Kolejne pokolenie zmaga się z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Głupota, chciwość, kompleksy i duchowa tchórzliwość sprawiają, że targowiczanie są wśród nas, gotowi szkalować swoich i służyć obcym.
Jadwiga Chmielowska
Początek maja obfituje w święta narodowe. 2 maja to nie tylko święto flagi, ale i Trzeciego Powstania Śląskiego. Wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Ten bohaterski zryw pozwolił na przyłączenie Śląska do Polski, co umożliwiło szybkie uprzemysłowienie kraju. 3 Maja to dzień dumy. Uchwalenie pierwszej w Europie konstytucji. Śpiewamy „Witaj, majowa jutrzenko”…
Maj to miesiąc sławienia Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Od tysiąca lat towarzyszy Ona naszemu narodowi w glorii i smutkach. Nie pozwoliła nam zginąć. W hymnie śpiewamy „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”. Kolejne pokolenia zmagają się z licznymi wrogami zewnętrznymi i co gorsza, wewnętrznymi. Ludzka głupota, chciwość, kompleksy i duchowa tchórzliwość sprawiają, że targowiczanie są zawsze wśród nas. Zawsze gotowi szkalować własny naród i służyć obcym.
Zdrada elit w 1989 r. doprowadziła do apatii większość społeczeństwa. Wielu nie wierzy, by działanie coś zmieniło. Ludzie sprawni, wykształceni są w III RP odsuwani i niedopuszczani do funkcji nie tylko politycznych. Mianowanie na stanowiska decyzyjne ludzi nieodpowiednich mści się. Nie jest zmieniony średni szczebel zarządzania. Nie tylko w ministerstwach, gdzie dyrektorzy departamentów sprawują faktyczną władzę i są głównymi hamulcowymi.
Niestety pokolenie lat 50, 60. jest stracone. Tylko jednostki nie uległy deformacji komunizmu mentalnego. Czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie dali sobie wmówić ciepłą wodę w kranie i grillowanie jako cele w życiu. Młode pokolenie, nie tylko w Polsce, już wie, że uległo wielkiej „ściemie”.
Stąd wzrastające poparcie dla polityków spoza układu i obecnego establishmentu. Szkoda, że ulegają znów mirażom i wpadają w ręce prorosyjskich ugrupowań. Tak stało się we Włoszech i Austrii. We Francji i Niemczech też prorosyjskie ugrupowania rosną w siłę.
W Polsce działają i są promowani publicyści mający na celu zniechęcać Polaków do Amerykanów i oswajać z myślą o szlachetności Rosji. Jest to, moim zdaniem, syzyfowa praca, ale jakiś czas funkcjonować mogą w naszym narodzie dwa plemiona, jak za czasów targowicy i konfederacji barskiej.
Schlesierzy, zwani czasem ślązakowcami, próbują już od niemal 30 lat podzielić Ślązaków. Choć RAŚ-owcy dokonali marszu przez instytucje, zwłaszcza kultury i nauki, wciąż cieszą się małym poparciem mieszkańców Śląska. Są hałaśliwi i obsadzają newralgiczne stanowiska, usiłując metodą faktów dokonanych zmieniać rzeczywistość. Żerują też na nieuctwie i lenistwie władz.
Warto wiedzieć, że schlesierzy są też posłami, i to nawet z PiS i Kukiz’15, nie mówiąc o PO. Konieczne jest aktywne wsparcie państwa dla polskich środowisk na Śląsku. Musi być prowadzona uczciwa edukacja regionalna.
Cieszy poprawa stosunków polsko-litewskich. Ukraina wciąż walczy z agresją rosyjską. Na Krymie trwają prześladowania, jak to pod okupacją. Dobrze, że świat nie zapomina. W Armenii po wielkich protestach udało się zmusić dyktatora prorosyjskiego do dymisji. Rosja znów pokazała swoje oblicze, po otruciu Skripala. Wojna w Syrii trwa. Polonia w USA walczy z antypolską ustawą 447. Wszystkim interesującym się geopolityką polecam „Geopolityczny Tygiel” dra Jerzego Targalskiego w TV Republika, dostępny też na youtube. Porządkuje wiedzę i przeciwdziała dezinformacji.
Piękna pogoda majowa zachęca do spacerów, a obcowanie z przyrodą zawsze sprzyja refleksji.
Z kaplic i kościołów dobiega stara, piękna pieśń maryjna „Chwalcie łąki umajone”…
Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, na s. 1 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Najwyraźniej coś z czasem przestało się zazębiać. Przecież związki zawodowe powinny stanowić tarczę ochronną dla pracownika i taką tarczą były. Co się stało, że ludzie tracą zaufanie do związkowców?
Tadeusz Puchałka
W „Biuletynie Informacyjnym Związku Zawodowego Jedność” czytamy między innymi: „Co to za oddział, w którym związkowcy decydują, kto powinien dostać wyższą grupę zaszeregowania lub zostać skierowany na specjalistyczny kurs?”.
– Na pozór wszystko jest w porządku, jednak znów dochodzi do czegoś na wzór „ręka rękę myje”. Górnicy twierdzą, że nagradzani są nie ci, którzy na to zasługują. Tego rodzaju sytuacje powodują, że zwyczajnie tracą motywację do efektywniejszej pracy, bo i tak „koleś kolesia” na stołku będzie się piął do góry. Warto się zastanowić nad tym problemem i za wszelką cenę doprowadzić do zakończenia tego szkodliwego działania. Pamiętajmy, że górnictwo to wyjątkowo wrażliwa profesja. Brak jedności w brygadzie to potencjalne zagrożenie. Sygnały, które odbijają się echem od górniczych wyrobisk i coraz częściej wydostają się na powierzchnię, każą nam reagować. Po to w końcu jesteśmy.
Trudno przytoczyć wszystkie bolączki, które zostały wymienione w biuletynie. Trudno też uwierzyć, że ludzie w dzisiejszych czasach są nadal zastraszani, że spotykają ich groźby przeniesienia w bardzo oddalone od miejsca zamieszkania miejsca za chociażby brak zgody na płacenie składek związkowych.
To przerażające, że ojciec rodziny traci pracę w wyniku zwolnienia lub przeniesienia do tak dalekiej od domu kopalni, że nie ma jak tam dojechać i musi zrezygnować z pracy. Pamiętajmy, że to nie czasy PRL-u, gdzie autobusy pracownicze zabierały pracowników niemalże spod domu i tam po zakończeniu pracy odwoziły. Trudno zrozumieć piękne hasła wykrzykiwane w mediach, jakoby państwo prowadziło szeroko zakrojoną politykę prorodzinną, kiedy nikt nie przejmuje się losem górniczych rodzin. Skoro jednak ludzie zaczynają narzekać, należy przyjrzeć się zjawisku bliżej, zanim będzie za późno.
W normalnie działającej firmie, mówią górnicy, powinno się każdemu zatrudnionemu zapewnić bez względu na przynależność związkową uczciwą ścieżkę kariery. Stawki zaszeregowania powinny iść w parze z jego wkładem pracy, zaangażowaniem, wiedzą i doświadczeniem.
Górnikom marzą się przełożeni, którzy potrafiliby odpowiednio docenić i ocenić swojego podwładnego. Czas najwyższy, aby dyrektor mógł samodzielnie podejmować decyzje, zwłaszcza kadrowe. Powinien istnieć zarząd, który nie ulega wpływom politycznym.
Lista postulatów górniczych załóg jest długa i aż trudno uwierzyć, że takie sprawy muszą być przedmiotem dyskusji. Skoro jednak problemy istnieją, dyskusja musi zostać podjęta.
O górniczych problemach, a także losach ich rodzin, będziemy informować. Nie powinno to nikogo dziwić, bowiem górnictwo, jak kultura, jest jednym z filarów naszej tożsamości.
Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Prosto z przekopu” znajduje się na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Prosto z przekopu” na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Działalność państwa uratowała wiele zakładów przed bankructwem, a po przeprowadzonym procesie sanacyjnym należały one potem do najlepiej zorganizowanych i najbardziej dochodowych przedsiębiorstw.
Adam Frużyński
Gdy w listopadzie 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, na jej terytorium znalazły się kopalnie węgla kamiennego, rud metali, soli, ropy naftowej i gazu ziemnego. Dodatkowo w 1922 roku w granicach odrodzonej Rzeczpospolitej znalazła się większość eksploatowanego przez górnictwo obszaru, obejmująca wschodnią część Górnego Śląska, w której funkcjonowały kopalnie węgla kamiennego, rud metali nieżelaznych (ołów, cynk, srebro), rudy żelaza.
Sprawy górnictwa podlegały Ministerstwu Przemysłu i Handlu. Utworzono w nim składający się z pięciu wydziałów Departament Górniczo-Hutniczy. Działalność kopalń kontrolowały Wyższe Urzędy Górnicze w Warszawie, Katowicach i Krakowie, którym podlegały okręgowe urzędy górnicze.
(…) Na podstawie zapisów konwencji Polska mogła wysyłać bez cła do Niemiec 500 tys. ton węgla miesięcznie. Ponieważ rynek wewnętrzny nie był zbyt chłonny, duże ilości węgla kierowano na eksport, a największym jego odbiorcą były Niemcy. Mniejsze ilości wysyłano do Austrii, Czechosłowacji, Włoch, Węgier.
Sytuacja górnictwa uległa dramatycznej zmianie w 1925 r., gdy Niemcy wprowadziły cło na sprowadzany z Polski węgiel. Władze Rzeszy liczyły, że wywołają w ten sposób w Polsce kryzys gospodarczy, a osłabiony kraj pójdzie na znaczne ustępstwa polityczne wobec strony niemieckiej. Nastąpił spadek wydobycia i zatrudnienia. Odpowiedzią strony polskiej było wprowadzenie ceł na towary niemieckie.
Rozpoczęła się w ten sposób polsko-niemiecka wojna celna trwająca do 1934 roku. Wyeliminowanie polskiego węgla umożliwiło kopalniom znajdującym się w niemieckiej części Górnego Śląska na trzykrotne zwiększenie wydobycia węgla.
Na sytuację ekonomiczną górnictwa ogromny wpływ miał długotrwały strajk w angielskich kopalniach (maj–listopad 1926 roku), który spowodował brak węgla w Europie. Umożliwiło to polskim kopalniom zajęcie zwolnionego miejsca na rynku i zwiększenie eksportu z 8,2 do 14,7 mln ton.
Węgiel ten wysyłano drogą morską przez Tczew, Gdynię, Gdańsk, Hamburg do państw skandynawskich, bałtyckich, Włoch, Francji, Ameryki Północnej i Południowej. W stale rozbudowywanym porcie gdyńskim swoje nabrzeża węglowe posiadały znane górnośląskie koncerny górnicze: „Skarboferm”, „Robur”, „Giesche SA”, „Progress”. Aby usprawnić transport eksportowanego węgla, w latach 1926–1933 zbudowano magistralę kolejową Śląsk–Gdynia. Jej powstanie umożliwiło integrację gospodarczą Górnego Śląska z II Rzeczpospolitą, a port w Gdyni stał się oknem na świat górnośląskiego przemysłu. (…)
Nowe ogólnopolskie prawo górnicze zostało uchwalone 29 listopada 1930 r. Na Górnym Śląsku obowiązywało ono od stycznia 1933 r., gdy zgodę na jego wprowadzenie wyraził Sejm Śląski. Od tego momentu sprawy górnictwa podlegały: Ministerstwu Przemysłu i Handlu, Wyższym Urzędom Górniczym w Krakowie, Katowicach i Lwowie, okręgowym urzędom górniczym.
Zgodnie z nowymi przepisami nadania górnicze na wydobycie węgla kamiennego i antracytu zostały zastrzeżone wyłącznie dla Państwa. W ten sposób po wyczerpaniu złóż w istniejących prywatnych kopalniach jedynymi przedsiębiorstwami dostarczającymi węgiel i antracyt miały stać się kopalnie państwowe.
W okresie międzywojennym wiele kopalń zmieniło właściciela. W znaczący sposób wzrosła w tym czasie rola przedsiębiorstw państwowych. Już w 1918 roku państwo przejęło kopalnię „Brzeszcze”. Podległa ona Ministerstwu Przemysłu i Handlu, a 29 sierpnia 1928 roku została przekształcona w skomercjalizowane przedsiębiorstwo państwowe Państwowa Kopalnia Węgla „Brzeszcze”. Bardzo duże zmiany własnościowe dokonały się w 1922 roku, gdy znajdujące się w polskiej części Górnego Śląska przedsiębiorstwa zostały podzielone na odrębne firmy działające po dwóch stronach dzielącej Zagłębie Górnośląskie granicy. Powstały w 1922 roku polsko-francuski koncern „Skarboferm” zarządzał 4 kopalniami. Akcje spółki o wartości 17,6 mln złotych w 50% należały do skarbu polskiego i 50% do przedsiębiorców francuskich. (…)
Przeprowadzone po 1922 roku zmiany doprowadziły do znacznej koncentracji przemysłu górniczego, ponieważ mniejsze spółki zostały wchłonięte przez większe organizmy gospodarcze. Znaczącym udziałowcem górnictwa stało się państwo, posiadające kilkanaście kopalń węgla kamiennego, hut stali i metali nieżelaznych, koksowni i brykietowni. (…)
Działalność państwa uratowała wiele zakładów przed bankructwem, a po przeprowadzonym procesie sanacyjnym należały one potem do najlepiej zorganizowanych i najbardziej dochodowych przedsiębiorstw.
Cały artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Stosunki własnościowe w górnictwie 1918-1939” znajduje się na s. 9 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Stosunki własnościowe w górnictwie 1918-1939” na s. 9 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Spóźniona degradacja to karykatura sprawiedliwości. W III RP nie powinno nas obchodzić, jakimi stopniami czy urzędami szczycili się dostojnicy tamtego niesuwerennego państwa – co nam do tego?
Henryk Krzyżanowski
Gomułka nie występował do sądu o unieważnienie wyroków, na mocy których przesiedział kilka lat w polskim więzieniu – przeciwnie, „więzień sanacji” było to za komuny określenie nobilitujące.
Dziś tymczasem brak takiego odcięcia się od PRL-u nadal zatruwa nasze życie publiczne i zbiorową świadomość. Stąd tak wiele wstydliwych wydarzeń w krótkiej historii III RP, jak choćby haniebne traktowanie płka Kuklińskiego. W 1990 skazanemu na śmierć „pierwszemu Polakowi w NATO” obniżono wyrok do 25 lat więzienia, by uwolnić go od winy przez umorzenie sprawy dopiero w 1996. A z drugiej strony była niemożność (raczej niechęć) wykrycia i osądzenia winnych zbrodni takich jak masakra w „Wujku”, mordowanie księży czy liczne zbrodnie sądowe.
Powie ktoś: „No tak, za to teraz degradacja generałów ludowego wojska (wszystkich? czy wybranych?) odetnie nas wreszcie od PRL”. Niestety tak nie jest. Wręcz przeciwnie, odebranie stopnia potwierdzi tylko, że tamto prawo nadal obowiązuje. Był niezasłużony awans, delikwent się nie sprawdził, to teraz go degradujemy. A przecież w III RP nie powinno nas obchodzić, jakimi stopniami czy urzędami szczycili się dostojnicy tamtego niesuwerennego państwa – co nam do tego?
Pośmiertna degradacja będzie miała wymiar tym bardziej karykaturalny, że niedawno byliśmy świadkami państwowej celebry na pogrzebie gen. Jaruzelskiego, pochowanego z honorami na Wojskowych Powązkach. Spoczywa tam nie sam – są obok tak ciemne postacie jak Bierut, Świerczewski czy niedoszły bolszewicki namiestnik w Warszawie, Julian Marchlewski. Gdyby tak przenieść ich groby z narodowej nekropolii, byłby to krok w kierunku odcięcia się od komunistycznej przeszłości. Ale o tym trudno nawet marzyć…
Cały komentarz Henryka Krzyżanowskiego pt. „PRL utrwalimy degradacją” znajduje się na s. 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Komentarz Henryka Krzyżanowskiego pt. „PRL utrwalimy degradacją” na s. 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Według informacji podawanych w mediach niewinny człowiek skazany za gwałt i morderstwo spędził w więzieniu 18 lat. Oskarżał go prokurator, który przyznał się, że nie czytał akt sprawy.
Mariusz Patey
Ten sam prokurator został skazany za korupcję, bowiem za gratyfikacje pieniężne udostępniał przestępcom dane świadków i ich zeznania. Został usunięty z pracy, ale niejako w na otarcie łez i chyba w ramach rekompensaty za utratę przyszłych dochodów, w wieku 46 lat przeszedł w stan spoczynku i do końca życia będzie pobierał 75% pensji prokuratora – w jego przypadku około 6 tys. zł na rękę.
Taka praktyka dotyczy pracowników służb mundurowych, sędziów i prokuratorów. W przypadku złapania na przestępstwie, niewypełnianiu obowiązków, przekroczeniu uprawnień – przechodzą oni w stan spoczynku lub na emeryturę, o której zwykły obywatel może tylko pomarzyć. Wygląda na to, że płacimy haracz temu człowiekowi, by raczył się trzymać z dala od spraw obywateli.
Korporacje prawnicze, tak czułe na punkcie praworządności, niestety nie odczuwają dyskomfortu (odczuwanego przez większość „zwykłych ludzi”) wobec urągającej wszelkim standardom sprawiedliwości pobłażliwości dla, zdawałoby się, hańbiących zawód prawnika osobników.
System władzy elit nie poddawanych ewaluacji społecznej nie działa dobrze (przynajmniej w Polsce) i pewnie nie będzie działał, z uwagi na pogardę części (pewnie niemałej) braci prawniczej dla zwykłego człowieka. To dlatego w I Rzeczypospolitej sędziów obierali obywatele.
Dziś wydaje się, że postulat oceny pracy prokuratorów, naczelników komisariatów dzielnicowych policji i prezesów sądów rejonowych poprzez możliwość ich wyboru w wyborach bezpośrednich, może mieć sens.
Niezależnie w jakim kształcie będzie w przyszłości odbywać się rekrutacja do zawodu sędziego, prokuratora czy na komendanta posterunku dzielnicowego, już dziś należy zlikwidować przywileje finansowe tym, co sprzeniewierzyli się etyce swoich profesji, będących przecież zawodami zaufania publicznego. Obywatele dlatego godzą się na wysokie uposażenia i dodatkowe gratyfikacje w postaci środków wypłacanych do końca życia na przykład sędziom, prokuratorom, przedstawicielom służb mundurowych po ich przejściu w stan spoczynku, bowiem płacą za rzetelność i zaufanie. Jeśli ktoś stracił pracę w wyniku nadużycia tego zaufania, nie powinien korzystać z przywilejów.
Aż dziwne, że tyle lat po transformacji nie doszło do dyskusji nad tym drażliwym tematem.
Artykuł Mariusza Pateya pt. „Konieczność kontroli społecznej zawodów prawniczych” znajduje się na s. 6 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mariusza Pateya pt. „Konieczność kontroli społecznej zawodów prawniczych” na s. 6 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Program tajnej współpracy z Haganą i Irgunem został zaakceptowany przez ministra spraw zagranicznych Józefa Becka oraz generalnego inspektora Sił Zbrojnych marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.
Rafał Brzeski
Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie
Druga Rzeczpospolita była krajem tak przeludnionym, że groziła jej rewolta społeczna. Wentylem bezpieczeństwa mogła stać się emigracja. Jednym z jej kierunków była Palestyna, do której bardzo wielu chciało wyjechać, a Brytyjczycy bardzo niewielu chcieli wpuścić.
Ociąganie się Londynu w wykonaniu przyjętego na siebie zobowiązania do utworzenia państwa żydowskiego sprawiło, że minister spraw zagranicznych Józef Beck domagał się na forum Ligi Narodów utworzenia żydowskiej Palestyny i „rozszerzenia terytorium żydowskiego o pustynię Negew, dając w ten sposób Żydom dojście do Morza Czerwonego”.
Równocześnie z dyplomatyczną presją, Departament Konsularny MSZ rozpoczął działania tajne. Prowadzili je szef departamentu Wiktor Tomir Drymmer, jego zastępca, naczelnik wydziału polityki emigracyjnej, dr Apoloniusz Zarychta oraz radca dr J. Wagner. W Brytyjskim Mandacie Palestyny istniały wówczas dwie żydowskie organizacje wojskowo-niepodległościowe, które stawiały sobie za cel zmuszenie Anglików do utworzenia państwa Izrael. Były to: powołana przez Syjonistów-Rewizjonistów organizacja konspiracyjna Irgun Zwai Leumi, kierowana przez Władimira Żabotyńskiego, oraz Haganah, organizacja o charakterze policyjno-samoobronnym, dość zasobna w broń i pieniądze, której prawie wszyscy członkowie pochodzili z Polski.
W lipcu 1936 roku Władimir Żabotyński spotkał się z hrabią Edwardem Raczyńskim i przedstawił mu wizję Syjonistów-Rewizjonistów. Rozmowy kontynuowano we wrześniu 1936 roku w Warszawie. W ich trakcie Żabotyński ujawnił dziesięcioletni plan emigracji 750 tysięcy Żydów z Polski do Palestyny. Warunkiem powodzenia było umocnienie pozycji organizacji niepodległościowych działających w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Żabotyński liczył na pomoc Polski, strona polska na pomoc Syjonistów-Rewizjonistów w sprawnym zorganizowaniu i przeprowadzeniu kampanii emigracyjnej z ziem II RP. Na spotkaniu 9 września uzgodniono, że strona polska przeszkoli 100 młodych syjonistów z Betaru, prawicowej organizacji żydowskiej stanowiącej zaplecze kadrowe dla Irgunu. Warunkiem Departamentu Konsularnego było, żeby po zakończeniu kursu jego uczestnicy wyjechali z Polski. Latem 1936 roku zorganizowano również pierwsze paramilitarne obozy wakacyjne dla młodzieży z Betaru. Kolejny obóz młodzieżowy zorganizowano w 1937 roku. Obozy te miały polskich instruktorów i były dla uczestników nieodpłatne, a uczono na nich podstaw musztry, strzelania oraz zasad konspiracji i przetrwania.
Masowym zapleczem ludzkim dla żydowskiego podziemia w Palestynie była armia potencjalnych emigrantów, którą Żabotyński szacował na około 700 tysięcy osób. Do wybuchu powstania arabskiego przeciw brytyjskiej administracji w 1936 roku z Polski wyemigrowało do Palestyny około 100 tysięcy Żydów. Potem Brytyjczycy wstrzymali imigrację i pozostał przemyt. Szmugiel ludzi do Palestyny był wspierany finansowo i organizacyjnie przez MSZ i Oddział II Sztabu Głównego, czyli tak zwaną „Dwójkę”.
Główna nitka przemytniczego szlaku wiodła pociągiem do rumuńskiego portu Konstanca, a dalej transatlantykiem „Polonia” do Jaffy i Hajfy. Przerzut prowadzono pod płaszczykiem turystyki do krajów odległych: Brazylii, Boliwii, Urugwaju i Konga Belgijskiego, tranzytem przez Palestynę. „Turystyczny” ruch był tak duży, że PKP uruchomiły połączenia Konstancy z głównymi miastami Polski. Druga nitka prowadziła samolotami linii LOT do Hajfy. Do wybuchu wojny przeszmuglowano tymi trasami ponad 13 tysięcy ludzi, w tym – w obu kierunkach – szkolonych w Polsce dywersantów i minerów Irgunu i Haganah.
W 1937 roku wojskowa współpraca Departamentu Konsularnego MSZ i „Dwójki” z żydowskimi organizacjami bojowo-niepodległościowymi nabrała tempa. W ślad za rozmowami z emisariuszem Jehudą Arazim zawarto z Haganah porozumienie o udzieleniu ułatwień w zakupie uzbrojenia i amunicji oraz o pomocy w wyszkoleniu członków organizacji. Program tajnej współpracy z Haganą i Irgunem został w ciągu kilku dni zaakceptowany przez ministra spraw zagranicznych Józefa Becka oraz generalnego inspektora Sił Zbrojnych marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.
W dyskretnych rozmowach w 1937 roku ze stroną rumuńską uzgodniono zasady transportu ludzi, broni, amunicji, materiałów wybuchowych i sprzętu wojskowego z Polski przez Rumunię do Palestyny. Przerzut miał się odbywać bez kontroli i zadawania pytań.
W październiku 1937 roku dla 50 instruktorów Betaru zorganizowano szkolenie w jednostce wojskowej w Rembertowie, a w styczniu 1938 roku podobne szkolenie w Andrychowie.
Latem 1938 roku około 40 bojowników Irgunu odbyło regularne szkolenie wojskowe w ośrodkach z Zofijówce na Wołyniu oraz w Poddębiu (zapewne Poddębicach) pod Łodzią. Były to szkolenia dla mieszkających w Polsce szeregowców, prowadzone przez instruktorów przeszmuglowanych z Palestyny.
Wiosną 1939 roku dla wytypowanych 25 bojowników Irgunu zorganizowano czteromiesięczny kurs minerski w ośrodku szkolenia dywersyjnego Ekspozytury nr 2 „Dwójki” w Andrychowie. Część kursantów mieszkała w Polsce, a część przybyła z Palestyny samolotami LOT obsługującymi linię Hajfa–Warszawa, najprawdopodobniej posługując się autentycznymi paszportami polskimi z fałszywymi danymi. Żydowską grupą kierował Abraham Stern, urodzony w Suwałkach komendant organizacji bojowej Irgunu. Był to kurs dla przyszłych instruktorów, a jego program obok zajęć saperskich obejmował podstawy konspiracji, techniki sabotażu, dywersji i walki partyzanckiej. Absolwenci mieli w Palestynie przekazywać zdobytą wiedzę dalej. Równolegle szkolenie bojowników Haganah prowadzono w jednostkach wojskowych w Rembertowie i Warszawie. Odpowiedzialnym za program szkoleniowy i przygotowanie ochotników z Polski, którzy mieli wyemigrować i zasilić obie organizacje bojowe w Palestynie, był pułkownik Jan Kowalewski, jeden z najlepszych oficerów „Dwójki”.
Wiosną 1939 roku Żabotyński i Stern wystąpili do MSZ o pożyczkę dla Irgunu w wysokości 212 tysięcy przedwojennych złotych. Zgodę na udzielenie pożyczki z budżetu Departamentu Konsularnego wydał minister Józef Beck. Pożyczka miała być częściowo w gotówce, a częściowo w broni, amunicji, materiałach wybuchowych i sprzęcie wojskowym. W przekazanym pokwitowaniu, datowanym 12 maja 1939 roku Władimir Żabotyński uznał polską pożyczkę za „dług honorowy” i zapewnił: „uczynimy wszystko, co w naszej mocy, aby spłacić ją jak najprędzej”.
Abraham Stern (w Palestynie używał pseudonimu Ben Mosze), dziękując 2 maja za możliwość pozyskania dóbr wartości powyżej 200 tysięcy złotych, zapewniał, że dług zostanie spłacony „po realizacji naszych celów”, czyli po powstaniu niepodległego państwa Izrael. Reprezentujący w tej transakcji stronę polską szef Departamentu Konsularnego Wiktor Tomir Drymmer jeszcze w 1968 roku zapewniał publicznie, że pożyczka nie została spłacona, chociaż niepodległość państwa Izrael proklamowano 14 maja 1948 roku.
Z innych niż Drymmer źródeł wiadomo, że Żabotyński listownie wyraził też wdzięczność za inną pożyczkę w wysokości 300 tysięcy złotych. Czy została zwrócona – nie wiadomo.
Magazyn uzbrojenia i sprzętu przeznaczonego do dyspozycji Irgunu mieścił się w wąskim budynku przy ulicy Ceglanej 8 (obecnie Pereca) w Warszawie. Yaakov Meridor, który po ukończeniu szkolenia w Andrychowie miał nadzorować przerzut uzbrojenia do Palestyny, pisał po latach, że kiedy wszedł do środka to – „omal nie zemdlałem”. Stały tam „setki skrzynek z bronią i amunicją. Chciałem ucałować każdą z nich”. Według Meridora, dla żydowskiego podziemia w Palestynie przygotowano 20 tysięcy karabinów Mauser oraz setki sztuk lekkiej i ciężkiej broni maszynowej, w tym 200 ckm Hotchkiss, a także liczne pistolety polskiej produkcji. Karabiny były produkcji francuskiej z dostaw dla polskiej armii w 1921 roku i zakonserwowane po wojnie polsko-bolszewickiej. Podane przez Meridora liczby mogą być dyskusyjne, ale fakt, że ckm Hotchkiss zostały dostarczone do Palestyny z Polski, potwierdzają inne źródła.
Wszystkie egzemplarze broni były „anonimowe”. Zatarto numery seryjne i oznaczenia producenta na wypadek, gdyby w Palestynie broń wpadła w brytyjskie ręce. Wielka Brytania była wówczas sojusznikiem Polski przeciwko III Rzeszy!
Broń, amunicję i sprzęt szmuglowano do Palestyny przez Bułgarię i Rumunię jako pomoc charytatywną dla osadników żydowskich, podając w listach przewozowych koce, obuwie, cement, materiały budowlane itp. Transporty te finansował w części, obok polskiego rządu, sympatyk Syjonistów-Rewizjonistów, francusko-rumuński milioner Simon Marcovici-Cleja. Zapotrzebowania na dostawy konkretnego uzbrojenia, amunicji lub zaopatrzenia składał Abraham Stern w uzgodnieniu z konsulem generalnym RP w Jerozolimie, Witoldem Hulanickim. Trzy poważne transporty dla Irgunu przerzucono jesienią 1938 roku oraz wiosną i latem 1939 roku. W międzyczasie szmuglowano drobne ilości broni i amunicji. Równolegle wysyłano uzbrojenie i amunicję dla Haganah. W tym przypadku transport i przemyt organizował mieszkający w Warszawie Jehuda Arazi.
Wojna przerwała współpracę, ale po podpisaniu układu Sikorski-Majski w lipcu 1941 roku, w szeregach armii generała Władysława Andersa znalazło się około 4 tysięcy Żydów. Po wyjściu ze Związku Sowieckiego polskie oddziały przybyły w 1942 roku przez Persję i Irak do Palestyny. Tam „zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia, zaagitowanych przez organizacje żydowskie” – zapisał generał Anders we wspomnieniach. Jednostki Armii Polskiej na Wschodzie opuściło około 3 tysięcy żołnierzy „częściowo dobrze wyszkolonych”, co spowodowało „znaczne luki w oddziałach”. Mimo to, generał Anders nie zezwolił na poszukiwanie dezerterów, chociaż domagali się tego dowódcy brytyjscy. „Ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany”, ponieważ „nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą” – wspominał dowódca II Korpusu i zagrał na dwie strony. Polskiej żandarmerii wydał cichą instrukcję, aby uciekinierów nie traktowano jako dezerterów, a Brytyjczyków lojalnie uprzedził, że mogą mieć z dezerterami kłopoty.
Wśród tysiąca żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy postanowili zostać w szeregach Wojska Polskiego, był kapral 5 dywizji piechoty Menachem Begin, w cywilu warszawski adwokat. Uważał on, że nie można opuszczać armii, której złożyło się przysięgę.
Begin nie był w łatwej sytuacji. Koledzy z Irgunu prosili go, aby wszedł do ścisłego kierownictwa organizacji. Chcąc mu pomóc, zwrócili się do przebywającego w Palestynie Wiktora Drymmera. Ten, znając dobrze generała Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, który był zastępcą generała Andersa, przedstawił mu sytuację Begina i jego rozdarcie między dwiema lojalnościami. Generał Karaszewicz-Tokarzewski znalazł salomonowe rozwiązanie – udzielił kapralowi Beginowi bezterminowego urlopu.
W odpowiedzi na otrzymywaną pomoc i wsparcie kierownictwa Irgunu i różnych grup, które z niego wyszły, doradziły dyskretnie dowództwu Armii Polskiej na Wschodzie, aby na pojazdach obok brytyjskich oznaczeń malowano nieformalne oznakowania polskie. Najlepiej biało-czerwone proporczyki. Wówczas, tłumaczono, nasi ludzie przepuszczą pojazd i nie odpalą przygotowanych już przydrożnych min.
Po wybuchu wojny Irgun powstrzymał się od atakowania Brytyjczyków. Nie podporządkował się tej decyzji Abraham Stern, który z grupą młodych, dobrze wyszkolonych, „wilków” opuścił Irgun i w 1940 roku założył odrębną organizację bojową Lechi, która prowadziła typowe działania terrorystyczne. Dla Lechi głównym wrogiem byli Brytyjczycy i dla ich pokonania Stern gotów był sprzymierzyć się z każdym, nawet z Niemcami Hitlera, Włochami Mussoliniego czy Sowietami Stalina. Stern oraz jego zastępca Icchak Szamir nadali Lechi wymiar mistyczny. Głosili, że Żydzi są narodem wybranym, a ich zadaniem jest utworzyć państwo od Nilu do Eufratu, odrodzić królestwo i zbudować Trzecią Świątynię. W taktyce wykorzystywali skutecznie nauki pobrane w Rembertowie i Andrychowie.
Brytyjczycy pilnie szukali dowodów działalności Sterna, który w Palestynie znany był pod pseudonimami Ben Mosze i Yair. Kiedy 11 lutego 1942 roku (według innych źródeł 12 grudnia 1942 roku) do mieszkania, w którym ukrywał się wraz z żoną, weszli z nakazem rewizji funkcjonariusz brytyjski i policjant żydowski, Stern nie stawiał oporu. Na polecenie, żeby zabrał płaszcz, bo jest aresztowany, odwrócił się do wieszaka, a wówczas padł strzał w plecy. „Kto strzelił? Anglik? Żyd?” – pytał we wspomnieniach Wiktor Drymmer. Część źródeł podaje, że Anglik – funkcjonariusz policji brytyjskiej Jeffrey Morton.
Do końca 1942 roku większość bojowników Lechi zginęła lub została aresztowana. Niedobitki zeszły do głębokiego podziemia. Na wzór siatek „Dwójki” organizację przebudowano w system trzyosobowych komórek konspiracyjnych z trzyosobowym komitetem centralnym na czele.
Za sprawy operacyjne, administracyjne i organizacyjne odpowiadał w nim Icchak Szamir, który, ścigany przez Brytyjczyków, posługiwał się otrzymanymi potajemnie autentycznymi polskimi dokumentami wojskowymi wystawionymi na jego właściwe nazwisko Jeziernicki. Udawał przy tym, że nie zna ani hebrajskiego, ani jiddisz i mówi tylko po polsku.
Po wojnie Lechi i Irgun nie zaprzestały walki o niepodległość. Liczba zamachów bombowych, ataków, porwań, terrorystycznych zabójstw stale rosła. 22 lipca 1946 roku sześciu bojowników Irgunu wśliznęło się do podziemi hotelu King David w Jerozolimie, zarekwirowanego dla brytyjskich oficerów. Wnieśli siedem konwi do mleka pełnych materiałów wybuchowych. Z wielką znajomością rzeczy minerzy zainstalowali ładunki w newralgicznych punktach konstrukcji południowej części siedmiokondygnacyjnego budynku, pod lokalami, w których urzędowały władze Brytyjskiego Mandatu Palestyny, a potem wycofali się niepostrzeżenie. Irgun ostrzegł telefonicznie, że hotel jest zaminowany, ale ostrzeżenie zlekceważono i nie zarządzono ewakuacji budynku. Eksplozja nastąpiła o 12.37 czasu lokalnego. Cały narożnik hotelu runął. Zginęło 91 osób, w tym 28 Brytyjczyków. Londyn zagotował się z oburzenia, ale w kręgach politycznych zaczęła dojrzewać myśl, iż czas rozpocząć rozmowy w sprawie powstania państwa Izrael.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie” znajduje się na s. 4 i 5 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie” na s. 4 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Moje wrażenie było takie, jakbym obudził się dwadzieścia lat wcześniej, gdy rozpoczynałem pracę zawodową w spółce socjalistycznej, nieco przemalowanej zewnętrznie, ale ze wszystkimi cechami tejże.
Spółdzielcza Agencja Informacyjna
Praca w spółce Skarbu Państwa
Po dwudziestu latach pracy w korporacji międzynarodowej w Polsce i za granicą, wielu latach w zarządach krajowych tejże korporacji, zdecydowałem się na podjęcie pracy w Spółce Skarbu Państwa. Będąc zwolennikiem „dobrej zmiany”, ale nie jej „żołnierzem”, miałem nadzieję, że zdobyte uprzednio doświadczenia zawodowe będę mógł spożytkować dla rozwoju polskiej spółki, ważnej dla Skarbu Państwa. Szczególnie w momencie, w którym tyle jest mowy o modernizacji, o doganianiu wiodących gospodarek i firm, o budowie polskiej siły gospodarczej i przemianie polskiego przemysłu z montowni na zakłady generujące produkty z dużą wartością dodaną, które staną się dumą naszej ojczyzny.
Pierwsze zetkniecie ze spółką Skarbu Państwa jako osoby pracującej bardzo blisko zarządu pokazało mi, jaka jest przepaść pomiędzy tym, co w obecnym świecie biznesu jest przyjęte jako najlepsze praktyki, a rzeczywistością biznesu spółki państwowej. Moje wrażenie było takie, jakbym obudził się dwadzieścia lat wcześniej, gdy rozpoczynałem pracę zawodową w spółce typowo socjalistycznej, nieco przemalowanej zewnętrznie, ale ze wszystkimi cechami tejże.
Widać było nieco inwestycji w nowe maszyny i narzędzia biznesowe, ale wszystko wprowadzone w życie tak, żeby uprzednio stosowane praktyki nie uległy żadnym zmianom. W związku z tym zdziwienia nie wzbudziła we mnie pozycja rynkowa tejże spółki, jej produkty i w zasadzie świadomość, że bez Skarbu Państwa ta spółka musiałaby zniknąć z rynku.
Typowo biurokratyczne zachowania, jak brak odpowiedzialności chowany za pieczątkami i parafkami, tak żeby zawsze można było na kogoś zrzucić błędne decyzje. Poczta elektroniczna traktowana jako przystawka do pism przesyłanych z pokoju do pokoju, przygotowywanych przez asystentki i podpisywanych przez dyrektorów. Każdy pion firmy jak niezależna organizacja, nie interesujący się innymi działami. Projekty interdyscyplinarne, które w dzisiejszym świecie są podstawą nowoczesnego zarządzania, przez silosowość organizacji są nieobecne.
Jak żart brzmi historia pieczątek. Bez pieczątki człowiek praktycznie nie istnieje, więc nowy pracownik musi taką sobie wyrobić. Ale pani przyjmująca wnioski o pieczątkę zwraca ten wniosek, żeby go uzupełnić – przy podpisie nie ma pieczątki osoby podpisującej (tej, o którą się wnioskuje). Najgorsze, niestety, w tej sytuacji jest, że nikomu to nie przeszkadza, łącznie z zarządem.
Rzeczywistość spółki Skarbu Państwa to również inwestycje w zautomatyzowane urządzenia, systemy zarządcze, bez zmian w zatrudnieniu. Pracownicy pilnują i sprawdzają, czy systemy automatyczne prawidłowo wykonują to, do czego zostały kupione – sprawdzają na liczydłach, czy komputery dobrze liczą.
Ewidentnie jest co robić. Pomyślałem, że jest to dobry punkt startowy dla „dobrej zmiany”. W końcu chodzi o to, żeby takie spółki były innowacyjne, konkurencyjne, żebyśmy mogli być z nich dumni i oczywiście również powinny zarabiać pieniądze, tak żeby na utrzymanie tych spółek nie musieli płacić obywatele. W końcu nieefektywne zarządzanie takimi spółkami powoduje, że wszyscy płacimy za to naszymi podatkami. Kilkanaście miesięcy pracy w spółce zweryfikowało moje nadzieje i oczekiwania.
Ustawienie poprzeczki oczekiwań na poziomie bycia uczciwym, po pierwsze, jest mało ambitne – uczciwość powinna być cechą konieczną, ale nie wystarczającą. Po drugie jest mało efektywne. Sama uczciwość może i wystarczy, ale tylko przez chwilę. By funkcjonować w świecie, który jest konkurencyjny, to zdecydowanie za mało. Po trzecie, wiara tylko w uczciwość niestety jest naiwna – nigdzie na świecie nie istnieje organizacja złożona tylko z ludzi uczciwych. Po to istnieją audyty, kontrole wewnętrzne, prokuratury, CBA, itp., i to we wszystkich organizacjach, żeby „pomóc” funkcjonować uczciwie.
Postanowiłem w kilku zdaniach opisać te doświadczenia z perspektywy osoby znającej nowoczesne metody pracy w korporacjach i uważającej (pomimo różnych ich wad), że są one miejscami, w których metody zarządzania są najbardziej innowacyjne i tworzące przewagi konkurencyjne.
Korporacja, w której pracowałem, od lat dziewięćdziesiątych przeprowadzała zmiany w swoich spółkach – takie, jak przemysł i biznes przechodził na całym świecie (dodatkowo w naszym przypadku również bolesne procesy restrukturyzacyjne), tak że obecnie polskie zakłady tej korporacji nie odbiegają od najlepszych zakładów w świecie. Były to zmiany zarówno technologiczne, jak i w metodach zarządzania. Podnoszenie efektywności, nowoczesności produktu, jak i efektywności finansowej. Niezależnie od ideologii korporacyjnej, która pojawiła się ostatnimi laty, biznesowo było to przejście od socjalizmu do kapitalizmu, tego, o czym marzyłem na przełomie lat 80/90, będąc młodym człowiekiem tęskniącym, jak wszyscy, do normalności.
Spółka Skarbu Państwa, do której trafiłem, wyglądała jak dobrze zakonserwowana struktura, której przemiany lat poprzednich były niemalże nieznane. Jakieś inwestycje były czynione, jakieś zmiany struktury następowały, ale tak, żeby nikomu krzywdy nie zrobić. Mentalnie głęboki ustrój miniony: przecież jesteśmy potrzebni dla państwa, nikt nam krzywdy nie zrobi, a optymalizacje, wzrost efektywności, poprawa wydajności są dla firm prywatnych, żarłocznych kapitalistów.
Czy „dobra zmiana” to zmieniła?
Wymieniono zarząd. Przyszedł nowy prezes, mający chęci i wolę zmian. Położono duży nacisk na udział spółki w polityce historycznej państwa. Widoczna była chęć dostosowania spółki do wymagań rynkowych. Niestety metody zarządcze, idące na skróty, forsujące niektóre zmiany w sposób siłowy, doprowadziły do jego odwołania. Przychodzi nowy prezes i wizja spółki zatwierdzona kilka miesięcy wcześniej jest już nieaktualna. Nowy prezes przyprowadza ze sobą nową ekipę, chociaż poprzednia była zmieniona w ciągu ostatnich miesięcy. Po chwili i on odchodzi, a wraz z nim, z dnia na dzień cała jego „drużyna”, oddelegowana do nowych „ważnych” zadań – chociaż nie zdążyła poznać spółki, niczego nie zrobiła, jedynie zamieszanie.
Spółka czeka na nową ekipę i nowe zamieszanie – gdzie tu jest właściciel? Czy spółka w ten sposób traktowana jest ważna i potrzebna dla Skarbu Państwa? Przecież nikt rozumny nie jest w stanie w tak krótkim czasie zrobić czegokolwiek rozsądnego. Można i trzeba zmieniać ludzi, ale z jakimś planem i celem. Kto będzie chciał współpracować ze spółką, w której co chwila jest zmiana zarządu, strategii i planów? Komu z tej spółki wierzyć? Sama uczciwość to za mało. Potrzeba jeszcze kompetencji.
Na poziomie rządu premier mówi o potrzebie odejścia od Polski resortowej, a w spółce Skarbu Państwa każdy prezes ma swoje królestwo i to się nie zmienia. Rozmawiając z jednym z prezesów dowiedziałem się, że będąc w jego pionie, mógłbym więcej zrobić, miałbym bezpośredni kontakt z jego ludźmi. A będąc w innym pionie – nie mogę tego zrobić.
Przy takim zarządzaniu cała organizacja funkcjonuje tak, żeby zmiany były tak wprowadzane, żeby nic nie zmienić i żeby nie brać na siebie żadnej odpowiedzialności: „jakoś to będzie”. Trzeba przeczekać kolejnego prezesa, kolejny zarząd.
Osoba przychodząca z zewnątrz przestaje się dziwić, że tak zarządzanej spółki zmienić sie nie da. I niestety, gdy tylko państwo zdejmie parasol ochronny, będzie to jej koniec.
Z jednej strony filozofia rozmytej odpowiedzialności, a z drugiej strony zarząd, który nie deleguje uprawnień, zadań, itp. Wszystko musi być ustalone przez zarząd, począwszy od najdrobniejszych zmian w organizacji, ustaleń, które normalnie w korporacjach są wykonywane na poziomie kierownika czy dyrektora, co z jednej strony pozwala na efektywne podejmowanie decyzji, z drugiej pozwala rozwijać sie pracownikom (oczywiście przy rozliczaniu z efektów). Tutaj nie dość, że wszystko musi być zatwierdzone przez „Górę”, to uwzględniając całą biurokratyczną procedurę, trwa miesiącami. Naprawdę, trzeba być bardzo wytrwałym (i niemającym ambicji zmieniania czegokolwiek), żeby się temu nie poddać.
Częsta zmiana strategii nie jest trudna w sytuacji, w której przedstawiciele właściciela w Radzie Nadzorczej nawet nie są zainteresowani szczegółami kilkusetmilionowych inwestycji, przy pogorszeniu wyniku o 40%. Rada Nadzorcza najbardziej zainteresowana jest tym, żeby opinia o spółce była dobra, żeby w mediach nie było niczego negatywnego. Przedstawicieli związków zawodowych w Radzie Nadzorczej obchodzi jedynie, czy zostały przewidziane wystarczające podwyżki dla pracowników (co z tego, że perspektywy rynkowe nie wyglądają obiecująco). Żadnej dyskusji o efektywności. Tym niech się zajmują firmy prywatne nastawione na zysk, my jesteśmy od czegoś więcej. Co z tego, że za nieefektywność płacimy wszyscy?
Najważniejsze, żeby nikt o nas źle nie mówił. Ważna jest współpraca ze związkami zawodowymi. Co do zasady, bardzo chwalebne. Tylko czy cena płacona za to przez Spółkę (i nas wszystkich) jest adekwatna do korzyści? Prawie 30 lat po przemianach związki zawodowe pretendują do współzarządzania spółką, czują się kompetentne, by dyskutować i podejmować decyzję o organizacji spółki. Bronią jak niepodległości, żeby w żaden sposób nie powiązać premii z efektywnością pracy.
Związki zawodowe chcą zarządzać zarządem i jeżeli trafią (a tutaj trafiły) na osobę, która chce mieć święty spokój, – robią to. Patrząc na to, myślałem: po co się uczyć, studiować, jaki sens mają szkoły biznesu, studia MBA, kiedy związkowcy i tak wiedzą lepiej? Dlaczego korporacje światowe nie oddadzą po prostu zarządzania związkowcom?
Status quo jest zachowane, wszyscy pracują jak zawsze, a zmiany? Po co zmiany, niech się świat dostosuje do nas.
Podstawowe nieefektywności nie są związane z wydatkami reklamowymi – to jest temat nośny dla mediów – ani z wydatkami związanymi z konsultacjami zewnętrznymi. Podstawowe nieefektywności, których „dobra zmiana” nie zmienia, związane są z faktem, iż to, co w rynkowej spółce wykonuje jedna osoba, tutaj dwie, a czasami i więcej. To, co zabiera dzień-dwa w spółce normalnie zarządzanej, tutaj zabiera nawet miesiąc. Konsultanci w spółce prywatnej są rozliczani z efektu swojej pracy, z tego, ile na ich pracy zarobi spółka, a nie z ceny, za jaką tę pracę wykonują. Oczywiście tymi relacjami trzeba zarządzać. Tutaj jest brak odwagi (a może i chęci), żeby wdrożyć rekomendacje. Wszystkie firmy światowe korzystają z firm doradczych, bo tam jest wiedza i dobre praktyki, i wdrażają zalecane zmiany, bo to jest droga do modernizacji. Tutaj rekomendacje lądują na półce.
Czy kogoś interesuje opłacalność inwestycji? Z mojego doświadczenia wynika, że nie za bardzo. Ważne jest, że trzeba modernizować. Wiele lat wydawano za mało, więc my powinniśmy wydać więcej. Mamy pieniądze, a opłacalność inwestycji, będąca podstawowym kryterium w każdej spółce prywatnej, tutaj jest traktowana jako formalność potrzebna do „papierów”.
Zdecydowanie nie tak wyobrażałem sobie uczciwy biznes. Uczciwość w biznesie polega również na tym, że jeżeli firma jest nieefektywna, trzeba to zmienić, ponosząc niezbędne koszty. Tak funkcjonuje również każdy odpowiedzialny manager. Oczekiwanie, że państwo i tak zapłaci, jest nieuczciwe.
Od „dobrej zmiany” oczekiwałem odważnych decyzji, bo zależy mi na tym, żebyśmy strukturalnie zmieniali nasz kraj. Tylko tak dokonane zmiany mogą być trwałe i przynieść wartość dodaną. Zmiana „ich” ludzi na „swoich” niczego nie zmieni. Jedynie chwilowo mamy wrażenie, że jest uczciwiej. Lepsze wyniki pokazywane przez te spółki niekoniecznie są efektem nowych zarządów. Często są wynikiem efektów jednorazowych (jak w mojej spółce) czy też czynników zewnętrznych (na przykład skuteczna walka państwa z szarą strefą w przypadku Orlenu). Dlatego korporacje przewidują duże premie dla zarządzających, ale odłożone w czasie, żeby premiować to, na co zarządy mają wpływ – a co jest widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.
Do czego mają wracać młodzi, wykształceni, ambitni Polacy, których tylu wyjechało z Polski? Dlaczego nie można ich wykorzystać w Spółkach Skarbu Państwa? Bo nie są nasi? Bo znają sposoby funkcjonowania firm globalnych, efektywnych i zaczną podważać kompetencje państwowych urzędników?
Mają wracać do Spółek Skarbu Państwa, w których związki zawodowe ustalają płace tak, żeby broń Boże nikt nie zarabiał więcej od kolegów? W których ważniejszy jest staż pracy, a nie umiejętności, wiedza i potrzeby biznesowe – nie biorąc pod uwagę, że aktualna sytuacja wymaga innych kompetencji? Wszystkim nam zależy, żeby nasze Polskie spółki mogły być dla nas powodem do dumy, a nie argumentem, że to co państwowe, musi być przestarzałe, nieefektywne, korupcjogenne, a bez pomocy państwa nie ma racji bytu.
Może moje oczekiwanie było zbyt wygórowane. Uważam jednak, że jeżeli mało się oczekuje, niewiele się osiągnie. A nasze marzenia o globalnych graczach pozostaną jedynie marzeniami o szklanych domach, które politycznie można sprzedać jako sukces – ale tylko na krótką metę.
Artykuł Spółdzielczej Agencji Informacyjnej pt. „Praca w spółce Skarbu Państwa” znajduje się na s. 9 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Spółdzielczej Agencji Informacyjnej pt. „Praca w spółce Skarbu Państwa” na s. 9 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
Konfederacja barska – to legenda, zarazem czarna i biała. Dla Mickiewicza historia jej zakrawała na romans: „nawet wszystkie postacie bohaterów konfederacji mają w sobie coś romansowego”.
Jacek Kowalski
Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans…
Konfederacja barska – to legenda, zarazem czarna i biała. Dla Mickiewicza historia jej zakrawała na romans; wieszcz mówił podczas swoich wykładów paryskich: „nawet wszystkie postacie bohaterów konfederacji mają w sobie coś romansowego, coś, co przypomina bohaterów Iliady i rycerzy średnich wieków”.
Nic dziwnego więc, że konfederacja stała się dla naszych romantyków „harfą Eola”. Jednak wbrew romantykom, wielu światłych badaczy jest dziś zdania, że dzieje barzan to tylko ciąg narodowych kompromitacji, które doprowadziły do pierwszego rozbioru Polski, a na koniec zaowocowały Targowicą. Z takich opinii wyrosła czarna legenda Baru, kształtowana zresztą już przez jego pierwszych przeciwników z kręgu króla Stanisława Augusta i przez francuskich wolnomyślicieli typu Woltera. A jednak wielki historyk i autor pomnikowej monografii konfederacji Władysław Konopczyński, mimo pełnej znajomości jej ciemnych stron, pozostawał pod jej nieprzepartym urokiem.
Dlaczego? Odpowiedź jest dość prosta. Czytając pisma z epoki – Historię Jędrzeja Kitowicza, pamiętniki Wybickiego, czy też prace współczesnych historyków i historyków literatury, dzięki którym okres ten znamy coraz lepiej (myślę tu zwłaszcza o znakomitych pozycjach pióra Emanuela Rostworowskiego, Wacława Szczygielskiego, Jerzego Michalskiego i Janusza Maciejewskiego) – można się Barem zarówno przerazić, jak i zarazić. Tak, to prawda, w czasach konfederacji Rzeczpospolita była już w stanie rozkładu. Ale oto pojawiają się ludzie, którzy pragną coś zmienić. Wprawdzie giną, grzęzną w „polskim bagnie” albo, co gorsza, sami je tworzą – ale nie są bezczynni. Polska świadomość uległa pod ich wpływem epokowej przemianie. Świadczą o tym czyny, ale i słowa: wiersze, manifesty, satyry, pieśni, które porywają wzniosłością i dosadnością zarazem. Są znakiem budzącej się myśli i ducha, wiary w Boga, w sprawiedliwość i moc słusznej sprawy, choć i poczucia wielkiego upadku, którego aż do tej pory Polacy nie byli w pełni świadomi. A tło tych wydarzeń i tych tekstów stanowi barwny folklor szlachecki i niezwykła sztuka polska późnego baroku.
Od Baru przez Kcynię do Zdun
Przeciętny Polak wie o czasach konfederacji barskiej mało, żenująco mało. Tymczasem obfitość źródeł historycznych, w znacznej części wciąż nieopublikowanych i wciąż badanych, jest wprost oszałamiająca. Przede wszystkim zaś otaczają nas, osaczają wręcz miejsca, które widziały tamte wydarzenia, godne chwalebnej lub pouczającej pamięci. Także w Wielkopolsce.
Jak wiemy, konfederację zawiązano w Barze 29 lutego 1768 roku w intencji usunięcia z Polski wojsk rosyjskich i przywrócenia praw, które naruszył sterroryzowany przez Moskali sejm. Wydarzenia, które miały miejsce w Barze, Berdyczowie i na całym Podolu, choć trwały stosunkowo krótko (ruch barski wygasł tam wskutek ataku połączonych sił armii rosyjskiej i koronnej, a także wobec chłopskiego buntu, tzw. koliszczyzny) – okazały się początkiem lawiny. Wszędzie jak grzyby po deszczu powstawały konfederacje regionalne, powołujące się na barski przykład. W Kcyni – mieście grodowym na północ od Poznania – 5 czerwca 1768 roku (czyli jeszcze przed upadkiem Baru) zebrały się zbuntowane regularne oddziały wojska polskiego pod dowództwem porucznika chorągwi husarskiej Wojciecha Rydzyńskiego, stolnika poznańskiego. Uroczyste ogłoszenie konfederacji wielkopolskiej nastąpiło w parę dni później w miasteczku Gębice. Niestety, polska armia regularna była odzwyczajona od wojny, stanowiła raczej rezerwuar intratnych posad. Po dwóch starciach oddziały Rydzyńskiego zostały doszczętnie rozbite, prowokując przy okazji spalenie przez Moskali miasteczka Pyzdry, którego mieszkańcy zasilili szeregi barzan. Mimo klęski, wystąpienie Rydzyńskiego zapoczątkowało tę gałąź ruchu, która przez następne lata miała się okazać najżywotniejsza.
Na Litwie i na Ukrainie szlachecki zryw inicjowali przeważnie magnaci, wokół których gromadzili się ochotnicy. W Wielkopolsce, kraju średniej szlachty, bez wielkiej własności magnackiej, stało się na odwrót: to szlachta sama gromadziła się w obozie i obierała sobie przywódców. Tylko raz zdarzyło się odwrotnie.
Jakub z Ul Ostoja Ulejski
20 czerwca, w dniu, w którym upadał Bar, powstał Kraków. Po długiej i bohaterskiej obronie, w której wzięli też udział Wielkopolanie ocaleni z pogromu oddziałów Rydzyńskiego, został jednak przez Rosjan zdobyty. Mnóstwo konfederatów powędrowało na Syberię. Niektórzy powrócili po kilku latach; część pozostała na zawsze w carskim Imperium.
Wtedy jednak Wielkopolska zaczynała już stawać się teatrem wojny permanentnej. 17 lipca wystąpił na arenę dziejową Jakub z Ul Ostoja Ulejski. Był to drobny szlachcic, „szlachcic partykularny” – jak pisze ksiądz Jędrzej Kitowicz – „jednego sołtystwa w królewszczyźnie posiadacz”. Z dziesięcioma towarzyszami (wszyscy oni także wywodzili się z ubogiej szlachty) spisał w Januszkowie pod Żninem manifest o przystąpieniu do konfederacji, w którym czytamy:
Umyśliliśmy te to wszczęte przez nieprzyjaciół wolnemu narodowi szkodzące i na karki nasze godzące jarzma niewolnicze… znosić… krwią to ojczystą i życiem własnym dokonać… z wszelkim, szczęśliwie nam panującego Najjaśniejszego Króla imci Stanisława Augusta Pana naszego miłościwego, uszanowaniem.
Jak widać, niektórzy konfederaci – i to bynajmniej nie mniejszość – uznawali królewską godność Poniatowskiego i na pomazańca podnosić ręki nie zamierzali.
Nazajutrz, 18 lipca 1768 roku, Ulejski przybył do Kcyni i oblatował swój manifest „w grodzie”. W przyszłości miał dokonać wielu sławnych wyczynów: doprowadził bowiem do skonfederowania się szlachty kujawskiej i pomorskiej, i aż dwukrotnie podchodził pod mury Gdańska, obsadził też wiele miasteczek własnymi załogami. Po klęsce w Starogardzie natychmiast zebrał ocalałe z pogromu siły i zorganizował zasadzkę na powracających Rosjan. Posiał wśród nich duże zamieszanie i wziął do niewoli dwudziestu sześciu kozaków. Po kilku dniach puścił ich wolno, dając na drogę po sztuce złota i każąc powtórzyć ich dowódcom, że Polacy nie mają zwyczaju tyrańsko traktować jeńców. Ten sławny postępek Ulejskiego rozszedł się echem po całej Polsce i nawet po zagranicy. Tymczasem jednak nie było mu dane długo cieszyć się godnością regimentarską, bo 26 i 28 września, gdy rozbił Rosjan pod Lwówkiem, kładąc trupem ich dowódcę, tak zapędził się za przeciwnikiem, że stracił kontakt z własnymi siłami. Większość z nich miał odnaleźć dopiero po dwu tygodniach. Konfederaci, przekonani o śmierci swego regimentarza, 8 października w Kaliszu wybrali jego następcę. Został nim
Ignacy Skarbek Malczewski,
który długo utrzymał się na tym stanowisku. Niewątpliwie doskonały organizator, ale kiepski żołnierz, nie zyskał sympatii księdza Kitowicza: Ignacy Malczewski, starosta spławski, płochego i porywczego geniuszu człowiek, chudej i szczupłej kompleksji, a przy tych talentach, robocie przedsięwziętej przeciwnych, serca zajęczego. On to, poniekąd zdradzając zwierzchność konfederacką, zapragnął potajemnie nawiązać kontakt z dworem królewskim i godził się na zrobienie politycznego wyłomu w konfederacji. Próbował wciągnąć do tego procederu Józefa Gogolewskiego, najzdolniejszego ze swoich pułkowników. Ten odmówił, oburzony, a w rezultacie doszło do obopólnych oskarżeń o zdradę i Gogolewski… został rozstrzelany. W tym bratobójczym starciu Wielkopolska straciła najwaleczniejszego z barskich rycerzy, i nie tylko jego, bo połączony z tą aferą skandal doprowadził do rozłamu wewnątrz skonfederowanego wojska.
Izba Konsyliarska
Po zimowo-wiosennym załamaniu na przełomie 1768 i 1769 roku konfederacja znowu nabrała sił. Wojna z turecko-rosyjska sprowokowana przez dyplomatów barskich zmusiła Rosjan do wycofania z Wielkopolski części wojsk moskiewskich. W dzień świętych Piotra i Pawła, 29 czerwca, armia konfederacka zajęła Poznań. Już wkrótce na wzgórzu Przemysła swobodnie obradował zjazd całej wielkopolskiej szlachty, która gremialnie przystąpiła do konfederacji i wybrała Izbę Konsyliarską, czyli jedyny wówczas i potem – prowincjonalny rząd konfederacki.
Utworzona wkrótce potem Generalność potwierdziła i pochwaliła decyzje zjazdu poznańskiego, a rządowe gabinety mocarstw sprzyjających konfederacji odnotowały powołanie Izby z wyraźnym zadowoleniem. Rada Najwyższa konfederacji nakazała organizować na wzór Wielkopolan podobne Izby we wszystkich województwach.
Sukcesy i klęski
Konfederacja odnotowała w roku 1769 niezwykle liczne sukcesy. Konfederaci znowu opanowali Kraków, a następnie Pomorze i Polskę centralną, tworząc rodzaj kordonu, który odciął całą zachodnią połać kraju, wzdłuż linii Kraków-Częstochowa-Piotrków-Toruń. Zarazem nastąpił spory sukces polityczny: 31 października 1769 na zjeździe w Białej na Śląsku, czyli na terenie przychylnie neutralnej Austrii, został ogłoszony Akt Konfederacji Generalnej i powstał ogólnopolski rząd konfederacki, czyli tak zwana Generalność.
Niestety wszystkie te osiągnięcia były raczej wynikiem pomyślnej sytuacji międzynarodowej niż sukcesów militarnych. Gdy nastąpiła, spodziewana zresztą, ofensywa rosyjska, oddano bez walki Kraków. Małopolanie ponieśli klęskę pod Dobrą, a Malczewski, który wyprawił się na Warszawę z całkiem sporą armią Wielkopolan, został pokonany pod Błoniem podczas przeprawy przez rzekę Utratę. Wielkopolska była już tą kampanią zmęczona. Malczewski złożył regimentarstwo i udał się na Śląsk, a potem, niby zdetronizowana wielkość, zasiadł w gronie Generalności. Moskale znów zajęli Poznań. Ale dzięki kilku walecznym dowódcom i francuskiej pomocy udało się raz jeszcze podźwignąć ruch barski.
Józef Zaremba
30 maja 1770 roku Józef Zaremba, były oficer w wojsku polskim, dotąd działający bardzo „kameralnie” w sieradzkiem, został mianowany generalnym komendantem wojsk prowincji wielkopolskiej. Okazał się człowiekiem wielkich zdolności, który umiał sprawnie dowodzić niewprawnymi oddziałami i szachować wroga, nie wdając się w ryzykowne starcia. Tym samym stał się jednym z najwaleczniejszych przywódców konfederacji. Uwieczniła go sławna pieśń, słusznie zestawiając z legendarnymi Sawą i Pułaskim. Działalność Zaremby nie mogła jednak przynieść owoców bez odpowiedniej dyscypliny wśród pułkowników jego prowincji. Nieposłuszeństwo wielu pomniejszych dowódców nie było tylko skutkiem ich samowoli, gorzej – wynikało z zakulisowych rozgrywek w łonie samej Generalności. Trzeba wiedzieć, że walczyły przynajmniej dwie opcje: prokrólewska i zdecydowanie antykrólewska. Zaremba był zasadniczo prokrólewski i pragnął pojednania z monarchą, ewentualnie widział go nawet jako głowę ruchu. Natomiast Kazimierz Pułaski stał na stanowisku przeciwnym. Sam król zachowywał pewną neutralność i do czasu nie użyczał wojsk koronnych przeciwko konfederatom, nie licząc ekspedycji na Bar w 1768 roku. Teraz nawet zastanawiał się nad poparciem ruchu, zaczął opierać się naciskom ambasady rosyjskiej.
Porwanie króla i koniec konfederacji
Niestety, już wkrótce sami konfederaci mieli zablokować drogę do pojednania. Najpierw Generalność ogłosiła polski tron jako pusty, a potem, 3 listopada 1771 roku, nastąpiła próba porwania króla Stanisława Augusta jako „uzurpatora”. Król, lekko ranny, już w drodze do konfederackiego obozu zdołał przekonać swojego strażnika, niejakiego Kuźmę, żeby go uwolnił i odprowadził w bezpieczne miejsce. Nieskuteczna akcja „konfederackich komandosów” wzbudziła oburzenie zarówno w Polsce, jak i w monarchicznej Europie – gdzie potraktowano ją jako próbę królobójstwa. Rozbiór Rzeczypospolitej był już postanowiony, a dogodny pretekst właśnie się w ten sposób nastręczył. Wiosną 1772 roku trzy mocarstwa odebrały swój łup. Polacy byli kompletnie zaskoczeni. Dotąd ślepo wierzyli w przyjaźń Austrii i nawet w przychylność Prus; wydawało im się, że samo istnienie Polski jest zagwarantowane na wieki wieków, bo stanowi ona języczek u wagi we wzajemnych stosunkach państw środkowej Europy. A wojska zaborcze powoli zajmowały cały kraj – wpierw w celu uśmierzenia konfederacji.
Ustępujący przed pruską armią żołnierze Zaremby poddali się królowi Stanisławowi po otrzymaniu amnestii. Mogli zachować broń i nie krępowano ich w wyborze dalszego losu. Większość odeszła do domów, część dała się zwerbować Prusakom i Moskwie (głównie pruscy i moskiewscy dezerterzy), część przyjęła służbę w ułanach królewskich. Sam Zaremba pojechał do Warszawy, uzyskał trzygodzinną audiencję u króla i godność generał-majora; niestety wkrótce zginął w dość tajemniczym wypadku…
Tak zakończyła się długa epopeja skonfederowanej Wielkopolski. Nasza prowincja jako jedyna dała przykład organizacji prowincjonalnego rządu z podatkami, rekrutem i armią, która o mały włos zdobyłaby Warszawę. Warto powspominać…
Artykuł Jacka Kowalskiego pt. „Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans…” znajduje się na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jacka Kowalskiego pt. „Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans…” na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl
„Legenda Baru stanie się dla narodu na przyszłość moralnym skarbem” – napisał historyk Władysław Konopczyński, a kilkadziesiąt lat później ich czyn Juliusz Słowacki utrwalił w dramacie „Ksiądz Marek”
Adam Wojnar
Chorągiew konfederatów barskich. Fot. Wikipedia
Msza święta intencji poległych za wiarę i wolność w kościele Karmelitów Bosych na Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu rozpoczęła wielkopolskie obchody jubileuszowego roku 250-lecia konfederacji barskiej – pierwszego polskiego zbrojnego powstania o wolność. 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu szlachta zawiązała konfederację w obronie wiary i wolności.
W Wielkopolsce zaplanowano cykl debat regionalnych przybliżających idee konfederacji barskiej. Odbędą się one m.in. w Grodzisku, Jarocinie, Krotoszynie, Obornikach, Sierakowie, Międzychodzie, Skokach, Wągrowcu i Szamotułach. Zakończeniem obchodów ma być debata i koncert w TVP 3 w Poznaniu.
Ostatnia wolna elekcja w I Rzeczypospolitej w 1764 roku na tron wyniosła litewskiego stolnika Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król był popierany przez wpływowe ugrupowanie magnackie – Familię Czartoryskich, a przede wszystkim przez carycę Rosji Katarzynę II. Wpływała ona na politykę króla przez swoich ambasadorów, spośród których najbardziej bezczelny i zuchwały był Mikołaj Repnin.
Sejm na jego rozkaz przyjął ustawę o równouprawnieniu dysydentów, czyli innowierców, co przez Polaków zostało uznane za zamach na religię katolicką. Jednocześnie zastraszeni przez carycę posłowie uchwalili tzw. prawa kardynalne, czyli gwarancje niezmienności ustroju Polski, w tym liberum veto, co pozwalało ościennym państwom na ingerowanie w sprawy kraju. Ten gwałt oraz inne moskiewskie bezprawia stały się bezpośrednią przyczyną wystąpienia zbrojnego polskich patriotów przeciw Rosji.
Po ogłoszeniu powstania stacjonujące na ziemiach polskich wojska rosyjskie na rozkaz carycy zostały natychmiast skierowane przeciw konfederatom. Pod naciskiem ambasadora Repnina król Stanisław Poniatowski wyraził zgodę, aby w tłumieniu powstania wzięły udział także wojska koronne. Słabo uzbrojone i nieliczne oddziały konfederatów stawiały armii rosyjskiej zacięty opór.
Kazimierz Pułaski, jeden z trzech synów Józefa, dowódcy powstania, przez kilka tygodni bronił nieobwarowanego Berdyczowa, a także Baru. Mimo ofiarności i męstwa, słabe siły konfederatów nie były w stanie sprostać regularnym wojskom rosyjskim. Po blisko czterech miesiącach walk zostały one rozbite, a część powstańców przekroczyła Dniestr i wycofała się na terytorium Turcji.
Po klęsce ok. 4 tysiące konfederatów zostało zesłanych w głąb Rosji na katorgę. „Legenda Baru stanie się dla narodu na przyszłość moralnym skarbem” – napisał słynny historyk Władysław Konopczyński, a kilkadziesiąt lat później ich czyn Juliusz Słowacki utrwalił w dramacie Ksiądz Marek ze słynną Pieśnią konfederatów barskich.
5 sierpnia 1772 roku Prusy, Rosja i Austria podpisały w Petersburgu pierwszy traktat rozbiorowy. W jego wyniku Rzeczpospolita straciła 30 procent terytorium i około 35 procent ludności, dodatkowo zaborcy zażądali zalegalizowania rozbioru przez Sejm polski.
Mimo klęski zawiązanej w Barze konfederacji, przeszła ona do narodowej legendy jako pierwsze zbrojne powstanie o wolność.
Cały artykuł Adama Wojnara pt. „Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi” znajduje się na s. 8 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Adama Wojnara pt. „Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi” na s. 8 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Świątek wydaje się prosty w odczycie, chociaż zawiera w sobie głębię prawdy wiary. Koło jest najprostszą, a jednocześnie najdoskonalszą figurą, przedstawiającą: ponadczasowość życia, świętość i chwałę
Barbara M. Czernecka
Apostołowie zostali tutaj zgrupowani po trzech na każdym zakończeniu belek krzyża. Na górze znajdują się: Piotr, Szymon i Filip. Na prawym ramieniu widnieją: Bartłomiej oraz Paweł, na apostoła powołany dopiero kilka lat po Wniebowstąpieniu Jezusa; a także Marek, który możliwe, że był obserwatorem działalności Mistrza, jednak zasłużył się spisaniem Ewangelii według relacji Świętego Piotra. Na kwiatonie lewego ramienia krzyża zobrazowano Andrzeja, Mateusza i Łukasza Ewangelistę. Ten ostatni także nie należał do grona najbliższych uczniów Chrystusa, lecz był towarzyszem podróży apostolskich Świętego Pawła. U podstawy krzyża znalazły się jeszcze wyobrażenia Jakuba, Tomasza oraz najmłodszego – Jana. W przedstawionym gronie zostali pominięci: jeden z Jakubów, Juda oraz Maciej, który zastąpił Judasza.
Krzyż Apostolski. Fot. z archiwum autorki
Charakterystyczne jest ujęcie wszystkich czterech autorów Ewangelii. Liczba Apostołów również nie jest przypadkowa, bowiem dwunastka bywała przez wieki powszechnie uznawana za symbol szczęścia i porządku i traktowana nieomal jako sacrum. W tuzinie przecież zawiera się cały porządek kosmosu. Jest po dwanaście godzin w ciągu dnia i nocy, tyleż miesięcy w roku, a nawet astrologicznych znaków zodiaku. We wschodnich kulturach dwunastka oznacza to, co jest powtarzalne cyklicznie i daje się uporządkować kołowo. Starożytni wielu kultur ustalali po tyluż mitologicznych bogów. Wyrocznia delficka za występek Heraklesa wyznaczyła mu dwanaście prac niemożliwych do wykonania. Romulus otaczał się takąż liczbą liktorów. Tę liczbę doradców mieli potem: legendarny król Artur, ale także Napoleon Bonaparte i nawet dalajlama. Dwunastu było potomków Izraela, stanowiących protoplastów jego pokoleń. Dwanaście kamieni zdobiło pektorał starotestamentalnego arcykapłana. A na stole przed zasłoną Arki Przymierza układano dwanaście chlebów pokładnych.
Dwanaście gwiazd na tle błękitu wieńczy postać Najświętszej Maryi Panny. Nieprzypadkowo też tylu było najbliższych Jezusowi Apostołów. Po cudzie rozmnożenia chleba pozostało dokładnie dwanaście koszów ułomków. Dwanaście owoców wyrasta z łaski Ducha Świętego. W Księdze Apokalipsy „Miasto czasów mesjańskich” wzniesione jest na fundamentach z tyluż drogocennych klejnotów. Prowadzi do niego tuzin bram strzeżonych przez tuzin aniołów i wykonanych z dwunastu pereł. Wymiar zapowiedzianego miasta mesjańskiego mieści się w czworoboku dwunastu tysięcy stadiów. Dwanaście jest to też pełnia, symbol ogromu powszechności. Lazurową flagę Unii Europejskiej, za przyczyną apokaliptycznego obrazu Maryi, zdobi dwanaście złotych pięcioramiennych gwiazd.
W opisywanym krzyżu apostolskim doskonale jest przedstawiona matematyczna podzielność liczby dwanaście przez trzy i cztery oraz okrąg dyskretnie wpisany w czworokąt. Jednakże dostrzeżenie tego wymaga chwili czasu poświęconego na kontemplację. I tylko sielankowy pozór sprawia, że świątek wydaje się prosty w odczycie, chociaż zawiera w sobie głębię prawdy wiary.
Cały artykuł Barbary M. Czerneckiej pt. „Krzyż Apostolski” znajduje się na s. 10 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Barbary M. Czerneckiej pt. „Krzyż Apostolski” na s. 10 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl