niezłomni mieli nigdy nie zostać odnalezieni i zidentyfikowani. Chciano odebrać im w ten sposób cześć i honor.

(…) Odkryto, że trzy czwarte straconych żołnierzy zostało zabitych metodą katyńską. Bezczeszczono ich ciała, zrzucając je z wysokości, niektóre powiązane, by jak najwięcej zmieściło się w dołach. Z relacji archeologów oraz rodzin bliskich zmarłych wynika, że leżeli oni warstwami jedni na drugich, jak w Katyniu.

Cały artykuł Marii Wandzik pt. „Żołnierze Niezłomni – Cześć i chwała bohaterom!” znajduje się na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marii Wandzik pt. „Żołnierze Niezłomni – Cześć i chwała bohaterom!” na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

„Twardy” był urodzonym żołnierzem i jego oddział partyzancki stanowił formację pod każdym względem wzorową

Pseudonim „Twardy” oddawał w pełni konstytucję psychiczną Stanisława Wencla. Charakter miał skomplikowany, był wobec ludzi przyjacielski i wylewny, ale jednocześnie potrafił być nieufny i podejrzliwy.

Wojciech Kempa

Niewiele wiadomo, czym zajmował się oddział „Twardego” przed włączeniem go do AK. Informacje na ten temat (…) są ogólnikowe i sprowadzają się do stwierdzenia, iż oddział ów przeprowadził wiele śmiałych akcji przeciwko okupantowi, po czym Kantyka [w swojej książce] dodaje: Nie były to jednak działania typowe dla oddziałów partyzanckich, gdyż oddział „Twardego” miał w tym czasie charakter grupy dywersyjnej i realizował zadania o takim właśnie charakterze. Sytuacja zmieniła się dopiero latem 1943 roku, z jednej strony w związku z masowym napływem ludzi z konspiracji, którzy szukali schronienia w oddziałach partyzanckich, z drugiej zaś w związku z akcją scaleniową z Armią Krajową. (…)

Bolesną stratę oddział „Twardego” poniósł w dniu 26 listopada 1943 roku. Tego dnia zginął zastępca „Twardego” – Stefan Skotnicki ps. Mucha. Oddajmy ponownie głos Z. Walterowi-Jankemu: Zastępca porucznika „Twardego”, plutonowy Stefan Skotnicki „Mucha” wraz z Zenonem Pazerą „Dańko” otrzymał kwaterę w dzielnicy Sosnowca Konstantynów, w mieszkaniu rodziny, której ojciec uciekł do GG w obawie przed aresztowaniem. Zdaje się, że dowódca terenowy nie był poinformowany o aktualnej sytuacji w tym domu. Pech chciał, że tej samej nocy w listopadzie 1943 r. policja niemiecka przyszła na tę kwaterę, aby pochwycić poszukiwanego gospodarza domu. Partyzanci na widok niemieckich policjantów otworzyli ogień. Niemcy wycofali się na ulicę Perla. Partyzanci ruszyli za nimi. Na ulicy „Mucha” został ranny w nogę, miał strzaskaną kość. Upadł na chodnik. „Dańko” dalej ścigał policjantów, którzy wycofali się na posterunek Sielec.

„Dańko” wrócił, podniósł kolegę. Ten ucałował swego waltera, oddał broń „Dańce” i poprosił, żeby oszczędził mu cierpień i dobił. Ale „Dańko” przetransportował go kilka domów dalej i oddał pod opiekę polskiej rodziny.

Wyszedłszy na ulicę z dwoma pistoletami, znowu ujrzał policjantów. Udało mu się zastrzelić jednego i wycofać pod osłoną porannej mgły na ulicę Pogoń, aby zaalarmować kolegów na innych kwaterach. Tymczasem w rodzinie, gdzie leżał ranny, ktoś pod wpływem strachu załamał się i zawiadomił Niemców. „Muchę” zabrano do szpitala w dzielnicy „Pekin”. Porucznik „Twardy”, zawiadomiony o wypadku, w pięć godzin później zorganizował rozpoznanie w szpitalu. Jednak przestraszony pracownik szpitala, członek konspiracji, zawiódł, dał świadomie mylne informacje, że „Mucha” został przewieziony do szpitala w Niwce. Zanim sprawdzono, że informacja była fałszywa, „Mucha” skorzystał w nieuwagi pilnującego go żandarma i popełnił w szpitalu samobójstwo.

Zastępcą por. „Twardego” został plutonowy Franciszek Michalak „Lis”, harcerz, ochotnik w kampanii 1939 r. Wzięty do niewoli – uciekł z niej. Jako jeden z pierwszych znalazł drogę do oddziału partyzanckiego. Porucznik „Twardy” powierzył mu nadzór nad moralną postawą żołnierzy oddziału.

29 listopada 1943 roku patrol pod dowództwem kpr. „Rysia” opanował skład monopolu tytoniowego w Sosnowcu przy ul. Piłsudskiego. Skład opróżniono całkowicie. 1 grudnia, według Waltera-Jankego, wysłano do Katowic sześć patroli z kompanii „Twardego”, przy czym w skład każdego z nich miało wchodzić po trzech–czterech ludzi. Ich zadaniem było zdobycie broni. Wszystkie patrole miały powrócić bez strat i ze zdobyczną bronią. (…)

Rosnący liczebnie ruch konspiracyjny potrzebował pieniędzy. Współpracujący z oddziałem członkowie konspiracji socjalistycznej z Poręby podsunęli pomysł zdobycia pieniędzy przewożonych z banku z Zawiercia do dyrekcji miejscowej fabryki obrabiarek. Po zebraniu niezbędnych informacji opracowano plan odbicia pieniędzy, który „Twardy” zaakceptował. Był on prosty i bezpieczny. Akcję w Porębie przygotował Mieczysław Makieła „Słaby”, „Granit”, wspólnie z Franciszkiem Kułakiem i „Gordonem”. Ponieważ ustalono, iż pieniądze dwa razy w miesiącu przewożone są dwukołową bryczką, która miała właściwie jednoosobową obstawę, gdyż obok woźnicy i kasjera znajdował się na niej tylko jeden strażnik, postanowiono, że akcja nastąpi w pobliżu wsi Kierszula, skąd było zaledwie 500 m do dużego kompleksu lasów. Akcję wyznaczono na 1.12.1943 r. (…)

[A]kcja nie doszła do skutku. Postanowiono ją ponowić 16 grudnia. Podobnie jak za pierwszym razem, grupa wypadowa zatrzymała się w Zawierciu u siostry „Twardego”. Zmieniono trasę dojścia do szosy, tak aby na dłuższym odcinku biegła równolegle do niej. Tym razem partyzanci musieli długo czekać. Prawdopodobnie formalności bankowe opóźniły wyjazd bryczki z Zawiercia. Stanisław Wencel „Twardy” wspominał po latach:

Skok miał nastąpić w czasie mijania nas przez bryczkę. Rozstawiliśmy się następująco: „Orski”, ażeby był nierozpoznany, szedł pierwszy lewą stroną szosy i miał ubezpieczać od przodu, ja szedłem o jakieś sto metrów [za nim] prawą stroną szosy. Za mną pięćdziesiąt metrów szli w tym samym kierunku „Dańko” i „Lis” – oni mieli rozpocząć akcję natychmiast, gdy ich minie bryczka. „Józik” szedł całkiem z tyłu i miał ubezpieczać od strony Zawiercia. Uzbrojeni byli w steny, a ja w visa.

Jan Kantyka pisze dalej: Tym razem akcja przebiegła sprawnie. W chwili, gdy partyzanci znaleźli się w najodpowiedniejszym miejscu, na drodze pojawiła się bryczka. Okrzykiem „Hände hoch!” „Lis” zaskoczył pasażerów. „Twardy” podskoczył do konia i chwytając go za uzdę, skręcił bryczkę w poprzek drogi, uniemożliwiając ucieczkę. Strażnik podniósł ręce do góry, a „Lis” wyjął mu z kabury pistolet. W tym czasie „Dańko” zabrał walizkę, w której znajdowały się pieniądze. Następnie „Twardy” nakazał strażnikowi zejść z bryczki, a „Dańko” przekazał mu walizkę. Woźnica i kasjer – obydwaj byli Polakami – otrzymali polecenie, iż mogą odjechać, gdy grupa znajdzie się w pobliskim lesie. Po 15 minutach forsownego marszu grupa znajdowała się już w bezpiecznej odległości od ośrodków, skąd mógł wyruszyć pościg. Z taką ewentualnością grupa musiała się liczyć, gdyż do lasu docierał ryk syren alarmowych, co potwierdzało, że wieść o rekwizycji dotarła do Poręby. Po wyładowaniu pieniędzy i rozdzieleniu ich między uczestników akcji, postanowiono rozrzucić bilon, gdyż było go zbyt dużo, utrudniałby bezpieczne wycofywanie się z akcji. Kiedy grupa znalazła się w lasach, których strażnik Tomala nie znał, postanowiono go puścić.

Nie będziemy śledzić dalszej drogi odwrotu i kolejnych perypetii grupy biorącej udział w tejże akcji, natomiast oddajmy jeszcze na moment głos „Twardemu”:

Miałem jeszcze później trochę kłopotów z tą robotą. Dowódca dywizji AK na Okręg Śląski, ppłk „Walter”, miał dokładne dane z raportów niemieckich o skonfiskowanej kwocie pieniędzy. Według rozliczenia brakowało około trzech tysięcy marek. Był to bilon, który rozrzuciliśmy w lesie, a tu musieliśmy się rozliczyć co do feniga. Z kwoty dziesięciu procent, które należały się mojemu oddziałowi, musiałem wyrównać różnicę. Nie pomogło żadne tłumaczenie ani meldunek placówki w Porębie, że na drugi dzień Niemcy zebrali ludzi i kazali szukać w śniegu bilonu. Taki już był pułkownik, a my go za to ceniliśmy.

Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Kompania Twardego” (część 1)” znajduje się na s. 3 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Kompania Twardego” (część 1)” na s. 3 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Korespondencja z St. Georgen an der Gusen w Austrii. Miejsce martyrologii 50 tysięcy Polaków z czasu II wojny światowej

Ten syn żołnierza Wehrmachtu był zbulwersowany! Brakiem oznaczeń, bezsensowną informacją, nieścisłościami map. Pierwszy raz usłyszał o martyrologii 50 tys. Polaków w Gusen. Było mu wstyd za „swoich”.

Dariusz Brożyniak

Wizytę w tym górnoaustriackim miasteczku „dotkniętym” „największym narodowo-socjalistycznym kompleksem budowlanym austriackiej ziemi” rozpocząłem, zgodnie z sugestią miejscowych broszurek, od sztucznie powiększonego podwieszoną platformą maleńkiego placyku przykościelnego. Musiał się bowiem zmieścić na nim i zwyczajowy pomnik oddający honor poległym dla III Rzeszy żołnierzom, i upamiętnienie ofiar jej zbrodni. Linia oddzielająca te dwie skrajne „rzeczywistości” przebiega w poprzek placyku do szyby zastępującej jeden z segmentów prętów ogrodzenia, na której jak najdyskretniej wygrawerowano napis: Pasaż przeciw zapomnieniu. Obóz koncentracyjny Gusen I Gusen II. System Sztolni „Bergkristall”.(…)

Miejsce pamięci przed kościołem w St. Georgen an der Gusen | Fot. D. Brożyniak

Na przykościelnym placyku próżno jednak szukać konkretnego wyjaśnienia, jakiejś datowanej historii, tak jak i na dwóch ryneczkach, czy nawet na budynku lub w sąsiedztwie urzędu gminy. Po kilku rozwidleniach paru uliczek i przy odrobinie szczęścia można trafić na ulicę Źródlaną (Brunnenweg) i 100 m od celu aż na trzy tabliczki: Obóz Koncentracyjny – Miejsce Pamięci „Bergkristall”. Przy wejściu opis niemiecki (z grubym błędem ortograficznym!) i włoski – latami słońca, śniegu, mrozu i deszczu mocno nadwątlony. Treść nie koresponduje na dodatek jednoznacznie z

dostępną mapą, odnosząc się do sztolni „Kellerbau” z rejonu KZ Gusen I i Gusen II.

Widoczne już z ulicy ponure i złowrogie betonowe ściany opatrzone są za to jedynie informacją o źródlanym ujęciu wody i zakazem jego zanieczyszczania. Dopiero nieco dalej wyłania się kształt pagórka zapamiętany ze wskazania lustrzanej kładki. Następuje fragment zagospodarowany w 2015 roku przez Rząd Rzeczypospolitej Polskiej – duże, czterojęzyczne, bogate w treść tablice i skromny, lecz wyraźny pokaźnym orłem w koronie pomnik. Pomiędzy, za dodatkowym ogrodzeniem, tajemnicze wejście bez żadnych godzin otwarcia. I zaraz znowu jakaś łąka, kawałek pola i szutrowa ścieżka służąca głównie wyprowadzaniu piesków z okolicznych domów i nowo powstałych bloków. (…)

Trzymając się potoku, ma się bowiem szansę na dotarcie do mostu będącego fragmentem bocznicy kolejowej, na którą „przeładowywano” więźniów z „Deutsche Reichsbahn” i z której także transportowano więźniów z obozów koncentracyjnych Gusen I i Gusen II do codziennej pracy przy montażu samolotów Messerschmitt, właśnie w sztolniach „Bergkristall” (8 km korytarzy o pow. 50 000 m²). Cały ten kompleks nazywany był potocznie przez Niemców „obozem zagłady polskiej inteligencji”, bo też głównie Polacy budowali w 1941 ten most zwany „Schleppbahnbrucke” – w takim tempie i w tak nieludzkich warunkach, że prawie wszyscy zginęli. (…) Niemiecko-austriacki nazistowski kompleks koncentracyjnych obozów zagłady Mauthausen-Gusen zalicza się do bezprecedensowych przedsięwzięć masowej eksterminacji dwudziestowiecznej Europy. (…)

Fot. D. Brożyniak

Za cenę „spokoju” w domach wybudowanych na oddanym prawie za bezcen terenie, gdzie bestialsko wymordowano 90 tys. więźniów z 26 krajów, nie wolno dopuścić do zatarcia pamięci i rezygnacji z powszechnej edukacji. Wiedza o 190 tys. więźniów Mauthausen-Gusen w żadnym wypadku nie może stać się wiedzą ekskluzywną. My, Polacy, mamy moralne prawo do najgłośniejszego protestu. Polskich więźniów było tam bez mała 52 tys., z czego połowa (25 tys.) z St. Georgen, Gusen, Mauthausen nigdy nie powróciła.

Poszedłem więc do „Gusen Memorial” zapytać, o co tu właściwie chodzi. Człowiek wyglądający na ciecia okazał się być Austriakiem z okolic Linzu, zainteresowanym historią. Postanowiłem powtórzyć z nim mój spacer, ciekawy jego reakcji. Ten syn żołnierza Wehrmachtu, w wieku 50–60 lat, był zbulwersowany! Brakiem oznaczeń (sam by nigdzie nie trafił), bezsensowną informacją o Schleppbahnbrucke, ordynarnym błędem ortograficznym na tablicy oznaczającej teren „Bergkristall”, nieścisłościami prezentowanych map. Pierwszy raz usłyszał o martyrologii 50 tys. Polaków w Gusen. Był wkurzony, bo było mu po prostu wstyd za „swoich”, czego szczerze nie ukrywał. Po przyjacielsku pocieszał mnie, że ten stary pomnik przy moście na pewno kiedyś wróci. Obaj w zakłopotaniu ściskaliśmy w rękach wydane na porządnym papierze broszurki z opisem „lustrzanej kładki” odbijającej symbolicznie Niebo i Ziemię koło „pokutnie” pozbawionego zieleni placu kościelnego i innych podobnych zabiegów mających psychologicznie edukować miejscowych.

Cały artykuł Dariusza Brożyniaka pt. „Korespondencja z St. Georgen an der Gusen” znajduje się na s. 2 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Dariusza Brożyniaka pt. „Korespondencja z St. Georgen an der Gusen” na s. 2 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Ksiądz Stanisław Wróbel jest obywatelem Ekwadoru i na pierwszy rzut oka nie daje się odróżnić od miejscowych

Przyjechał do Ekwadoru z diecezji przemyskiej trzydzieści lat temu, z dwoma innymi księżmi, w odpowiedzi na wysłane do Polski przez kardynała z Guayaquil zaproszenie. Wszyscy do dziś są w Ekwadorze.

Piotr Mateusz Bobołowicz

Buenos Dias. Estoy buscando padre Estanislao – powiedziałem do pierwszej osoby, którą spotkałem po przekroczeniu progu Casa Hogar Betania – domu starców w Zamorze. Pielęgniarz wskazał mi biały plastikowy stół stojący po przeciwległej stronie zadaszonego dziedzińca. Z plikiem papierów w ręku siedział za nim opalony mężczyzna w granatowej koszuli i palił papierosa. Podszedłem z wahaniem.

Padre Estanislao? – zapytałem, wciąż po hiszpańsku.

– No – rzucił krótko, nie odrywając wzroku od papierów. Już miałem formułować pytanie, gdzie go w takim razie znajdę, gdy podniósł wzrok i się roześmiał. – Si.

Przywitałem się po polsku. Ksiądz Stanisław odpowiedział po hiszpańsku, po chwili wahania dodał jednak „Szczęść Boże”. (…)

Siedzieliśmy przy białym ogrodowym stole i piliśmy kawę w oczekiwaniu na obiad. Próbowałem zadawać pytania, ale co chwila ktoś przychodził zamienić z księdzem Stanisławem kilka słów albo przynieść dokumenty do podpisania. Wyczułem, że ciężko będzie od księdza wyciągnąć wszystkie informacje naraz, więc w krótkich przerwach, gdy akurat nie rozmawiał z kimś innym, pomiędzy pytaniami, które mogłyby być tylko wynikiem ciekawości, pytałem o liczby i fakty. (…)

Panorama Zamory | Fot. amalavida.tv (CC A-S 2.0, Flickr)

Do księdza Stanisława trafiłem w sumie przypadkiem. Od Polaków mieszkających w Vilcabambie dowiedziałem się, że w miasteczku El Pangui służy dwóch polskich misjonarzy. Ktoś inny powiedział mi, że podobno jakiś polski ksiądz jest też w Zamorze. Zapytałem o to właścicielkę hotelu, nomen omen, Betania, w którym się zatrzymałem. Powiedziała, że nie, nie słyszała o Polaku. Poszedłem więc spać nieco rozczarowany, gotów zebrać się rano następnego dnia i pojechać do El Pangui. Wyszedłem rano z pokoju. Właścicielka złapała mnie na schodach. Przypomniała sobie, że jednak jest polski misjonarz w Zamorze. Padre Estanislao. Prowadzi dom starców. (…)

W domu „Betania” mieszka ponad siedemdziesięciu pensjonariuszy. Nie ma drzwi, bo dom jest otwarty dla każdego, kto ma ponad sześćdziesiąt pięć lat i nie ma dokąd pójść. Mimo silnych więzi rodzinnych, w Ekwadorze zdarza się, że starsi ludzie są zdani na siebie, a niezdrowy klimat zlewiska Amazonki nie dałby im szans na przeżycie bez czyjegoś wsparcia i dachu nad głową. Oprócz stałych mieszkańców, około pięćdziesięciu osób korzysta z opieki dziennej – przychodzą skorzystać z pomocy medycznej, zjeść, spędzić czas z innymi. Personel ośrodka liczy ponad dwadzieścia osób. Raz w miesiącu przychodzi dietetyk, który ustala zrównoważony jadłospis na cały miesiąc.

Ksiądz Stanisław jest również proboszczem jednej z kilku parafii na terenie Zamory. Nie miałem okazji zobaczyć kościoła. Jest to też w jakiś sposób znamienne – zajęcia misjonarza różnią się zdecydowanie od zadań księdza w Europie i składają się dużo bardziej z fizycznej pracy niż tylko nauczania Słowa Bożego.

– Trzeba dojść do tych ludzi, zdobyć ich zaufanie. Dużo czasu trzeba poświęcić na wspólne życie z ludźmi. Praca bezpośrednia. Gdy trzeba budować drogę, trzeba być z nimi, żeby tę drogę zbudować. Gdy trzeba budować wodociąg, też trzeba go budować z nimi. Trzeba myśleć tak, jak ci ludzie myślą, jeść to, co oni jedzą, spać tam, gdzie oni śpią. Trzeba przełamać te wszystkie europejskie nawyki, ale nie jest to trudne. A gdy się je przełamie, to człowiek czuje się częścią ich wspólnoty, ich rodziny, a oni to doceniają. (…)

Podeszła jedna z pensjonariuszek. Bardzo drobna i pomarszczona, podpierała się laską. Podeszła i poprosiła o papierosa. Ksiądz poczęstował ją, pomógł zapalić i zaproponował, żeby usiadła przy stole.

– Wszystkie chłopy chcą, żebym z nimi siedziała. A ja nie chcę! – powiedziała żywo i się roześmiała, po czym odeszła z papierosem w dłoni.

– Ma sto dwa lata, właściwie skończy za dwa tygodnie. I pali. To najstarsza osoba, która tutaj mieszka – powiedział po polsku ksiądz Stanisław.

Cały artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Ksiądz Stanisław z Ekwadoru” znajduje się na s. 19 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Ksiądz Stanisław z Ekwadoru” na s. 19 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Lotnicza historia Poznania upamiętniona decyzją radnych miasta w setną rocznicę powołania polskiego lotnictwa

Przykład dla innych władz samorządowych, aby poprzez nazewnictwo ulic, skwerów etc. przyczyniać się do upamiętnienia wielkich postaci z historii i eksponować aspekt wychowawczy takich decyzji.

Agata Żabierek

W trakcie LXI sesji Rady Miasta Poznania zapadły decyzje związane z nowymi nazwami ulic w grodzie Przemysła. Radni wśród licznych zmian zdecydowali m.in. o nadaniu ulicy biegnącej od ronda łączącego ulice Hugona Kołłątaja i Przełęcz w kierunku ul. Góreckiej nazwy upamiętniającej lotników z 302 Dywizjonu Myśliwskiego „Poznańskiego”. (…)

W czasie największego nasilenia działań w trakcie powietrznej bitwy o Anglię w dniu 15 września 1940 roku Dywizjon zapisał na swoje konto 11 pewnych i 7 prawdopodobnych zestrzeleń maszyn wroga. Pozostawał w służbie aż do grudnia 1946 roku, przebywając w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec. (…)

Wkład 302 Dywizjonu Myśliwskiego w składzie Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii w okresie 1940–1945 wyniósł: 47 samolotów wroga zniszczonych na pewno, 25 prawdopodobnie, 18 uszkodzonych oraz ponad 500 ton bomb zrzuconych na cele wroga. W tym okresie Dywizjon wykonał 10 996 lotów bojowych w czasie 16 311 godzin.

Poznańscy radni zdecydowali również o nadaniu imienia Stanisława Jarzembowskiego, lotnika, który służył w 307 Dywizjonie Myśliwskim Nocnym „Lwowskich Puchaczy” skwerowi na osiedlu Powstańców Warszawy.

Stanisław Jarzembowski (…) z 17 na 18 września 1939 roku przekroczył granicę z Rumunią. Stamtąd już jesienią przedostał się do Francji, po czym zgłosił się do polskiego kontyngentu lotniczego w Wielkiej Brytanii. 5 października 1940 roku został przydzielony do 307 Dywizjonu Myśliwskiego Nocnego „Lwowskich Puchaczy”. W czasie nocnego ataku na lotnisko w Exeter z 11 na 12 maja 1941 roku Jarzembowski wraz z pilotem Malinowskim zestrzelili Heinkla He 111. W maju 1942 roku w czasie lotu treningowego doszło do sytuacji, w której jeden z silników zapalił się, zmuszając pilota do awaryjnego lądowania. Stanisław Jarzembowski wydostał kolegów z płonącego wraku, sam odnosząc rozległe rany oparzeniowe i umarł tego samego dnia. Koledzy, którym uratował życie, zostali lekko ranni.

Cały artykuł Agaty Żabierek pt. „Lotnicza historia miasta upamiętniona” znajduje się na s. 8 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Agaty Żabierek pt. „Lotnicza historia miasta upamiętniona” na s. 8 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Ojciec nowożytnej informatyki był Polakiem. Logik, profesor Jan Łukasiewicz (1878–1956) – od Lwowa do Dublina

E.T. Bell w książce „The Search for Truth” zalicza konstrukcję wielowartościowych logik Jana Łukasiewicza do czterech przełomowych, rewolucyjnych osiągnięć w historii ludzkości w ostatnich 6 000 lat.

Tomasz Wybranowski

W tym roku przypada 140 rocznica urodzin profesora Jana Łukasiewicza – największego logika ostatnich stu lat, twórcy m.in. logiki modalnej i odkrywcy systemów logik wielowartościowych, które stanowią fundament współczesnej informatyki. Ostatnie lata życia uczony spędził w Dublinie. Pamięć wielkiego polskiego naukowca uczcił dubliński University College. Katedra filozofii tego uniwersytetu była organizatorem międzynarodowej konferencji „Łukasiewicz w Dublinie”, która zgromadziła ponad 60 filozofów i logików z całego świata. (…)

Kiedy wielki świat dowiedział się o naszym wybitnym logiku i filozofowie? Było to w 1920 roku, kiedy Jan Łukasiewicz ogłosił swój słynny półstronicowy autoreferat „O logice trójwartościowej”, w którym przedstawił implikacyjno-negacyjny system trójwartościowej logiki. Trójwartościowy system logiki Łukasiewicza stanowi fragment systemu logiki Posta. (…)

Jan Łukasiewicz jest znany na całym świecie dzięki „Notacji polskiej”, nazywanej też zapisem przedrostkowym. Notacja Łukasiewicza to system zapisu wyrażeń logicznych (a później arytmetycznych), podający najpierw operator, a potem operandy (czyli argumenty). Po raz pierwszy nowy system został przedstawiony we wspomnianym już roku 1920.

Różniła się ona od zapisów nawiasowych używanych do tego czasu, lansowanych przez klasyczne dzieło formalizmu logicznego Principia Mathematica Bertranda Russella i A. N. Whiteheada. Notacja Łukasiewicza pozwala na łatwiejsze przeprowadzanie operacji na formułach o znacznej długości; formuły krótsze wydają się bardziej „intuitywne”.

Notacja ta używana jest w logice znacznie rzadziej niż notacja nawiasowa. Teraz informatyka jest jedynym polem, gdzie zapis ten jest wciąż popularny, zwłaszcza w wersji tzw. „notacji Azciweisakuł” (notacji odwróconej Łukasiewicza (lub polskiej), która została opracowana przez australijskiego naukowca Charlesa Hamblina jako „odwrócenie” beznawiasowej notacji polskiej Jana Łukasiewicza na potrzeby zastosowań dla celów informatycznych. (…)

Jan Łukasiewicz jest także autorem logiki trójwartościowej oraz pierwszego nieklasycznego rachunku logicznego, na bazie którego powstały logika modalna, logika probabilistyczna i logika rozmyta. (…)

Nasz wybitny filozof i logik urodził się 21 grudnia 1878 roku we Lwowie. (…) W roku 1897, po ukończeniu gimnazjum filologicznego, rozpoczął studia w Uniwersytecie Lwowskim na wydziałach filozofii i matematyki. W roku 1902 obronił pracę doktorską, a pierścień doktorski z diamentami otrzymał z rąk samego cesarza Franciszka Józefa I.

W tym czasie jego wielkim przyjacielem jego był już jego pierwszy nauczyciel uniwersytecki, prof. Kazimierz Twardowski, z którym stworzyli później podwaliny polskiej szkoły matematycznej, nazywanej także często szkołą lwowsko-warszawską.

W 1905 roku został stypendystą autonomicznego rządu galicyjskiego i przez rok słuchał wykładów na wydziałach filozofii Uniwersytetu Berlińskiego i w belgijskim Louvain. W 1906 roku był już doktorem habilitowanym i został mianowany wykładowcą filozofii, tak zwanym Privatdozent, na Uniwersytecie Lwowskim.

W roku odzyskania przez Polskę niepodległości prof. Łukasiewicz porzucił życie wykładowcy i pedagoga na ponad dwa lata. Najpierw otrzymał fotel Dyrektora Szkół Wyższych przy polskim Ministerstwie Oświaty, zaś w styczniu 1919 roku z rąk premiera Ignacego Paderewskiego otrzymał tekę ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Po złożeniu ministerialnego urzędu w styczniu 1920 roku, nieprzerwanie do roku 1939 był profesorem filozofii w Uniwersytecie Warszawskim. W tym czasie dwukrotnie piastował funkcję rektora Uniwersytetu, został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu „Polonia Restituta”. Stał się jedną z najważniejszych postaci kadry naukowej Uniwersytetu Warszawskiego.

Razem z Alfredem Tarskim i Stefanem Banachem prowadził swoje prace, m.in. nad podstawą odwrotnej notacji, nazywanej wkrótce – z racji doniosłości odkrycia – „notacją polską” (notacja – sposób zapisu wyrażeń arytmetycznych). O Janie Łukasiewiczu stało się głośno po publikacji jego naukowych dysertacji z zakresu logiki trójwartościowej – pierwszego nieklasycznego rachunku logicznego.

Rok przed wybuchem wojny, niemiecki Uniwersytet w Münster w Westfalii przyznał polskiemu uczonemu tytuł Doktora Filozofii Honoris Causa. Nie jest tajemnicą, że stało się to na skutek zabiegów długoletniego przyjaciela, powiernika i naukowego sprzymierzeńca Jana Łukasiewicza – profesora Heinricha Scholza. Mowę laudacyjną wygłosił oczywiście Scholz, który w Niemczech hitlerowskich był jedynym w całej III Rzeszy profesorem logiki matematycznej. U schyłku życia profesor Łukasiewicz wielokrotnie się z tego tłumaczył.

W przeciwieństwie do innych polskich profesorów, którym w każdej chwili groziło rozstrzelanie albo wywóz do obozu koncentracyjnego, profesor Łukasiewicz miał niemieckich protektorów. Jednym z nich był wspominany już profesor Heinrich Scholz, któremu dzięki pomocy Jurgena von Kempskiego i staraniom niemieckiego ambasadora von Moltkego udało się zdobyć adres Łukasiewicza. Do pierwszego po latach spotkania doszło 15 października 1939 roku. Wkrótce Łukasiewicz otrzymał pracę w warszawskim Archiwum Miejskim. (…)

W 1943 roku H. Scholz sondował możliwość zatrudnienia profesora na Uniwersytecie w Zurychu. Rozmawiał nawet na ten temat z filozofem i matematykiem szwajcarskim Ferdynandem Gonsethem, o czym świadczy korespondencja między nimi. Wreszcie po wielu staraniach Łukasiewicz niemal w ostatniej chwili wyjechał z żoną z Warszawy. (…)

Jan Łukasiewicz w stolicy Belgii zaangażował się w prace Polskiego Instytutu Naukowego, gdzie wykładał logikę. Na przełomie lutego i marca 1946 r. spotkał Irlandczyka w mundurze polskiej armii. Ów nieznajomy zachęcił go do wyjazdu do Irlandii, utrzymując, że irlandzki rząd oferuje natychmiast schronienie i pracę dla kilku polskich uczonych. Profesor Łukasiewicz nie zastanawiał się ani chwili, wiedząc, że na powrót do Polski nie ma szans, zaś sytuacja w Belgii jest niepewna. Po otrzymaniu wizy irlandzkiej w ambasadzie w Paryżu oraz angielskiej wizy tranzytowej Jan i Regina Łukasiewiczowie udali się w podróż. 4 marca 1946 roku byli już w Dublinie. Tydzień później zostali przyjęci przez Éamona De Valerę, premiera rządu. De Valera przyrzekł Łukasiewiczowi „pozycję naukową na miarę jego zasług i umiejętności”. Tak też się stało. Pod koniec września 1946 r. Jan Łukasiewicz otrzymał nominację na tymczasowego profesora logiki matematycznej w Królewskiej Akademii Irlandzkiej.

Cały artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Ojciec nowożytnej informatyki był Polakiem” znajduje się na s. 17 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Ojciec nowożytnej informatyki był Polakiem” na s. 17 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

 

Nie strzelać do pianisty cz. II. Definicje w gospodarce – cd. Mapa pojęć gospodarczych – stan obecny nazewnictwa

Polską wartość dodaną tworzą polscy obywatele oraz przedsiębiorcy z kapitałem polskim, w kraju i za granicą. Polska wartość dodana, a zarazem kapitał polski, tworzą: PNB, a zarazem polską część – PKB.

Jan Parczewski

Panujący obecnie stan nazewnictwa można przedstawić za pomocą mapy pojęć gospodarczych. Mapa ta ukazuje liczne niekonsekwencje, jeśli nie wręcz sprzeczności, tkwiące w obecnej doktrynie nazewniczej. Dotyczą one używania określeń „narodowy”, „polski” oraz „krajowy”, a także „nasz” (sic!) w obrębie ujęcia terytorialnego opartego na PKB oraz obywatelskiego, opartego na PNB (tabela poniżej):

Mapa pojęć gospodarczych – stan obecny nazewnictwa. Opracowanie autora

Współcześnie, celem obliczenia wskaźnika PKB lub PNB, w określonym modelu gospodarki stosuje się szereg metod, w tym metodę wartości dodanej, najważniejszej z punktu widzenia kooperujących rynkowo producentów. Metoda ta pozwala ująć w kalkulacji nie tylko dobra finalne, lecz również dobra pośrednie, nakazując szacować produkt brutto jako sumę wartości dodanej, wygenerowanej przez wszystkie podmioty działające w danym ujęciu/modelu gospodarki.

Wartość dodaną należy tu rozumieć jako różnicę między wartością rynkową dóbr finalnych a wartością zużytych przy ich tworzeniu dóbr pośrednich.

Jeśli ostateczny nabywca kupuje finalne określone dobro na rynku, cena za to dobro obejmuje całą wartość dodaną, wytworzoną we wszystkich cząstkowych procesach biznesowych, tj. w całości łańcucha wartości dodanej – w jego fazie przedprodukcyjnej, produkcyjnej oraz poprodukcyjnej łącznie.

Polska wartość dodana, definiowana niniejszym, tworzona jest przez polskich obywateli oraz przedsiębiorców z kapitałem polskim, w kraju i za granicą. Polska wartość dodana, a zarazem kapitał polski, tworzą: PNB, a zarazem polską część – PKB. PNB oraz PKB mają część wspólną, określaną przez nas jako PWB (produkt własny brutto), tworzoną przez polską wartość dodaną na terenie kraju – por. artykuł „Nie strzelać do pianisty” opublikowany w 44 numerze „Kuriera WNET”.

Na bazie polskiej wartości dodanej można przedstawić w sposób czytelny pojęcia polskiego produktu, polskiego łańcucha wartości dodanej, a także polskiego patriotyzmu gospodarczego. Wykracza to to jednakże poza rozmiar niniejszego artykułu i będzie przedmiotem następnego.

Jan Parczewski jest ekspertem Rady Gospodarczej Strefy Wolnego Słowa, http://radagospodarcza-sws.pl.

Cały artykuł Jana Parczewskiego pt. „Nie strzelać do pianisty II. Definicje w gospodarce” znajduje się na s. 6 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Parczewskiego pt. „Nie strzelać do pianisty II. Definicje w gospodarce” na s. 6 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl