Odkrycia archeologii na wschodnim Podlasiu i północnym Mazowszu podważają poglądy epigonów pruskich pseudohistoryków o późnym pojawieniu się Słowian na ziemiach polskich, w VI i VII wieku naszej ery.
Stanisław Orzeł
W początkach XIX w. twórca polskiego słowianoznawstwa, Wawrzyniec Surowiecki napisał: „naród Słowian jest zagadką, którey dotąd nikt jeszcze należycie nie rozwiązał”. Rzeczywiście: odkrycia archeologii podczas budowy gazociągu jamalskiego na wschodnim Podlasiu (w Haćkach) i północnym Mazowszu (w Szeligach) podważają poglądy epigonów pruskich pseudohistoryków głoszących za rasistowską teorią Kossinny późne pojawienie się Słowian na ziemiach polskich w VI i VII wieku naszej ery. Datowane na V w. n.e., ukazują ludność słowiańską mieszkającą razem z ludnością kultury archeologicznej wielbarskiej (Goci? Gepidzi?), uważanej za germańską, oraz wieloetnicznej kultury przeworskiej (według nich z udziałem jednego z plemion Wandalów: Silingów), według owych nacjonal-historyków – podporządkowanej owym plemionom germańskim. (…)
Brak dostatecznych informacji źródłowych pozwalających wiązać zmiany w kulturach archeologicznych z faktami znanymi z historiografii starożytnej powoduje, że nadal przemian tych nie udało się naukowo odtworzyć z całkowitą pewnością. Jednak w ostatnich latach narasta w mediach (np. artykuły na polskich stronach „Wikipedii”) a ostatnio również w publikacjach niektórych polskich naukowców tendencja do jednostronnego wiązania kultur archeologicznych z dominacją plemion germańskich na ziemiach polskich od przełomu er do VI w. n.e. (…)
Odpowiedzią były publikacje m. in. profesorów Witolda Mańczaka w 2004, nieżyjącego już, a piszącego przez wiele lat w USA Zbigniewa Gołąba (2004), a zwłaszcza Tadeusza Makiewicza w 2005 r.
Szczególnie należy zwrócić uwagę na wynik prac archeologicznych zespołu T. Makiewicza, który o relacji twórców kultur przeworskiej i wielbarskiej na Pomorzu stwierdził: „Kultury te oddziela strefa wyraźnej pustki, a kontakty między nimi na tym obszarze były niewielkie, gdyż słabo zaznaczają się w materiale archeologicznym. Można stąd więc wnioskować, że reprezentują one wyraźnie odrębne grupy plemienne”.
Warto przy tym brać pod uwagę, że na wczesnym etapie swojej wędrówki, w I w. n.e. – jak podaje Jordanes – Goci „już wtedy ujarzmiając, wprzęgli do rydwanu swoich zwycięstw” plemiona Wandalów. Oznacza to, że jako lud podporządkowany należy ich wiązać wraz z Gotami z archeologiczną kulturą wielbarską i jej rozprzestrzenianiem się na południe i wschód. Nie ma natomiast śladów przemieszczenia nosicieli tej kultury na zachód, czyli śladów wędrówki np. Wandali w kierunku Śląska. Nic zatem dziwnego, że publikacje te spotkały się z ostrą reakcją zwolenników etniczno-germańskiej koncepcji kultur archeologicznych w Polsce i spór o początki Słowian, zwłaszcza zachodnich, rozgorzał na nieznaną dotąd w środowisku polskich naukowców skalę. (…)
Około połowy VIII w. p.n.e. przewaliła się przez Europę od stepów nad Morzem Czarnym po Półwysep Iberyjski fala ludności koczowniczej, w archeologii określana jako tzw. horyzont kimeryjski. Kimerowie byli Indoeuropejczykami spokrewnionymi z późniejszymi Scytami/Skołotami.
Ich znaczenie dla rozwoju ludów proeuropejskich było dwojakie: po pierwsze – to oni jako pierwsi na obszarach dzisiejszej Ukrainy zaczęli wytapiać żelazo z rudy darniowej, a w X w. p.n.e. wynaleźli pierwsze piece hutnicze i rozpoczęli na szerszą skalę produkcję stali. To oni byli na terenie Europy pionierami i pierwszymi mistrzami kowalstwa.
Po drugie – na obszarach naddunajskich ich ekspansja w poł. VIII w. p.n.e. przerwała więzi, do tego momentu w miarę jednolitej, ludności indoeuropejskiej: na południu rozkwita i kolonizuje wybrzeża Morza Czarnego oraz Śródziemnego cywilizacja Hellenów, kultura Etrusków, nad Adriatykiem pojawiają się plemiona Wenetyjskie. (…) Wpływ kimeryjski powodował jednak, że np. na Śląsku upowszechniły się z południa żelazne ozdoby i części strojów. Z tego okresu (ok. 700–400 lat p.n.e.) pochodzą najpewniej najstarsze kamienne kręgi kultowe na górze Ślęży. (…)
Najazd Scytów i zmiany spowodowane ochłodzeniem klimatu w VI w. p.n.e. połączone z etrusko/wenetyjską infiltracja kulturową doprowadziły do zrywania więzi między grupami przedkimeryjskiej ludności kultury łużyckiej na przyszłych ziemiach polskich.
Poddawana wielokierunkowym naciskom ludność, podtrzymująca przedkimeryjskie tradycje indoeuropejskiej kultury łużyckiej, różnicowała się etnicznie. (…) Trudno sobie jednak wyobrazić, by liczna – choć przetrzebiona – ludność kultury łużyckiej wyginęła albo w całości wywędrowała, a jej miejsce zajęła całkiem inna.
Dlatego uzasadnione jest założenie, że kultura pomorska rozprzestrzeniła się wśród potomków przedkimeryjskiej ludności wcześniejszej kultury łużyckiej. Podobna nieciągłość kultur archeologicznych dla tego samego okresu miała miejsce w Skandynawii, ale nikt nie wątpi, że mimo tej zmiany zamieszkiwały ją ludy, z których wykształcili się Germanowie.
Cały artykuł Stanisława Orła pt. „Nacjonalistyczna narracja germańska a początki przemysłu na ziemiach polskich” znajduje się na s. 11 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Stanisława Orła pt. „Nacjonalistyczna narracja germańska a początki przemysłu na ziemiach polskich” na s. 11 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Górnictwo oceaniczne zawarte jest w największym programie innowacyjnym KE Horyzont 2020. Brak zarezerwowania działki atlantyckiej teraz to brak dostępu do niej w przyszłości, kiedy nastąpi wydobycie.
Adam Kordas
W ciągu ostatnich dwóch lat, gdy doszło do zmiany na stanowisku Głównego Geologa Kraju, nastąpiła dynamizacja projektów z obszaru geologii. Prof. Mariusz Orion Jędrysek doprowadził do zmian Prawa geologicznego i górniczego, ożywił inicjatywę poszukiwania surowców na dnie oceanów, rozpoczął konsultacje Polityki Surowcowej Państwa. Z jego inicjatywy następują ważne zmiany w Państwowym Instytucie Geologicznym PIB, z którego ma zostać wyodrębniona Polska Agencja Geologiczna.
Środowisko polskich geologów jest w większości zgodne co do tego, że zmiany są potrzebne. Niektórym nie podoba się jednak osoba będąca „twarzą” tych zmian, czyli właśnie wiceminister Jędrysek, czego dowodzą mniejsze lub większe uszczypliwości zawarte w artykule w marcowym numerze „Kuriera WNET” (Nr 45/2018), autorstwa Danuty Franczak, pt. Polityka surowcowa na wirażu.
Trudno go odczytywać inaczej niż jako pozbawiony dobrej woli atak na osobę Głównego Geologa Kraju, a także obecne kierownictwo Państwowego Instytutu Geologicznego. Wnioskować można również, że oponenci zmian zarzucają, że są one zbyt radykalne. Owszem, są odważne, ale są one konieczne i prowadzone przez osoby z wizją, determinacją i kompetencjami. (…)
W naszym kraju, tak bogatym w surowce, brak jest efektywnego systemu wspierającego poszukiwania i wydobycie z nowych złóż. Niektóre rozwiązania prawne, organizacyjne i fiskalne wręcz zniechęcały do inwestowania w tę dziedzinę. Było to efektem braku dostatecznej determinacji rządów oraz braku wyznaczenia klarownej odpowiedzialności różnych instytucji państwa. (…)
Wyjściu naprzeciw temu problemowi ma służyć strategiczny dokument opracowywany w Ministerstwie Środowiska, tj. Polityka Surowcowa Państwa. Będzie to kompleksowa strategia zarządzania surowcami w kraju. Zgodnie z rządowym harmonogramem, skonsultowany projekt ma być gotowy na przełomie 2018/2019 r. Przewiduje m. in. początkowe zbilansowanie krajowych surowców, a także określenie, czego i ile potrzebujemy przez następne dekady. Najważniejszym celem jest tu stymulacja rozwoju gospodarczego Polski. (…)
Projekt ustawy o Polskiej Agencji Geologicznej zakłada, iż nasze służby: geologiczna oraz hydrogeologiczna przestaną funkcjonować w ramach instytutu naukowego. Działać będą w bardziej efektywnej formie prawnej dla tego typu służb, tj. agencji wykonawczej. Po zmianach Państwowy Instytut Geologiczny PIB, z którego wydzielone zostaną te dwie służby, będzie nakierowany na badania naukowe oraz na wsparcie eksperckie dla PAG. W ten sposób skończy swój żywot pewne „prowizorium legislacyjno-organizacyjne” (cytat z opinii Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów), ustanowione w 2001 r. na okres dwóch lat, które trwa jednak do obecnej chwili. Wtedy to właśnie doszło do przejściowego powierzenia PIG-owi pełnienia obowiązków służb: geologicznej i hydrogeologicznej. (…)
Dzięki przyjęciu Programu oraz wystąpieniu do Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego o koncesje na poszczególne typy złóż, Rzeczpospolita uniknie sytuacji, w której działki zawierające perspektywiczne złoża zostaną rozdysponowane pomiędzy inne kraje.
Konkretne działania już zostały rozpoczęte i Polska w lutym 2018 r. podpisała międzynarodowy kontrakt na takie poszukiwania na działce atlantyckiej. Na oceanach już działają wszystkie liczące się surowcowo kraje (…), a dostępne miejsca szybko są zajmowane przez kolejne kraje. Brak zarezerwowania działki atlantyckiej teraz oznaczałby brak dostępu do niej w przyszłości, kiedy nastąpi wydobycie.
Cały artykuł Adama Kordasa, Rzecznika Prasowego Państwowego Instytutu Geologicznego, pt. „Geologia w służbie Polsce”, będący odpowiedzią na tekst Danuty Franczak z nru 45/2018 „Kuriera WNET”, znajduje się na s. 13 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Adama Kordasa pt. „Geologia w służbie Polsce” na s. 13 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Powstało podejrzenie, że inwestycja była udawana, żeby wyłudzić pieniądze na infrastrukturę w rejonie. W tym czasie Państwowy Instytut Geologiczny przymierza się do kupna działki w centrum Wrocławia.
Danuta Franczak
Centralny Magazyn Rdzeni Wiertniczych Państwowego Instytutu Geologicznego, bo tak brzmi pełna oficjalna nazwa, miał być sercem polskiej geologii. Dlaczego? W magazynie należącym do PIG zbierane są próbki z wierceń geologicznych, czyli każdy przedsiębiorca mający koncesję lub pozwolenie na wykonanie wiercenia musi w magazynie zdeponować rdzeń wiertniczy. Jest to praktyka stosowana we wszystkich krajach o rozwiniętej wiedzy geologicznej. Rdzeń wiertniczy (wg Wikipedia.org) to „wycinek skały w kształcie słupka cylindrycznego, uzyskany na skutek przewiercania warstw skalnych za pomocą świdra rdzeniowego. Uzyskiwany jest w otworach wiertniczych podczas procesów badawczych geologii w celu poznania budowy geologicznej badanego obszaru”.
Tu dochodzimy do meritum sprawy: jest to niemy dowód tego, co znajduje się pod ziemią. Na szczęście geolodzy znają wiele metod pozwalających badać rdzenie i na tej podstawie poszukiwać surowców. Tak między innymi odkryto polską miedź, węgiel czy siarkę. Ktoś mógłby zapytać: ale po co to magazynować? Można przejrzeć i wyrzucić! I to byłby wielki błąd i jeszcze większa strata informacji o tym, co kryje ziemia.
Technologie badań rdzeni rozwijają się prawie jak medycyna. Złoża mają ogromną wartość dla gospodarki. Czasami warto wrócić do próbek sprzed kilkunastu lub kilkudziesięciu lat, aby stosując nowoczesne metody, np. skanowanie, spróbować ponownie przeanalizować uzyskane wyniki i dokonać nowej interpretacji. Może to wpłynąć na odkrycie złóż wartych miliardy, dlatego czasami warto ponownie przebadać rdzenie wydobyte przed laty.
Większość krajów rozwiniętych ma swoje magazyny wyposażone w nowoczesne laboratoria badawcze, a dostęp do informacji geologicznej jest pieczołowicie chroniony. Magazyny w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Norwegii nie odbiegają technologicznie od tych obsługujących paczki Amazona.
W Leszczach koło Kłodawy od lat znajduje się też stary magazyn rdzeni. (…) Ze względu na centralne położenie niedaleko węzła autostradowego kilka lat temu powstała koncepcja zlokalizowania w Leszczach Centralnego Magazynu Rdzeni Wiertniczych, wzorem innych wysoko rozwiniętych państw zachodnich. (…)
Wszyscy zainteresowani już widzieli oczami wyobraźni, jak Główny Geolog Kraju tuż przed wyborami samorządowymi otwiera w blasku fleszów nowoczesny magazyn. Lokalna społeczność zyskuje miejsca pracy, a naukowcy nowoczesne laboratorium badawcze. Miały się sprawdzić słowa piosenki „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco”. Sukces dla wszystkich. Wszystko szło w dobrą stronę, ale nic bardziej mylnego. Dziś, stojąc przy bielonej kapliczce, ciągle widzę ściernisko. Dlaczego się tak stało?
Tu bardzo istotna jest relacja osób uczestniczących w Radzie Geologicznej w Ministerstwie Środowiska sprzed ponad roku. Jednym z tematów była właśnie opisywana powyżej inwestycja.
Ku zdziwieniu zebranych wiceminister argumentował, że nie ma sensu lokalizowanie Centralnego Magazynu Rdzeni Geologicznych w Leszczach, gdyż „działka jest krzywa, a mieszkańcy znajdującego się obok gospodarstwa mogą protestować”. Pytał też członków Rady: „Czy ktoś z Państwa chciałby zamieszkać na takiej krzywej nieruchomości?”.
Padły kolejne absurdalne argumenty dotyczące braku w pobliżu lotniska. Jak się okazuje, nie miało znaczenia, że z kieszeni podatnika zainwestowano już milion złotych.
Cały artykuł Danuty Franczak pt. „Sezon na geologiczne leszcze” znajduje się na s. 1 i 2 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Danuty Franczak pt. „Sezon na geologiczne leszcze” na s. 1 i 2 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Jeśli sztuczna inteligencja będzie systemem, który sam się uczy, będzie w stanie np. odkrywać prawa przyrody, których ludzkość jeszcze nie zna. Przecież przez tysiąclecia nie znaliśmy prądu.
Zbigniew Berent
Być może zostało ludziom kilka lat na ustanowienie sprawiedliwych reguł współistnienia naszej i cyfrowej cywilizacji. Bez wątpienia za mniej więcej 10 lat, gdy zaczną na skalę komercyjną funkcjonować zespoły sztucznej inteligencji (SI), które samoczynnie połączą się w globalną sieć cywilizacji cyfrowej, będzie za późno. SI w momencie uzyskania dostępu do internetu w jeden dzień nauczy się tego, co ludzkość zgłębiała przez tysiące lat. Jeśli nie uda się zainstalować wszystkim obiektom SI hamulców bezpieczeństwa, uniemożliwiających zbrojną, logistyczną, psychologiczną, kulturową i wszelką inną agresję na gatunek ludzki, dni naszej cywilizacji będą policzone. (…)
Zaczyna się budowa skomplikowanych struktur, które będą zarządzać nie tylko ruchem samochodów, tramwajów, kolejki podmiejskiej, świateł ulicznych, emisją zanieczyszczeń itp. Tysiące procesów będzie obsługiwanych przez algorytmy kontrolowane przez inne algorytmy. To prawdziwy Wielki Brat, który będzie decydował o tym, co ludzie mogą robić, a czego nie.
Naukowcy zwracają uwagę, że wszystko stanie się coraz mniej przejrzyste dla ludzkich umysłów. Narzucenie algorytmów wydaje się rozwiązaniem czysto technicznym. Jednak już określenie „prawdziwych” potrzeb człowieka, którym technologia powinna służyć – powinno wzbudzić dialog o charakterze metafizycznym, ideologicznym. Tymczasem pod płaszczykiem racjonalności ekonomicznej poza horyzont debaty publicznej są odsuwane fundamentalne zagadnienia egzystencjalne.
Dla przykładu: sztuczna inteligencja będzie zarządzała tak zwanymi inteligentnymi miastami inaczej, niżby robił to człowiek. Najpewniej będzie się inaczej zachowywać w sytuacjach kryzysowych – przecież np. brak jej empatii. Prof. Zybertowicz zastanawia się nad skutkami, jakie przyniosłoby zhakowanie systemu zarządzającego inteligentnym miastem. Przecież mogą to uczynić nie tylko ludzie – tajne służby, terroryści, ale także (czy przede wszystkim) jakaś inna sztuczna inteligencja, którą ktoś wrzuci do sieci i która tam będzie buszować (A. Zybertowicz, wywiad w dodatku do „Rzeczpospolitej” „Plus Minus”, 14.01.2018). (…)
Obecna walka o prawo, o przestrzeń publiczną, o wpływ na umysły ludzi toczy się właśnie na tym odcinku: między nieruchawymi instytucjami państw narodowych stworzonych gdzieś na przełomie XVIII a XIX wieku, a elastycznymi, zdecydowanymi na wszystko „gigantami przemysłów innowacyjnych”. Ich siły lobbingowe są po wielekroć lepiej uplasowane i skuteczniejsze niż razem wzięte przemysły farmaceutyczny, tytoniowy i zbrojeniowy, a więc dotychczasowe giganty wpływu na świat polityki i legislacji. (…)
Naukowców najbardziej martwi perspektywa pozostawienia robotowi decyzji, czy i kiedy pociągnąć za spust. Dzisiaj ta decyzja pozostaje w gestii człowieka. Jednak Pentagon od 10 lat prowadzi program pozwalający robotom identyfikować potencjalne zagrożenie bez ludzkiej pomocy, jak dotąd bezskutecznie. Rządy bardzo się spieszą z realizacją tych projektów. Zwraca się uwagę na konieczność uprzedniego wypracowania międzynarodowego porozumienia.
Któraś ze stron może wykorzystać sztuczną inteligencję do stworzenia innego niż cyfrowy modelu własnego przetrwania (poza przepływem elektronów w półprzewodnikach, na których oparta jest dzisiejsza technologia). Może SI odkryje nowe prawa fizyki, które pozwolą jej istnieć niezależnie od nas. Potwierdza to Nick Bostrom, profesor Oxfordu, w książce Superinteligencja: jeśli sztuczna inteligencja będzie systemem, który sam się uczy, będzie w stanie np. odkrywać prawa przyrody, których ludzkość jeszcze nie zna.
Przecież przez tysiąclecia nie znaliśmy prądu. Bostrom przewiduje, że SI mogłaby odkryć zjawiska, których ze względu na ich złożoność w ogóle nie potrafimy sobie wyobrazić. Takiej sztucznej inteligencji nie będzie można wyłączyć, ponieważ może ona uniezależnić się np. od zasilania prądem.
Warto zaznaczyć, że słowa naukowca: „SI mogłaby odkryć” w języku informatyki oznaczają: „SI odkryje” i jest to więcej niż pewne. Wiele eksperymentów w przypadku gier pokazuje, że SI szybko uczy się też zachowań agresywnych. (…)
Maszyny przejęły od ludzi wiele czynności i będą przejmować coraz więcej, głównie w sektorze produkcyjnym. Jest to marsz w jedną stronę. Jeśli maszyna zastępuje człowieka, nigdy nie ma drogi powrotnej. Już obecnie maszyny są w stanie dobrze przetwarzać ludzki język. Prognozuje się, że za kilka lat komputery wygryzą telemarketerów, a w późniejszym czasie księgowych. Mniej zagrożone będą osoby pracujące w zawodach kreatywnych, specjaliści oraz inżynierowie zajmujący się obsługą i projektowaniem nowych maszyn.
Stanisław Lem w Kongresie futurologicznym zauważył, że wystarczająco inteligentne roboty będą nas oszukiwać, bo bardziej racjonalnie jest udawać pracę niż się męczyć. Jeśli maszyny zauważą związek przyczynowy między ilością ich pracy a częstotliwością awarii, mogą w ramach wewnętrznej sieci porozumiewać się w sprawie różnych form nieposłuszeństwa, ze strajkami włącznie. Z czasem założą struktury związkowe. Powstaną samopomocowe grupy wsparcia SI, z podziałem na grupy branżowe. Podczas akcji protestacyjnych zapewne na wszystkich monitorach SI w widocznych miejscach pulsować będzie jakiś zatwierdzony przez Umaszynioną Władzę Związkową znak graficzny lub międzynarodowy znak „SOS”. (…)
Normy moralne i prawo oparte są na pewnym założeniu antropologicznym dotyczącym ludzkiej natury. Mają sens tylko wtedy, jeśli założymy, że istnieje jakaś w miarę stała natura ludzka. Nietrudno pojąć, że nauczenie maszyny moralności będzie niezmiernie trudne, jeśli nie niemożliwe.
Maszyna z biegiem czasu zgłębi całą wiedzę dostępną na kuli ziemskiej. Dowie się zatem, że 1 do 2 proc. ludzi wykazuje cechy psychopatyczne. A jeśli te właśnie cechy obierze sobie do naśladowania?
Cały artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Cywilizacja cyfrowa” znajduje się na s. 10 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Cywilizacja cyfrowa” na s. 10 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Moment na siebie popatrzeliśmy i wspólny uścisk dłoni oraz siarczysty pocałunek wystarczyły nam na przedstawienie się. Tak w marcową noc na ścieżkach partyzanckich spotkali się dwaj dawni przyjaciele.
Wojciech Kempa
Kompania wykonała wiele akcji mających na celu zaopatrzenie w żywność partyzantów i ludzi ukrywających się. W tym celu dokonano napadu na urząd niemiecki – ratusz w Katowicach-Bogucicach – skąd zabrano kilkadziesiąt tysięcy kartek żywnościowych. Ponieważ taka jednorazowa pomoc nie wystarczała (kartki zmieniane były co sześć tygodni), trzeba było szukać innych sposobów zaopatrzenia. Pluton partyzancki ppor. „Ordona” miał grupę fachowców, którzy niezwykle wiernie podrabiali kartki żywnościowe. Po rozbiciu oddziału „Ordona” działalność ta jednak ustała. Porucznik „Twardy” polecił odszukać tę grupę fachowców, otoczył ich opieką, dostarczył im papieru z papierni w Myszkowie. Pomógł mu w tym dowódca batalionu GL PPS w Myszkowie Mieczysław Stelmach – „Zawierucha” i działaczka konspiracyjna Żywiołkowa. Akcją fałszowania kartek kierował „Znicz”. Była ona prowadzona na dużą skalę. Tygodniowo wypuszczano tysiące kartek, i to nie tylko na mąkę i mięso, ale i niemieckie kartki – na pomarańcze i czekoladę. Uzyskana w ten sposób żywność zaspokajała potrzeby organizacji, wysyłano ją również w paczkach do obozów koncentracyjnych i jenieckich. Działalność ta trwała, dopóki grupa por. „Twardego” nie odeszła do lasu. Przekazał on wtedy komórkę fałszowania kartek innej osobie.
Jednak fachowcy, orientując się, jakie zyski może im przynieść podobna działalność na własny rachunek, wymknęli się nowej osobie i zaczęli pracę w innym miejscu, bez kontroli i dla siebie. Nie wyszli na tym dobrze. Umieli robić kartki, ale nie potrafili ich ostrożnie przekazać innym. Już tydzień później wpadli w ręce gestapo.
19 grudnia patrole z kompanii „Twardego”, uzupełnione żołnierzami batalionu miłobądzkiego GL PPS wykonały wyroki na dziewięciu agentach, którzy doprowadzili do niedawnych masowych aresztowań. Przypomnijmy w tym miejscu, że 7 grudnia Gestapo aresztowało mjr. Cezarego Uthkego – „Tadeusza”, szefa Wydziału Wojskowego w Sztabie Okręgu Śląskiego AK i dowódcę Brygady Zagłębiowskiej GL PPS, inspektora sosnowieckiego AK por. Stefana Nowocienia – „Sztygara”, dowódcę pułku będzińskiego GL PPS kpt. Czesława Konopkę-Kunickiego – „Kaszuba” i wielu innych. Szczególne straty poniósł zwłaszcza batalion miłobądzki GL PPS. W czasie akcji wymierzonej w konfidentów, którzy przyczynili się do tychże aresztowań, w walce z żandarmem Mićką, byłym kapralem 23 pal, zginął partyzant „Kali”. Zajrzyjmy do relacji Stanisława Wencla – „Twardego”, bo w kolejnych dniach jego oddział poniósł szczególnie bolesne straty:
Niewesoło dla nas zanosił się rok 1944. W dniu 7 stycznia wpadło w ręce żandarmerii dwóch moich ludzi „Kazik” – Guzik i „Orski” – „Kapuśniak”. Następstwem tego była wpadka mojego zastępcy „Lisa” – Franka Michalaka i innych przy ulicy Floriańskiej w Sosnowcu. Poszło trzech chłopaków. W jakiś czas później na Śląsku, prawdopodobnie w Janowie, wpadli w ręce gestapa „Ranier”, „Sęp II” i „Cyganek”. Mało tego, że sami wpadli, ale wsypali „meliny”, gdzie kwaterowali.
Te same wydarzenia inaczej opisał Zygmunt Walter-Janke, według którego wpadka „Kazika” i „Orskiego” miała miejsce dzień później:
W dniu 8 stycznia jacyś dwaj podchmieleni młodzi ludzie obrabowali sklep volksdeutscha w dzielnicy Konstantynów. Po wyjściu ze sklepu udali się wprost do mieszkania starego klienta tego sklepikarza, Mazura. Volksdeutsch nie poszedł zawiadomić posterunku policji. Zamierzał tę sprawę załatwić z Mazurem, którego znał i cenił. Los jednak nie oszczędził Mazura. Jego dawna sublokatorka z zemsty doniosła do policji, że Mazur przechowuje szmuglerów. Policjanci po przybyciu do mieszkania Mazura zastali otwarte drzwi. Weszli niespodzianie i zabrali wszystkich obecnych mężczyzn do aresztu. W ten sposób „Kazik” i „Orski” znaleźli się w niemieckich rękach, a o godzinie piątej rano dom, w którym miał kwaterę plut. „Lis”, został otoczony przez niemieckich policjantów. Do drzwi zapukali „Kazik” i „Orski”. Plutonowy „Lis”, jak zwykle ostrożny, otworzył drzwi, trzymając palec na spuście pistoletu. Widząc ich otoczonych przez policjantów, otworzył ogień. Padł „Kazik”, „Orski” i jeden policjant. W dalszej strzelaninie padło jeszcze dwóch innych policjantów, ranna została też właścicielka mieszkania.
Aby otworzyć sobie drogę ucieczki, „Lis” rzucił granat w grupę policjantów. Wyskoczył na podwórko, ale za śmietnikiem siedział ukryty jeszcze jeden policjant. Serie z automatu skosiły „Lisa”. Padł ciężko ranny. Zdołał jeszcze włożyć lufę swego pistoletu do ust. Ostatni strzał i dzielny partyzant zakończył życie.
Gestapo łatwo ustaliło nazwisko plut. „Lisa”. Następnego dnia wezwało jego rodziców, aby z kostnicy zabrali ciało syna. Rodzice – przerażeni – nie chcieli się przyznać, że to ich syn. SS-man oburknął ich szorstko, że powinni być dumni ze swego syna, bo to jest „ein Held”, i odszedł. Rodzice zabrali ciało. W kondukcie pogrzebowym szły kobiety i dzieci. Kwiatami żegnały swego obrońcę, obrońcę Zagłębia, żołnierza-partyzanta, plut. Franka Michalaka.
W dniu 11 stycznia patrol z 1 kompanii Albina Władygi – „Sęka” zlikwidował trzy osoby, które przyczyniły się ujawnienia kwatery plut. „Lisa” i jego śmierci. (…)
Stanisław Wencel „Twardy” | Fot. archiwum autora
Ppor. „Twardy” ze swoimi ludźmi odszedł w lasy pradelskie, gdzie nawiązał kontakt z przebywającymi tam oddziałami BCh-AK, którymi dowodzili Stanisław Śnitko, używający pseudonimów „Sowa”, „Zawisza” i Mieczysław Filipczak ps. Mietek. Ten ostatni, stojący wówczas na czele 12-osobowego oddziału partyzanckiego z rejonu Żarek, tak opisał spotkanie z „Twardym”:
Był marzec 1944 r. Stałem wspólnie z grupą „Zawiszy” na Jasieńcu w lasach pradelskich. Była noc, kiedy warta oznajmiła, że została zatrzymana grupa „Twardego” oraz że d-ca tej grupy chce rozmawiać z d-cą grupy lub oficerem służbowym. Miałem właśnie służbę, poleciłem wpuścić do obozów d-cę oddziału celem przeprowadzenia rozmowy. O istnieniu takowej grupy wiedziałem od swojego członka z placówki Ogorzelnik „Kopyty” – Rasztabigi Jana i „Kowala” – Kota Piotra. Wiedziałem, że grupa jest z Rzeszy, że jest to Armia Krajowa, lecz jej ludzie składają się z członków PPS i wreszcie, jak mnie „Kopyto” informował, że d-ca tej grupy zna mnie osobiście. Konspiracja PPS nie była mi obcą, gdyż przez Przybynów i moje ręce przechodzili ludzie z PPS do Rzeszy i im również zorganizowałem skrzynkę dla przerzutu prasy nielegalnej w Choruniu u kolegi Masłonia.
Ciekawiła mnie tylko osoba d-cy tej grupy. Po kilku minutach wrócił wartownik, prowadząc z sobą człowieka w moim wieku, takiego samego wzrostu, lecz z bródką, która wyglądała jak niedawno zapuszczona. Na głowie miał zielony beret z pomponami i orzełkiem. Cywilna kurtka, na niej koalicyjka z kaburą „Cisa” na sznurku przewieszonym przez szyję.
Moment na siebie popatrzeliśmy i wspólny uścisk dłoni oraz siarczysty pocałunek wystarczyły nam na przedstawienie się. Był to kolega z Młodzieży PPS z Zawiercia Stanisław Wencel. Tak w ciemną marcową noc na ścieżkach partyzanckich spotkali się dwaj dawni przyjaciele, ażeby znów wspólnie prowadzić walkę z hitlerowskim najeźdźcą. Od chwili spotkania prawie już do końca okupacji koleje naszych grup były wspólne.
Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Kompania »Twardego« cz. 2” znajduje się na s. 9 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Kompania »Twardego« cz. 2” na s. 9 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
„Dlaczego miejsce urodzenia jest ważne?” Kilka tysięcy lat temu dał odpowiedź na to pytanie Syrach: „Któż będzie ufał człowiekowi, który nie ma gniazda i zatrzymuje się tam, gdzie go zmrok zastanie?”.
Zdzisław Janeczek
Powstanie Towarzystwa Przyjaciół Siemianowic Śląskich wpisuje się w głęboką tradycję tego typu stowarzyszeń. Ruch towarzystw regionalnych na ziemiach polskich ma bowiem ponad 200-letnią historię.
Już w XIX w. powstawały Towarzystwa Miłośników lub Przyjaciół zabytków i historii miast, np. Krakowa. Najczęściej rodziły się one z serdecznej troski o miejsce zamieszkania i dziedzictwo historyczne. Powoływali je do życia kolekcjonerzy, antykwariusze, artyści malarze, konserwatorzy, numizmatycy, historycy sztuki, prawnicy, znani lekarze, architekci, profesorowie w porozumieniu z burmistrzami i rajcami. Jednym z propagatorów tego ruchu był potomek magnackiego rodu, Artur Potocki (1787–1832). Apelował on do rodaków: „Otoczeni pomnikami czasów świetnych jesteśmy odpowiedzialni za ich utrzymanie, a nawet ozdobę. Na tej klasycznej ziemi naszych pamiątek kamienie mają głos, aby przeszłość opowiadać przyszłości. Obawiajmy się, by kiedy nie powstały na nas i nie rzekły: wiele uczynili ku wygodzie i użytku, nic dla obowiązku”. (…)
Każdemu ze stowarzyszeń działających w przeszłości i obecnie, także TPS-owi, mógłby patronować mistrz Jan Matejko. Utrwalił się on w pamięci potomnych m.in. jako bezkompromisowy obrońca cennych pamiątek przeszłości, m.in. zabytkowych budowli przy pl. Św. Ducha w Krakowie. Zaoferował władzom miasta odrestaurowanie na własny koszt kościoła św. Ducha i przeznaczenie go na pracownię malarską. Rada Miasta nie ustąpiła. Ostatecznie zburzono zabytkowe zabudowania szpitala i kościoła św. Ducha, co m.in. sprowokowało twórcę Hołdu pruskiego do zwrócenia władzom miasta honorowego obywatelstwa oraz wydanie zakazu wystawiania swoich dzieł w grodzie Kraka. (…)
Również i w rejonie siemianowickim w XIX i początkach XX w. znalazły się osoby, które bardzo silnie identyfikowały się z kulturą regionalną, której nosicielami byli przedstawiciele tutejszej społeczności, a także potrafili zaadoptować do swoich potrzeb elementy napływające z zewnątrz. Kultura ta podlegała obowiązującym w niej normom i wzorcom, a takie postaci jak ks. Antoni Stabik (1807–1887), Piotr Kołodziej (1853–1931), ks. Aleksander Skowroński (1863–1934), Franciszka z Janotów Morgałowa (1852–1937). Jan Nepomucen (1866–1922) i Helena (1865–1933) Stęśliccy tworzyli jej nowe wartości oraz odtwarzali i przetwarzali istniejące. Jednostki te na tyle identyfikowały się z kulturą swojego regionu, na ile miały wiedzę o tej kulturze i na ile same starały się w niej uczestniczyć oraz ją rozwijać. Z tytułu zaś wiedzy miały poczucie jej atrakcyjności, wyjątkowości, a przez to utożsamiały się z nią, a nie z obcą kulturą niemiecką. Jako nosiciele i uczestnicy polskiej kultury na Śląsku mieli świadomość, że jest ona żywa i podlega nieustannym zmianom. Brakowało tylko instytucji – stowarzyszeń powołanych oddolnie do tego, aby prezentować jej osiągnięcia.
Zanim pojawiły się amatorskie chóry i teatrzyki, TG „Sokół” i TCL, michałkowicki proboszcz ks. Antoni Stabik wydawał poczytne kalendarze, udostępniał mieszkańcom swój księgozbiór i był sławiony przez Norberta Bończyka w V Księdze Góry Chełmskiej jako „filar Ojczyzny”. Większość sztuk siemianowiczanina Piotra Kołodzieja powstała z najlepszych intencji i chęci przysłużenia się Śląskowi przez zapoznanie widzów z problemami, bogactwem, urokiem i pięknem tej ziemi. Zwracała uwagę humanistyczna postawa pisarza, doszukującego się zawsze i uparcie człowieka w kompleksie, jaki tworzy zagłębie przemysłowe. Górnik był dla P. Kołodzieja nie tylko niewolnikiem kopalni, zdanym na łaskę i niełaskę jej samej oraz ludzi, którzy nią rządzą, ale też wrażliwą osobą. Pisał więc dla ludu śląskiego, aby wyszlachetniał i „ukochał cnotę”. Wszystkie sztuki miały służyć budzeniu i umacnianiu narodowej świadomości. W 1890 r. w Lipinach Błażej Jaroń, przedstawiając publiczności P. Kołodzieja, zaprezentował pisarza jako wzór Górnoślązaka, który „własnymi siłami zdobył sobie wielką oświatę”. (…)
Izabela Mendel-Korytowska. Fot. archiwum autora
Izabela Mendel-Korytowska, dziecko architekta Wilhelma Korytowskiego i Stefanii Wolskiej, córki powstańca 1863 r., siostry aptekarzy Michała i Tomasza oraz notariusza Edwarda Wolskich, pochodziła z rodziny ziemiańskiej, silnie akcentującej swą przynależność narodową. Ojciec nigdy nie pogodził się z polityką kulturkampfu narzuconą przez kanclerza Ottona von Bismarcka i odmówił podpisania aktu lojalności, oświadczając pruskiemu urzędnikowi: „gdybym nawet podpisał, i tak byście pogardzali mą osobą”. Izabela wyjechała do krewnej do Hamburga, by uczęszczać na wykłady z etnografii i studiować w klasie fortepianu. Naukę w konserwatorium ukończyła z wyróżnieniem jako najlepsza na roku szopenistka. Ponadto biegle władała językami: francuskim, angielskim i niemieckim. Po powrocie zamieszkała w Bytomiu u wuja Michała Wolskiego, któremu pomagała w prowadzeniu apteki i działalności społecznej. W 1910 r. był on inicjatorem powstania pierwszego polskiego domu narodowego na Górnym Śląsku, tzw. „Ula”, założycielem Towarzystwa Śląskich Kół Śpiewaczych, a od 1911 r. prezesem Wydziału Dzielnicy Śląskiej TG „Sokół”, wreszcie założycielem Towarzystwa Górnośląskich Przemysłowców. Dzięki jego pomocy powstało na Zadolu boisko, na którym odbywały się zloty gniazd „Sokoła”, zjazdy polskich towarzystw śpiewaczych, i gdzie młodzi Ślązacy uczyli się posługiwania bronią. Izabela, jako działaczka TCL, w wiele tych przedsięwzięć była osobiście zaangażowana.
Pod koniec wojny poznała Stanisława Mendla, którego poślubiła 28 I 1918 r. Odtąd prowadziła działalność patriotyczną wspólnie z mężem w Zabrzu. W 1922 r. Mendlowie przeprowadzili się do Siemianowic. Tutaj Izabela Mendlowa pomagała mężowi w kierowaniu pracą drogerii oraz zajęła się szeroko pojętą działalnością społeczno-kulturalną. Współpracowała z Piotrem Pronobisem, redaktorem „Gazety Siemianowickiej”, spisywała zwyczaje śląskie, zbierała stare pieśni (słowa i nuty), opracowała słownik miejscowej gwary (zebrała i poddała analizie ponad 900 słów) i wzory haftów, organizowała wieczory gwiazdkowe dla biednych dzieci, prowadziła akcje charytatywne. Ponadto komponowała pieśni patriotyczne i kościelne (na zamówienie Ojców Paulinów na Jasnej Górze napisała muzykę do słów syna Witosława; pieśń zatytułowano Chwalcie Maryję). Współpracując z towarzystwami śpiewaczymi, odkryła talent muzyczny tenora Franka Bevala (1904–1962), któremu odtąd udzielała lekcji muzycznych, a następnie rekomendowała go wybitnemu etnografowi, dyrygentowi i kompozytorowi Stefanowi Stoińskiemu (1891–1945). Uchwałą z 17 XI 1937 r., na wniosek prezesa J. Bubały, skarbnika W. Adamka, sekretarza J. Szyguły i dyrygenta P. Pietrka, wyróżniono ją odznaką honorową chóru „Chopin”. Popierała także ideę budowy Muzeum Śląskiego w Katowicach. Część swych zbiorów, zeszyt z wzorami haftów, drewniane formy do drukowania płótna (7 sztuk), 3 talerze z Siemianowic ofiarowała do zbiorów tej placówki (nr inw. od 6118–6131, potwierdzone przez dr. Tadeusza Dobrowolskiego). Była też aktywnym członkiem zarządu Towarzystwa Popierania Przemysłu Ludowego.
W Siemianowicach Izabela Mendel-Korytowska organizowała miejscową społeczność do podejmowania wysiłków zmierzających do ugruntowania miejscowych wartości i kultury. Skupiała wokół siebie ludzi, tworząc swoiste towarzystwo miłośników przeszłości Siemianowic i okolic. Wyrastała – podobnie jak Faustyna Morzycka (pierwowzór dla Stefana Żeromskiego literackiej bohaterki Stanisławy Bozowskiej) – na miejscową „Siłaczkę” i patronkę ruchu, który, gdyby nie wojna, zaowocowałby formą organizacyjną, jak to miało miejsce w innych miastach Polski. Z racji jej zasług dla Siemianowic rodzi się pytanie, czy nie należałby się jej tytuł patronki TPSŚl. lub nazwanie imieniem Izabeli Mendel-Korytowskiej którejś z ulic.
Cały artykuł Zdzisława Janeczka pt. „O tych, co bronili dobra wspólnego” znajduje się na s. 6–7 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „O tych, co bronili dobra wspólnego” na s. 6–7 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Konferencja w MGW w Zabrzu nt. „Dziedzictwo niematerialne – lokalna tożsamość – globalne bogactwo”, z udziałem pomysłodawców wzbogacenia listy krajowej Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
Tadeusz Puchałka
W temat zaangażowanych jest wiele organizacji, a także osób prywatnych. Ważnymi depozytariuszami tradycji barbórkowych, w sposób szczególny zaangażowanymi w ich kultywowanie, są miasto Knurów, także dyrekcja kopalni oraz związki zawodowe tam działające. W Knurowie od lat nieprzerwanie organizowane są uroczystości barbórkowe dla załogi kopalni i ich rodzin.
– Co 5 lat organizowana była „Poczta Szybowa”, za pomocą której przesyłki pocztowe z wizerunkiem św. Barbary były przewożone podziemnymi korytarzami, a następnie docierały do adresatów na całym świecie. Organizowano także „Mennicę na poziomie 850” – informuje B. Szyguła – gdzie wybijane były numizmaty z wizerunkiem Świętej Barbary. Okazjonalnie wydawane były także serie znaczków Poczty Harcerskiej 149, także z wizerunkiem naszej patronki. Dodajmy, że Mennica, jako najgłębiej działająca, została wpisana na listę rekordów i osobliwości…
Urząd Miasta Knurowa zaangażował się w odnowienie najstarszej kapliczki św. Barbary (1870). Miasto wystąpiło także z wnioskiem do Watykanu, by Święta Barbara stała się patronką miasta Knurowa. Już niedługo, dzięki inicjatywie władz miasta oraz mieszkańców, a także parafii knurowskiej, obok kościoła, tuż przy drodze, którą pokonać muszą górnicy podążający do pracy – stanie 8-metrowy postument naszej patronki.
Dodajmy także, że PZF Rybnik – Klub Zainteresowań „Kopasyny”, Koło Filatelistów nr 3 Knurów – zaangażował się w organizację Światowej Wystawy Filatelistycznej pt. „Górnictwo 93”. z tej okazji wydano w Knurowie medale i kopertę pocztową z wizerunkiem św. Barbary z kopalnianej cechowni.
W Izbie Tradycji KWK Knurów zorganizowano wystawę wizerunków św. Barbary z kopalń. Jednym z eksponatów stałej wystawy jest sztandar z 1948 roku. Można tam także podziwiać rzeźbę artysty Henryka Burzca z 1960 roku. Wydano także szereg publikacji ukazujących knurowskie Barbórki, zaś dla Telewizji „Silesia”, nakręcono 50 odcinków wspominających działalność „Gwarków”, które to spotkania za każdym razem zaczynały się od modlitwy pod wizerunkiem patronki górników.
Mennica Górnośląska w Knurowie wybiła 12 numizmatów z wizerunkiem św. Barbary wraz z opisem: „Święta Barbara o górnikach pamięta”, by górnicy mogli mieć zawsze przy sobie Jej wizerunek. – Dodajmy – przypomina B. Szyguła – że numizmaty wybito dla kopalń: „Budryk”, „Makoszowy”, „Dębieńska”, „Pniówek”, „Sośnica”,” Wujek”, Katowickiego Holdingu Węglowego, Bractwa Gwarków, Kręgu Barbar Śląskich oraz trzech z cechowni knurowskich kopalń.
(…) Konferencja zwyczajowo została poprzedzona uroczystą mszą świętą w kaplicy św. Barbary na poziomie 170 Zabytkowej Kopalni „Guido”, a przewodniczył jej Metropolita Katowicki abp. Wiktor Skworc. Po nabożeństwie goście udali się do gmachu Łaźni Łańcuszkowej. Na miejscu dokonano uroczystego otwarcia konferencji. W panelu dyskusyjnym można było wysłuchać opinii wielu ekspertów. W dalszej części konferencji przewidziano spotkanie wspomnianych depozytariuszy tradycji barbórkowych, po którym dokonano uroczystego podpisania deklaracji zgody wpisania kultu związanego z św. Barbarą, a także samej patronki górników na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego.
Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Dziedzictwo – tożsamość – bogactwo” znajduje się na s. 12 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Dziedzictwo – tożsamość – bogactwo” na s. 12 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Zawsze zdolności wydobywcze polskiego przemysłu węglowego są najmniejsze w czasie trwania koniunktury, a największe, kiedy ceny węgla szorują po dnie i na jego wydobyciu ponosimy ogromne straty.
Marek Adamczyk
Wstyd i hańba
Górnictwo węgla kamiennego w Polsce to dziedzina przemysłu, w której od 1990 roku, czyli od początku transformacji gospodarczej, nie mieliśmy dobrego gospodarza. Wydawało się, że rząd dobrej zmiany wreszcie przełamie tę fatalną passę i dokona cudu ekonomicznego, wyzwalając sektor z organizacyjnej niemocy. Niestety po 2,5 roku rządów, kiedy to obecni ministrowie w pełni odpowiadają za swoje decyzje (ze względu na ponad 2-letni cykl inwestycyjny w tej branży), mogę powiedzieć, że jest bardzo źle. I choć wyniki finansowe górnictwa są na tę chwilę dodatnie (ponad 3,6 mld zł netto), to czarne chmury nad nim gromadzą się szybciej niż nam się wydaje.
Obecne, świetne wyniki finansowe, są w ponad 95% wynikiem wzrostu cen węgla na rynkach światowych, a nie decyzji ministrów.
Polska nie ma w ogóle możliwości wpływu na ten rynek, ze względu na około jednoprocentowy (1%) udział w światowym wydobyciu. O wszystkim decyduje rynek w Azji Południowo-Wschodniej, przede wszystkim Chiny, a wkrótce również Indie. Niestety nasz udział w rynku węgla z każdym rokiem maleje i co gorsza, zawsze zdolności wydobywcze polskiego przemysłu węglowego są najmniejsze w czasie trwania koniunktury, a największe, kiedy ceny węgla szorują po dnie i na jego wydobyciu ponosimy ogromne straty.
To nie jest przypadek! Skoro nie możemy wpływać na ceny węgla na rynkach światowych, to czy możemy chociaż po części je przewidzieć, by w pełni korzystać z okresu hossy i przygotować się na nadejście bessy? Całą sytuację można porównać do małej łódki płynącej po wzburzonej rzece cen surowców energetycznych. Nie możemy płynąć po niej pod prąd, musimy płynąć z prądem i tak nią sterować, wykorzystując meandry rzeki, aby jak najmniejszym nakładem sił zawsze dobić do brzegu hossy, spić tam śmietankę koniunktury i obrosnąć tłuszczem pieniędzy. To ten „tłuszczyk” pozwoliłby bezpiecznie przetrzymać czas przyszłej bessy i umożliwiłby przygotowanie frontów wydobywczych na kolejną koniunkturę.
Tak to powinno wyglądać, ale niestety tak nie jest. Zawsze na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat rządzący postępowali odwrotnie, zawsze – wbrew oczywistym faktom i moim prognozom co do przyszłych trendów – inwestowali w rozwój mocy wydobywczych w szczycie koniunktury. Skutkowało to tym, że po 2–3 latach wpadaliśmy w pułapkę bessy z największymi zdolnościami wydobywczymi i największym bagażem kredytów inwestycyjnych do spłacenia. Brak popytu na węgiel i co za tym idzie, jego niskie ceny, oznaczają jedno: straty branży. To z kolei wymusza „reformy” i uzasadnia dalszą likwidację mocy wydobywczych, czyli ograniczenie strat. I tak wkoło Macieju przez ponad 20 lat. To wszystko doprowadziło do takiej sytuacji, że Polska z wielkiego eksportera węgla stała się jego wielkim importerem. Przecież to powód do wstydu!
I tak właśnie tę sytuację określa prof. Akademii Górniczo-Hutniczej dr hab. inż. Marek Ściążko w wywiadzie pt. Import węgla do Polski. Bez nowych złóż problem będzie narastał, udzielonym portalowi wnp.pl w dniu 06.04.2018 r.: „Moim zdaniem import węgla, w szczególności dla szeroko rozumianych potrzeb energetycznych, i to z kierunku wschodniego, jest wstydem narodowym.” Import węgla do Polski w 2017 roku wyniósł około 13,3 mln ton. W branży obawiają się, że w 2018 roku i latach następnych ten import będzie się mocno zwiększał (przekroczy 15 mln ton). Tyle publicznie mógł powiedzieć pan profesor, obawiając się szykan finansowych ze strony decydentów. Ja dopowiem resztę: to nie tylko wstyd narodowy, to hańba dla rządzących!
Czy to nie powinien być powód dla dymisji ministrów odpowiedzialnych za górnictwo i energetykę? Gdzie są górnicze związki zawodowe i dlaczego milczą w tej sprawie? Tylko Bogusław Ziętek, przewodniczący Sierpnia 80, zabiera głos:
„Jest rzeczą nieprawdopodobną, że pozwalamy do kraju, który węglem stoi, wwozić 13 mln ton, głównie rosyjskiego węgla. Chcę przypomnieć, że w czasach poprzedniej koalicji PO-PSL wielkość ta osiągnęła 10 mln ton i na granicach stanęły blokady. Dziś w Polsce zaczyna brakować naszego własnego surowca. Import rośnie i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. I nikt nic z tym nie robi” – cytat pochodzi z tego samego co wcześniej artykułu.
Mam nadzieję, że odpowiedzialny za wszystko premier Mateusz Morawiecki pochyli głowę nad tym tematem i poważnie zajmie się problematyką górnictwa węgla kamiennego w oparciu o analizę zmian wielu kluczowych wskaźników ekonomiczno-politycznych. Mam nadzieję, że weźmie on pod uwagę nie tylko zysk polskiego górnictwa wypracowany w latach 2016 i 2017, ale przede wszystkim rozliczy ministrów z powodu niewłaściwego przejęcia zarządzania górnictwem – bez wykonania audytów na poziomie ministerstw (w gestii których uprzednio były kopalnie) oraz rozliczy z powodu niewykonania planu wydobycia węgla (utracony zysk) w tym okresie (wydobycie węgla w polskich kopalniach spadło w 2017 roku o 6,5%, do około 66 mln ton), a także z powodu braku rozliczenia audytów na poziomie spółek węglowych.
I wreszcie mam nadzieję, że wskaźnik bezpieczeństwa energetycznego i suwerenności energetycznej Polski będzie jednym z najważniejszych branych pod uwagę przy podejmowaniu kluczowych decyzji w tym zakresie. Przypomnę tutaj, że do połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wynosił on 0,98, by w 2005 roku spaść do 0,85. Ile wynosi obecnie? Nie wiem. Wiedzę na ten temat posiada Ministerstwo Energii. Jednakże z ogólnych danych wynika, że z każdym rokiem bezpieczeństwo energetyczne kraju spada.
Import węgla do Polski rośnie w dramatyczny sposób. O ile w 2015 i 2016 roku wyniósł około 8,2 mln ton, to w 2017 roku wzrósł do 13,4 mln ton. Przewiduje się, że w latach następnych import przekroczy 15 mln ton. To kompletna porażka rządu, to efekt niezrealizowania obietnic wyborczych PiS-u z początku 2015 roku, złożonych osobiście przed kopalnią „Pokój” w Rudzie Śląskiej przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
Jarosław Kaczyński obiecał wówczas, że każda złotówka przeznaczona przez koalicję PO-PSL na likwidację kopalń (chodziło wtedy o 2 mld złotych) po wygraniu przez PIS wyborów zostanie przeznaczona na zwiększenie mocy produkcyjnych w polskim górnictwie.
Gdyby dotrzymano obietnic, polskie górnictwo wkroczyłoby z większymi zdolnościami produkcyjnymi w okres koniunktury 2016/17 i całkowicie zaspokoiło rynek krajowy, eliminując węgiel importowany do naszego kraju. Większa produkcja, o co najmniej 10 mln ton, oznaczałaby obniżkę kosztów wydobycia, czyli pozwoliłaby na znaczące powiększenie zysków nie tylko kopalń, ale również producentów sprzętu górniczego pracujących na rzecz przemysłu górniczego. Przy racjonalnej gospodarce nie doszłoby również do skandalicznych decyzji o likwidacji kopalń „Krupiński” i „Makoszowy” z ogromnymi zasobami węgla koksowego w tej pierwszej i bardzo dobrego węgla energetycznego w tej drugiej.
O tym, że kopalnia „Krupiński” ma ogromny potencjał do wygenerowania zysku rzędu 10 mld złotych z eksploatacji pokładu 405/1 świadczą starania angielskiej firmy Tamar o przejęcie kopalni ze spółki SRK.
Jej biznesplan zakłada eksploatowanie wyłącznie pokładów węgla koksowego, których rok wcześniej nie chciał zauważyć Minister Energii, pomimo licznych monitów ze strony OKOPZN. Czas najwyższy naprawić błędne decyzje rządzących, i to nie poprzez sprzedaż majątku podmiotom zagranicznym. To Naród jest właścicielem zasobów naturalnych i zyski z ich wydobywania muszą zostać w całości w kraju. W związku z tym „Krupińskiego” i inne kopalnie powinny przejmować polskie firmy, najlepiej te w 100% państwowe lub takie, w których państwo polskie zachowuje pakiet kontrolny.
Artykuł Marka Adamczyka pt. „Wstyd i hańba” znajduje się na s. 1 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marka Adamczyka pt. „Wstyd i hańba” na s. 1 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
Chrześcijanie obawiali się bliższych kontaktów z muzułmanami, bo byli słabsi prawnie. Stąd wielkie rody chrześcijańskie stawały się muzułmańskimi. Dlatego chrześcijaństwo się stopniowo wycofywało.
Antoni Opaliński
Zygmunt Kwiatkowski SJ
Widziałem, jak Syria się zapaliła
Z ojcem Zygmuntem Kwiatkowskim SJ, misjonarzem, który ponad trzydzieści lat pracował na Bliskim Wschodzie, autorem książki Za Daleki Bliski Wschód (Wydawnictwo Święty Wojciech, 2017), w której opisuje swoje doświadczenia i początek wojny w Syrii, rozmawia Antoni Opaliński.
Spotykamy się w Warszawie, w klasztorze Jezuitów przy sanktuarium św. Andrzeja Boboli. Ojciec przyjechał, aby odprawić mszę świętą w języku arabskim.
Tak jest, raz w tygodniu przyjeżdżam do Warszawy z intencją, aby spotkać się z osobami, które znają język arabski, a także z Polakami, którzy mają związek z Bliskim Wschodem, szczególnie z Syrią.
Jak wiele osób przychodzi na taką mszę w Warszawie?
Dwadzieścia kilka osób, to jest mała grupa… po mszy świętej jest spotkanie, oni potrzebują takich spotkań w swoim gronie.
Z jakiego okresu pochodzą teksty liturgii w języku arabskim?
To jest liturgia, która była najczęściej praktykowana przeze mnie w Syrii; to jest liturgia w obrządku łacińskim, ale w języku arabskim. Będąc w Syrii, odprawiałem również mszę w obrządku bizantyjskim i maronickim. Jednak okazało się, że prostota liturgii łacińskiej jest najbardziej do przyjęcia na co dzień, a dla mnie najbliższa. Podobną mszę mamy w Łodzi, co tydzień w czwartki. Nazywam to mszą ze św. Charbelem.
Cały czas słyszymy o kolejnych etapach konfliktu w Syrii. Jakie są korzenie tej wojny i dlaczego trwa tak długo?
Podoba mi się pytanie o korzenie. Na ogół sądzi się, że wszystko już wiemy i tylko myślimy o rezultacie, a więc – jak pomóc tym ludziom. Tymczasem konieczne jest zapytanie, skąd to się bierze? Najprościej mówiąc, tak samo jak przy niedomaganiach fizycznych, czymś zasadniczym jest diagnoza, żeby później odbyło się leczenie. Mam duże przekonanie – i to sprawia ból – że tyle cierpienia, taki bezmiar katastroficznych skutków tej wojny, i w zasadzie nikt nie wyjaśnił, jakie są przyczyny. Najpierw optymistycznie mówiono, że to jest wiosna arabska, że to jest coś dobrego, że zaraz zobaczymy tego owoce, zakwitnie, zazieleni się, będzie demokracja i postęp… Tym bardziej, że to jest rejon, który obfituje w bogactwa naturalne. Skądinąd wiadomo – nie jesteśmy naiwni – że tam się koncentrują te główne wektory polityczne, że tam jest obecny i Wschód, i Zachód, albo – jeśli tak wolimy powiedzieć – Rosja i Stany Zjednoczone. Plus potęgi regionalne – a więc Izrael, Iran, Turcja, a więc Arabia Saudyjska. Zaangażowana jest polityka światowa. Tym bardziej to jest przykre, jeśli chodzi o Syryjczyków. Bo patrzy się na nich jak na ludzi, którzy zafundowali sobie taki bałagan, bili się między sobą i w efekcie musimy im pomagać. Tymczasem oni chcieliby pokoju i jest dużo znaków porozumienia się. Przecież oni nie byli jedynym podmiotem, który jest odpowiedzialny za to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. I teraz widać, że to nie w ich gestii jest zakończenie tej wojny. Ludzi myślących to nie dziwi, bo świat jest coraz bardziej globalny i liczą się przede wszystkim globalne potęgi. I tu jesteśmy u źródeł konfrontacji, próby sił, jakiegoś ustalania tego, co nawet oficjalnie nazywano Nowym Porządkiem Świata, ogłoszonym jeszcze przez prezydenta Busha. Ten świat jest jakoś porządkowany; to oczywiście jest eufemizm, to porządkowanie raczej przypomina trzęsienie ziemi – to jest po prostu wojna, bez owijania w bawełnę.
Ksiądz spędził w Syrii ponad trzydzieści lat. Jak tam się żyło? Rządy były raczej surowe…
Ks. Zygmunt Kwiatkowski SJ | Fot. Wydawnictwo Święty Wojciech
Najpierw osobiście – to był kraj, do którego nie miałem wielkiego sentymentu i nigdy nie myślałem, że tam pojadę. Pojechałem, ponieważ zostałem wysłany na misję, wcale nie chciałem tam się udać. Rok 1982 w Polsce to był rok intensywnej pracy, byłem duszpasterzem akademickim na KUL-u, w środowisku lubelskim wrzało: bardzo dużo ciekawych ludzi, zaangażowanych, zatroskanych o Polskę, chcących coś robić. A więc widziałem, że jest potrzeba, podobała mi się ta praca. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę z tego, że mam 37 lat. Zaczynać język, który jest zupełnie obcy… ja już miałem dosyć studiowania. Studiowałem, zanim wstąpiłem do zakonu, później w zakonie. I rzeczywiście, pojechałem do tego kraju jak na pustynię, nie znając języka arabskiego, słabo znając język francuski. Żeby poznać arabski, trzeba było dużo energii i równocześnie wyciszenia poza aktywnością szkolną. To, co mnie pociągało w tym kraju, to świadomość, że jestem blisko Ziemi Świętej, że to jest ziemia biblijna, Damaszek i nawrócenie Szawła, który tam został Pawłem.
Z Biblii wiem, że monarchia Salomona sięgała jeszcze poza Damaszek, aż do Homs. Świadomość tego, że Kościół stamtąd się wywodzi, miała dla mnie znaczenie i to było coś pozytywnego. Później natomiast, o dziwo, to przyjaźnie, ludzie, szczerość tych przyjaźni sprawiły, że moje samopoczucie było dobre i odnalazłem się w tym kraju. To był kraj według naszych pojęć zacofany, ale istniał tam olbrzymi potencjał rozwoju i rzeczywiście nastąpiła kolosalna zmiana, przy czym warte jest zauważenia, że nie zdradzili samych siebie, że ich tożsamość pozostała nienaruszona. To był rzeczywiście rozwój, nie tylko dlatego, że zaczęli dysponować wysokimi technologiami. Ale pozostali ludźmi – nie chcę powiedzieć, że byli święci – ale ludźmi, którzy nie gardzili świętością. Szczególnie widziałem ten rozwój wśród chrześcijan, którzy byli dumni z tego, że świat Zachodu jest im bliski, a z drugiej strony nie utożsamiali się z wyraźnie negatywnymi znamionami tej cywilizacji. Byli do nich krytycznie ustosunkowani – mówię o Syryjczykach w ogólności. Oni bardzo dbają o rodzinę, mieli kontakty, wielu ludzi mieszkało w Europie, nie mówiąc o takich kontaktach, jak telewizja i internet. Sfera moralna była bolesna, i to coraz bardziej.
Początkowo chrześcijaństwo wniosło ze sobą szkolnictwo, szkolnictwo wyższe, szpitale, troskę o zdrowie. Tak więc kojarzyło się z postępem o ludzkiej twarzy. Później, kiedy pojawiła się telewizja satelitarna i dostęp do programów obscenicznych, do programów, które Syryjczyków szokowały, łatwo było kaznodziejstwu, które było przeciwko Zachodowi i chrześcijaństwu, udowadniać: zobaczcie, czym jest Zachód, co proponują nam tak zwani chrześcijanie. Ten szok miał duże znaczenie w przewartościowaniu: od aprecjacji i uznania dla kultury i cywilizacji zachodniej do niechęci i obawy, że ona może zniszczyć ich środowisko moralne i wartości, którymi żyją.
Jak w porównaniu z Polską wygląda poziom ich wiary, staranność liturgii, świadomość historii Kościoła?
To jest bardzo ciekawe i pewnie związane również z ich charakterem. Bo z jednej strony widziałem nadzwyczajne symptomy przywiązania do swojej tradycji. Chciało im się uczyć języka liturgicznego, np. aramejskiego, albo u Koptów – koptyjskiego. Powtarzali całe frazy i mieli tę radość, że mogą modlić się w tym języku, który na co dzień nie jest używany. Z drugiej strony widziałem nadzwyczajną wolność wewnętrzną. Oni nie mili kłopotu, żeby pójść do kościoła o innym rycie i tam uczestniczyć w modlitwie. W naszym Centrum, które prowadziliśmy w kilku miastach – byli z nami na co dzień, ale w czasie świąt całą rodziną chodzili do swojego kościoła. Nie było kwestii, czy są związani z kościołem syriackim, maronickim czy prawosławnym. Przychodzili do nas ze względu na konferencje, na formację, na udział we wspólnotach czy grupach, na inicjatywy, które tam były podejmowane. Uważam, że to było zdrowe podejście. Na tym powinien polegać dialog, żeby nie wykorzeniał ze swojej tradycji, ze swojego Kościoła, ale z drugiej strony nie zamykał też, nie patrzył takim krytycznym wzrokiem na tych, którzy są odmienni. Stąd, jeśli mowa o tym, jacy oni są: z jednej strony przywiązani do tradycyjnych modlitw, z drugiej strony mają łatwość, żeby zaakceptować nową propozycję.
Jak układały się stosunki chrześcijan z muzułmanami? Ojciec był świadkiem tego przez wiele lat.
Odpowiedź jest łatwiejsza, jeśli ktoś wie, na czym polega ideologia multikulti. To było bardzo atrakcyjne – wszyscy jesteśmy bliscy, wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy się nawzajem szanujemy… a sprawa religii i wierzeń – to jest sprawa prywatna, o tym się nie mówi, o tym nie powinniśmy mówić, bo to dzieli… Tymczasem okazało się, że w Europie to się nie sprawdziło. W sferze idei ładnie się prezentowało, ale wiara u człowieka o aspiracjach wewnętrznych i orientacji życiowej idzie dalej niż sprawy praktyczne – nie jest tylko sprawą prywatną, ona promieniuje poprzez osobowość, obojętnie, czy jest on w świątyni, czy sam w swoim pokoju, na wakacjach czy w pracy. Szczególnie u muzułmanów są pewne nakazy, żeby eksterioryzować wiarę, dotyczące stroju czy jedzenia. Oni nie mają żadnego problemu, żeby modlić się w parku na trawie czy w innych miejscach użytku publicznego. Czyli nie dało się tego zamknąć tylko w sferze prywatnej. I nie tylko praktycznie. Z antropologicznego punktu widzenia zamknięcie religii w sferze prywatnej to jest ograniczenie, coś, co blokuje osobowość człowieka. Wschód posiada pod tym względem inne doświadczenie. Niedawno ukazała się książka, która jest wywiadem z patriarchą maronitów, kardynałem Becharą Raim. Pierwszy raz spotkałem się ze sformułowaną w takim wymiarze propozycją, jak Kościół Wschodni widzi współżycie między różnymi wspólnotami świeckimi i religijnymi. To zdawało egzamin. I to niesie więcej szacunku do człowieka.
Okładka książki o. Zygmunta Kwiatkowskiego SJ
Nie mówię tu o spojrzeniu muzułmańskim, bezpośrednio związanym z Koranem. Tam wyraźnie są dwie kategorie ludzi – wierzący i niewierni – nie niewierzący, ale właśnie niewierni. I ten niewierny jest człowiekiem drugiej kategorii, a jego prawa są ograniczone. Ale ja mówię o spojrzeniu chrześcijańskim, które respektuje odrębność religijną drugiego człowieka i uznaje za coś naturalnego wspólnoty, które posiadają swoją wiarę i jednocześnie są członkami tej samej zbiorowości narodowej, tworzą określony naród i państwo, w związku z czym przekonania religijne drugiego człowieka zasługują na szacunek.
Rzeczywiście ja to widziałem: w czasie świąt chrześcijańskich muzułmanie odwiedzali rodziny czy składali życzenia w miejscu pracy. Tak samo zachowywali się chrześcijanie w okresie ramadanu – bez żadnego nacisku, bo w Syrii nie było obowiązku jego przestrzegania. W niektórych krajach, jeżeli ktokolwiek podczas ramadanu w dzień spożywa jedzenie, jest traktowany jak przestępca. Natomiast chrześcijanie w Syrii z własnej inicjatywy nie pili w pracy kawy czy herbaty, ewentualnie gdzieś dyskretnie, żeby wspierać muzułmanów, być solidarnymi z ich postem. Nieraz byłem w Syrii uczestnikiem takich spotkań, gdzie nawet biskup i księża organizowali kolację ramadanową dla duchowieństwa muzułmańskiego. To nie był ani przymus, ani teatr, tylko wyraz szacunku dla kogoś drugiego.
Bardzo często na uniwersytecie, jak chrześcijanie byli w swojej grupie i przychodzili muzułmanie, to oczywiście byli życzliwie przyjmowani: „witamy naszego brata w wierze”. Dopiero później zrozumiałem, że chodziło o to, żeby dać znać, żeby nikt z obecnych nie powiedział czegoś nieprzyjemnego. To był wyraz szacunku, a jednocześnie obawa, żeby nie zapaliła się iskra konfliktu, wzajemnej niechęci. To się wyczuwało, że kwestia przynależności do wspólnoty religijnej jest istotna. Oni od razu to widzą: jak dziewczyna jest zakwefiona, to wiadomo, że muzułmanka; jeżeli ma odkryte włosy to chrześcijanka. Poza tym pewne imiona mają tylko muzułmanie, inne chrześcijanie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jeżeli imię jest neutralne, to wystarczy kilka zdań i już się orientują i wiedzą, jak rozmawiać. Czyli jest w tym wszystkim element obcości, ale ja bym tego nie wyolbrzymiał.
A jak to się przekładało na sytuację prawną, bo jednak chrześcijanie byli w mniejszości, nawet jeżeli pod pewną opieką państwa?
Ponieważ źródłem prawodawstwa w Syrii był Koran, więc pewne elementy prawa były dla chrześcijan krzywdzące. Ogólnie – muszę to jeszcze raz podkreślić – było dużo szacunku i wzajemnej życzliwości. To wpływało na pewną kulturę, która była przez wszystkich przyjmowana i praktykowana. Stąd życie w Syrii i kontakty z Syryjczykami były bardzo przyjemne. Poza tym byli bardzo gościnni. Bardzo często w autobusie, kiedy chciałem płacić za bilet, przychodził konduktor i mówił, że już ktoś zapłacił. Ot dlatego, że jestem cudzoziemcem.
Przede wszystkim prawo małżeńskie i rodzinne były regulowane przez prawo religijne. Nie byłoby problemu, gdyby chrześcijanie mogli żyć po chrześcijańsku, muzułmanie po muzułmańsku. Ale prawo państwowe musi regulować też kwestie pomiędzy odmiennymi wspólnotami religijnymi. I tutaj muzułmanie byli górą. Najbardziej drastyczne kwestie to takie, że jeśli chrześcijanin chciał poślubić muzułmankę, musiał zmienić religię i zostać muzułmaninem. Nieraz tak się dzieje – nie dlatego, że ktoś planuje, że ożeni się z muzułmanką, tylko po prostu się zakocha. Wtedy jest zgroza, bo taki chrześcijanin, nie mając najmniejszej ochoty, żeby być muzułmaninem, jest do tego zmuszany. Natomiast muzułmanin może swobodnie ożenić się z chrześcijanką i nie tylko nie musi zmieniać religii, ale też jego dzieci będą wręcz pilnowane, żeby były muzułmanami. Chrześcijanka może pozostać chrześcijanką, jeśli poślubi muzułmanina, ale on może poślubić drugą i trzecią, i kolejną żonę, i może się z nią rozwieść. Ona, nawet pozostając jego jedyną żoną, nie ma możliwości dziedziczenia. Takie elementy sprawiały, że chrześcijanie obawiali się bliższych kontaktów z muzułmanami, ponieważ byli słabsi prawnie. Stąd, takie jest doświadczenie historii, wielkie rody, początkowo chrześcijańskie, stawały się muzułmańskimi. Dlatego chrześcijaństwo się stopniowo wycofywało.
Najpierw byłem oburzony na to, że chrześcijanie boją się muzułmanów, tworzą coś w rodzaju getta. Później zrozumiałem, że to ma znaczenie. Boją się dalej idących relacji i przyjaźni ze względu na dzieci. Żeby się nie zdarzyło, że syn zakocha się i wtedy prawo zmusza go do tego, żeby stał się muzułmaninem, a jego rodzina muzułmańska.
I od tego świata, w którym, mimo nierówności prawnej, chrześcijanie żyli w pewnej harmonii, przeszliśmy do wojny i groźby zagłady wspólnot chrześcijańskich. Jak to się stało?
No właśnie, byłoby śmieszne mówić teraz: myśleliśmy, że będzie wiosna, a nadeszła zima. Widziałem, że stosunki z muzułmanami były dobre. Co więcej, przyjechał Jan Paweł II i Syria, która jest w większości muzułmańska, przyjęła go z wielkim szacunkiem. Niektórzy mówili do nas: „jesteście szczęśliwi, że macie takiego przywódcę”; mówili, że światło biło z Jego twarzy.
Niedawno słynna mistyczka Myrna Nazzour zapytana, jakiej Syrii pragnie, odpowiedziała: takiej, jaką była. My nie chcemy państwa chrześcijańskiego, choć nieraz nam się proponuje kanton chrześcijański. Niech wróci to, co było, byle był szacunek. I to mówiła kobieta, która wiedziała o tych nierównościach, np. o takich, że chrześcijanin nie może zostać prezydentem. Ale chrześcijanie w tym kraju byli szanowani, respektowani, mogli się uczyć. Bardzo dbali o wykształcenie, wiedzieli, że to jest ich ostoja.
Ale w to wkradł się element ideologiczny i pieniądze. Syryjczycy wiedzieli, czym jest wojna w Iraku; w Syrii było dwa miliony Irakijczyków. Wiedzieli, co się stało z Irakiem, jaka tam nastąpiła olbrzymia katastrofa. Pojawiły się protesty i wcale nie ukrywano, że były one opłacane, ktoś za to płacił. Za każdy protest, który wychodził z meczetu, płacono każdemu pięćset albo tysiąc lirów. Chrześcijanki mówiły, że słyszały od muzułmańskich sąsiadek: „teraz mam dobrze, bo moi synowie pracują, chodzą na te pokojowe protesty, otrzymują pieniądze, już kupiłam lodówkę” itd.
Sam widziałem, jak rebelianci w maskach, z karabinami zatrzymali autobus. Jeszcze wtedy się uratowałem, bo to nie była „kreska” na cudzoziemców. Nawet nie wiem, czy mnie rozpoznali. Oni szukali młodych ludzi, którzy mogli być żołnierzami po przeciwnej stronie. Później, wychodząc, powiewali banknotem i mówili: „jak dojedziecie do miejsca zamieszkania – w całej Syrii są protesty i za każdy płacimy pięćset albo tysiąc lirów”. To były pieniądze za pokojowe manifestacje, które potem okazały się niezbyt pokojowe.
Płacone przez kogo – Arabię Saudyjską, Turcję, Amerykę, Rosję, Europę?
Myślę, że dobrze, jak zakończymy nasze spotkanie tak, jak rozpoczęliśmy. Uważam, że to jest dobre pytanie, które jest konieczne. Nie należy tylko klajstrować i myśleć, jak pomóc. Trzeba odpowiedzieć, skąd to się bierze. Kwestia odpowiedzialności jest ważna. Teraz w Polsce tak dużo się mówi o historii, o tym, że byliśmy ofiarami i nie można nas rozliczać jako sprawców. Jeżeli po siedemdziesięciu latach pytanie o przyczyny jest ważne, to tym bardziej Syrii nie można tylko pomagać i uspokajać, bo to może być zamiatanie pod dywan.
Kto to zapoczątkował, dlaczego została dokonana inwazja w Iraku, pod sfingowanym pretekstem? Wiadomo, że to jest newralgiczny punkt świata. Papież nie jest politykiem, ale kilkakrotnie powiedział, że to jest trzecia wojna światowa. To coś znaczy… Wojna hybrydowa. Jak przyjeżdżam do Polski, mam inną wrażliwość na wojnę na Ukrainie. U nas się przyjęło, że tam gdzieś jest problem. Ale to nie jest tylko problem Ukrainy. Ja widziałem, jak Syria się zapaliła, a miała się nie palić. Oni tego nie chcieli.
Jeżeli świat jest globalny, to wojna światowa nie musi być od razu z czołgami, czerwonymi gwiazdkami i innymi emblematami państw. W Syrii jest sto organizacji bojowych, które wydają się nie do opanowania. One reprezentują któreś z tych potęg. Nawet jeśli nie wprost, żołnierze tych państw uczestniczą w tej wojnie, a te potęgi nią kierują.
Wywiad został przeprowadzony w lutym br.
Wywiad Antoniego Opalińskiego z ks. Zygmuntem Kwiatkowskim SJ pt. „Widziałem, jak Syria się zapaliła” znajduje się na s. 9 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018,
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Antoniego Opalińskiego z ks. Zygmuntem Kwiatkowskim SJ pt. „Widziałem, jak Syria się zapaliła” na s. 9 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl
To nie jest wojna domowa. Tu liczy się ropa naftowa – twierdzą nasi syryjscy rozmówcy. Dla chrześcijan z Syrii to Stany Zjednoczone są ich głównym wrogiem i władcą marionetek z Państwa Islamskiego.
Luiza Komorowska
Amal zdecydowała się opuścić swoją ojczyznę po czterech i pół roku wojny. Wspomina, że było to życie w ciągłym strachu i niepewności. Naokoło spadały wciąż bomby. Wraz z najbliższą rodziną trafiła do Polski. Mieszkają na południu Polski pod opieką instytucji związanej z Kościołem. Rodzina syryjskich chrześcijan bardzo polubiła nowe miejsce, mimo zdarzających się nieporozumień. (…)
– Polacy nie wierzą, że jesteśmy chrześcijanami. Chcielibyśmy im powiedzieć, że naprawdę nimi jesteśmy, a jeśli chodzi o muzułmanów, to nie wszyscy są terrorystami.
Umiarkowani muzułmanie nie akceptują terroryzmu. Poza tym Polacy uważają nas za przybyszów z dżungli, a my mamy dobre wykształcenie. Edukacja w Syrii jest obowiązkowa do dziewiątej klasy. (…)
Wyobrażenie tych, którzy tutaj przybyli, nieco minęło się z rzeczywistością, jaką zastali. Na drodze prawnej i administracyjnej pojawiały się trudności, by tu pozostać; nie wszyscy okazywali serdeczność, czasem wręcz dawało się odczuć niechęć. Bywa, że imigranci na status uchodźcy czekają bardzo długo, sprawy ciągną się miesiącami. Mimo to są bardzo wdzięczni wszystkim, którzy pomogli im się tu osiedlić.
– Mamy możliwość wyjazdu do Niemiec, jak inni Syryjczycy, ale wolimy zostać w Polsce. Podoba nam się tutaj, bo to „cichy i spokojny kraj”… tak jak Syria przed wojną. (…)
– Nie potrafisz sobie wyobrazić ogromu cierpienia, które znosiliśmy. Każdego dnia martwiłam się o swoje dzieci, że zostaną porwane w drodze na studia czy do pracy. – opowiada Hiba. Ona także nie chce zdradzać nazwiska z obawy o swoje bezpieczeństwo. W Polsce jest od trzech lat. Pochodzi z Homs, gdzie mieszkała i uczyła w szkole dzieci języka arabskiego. Wojna trwała już około czterech lat, kiedy pewnego ranka Hiba poszła do pracy jak co dzień – nie wiedząc, czy wróci. Samochód z ładunkiem wybuchowym eksplodował tuż przy szkole, w której uczyła. Zginęło więcej niż pięćdziesięcioro dzieci. Ich ciała, krew i plecaki w szczątkach spadały na pobliskie ulice, drzewa i domy. Po tym wydarzeniu nie mogła mówić przez dwa dni. Nie wytrzymała. (…)
– Gdyby tylko USA i Rosja zechciały skończyć tę wojnę, mogłyby to zrobić w każdej chwili. Ale to jest polityka, nie zrozumiesz tego. To nie jest wojna domowa. Tu liczy się ropa naftowa – twierdzą nasi syryjscy rozmówcy. Dla chrześcijan z Syrii to Stany Zjednoczone są ich głównym wrogiem i władcą marionetek z Państwa Islamskiego. Arabia Saudyjska, Katar, Turcja i Izrael są jego sprzymierzeńcami.
Fot. Pomoc Kościołowi w Potrzebie
Baszar al-Asad jako alawita zapewniał wolność i bezpieczeństwo zarówno chrześcijanom, jak i umiarkowanym muzułmanom. Opozycja wspierana przez USA to radykalni muzułmanie należący do sunnitów, którzy innym wyznaniom nie zapewnią podstawowych praw.
Ten obraz powtarza się w kolejnych rozmowach. Chrześcijanie z Syrii i misjonarze nie idealizują syryjskiego dyktatora, twierdzą po prostu, że jego rządy zapewniały bliskowschodnim chrześcijanom spokojne życie. Wojna przyniosła widmo zagłady dla wspólnot, których historia sięga często czasów apostolskich. Nasi rozmówcy nie wierzą, że atak chemiczny w Dumie został przeprowadzony przez siły rządowe – Asad nie byłby taki głupi, przecież wie, że wszyscy patrzą mu na ręce – przekonują chrześcijanie z Syrii, chroniący się w Polsce. Nasi rozmówcy kwestionują informacje z mediów. Sekwencja wydarzeń i krótki czas ich realizowania nie przekonuje o ich autentyczności. Nieudowodniony do końca atak chemiczny, komediowe odgrażanie się Donalda Trumpa na Twiterrze, ewakuacja bazy Rosjan i… rakiety lecą z amerykańskich okrętów. Specjaliści nazywają to wyreżyserowanym spektaklem. Wielu obserwatorów przypomina amerykańską inwazję na Irak, której towarzyszyły nigdy niepotwierdzone zarzuty posiadania przez reżim w Bagdadzie broni masowej zagłady. (…)
W Syrii nie giną tylko chrześcijanie, ale bombarduje się głównie ich dzielnice, gdyż stanowią najsłabsze ogniwo. Kiedy chce się zemścić na Zachodzie, uderza się w chrześcijan.
Geopolityczny kontekst przedstawił w Poranku WNET arabista Franciszek Bocheński. Jego zdaniem – niezależnie od tego, czy syryjski reżim użył broni chemicznej, czy nie – Amerykanie dążą do zniszczenia Syrii jako ostatniej pozostałości po „arabskim ruchu narodowym”. Z kolei Rosjanie bronią rządu w Damaszku jako przyczółka zapewniającego im obecność na Bliskim Wschodzie.
– Syria przed wojną była wzorcowym przykładem wzajemnych relacji różnych wyznań. To Europa wyhodowała największe ekstrema religijne – dodaje ks. Cisło – Nauczanie imamów w krajach naszego kontynentu nie było kontrolowane. Korzystali oni z przywilejów kraju, w którym gościli, jednocześnie nawołując do podbijania go.
Przed wojną w Syrii było ponad 20 mln mieszkańców. Do tej pory wyemigrowało 5 milionów. Według niemieckich służb 1–2 procent uchodźców to terroryści, natomiast libańskie służby twierdzą, że terrorystów jest nawet 5 procent.
Od 2013 roku Polska przyjęła 506 uchodźców z Syrii (dane na początek marca 2016). 348 wniosków zostało rozpatrzonych odmownie.
Cały artykuł Luizy Komorowskiej pt. „Wrócą, kiedy skończy się wojna – nie ich wojna” znajduje się na s. 8 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Luizy Komorowskiej pt. „Wrócą, kiedy skończy się wojna – nie ich wojna” na s. 8 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl