Największe szanse ma ta osoba, która współbrzmi z profilem PiS, ale jest autonomiczna. Swoim życiem musi poświadczać, że pasuje do roli gospodarza Poznania. Dr Tadeusz Zysk spełnia te oczekiwania.
Jolanta Hajdasz
Tadeusz Dziuba
Z posłem PiS Tadeuszem Dziubą, wojewodą wielkopolskim w latach 2005–2007, dziś szefem poznańskich struktur PiS, o oczekiwaniach wobec przyszłego prezydenta Poznania rozmawia Jolanta Hajdasz.
Tadeusz Zysk, poznański przedsiębiorca i wydawca, jest oficjalnym kandydatem Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Poznania. Potwierdził to Jarosław Kaczyński, przedstawiając go wśród kandydatów na prezydentów największych polskich miast.
Tak, dr Tadeusz Zysk jest już oficjalnie potwierdzonym kandydatem na prezydenta Poznania. Ale wszelkie informacje wskazywały na niego już od grubo ponad roku. Jesienią 2016 r. odbyły się wybory do władz okręgowych PiS i pierwsze trzy posiedzenia poznańskiego zarządu – w listopadzie i grudniu 2016 r. oraz w styczniu 2017 r. – były poświęcone jednej tylko kwestii: wskazaniu kandydata na prezydenta stolicy Wielkopolski. Na tym ostatni posiedzeniu zarząd postawił jednogłośnie na dr. Tadeusza Zyska. Zgodnie z naszym statutem kandydatura ta winna uzyskać akceptację naszych władz krajowych. Nastąpiło to w kwietniu tego roku wraz z akceptacją kandydatów wielu innych miast polskich. Warto dodać, że już w styczniu 2017 r. mieliśmy opracowany program wyborczy PiS dla Poznania, przygotowany przez poznańskich radnych PiS. (…)
Dlaczego Tadeusz Zysk ma Państwa poparcie? Czego Pan oczekuje po jego kandydaturze, jego programie? Będzie musiał pokonać Jacka Jaśkowiaka, wspieranego nie tylko przez PO, ale i przez Nowoczesną.
Warto zauważyć, że nasza poznańska formacja miała do dyspozycji kilku kompetentnych kandydatów na funkcję prezydenta Poznania. Wskazanie jednego spośród nich wymagało, moim zdaniem, odpowiedzi na pytanie o to, który z nich najskuteczniej przemówi do elektoratu dotąd zdystansowanego do PiS albo też obojętnego na PiS. Wydaje się, iż największe na to szanse ma ta osoba z naszego środowiska społecznego, która nie jest wprost organizacyjnie związana z PiS. Osoba, która – można powiedzieć – współbrzmi z naszym profilem społecznym i publicznym, ale jest względem nas autonomiczna. I będzie autonomiczna po wyborach. Oczywiście całym swoim życiem musi poświadczać, że pasuje do roli gospodarza jednego z największych miast Polski. Dr Tadeusz Zysk spełnia te oczekiwania.
Jest on człowiekiem gruntownie wykształconym, i to w dziedzinach pożytecznych dla pełnienia publicznych funkcji. Jest bowiem socjologiem i psychologiem społecznym. Jakiś czas pracował naukowo, więc ma opanowany warsztat analityczny. Wykazał się sporym talentem gospodarczym i organizacyjnym. Stworzył od zera przedsiębiorstwo, i to na niełatwym rynku wydawniczym. Dziś jego wydawnictwo należy do najbardziej rozpoznawalnych w Polsce. Tadeusz Zysk ma intuicję biznesową. Jako jeden z pierwszych popularyzował literaturę science fiction. Udanie promował polskich autorów, dziś bardzo poczytnych. Jest filantropem i fundatorem licznych nagród, w tym prestiżowego medalu Przemysła II. Nie bez znaczenia jest i to, że ma żywe i liczne kontakty w wielu środowiskach Poznaniu i poza Poznaniem.
Krótko mówiąc, to człowiek utalentowany i gospodarz mający szczęśliwą rękę. Nie pozostaje więc nam nic innego jak powiedzieć po prostu: Zysk dla Poznania. (…)
Ocenia Pan krytycznie prezydenturę Jacka Jaśkowiaka. Które z jego działań wskazałby Pan jako szczególnie szkodliwe dla nas, mieszkańców?
Tadeusz Dziuba | Fot. archiwum WKW
(…) Epoka pierwszych Piastów – tak pięknie opisywana przez Elżbietę Cherezińską, autorkę wypromowaną przez Tadeusza Zyska – to tylko punkt wyjścia do eksploatacji zasobu poznańskiej historii. Równolegle warto byłoby eksploatować inne wątki, np. ożywić i udostępnić zachowane jeszcze obiekty militarnego budownictwa dziewiętnastowiecznego, którego miłośników w Europie jest co niemiara. Masowa turystyka przyniosłaby poznaniakom i Poznaniowi przyzwoite dochody i renomę.
Niewykorzystanym zasobem niematerialnym jest to, że Poznań jest największym i najbogatszym miastem Wielkopolski. Jego władze mogłyby więc być np. promotorem porozumienia gmin nadwarciańskich i nadnoteckich w celu utworzenia zorganizowanego szlaku wodnego wzdłuż t.zw. Wielkiej Pętli Warciańskiej, która byłaby wyjątkową atrakcją poznawczą i turystyczną środkowo-zachodniej Polski. Ale dotychczasowe władze Poznania myślały raczej o tym, jak inne wspólnoty samorządowe oszwabić, a nie o tym, by je inspirować. (…)
Czego powinniśmy oczekiwać od prezydenta Poznania w nadchodzących latach? Na jakie elementy ich kampanii wyborcy powinni zwracać uwagę?
Nowy prezydent miasta powinien zaprezentować długofalowy program rozwiązania głównych problemów poznańskiej wspólnoty samorządowej, zresztą ze sobą splecionych. W szczególności zaliczam do nich wyludnianie się Poznania, niewystarczająca jakość życia w mieście, zbyt małą siłę przyciągającą młodych ludzi do stolicy Wielkopolski, fasadowość życia obywatelskiego i związane z tym wyobcowanie władz samorządowych, oczywiście niewykorzystywanie, czy też niewłaściwe wykorzystywanie materialnych, osobowych i niematerialnych zasobów miasta… To nie jest pełne wyliczenie.
Zarządzający miastem mają do dyspozycji bardzo szeroką gamę środków wpływania na otoczenie. Rzecz w tym, by dla osiągnięcia określonych celów zastosować odpowiednią ich kombinację. Prosty przykład: jeśli chcemy zapewnić w miarę czyste powietrze w mieście, to w pierwszej kolejności tak należy kształtować – przez lata i konsekwentnie – jego urbanistykę, by w jak najmniejszym stopniu ograniczać naturalny ruch mas powietrza w obszarze miasta. Jeśli się w ten sposób nie zapewni przewietrzania terenów zabudowanych, to można wydawać miliony na inne działania pomocnicze, a efekt i tak będzie mizerny.
Najbardziej skrótowo mówiąc: zasygnalizowane wyżej problemy nie zostaną pokonane w szczególności bez dostępnych i tanich mieszkań, sprawnej i taniej komunikacji publicznej, szkolnictwa zapewniającego nowoczesną edukację, bogatego życia kulturalnego, licznych terenów rekreacyjnych i wypoczynkowych w mieście oraz przejrzystego i życzliwego działania urzędników miejskich wszystkich szczebli.
Cały wywiad Jolanty Hajdasz z posłem PiS Tadeuszem Dziubą pt. „Zysk dla Poznania” znajduje się na s. 1 i 2 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Jolanty Hajdasz z posłem PiS Tadeuszem Dziubą pt. „Zysk dla Poznania” na s. 1 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Powinniśmy wreszcie doprecyzować pojęcie patriotyzmu gospodarczego. To przede wszystkim dbałość o stabilność i rozwój gospodarki krajowej poprzez rozwój i racjonalne wykorzystanie kapitału krajowego.
Jan Parczewski
Działania tworzące wartość dodaną
W krajach rozwiniętych obserwowana jest tendencja do koncentrowania się na działaniach o wysokiej wartości dodanej, podczas gdy kraje rozwijające się koncentrują się generalnie na działaniach o wartości niższej:
Źródło: Rada Gospodarcza Strefy Wolnego Słowa, za: Karina Fernandez-Stark, Stacey Frederick and Gary Gereffi (2011), „The Apparel Global Value Chain: Economic Upgrading and Workforce Development”. In G. Gereffi, K. Fernandez-Stark & P. Psilos (Eds.), Skills for Upgrading: Workforce Development and Global Value Chains in Developing Countries. Durham: Center on Globalization Governqance &Competitiveness and RTI International.
Tym samym, koncentrowanie się w danym kraju na produkcji, z zaniedbaniem priorytetu komplementarnego i synergicznego rozwoju przed- i poprodukcji, konserwuje w tymże kraju model gospodarki zależnej.
Specyfika łańcuchów wartości dodanej w Polsce
W Polsce przeważają inwestycje na bazie kapitału obcego w fazę produkcyjną (fabryki). Powstają w ten sposób polskie firmy z kapitałem obcym, zorientowane na wytwarzanie. Zdarza się także tworzenie podobnych firm zajmujących się projektowaniem – tworzeniem cyfrowych modeli produktów na bazie założeń wypracowanych w fazie R&D oraz firm/centrów logistycznych.
Skądinąd wsparcie dla obcych inwestycji jest zgodne z polityką premiera Morawieckiego, wg której polityka greenfield dla obcych inwestycji to najważniejszy element naszego planu rozwoju (Źródło: TVP1, Wiadomości wydanie główne, 31 grudnia 2017). MSP z polskim kapitałem są tu głównie dostawcami komplementarnych produktów i usług o niskiej wartości dodanej dla łańcuchów, zarządzanych przez kapitał obcy. (…)
Polski patriotyzm gospodarczy
Czytelne zintegrowanie patriotyzmu gospodarczego z polską racją stanu wydaje się być zadaniem pilnym. Należy wskazać, w jaki sposób oraz na ile określony model patriotyzmu gospodarczego może pomóc w budowie stabilności oraz rozwoju polskiej gospodarki. Oczywiście bez uporządkowania stajni Augiasza, jaką tworzą definicje w gospodarce (por. poprzednia część artykułu, kwietniowy „Kurier WNET” 46/2018), zadanie to jest fantasmagorią.
Powinniśmy wreszcie doprecyzować pojęcie patriotyzmu gospodarczego w kierunku jego mierzalności i wprowadzić go w sposób jawny do strategii polskich przeobrażeń. Bez mierzalności i budowy wskaźników efektywności nie można mierzyć i monitorować takich działań. Skądinąd brak jest, jak dotąd, w obecnej strategii rządu jakichkolwiek realnych odniesień do takiego patriotyzmu. W Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju pojęcie „patriotyzm gospodarczy” nie zostało użyte ani razu! Jedną z przyczyn jest zapewne fakt, że patriotyzm gospodarczy wciąż traktowany jest w polskiej retoryce jako twór niewymierny (w kategoriach niemierzalnych). Jeśli tak, to wypadałoby powołać inicjatywę i/lub organ, który podjąłby się takiego sformułowania, równolegle z uporządkowaniem definicji, stosowanych w retoryce gospodarczej.
Patriotyzm gospodarczy w prezentowanym ujęciu to przede wszystkim dbałość o stabilność i rozwój gospodarki krajowej poprzez rozwój i racjonalne wykorzystanie kapitału krajowego. Kapitał krajowy jest podstawą, w oparciu o którą nie tylko my, lecz także nasze dzieci i wnuki powinny dostać szansę niezależnego i podmiotowego bytu gospodarczego.
Tym samym działania na rzecz wzrostu dochodu narodowego wytwarzanego przez polskie czynniki produkcji, w tym kapitał krajowy, uznajemy za istotę racjonalnego patriotyzmu gospodarczego. Niezbywalnym jego elementem jest wspieranie tworzenia i funkcjonowania polskich VAC, a co za tym idzie, konkurencyjności polskich produktów zarówno globalnie, jak i w Polsce. Tworzona wartość dodana, zasilająca kapitał polski oraz zarobki naszych obywateli, będzie zwiększać podmiotowość polskiej gospodarki, pomagając jej w ucieczce z pułapki braku równowagi, (por. część pierwsza artykułu, lutowy „Kurier WNET” 44/2018).
Utożsamianie patriotyzmu gospodarczego z konsumenckimi zakupami „polskich produktów”, definiowanych skądinąd w bardzo różny i nie zawsze precyzyjny sposób, nie rozwiązuje problemu. Krytyczne znaczenie ma tu polityka gospodarcza państwa, przy czym należy pamiętać, że ryba psuje się od głowy i same apele, bez dobrego przykładu z góry, nie bardzo mają sens. Apele takie skądinąd przypominają nawoływania w okresie PRL do wyłączania prądu w domach, podczas gdy rzeczywistą przyczyną blackoutów była gigantyczna konsumpcja energii elektrycznej przez nieracjonalnie energochłonny przemysł.
Już Adam Smith, pragmatyczny ojciec współczesnej ekonomii podkreślał, że motorem działania jednostek jest interes własny. Podobny wniosek można wysnuć także w oparciu o piramidę potrzeb Maslowa.
Tym samym nie można systemowo liczyć na realne wzmacnianie polskiej gospodarki poprzez zakupy konsumenckie produktów krajowych, jeśli nie będą one tańsze i lepsze od zagranicznych.
Główną siłą sprawczą wzrostu konkurencyjności gospodarki opartej na polskim kapitale powinno być zatem konsekwentne, systemowe tworzenie przez państwo i organizacje pozarządowe warunków dla takiego wzrostu. Nie można liczyć na to, że firmy z kapitałem polskim, na dziś w swojej większości gorzej zorganizowane, z gorszym know-how oraz z mniejszymi pieniędzmi, w cudowny sposób poradzą sobie same.
Cały artykuł Jana Parczewskiego pt. „Nie strzelać do pianisty. Gra nie tylko dla idiotów cz. 3” znajduje się na s. 12 i 13 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jana Parczewskiego pt. „Nie strzelać do pianisty. Gra nie tylko dla idiotów cz. 3” na s. 12 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Warto mieć dzieci, a państwo podzieli się z rodzicami stale rosnącą częścią kosztów ich wychowania. Zapłaci za to naszymi podatkami, ale po to płacimy podatki, żeby zagwarantować Polsce istnienie.
Andrzej Jarczewski
Demografia reaguje prawidłowo
To już trzeci doroczny raport demograficzny, publikowany w „Kurierze WNET” na podstawie danych, udostępnianych przez GUS (poprzednie ukazały się w lipcu 2016 i w czerwcu 2017). Zamieszczony na tej stronie wykres jest demograficzną fotografią naszego kraju z pierwszej godziny roku 2018.
Spór o demograficzną skuteczność Programu 500+ został w zasadzie rozstrzygnięty. To naprawdę działa! W roku 2014 Główny Urząd Statystyczny opublikował prognozę na kolejne lata przy założeniu, że polityka demograficzna państwa będzie taka sama, jak za czasów PO-PSL. Prognozy GUS są bardzo dokładne i wiarygodne: jeżeli nic nadzwyczajnego w rozpatrywanej polityce się nie zmieni, trendy demograficzne utrzymają się również bez zmian.
Zgodnie z tym założeniem GUS wyliczył wtedy, że w roku 2017 urodzi się 346 tys. dzieci. Pomyłka w tak krótkookresowym prognozowaniu nie mogła przekroczyć kilku procent, czyli kilkunastu tysięcy „urodzeń żywych”. Bo skoro wiadomo, ile jest kobiet w wieku rozrodczym, wiadomo, jaki jest wskaźnik dzietności i znane są ogólniejsze trendy, kształtujące ten współczynnik – trudno pobłądzić w rachunkach.
Jak już wiemy – w roku 2017 urodziło się jednak 403 tys. dzieci, czyli o 57 tys. więcej niż przewidywano zaledwie trzy lata wcześniej. Różnica wynosi aż 16%. A to oznacza, że o pomyłce nie może być mowy. Musiało stać się coś nadzwyczajnego. I to właśnie się stało: „500+”!
Polityka pronatalistyczna
Różni szydercy wyśmiewają „500+”, że to niby „socjalizm”, że rezultaty mizerne, a zwłaszcza że sami na to w porę nie wpadli i przegrali wybory. Tak już musi być.
Doktrynerzy, którzy dali sobie wbić do głowy, że istnieje tylko liberalizm i socjalizm, nie wiedzą, że poza tymi abstrakcjami mieści się bardzo wiele rozwiązań inspirowanych zupełnie innymi wartościami, na przykład solidarnością, na przykład odpowiedzialnością, na przykład znajomością historii. A w historii wielokrotnie ci, których było niewielu, ginęli całkowicie lub roztapiali się wśród mocnych i licznych. Libertarian, którzy żądają: „minimum podatków i minimum socjalu”, pytam: „czy również minimum… Polaków?”.
Gdyby zebrać wszystkie formy wsparcia rodziny, obowiązujące w Polsce w roku 2018, wyszłoby nam coś około kopy. Trudno to dokładnie policzyć, bo niektóre opcje istnieją w ramach większych programów, a znów z innych prawie nikt nie korzysta. Liczba nie jest ważna. Ważne jest to, że wszystkie opcje działają krótko i wybiórczo. Na tym tle Program 500+ prezentuje się wyjątkowo okazale, ale i on spowszednieje. Konieczne będą nowe działania, np. uelastycznienie warunków pracy kobiet.
Co prawda premier nie zapowiedział wyraźnie, że co roku pojawiać się będą jakieś nowe propozycje, ale – dorzucając (w kwietniu 2018) do obowiązującego pakietu wyprawkę dla uczniów, a zwłaszcza emeryturę dla matek wielodzietnych – dał wyraźny sygnał, że polityka pronatalistyczna będzie prowadzona systematycznie. Że warto mieć dzieci, a państwo podzieli się z rodzicami stale rosnącą częścią kosztów ich wychowania. Oczywiście: zapłaci za to naszymi podatkami, ale właśnie po to płacimy podatki, żeby zagwarantować Polsce istnienie. Część budżetu musi iść na infrastrukturę i obronę, a część na to, by nie zabrakło… obrońców.
Bezzębny starzec
Spójrzmy teraz z oddali na nasz demograficzny portret: idealny profil bezzębnego starca! Te straszne oczodoły, wybite przez II wojnę światową (roczniki 1941-45). I ten okazały nos, odpowiadający powojennemu wyżowi (dziś już w połowie na emeryturze lub rencie). A pod nosem pierwszy niż, dla którego zabrakło rodziców, nieurodzonych w czasie wojny lub zabitych w kołysce. Wystający podbródek naszego starca rysuje wyż z maksimum w czasach stanu wojennego, a potem szyja z wyraźnie zarysowaną grdyką małego wyżyku, który się wyczerpał już w roku 2010.
Rysunek odzwierciedla główne zjawiska demograficzne XX wieku. Liczby mówią nie o tym, ile dzieci rodziło się w poszczególnych latach, ale: ilu obywateli Polski z każdego rocznika nadal żyje i mieszka w naszym kraju. Nie są to liczby zbyt dokładne, bo codziennie sytuacja się zmienia, ponadto GUS nie zlicza każdego obywatela z osobna, ale operuje pewną metodologią, która opiera się na szacunkach, uściślanych co pewien czas spisami powszechnymi. Suma tych wszystkich nieścisłości bywa dość znaczna, ale rozkłada się równomiernie na wszystkie roczniki. Błędy nie kumulują się punktowo, co sprawia, że cały obraz jest bardzo wierny, choć – również w całości – może być troszkę chudszy lub troszkę obfitszy niż oryginał. Spójrzmy np. na rocznik 2017. Urodziło się wtedy 403 100 dzieci, natomiast na wykresie mamy liczbę 394 247. Brakuje niemal 9 tysięcy. Czyżby te dzieci poumierały lub wyjechały za granicę? Oczywiście nie. Za część tego braku odpowiada metodologia GUS, a dla nas ważne jest tylko to, że podobne różnice widać we wszystkich rocznikach.
Polityka antycykliczna
Te wszystkie tragiczne i chwalebne wydarzenia, przez które nasz naród przechodził w minionym stuleciu, wyrysowały profil, którego cechą najwyraźniejszą jest naprzemienne występowanie wyżów i niżów. Jakież to było kosztowne dla państwa, jakież powodowało napięcia społeczne i stresy osobiste! Kto żyje długo, pamięta doskonale, że przez całe lata z największym trudem udawało się zapisać dziecko do przedszkola, a potem nagle przyszły czasy takie, że – poczynając od właśnie przedszkoli – musieliśmy zamykać tysiące placówek wychowawczych i oświatowych w całej Polsce.
Powstawały całe fabryki, produkujące artykuły dla niemowląt, a po chwili już te fabryki likwidowano lub przebranżawiano, bo rodziło się coraz mniej dzieci. To samo dotyczy zatrudnienia wielkich grup społecznych, np. nauczycieli, którzy najpierw musieli zdobywać wykształcenie na przyśpieszonych kursach, a później nawet doktoraty nie chroniły ich przed redukcjami miejsc pracy, postępującymi za malejącą liczbą uczniów.
Te cykle są niezmiernie kosztowne. Prawidłowa polityka państwa rozumiejącego te zjawiska polega na intensywnym wspieraniu rozrodczości w czasach pogłębiającego się niżu i nieingerencji w demografię, gdy nadciąga kolejny naturalny wyż. Przy całym krytycyzmie wobec PRL-u nie można nie odnotować, że podejmowano wtedy wiele działań, pomagających jakoś w wychowaniu dzieci, a przez to przyczyniających się do wzrostu populacji. Ale wszystko to wliczało się do polityki socjalnej, okazyjnie pronatalistycznej. Nie była to jednak polityka antycykliczna, bo czynniki rządowe nie rozumiały powagi sytuacji.
Lekceważono te sprawy również po roku 1989. Pojawiały się kolejne formy wsparcia rodziny, ale wszystkie okazywały się niewystarczające i nieskuteczne w konfrontacji z propagandą depopulacyjną, sączącą się z niepolskich mediów dla Polek. Osiągnęliśmy najniższe w świecie wskaźniki zastępowalności pokoleń i wyglądało na to, że nierównymi skokami zmierzamy do samounicestwienia.
Lekceważenie cykliczności
Najdłuższy, trwający aż 20 lat (1983–2003) spadek liczby urodzin musiał się kiedyś skończyć, bo jednak dorastało już pokolenie wyżu z roczników 1970–90. Naturalne odbicie opóźniało się, ale jednak widzimy jego ślady w latach 2004–2012. Teraz przypomnę o dwóch faktach, świadczących o nieporadności demograficznej rządów wywodzących się z różnych opcji światopoglądowych. Pomijam tu nieskuteczne rządy koalicji AWS i UW (1997–2001) oraz recydywę postkomuny w latach 2001–2005.
Otóż w roku 2006 zaczyna obowiązywać ustawa o jednorazowej zapomodze z tytułu urodzenia dziecka („becikowe”). To był ważny element polityki prorodzinnej, który najprawdopodobniej przyczynił się wzrostu liczby urodzeń w następnych dwóch latach. Ale – zauważmy – „becikowe” przyszło w momencie, gdy już od dwóch lat wyraźnie zaczynał kształtować się naturalny wyż. Był to więc element polityki pronatalistycznej i… procyklicznej!
„Becikowe” okazało się falstartem. Pojawiło się wtedy, kiedy było niepotrzebne, szybko straciło skuteczność, a w latach 2009–2010, gdy naturalna tendencja uległa przedwczesnemu wyczerpaniu, zabrakło środków i pomysłów na wsparcie słabnącego trendu. Co więcej – kolejny rząd przeprowadził ustawę, która od początku roku 2013 uzależniała wypłatę „becikowego” od kryterium dochodowego. Zwróćmy uwagę: ustawę przyjęto w roku 2012, gdy było oczywiste, że wspomniany poprzednio wyżyk już się skończył. Skutki widzimy na wykresie: nienaturalny spadek w roku 2013. Był to więc również przykład polityki procyklicznej, choć tym razem – antynatalistycznej.
Zarówno dobre, jak i złe bodźce działają krótko. Już w następnym roku (2014) nastąpiło lekkie odreagowanie, ale kolejny, 2015 rok pokazał, że jednak spadek będzie się pogłębiał jako trzecie echo skutków II wojny światowej. Zauważmy, że pierwsze echo miało swoje minimum w roku 1967, a drugie – w 2003. Wiedząc o tym wszystkim, Główny Urząd Statystyczny opracował prognozy, o których była mowa na początku artykułu. Miało już – z coraz słabszymi „grdykami” – spadać i spadać aż do zera za niewiele pokoleń.
Sterowanie drobnymi zmianami
Tymczasem jednak pojawia się dobra zmiana: coś, czego GUS nie mógł przewidzieć. W momencie, gdy już wyraźnie zjeżdżaliśmy na demograficznej równi pochyłej, pojawia się Program 500+, który nagle, i to radykalnie, odwraca trendy. Zamiast nam spadać – rośnie. Ale za wcześnie na triumfalne fanfary. Gdyby 500+ miało być jednorazowym bodźcem, skuteczność programu wyczerpałaby się po dwóch, trzech latach. To już wiemy z własnego doświadczenia. Potrzebne są nie tyle następne bodźce, co trwała polityka, dająca długofalowe gwarancje młodym rodzicom.
W tym kontekście radykalnie popieram – wydawałoby się dziwną – propozycję szczególnego premiowania matki, która urodzi kolejne dziecko przed upływem 30 miesięcy od poprzedniego porodu. Ktoś, kto to wymyślił, musiał najpierw popatrzeć na polską piramidę ludnościową. Przecież to jest wyraźnie zaadresowane do matek z drugiego powojennego wyżu (1970-1990)! Jeszcze wiele z nich może z tego skorzystać. Jeżeli się nie zdecydują na dziecko szybko – za chwilę nie będą miały o czym decydować z racji wieku.
To jest przykład rozwiązania niby marginalnego, które przejdzie niezauważalnie, ale z takich drobiazgów składa się życie narodu. Nie stać nas na taki socjal, jaki zapewniają kraje skandynawskie czy Wielka Brytania, musimy więc dobrze trafiać. Ale główne kryterium nie może mieć charakteru dochodowego! To tylko powiększa biurokrację i generuje patologię.
Dlaczego np. nauczycielki i lekarki należą do grupy kobiet o najniższej dzietności? Ano również dlatego, że ich zarobki, choć skromne, wraz z najmarniejszą pensją męża nie pozwalają im załapać się na jakikolwiek socjal, uzależniony od dochodu. Decydując się na urodzenie dziecka, nauczycielka niejako automatycznie musi pogodzić się ze znacznym obniżeniem standardu życiowego.
Łatwo powiedzieć, że pomoc państwa należy się tylko najbiedniejszym. W różnych dziedzinach jest to nawet słuszne. Ale w demografii skutkuje tym, że więcej dzieci urodzi się w rodzinach ekonomicznie słabych, często niezapewniających wartościowego wychowania. Z kolei rodzice z wyższym wykształceniem, ale z marnymi początkowo zarobkami, doskonale wiedzą, a przynajmniej w to wierzą, że za kilka lat ich sytuacja materialna znacznie się poprawi. Czekają więc z przychówkiem. I przyzwyczajają się do czekania, bo wciąż czegoś brakuje itd. Wiele kobiet czeka… za długo.
Zmiana paradygmatu
Nasze żołnierskie i powstańcze tradycje najpiękniej wyrażają pieśni. W latach trzydziestych kpt. Adam Kowalski ułożył znany nam wszystkim hymn polskiej floty wojennej, zawierający takie oto przesłanie: Mamy rozkaz cię utrzymać, albo (…) na dnie z honorem lec. Wyraża się w tym straszny polski paradygmat: „albo wszystko, albo nic”. Męski punkt widzenia: honor rycerza jest najważniejszy!
Tymczasem kobiety myślą inaczej. Wiedzą, że „wszystko” to jednak za dużo, że tego nie da się osiągnąć. Wiedzą też, że „nic” – to za mało. Wynoszą więc z każdej naszej klęski postrzępione ubrania, nadpalone fotografie, rozdarte pierzyny i pogięte garnki. Bo trzeba żyć! A tylko tyle zostało po bitwie.
Nie istnieją rozwiązania doskonałe i wiecznotrwałe. Nie przyjedzie rycerz na białym koniu, a nawet jak przyjedzie, to… czego dokona? Zapewni nam „wszystko”? Nie. Musimy zmienić paradygmat. Zapomnieć o decydujących bitwach i doskonałych reformach. Codzienną drobną krzątaniną wokół stale naprawianych ustaw dostosowywać to, co mamy, do tego, czego potrzebujemy. A jak przyjdzie czas na bitwę – walczyć. Nie wcześniej.
Niepodległość to Matka Polka
Niebawem będziemy uczestniczyli w różnych uroczystościach rocznicowych. Będzie mowa o Piłsudskim, Dmowskim, Rozwadowskim… Ciekawe, czy ktoś zauważy, że ci wielcy mężowie nic by nie zdziałali, gdyby nie Matka Polka. To ona odnowiła naród pod zaborami. W pół wieku od powstania styczniowego do I wojny światowej ludność Polski zwiększyła się dwukrotnie!
Dokładnych liczb nikt nie zna, zwłaszcza że nawet o przynależności do narodu polskiego nie wszyscy byli przekonani. Można jednak szacować, że z 12–13 milionów doszliśmy wtedy do 24 milionów, a jeszcze w tamtym półwieczu wyemigrowały z naszych ziem ponad 4 miliony głównie młodych mężczyzn. Pewnie drugie tyle ugrzęzło na długie lata w obcych armiach, skąd rzadko wracało się zdrowym, jeśli się wracało.
Matka Polka wystawiła milionową armię przeciwko bolszewikowi i Matka Polka zwyciężyła! O przetrwaniu państwa decyduje, rzecz jasna, zdrowa gospodarka, silna armia, mądry rząd i poprawne relacje z innymi państwami. Ale o przetrwaniu narodu decyduje wyłącznie demografia! Stąd tak wielką wagę musimy przykładać do działań, które poprawiają nasz stan posiadania… samych siebie.
Cały artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Demografia reaguje prawidłowo” znajduje się na s. 5 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Demografia reaguje prawidłowo” na s. 5 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Narody pod wpływem ZSRS były objęte całkowitym terrorem. Te tragiczne strony historii wymagają nawet dzisiaj szczegółowej analizy i oceny zarówno ekspertów, jak i wspólnoty demokratycznej w Europie.
Eugeniusz Bilonożko
31 marca 2018 r. na Czerniowieckim Uniwersytecie Narodowym im. Jurija Fedkowycza odbył się międzynarodowy „okrągły stół” na temat: „Terror jako środek polityki ZSRR w stosunkach z narodami państw Europy Środkowo-Wschodniej”. Impreza została zorganizowana przez Instytut Demokratyzacji i Rozwoju wraz z partnerami: Centrum Studiów Rumuńskich (Czerniowiecki Uniwersytet Narodowy im. Jurija Fedkowycza), organizacją pozarządową „Asociatia Convergente Europene” (Rumunia), Katedrą Stosunków Międzynarodowych Czerniowieckiego Uniwersytetu Narodowego im. Jurija Fedkowycza, organizacjami pozarządowymi: „Media Center BukPres”, Centrum Integracji Euroatlantyckiej, „Centrum Dyplomatycznym” i „Obwodowym Towarzystwem Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza”. (…)
Eksperci i politycy z Ukrainy, Rumunii i Polski spotkali się w celu prezentacji nowoczesnych badań i oceny faktów radzieckiego terroru skierowanego przeciwko narodom Europy Środkowo-Wschodniej w różnych okresach historycznych. Dyskusja dotyczyła nie tylko studiów historycznych, ale także aktualnej sytuacji politycznej w Europie, powiązanej z renesansem polityki neoimperialnej Federacji Rosyjskiej i zagrożeniami dla cywilizowanego świata ze strony Rosji. (…)
Uczestnicy „okrągłego stołu” w wyniku konstruktywnych dyskusji doszli do następujących wniosków:
Ofiarami polityki terroru Kremla zostały niewinne pokolenia narodów postsowieckiego obszaru i Europy Środkowo-Wschodniej. Te wydarzenia wymagają przeprowadzenia fundamentalnych badań z udziałem czołowych fachowców szczebla światowego i ogłoszenia tych badań narodom, które były ofiarami radzieckiego terroru i całej społeczności międzynarodowej.
Polityka oparta na terrorze i lekceważąca ludzkie życie jako najwyższą wartość przynosi masowe ofiary i tragedie całych pokoleń.
Obserwujemy unikanie potępienia przez cywilizowany świat wojskowej agresji dokonywanej przez niektóre państwa o imperialnych ambicjach, co może doprowadzić do powtórzenia się tragicznego doświadczenia z historii narodów Europy Środkowo-Wschodniej.
Biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną, w celu zapobieżenia powtórzeniu tragedii, jakie miały miejsce w historii narodów Europy Środkowo-Wschodniej, odpowiedzialna polityka krajów regionu musi powstrzymać się od stosowania przemocy i dążyć do rozwiązywania problemów wyłącznie na płaszczyźnie pokojowej.
Cały artykuł Eugeniusza Bilonożki pt. „Rosja nie wierzy łzom” znajduje się na s. 3 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Eugeniusza Bilonożki pt. „Rosja nie wierzy łzom” na s. 3 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
W ojcu Serhiju jego posługa na froncie nie budzi wątpliwości: „Zmartwychwstanie dokonuje się w każdym z nas. Jest też symbolem dla naszej Ukrainy, która po ciężkim czasie również zmartwychwstanie”.
Paweł Bobołowicz
Zmartwychwstanie na froncie
W okresie Wielkanocy obchodzonej według kalendarza juliańskiego, na wschodzie Ukrainy teoretycznie obowiązywał rozejm. Każdego dnia jednak rozlegały się strzały. Pomimo tego na pierwszej linii frontu żołnierzom towarzyszył z modlitwą i darami kapelan ojciec Serhij Dmitriejew. Prawosławny duchowny z polskimi korzeniami.
Marjinka to ostatnie miasto kontrolowane przez Ukrainę na granicy z tzw. Doniecką Republiką Ludową, czyli terenami okupowanymi przez Rosję i jej popleczników. Z centrum Marjinki do pl. Lenina w Doniecku jest 28 km. A granice administracyjne miast praktycznie się stykają. Marjinka bowiem sąsiaduje z Petriwskim Rejonem Doniecka. Kilkaset metrów od jej centrum kończy się teren kontrolowany przez Ukrainę. Przez miasto przebiega pierwsza linia ukraińskiej obrony. W wielu budynkach są rozlokowane poszczególne struktury wojskowe i stanowiska ogniowe. Okna wielu gmachów publicznych, przede wszystkim szkół i przedszkoli, są zabezpieczone workami z piaskiem. Choć większość okien jest nowych, łatwo zobaczyć świeże ślady po przestrzeleniach i odłamkach.
Marinka. Fot. P. Bobołowicz
Miasto przeżyło największe walki w latach 2014–2015. Mieszkańcy musieli uciekać ze swoich domów. Do wojny mieszkało w Marjince niecałe 10 tys. osób. Wielu spośród uciekinierów wróciło, mimo ryzyka, na które zapewne z naszej, polskiej perspektywy, mało kto by się zdecydował. W czerwcu 2015 r. doszło do bezpośredniego ataku na miasto wojsk tzw. separatystów. Miasto ostrzeliwano przy pomocy rakiet grad, ciężkiej artylerii, czołgów. Walki miały charakter bezpośrednich starć. Obydwie strony zrzucały wzajemnie na siebie odpowiedzialność za eskalację działań. Wojskom prorosyjskich formacji początkowo udało się przebić przez ukraińską linię obrony i wedrzeć do miasta. Według ukraińskich źródeł wojskowych, w operacji brało udział ponad 1,5 tys. wrogich żołnierzy dysponujących 30–40 czołgami. Walki były prowadzone nie tylko w Marjince, ale na całym zachodnim kierunku od Doniecka poprzez Krasnohoriwkę, Awdijwkę i Piski. Brali w nich udział kadrowi żołnierze armii rosyjskiej.
Sprawa ataku na Marjinkę była przedmiotem wystąpienia przedstawicielki USA Samanthy Power na forum ONZ 5 czerwca 2015 r. Amerykańska dyplomatka stwierdziła, że ataku na miasto dokonały rosyjskie wojska i separatyści. Poinformowała o stratach wśród ukraińskich wojskowych – 5 zabitych i 35 rannych. Według źródeł związanych z ukraińskim sztabem generalnym straty przeciwnika wyniosły 156 zabitych i kilkuset rannych (w Rosji na podstawie dekretu Putina informacje o stratach wojskowych są objęte tajemnicą). W czasie walk ofiarami byli również cywile. Starcia w czerwcu 2015 r. były najcięższymi od 4 sierpnia 2014 r., kiedy to miasto zostało wyzwolone z rąk prorosyjskich separatystów. Separatyści jednak cały czas podtrzymują napięcie i atakują, także przy użyciu grup dywersyjnych. Na miasto rzadziej, ale wciąż spadają pociski artyleryjskie. Dalej giną tam ukraińscy żołnierze. W ciągu trzech dni spędzonych w Marjince podczas tzw. rozejmu świątecznego, 8 ukraińskich żołnierzy zostało rannych, głównie w wyniku postrzałów snajperskich. Część z nich odniosła rany na pozycjach, które odwiedziłem w Marjince i Krasnohoriwce.
Marjinka dzisiaj na pozór wydaje się zwyczajnym miastem, jakich wiele na wschodzie Ukrainy. Duża część uszkodzonych budynków mieszkalnych została odnowiona. Swoistymi bliznami na nich są wstawki z nowych cegieł, odróżniające się świeżością na tle tych starych, mocno zszarzałych od wszechobecnego pokopalnianego pyłu. Nie brakuje jednak i doszczętnie zrujnowanych budowli. Część z nich zieje pustką potężnych otworów, świadczących o ostrzałach artyleryjskich i czołgowych. Przez trzy dni mojego pobytu wielokrotnie było słychać eksplozje.
Gdy rozmawiałem z jedną z mieszkanek na placu zabaw w centrum Marjinki w środku dnia, wybuchy stały się bardziej intensywne. Moja rozmówczyni jednak spokojnie stwierdziła, że to tylko pociski moździerzowe, i to daleko. Jej kilkuletnia córeczka nie przerwała nawet zabawy na huśtawce. Miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą, która te eksplozje słyszała.
Obserwuję tę wojnę od początku. Na froncie przez te cztery lata byłem kilkanaście razy, a w pierwszym roku spędziłem tam łącznie ponad dwa miesiące. Mimo to zawsze zaskakuje mnie, jak szybko do wojny przyzwyczajają się nie tylko żołnierze, ale też cywile, a szczególnie dzieci. Z tego wyjazdu utkwił mi w pamięci obraz dziewczynki na rolkach, która jeździła wokół żołnierzy wracających z jakichś wysuniętych pozycji. Oni w hełmach, kamizelkach kuloodpornych, z karabinami, w pełnym rynsztunku, z twarzami brudnymi od kurzu, pozbawionymi emocji, a ona w niebieskim skafanderku w kolorowe plamki, z warkoczykiem z wplecioną motylkową kokardką i na różowych rolkach.
Do Marjinki dotarłem 5 kwietnia, czyli w Wielki Czwartek, obchodzony w prawosławiu zgodnie z tradycją juliańską. Data nie była przypadkowa. Tym razem na front wybrałem się, towarzysząc ojcu Serhijowi Dmitriejewowi – kapelanowi wojskowemu Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego. Kapłanowi, który nie tylko ma polskie korzenie, ale z chęcią o nich opowiada i szczyci się posiadaniem Karty Polaka. Ojciec Serhij każde święta od 4 lat spędza wśród żołnierzy I Batalionu Zmechanizowanego 30 Brygady z Nowogradu Wołyńskiego: „To moja brygada. Jestem tu kapelanem, znam żołnierzy, oni mnie znają. A I Batalion jest najlepszy”. Z żołnierzami spędza nie tylko święta. Przyjeżdża na front co najmniej raz w miesiącu. Oprócz modlitwy przywozi wszystko, co może żołnierzom przypomnieć dom, rodzinę, czas normalności i pokoju.
Czuwanie paschalne. Fot. P. Bobołowicz
Tym razem ojciec Sierhij przyjechał w towarzystwie psychologa wojskowego, zresztą byłego uczestnika walk z Rosją i jej najemnikami na Donbasie w 2014 i 2015 r., Andrijem Kozinczukiem (o Andriju materiał wkrótce na wnet.fm). Obydwaj stale łamali moje stereotypowe wyobrażenie o pracy i kapelana, i psychologa. Stanowili duet, który do żołnierzy docierał z dobrem, radością, uśmiechem. Bez zadęcia i patosu. I chociaż zawsze kulminacją spotkań była modlitwa, to poprzedzały ją zwyczajne rozmowy, żarty, wspominanie, dzielenie się opowieściami o doli kompanów – tych, co w cywilu, tych, co w szpitalu i tych, co zginęli.
I nieodłączna kawa, a właściwie litry kawy, bez której zdaje się niemożliwe funkcjonowanie ukraińskiej armii. Na każdym posterunku można było usłyszeć to samo zdanie: „U nas kawa jest najlepsza”. Oczywiście kawa parzona. Jeden z żołnierzy tłumaczył, że na froncie w ostateczności można wypić rozpuszczalną, ale to przecież nie kawa. A do kawy może być „zguszczonka”, czyli zagęszczone, słodkie mleko. „Zguszczonka zawsze była, nawet jak kawy nie było. Była i będzie”. Kawa w chatynce na przedmieściach Marjinki, zabawa z psem – to wszystko bardziej przypominało piknik niż front. Podczas pobytu na tym posterunku nie słyszałem żadnego wystrzału. Gdy kilka godzin później piliśmy kolejną kawę w bazie kompanii medycznej, dotarł komunikat:
„Potrzebna pomoc medyczna. Jest 300”. „300” to jeszcze sowieckie kodowe oznaczenie rannego, „200” – zabitego. Tym razem ranny. Snajper trafił jednego z żołnierzy na posterunku, gdzie dopiero co bawiliśmy się z młodym rottweilerem i roztrząsaliśmy przewagi kawy parzonej nad rozpuszczalną.
Snajperzy stali się w ostatnim czasie bardzo aktywni i skuteczni. Według opinii ukraińskiego zwiadowcy, obecnie też szkoleniowca ukraińskiej armii o pseudonimie Said, żołnierze zbyt się rozluźniają na froncie, a ta dziwna forma walk, wojny pozycyjnej, ciągłego ogłaszania rozejmów – usypia czujność. „Snajper poluje. Godzinami albo nawet dniami obserwuje miejsce. Wybiera ofiarę. Nie strzela przypadkowo, chyba, że akurat wzięli kogoś na szkolenie. Dobrze wie, kto jest na posterunku”. Said to rasowy żołnierz, mający za sobą Irak, Afganistan, Bałkany i służbę w polsko-ukraińskim batalionie. Dziś uczy ukraińskich żołnierzy, jak zwalczać snajperów i jak im się nie wystawiać na cel.
Świadomość, że można być obserwowanym przez snajpera, nie nastraja optymistycznie. Zwłaszcza, że przed takim ostrzałem ciężko jest się ukryć bez odpowiedniego przygotowania. „Teraz strzelają głównie w pachwiny i szyje. Hełm chroni głowę, kamizelka tors i przede wszystkim serce. Snajper wybiera zatem inne miejsca, których ranienie może nieść śmierć: tam, gdzie przebiegają tętnice. Na szczęście wiele tych postrzałów nie jest tak dokładnych” – mówi dowódca medyków. Następnego dnia dowiadujemy się o kolejnym rannym z pozycji, którą odwiedzaliśmy. Dostał postrzał w pośladek. To oczywiście temat żartów: „Taką raną się nie pochwalisz, a jak dziewczyna zobaczy – wstyd”. Nie ma jednak wątpliwości, że żołnierz miał olbrzymie szczęście, a zapewne przypadkowym ruchem uniemożliwił snajperowi przestrzelenie właśnie tętnicy. Ale bez żartów, czasem dosadnych, życie na froncie byłoby jeszcze bardziej trudne.
Wielkanocna świeczka symbolizująca światło Chrystusa. Fot. P. Bobołowicz
W Wielką Sobotę rano wybieram się sam do centrum Marjinki. Towarzystwo mundurowych utrudnia kontakt z ludnością cywilną. Samo skojarzenie z żołnierzami powoduje zazwyczaj większą nieufność cywilów. Miasto przed świętem wręcz tętni życiem. Na głównej ulicy zjawił się duży targ. Można na nim kupić ubrania, mięso, wędliny, słodycze. Ceny nie odbiegają od tych w innych miejscach Ukrainy.
Wszędzie króluje język rosyjski. I mocno rosyjskie, a właściwie putinowskie spojrzenie na świat. Mieszkańcy Marjinki są rozgoryczeni. Narzekają, że nie działają zakłady przemysłowe – przed wojną była tu fabryka opon, piekarnia zaopatrująca Donieck i wszechobecne kopalnie. Dziś widać jedynie ich szyby i hałdy świadczące o wieloletniej eksploatacji. Hałdy dzisiaj mają przede wszystkim znaczenie militarne – są świetnymi miejscami obserwacyjnymi i ogniowymi. W miasteczku, jak i w całym zagłębiu donieckim, panuje kult górnika. Rozmawiam z dwoma mężczyznami handlującymi metalowymi częściami. Jeden jest górniczym emerytem, drugi byłby nim za 3 lata, ale jego kopalnia jest zamknięta i nie wie, co z nim będzie. Obydwaj opowiadają, jak to węgiel z Donbasu zabezpieczał dobrobyt całej Ukrainy, a właściwie jest go tak wiele, że mógłby ogrzać cały świat. Całemu złu wojny, według nich, winne są władze w Kijowie.
W końcu, gdy dowiadują się, że jestem z Polski, pada wielokrotnie już przeze mnie słyszane zdanie: „Wy, my – Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini – jesteśmy Słowianami. Rozumiemy się. Nam niepotrzebny cały ten Zachód”. To jedno z kluczowych założeń propagandy, która stale leje się z putinowskich mediów – tych sygnowanych przez Rosję i przez prorosyjskich separatystów. Przekaz jest ten sam. Moi rozmówcy, zapewne przez grzeczność dla mnie, dorzucili do niego Polaków. Założenie o Słowianach i ich wspólnocie kulturowej pod światłym przewodnictwem Rosji, od lat jest narzędziem do budowania niechęci wobec zachodniego modelu cywilizacji i zbliżenia Ukrainy do świata łacińskiego. Ważnym elementem tej narracji jest prawosławie – oczywiście moskiewskie – albo kulty przedchrześcijańskie.
W czasie kilkudziesięciu rozmów starałem się dowiedzieć, jakich stacji słuchają i co oglądają moi rozmówcy. Oczywiście wskazywane były media rosyjskie i separatystyczne. W sklepach oficjalnie, publicznie słuchane są właśnie te rozgłośnie radiowe. Korzystają z nich nawet ukraińscy żołnierze. Media ukraińskie nie są dostępne w nadawaniu naziemnym. Za to bez problemów są dostępne media wroga. „Noworossja TV” nadaje komunikaty o rzekomych ukraińskich atakach na Donieck, emitowane są dokumentalne filmy o zimnej wojnie z przesłaniem: „Amerykanie chcieli nas zniszczyć i dzisiaj znów chcą”.
W ciągu dnia wylewają się rosyjskie seriale o skutecznej moskiewskiej policji i całkowicie „przypadkowo” w kadrach pojawiają się portrety Putina, wiszące u dobrych i światłych naczelników milicji. Jeden z ukraińskich żołnierzy stwierdził, że właśnie rosyjski serial był im prezentowany w szkole policyjnej jako wzorowy przykład śledztwa. Żołnierz mówił o ukraińskiej rzeczywistości sprzed dwóch lat, a nie czasach Janukowycza.
Tym bardziej nie może zaskoczyć opinia sprzedawczyni wielkanocnych babek, która mówiła, że nie dziwi się Putinowi, że walczy o Ukrainę, bo przecież Amerykanie mu chcieli postawić pod nosem wojska NATO. Na oko 55-letnia kobieta opowiadała mi dalej, jak jej dorosłe dzieci już w tym roku zdążyły odwiedzić Krym i Petersburg, Na Krymie, według niej, ludzie już zapomnieli o Ukrainie i żyje im się dobrze, a w Petersburgu właściwie jest raj na ziemi: „A ludzie pracę mają, nie to, co w Marjince”.
Z jakiegoś powodu jednak jej dorosłe dzieci wróciły do Marjinki i nie zamierzają z niej wyjeżdżać. Z jakiegoś powodu tysiące emerytów i rencistów przyjeżdżają po te „niechciane” ukraińskie pensje i emerytury, co powoduje gigantyczne kolejki pod bankomatami w całej strefie przyfrontowej i permanentny brak w nich gotówki. Trzeba jednak przyznać, że w styczniu, gdy byłem w Stanicy Ługańskiej – 8 km od okupowanego Ługańska – właśnie emeryci stojący w kolejkach do bankomatów najgłośniej krytykowali tzw. Ługańską Republikę Ludową i jej porządki.
Wpływ rosyjskiej propagandy oczywiście nie zaczął się wraz z wojną. Jest on wieloletnim, trwałym elementem wpływania na świadomość mieszkańców Ukrainy, głównie jej wschodnich obwodów. Zaskakuje jednak nieskuteczne jej przeciwdziałanie. Moje uwagi o wszechobecności rosyjskich mediów, rosyjskiej produkcji filmowej skwitował z uśmiechem ojciec Serhij: „Ale zobacz, wieczorem puszczają amerykańskie filmy, w których zawsze jakiś Amerykanin ratuje świat od zagłady. To chyba nie jest tak źle”.
Liturgia wielkosobotnia na froncie. Fot. P. Bobołowicz
W godzinach popołudniowych w Wielką Sobotę kapelan ruszył po kolejnych posterunkach. Spotykając się z żołnierzami, modląc się, święcąc pokarmy i głosząc dobrą nowinę o Zmartwychwstaniu. Na modlitwę przychodzili nie tylko prawosławni, a nawet nie tylko wierzący. A może ci, którzy wierzą, ale nie chcą się do tego przyznać. Niektórzy trzymali się z dala, inni zaś prosili, by kapłan nie szczędził wody święconej do ich kropienia, a właściwie polewania, bo nie miało to charakteru symbolicznego, lecz raczej dosłowny. Woda leciała strumieniami, a wojskowi z radością to przyjmowali, zgodnie z prawosławną tradycją trzykrotnie się żegnając. Niektórzy przynosili do poświęcenia koty, inni prosili, by kapelan pokropił także ich psa. Zwierzę na tych często oddalonych od ludzi placówkach staje się najwierniejszym przyjacielem.
Po zachodzie słońca docieraliśmy do posterunku w kopalni na skraju Marjinki, jadąc polną drogą w kierunku pozycji separatystów. W naszym samochodzie działały automatyczne światła, których nie można wyłączyć po zmroku. Co chwilę rozlegał się dzwonek telefonu z prośbą czy ponagleniem: „Wyłączcie światła, widzą was na kilometry! To nie Kijów!”. Ojciec Serhij w miarę spokojnie odpowiadał: „Koreańczycy nie przewidzieli, że tym samochodem ktoś będzie jeździć po linii frontu w Europie. Nie ma wyłącznika”.
Ponure ruiny hal kopalnianych na tle ciemniejącego nieba sprawiały wrażenie planu gry „Stalker”. Dowódca batalionu uprzedził kapelana, że modlitwa tutaj musi być wyjątkowo krótka. Przebiegając między kolejnymi gmachami, ściankami i wszystkim, co mogło nas osłonić przed okiem snajpera, dotarliśmy do stołu ustawionego na dworze, pod siatką maskującą. Z ciemnej nicości wychodzili żołnierze. Z karabinami, tylko co opuściwszy swoje pozycje. W jednej chwili zebrało się ich kilkunastu. Po cichu powtarzali za kapłanem „Ojcze nasz”.
Jeden z żołnierzy w milczeniu przesunął mnie z miejsca, w którym filmowałem. Gestem pokazał fragment muru, o który się opierałem, cały poznaczony postrzałami. Miejsce było widoczne na przestrzeni kilkuset metrów. Co jakiś czas na nieostrożnych, którzy tam się znajdą, czyhał snajper.
Gdy kapłan odmawiał modlitwę, w oddali było słychać pojedyncze strzały. Wyobraźnia podpowiadała, że to wystrzelone w naszą stronę pociski. Jednak nic nie zakłóciło modlitwy. O. Serhij zakończył ją słowami: „Chrystus Zmartwychwstał!”, a żołnierze, może nawet głośniej niż w tej sytuacji należałoby, odpowiedzieli zgodnie: „Prawdziwie Zmartwychwstał!”.
Kilka kilometrów dalej dojechaliśmy do żołnierzy schowanych w okopach pośród pola. Wokół miny i droga dostępna tylko dla tych, którzy wiedzą, jak ominąć pułapki. Do ostatniej chwili nie mogłem się zorientować, gdzie jesteśmy. Jedynym światłem było rozgwieżdżone niebo. Trzeba było uważać, by nie zejść na bok – to mógłby być śmiertelny krok. To jedna z pozycji, o których wie niewielu. Żołnierze spędzają tam po kilkanaście dni w okopach. Bez dostępu do bieżącej wody, telefonów, śpiąc w ziemiankach ogrzewanych piecykami na drewno. Z dala od zwykłego świata, w sytuacji stałego zagrożenia. Gdy skończyła się modlitwa, rozgwieżdżone niebo akurat przecinała Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Z rosyjskimi i amerykańskimi astronautami na pokładzie. Któryś z żołnierzy po cichu retorycznie zapytał: „Ciekawe, czy oni nas widzą?…”.
Czuwanie paschalne. Fot. P. Bobołowicz
Kulminacją obchodów Wielkanocy było nabożeństwo o północy w sztabie batalionu. Dotarło na nie kilkadziesiąt żołnierek i żołnierzy. Z koszykami pełnymi jedzenia. Niektóre twarze poznawałem z odwiedzanych posterunków, część osób dopiero teraz mogła dotrzeć na spotkanie z kapłanem. W niektórych koszykach były kartki z życzeniami z domu, od wolontariuszy. Rysunki malowane dziecięcymi rękami. Na ramionach wojskowych przewieszone automaty, w dłoniach zapalone świeczki. „Chrystus Zmartwychwstał!” – „Prawdziwie Zmartwychwstał!”. Po nabożeństwie ojciec Serhij schował Biblię w futerał z nadrukowanym kamuflażem i krzyżem.
W Serhiju jego posługa nie budzi wątpliwości. Oprócz oczywistego znaczenia religijnego podkreśla wymiar patriotyczny: „Zmartwychwstanie dokonuje się w każdym z nas. Jest też symbolem dla naszej Ukrainy, która po ciężkim czasie również zmartwychwstanie”.
Wracając z frontu, zabraliśmy jednego z żołnierzy do domu na urlop. Jego żona za kilka dni miała rodzić. On sam jest na wojnie od 2014 roku. Trzy razy był ranny. Za każdym razem wraca na front. Wierzy, że Ukraina wygra tę wojnę. Ale uważa, że lata jeszcze zajmą zmiany w mentalności olbrzymiej części mieszkańców wschodu Ukrainy.
Zapytałem go, jakie znaczenie ma dla niego obecność kapelana na froncie: „Ja nie znam ładnych słów, jestem prostym chłopakiem ze wsi. Ale powiem ci tak: nie każdy jest takim samym kapelanem. Ojciec Serhij jest nasz, był od początku z nami, był ranny. On jest żołnierzem i nas rozumie. To dobry człowiek, a modlitwy takiego człowieka Pan Bóg wysłucha. A my bez tej modlitwy nic nie zrobimy”.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Zmartwychwstanie na froncie” znajduje się na s. 6 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Zmartwychwstanie na froncie” na s. 6 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Czy w imię wolności, praworządności i solidarności z chorym, priorytetem staje się dziś nie podstawowe prawo człowieka do życia, ale do zabijania? Bo jak inaczej nazwać wyrok sądu i trybunału?
Małgorzata Szewczyk
Sprawa niespełna dwuletniego Alfiego Evansa pokazuje, że Wielka Brytania jest krajem wyzutym z wszelkich wartości, pustynią aksjologiczną, swoistym melanżem, na którym opiera się system prawna brytyjskiego. Rodzice ciężko chorego na niezdiagnozowaną dotąd chorobę neurologiczną chłopca, przebywającego od grudnia 2016 roku w szpitalu Alder Hey w Liverpoolu, natrafili na mur nie do przebicia: absurd prawny. Oto zespół medyczny, który zgodnie z brytyjskim prawem występuje jako reprezentant interesów dziecka, ocenił, że dalsza terapia Alfiego „nie jest w jego najlepszym interesie” i może być nie tylko „daremna”, ale także „nieludzka”. Decyzję podjął brytyjski sąd, a podtrzymał trybunał w Strasburgu, wbrew woli rodziców chłopca, którzy nagłośnili sprawę, szukając pomocy, gdzie tylko było można.
Sekwencja wydarzeń była piorunująca. Na oczach rodziców chłopca odłączono od aparatury utrzymującej go przy życiu, bo zgodnie z „medyczną diagnozą” miał umrzeć w ciągu kilku minut, a przeżył… 9 godzin. Ponieważ „diagnoza” okazała się chybiona i dziecko, i jego rodzice (ojciec podejmował resuscytację) walczyli o życie, Alfiego… znowu podłączono do aparatury. W nierówną walkę z prawem włączył się papież Franciszek i włoskie ministerstwo spraw zagranicznych, które przyznało chłopcu włoskie obywatelstwo, a watykański szpital Bambino Gesu zapewnił o gotowości podjęcia leczenia chłopca, wysyłając po małego pacjenta helikopter.
Kiedy piszę te słowa, w internecie pojawiła się informacja, że sąd rodzinny w Manchesterze odrzucił wniosek rodziców Alfiego o zgodę na przewiezienie dziecka do Włoch w celu dalszego podtrzymywania jego życia. Sędzia przychylił się do opinii lekarzy, że taki ruch byłby… zbyt niebezpieczny dla zdrowia dziecka.
Cisną się na usta pytania, w jakich czasach żyjemy? Czy o zdrowiu i życiu dziecka nie mogą decydować już jego rodzice, tylko bezduszne sądy?
Czy obowiązkiem lekarzy na całym świecie, składających przysięgę Hipokratesa, nie jest walka o życie człowieka? Także, a może przede wszystkim, tego najmniejszego i bezbronnego? Czy w imię wolności, praworządności i solidarności z chorym, priorytetem staje się dziś nie podstawowe prawo człowieka do życia, ale do zabijania? Bo jak inaczej nazwać wyrok sądu i trybunału?
Dlaczego podeptano autonomiczne prawa pacjenta? Czy lepsze dla chłopca było umieranie z braku tlenu i płynów, czy jednak przelot specjalistycznym helikopterem do ośrodka, który oferował Alfiemu alternatywną terapię? A jeśli taka była, to czy można zasłaniać się uporczywą terapią? Dlaczego milczą najważniejsze europejskie instytucje, tak bardzo zatroskane o dobro norek, słoni czy traszek?
Brytyjski sąd przekroczył Rubikon, wydał wyrok śmierci w imię praw człowieka. Szkoda, że zapomniał o prawniczej maksymie: Nullum scelus rationem habet – żadna zbrodnia nie ma uzasadnienia.
Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Alfie Evans bez prawa do życia” znajduje się na s. 2 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Alfie Evans bez prawa do życia” na s. 2 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Bulwersuje nas nazwa ustawy – „Just” – sprawiedliwość dla tych, co przeżyli Holocaust. Słowo ‘just’ oznacza sprawiedliwość. Dla nas ta ustawa jest typowym przykład ‘unjust’, czyli niesprawiedliwości.
Edmund Lewandowski
Komentarz do Ustawy 447
Według polskiego rządu ustawa nie ma znaczenia, bo dotyczy tylko raportowania. Według części Polonii amerykańskiej może być zupełnie przeciwnie. Moim zdaniem ustawa daje punkt zaczepienia dla organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych do wszczęcia postępowania roszczeniowego dotyczącego mienia bezspadkowego. Nie znam wartości, nie znam liczb, ale wiemy, że może chodzić o majątek wartości dziesiątków miliardów dolarów. Oczywiście nie ma bezpośredniej relacji między ustawą a działaniem rządu polskiego, ale środowiska żydowskie mają wiele możliwości, by naciskać na polski rząd.
Bulwersuje nas też nazwa ustawy – „Just” – sprawiedliwość dla tych, co przeżyli Holocaust. Słowo ‘just’ oznacza sprawiedliwość. Dla nas ta ustawa jest typowym przykład ‘unjust’, czyli niesprawiedliwości.
Co więcej, widzimy, jak ocena tego, co zdarzyło się na terenie Polski podczas drugiej wojny światowej, przybiera coraz bardziej niepokojące kształty. Ustawa 447 jest najbardziej wyrazistym przejawem tych tendencji, które przypisują Polakom współodpowiedzialność za Holocaust.
Koalicja amerykańskiej Polonii dokonała wielkiego wysiłku, żeby zablokować procedowanie ustawy. Nie udało się. Według nas, rząd polski nie przywiązał należytej uwagi do procedowanej ustawy. Zaklinanie, że to nie ma znaczenia, jest mydleniem oczu.
Chcę też zwrócić uwagę na sposób procedowania ustawy. W Izbie Reprezentantów najpierw była procedowana ustawa 1226. Nasza organizacja i inne organizacje polonijne dotarły do większości kongresmenów i moim zdaniem zdecydowało to o nagłej zmianie trybu procedowania. Z dnia na dzień porzucono tekst ustawy 1226 i przyjęto już uchwaloną wersję senacką, co pozwoliło na kosmiczne przyspieszenie uchwalenia tej ustawy. Zamiast w kilka miesięcy, zrobiono to w trzy dni, bez dyskusji i normalnego głosowania.
Teraz Polonia planuje nacisk na prezydenta Donalda Trumpa, aby nie podpisał tej ustawy, a jeśli podpisze, to są już plany zaskarżenia ustawy do Sądu Najwyższego. To jest poważny i kosztowny projekt.
Informacje na ten temat będą dostępne na stronie coalitionofpolishamericans.org.
Autor jest członkiem Rady Koalicji Polonii Amerykańskiej (Coalition of Polish Americans, Inc.).
USTAWA S. 447
O obowiązku raportowania nt. działań niektórych państw obcych w odniesieniu do majątku ery Holokaustu i powiązanych z tym kwestii
SEKCJA 1. TYTUŁ SKRÓCONY
Ustawa niniejsza może być przywoływana również jako Sprawiedliwość dla ocalałych, którzy po dziś dzień nie uzyskali rekompensat, ustawa z 2017 r. – oryg. Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) Act of 2017.
SEKCJA 2. RAPORTOWANIE O MAJĄTKU ERY HOLOKAUSTU I POWIĄZANYCH Z TYM KWESTIACH
(a) DEFINICJE – W tej sekcji:
(1) WŁAŚCIWE KOMISJE KONGRESU – Określenie „właściwe komisje Kongresu” oznacza:
(A) Komisję Spraw Zagranicznych Senatu;
(B) Komisję ds. Wydatków Rządowych Senatu;
(C) Komisję Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów; i
(D) Komisję ds. Wydatków Rządowych Izby Reprezentantów.
(2) PAŃSTWA OBJĘTE – Określenie „państwa objęte” oznacza kraje uczestniczące w 2009 r. Konferencji „Mienie Ery Holokaustu”, które są wskazane przez Sekretarza Stanu lub państwa określone przez Sekretarza w porozumieniu z eksperckimi organizacjami pozarządowymi jako państwa szczególnej troski w odniesieniu do kwestii wskazanych w podsekcji (b).
(3) BEZPRAWNE PRZEJĘCIE LUB PRZEKAZANIE – Termin „bezprawnie przejęcie lub przekazanie” obejmuje konfiskatę, wywłaszczenie, nacjonalizację, sprzedaż wymuszoną lub przeniesienie oraz sprzedaż lub przekazanie pod przymusem mienia w okresie ery Holocaustu lub w okresie rządów komunistycznych w państwie objętym.
(b) RAPORTOWANIE – Nie później niż w ciągu 18 miesięcy od daty wejścia w życie niniejszej ustawy, Sekretarz Stanu przedstawi właściwym komisjom Kongresu raport, który oceni i opisze charakter i zakres przepisów państwowych oraz egzekwowanie przez państwa zasad identyfikacji i zwrotu lub restytucji za bezprawnie przejęte lub przekazane mienie ery Holocaustu, zgodne z założeniami i celem Konferencji Mienie Ery Holokaustu 2009, w tym:
(1) zwrotu prawowitemu właścicielowi każdej nieruchomości, w tym mienia o charakterze religijnym lub komunalnym, która została bezprawnie zajęta lub przekazana;
(2) jeżeli zwrot mienia określonego w ust. 1 nie jest już możliwy, zapewnienia prawowitemu właścicielowi porównywalnej własności zastępczej lub wypłacenia mu godziwej rekompensaty zgodnie z zasadami sprawiedliwości i szybkiego postępowania administracyjnego opartego na zasadach słuszności, przejrzystości i sprawiedliwości;
(3) w przypadku mienia bez spadkobierców, zapewnienia majątku lub rekompensat na rzecz potrzebujących pomocy ofiar Holokaustu, na cele związane ze wspieraniem edukacji o Holokauście oraz na inne cele;
(4) stopień, w jakim takie przepisy i polityki są wdrażane i egzekwowane w praktyce, w tym poprzez wszelkie mające do nich zastosowanie postępowania administracyjne lub sądowe; i
(5) w miarę możliwości przegląd mechanizmów i przebiegu realizacji roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych ocalonych z Holokaustu, jak i członków rodzin obywateli Stanów Zjednoczonych, ofiar Holokaustu.
(c) OCZEKIWANIA KONGRESU – Kongres oczekuje, że po przedstawieniu raportu opisanego w podsekcji (b), Sekretarz Stanu winien nadal przekazywać Kongresowi sprawozdania o majątku z ery Holokaustu i związanych z tym kwestiach w sposób, który jest zgodny ze sposobem, w jaki Departament Stanu informował o takich sprawach przed datą wejścia w życie niniejszej ustawy.
Przekład: Krzysztof Nowak
Źródło: www.polishclub.org
Cały tekst Ustawy 447 oraz komentarz Edmunda Lewandowskiego znajduje się na s. 1 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Cały tekst Ustawy 447 oraz komentarz Edmunda Lewandowskiego na s. 1 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
W Akcie konfederacji dam polskich oburzone na zniewieściałość i zaprzaństwo panie zapowiedziały odmowę „najyntymniejszych umizgów i zalotów”, jeśli panowie nie ruszą do boju za wiarę i wolność
Danuta Moroz-Namysłowska
W 1830 roku Adam Mickiewicz w wierszu Do Matki Polki zalecił następującą formację syna:
Wcześniej mu ręce okręcaj łańcuchem,
Do taczkowego każ zaprzęgać woza,
By przed katowskim nie zbladnął obuchem
Ani się spłonił na widok powroza.
Wyzwanie przyszłe mu szpieg nieznajomy
Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny…
I wydano ten wyrok wiele razy, a bohaterowie z dołów Katynia i lodowatych czeluści Sybiru na nieludzkiej ziemi do dziś wołają o pamięć i zmartwychwstanie. Niedawno dołączyli do nich ci znad Smoleńska, a polska Matka polskiego Prezydenta, złożona ciężką chorobą, bez skargi stawiła czoła narodowej tragedii. I wraz z Nią pozostałe Matki, Siostry i Rodziny.
Wielkopolska zna dzielność i ofiarność kobiet z rodów Mycielskich, Chłapowskich, Węgorzewskich i wielu innych, które wychowywały swoich synów w etosie patriotyzmu. Jak pisze profesor Jacek Kowalski, w Akcie konfederacji dam polskich oburzone na zniewieściałość i zaprzaństwo panie zapowiedziały odmowę „najyntymniejszych umizgów i zalotów”, jeśli panowie nie ruszą do boju za wiarę i wolność (J. Kowalski, Czy Matka Polka istniała?, „Polonia Christiana”, marzec–kwiecień 2018, s. 75). (…)
Po roku 1863, gdy synowie i mężowie szli na Sybir czy na szafot, ich miejsce i obowiązki przejmowały niewiasty. Nasi wrogowie byli niepomiernie zaskoczeni, że „kobieta polska jest wiecznym, nieubłaganym spiskowcem”.
Warto zaznaczyć, że polskie kobiety europejski feminizm dostosowały na początku XX wieku do potrzeb narodowych: walczyły o wykształcenie, konspirowały, zakładały ośrodki pomocy i zgromadzenia zakonne – bezbożnictwo było tu zupełnym marginesem. Najpełniej ideał Matki Polki wszedł pod strzechy w przededniu 1918 roku. Akcje charytatywne, opieka pielęgniarska, ale i postawy obronne – według pieśni to kobiety i dzieci broniły Lwowa.
Marszałek Józef Piłsudski jednym dekretem w Niepodległej dał Polkom prawa wyborcze – wiele Europejek otrzymało je znacznie później.
A kim dla dzisiejszych feministek jest Matka Polka? Według niejakiej Kazimiery Szczuki to „monstrum o cechach wampirycznych i demonicznych”, składające swe dzieci jako ofiary na ołtarzu Ojczyzny… Zamiast je po prostu wyabortować?
Cały artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Do Matek Polek” znajduje się na s. 8 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Do Matek Polek” na s. 8 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Możemy mieć wiele pretensji do działań rządu, ale musimy sobie zdawać sprawę, że Porozumienie Centrum i późniejszy PiS to jedyne liczące się ugrupowania powstałe BEZ wsparcia komunistycznych służb.
Jan Martini
Gra wstępna
Tym pochodzącym z seksuologii terminem można by określić działania sowieckich służb specjalnych poprzedzające demontaż komunizmu w opanowanej przez ZSRR części Europy. Działania te, jak i sam proces transformacji, to obszar badawczy omijany wielkim łukiem przez naukowców akademickich.
Zresztą – według oficjalnej wykładni – nie ma czego badać, bo już wszyscy wszystko wiedzą – demokratyczna opozycja porozumiała się z patriotyczną częścią partii komunistycznej jak Polak z Polakiem i bezkrwawo przejęła władzę. Myśliciele w rodzaju Frasyniuka orzekli nawet, że tzw. porozumienie okrągłego stołu to najdonioślejsze wydarzenie w tysiącletniej historii Polski. Jest zrozumiałe, że liczni zasiedlający uniwersytety akademicy-humaniści nie będą ryzykować karier, zgłębiając śliską tematykę. Takiej obawy nie miał historyk niezależny – dr Jerzy Targalski, który wydał ogromną 3-tomową pracę pt. Służby specjalne i pieriestrojka (podtytuł: Rola służb specjalnych i ich agentur w pieriestrojce i demontażu komunizmu w Europie Środkowej). Nie jest to lektura nadająca się do czytania w pociągu, ale nawet pobieżne przewertowanie dzieła pozwala na pełniejsze postrzeganie naszego obecnego położenia. Autor przeanalizował sytuację rok po roku we wszystkich krajach „demokracji ludowej”, przytaczając setki faktów i śledząc biografie aktorów procesów dziejowych.
Wykonał pracę podobną do grzebania w szambie – „grzebał w życiorysach” zarówno funkcjonariuszy służb, aparatczyków partyjnych, polityków, jak i opozycjonistów. W opinii ludzi postępu „grzebanie w życiorysach” jest czymś wstrętnym i nagannym, jednak właśnie w życiorysach znajduje się klucz do zrozumienia procesu „obalania komuny”.
„Siłownicy” – animatorzy reform
Co najmniej od lat 70. ub. wieku dla wszystkich myślących w Związku Sowieckim stało się jasne, że gospodarka centralnie planowana jest mniej wydolna od kapitalistycznej i że bez głębokich reform ZSRR przegra rywalizację ze światem Zachodu. Świadomość ta była powszechna w służbach, gdyż wolni od zamulenia ideologicznego funkcjonariusze byli najlepiej zorientowani w sytuacji (mieli dostęp do prawdziwych informacji). Z perspektywy elit sowieckich głównym celem reform miała być zamiana władzy politycznej na mniej kosztowną, skuteczniejszą i przyjemniejszą władzę ekonomiczną. Reformy jednak nie mogły być dokonane, bo naczelny ideolog partii komunistycznej Michaił Susłow uważał, że „wszelkie reformy zawsze prowadzą do kontrrewolucji”. W kraju rządziła partia komunistyczna, a KGB była zaledwie „mieczem i tarczą” partii. Jednak nie czekając na śmierć starego ideologa (1982), „siłownicy” zaczęli przygotowywać plan przebudowy imperium. Powstał think tank mający za cel opracowanie założeń przyszłych reform. W skład zespołu weszli naukowcy ze służb cywilnych i wojskowych pod kierownictwem prof. płk KGB Władimira Rubanowa i prof. płk GRU Witalija Szłykowa. Tam prawdopodobnie wypracowano kształt przyszłej „pieriestrojki”.
Zakładano ograniczenie wpływu partii komunistycznej na gospodarkę i liberalizację (trójpodział władz, wielopartyjność, własność prywatna, wybory spośród więcej niż jednego kandydata, likwidacja cenzury, „głasnost” itp.). Jednak prawdziwe struktury władzy miały być ukryte za fasadą demokracji – a więc to nie premier Tusk wymyślił „państwo teoretyczne”, tylko eksperci moskiewscy. Dowodem na działania nieformalnego gremium sterującego mogą być nominacje ministerialne w rządach PO.
Jakaś „niewidzialna ręka” podsunęła Tuskowi „brytyjskiego ekonomistę profesora Rostowskiego” jako ministra finansów (który rozpoczął urzędowanie, nie mając polskiego obywatelstwa). Ministra przestano tytułować profesorem, kiedy nie udało się odnaleźć jego doktoratu (pozostał tylko prof. Bartoszewski).
Rostowski skutecznie potrafił nie dopilnować wypłaty 500 mln zwrotu podatku VAT czterem facetom mającym zarejestrowaną firmę w pustym pokoju na 33 piętrze wieżowca. Pieniądze natychmiast powędrowały na Kajmany, by przez Bermudy i Holandię trafić do Londynu. Ktoś zainstalował „Borysława” Budkę w rządzie Ewy Kopacz. Wprawdzie pani premier twierdziła, że nominacje ministerialne to „jej autorski projekt”, ale chyba tylko częściowo. Niewątpliwie jej propozycją mogła być katechetka Terenia (ta, która „da radę”) jako minister nadzorujący policję i służby specjalne. Trudno uwierzyć jednak w nominację osoby, której imienia się nie zna. Minister Budka tłumaczył, że był słabo rozpoznawalnym posłem „z tylnych ławek”, ale czy takiemu posłowi powierza się ważne stanowisko ministra sprawiedliwości?
Twórcy „pieriestrojki” zakładali, że w miejsce państw „demokracji ludowej” powstaną państwa formalnie niepodległe, pozostające jednak pod kontrolą centrali. Przewidywano, że głównym problemem i zagrożeniem dla reform będzie opór potężnego aparatu partyjnego, a w państwach zewnętrznych także aspiracje niepodległościowe zamieszkałych tam narodów. Można było liczyć natomiast na sprzymierzeńców z nomenklatury gospodarczej, którzy chcieli „gospodarować na swoim”. Właśnie dyrektorzy fabryk, kombinatów czy przedsiębiorstw stali się w przyszłości największymi beneficjentami przemian. Także w Polsce partyjny dyrektor często zostawał właścicielem fabryki, którą można było następnie „odstąpić” cudzoziemcowi… Przy okazji wytworzyło się nowe, nomenklaturowe ziemiaństwo, ponieważ partyjni dyrektorzy PGR-ów zostali właścicielami wielkich posiadłości ziemskich.
Targalski uważa, że „pieriestrojka” zaczęła się już za Andropowa (który był pierwszym czekistą na stanowisku I sekretarza KPZR), gdyż wtedy zaczęły się wielkie ruchy kadrowe w służbach. Chodziło o „odcedzenie” funkcjonariuszy „nie nadążających”, a więc nie nadających się do nowych zadań. Dominujący dotąd prymitywny „stukacz” – donosiciel nie wystarczał w sytuacji, gdy mniej istotne stało się zbieranie informacji. Potrzebny był agent potrafiący wpłynąć na jakieś środowisko i skłonić je do określonych zachowań.
Wykształcono nowy typ tajnego współpracownika, zwanego w żargonie „zawodowym dysydentem”. W Polsce również mieliśmy „zawodowców” zajmujących się „walką z komuną” w pełnym wymiarze godzin. Nie mogli oni być członkami związku zawodowego „Solidarność”, bo nie pracowali etatowo.
Demokracja wymaga istnienia opozycji, a ta była tylko w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech. W innych krajach opozycję trzeba było dopiero wygenerować. Dlatego z inicjatywy KGB zorganizowano w Helsinkach Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy KBWE (1975), na której Związek Radziecki zobowiązał się przestrzegać „praw człowieka” – niezbędnych do zaistnienia legalnej opozycji. Ludzie Europy Wschodniej, przyzwyczajeni do życia w państwie policyjnym, ostrożni i nieufni, bardzo niechętnie korzystali ze swoich „praw”. Pierwszy wolny happening w Bułgarii zorganizowała TW „Anna” – Aksinija Dżurowa – prorektor Uniwersytetu Sofijskiego. Organizatorzy pieriestrojki (i ich agenci) musieli nieźle się natrudzić, zanim zaczęły kiełkować pierwsze ruchy ekologiczne, pacyfistyczne, Komitety Helsińskie, samorządne związki zawodowe, niezależne stowarzyszenia itp. Znaleźli się w nich, obok ludzi zacnych, także liczni „animatorzy” z ramienia służb.
Społeczeństwo obywatelskie ze wspomaganiem
Tu muszę zacytować mój ulubiony cytat z gen. Kiszczaka: SB może i powinna kreować różne stowarzyszenia, kluby, czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki.
Aby mieć „możliwości oddziaływania”, nasycenie agenturą musi być podobne jak w Polskim Związku Katolicko-Społecznym. W jego 24-osobowym zarządzie było 12 tajnych współpracowników SB…
Prominentny czekista Franciszek Szlachcic mawiał: policja jest od tego, by zwalczać lub tworzyć opozycję, a generał SB Krzysztoporski (dobry znajomy Wałęsy) wychodził z założenia, że opozycji nie tylko nie należy likwidować, ale kontrolować operacyjnie, a nawet finansować. Liczne powstałe mniej lub więcej spontanicznie „organizacje pożytku publicznego” stały się wylęgarnią polityków i mężów stanu użytecznych organizatorom „pieriestrojki”. Dobrym przykładem w Polsce może być organizacja pacyfistyczna Wolność i Pokój, dzięki której ujawnili swoje talenty niżej wymienieni prominenci:
Bartłomiej Sienkiewicz – „twórca” UOP, szef MSW w rządzie PO-PSL. Obywatel RP Kasprzak – przywódca. Wojciech Brochwicz – dyrektor w UOP. Piotr Niemczyk – polityk Unii Wolności, funkcjonariusz UOP, znany z inwigilowania Kaczyńskiego. Bogdan Klich – polityk PO, szef MON w rządzie Tuska. Konstanty Miodowicz – szef kontrwywiadu UOP, działacz PO; zginął w dziwnych okolicznościach („zasłabł podczas spaceru”). Jan Maria Rokita – polityk Unii Wolności i PO, niedoszły „premier z Krakowa”. Andrzej Miszk – współzałożyciel KOD, znany z głodówki w obronie Trybunału Konstytucyjnego. Andrzej Stasiuk – salonowy pisarz, hoduje barany, a jednemu z nich nadał imię „Smoleńsk”.
O tej organizacji tak pisze bloger Kokos 26: Jeżeli ktoś zadałby mi pytanie, komu potrzebny był ruch Wolność i Pokój założony przez obecnego ministra Czaputowicza, to odpowiedzi szukałbym w powierzeniu jego członkom misji tworzenia Urzędu Ochrony Państwa III RP, a później zasilenia jego szeregów, i to na bardzo wysokich stanowiskach. Szczególnie kuriozalnie wyglądało uczynienie z tych młodych pacyfistów i ekologów osób odpowiedzialnych za weryfikację funkcjonariuszy SB.
Kiszczak musiał skakać ze szczęścia i nieźle się bawić, kiedy weryfikację pozytywnie przeszło 74% z 10439 esbeków i aż 7200 z nich zasiliło szeregi nowych służb.
Łotewski funkcjonariusz Boris Karpiczkow pisał o całkowitej kontroli ruchów nieformalnych przez KGB i masowym werbunku działaczy, którzy mieli stać się czołowymi politykami Łotwy po przewidywanym przez KGB rozwiązaniu ZSRR.
Jego pokrętny życiorys jest dość typowy dla wielu czekistów w trudnych czasach „pieriestrojki”. Za komuny właściwej Karpiczkow zajmował się kontrwywiadem na odcinku amerykańskim. W czasie przemian oddelegowano go do Moskwy do pracy w FSB, gdzie miał infiltrować służby łotewskie. Po półrocznym bezrobociu został agentem łotewskiego kontrwywiadu (fachowiec tej specjalności nie musi martwić się o pracę), a następnie zaangażował się do CIA (którą zwalczał w czasach sowieckich). Zajmował się powiązaniami mafii z politykami. Po oskarżeniu o kradzież 232 tys. dolarów, w 1997 roku uciekł do Londynu, a Anglicy w 2005 roku ostatecznie odmówili jego ekstradycji…
Jedność w różnorodności
Nad prawidłowością przebiegu pieriestrojki w krajach bloku czuwał najbliższy współpracownik Gorbaczowa – Aleksander Jakowlew. Krążył on między poszczególnymi krajami, doradzał i popędzał. Ciekawe, że proces „pieriestrojki” na Słowacji sterowany był raczej przez Moskwę niż przez Pragę. Czyżby już wtedy zakładano rozpad Czechosłowacji? Organizatorzy transformacji nie polegali jedynie na lokalnych strukturach służb, mając do pomocy w każdym kraju także agentów prowadzonych bezpośrednio przez „centralę”. Rosjanie szczególnie ufali wielopokoleniowym klanom agentów, w których już trzecie pokolenie pracowało dla Moskwy. Najwięcej takich rodzin było w Rumunii i Bułgarii. Polityk PO Tomasz Cimoszewicz mógłby liczyć na zaufanie wschodnich przyjaciół…
Prymusem transformacji była Estonia; Ukraina i Bułgaria zostawały w tyle. Opóźnienia poszczególnych etapów przemian dochodziły do roku, ale wszędzie w podobnym czasie wprowadzono „analogi” „ustaw Wilczka”, komercjalizację banków (w Polsce pół roku po Rosji), tworzono „firmy polonijne” (joint ventures), powołano urząd prezydenta z prawem veta i Trybunał Konstytucyjny (w Polsce w 1985 r.).
Utworzenie TK anonsowano jako krok w kierunku demokratyzacji – w rzeczywistości był to ważny „bezpiecznik”, gwarantujący utrzymanie systemu pod kontrolą. W Polsce TK dwukrotnie uniemożliwił dekomunizację jako „godzącą w prawa człowieka”…
Generowanie „partnera społecznego” było sterowane odgórnie – świadczy o tym zbieżność dat powstania Grup Inicjatywnych (ogromnie nasyconych agenturą). W skład takiej grupy wchodzili pisarze, artyści, naukowcy, autorytety moralne i inne prominentne osoby związane z establishmentem partyjnym. Pierwsza Grupa Inicjatywna powstała w Tallinie, później jednocześnie w Wilnie i Rydze, a następnego dnia w Kiszyniowie (zbieżność dat wyklucza jakąkolwiek spontaniczność). Najbardziej oporna była Bułgaria. Według opinii bułgarskiego czekisty, opozycja w Bułgarii rodziła się dzięki działalności Zarządu i była wychowywana pod jego skrzydłami.
Mimo starań wielu zadaniowanych TW nie udało się wytworzyć bułgarskich „niezależnych, samorządnych” związków zawodowych – wytypowani aktywiści pozostali przy bezpieczniejszej działalności ekologicznej. Ich ostrożność wynikała z niechęci I sekretarza Żiwkowa do zmian. Los pierwszych sekretarzy krajów wasalnych był ściśle związany z ich stosunkiem do „pieriestrojki”. Wizerunek gen. Jaruzelskiego byłby fatalny w dobie szalejącej demokracji, która zbliżała się wielkimi krokami – dyktator stanu wojennego nie miał innego wyboru, jak ucieczka do przodu. Stąd proces przemian w Polsce miał najwyższą dozę teatralności („okrągły stół”), a generał starał się być liderem na tle pozostałych krajów bloku. Jaruzelski – już jako prezydent – pewniej się czuł, mając w pobliżu Armię Czerwoną (na wszelki wypadek), dlatego w Polsce wojska sowieckie stacjonowały najdłużej (do 1993 r.).
Ci spośród komunistycznych przywódców, którzy nie wyczuli wiatru przemian, skończyli źle – Honecker na wygnaniu, Żiwkow w więzieniu, Ceausescu zamordowany. „Conducator” wiedział, że coś się szykuje w Moskwie, więc naprzód usunął funkcjonariuszy, którzy pobierali nauki w Rosji, później tych mających żony Rosjanki. W końcu zaczął „neutralizować” potencjalnych konkurentów. Udało mu się zlikwidować dwóch, ale trzeci – Ion Iliescu – ocalał i zlikwidował „Conducatora”, stając się ojcem rumuńskiej demokracji.
Dziennikarze murem za służbami i telefon Kuronia
Projektanci przemian wiedzieli, że tak ambitna operacja musi mieć pełną osłonę medialną. Równocześnie wymóg demokratyzacji nakazywał zniesienie cenzury. Okazało się, że była to instytucja całkowicie zbędna.
Obawa komunistów, że po likwidacji cenzury każdy będzie mógł sobie pisać co chce, była nieuzasadniona – redakcje przejęły na siebie rolę cenzury. Zresztą dziennikarze zawsze sami wiedzą, co pisać (a czego nie). Jedność przekazu świata dziennikarskiego po 10 kwietnia 2010 roku była imponująca, choć instytucjonalna cenzura nie istniała już od wielu lat.
Jak ujawnił Mitrochin w swoim „Archiwum”, już w 1980 r. centrala KGB zalecała swoim zagranicznym rezydenturom, by zamiast kłopotliwego pozyskiwania agentów, wynajmowały raczej dziennikarzy. Za drobne pieniądze publicysta opublikuje, literat stworzy literaturę, dziennikarz napisze wszystko to, co było zamawiane.
Wraz z liberalizacją postępował ogromny wzrost liczby tajnych współpracowników SB, którzy musieli pilnować, by nie przekroczyć ram dozwolonej wolności. W kluczowym roku demontażu systemu w Polsce liczba TW osiągnęła niemal 100 tys. (w okresie „stalinowskim” tylko 85 tys.). Najważniejszą rolę odegrali tajni współpracownicy w mediach. Kontrolowani przez SB dziennikarze otrzymywali polecenia poruszania konkretnych tematów – dostarczano im materiały, a nawet gotowe artykuły. Nadzorem SB objętych było ok. stu redakcji. Tylko w „Życiu Warszawy” było od 12 do 15 tajnych współpracowników SB (nie licząc agentów służb wojskowych).
W połowie lat 80. władze PRL nie mogły liczyć, że ktokolwiek uwierzy w informacje zamieszczone w oficjalnej prasie, więc rozgłośnia „dywersji ideologicznej” – Radio Wolna Europa stało się podstawowym medium komunikowania się ze społeczeństwem. W pewnym momencie zaprzestano nawet zagłuszania audycji – oczywiście w ramach demokratyzacji… Rozgłośnia Wolna Europa wylansowała jako głównych opozycjonistów Kuronia i Michnika, taktownie przemilczając Macierewicza i innych mniej właściwych
Wiadomości z życia „demokratycznej opozycji” przekazywał monachijskiej rozgłośni Jacek Kuroń ze swojego magicznego telefonu. Jakoś nikt z komunistów nie wpadł na pomysł, żeby ten telefon po prostu wyłączyć…
Audycje RWE umożliwiały kształtowanie się opinii publicznej nie tylko poprzez agenturę wpływu umieszczoną w rozgłośni, ale także dzięki amerykańskiemu poparciu dla komunistów dokonywujących demontażu systemu. Wielką troską Amerykanów było, by komunistom nie stała się krzywda ze strony nienawistnych katolickich „nacjonalistów”.
Politycy z zobowiązaniami
Większość premierów, prezydentów i ministrów spraw zagranicznych III RP rozwijała swoje talenty pod opieką komunistycznych służb. Bynajmniej nie byliśmy wyjątkiem.
Premierem Litwy została Kazimiera Prunskiene, od 1980 roku agentka KGB o pseudonimie „Satrija”. Dla KGB pracowali także premierzy Łotwy i Estonii. „Satrija” wyjaśniała, że uważała KGB za jedyną organizację zdolną do wprowadzenia reform, więc musiała donosić… Zdemaskowanie pani premier było wynikiem frakcyjnych tarć w służbach i wywołało na Litwie podobny szok, jak u nas sprawa „Bolka”. Litewski Sajudis został założony przez KGB i był kierowany przez agentów. Jednak w miarę upływu czasu konfidenci wykruszali się lub zostali zdemaskowani, a organizacja się oczyściła. Czy w tym procesie pomogła Matka Boska Ostrobramska?
W 1991 roku rząd Litwy postanowił, że byli pracownicy i informatorzy KGB nie mogą być posłami, ministrami, dyrektorami departamentów i piastować kierowniczych stanowisk w administracji państwowej. Osoby uwikłane zostały poproszone o ustąpienie z zajmowanych stanowisk w terminie 3 miesięcy. Pierwszym aresztowanym pod zarzutem współpracy z KGB był Algis Klimaitis (TW „Kliugeris”). Będąc odpowiedzialnym za politykę zagraniczną, „Kliugeris” krytykował „politykę konfrontacyjną” z Rosją, a żądanie wycofania wojsk rosyjskich z Litwy uważał za „dyktatorskie” i szkodzące wizerunkowi Litwy na Zachodzie… Wówczas po raz pierwszy w Europie postsowieckiej fakt współpracy z komunistyczną tajną policją uznano za czyn naganny.
Choć błyskotliwi projektanci „pieriestrojki” szczegółowo zaplanowali scenariusze, dynamika wydarzeń spowodowała, że „rozpędzonego parowozu dziejów” nie udało się już zatrzymać. Dzięki temu np. już w 1992 roku w Estonii zaczęto odbierać majątki zagrabione w wyniku złodziejskiej nomenklaturowej prywatyzacji. Przemiany osiągnęły znacznie większy zakres niż przewidywano m.in. z powodu rywalizacji Gorbaczowa z Jelcynem, KGB z GRU i walk frakcyjnych wewnątrz służb.
Podobnie jak w Polsce, dekomunizacja w Mołdawii się nie udała. Dlaczego w tym kraju nie było lustracji, wyjaśnił I sekretarz Komunistycznej Partii Mołdawii i późniejszy prezydent Lucinschi – jeśli otworzymy dossier Bezpieczeństwa, pozostaniemy bez inteligencji.
Tu nasuwa się refleksja nad elitotwórczą rolą sowieckiej policji politycznej. Jakiej proweniencji są nasze elity i jakie mają kwalifikacje moralne? Czy ktoś wspomagał piękne kariery artystyczne, literackie czy naukowe? A może właśnie brakiem uczciwej konkurencji i negatywną selekcją można wytłumaczyć stan polskich uczelni pozostających daleko w tyle w rankingach światowych?
Możemy mieć wiele pretensji do działań rządu i polityków partii rządzącej, ale musimy sobie zdawać sprawę, że Porozumienie Centrum i późniejszy PiS to jedyne liczące się ugrupowania powstałe BEZ wsparcia komunistycznych służb. Najlepszym tego dowodem są żywiołowe ataki mediów krajowych i zagranicznych na PiS i jego twórcę Jarosława Kaczyńskiego.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Gra wstępna” znajduje się na s. 3 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Gra wstępna” na s. 3 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Wielu do niedawna sensownych polityków dało się znowu przekonać fałszywej opinii, że optując za życiem, przegrają wybory. Pora zawrócić z tej błędnej drogi, bo nie ma co liczyć na amnezję wyborców.
Jolanta Hajdasz
Te wydarzenia trzeba zapamiętać. Ważne są nie tylko nazwiska bohaterów, daty zdarzeń, ale także wszelkie okoliczności. I wszystkie reakcje. Chodzi w końcu o fundamentalne prawo każdego człowieka – prawo do życia.
W ostatnich dniach kwietnia każdego, nawet minimalnie wrażliwego człowieka musiała poruszyć historia małego Alfiego Evansa, który został w Wielkiej Brytanii odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Chore dziecko wbrew woli rodziców pozbawiono picia, jedzenia i tlenu. Miało, zgodnie z opinią „lekarzy” (a może powiedzmy wprost – morderców), umrzeć po kilku minutach. Tymczasem ten malutki, chory człowiek, skazany na śmierć z pragnienia i głodu, przez wiele godzin rozpaczliwie walczył o życie, wbrew diagnozom i wbrew „lekarzom”, nazywającym ratowanie jego życia uporczywą terapią i zabraniającym przewiezienia go do innej placówki. Sąd, symbol sprawiedliwości w naszych czasach, także na to nie pozwolił i pokazał tym samym, że obecnie jest czymś więcej niż trzecią władzą. Stawia się raczej w roli pana życia i śmierci.
Ta bezduszność przerażała wielu z nas. Oburzaliśmy się na swoich portalach, twitterach, wśród znajomych i w domu przy kolacji. To łatwe, bo dzieje się daleko od nas. Ale w tych samych dniach – kiedyś nasza koleżanka dziennikarka, dziś posłanka PiS – Joanna Lichocka zaatakowała w bardzo ostrych słowach autorów akcji „Zatrzymaj aborcję”.
Według niej Kaja Godek, inicjatorka i szefowa społecznego komitetu w sprawie wyeliminowania z polskiego prawa możliwości legalnego zabicia dziecka, gdy stwierdzi się u niego choćby podejrzenie choroby genetycznej, realizuje czystą, zimną i wyjątkowo cyniczną grę polityczną, którą porównała do prowokacji służby bezpieczeństwa w ostatnich latach komunizmu i podkreślała, że PiS z tym projektem nie ma nic wspólnego.
W podobnym duchu wypowiedział się Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, który jako człowiek prywatny uważa, że aborcja jest złem, szczególnie gdy dotyczy nienarodzonych dzieci, które są chore, ale jako polityk musi brać pod uwagę, że dzisiaj nie ma przyzwolenia na zaostrzenie prawa aborcyjnego.
Czyżby? Przecież pod projektem „Zatrzymaj aborcję” podpisało się ponad 800 tysięcy obywateli, wśród których zdecydowana większość to wyborcy Prawa i Sprawiedliwości od dawna czekający na większą, ustawową ochronę życia. I jeszcze do niedawna mieliśmy wrażenie, że także w tej sprawie politycy rządzącej partii są razem z nami. Coś się zmieniło?
Jeśli godzimy się na zabijanie nienarodzonych dzieci z powodu choroby, to nie możemy się oburzać na los małego Alfiego.
Przedłużająca się procedura w Sejmie, dotycząca projektu „Zatrzymaj aborcję”, pokazuje nam niestety coraz wyraźniej, że walka między cywilizacją życia i śmierci toczy się także na prawicy i że także tu nie ma stałych zasad i nadrzędnych wartości. Zamiast nich widać za to zimną kalkulację i interes… no właśnie, czyj?
Warto więc podkreślić, iż nie po raz pierwszy słyszymy, że jak PiS da się wciągnąć na aborcyjne pole minowe, to przegra wybory, i wygląda na to, że wbrew fundamentalnym zasadom i wbrew obietnicom wyborczym, wielu jeszcze do niedawna sensownych polityków dało się znowu tej fałszywej opinii przekonać. Pora zawrócić z tej błędnej drogi, bo tym razem na zbiorową amnezję nie warto liczyć. Naprawdę zapamiętamy, co mówiliście i co zrobicie.
Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, na s. 1 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl