Nawrócenie libańskiego wojownika / Wywiad Tomasza Wybranowskiego z Assaadem Emilem Chaftarim, „Kurier WNET” 49/2018

Do wszystkich dziennikarzy mam takie oto przesłanie: „Płyńcie pod prąd głównego nurtu, ponieważ mainstream nie jest dobrym kierunkiem. Tylko płynąc pod prąd, będziecie w stanie zmieniać świat!”.

Tomasz Wybranowski
Assaad Emile Chaftari

Jestem gotów przejść piekło

Assaad Emile Chaftari był wysokim rangą oficerem i „numerem 2” wywiadu Chrześcijańskiej Milicji (powiązanej z partią chrześcijańsko-demokratyczną Kataeb – Libańską Partią Socjalno-Demokratyczną, nazywaną także Falangami Libańskimi wiernymi Baszirowi al-Dżumajilowi), podczas libańskiej wojny domowej w latach 1975-1990. Kiedy rozpoczęła się wojna, Assaad Chaftari dołączył do jednostki łączności w siłach chrześcijańskich, a później ukończył kurs artyleryjski. Twierdzi, że „przeżył prawdziwe piekło na ziemi”. Był odpowiedzialny podczas działań wojennych za śmierć setek ofiar. W 1988 roku zetknął się z organizacją „Inicjatywa dla Zmian” („Initiatives of Change”). Wtedy przeżył duchowe odrodzenie. Zaczął zastanawiać się, czy rzeczywiście podczas wojny domowej w Libanie stał po stronie Boga.
W 2000 r. napisał długi i przejmujący list z przeprosinami do wszystkich swoich ofiar i ich rodzin, który opublikowano w ogólnokrajowej prasie libańskiej. W 2015 roku cały list ukazał się jako trzystustronicowa książka, pod tytułem La Vérité même si ma voix tremble (Mówić prawdę, nawet jeśli twój głos drży).
Od prawie dwudziestu lat swoje życie poświęca budowaniu pokoju i poszukiwaniu dobra w każdym człowieku, bez względu na wyznawaną religię, kolor skóry i polityczne przekonania. Obecnie jest aktywnym działaczem ruchów i organizacji pozarządowych oraz członkiem koalicji Wahdatouna Khalasouna, która przybliża Libańczykom ideę i potrzebę zmian na poziomie osobistym, dialog i niestosowanie przemocy, by uratować kraj. W swojej misji odwiedzał także Libię, aby ziarno dobra i braterstwa zaszczepić w sercach walczących. W czerwcu bieżącego roku był jednym z gości konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich „Media as a Public Service” – „Media jako służba publiczna”.
Wywiad przeprowadził Tomasz Wybranowski.

Witam w Polsce.

Dziękuję bardzo za zaproszenie i danie mi szansy tej rozmowy. Bardzo się cieszę, że aż z Libanu mogłem przylecieć na konferencję organizowaną przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

To pierwsza Pana wizyta w naszym kraju? Jakie są Pana wrażenia?

Szczerze mówiąc, wiem dużo o Polsce z wielu książek historycznych i opracowań. Teraz mogę to skonfrontować, będąc tutaj. Polska wiele wycierpiała przez ostatnie dwieście lat, szczególnie w trakcie II wojny światowej. I potwierdziło się to podczas wypraw do warszawskich muzeów.

Na twarzach uczestników konferencji, z którymi miałem okazję rozmawiać, malował się przede wszystkim smutek i zaduma. Także Pan po wyjściu z gmachu Muzeum Powstania Warszawskiego, a potem z Muzeum Polin, był bardzo przejęty…

To prawda… Szczególnie pierwsza wizyta, w Muzeum Powstania Warszawskiego, była dla mnie swoistym déjà vu. Polska od zawsze była historycznie otoczona przez potężne mocarstwa, które na przestrzeni wieków nigdy nie życzyły Wam dobrze. To jest trochę jak z Libanem, który jest otoczony przez Syrię. Kiedy słuchałem przewodniczki i przemierzałem sale Muzeum Powstania Warszawskiego, identyfikowałem się z uczuciami ludzi, którzy doświadczali bólu i cierpienia w przeczuciu, że może już nie być dla nich jutra. Kiedy odwiedzałem dzisiaj warszawskie muzea, otworzyła się jeszcze bardziej rana w moim sercu.

Wspomniał Pan, że widzi liczne analogie do historii Libanu i Polski. My w Polsce żyjemy teraz w roku stulecia jubileuszu odzyskania niepodległości. Staramy się budować silną i sprawiedliwą Polskę, zapominając o czasach wojen i komunizmu. Czy Libańczykom udało się przegonić zmory wojny domowej z lat 1975–2005?

Właściwie wojna w Libanie zakończyła się oficjalnie w roku 1990, po piętnastu latach walk. Przygnębiające będzie to moje spostrzeżenie, ale muszę powiedzieć, że w Libanie ciągle święcimy początek wojny domowej, a nie jej zakończenie. To bardzo smutne i oznacza jedno, że ciągle jeszcze nie wyciągnęliśmy wniosków z naszej przeszłości i odniesionych ran. Niewątpliwie jest to trochę związane z kulturą naszego kraju.

Co to oznacza?

Wybieramy chowanie brudów pod dywan niż prawdziwą rozmowę i rzeczywiste rozwiązanie problemów. Niestety w Libanie nie udało nam się nawet otrzeć o sprawiedliwą ocenę wojny. Niestety nie było też prawdziwego pojednania. Oczywiście nasi politycy uważają, że wszystko jest w porządku. W przenośni całowali się wzajemnie w naszym Zgromadzeniu Narodowym, gdzie się spotykają podczas obrad. Ale ludzie nie są tak naprawdę jeszcze ze sobą pogodzeni do końca, w sercach. Oni mieszkają razem, blisko siebie. Zgoda, ale my to nazywamy jedynie współmieszkaniem. Żyjemy obok siebie, choć bardzo chcielibyśmy mieć wspólne perspektywy i własne życie. Tej wspólnoty nie ma. Podsumowując, to nie jest do końca prawda, że my w Libanie zakończyliśmy wojnę.

Bejrut w 1982 roku | Fot. PR Feary, Archiwum Rządu Federalnego USA

W tym miejscu przypomnę motto konferencji organizowanej przez SDP: „Media jako służba publiczna”. Moim zdaniem, aby tworzyć wspólnotę, tę prawdziwą, wiele zależy od mediów. Czy w Libanie media zmieniają sumienia i serca czytelników, słuchaczy?

To bardzo dobre nawiązanie. Aby zbudować pokój i wspólnotę, potrzebne są prawdziwie wolne media. W Libanie niestety nie możemy mówić, że media są wolne i niezależne. Zazwyczaj są one inspirowane i sterowane przez grupy polityczne, aby wychwalały ich liderów i dyskredytowały ideologicznych oponentów albo mają wyraźne powiązania z zagranicznymi ambasadami. To smutne, co powiem, ale muszę być szczery…. Media w moim kraju, niestety, dolewają oliwy do ognia podziałów i konfliktów wewnętrznych. Dzielą, zamiast skupiać się na budowaniu prawdziwego pokoju między wszystkimi Libańczykami.

Brak nadziei, aby ten stan zmienić? Jest tak źle?

Właśnie! Powinniśmy zawsze dodawać w naszych libańskich przekazach i wiadomościach to słowo: nadzieja! Przecież gdyby było tak dobrze, idealnie, to po co mielibyśmy się teraz spotykać w Warszawie na konferencji „Media as a Public Service”, czy w innych zakątkach świata o tym debatować? Może kiedyś uda się takie spotkanie dziennikarzy z różnych stron świata zorganizować i u nas, w Bejrucie. Dlaczego? Ponieważ wiemy, że zmiana jest możliwa. Ja sam to wiem na przykładzie mojego serca, które się odmieniło.

Przeszedłem drogę od walki zbrojnej przez etap wewnętrznego przełomu, do stwierdzenia, że miłość bliźniego jest lepszą drogą niż konflikty, wojny i podziały w imię politycznych i religijnych barier. A ponieważ ja byłem w stanie się zmienić, to jestem przekonany, że każdy człowiek jest w stanie to zrobić. Dlaczego? Bo myślę, że każdy jest lepszy ode mnie.

Czy jesteśmy naprawdę gotowi, gdziekolwiek na świecie, na dobre i braterskie spotkanie z innymi? I czy media mogą zbliżać ludzi?

Oczywiście, że media mogą zbliżać ludzi. My żyjemy, nie rozumiejąc innych. Sami wykreowaliśmy, ba! Pozwoliliśmy, by działały nasze instynkty, często dokarmiane strachem, zamiast nasze serca. I tu powinna pojawiać się chrześcijańska zasada miłowania bliźniego. Jeśli zawsze będziemy starali się dbać o dobro innych, tak samo jak dbamy o interesy nas samych, to zbliżymy się do prawdy o naszym człowieczeństwie. Ważne jest, aby postrzegać drugiego człowieka, jakim on jest w istocie, z jego punktu widzenia, a nie, jakim się nam wydaje lub wolelibyśmy, by taki po prostu był. Tajemnica zrozumienia innego polega na akceptowaniu go takim, jakim on jest, bez próby zmieniania.

Musimy wykonać ten pierwszy krok?

Przede wszystkim trzeba pozwolić temu drugiemu stać się podobnym do mnie lub do sposobu, w jaki ja widzę rzeczy i postrzegam świat.

Nie jest to łatwe, bo można w ten sposób narzucać swoje widzenie rzeczywistości.

Ale trzeba dać mu możliwość posiadania własnego wyobrażenia, a przez to i widzenia rzeczy, jakie jemu się podobają lub wydają się ważne. Tym procesem jest próba lepszego poznania go, aby dostrzec, w jaki sposób możemy osiągać tę wspólną płaszczyznę. By odnaleźć ten wspólny mianownik, musimy unikać zasiedzenia we własnych czterech kątach stereotypowego myślenia, próbując zagarnąć od innych jak najwięcej dla siebie. Mam nadzieję, że będziemy żyli w lepszym świecie.

Myślę też, nawiązując do poprzedniego pytania, że media odgrywają jedną z ważniejszych ról we współczesnym świecie. To właśnie media kreują opinię publiczną. A jak jest opinia publiczna kreowana współcześnie, doskonale wiemy. Oto media dziś wkładają do głów różne informacje, robiąc ludziom codzienne „pranie mózgów”. Jestem pewny, że dziennikarze, redakcje na całym świecie nie robią tego celowo. Czasami nawet nie zauważają, do czego to prowadzi. Mogą sprawić jednym newsem, wywiadem, notką prasową zarówno negatywne, jak i pozytywne „pranie mózgu”. I mam nadzieję, że będą próbowali zbudować tą właściwą, drugą opcję. Wierzę, że o tej drodze we współczesnym dziennikarstwie i roli mediów będziemy rozmawiać w Warszawie.

Wezwanie do walki i wojenna krwawa codzienność

Kiedy dla Pana zaczęła się wojna w Libanie?

Zawsze będę pamiętał tę datę. Moja wojna z muzułmanami rozpoczęła się 13 marca 1975 r. To był początek libańskiej wojny domowej. Do tego momentu, do tamtej chwili moi przyjaciele, nauczyciele i wszyscy wokół mnie definiowali muzułmanów jako „brudnych”, „biednych”, „zgnuśniałych” i „bardzo leniwych”. I pod ich wpływem zmieniała się moja percepcja.

Święcie wierzyliśmy, że Liban został przekazany przez Francuzów właśnie nam, chrześcijanom. Byliśmy przekonani, że jesteśmy prawowitymi mieszkańcami, podczas gdy muzułmanie byli agresorami i zdrajcami. Nie mogliśmy patrzeć również na Palestyńczyków, którzy uczynili Liban swoją kwaterą główną, zyskując poparcie większości muzułmańskich Libańczyków w ich walce z Izraelem.

Pojawił się strach?

Tak, ale był to proces. Najpierw zacząłem nie lubić muzułmanów i Palestyńczyków, potem ich nienawidziłem. W końcu bałem się ich i chciałem ich tylko unicestwić.

W oczach wielu libańskich chrześcijan był Pan bohaterskim weteranem wojny domowej.

Brałem udział w tej długiej wojnie domowej. Byłem odpowiedzialny za chrześcijańskie służby wywiadowcze. Byłem także jedną z głównych postaci tego spektaklu śmierci, który można zobaczyć w telewizyjnych wiadomościach i przeczytać w przekazach prasowych, związanego z jakąkolwiek wojną domową, dziejącą się gdziekolwiek na świecie. Każda z nich wygląda tak samo.

Co robił Pan podczas tej krwawej i długiej wojny?

Byłem odpowiedzialny za wiele śmierci, kiedy niszczyliśmy muzułmańskie kwatery i ich umocnienia. Bardzo łatwo przychodziło mi usprawiedliwianie moich decyzji i działań. Kiedy nasz ruch oporu rozwijał się, ja wzrastałem wraz z nim i ostatecznie stałem się drugim dowódcą jednostki libańskiego chrześcijańskiego wywiadu. Moim zadaniem było decydowanie o losie tych wszystkich, którzy byli zatrzymywani. Ja decydowałem, czy ktoś powinien być oszczędzony, wymieniony za naszych jeńców, czy zabity.

Co było potem? Wydawało się, że w roku 1985 wojna zakończy się, a w Libanie zapanuje pokój.

Do roku 1985 roku wojna doprowadziła nas donikąd. Potem było jeszcze gorzej. Zdecydowaliśmy się w końcu na negocjacje z naszymi wrogami. Podpisaliśmy umowę, która w zasadzie zakończyła wojnę. Jednak piętnaście dni później nastąpił nieoczekiwany zamach stanu w łonie chrześcijańskich ugrupowań. Nagle my, weterani walk, nie byliśmy już postrzegani jako chrześcijańscy bohaterowie, ale jako chrześcijańscy zdrajcy. Wkrótce porozumienie się rozpadło, wielu z nas zginęło, a ja uciekłem z rodzinnego domu z żoną i synem.

Nie umiem sobie nawet tego wyobrazić…

Mogę użyć metafory, że w tamtych dniach ja i moja rodzina „zostaliśmy wrzuceni w bastion naszego wroga”. Przez następne sześć lat musieliśmy żyć blisko muzułmanów i Palestyńczyków, chronionych przez Syryjczyków. Trzeba przyznać, że Syryjczycy byli wtedy naszymi jedynymi sojusznikami. Nie było absolutnie nikogo, kto odnalazł się w tej sytuacji. Pewnego dnia moja żona powiedziała, że rozumie nienawiść, którą widzi w oczach Palestyńczyków, ponieważ wtedy doświadczyła uczucia, jak to jest być pogardzanym.

Co trzymało Wasz kraj razem do 1975 roku? Liban w latach 60. i 70. ubiegłego wieku często był nazywany Szwajcarią Bliskiego Wschodu.

Ta Szwajcaria Bliskiego Wschodu, o której Pan mówi, miała tylko powierzchownie wiele podobieństw do europejskiej Szwajcarii. Ale wewnątrz, w sercach, obywatele Libanu nie mają w sobie tego poczucia państwowości i wspólnoty, jak Szwajcarzy, którzy – o ile mnie pamięć nie myli – przez ponad trzysta lat byli w stanie zbudować kraj z prawdziwymi jego obywatelami. A my mieszkaliśmy przed wojną obok siebie, ale nie tworzyliśmy wspólnoty, takiej gniazdowości.

Dla każdej z opcji Liban oznaczał zupełnie coś innego. Do tego trzeba jeszcze wspomnieć o rozlicznych problemach Arabów i Palestyńczyków, którzy przybyli do Libanu w tamtym czasie uzbrojeni po zęby i z hasłem walki z socjalną niesprawiedliwością. Nierówności społeczne i dyskryminowanie pewnych grup napędzało spiralę niezadowolenia. Do czasów wybuchu wojny domowej chrześcijanie mieli więcej przywilejów, więcej praw i byli po prostu bogatsi. To były największe powody wojennej eksplozji w moim kraju.

I jeszcze jedna analogia do Polski. Wasz kraj na przestrzeni wieków także doświadczał mieszania się krajów ościennych w wasze sprawy, z interwencjami zbrojnymi, czego przykładem były wasze zabory i wymazanie Polski z map świata. Państwa sąsiadujące z Libanem wciąż próbują manipulować naszymi wewnętrznymi podziałami.

Przebudzenie chrześcijańskiego wojownika

Kiedy nastąpił przełom i zdecydował się Pan przeprosić za to, co wydarzyło się podczas tej straszliwej wojny? Nie chcę tutaj szukać porównań i różnic między wojnami sprawiedliwymi a niesprawiedliwymi, bo uważa Pan, że „każda wojna niczego dobrego nie przynosi”. Jak doszło do wyznania win i pierwszych prób ekspiacji?

Pod koniec wojny, w 1988 roku, moja żona po raz pierwszy uczestniczyła w spotkaniu organizowanym przez ruch Inicjatywy Dla Zmian – Initiatives of Change Movement. W wywiadach zawsze o tym wspominam, że jako oficer wywiadu zapytałem ją, jakie mogą być prawdziwe intencje tych osób. Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, zaprosiła mnie na kolejne spotkanie ruchu. Zapytali mnie, czy jestem gotowy na zmianę siebie, zanim będę chciał zmieniać innych. Stanowczo odpowiedziałem, że starałem się być doskonały, choć wiedziałem o swoich wadach. Ale zacząłem intensywnie o tym myśleć. Z dnia na dzień, ze spotkania na spotkanie odkrywałem więcej rzeczy, które musiałem zmienić w sobie.

Podczas spotkań w mojej grupie spotkałem wielu muzułmanów, Palestyńczyków i komunistów. Ze zdziwieniem odkryłem, że większość zasłyszanych informacji o muzułmanach nie była prawdziwa. Z ich wypowiedzi i świadectw zrozumiałem, że oni także naprawdę martwili się o swój kraj i rodziny. Ich kraj to przecież także i mój kraj, pomyślałem. I nagle, podczas mityngów ruchu Inicjatywy Dla Zmian odkryłem, że ci muzułmanie, Palestyńczycy, komuniści i inni, mają imiona. Przestali być dla mnie anonimową masą. Po raz pierwszy czułem, że możemy ze sobą porozmawiać, wymienić poglądy i poznać siebie nawzajem. W trakcie tych rozmów przyznawałem się do tego, że nie zawsze miałem rację. Co było dla mnie odkrywcze, to fakt, że oni także podzielali moje spostrzeżenia i punkty widzenia na różne sprawy. I tak oto, krok za krokiem, bardzo mozolnie, rozmowa za rozmową, ich „Prawda” w połączeniu z moją „Prawdą” stworzyła „TĘ PRAWDĘ”. W taki sposób zacząłem się zmieniać. Krok za krokiem ta droga wciąż trwa. Jeszcze się nie skończyła.

Pana książka „La Verite meme si ma voix tremble” – „Mówić prawdę nawet, jeśli twój głos drży”, to bardzo osobisty list. Przeprasza w nim Pan swoje ofiary i ich rodziny i rozlicza się ze swojej przeszłości. To bardzo przejmująca spowiedź. Nie każdy jest w stanie to zrobić. W jednym z wywiadów z Panem znalazłem taki oto passus: „Stopniowo odkryłem, że nie jestem tak dobrym facetem, za jakiego się uważałem. Miałem tak wiele do zmiany na każdym poziomie”. Dlaczego lubimy się oszukiwać? Czego się boimy?

Po pierwsze obawiasz się samego siebie. Myślisz tylko o tym, w jaki sposób inni będą cię postrzegać, jeśli wszystko o sobie opowiesz szczerze, bez żadnych przemilczeń. Musisz spojrzeć w lustro i zobaczyć siebie takim, jakim jesteś naprawdę, a nie – jak o sobie myślisz. Musisz otworzyć bardzo szeroko oczy.

Jeśli zobaczysz, że jesteś w jakikolwiek sposób niepociągający z powodu, na przykład, swojego zachowania, złych zasad, grzechów, a głównie jest tak z powodu twojego wielkiego ego, to musisz powiedzieć do tej osoby w lustrze, że dotąd tkwiła w błędzie. To oznacza, że musisz zaatakować swój najbardziej wrażliwy punkt – swoje ego. I to jest bez wątpienia najtrudniejsza część zadania. To jest ten magiczny punkt, gdzie wszystko się zaczyna.

Nie ma nic trudniejszego niż powiedzenie sobie prosto w twarz: „Jest mi przykro z twojego powodu, jest mi ciebie żal”. Później idź do innych i powiedz: „Proszę, przebacz mi”, nawet jeśli oni nie zaakceptują twojej skruchy i nie przebaczą ci. Wtedy nie może przeszkadzać podrażniona duma. Powinniśmy poprosić o przebaczenie bez względu na wszystko. Nawet jeśli nie od razu ktoś nam wybaczy, to nasz akt skruchy może pomóc osobie, do której przyszliśmy z pokorną prośbą o wybaczenie. Nasze zachowanie może być dla tej osoby iskrą zapalną, aby inaczej postrzegała świat. Być może twój gest sprawi, że ktoś przestanie nienawidzić.

Mówmy głośno o tym, że nienawiść zabija. Nienawiść niszczy przede wszystkim nienawidzących. Ten toksyczny kwas, który uderza nienawiścią, jest bardziej szkodliwy dla tego, kto nienawidzi, niż dla osoby, do której to uczucie kieruje.

Pana krucjata pokoju trwa.

I będzie trwała do końca moich dni. W liście do moich ofiar wybaczyłem także moim prześladowcom. Przebaczyłem wszystkim, którzy mnie zranili. To był dla mnie taki punkt zwrotny. Zaangażowałem się w budowę społeczeństwa obywatelskiego. Wielu z nas, zaangażowanych w działalność organizacji pozarządowych, zauważyło, że łączy nas potrzeba łączenia pokoleń. Łączenia w imię pokoju, poprzez wymianę doświadczeń.

W 2012 roku północnym Libanem zaczęły wstrząsać niepokoje, które groziły eskalacją na cały kraj. Dwie organizacje muzułmańskie zaczęły ze sobą walczyć. Zauważyliśmy, że sytuacja staje się niebezpieczna, a my nie chcieliśmy powrotu czasów wojny domowej. Zaczęliśmy wspólnie rozmawiać w ramach ruchu Inicjatywy Dla Zmian – Initiatives of Change movement.

Spostrzegliśmy, że pięć spośród ośmiu osób, które były w zarządzie tej komórki organizacji, miały korzenie w skrajnych i maksymalnie wrogich sobie stronnictwach, walczących ze sobą po roku 1975. Wtedy pojawił się pomysł: dlaczego nie połączyć w ramach ruchu, w nurcie pokojowych zmian i rozmów, „nowych” walczących ze „starymi” weteranami, których reprezentuję?

Jak została przyjęta ta inicjatywa?

Społeczeństwo bardzo dobrze przyjęło nasz pomysł. Ludzie w Libanie zaczęli mówić: „To bardzo dobry przykład”. Odczuliśmy wielką potrzebę pokazania Libańczykom, że możemy się nawzajem słuchać, tak starzy weterani, jak i nowi wojownicy, opozycjoniści i sympatycy rządu, wszyscy, którzy są w stanie pracować razem. To był fundament pod utworzenie nowej organizacji obywatelskiej – Old Fighters for Peace. Dzisiaj w strukturach organizacji działa aktywnie czterdziestu pięciu byłych weteranów wojennych, pochodzących z różnych ugrupowań politycznych i ich odłamów, wyznających inne religie, pochodzących z różnych warstw społecznych. Łączy nas jedno – skupiamy się na stworzeniu wspólnej platformy działania przeciwko przemocy w Libanie i na całym świecie. Old Fighters for Peace starają się wpływać na weteranów wojny, polityków, zwykłych obywateli i media.

Misja „Bliżej Boga”, czyli kochać bliźniego swego jak siebie samego

Uważa Pan, że więzi z rodziną, klanem i wyznaniem są silniejsze niż identyfikacja z narodem. Czy wobec tego wierzy Pan jeszcze w takie pojęcia, jak ‘naród’ i ‘kraj’?

Może Pana zaskoczę, ale muszę powiedzieć, że jestem już ponad takim schematem myślenia o świecie i życiu. Zgadzam się, że obywatelom każdego kraju powinno zależeć na tym, aby zgodnie i sprawiedliwie żyć w ramach konkretnego państwa. Ale najlepszym rozwiązaniem dla mnie jest życie w harmonii i na równi z innymi istotami ludzkimi na całym świecie.

Misja, aby kochać wszystkich bliźnich jak siebie samego?

Dokładnie tak! Wierzę, że my wszyscy jesteśmy ludźmi, dziećmi bożymi. Jestem przekonany, że gdy wreszcie spotkam się z Bogiem, to On na pewno nie będzie mnie pytał, czy byłem Libańczykiem, Arabem, czy Francuzem. Nie zapyta mnie także o partyjną przynależność i moje zapatrywania. Po śmierci dobry Bóg zapyta mnie: „Assaad, czy byłeś dobrym człowiekiem dla innych ludzi?”. On przyszedł na ziemię w imię miłości do każdego człowieka. Kiedy odkryłem w sobie miłość do drugiego człowieka, zacząłem ewoluować od bycia chrześcijaninem i Libańczykiem do poczucia, że jestem obywatelem tego świata. Teraz wiem, że jestem w stanie kochać każdą istotę ludzką na całym bożym świecie.

To wielka ewolucja ku zrozumieniu Chrystusa. Mając dwadzieścia lat, postanowił Pan bronić swojej chrześcijańskiej społeczności przed muzułmanami. Teraz jest Pan wojownikiem pokoju. Przyświecają Panu takie oto słowa: „Mogę przejść piekło, jeśli historia mojego życia odmieni poglądy i widzenie świata choćby jednej osoby i odsunie ją od fali przemocy!” Mądre i ważne słowa.

Czy mądre i ważne, tego nie wiem. Na końcu mojego życia, od czasu mojego przełomu i wewnętrznej zmiany, codziennie staram się pokazywać, że możemy zmieniać rzeczy w nas, wokół nas, w społeczeństwie, w którym żyjemy i na całym świecie. Nawołuję do pokoju, do dobrych zmian, do dialogu. Gdy moje życie się skończy, byłbym szczęśliwy, gdybym miał świadomość, że mogłem zmienić chociaż jedną ludzką duszę.

Jeśli zmienisz jedną duszę, zmienisz znacznie więcej istnień. Przede wszystkim tych, którzy są też w kontakcie z tą osobą. Tutaj absolutnie nie chodzi o prawienie kazań, ale o pokazywanie na własnym przykładzie właściwego modelu do naśladowania. Tak, odmienić serce i duszę choć jednego człowieka jest warte tego, aby poświęcić całe życie.

Czym jest dla Pana teraz Ewangelia Jezusa i chrześcijaństwo? Stanem umysłu czy stanem serca?

Odpowiem tylko jednym słowem – miłością. I nie jest to miłość, która jest czyimś wyobrażeniem. Ta miłość nie ma twarzy moich najbliższych, rodziny i przyjaciół. To miłość, która każe wszystkich bezwarunkowo kochać! To jest jedyny przekaz, który przychodzi mi na myśl, jeśli jestem pytany o Ewangelię, bo o tym najważniejszym przykazaniu powiedział nam Jezus. On nigdzie nie powiedział: „Zbuduj chrześcijańskie szkoły, utwórz chrześcijańskie kraje i posiadaj chrześcijańskie armie”. On nigdy tak nie powiedział. Jezus użył tylko jednego zdania: „Kochaj innych tak, jakbyś chciał, aby inni kochali ciebie”. „Inni” to nie tylko chrześcijanie, ale wszystkie istoty ludzkie, które On przykazał kochać. Niestety dzisiaj o przykazaniu miłości bliźniego zapominamy.

Grupa New Order I Iggy Pop śpiewają: „The secret of happiness is unconditional love” – “Sekretem szczęścia jest bezwarunkowa miłość”.

Tak, ale dopowiem, że… sekretem szczęścia innych. I dla innych. Jeśli żyjesz tą miłością, jesteś pełny nadziei, ufny. Świat staje się przez to piękniejszy, pogodniejszy. Widzisz wszędzie piękno. Zanim się zmieniłem, postrzegałem świat jako bardzo ciemne miejsce. Od kiedy się zmieniłem, bardzo wierzę w ten świat. Jestem teraz ufny. Nie ma dla mnie zamkniętego horyzontu ani rzeczy niemożliwych, ponieważ miłość jest w stanie czynić cuda. Prawdziwe cuda.

Co chciałby Pan przekazać Polakom, szczególnie dziennikarzom i ludziom mediów w Polsce?

Nie śmiem im nic powiedzieć, ponieważ jestem Libańczykiem, który przybył do Polski na chwilę. Ale chciałbym podzielić się jednym przemyśleniem: że młodzi ludzie, którzy zaczynają pracę w mediach, mogą zmienić świat na lepsze. To są słowa, którymi będę się dzielił podczas konferencji „Media jako służba publiczna”. A do wszystkich dziennikarzy mam takie oto przesłanie: „Płyńcie pod prąd głównego nurtu, ponieważ mainstream nie jest dobrym kierunkiem. Tylko płynąc pod prąd będziecie w stanie zmieniać świat!”.

Dziękuję za niezwykłą i pouczającą rozmowę.

Dziękuję bardzo za wysłuchanie mojej opowieści. Moc najlepszych życzeń dla Czytelników „Kuriera WNET” i Słuchaczy z Libanu.

Wywiad Tomasza Wybranowskiego z Assaadem Emilem Chaftarim, pt. „Jestem gotowy przejść piekło”, znajduje się na s. 10–11 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Tomasza Wybranowskiego z Assaadem Emilem Chaftarim, pt. „Jestem gotowy przejść piekło” na s. 10–11 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji część 1. / Herbert Kopiec, „Śląski Kurier WNET” 49/2018

Antykatolickie, agresywne akcenty bluźniercze towarzyszą pochodom lesbijek i gejów na całym świecie. Przypominają, że tolerancji dla katolików nikt w homośrodowisku nie uważa za oczywistość.

Herbert Kopiec

Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji

Lobby gejowskie w Polsce dopiero się tworzy. Nie ma ono jeszcze takiej siły przebicia, jak na Zachodzie. Jednak to tylko sprawa czasu. Przekonuje o tym m.in. obszerny artykuł Kirka i Pilla The Overhauling of Straight America (Wyprzedzanie heteroseksualnej Ameryki), który ukazał się w 1987 r. w niszowym wówczas magazynie dla homoseksualistów „Gay Travel, Entertainment, Politics and Sex”. Autorzy zarysowali w nim program działania organizacji homoseksualistów. Jest on obecnie realizowany z wielkim powodzeniem w USA i w wielu innych krajach. Przedstawia program kampanii medialnej, która miała/ma na celu zasadniczą zmianę postrzegania homoseksualistów, a także zrównanie ich standardów moralnych z heteroseksualną większością w oczach społeczeństwa (W. Roszkowski, „Gość Niedzielny” 2017).

Promowaniem homoseksualizmu w Polsce zajmuje się głównie „Gazeta Wyborcza”.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi wynika, że przez trzy lata wzrosła w niej lawinowo liczba publikacji pozytywnie przedstawiających homoseksualizm oraz tzw. kulturę gejowską. W zestawieniu z innymi dziennikami GW jest prawdziwym promotorem homoseksualizmu i na tym polu może konkurować jedynie z portalami homoseksualnymi („Nasza Polska” 2006, „Opcja na prawo” 2009). Łatwo rozpoznać i odnaleźć w tekstach pomieszczonych w Wyborczej kluczową tezę amerykańskich gejów:

Zamącić to, co moralne

Jak się to robi? Ano: „należy mówić o gejach i lesbijkach na tyle głośno i często, na ile to tylko możliwe”. Zwykła obecność w debacie publicznej miała stworzyć wrażenie, że sprawa homoseksualistów jest ważna, bo interesuje duży odsetek społeczeństwa. Autorzy wzywali do wykorzystania dialogu w tej sprawie „w celu zamącenia obrazu tego, co moralne” oraz podważenia „autorytetu moralnego homofobicznych Kościołów przez przedstawienie ich jako zacofanego ciemnogrodu”. Działacze, którzy realizowali później przesłanie Kirka i Pilla, odnieśli w tej dziedzinie ogromne sukcesy. Notoryczne odgrzewanie debaty na temat homoseksualizmu przy okazji rozmaitych imprez, w których po stronie gejów i lesbijek stają heteroseksualni obrońcy praw człowieka, stało się faktem, całkowicie oderwanym od rzeczywistych rozmiarów zjawiska i problemów środowiska homoseksualnego. Dość powiedzieć, że Krakowskie Dni Kultury Gejowskiej i Lesbijskiej popierali nobliści: Szymborska i Miłosz.

Donald Tusk, Małgorzata Kidawa-Błońska, Michał Boni mówili o słabnącej w Polsce moralnej dezaprobacie dla homoseksualizmu jako o czymś bardzo pozytywnym („Gość Niedzielny” 2011). Równocześnie można się było dowiedzieć o udanych akcjach lobby gejowskiego w Polsce w postaci nacisków na władze uczelni, aby nie doszło do wykładów przedstawiających naukowe poglądy na kwestie homoseksualizmu („Gość Niedzielny” 2011). Dzisiejsi „postępowcy” co krok bombardują nas sloganami o tolerancji, wolności i prawach dla homoseksualistów. Wmawia się ludziom, iż małżeństwa homoseksualne w gruncie rzeczy są moralnie dobre, uzasadnione przez wolność, równość i braterstwo ludzi… Aktywista i działacz gejowski Robert Biedroń dobrze wie, że język zmienia świadomość, dlatego w jego wypowiedziach pojawia się sformułowanie „legalizacja związków homoseksualnych”. Chodzi bowiem o wywołanie wrażenia, że związki osób tej samej płci są w Polsce nielegalne, czyli ścigane z mocy prawa, jak pędzenie bimbru, jazda samochodem pod wpływem alkoholu czy rozpowszechnianie pornografii pedofilskiej.

Czy ktoś słyszał, żeby w Polsce do mieszkania dwóch pań czy panów żyjących w związku wpadła ekipa w kominiarkach i postawiła ich przed sądem? A przecież wciskanie kitu o potrzebie legalizacji powtarza za Biedroniem niemało ludzi, łącznie z niektórymi duchownymi i politykami partii konserwatywnych.

Mity rzekomej homofobii

Stowarzyszenia polskich gejów i lesbijek twierdzą, że nie chcą niczego więcej, tylko równych praw z parami heteroseksualnymi (z wyjątkiem praw do adopcji dzieci), a więc prawa do odwiedzin partnera seksualnego w szpitalu i informacji o stanie jego zdrowia, do odbioru korespondencji i wynagrodzenia za pracę, wspólnego kupna mieszkania itp. Poglądy negujące konieczność regulacji prawnych nazywają homofobią. Jednak w świetle obowiązującego w Polsce prawa nie ma dyskryminacji. Jedyna regulacja, która obecnie nie jest korzystna dla par homoseksualnych w porównaniu z małżeństwem, to unormowania podatkowe (podatek od dochodów osobistych, podatek od spadków i darowizn). Nie jest jednak wcale pewne, czy tu musi zachodzić równość. Małżeństwo ma inne cele i wydatki, zwłaszcza związane z dziećmi.

Wracając do wątku dbania „o dobry wizerunek gejów”, Kirk i Pill wzywali do przedstawiania ich w roli ofiar, nigdy zaś w roli agresywnych rywali, a także do przemilczania chwiejności ich związków. „W każdej kampanii pozyskiwania dla nas opinii publicznej homoseksualiści muszą być ukazywani jako ofiary, które potrzebują ochrony, tak aby w heteroseksualistach wywołać spontaniczny odruch wzięcia na siebie roli ich obrońców”.

Dziś społeczeństwa, zwłaszcza zachodnie, wiedzą już, że homoseksualiści podlegali i podlegają prześladowaniom, choć na ogół nie są w stanie przypomnieć sobie konkretnego przypadku takich współczesnych prześladowań.

Nieco historii z domieszką dydaktycznego sosu

Musi niepokoić dramatyczny spadek wartości macierzyństwa we współczesnych społeczeństwach. Upadek rodziny, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i krajach Beneluksu, to dramatyczny efekt owych ruchów liberalnych ostatnich 40 lat. Od lat kilkunastu atak ten przybiera także formy prawne: legalizacji aborcji, eutanazji, związków homoseksualnych. Te same kraje, które dały naszej cywilizacji tyle mądrości, chcą na mocy prawa stanowionego nazwać związki homoseksualne małżeństwem. Proponują, by ich rytuał i skutki prawne były analogiczne jak w przypadku sakramentu małżeństwa. Małżeństwo wywodzi się od słowa matrimonium, a ono ma swe źródło w słowie ‘matka’. Matka jest osobą dającą życie. To leży u podstaw pojęcia matki, a następnie małżeństwa. Tymczasem proponuje się, aby pojęcia te znaczyły całkowicie coś innego.

Istnieje sporo obserwacji, że ruch homoseksualny jest odnogą ruchu komunistycznego, a źródłem jego metod funkcjonowania są taktyki marksistowskie. Założyciele ruchu homoseksualnego (gejowskiego) byli zagorzałymi komunistami. I tak już raczej zostało. Dziś ich następcy brylują w dominujących mediach, na uniwersytetach i gdzie się tylko da, odziani w szaty lewackich liberałów. Aktywność gejów wpisuje się w cywilizacyjne samobójstwo – sporo o nim w moich felietonach – niewinnie zwane zmianą społeczną. W ruchu gejowskim nie powinna też zaskakiwać obecność dezinformacji i różnych forteli stosowanych wobec oponentów/wroga przez sowieckie państwo i jego agenturę, które opisał Vladimir Volkoff (Dezinformacja. Oręż wojny, 1991).

Prawa gejów (czyli „wesołych chłopaczków”) najpierw pojawiły się w Stanach Zjednoczonych, a później zostały przeniesione na grunt europejski za pomocą tych samych zasad walki klas. W niektórych środowiskach miejsce walki klas zajęła walka płci, mężczyzna jawi się jako nieprzyjaciel kobiety, co w konsekwencji powoduje chorą rywalizację.

Jak to określił kardynał Alfonso Lopez Tujillo, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny – prowadzi do „rozjątrzenia sprawy relacji między płciami”. Bagatelizuje się też biologiczną różnicę między kobietą i mężczyzną i tworzy wzorce kulturowe, które całkowicie ignorują ład biologiczny. Trudno się dziwić, że takie tendencje są pożywką dla ideologii, które kwestionują klasyczne rozumienie rodziny. Myślę, że w obliczu umacniania się poglądów o rzekomej równości heteroseksualizmu i homoseksualizmu, dobrze się stało, iż Kongregacja Nauki Wiary, opierając się na wykładni biblijnej o stworzeniu (Rdz 1-3), przypomniała kilka podstawowych prawd:

1. Ludzie są osobami, mężczyznami i kobietami, równymi sobie co do godności, bo jako mężczyźni i kobiety zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. 2. Różnica płciowa jest istotna, a nie przypadkowa – ma ona charakter i biologiczny, i psychologiczny, i duchowy, i ontologiczny, pociągając za sobą różne – i komplementarne – role kobiet i mężczyzn w społeczeństwie i w Kościele. 3. Różnica płciowa nie jest skierowana ku walce płci, ale ku harmonijnemu współistnieniu i współdziałaniu, które respektują różnicę między mężczyzną i kobietą. („Tygodnik Powszechny” 2004).

Mocna pozycja Kościoła katolickiego (stąd ciągłe próby podkopywania jego autorytetu), resztki rozsądku Polaków i stosunkowo ograniczony zasięg epidemii dyktatury tolerancji pozwolą, być może, powstrzymać harcowników jeszcze na przedpolu. Ale trzeba większej świadomości, że walec „postępu” się toczy.

Homoseksualiści jako uciemiężona mniejszość

Homoseksualiści przeniknęli w latach 50. do partii politycznych w Europie i USA. Wytworzyli i rozwinęli teorię, według której stanowią mniejszość kulturową, oczywiście prześladowaną przez dominującą heteroseksualną większość. Pozwoliło to np. korespondentowi włoskiego dziennika „La Repubblica” napisać („Rzeczpospolita” 2007), że w Polsce jest zatruta atmosfera, homoseksualiści są prześladowani: „Jeśli Polska chce należeć do UE, w której geje są burmistrzami Berlina, Paryża i Hamburga, musi zaakceptować zasadę tolerancji dla mniejszości. Z europejskich zasad nie można wybrać tylko niektórych wartości, jak z menu w restauracji. Fundamentalistyczna mobilizacja w Polsce przypomina rządy islamskie w Iranie, a ci , którzy ostatnio mówili, że geje są nieprzydatni biologicznie, rządzili Niemcami w latach 1933–1945”.

Przedstawienie zjawiska homoseksualizmu w kontekście rzekomej dyskryminacji było przebiegłym ruchem ze strony homoseksualistów. Wraz ze słowem ‘dyskryminacja’ pojawiło się natychmiast słowo ‘homofobia’. Dowodem jest rezolucja Parlamentu Europejskiego potępiająca obok Belgii, Francji i Niemiec m.in. Polskę jako kraj, w którym nastąpił wzrost nietolerancji powodowanej rasizmem, antysemityzmem i homofobią. Nietolerancję, zdaniem parlamentarzystów z UE, wywołuje w Polsce Radio Maryja, którego nikt z nich nigdy nie słyszał. Grunt pod taką opinię przygotowały polskie media i przedruki z tych mediów w krajach Unii Europejskiej („Nasza Polska” 2006).

Niewątpliwym sukcesem taktyki marksistowskiej zastosowanej przez homoseksualistów jest fakt, iż w 1973 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne orzekło, że homoseksualizm przestaje być dewiacją. Od tamtej pory przeszliśmy długą drogę, w wyniku której fundamenty kształtujące filary naszej kultury poważnie uszkodzono. Do tego stopnia, że środowisko homoseksualne, wspierane przez „postępowców”, nawołuje dziś do uwzględniania w programach szkolnych zajęć propagujących homoseksualizm oraz piętnujących „homofobię”, zarazem otwarcie protestując przeciwko popieraniu powszechnie akceptowanej normy, czyli heteroseksualnego modelu egzystencji („Opcja na prawo” 2009).

Homofobia jako choroba?

Czym jest owa homofobia, którą postępowcy wymachują jak cepem?

Ma to być groźna choroba, jeśli nie zboczenie, które trzeba zwalczać. Kto biernie, bo moralnie, wyraża swoją dezaprobatę wobec homoseksualizmu; kto negatywnie ocenia nachalne, publiczne demonstrowanie seksualnych upodobań; kto nie uznaje traktowania homoseksualistów jako odrębnej, szczególnej grupy społecznej, ten jest po prostu chory.

Zatem żart z czyichś odmiennych skłonności seksualnych zostaje uznany nie za chamstwo, lecz groźny symptom zamachu na demokrację. Jednocześnie drwiny z papieża (czy to w wykonaniu ministra Siwca, czy posłanki Senyszyn) traktowane są jako sztubackie wybryki, choć przecież urażają uczucia większości społeczeństwa deklarującego się jako katolicy.

W ogóle katolicyzm okazuje się złem samym w sobie i zagrożeniem dla nowoczesnego porządku. Jak wyraził się lewicowy eurodeputowany Daniel Cohn-Bendit w wywiadzie dla „Dziennika” (10 lipca 2006), „bez sekularyzacji demokracja nie funkcjonuje prawidłowo. We współczesnym społeczeństwie nie ma miejsca na monolityczną instytucję, która chce kontrolować moralność społeczeństwa”. Prawdziwym zagrożeniem dla Polski okazuje się więc nie bezprawie, korupcja czy oligarchizacja gospodarki, lecz katolicyzm i nietolerancja. Celem staje się zbudowanie nie państwa demokratycznego, lecz tolerancji. Trzeba wyjątkowej ślepoty, aby nie zauważyć, iż lobby homoseksualne manipulują podstawowymi pojęciami stanowiącymi fundament porządku społecznego, usiłując doprowadzić do zrównania w świadomości społeczeństwa istoty związku heteroseksualnego i homoseksualnego. Różnica między nimi byłaby nieistotna, dotyczyłaby tylko innego źródła „atrakcji” seksualnej.

Po Lizbonie nowy artykuł 10 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej mówi, że „Unia dąży do zwalczania wszelkiej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną”. Na tej podstawie homoseksualiści domagają się zrównania wobec prawa ich związków z małżeństwami, traktując „prawo do małżeństwa” jako zwykłe prawo nadawane przez państwo, na przykład – jak prawo do głosowania, które nie od razu było wszystkim przyznane. Jednak w istocie homoseksualiści nie są w stanie stworzyć rodziny, jak dowiodła już tego historia Norwegii, Szwecji i Danii. Dlatego rodzina i związek małżeński jako jej fundament cieszyć się powinny opieką ze strony państwa i szczególnymi uprawnieniami, czyli przywilejami. Małżonkowie biorą na siebie zobowiązanie wychowania nowych obywateli i żadna instytucja nie jest w stanie ich w tym zastąpić.

Lansowana w mediach homofobia stała się już na tyle poważnym zarzutem, że tego rodzaju infamia przypomina gromkie oskarżenia o antysemityzm czy rasizm.

Antykatolickie, agresywne akcenty bluźniercze towarzyszą pochodom lesbijek i gejów na całym świecie. Przypominają, że tolerancji dla katolików nikt w homośrodowisku nie uważa za oczywistość. „Postęp”, wspomagany przez poprawne politycznie media, toczy się przez Unię Europejską niczym walec i zmierza do Polski. W imię tegoż postępu homoseksualiści domagają się, by na ich żądanie zmieniano prawa i porządek społeczny, definicję małżeństwa i rodziny. Uważają, że formuła prawna ustanawia rzeczywistość. Chcą, aby taką formułę uchwaliło państwo na ich życzenie. Udało im się przecież zmusić amerykańskich psychiatrów, aby orzekli (przez głosowanie!), że homoseksualizm to coś normalnego. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rzeczywistość/natura/byt jest zawsze sobą i nie można jej zmienić.

Osobliwa definicja homofobii, przyjęta przez Parlament Europejski, kwalifikuje tak każdy objaw zwykłej niechęci wobec homoseksualizmu. Sprawia, iż wszyscy krytycy tego zjawiska stają się potencjalnym źródłem przemocy i jako tacy są rzekomo niebezpieczni dla równości. Można powiedzieć, że teoretycznym zapleczem tego pojęcia są praktyki magiczne przypominające te uprawiane przez ludy prymitywne i polegające np. na „złym spojrzeniu”. Zmusza to ludzi, zwłaszcza polityków, do mówienia tego, czego się od nich w imię poprawności politycznej oczekuje, nie zaś tego, co myślą. Przytoczmy spostrzeżenie w tej kwestii prof. W. Roszkowskiego, historyka i byłego eurodeputowanego:

„W Parlamencie Europejskim, gdy ktoś powie, że małżeństwo to jest związek kobiety i mężczyzny, to połowa sali zawyje, jedna czwarta uzna, że ma rację, ale nie należy tak ostro stawiać sprawy, a jedna czwarta skomentuje: powiedział, ale pewnie bezskutecznie” („Rzeczpospolita” 2009). Walec postępu robi swoje.

Jeszcze niedawno było we mnie więcej optymizmu. Napisałem, że Polska, mimo zachodzących w świecie obyczajowych zmian, jest krajem, w którym napotykając dwóch mężczyzn z wózkiem, wciąż można być pewnym, że to tylko złomiarze. Zapomniałem, że wybory parlamentarne w październiku 2011 r. pewność tę powinny podważyć. Przecież wówczas aktywista gejowski R. Biedroń otrzymał poselski mandat, a następnie został prezydentem Słupska.

Kończąc, skonstatujmy, póki jeszcze można: homoseksualizm nie jest i nie może być normą społeczną. Nie da się twierdzić – bez popadnięcia w niedorzeczną ideologię powszechnego egalitaryzmu – że relacje heteroseksualne i homoseksualne są równe. Te ostatnie, co oczywiste, uniemożliwiają przetrwanie gatunku, nie mają oparcia w naturze; były zawsze w historii traktowane jako, w najlepszym razie, ekstrawagancja. Nigdy nie spełniały, bo spełniać nie mogły, podstawowych funkcji socjalizacyjnych. Kto mówi więc o tak rozumianej równości, obraża zdrowy rozsądek, a przy okazji podstawowe intuicje moralne („Nowe Państwo” nr 1/2006).

Nie inaczej rzeczy się mają w przypadku rzekomej dyskryminacji. Kościół w oficjalnym stanowisku Watykanu przekonująco wyjaśnia i przypomina, że nie może być mowy o dyskryminacji tam, gdzie nie ma prawa. Domagając się dla siebie odrębnych praw, w imię tolerancji i wolności, homoseksualiści żądają w istocie protekcji państwa dla mechanizmów samobójczych. Dyskryminacja jest odmawianiem słusznych praw, niezgodnie z duchem sprawiedliwości. W przypadku homoseksualistów nie mają oni prawa ustanawiać swojego występku jako instytucji publicznej. Niestety, przywołana argumentacja zdaje się nie mieć wpływu na opinię publiczną Europejczyków.

Dominuje przekonanie, jakoby w Polsce mniejszości seksualne były prześladowane i formuje się paneuropejski ruch obrony polskich gejów i lesbijek. Szczególnie chętnie w ten ruch „wyzwalania” rzekomo uciemiężonych nad Wisłą gejów angażuje się niemiecka lewica. Niewykluczone, że już niedługo jakiś wrażliwy, lewicowy pisarz niemiecki napisze „Chatę wuja Biedronia”.

PS

Wiadomość z ostatniej chwili: Krajowa Rada Sądownictwa negatywnie zaopiniowała projekt ustawy o związkach partnerskich. Członkowie Rady jednogłośnie stwierdzili, że proponowane rozwiązania mogą naruszać konstytucję i są niezgodne z wartościami kultury chrześcijańskiej zakorzenionej w Polsce. Istotnie, Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że Pismo Święte przedstawia czyny homoseksualne jako poważną deprawację. Jednocześnie KKK zaleca unikanie „każdego przejawu niesprawiedliwej dyskryminacji”. Nic dodać, nic ująć. I tak trzymać!

Artykuł Herberta Kopca pt. „Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji” znajduje się na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji” na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Unia uderza w polską branżę drzewną. Kolejne potwierdzenie chęci centralnego sterowania procesami gospodarczymi przez UE

Bariery administracyjne w końcu uderzą i w tych, którzy je tworzą. Jak to się zakończyło w krajach realnego socjalizmu, doskonale wiemy. Czy unijne elity zdają sobie sprawę ze skutków swojej polityki?

Mariusz Patey

Rada Europy i Parlament Europejski zdecydowały, że podstawą do ustalania limitów pozyskiwania drewna w latach następnych będzie pozyskiwanie drewna z lat 2000–2009. Dla naszej gospodarki drzewnej, przemysłu meblowego może to zakończyć się katastrofą. W Polsce mamy coraz lepszą substancję leśną, wzrasta średni wiek drzew. Polskie Lasy Państwowe, prowadząc zrównoważoną gospodarkę, umożliwiając nie tylko prostą zastępowalność drzewostanu, ale stopniowo zwiększając powierzchnię areałów leśnych, mogły bez szkody pozyskiwać coraz więcej surowca. (…)

W roku 2018 planowano uzysk 43 mln3 drewna. Natomiast w latach 2000–2009, które będą podstawą do obliczenia limitów na lata do 2030 roku, uzysk wyniósł średnio 29 mln m3. Możemy zatem obawiać się znacznych deficytów surowca dla naszego przemysłu przetwórczego. (…)

Nasi producenci mebli, papieru, stolarki muszą myśleć wyprzedzająco, jak dostosować się do niekorzystnych dla nich uwarunkowań. Polski rząd, posłowie do europarlamentu muszą walczyć o branżę dającą Polsce miliardy dolarów i euro przychodów. Pomysłem wartym rozważenia jest zezwolenie Lasom Państwowym na obrót drewnem pozyskiwanym z zagranicy. Trzeba także się zastanowić, jak ograniczyć eksport surowego drewna, tak by zapewnić naszej branży przetwórczej możliwości rozwoju.

Pomysł, aby UE regulowała gospodarkę leśną, jest jeszcze jednym argumentem potwierdzających chęć centralnego sterowania procesami gospodarczymi. Można także tu szukać drugiego dna i roli lobbingu koncernów dużych państw UE w narzuceniu regulacji osłabiających konkurencyjność polskich producentów. Tyle, że bariery administracyjne w końcu uderzą także i w tych, którzy je tworzą. Jak to się zakończyło dla gospodarki w krajach realnego socjalizmu, my, Polacy, doskonale wiemy.

Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Unia uderza w polską branżę drzewną” znajduje się na s. 10 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mariusza Pateya pt. „Unia uderza w polską branżę drzewną” na s. 10 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Ludwik Laber – legionista, którego nazwisko wykuto na postumencie popiersia Józefa Piłsudskiego odsłoniętym w Zawierciu

To jedno nazwisko i historia życia i walki jednego legionisty. Na granitowym postumencie podtrzymującym popiersie marszałka Piłsudskiego w Zawierciu tych nazwisk wykuto 142. A ilu ich było w Polsce…

Tadeusz Loster

11 listopada 2014 roku na skwerze przy fontannie na Żabkach w Zawierciu, w pobliżu ul. Leśnej, zostało odsłonięte kamienne popiersie pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. Rzeźbę wykonał znany artysta Stanisław Lutostański. Mimo że odsłonięcie monumentu wypadło w 96 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, pomnik został poświęcony „Komendantowi w setną rocznicę wymarszu Legionów”. Na trzech stronach granitowego postumentu podtrzymującego popiersie pierwszego marszałka Polski obok legionowych orłów wykuto nazwiska 142 legionistów Ziemi Zawierciańskiej, uczestników walk o niepodległą Polskę. Wśród tych nazwisk, ułożonych w szyku alfabetycznym, widnieje nazwisko młodszego brata mojej babki, Ludwika Labera. (…)

Fot. Tadeusz Loster

Mój wuj Ludwik urodził się w Zawierciu 27 VII 1886 roku w rodzinie rzemieślniczej zamieszkałej w Kromołowie (obecnie dzielnica Zawiercia). W 1904, roku mając 18 lat, wstąpił do Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej, przyjmując pseudonim „Sułtan”. Był członkiem „szóstki”. (…)

W grudniu 1912 roku w Brzeszczach powstała Polska Drużyna Strzelecka, do której wstąpił. 16 sierpnia 1914 roku z krakowskich Oleandrów wyruszył do walki pierwszy oddział strzelców i drużyniaków, zwany Kompanią Kadrową. W następnych dniach z miejsc koncentracji: Sierszy, Krzeszowic, Suchej i z Krakowa ruszyły dalsze oddziały. Wśród nich 47-osobowa Drużyna Strzelecka z Brzeszcz. W drugiej połowie sierpnia do Krakowa z Brzeszcz wymaszerowała następna grupa, licząca 28 osób. Wśród nich był strzelec Ludwik Laber, który 28 sierpnia 1914 roku wstąpił do Legionów Polskich i został przydzielony do 8. Kompani II Baonu 2 Pułku Piechoty. Batalion ten wchodził n w skład 2. Brygady L.P., który październiku 1914 roku wyruszył na front karpacki, na Węgry.

(…) Według księgi zgonów parafii rzymskokatolickiej św. Urbana w Brzeszczach, zmarł 20 VIII 1957 r. Został odznaczony między innymi: Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Legionowym oraz Odznaką II Brygady.

Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „Legionista” znajduje się na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Legionista” na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Żyjemy w czasach ewidentnej „konstytucyjnej pasjonarności”. Co rusz pojawia się nowy projekt Ustawy Zasadniczej

W owym wysypie ustrojodawczej gorliwości możemy odnaleźć ciekawy owoc prawnopolitycznego namysłu, który pojawił się na łamach cenionego przez smakoszy pisma „Kurier WNET” w jego czerwcowej edycji.

Artur Karaźniewicz

Raczej nieznany w rozrastających się kręgach badaczy konstytucyjnego pisma sensu largo oktrojodawca poprzedził swoją propozycję doktrynalnym, mającym jak najbardziej publicystyczny, pozbawiony jakiejkolwiek normatywności charakter wprowadzeniem, w którym wyłuszcza filozoficzno-ideowo-kwantytatywne założenia swojego przedłożenia. To, co zwraca uwagę w tym tekście, to fraza „zapis dokonany w konstytucji”.

Pro domo sua nie mogę się powstrzymać od uwagi, że w środowisku konstytucjonalistów rzeczony zapis jest traktowany jak absolutnie niepożądany i z uporem maniaka tępiony „nomenklaturowy chwast na wrażliwym ciele Ius Supremum”, ale zawsze można stanąć na stanowisku, że są to jedynie „chorobliwe uprzedzenia sekciarzy”. (…)

Jeśli chodzi o filozofię tekstu, to wyraża się ona w godnej pochwały powściągliwości, opartej na dyrektywie лучше меньше, да лучше. W efekcie proponowana Ustawa Zasadnicza nie jest specjalnie rozbudowana. Składa się ona z kilku krótkich fragmentów, oznaczonych rzymskimi cyframi, przy czym „V” odnajdujemy zarówno przy „Źródłach i zasadach finansowania państwa”, jak i przy „Zmianie Konstytucji”, co wypada uznać za dość symplicystyczną omyłkę. Części czy też rozdziały lansowanej Konstytucji składają się z punktów, określonych w „doktrynalnym wstępie” mianem paragrafów, która to nazwa jest zastrzeżona raczej w rodzimej praktyce ustawodawczej dla kodeksów, natomiast Lex Maior składa się raczej z artykułów, ale rzecz jasna jest to usus, jak najbardziej podważalny w przepojonym postmodernizmem gnoseologicznym oglądzie rzeczywistości. (…)

Ergo proponuję usunąć braki formalne i przemyśleć po raz zapewne kolejny (тяжёлая жизнь) koncepcję nowego Prawa Najwyższego, nie tracąc bynajmniej przekonania co do sensu przedsięwzięcia, bo co prawda, jak mawiają wymowni Francuzi, le meilleur est l’ennemi du bien, ale tym niemniej można żywić nadzieję, że ów bon mot nie zawsze jest słuszny.

Cały artykuł Artura Karaźniewicza pt. „Konstruktywna krytyka Konstytucji Kowalskiego” znajduje się na s. 5 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Artura Karaźniewicza pt. „Konstruktywna krytyka Konstytucji Kowalskiego” na s. 5 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Europa staje się miejscem miękkiej wersji totalitaryzmu! Mocne słowa arcybiskupa Stanisława Gądeckiego

Narzędziem do osiągnięcia celu jest miękki odpowiednik terroru, czyli coraz szczelniejszy system prawny strzegący ideologii oraz przemoc symboliczna, uprawiana przez media i ośrodki opiniotwórcze!

Abp Stanisław Gądecki

Gdy Kościół prowadził tak intensywną pracę chrystianizacyjną na obszarach Europy północnej i środkowo-wschodniej, książę Mieszko I – przejmując władzę po swoim ojcu, już na początku swojego panowania – podjął najważniejszą decyzję dla całej historii Polski. Kierując się przewidywanymi korzyściami politycznymi, ale przede wszystkim szczerą wiarą, przyjął chrzest w roku 966. „Chrzest księcia Mieszka I – stwierdził prezydent RP z okazji jubileuszu tamtego wydarzenia w swoim orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym w Poznaniu – chrzest Mieszka to najważniejsze wydarzenie w całych dziejach państwa i narodu polskiego. Nie było ono, lecz jest – bo chrześcijańskie dziedzictwo aż po dzień dzisiejszy kształtuje losy Polski i Polaków (por. Poznań, 15.04.2016).

Fot. A. Karczmarczyk

Wykorzystując swoje późniejsze zwycięstwo nad Wolinianami we wrześniu roku 967, książę ten wysłał poselstwo na czele z Jordanem do Rzymu – gdzie przebywał wówczas cesarz Otto I – z wiadomością o pokonaniu Wichmana, saskiego buntownika. Przy tej okazji posłowie Mieszka przekazali cesarzowi miecz pokonanego, zaś Jordan złożył cesarzowi i papieżowi Janowi XIII relację o chrzcie polskiego księcia i jego otoczenia wraz z prośbą o ustanowienie biskupstwa w państwie piastowskim. Petycja Mieszka spotkała się z przychylnością cesarza i Stolicy Apostolskiej. Jordan został konsekrowany przez papieża w Rzymie w roku 968 na pierwszego biskupa w państwie Polan. Jego pierwsze na ziemiach polskich biskupstwo z siedzibą w Poznaniu – obejmujące całe państwo Mieszka – podlegało bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. (…)

Po konsekracji – według tradycji przekazanej przez Długosza – Jordan otrzymał od papieża miecz św. Piotra, aby wstawiennictwo Księcia Apostołów wspierało jego misję chrystianizacyjną w Polsce. Ta cenna relikwia jest przechowywana po dziś dzień w poznańskim muzeum archidiecezjalnym. (…)

Dzięki Kościołowi Polacy zrozumieli niepowtarzalną godność każdej osoby ludzkiej, która to godność nie była wcale oczywista w świecie pogańskim. Dzięki Kościołowi rodzące się państwo polskie zostało zbudowane na ewangelicznych wartościach, które stały się fundamentem jego życia społecznego i państwowego. Dzięki wartościom Ewangelii – uczącym autentycznej wolności i sprawiedliwości – przez wiele wieków uważano Polskę za jedno z najbardziej tolerancyjnych państw Europy, gdzie wiele mniejszości szukało schronienia. (…)

A co da się powiedzieć o naszej dzisiejszej kondycji duchowej? Dziś w miejsce ustępującego komunizmu weszło społeczeństwo konsumpcyjne. Doszło do odwrócenia systemu wartości. Wolność ma odtąd oznaczać wyłącznie oswobodzenie się od nakazów i norm, skutkiem czego ma nastąpić zdanie się człowieka na władzę jego popędów, które będą nim rządzić, redukując go do stanu zwierzęcego. (…)

Ideologicznie zorientowana kontrkultura zdominowała ośrodki opiniotwórcze, media i uniwersytety. To ona uformowała nowe elity, czyli skolonizowała również politykę. Ideologia stała się świeckim ersatzem religii, mającym odpowiadać na wszystkie zasadnicze pytania człowieka i projektującym jego ziemskie zbawienie. Niestety wraz z załamywaniem się tradycyjnego porządku osoba ludzka utraciła swoją pewność, a stres związany z poczuciem przygodności istnienia, braku sensu istnienia oraz samotność stały się coraz bardziej dojmujące i widoczne. (…)

Nie powinniśmy nigdy traktować czegokolwiek jako osiągnięte raz na zawsze, tak jakby poświęcenie, wiara i odwaga minionych pokoleń wystarczyły, żeby iść dalej i uchronić się od wszelkich niebezpieczeństw. Każde pokolenie musi przyswoić sobie – w sposób odpowiadający jego charakterowi – tradycję i wartości, jakie zostały mu przekazane, przyczyniając się do tego, by otrzymany dar zaowocował na nowo w naszych czasach.

Cała homilia abpa Stanisława Gądeckiego pt. „Polonia cepit habere episcopum” znajduje się na s. 1 i 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Homilia abpa Stanisława Gądeckiego pt. „Polonia cepit habere episcopum” na s. 1 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Dalsze losy legendarnej kompanii „Twardego”. Próba ujęcia konfidenta gestapo i uwolnienie więźniów pod Moskarzewem

Oddział powrócił na teren GG. Pojawiła się okazja, by dopaść Pacieja. „Twardy” zlecił to zadanie Kazimierzowi Rybczyńskiemu. Miał on osobiste porachunki z Paciejem, który wydał go w ręce Gestapo.

Wojciech Kempa

Zamierzano porwać Pacieja, kiedy wracał z pracy do domu, wsadzić go do samochodu dyrektora, a następnie przywieźć do obozu partyzanckiego. I tym razem zdrajcy udało się uniknąć kary. Oto relacja Zygmunta Waltera-Jankego zawarta w jego książce Śląsk jako teren partyzancki Armii Krajowej:

Porucznik „Twardy” uzyskał wiadomość o miejscu pobytu znanego w Zawierciu i okolicy konfidenta niemieckiego Pacieja. W dniu 2 maja wysłał patrol pod dowództwem Kazimierza Rybczyńskiego – „Grota” z zadaniem, aby go pochwycił. Patrol udał się do Wysokiej koło Zawiercia, gdzie miał przebywać Paciej. Nie udało się go jednak schwytać, a patrol swym pojawieniem się zaalarmował niemiecką policję. Zarekwirowawszy na szosie samochód osobowy, patrol pojechał nim w kierunku Ogrodzieńca. Tam wywiązała się strzelanina, gdy żandarmi chcieli zatrzymać samochód. Jeden żandarm padł. W Podzamczu patrol natrafił na Grenzschutz. Partyzanci pierwsi otworzyli ogień. Zginęło trzech niemieckich strażników. W patrolu był jeden żołnierz ranny. Mimo tych nieprzewidzianych przygód patrol w całości wrócił do kompanii.

Ale nie samą wojaczką żyli partyzanci… Zapoznajmy się ze wspomnieniami Mieczysława Filipczaka – „Mietka”, dowódcy oddziału partyzanckiego AK, wywodzącego się z Batalionów Chłopskich:

W końcu kwietnia 1944 r., jak wypadało na dobrego gospodarza, „Zawisza”, z którym w tym czasie stałem, postanowił zaopatrzyć się w spirytus, gdyż zbliżał się 8 maja, jego imieniny, a podobno i „Twardemu” jest również Stanisław i na pewno zjawi się w ten dzień w gościnie.

Postanowiliśmy dokonać akcji na gorzelnię w Siedliskach, która była strzeżona przez granatową policję. Akcja udała się gładko, policję rozbrojono i wygoniono do domu, a z gorzelni zabrano 3 beczki spirytusu po 750 litrów oraz żywność. Imieniny zapowiadały się hucznie.

Jak przewidywaliśmy, grupa „Twardego” dołączyła się na imieniny. Już dwa dni trwały igrzyska imieninowe we wsi Dzibice. Pompką od nafty, którą używano w sklepach wiejskich, po wydestylowaniu pompowano spirytus z beczki do wiader, a stąd przenoszono na stoły gościnne. Pił kto chciał i ile kto chciał. Partyzanci i chłopi. Bez najmniejszego ograniczenia. Nie pił tylko pluton wartowniczy.

Obchód imienin zanosił się na kilka dni, został jednak przerwany w dniu 9 maja 1944 r. Przyjechał „Jan” – Sygiet Józef i zakomunikował, że w Ołudzy, Rokitnie i innych okolicach nastąpiły aresztowania wśród ludowców. Ludzie ci zostali chwilowo [zamknięci] w szkole w Szczekocinach. „Jan” pełnił funkcję d-cy Ludowej Straży Bezpieczeństwa na powiat Włoszczowa i zdecydował, że należy odbić aresztowanych. Z tym rozkazem przyjechał do grup. Również zaproponowano „Twardemu” wzięcie udziału w tej akcji.

Odbyła się narada d-ców grup. Całość zreferował „Jan”. Już na tej odprawie można się było zorientować, że „Jan” jest słabym strategiem, wyznawał taktykę walki frontalnej, a nie partyzanckiej. Jego planem było zdobycie budynku szkoły i rozpuszczenie więźniów, podobnie jak to uczynił „Zawisza” rok wcześniej w Pradłach. Sprawa przedstawiała się trochę inaczej niż w Pradłach.

Budynek szkolny były większy i również załoga niemiecka w Szczekocinach była liczniejsza, tak że w każdej chwili należało się liczyć, że Niemcy stawią opór. Nie było dokładnego rozeznania, jakie są siły niemieckie w Szczekocinach. Jedno było wiadomo, że lada chwila ludzie ci mogą być wywiezieni do Jędrzejowa przez gestapo. Należało się śpieszyć.

Z każdego z czterech oddziałów partyzanckich, tj. „Zawiszy”, „Wiary”, „Mietka” i „Twardego” wydzielono po 20 ludzi, którzy mieli wziąć udział w akcji odbicia uwięzionych. Dowódcą całości został „Twardy”. Oddajmy ponownie głos „Mietkowi”: Pierwszym rozkazem było zakorkowanie beczki ze spirytusem i odtransportowanie jej z obozu. Wszystkich ludzi nie chcieliśmy brać na akcję. Postanowiliśmy, że z każdej grupy wejdzie w skład po 20 ludzi, razem – 80 ludzi, reszta odmaszeruje wieczorem do lasów pradelskich, gdzie my po akcji dołączymy. D-two nad całością powierzono „Twardemu”.

Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Kompania »Twardego« (4). Uwolnienie więźniów pod Moskarzewem”, znajduje się na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Kompania »Twardego« (4). Uwolnienie więźniów pod Moskarzewem” na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Podła to zasada, że „każda władza pisze własną historię” / Historia Polski w oczach brytyjskich historyków

Znaczący wzrost polskich publikacji historycznych w językach kongresowych nie zapobiega utrwalaniu w powszechnej świadomości mylnych, przestarzałych przekonań rodem z czasów zimnej wojny.

Tomasz Szustek

Batalia o uwzględnienie polskiego głosu w historiografii europejskiej jest tematem aktualnym od dawna. Pomimo powrotu polskiej humanistyki na szerokie forum międzynarodowe, wciąż zmagamy się ze stereotypami w myśleniu i pisaniu o dziejach i kulturze Europy Środkowo-Wschodniej. (…) Przykładem może być wydana w 2005 roku książka Philipa Longwortha Russian’s Empires. Their Rise and Fall. From Prehistory to Putin (Rosyjskie Imperia. Ich powstanie i upadek. Od pradziejów do Putina). Książka stanowi syntezę historii ziem rosyjskich ze szczególnym uwzględnieniem procesu powstawania kolejnych mocarstw – Rusi Kijowskiej, Księstwa Moskiewskiego, Rosji carskiej i Związku Radzieckiego.

W publikacji tego pokroju należałoby się spodziewać opracowań kartograficznych, które ujmują dynamikę rozwoju terytorialnego kolejnych tworów państwowych. Nic podobnego jednak nie znajdziemy na kartach książki Longwortha. Z punktu widzenia historii Polski szczególnie mapa 3 niewybaczalnie wypacza okres z lat 1613–1917.

Utrata niepodległości przez Rzeczpospolitą nastąpiła dopiero pod koniec XVIII wieku, ale Autor nie kłopotał się tego zaznaczyć na mapie i wymazał państwo polsko-litewskie już w 1613 roku, kiedy było ono jeszcze istotnym elementem europejskiej polityki.

To dziwne, zwłaszcza że w warstwie tekstowej poprawnie jest naszkicowana sytuacja Rosji w okresie tzw. Wielkiej Smuty, czyli nieudane próby osadzenia na carskim tronie kolejnych kandydatów, w tym popieranych przez polską szlachtę i wypędzenie Polaków z Moskwy w 1612 roku. Na mapie Longwortha już rok później nie ma śladu po całej Rzeczpospolitej. Brak jakiegokolwiek komentarza do mapy, który objaśniłby, że przedstawia ona zasięg carskiej Rosji przed rewolucją, a nie od początku XVII wieku. (…)

W rozdziale dotyczącym ekspansji sowieckiego imperium dziwi rachityczne jedynie wspomnienie wojny polsko-rosyjskiej 1920–21. Autor być może korzystał tylko z rosyjskich źródeł, a powszechnie wiadomo, że wpierw radzieccy, a potem rosyjscy historycy chcieliby skrzętnie ukryć fakt, że Piłsudski zatrzymał pod Warszawą „czerwony pochód na Zachód”. Umniejszanie roli wojny polsko-sowieckiej jest powszechną praktyką, ale realny wymiar tych wydarzeń powinien być znany zawodowym historykom. (…)

Europocentryzm został już dawno zidentyfikowany i napiętnowany w historiografii świata zachodniego, jednak wciąż wielu naukowców nie próbuje spojrzeć na historię w pełniejszy sposób, ujmujący różne punkty odniesień. Historycy, szczególnie anglosascy, rzadko kwapią się do rzetelnej kwerendy wśród oryginalnych źródeł, z błahego powodu – nieznajomości języka. (…)

Jest jednak i druga strona medalu wizji dziejów. Kolejnym zagrożeniem dla wolności i niezależności badań naukowych jest już nie ignorancja, ale opresyjna polityka historyczna władz państwowych. Podła to zasada, że „każda władza pisze własną historię”, ale obecnie jest to palący problem, który dotyczy właśnie Europy Wschodniej, szczególnie Rosji, w której imperialny głos wśród naukowców jest mocno popierany i dotowany przez Kreml.

Cały artykuł Tomasza Szustka pt. „Historia Polski w oczach brytyjskich historyków”, znajduje się na s. 16 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tomasza Szustka pt. „Historia Polski w oczach brytyjskich historyków” na s. 16 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Przemierzają tysiące kilometrów przez pustynię, oazy, wioski Tuaregów, aby zobaczyć morze i raj po drugiej stronie

Najbardziej niebezpieczny jest szlak przez Libię. W miastach Sabha i Ghat dochodzi do licznych porwań, przetrzymywania i torturowania celem uzyskania okupu od rodzin uprowadzonych.

Anna Walczyk

Wszystko dzieje się wokół współrzędnych geograficznych 21°56’41/13°38’45/12°35’49 między granicą Nigru z Libią, aż do Lampedusy. (…) Podróż przez pustynię trwa około 4 tygodni – jeśli wszystko dobrze przebiega i nie następują komplikacje w postaci pogody, transportu czy dostania się w niewolę.

Istnieją trzy główne drogi migracji do Unii Europejskiej. Wschodnia trasa przez Turcję do Grecji stanowi główną drogę uciekających z ogarniętej wojną Syrii i Iraku. Jest też południowa trasa przez Morze Śródziemne z Libii do Włoch oraz trzecia trasa – z Maroka do Hiszpanii. (…)

Główny szlak przemytniczy dla migrantów z Kamerunu, Nigerii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Gwinei czy Sierra Leone przebiega przez pustynię Nigru do Algierii, a następnie, jeśli się uda, do Maroka. Jeśli nie uda się, zostają odstawieni w Maroku do Sahary Zachodniej, aby wyruszyć pociągiem przez Mauretanię, zbiorową taksówką do Senegalu, pociągiem do Dakaru, autokarem przez pustynne tereny z Burkina Faso do Porto Novo, gdzie zastanawiają się, co dalej: czy wracać z niczym do domów, czy próbować jeszcze raz. Szczególnie Algieria stosuje niehumanitarne rozwiązania wobec migrantów, odstawiając ich na pustynię, narażając tym samym na śmierć.

Najbardziej niebezpieczny jest szlak przez Libię. W miastach Sabha i Ghat dochodzi do licznych porwań, przetrzymywania i torturowania celem uzyskania okupu od rodzin uprowadzonych. Również w Libii dochodzi do łapanek ulicznych i odstawiania uchodźców do sąsiedniego Nigru.

Niemniej to na terenie Nigru – najbiedniejszego kraju w Afryce – kwitnie ogromne przedsiębiorstwo szmuglowania ludzi do Europy z regionu Tenere do Algierii, Libii lub Maroka, a następnie magiczne 14 km drogą morską do Hiszpanii lub z Libii, gumowymi łodziami i starymi barkami do Włoch.

Ale zanim postawimy nogę w Europie, jesteśmy jeszcze na południe od Lampedusy, czyli w świecie niekończących się marzeń o raju i dobrobycie, przekazywanych w licznych opowieściach migrantów. Dlatego coraz więcej migrantów decyduje się na wypłynięcie do Hiszpanii z Maroka, z miasta portowego Tangeru.

Magiczne miejsce stało się znane jako „Trójkąt Tanger”, po którym przechadzają się migranci miesiącami, a nawet latami tęsknie spoglądając na widoczne wybrzeże Hiszpanii.

Z zachodniego wybrzeża Maroka migranci wyruszają głównie na łodziach często spotykanych na innych europejskich szlakach przemytniczych, czyli małych łodziach rybackich i zmotoryzowanych pontonach. Na wschód od Tangeru migranci przekraczają Cieśninę Gibraltarską w tańszych opcjach: na maleńkich, gumowych łodziach wiosłowych, bez silnika i bez szmuglerów i ich opłat, ale z pewnym ryzykiem utonięcia.

Cały artykuł Anny Walczyk pt. „Droga do raju”, znajduje się na s. 14 i 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Anny Walczyk pt. „Droga do raju” na s. 14 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

Obraz Polski w oczach Francuzów? Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy, nie ruszając się z miejsca, przeczytać „Wyborczą”

Bardziej zaskakujący w relacjach francuskich mediów jest obraz samej Francji. Nie mamy jeszcze we Francji rządu konserwatywnego, ale zaczynamy mieć jego instytucje. A jakiż odwrót w lecznictwie!

Piotr Witt

Jeśli chce Pani francuskiej ambiance, należy wymawiać „Wiborcza”, tak jak wódka „wiborowa”. W dziedzinie literatury Czytelnik francuski także skazany jest na dzieła laureatów Wiborczej wyróżnionych nagrodą literacką Nike, ustanowioną przez redaktora Michnika. Innych się prawie nie wydaje, na czym, jak się zdaje, polega polityka historyczna dobrej zmiany odziedziczona po poprzednikach.

Znacznie bardziej zaskakujący w relacjach francuskich mediów jest obecnie obraz samej Francji. Pedałowanie do tyłu na pełny gaz. W szkolnictwie triumfalny powrót elementarza do nauki czytania i pisania połączony z powrotem do mundurków, które prezydent Mitterrand i jego naśladowcy zwalczali, gdyż krępują swobodny rozwój osobowości. Do tej pory obowiązywała inna doktryna. Jeśli uczeń nie odnosił sukcesów, karano nauczyciela. Czasami karał go rodzic niepoprawnego głąba; w klasach zaawansowanych głąb załatwiał nauczyciela własnoręcznie. Bakałarze uciekali z trudnych przedmieść. Mając wybór ograniczony, woleli bezrobocie niż kalectwo. Bujny rozwój analfabetyzmu i upadek wszelkich autorytetów wymusiły zmianę polityki. W nauczaniu matematyki zaprogramowano (o zgrozo!) nawrót do słupków i tabliczki mnożenia. Nie mamy jeszcze we Francji rządu konserwatywnego, ale zaczynamy mieć jego instytucje.

A jakiż odwrót w lecznictwie! Swego czasu z okazji budowy kolosalnego, centralnego szpitala Pompidou zamknięto w naszym sąsiedztwie cztery lub pięć szpitali. W pierwszym miesiącu po jego otwarciu w szpitalu Pompidou zmarło sto osób od zarazków legionellozy rozniesionych przez system klimatyzacji. Wiele lat minęło od tamtej tragedii, ale walka z zarazą w szpitalu centralnym nigdy się nie zakończyła.

Podobnych likwidacji szpitali dokonano we wszystkich wielkich miastach Francji, zaczynając od tych, w których parcele budowlane były najdroższe. I oto teraz, kiedy na uwolnionych terenach promotorzy budowlani zdążyli wybudować domy czynszowe, zgarniając po drodze setki milionów, rząd zapowiedział budowę 650 małych szpitali, bliższych pacjentom i lepiej odpowiadających potrzebom kraju.

Mitterrand futrował bogaczy drogą nacjonalizacji. Upaństwowienie 36 banków przeniosło ciężar ich długów na konto podatnika. Za nacjonalizację 36 banków podatnik zapłacił 50 miliardów franków długów bankowych, rozłożone na raty. Sam tylko bank Rotszylda kosztował go 5 miliardów. W sile nabywczej równało się to identycznej sumie euro.

Dziś państwo ma wzbogacić bogaczy drogą prywatyzacji. Najbogatsi Francuzi wpadają w panikę, nie wiedzą, co zrobić z pieniędzmi. Mają już liczne rezydencje ze służbą, jachty, prywatne jety, zegarki rolex po 350 000 euro, ich żony są dobrze ubrane, poczynając od torebek krokodylowych Hermesa po 60 000 euro. Majątek pana Arnault wzrósł w roku ubiegłym o 17,5 miliarda euro, majątek pana Pinault o 13,5 miliarda. Francuzi odłożyli w ubiegłym roku w Panamie, na wyspach Kajmana i innych Dziewiczych, 100 mld euro. Rząd musi tym ludziom ulżyć. Sprzedaż poczty, elektryczności i gazu prywatnym akcjonariuszom nie rozwiązała problemu. Obecnie ulży się ich kieszeni, sprzedając kolej francuską. Cały naród będzie dotknięty solidarnie obniżeniem jakości usług. Po prywatyzacji poczty przesyłki w Paryżu z jednej ulicy na drugą idą pięć dni (za czasów Chopina były doręczane najdalej nazajutrz). Światło i gaz podrożały; w wyniku walk konkurencyjnych duża dzielnica Marsylii pozbawiona była niedawno światła i gazu przez tydzień.

Pociągi we Francji stanęły na skutek strajku kolejarzy, chłopi smarują łajnem gmachy publiczne i blokują rafinerie ropy w proteście przeciwko polityce rządu, starcy wyszli na ulice – manifestują przeciwko nowemu podatkowi od emerytur, studenci okupują uczelnie. Na myślenie o Polsce nie ma czasu, gdyż tymczasem sprawy międzynarodowe nie zatrzymały się wcale. Włosi, Hiszpania, migranci…

„Wolna konkurencja czy wolnoamerykanka”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w lipcowym „Kurierze WNET” nr 49/2018, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na falach na WNET.fm.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Piotra Witta „Wolna konkurencja czy wolnoamerykanka”, na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl