Benallagate – największa afera polityczna nad Sekwaną ostatnich lat. Czy zagrozi systemowi władzy we Francji?

Benallagate ujawnia istnienie grupy trzymającej władzę nad Sekwaną; nieumocowanej żadnym prawnym paragrafem; działającej poza prawem i stojącej ponad procedurami, prawem i francuskim ustawodawcą.

Zbigniew Stefanik

Eksperci oceniają, że Benallagate jest jedną z największych (jeśli nie największą) aferą polityczną we Francji w całej historii V Republiki. Coraz więcej komentatorów politycznych i analityków francuskiej sceny politycznej prognozuje, że może ona doprowadzić do upadku systemu prezydenckiego.

18 lipca tego roku tygodnik „Le Monde” opublikował na swoim portalu nagranie wideo, które spowodowało, że w kilkadziesiąt minut zwycięstwo francuskiej reprezentacji piłki nożnej w mundialowym finale zeszło z nagłówków wszystkich francuskich portali informacyjnych i na dalszy plan francuskiej przestrzeni publicznej.

Rzeczone nagranie pokazuje mężczyznę w ekwipunku policyjnym i w policyjnej opasce, atakującego innego mężczyznę, uprzednio zatrzymanego przez policję, który w momencie ataku znajduje się na ziemi. Jednocześnie media podały informację, że ten sam mężczyzna kilka minut wcześniej (również w policyjnym ekwipunku) zaatakował kobietę. Osoby napadnięte przez tego mężczyznę brały udział w manifestacji w Paryżu pierwszego maja tego roku. Okazało się, że napastnik nie jest policjantem ani jakimkolwiek stróżem porządku, ale wysoko postawionym pracownikiem francuskiego pałacu prezydenckiego i bliskim współpracownikiem Emmanuela Macrona. To Alexandre Benalla, który w dniu, kiedy dokonał napadu na dwie osoby biorące udział w manifestacji w Paryżu, był zastępcą dyrektora gabinetu politycznego w Pałacu Elizejskim. Nie miał żadnych uprawnień policyjnych, a w manifestacji miał brać udział u boku policji jako wysłany przez pałac prezydencki obserwator.

19 lipca tego roku rzecznik prasowy pałacu prezydenckiego Bruno Roger-Petit wydał krótki komunikat, w którym poinformował, że zarówno francuski prezydent, jak i jego współpracownicy wiedzieli o wydarzeniach z pierwszego maja, których niechlubnym bohaterem stal się Alexandre Benalla.

Zastępca dyrektora gabinetu politycznego miał zostać za ujawnione czyny natury kryminalnej ukarany przez prezydenta Francji zawieszeniem w czynnościach służbowych na okres piętnastu dni, jednak po odbyciu kary powrócił na zajmowane stanowisko w pałacu prezydenckim.

W tym samym komunikacie Bruno Roger-Petit poinformował również, że w wydarzeniach brała udział druga osoba, która współpracowała z Emmanuelem Macronem, a w przeszłości była pracownikiem ugrupowania la République en Marche. Chodzi o Vincenta Crase’a, który również w ekwipunku policyjnym i w policyjnej opasce miał wraz z Alexandrem Benallą tego dnia „wyręczać policję w czynnościach służbowych” podczas manifestacji. Roger-Petit podkreślił jednak, że zarówno la République en Marche, jak i pałac prezydencki jakiś czas temu zrezygnowali z usług Vincenta Crase’a i że obecnie rządzących nad Sekwaną nie łączą z nim żadne relacje. Po tym komunikacie rzecznika prasowego pałacu prezydenckiego rozpoczęło się nad Sekwaną dziennikarskie śledztwo co do tego, kim są tak naprawdę Alexandre Benalla i Vincent Crase.

Alexandre Benalla ma obecnie 26 lat. Nigdy nie służył w żadnej służbie porządkowej czy mundurowej jako czynny funkcjonariusz. Aspirował do żandarmerii narodowej, ale nie został przyjęty. Udało mu się jednak dostać do obywatelskiej rezerwy żandarmerii narodowej, gdzie nigdy nie został powołany do czynnej służby. Po objęciu urzędu prezydenta Francji przez Emmanuela Macrona Alexandre Benalla został awansowany ze stopnia sierżanta do stopnia podpułkownika obywatelskiej rezerwy żandarmerii narodowej. Na czyj wniosek? Tego nie wiadomo… Z doniesień medialnych wynika, że w tej sprawie interweniował pałac prezydencki… (…)

O Vincencie Crase’ie wiemy zdecydowanie mniej. Wiadomo, że współpracował blisko z Alexandrem Benallą. Podobnie jak Benalla, zajmował się ochroną najpierw w partii socjalistycznej i w ruchu politycznym en Marche, a następnie rozpoczął pracę w pałacu prezydenckim. Po zdarzeniach z pierwszego maja br. Emmanuel Macron miał postanowić o definitywnym rozstaniu z Vincentem Crase’em. Wiadomo, że podobnie jak Alexandre Benalla, Vincent Crase należy do obywatelskiej rezerwy żandarmerii narodowej, ale nie jest czynnym funkcjonariuszem; nie posiada uprawnień francuskiego czynnego stróża porządku. (…)

Od momentu rozpoczęcia Benallagate Emmanuel Macron milczał i nie zabierał oficjalnie w tej sprawie głosu, chyba że za oficjalne uznamy zamknięte, niedostępne dla mediów spotkanie w środę 18 lipca z posłami la République en Marche i wybranymi członkami rządu, z którego istnieje wyłącznie amatorskie nagranie przekazane przez anonimowego uczestnika. Macron powiedział tam, że całą aferę bierze na siebie. Dopiero wieczorem 22 lipca na specjalnej naradzie z najbliższymi współpracownikami, to jest: ministrem spraw wewnętrznych Gérardem Collombem, przewodniczącym ugrupowania rządzącego Christophe’em Castanerem, urzędującym nad Sekwaną premierem Edouardem Philippe’em i sekretarzem generalnym Pałacu Elizejskiego Alexisem Kholerem prezydent miał powiedzieć, że kryminalne działania Benalli i Crase’a nie zostaną bezkarne, ponieważ nikt nie stoi ponad prawem. (…)

Benallagate, więcej niż afera polityczna, jest tak naprawdę kryzysem instytucjonalnym V Republiki, albowiem tak naprawdę obnaża największe dysfunkcje francuskiego państwa. Benallagate pokazuje wszechwładzę i wszechmoc urzędującego nad Sekwaną prezydenta i niemoc władzy parlamentarnej, która w konfrontacji z władzą wykonawczą jest bezradna i właściwie bezbronna.

Francuski prezydent nie ponosi żadnej odpowiedzialności karnej za żadne swoje działania do momentu zakończenia sprawowania urzędu. Poddanie się weryfikacji parlamentarnej, w tym przypadku parlamentarnym komisjom śledczym, zależy wyłącznie od jego dobrej woli. Tak naprawdę w tym przypadku prezydent Francji nic nie musi i wszystko może. A więc w ustroju prezydenckim po francusku nie funkcjonuje zasada check and balances, czyli równowaga między wzajemnie kontrolującymi się władzami.

Benallagate ujawnia realne możliwości francuskiego prezydenta i jego ludzi, czyli obnaża przypadki ręcznego sterowania policją i innymi służbami mundurowymi. Benallagate ujawnia istnienie grupy trzymającej władzę nad Sekwaną; grupy nieumocowanej żadnym prawnym paragrafem; działającej poza prawem i stojącej ponad procedurami, ponad prawem, ponad francuskim ustawodawcą. W końcu Benallagate każe zastanowić się, czy francuski prezydent dysponuje standardowymi prerogatywami prezydenckimi, czy raczej prerogatywami przysługującymi monarchom w państwach znajdujących się na innym kontynencie niż ten, na którym leży Francja…

Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Benallagate – największa afera polityczna nad Sekwaną ostatnich lat” znajduje się na s. 1 i 8 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Benallagate – największa afera polityczna nad Sekwaną ostatnich lat” na stronie 1 sierpniowego „Kuriera WNET”, nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Karol Godula, górnośląski król cynku. Człowiek, którego kariera, bogactwo stały się źródłem zazdrości i legend

Pożywką dla stworzenia jego legendy było przekonanie, że do tak ogromnego bogactwa można było dość tylko za sprawą piekielnych mocy, a nie dzięki własnym zdolnościom, pracowitości i oszczędności.

Adam Frużyński

W 1936 roku Ludwik Łakomy w Ilustrowanej monografii Województwa Śląskiego w następujący sposób opisał postać Karola Goduli: „Imię jego przechowało się dotąd w żywej pamięci ludu górnoszląskiego i otoczono je szeregiem baśni i podań, z których prawie wszystkie przypisują Goduli styczność ze złymi duchami. To dowodzi, że za życia nie cieszył się on sympatią ludzi i nie zasłużył sobie na dobre wspomnienie. Jakoż tak było. Godula był znienawidzony niemal przez wszystkich, co go znali, a umarł opuszczony, daleko od swych posiadłości, pośród obcych, obojętnych ludzi, przeklinany przez jednych, nie żałowany przez drugich. Pomimo niezmiernych bogactw, jakie w ciągu swego życia nagromadził różnymi sposobami, umarł w opuszczeniu. Obcy ludzie zamknęli mu powieki, obcy też ludzie złożyli go do grobu.

Trzeba jednak być sprawiedliwym. Ten największy selfmade-man górnośląski, ten suchy, zwiędły człowiek o twarzy posępnej, z lewą ręką na temblaku, z prawą nogą krótszą, pozostanie na zawsze przykładem, do czego można dojść niezmordowaną pracą i wytrwałością, zwłaszcza, jeśli sprzyjają okoliczności. Z życia Goduli widać, czym może się stać potęga woli. Godula wprost przeraża swą posągowością i hartem; nie wzrusza się niczym, na pozór nie cierpi, nie kocha, a twarz jego nie wyrażała ni smutku, ni uśmiechu. Żył, wszystko rozważając chłodno, obojętnie. Ludzie w jego umyśle byli tylko cyfrą, liczbą. Szczęście dlań nie istniało, boć trudno nazwać szczęściem żądzę posiadania jak największego majątku. Wspaniały i wprost straszliwy był Godula w tym całkowitym wyzuciu się cech żywego człowieka”. (…)

Karol Godula był rodowitym Ślązakiem, pochodzącym z zamożnej rodziny. Jego rodzicami byli Józef i Franciszka z Haniszów. Ojciec Karola otrzymał staranne wykształcenie, pracował na rzecz miejscowej szlachty, sprawując funkcję nadleśniczego. W latach 1784–1791 był dzierżawcą majątków rycerskich w Makoszowach i Ligocie Zabrskiej, natomiast od 1792 r. dzierżawił Gaszowice. Posiadał również niewielki majątek ziemski w Kuźni Raciborskiej.

Rodzice Goduli zmarli w drugim dziesięcioleciu XIX stulecia, zostawiając po sobie dość duży spadek, w wysokości 7,7 tys. talarów. Mały Karol po ukończeniu szkoły parafialnej w Przyszowicach uczęszczał do szkoły realnej przy klasztorze cystersów w Rudach Raciborskich (1793–1798). Potem uzupełniał wiedzę w Szkole Głównej w Opawie. W trakcie nauki zdobył nie tylko gruntowną wiedzę, ale podczas pobytu w Rudach zapoznał się z prowadzeniem nowoczesnej gospodarki leśnej, rolnej i przemysłowej. (…) Najpierw pełnił funkcję pisarza sądu patrymonialnego w Pławniowicach, a wkrótce potem (1800) kasjera w majątku hr. Karola von Ballestrema w Rudzie Śląskiej. (…)

Od 1818 r. Godula był nie tylko doradcą hrabiego, ale także jego głównym pełnomocnikiem i egzekutorem testamentu oraz opiekunem pozostałych po nim dzieci. W tym czasie zainteresował się rozwijającym się od niedawna na Górnym Śląsku przemysłem cynkowym. (…) Obserwując rozwój nowej gałęzi przemysłu, około 1810 r. hrabia Ballestrem rozpoczął z namowy Goduli starania o uzyskanie zgody na uruchomienie huty cynku. (…) W uznaniu wkładu pracy, na początku 1815 r. hr. Ballestrem przekazał Goduli 28 kuksów we wspomnianej cynkowni. Były to kuksy wolne, zwalniające od obowiązku partycypowania w kosztach i ruchu huty. W ten sposób, jako współudziałowiec, otrzymywał Godula około 22% dochodów huty. Stały się one zaczątkiem jego fortuny i umożliwiły mu później prowadzenie samodzielnej działalności gospodarczej. (…)

W 1830 r. Karol Godula zrezygnował z posady u hr. Karola Wolfganga von Ballestrema, ale do końca życia pozostał doradcą hrabiego w sprawach gospodarczych. (…)

W odróżnieniu od innych przemysłowców, nie wydawał również wszystkich uzyskiwanych dochodów, a część zgromadzonych środków lokował w papierach wartościowych lub przeznaczał na nowe inwestycje. Dzięki zgromadzonym zapasom gotówki mógł pokrywać straty w niektórych niedochodowych przedsiębiorstwach. Było to na owe czasy rozwiązanie bardzo nowatorskie, nie stosowane przez innych przedsiębiorców.

Karol Godula nigdy nie założył rodziny. Przebywał w swoim pałacu w Szombierkach, poświęcając się cały czas pracy. Zmarł 6 lipca 1848 r. w hotelu „Pod Złotą Gęsią” we Wrocławiu, a prawdopodobną przyczyną śmierci była kamica nerkowa, na którą cierpiał przez wiele lat. Został pochowany 10 lipca 1848 roku na cmentarzu parafii św. Wojciecha, położonym wtedy na terenie obecnego Ogrodu Botanicznego. Ogromną sensację wzbudził spisany dzień przed śmiercią testament, w którym Godula nie przekazał majątku najbliższym krewnym, ale generalną sukcesorką ustanowił córkę swojej służącej, Joannę Gryzik (1842–1910).

Cały artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Karol Godula, górnośląski król cynku” znajduje się na s. 12 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Karol Godula, górnośląski król cynku” na s. 12 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

22 lipca – fałszywe święto odrodzenia Polski. Nigdy nie udało się wmówić Polakom, że ta data jest godna świętowania

Decydenci z Moskwy komunikowali Polakom: wasza Polska musi najpierw umrzeć, aby mogła odrodzić się na nowo. Nasza niezwyciężona armia pomaga jej teraz umrzeć, a nasi komisarze pomogą jej się odrodzić.

Henryk Krzyżanowski

Dzień 22 lipca ustanowiono świętem narodowym już na samym początku tak zwanej władzy ludowej – w roku 1945. Krajowa Rada Narodowa, czyli nie pochodząca z wyborów atrapa parlamentu, tą samą ustawą wprowadziła Narodowe Święto Odrodzenia Polski i zniosła jednocześnie 11 listopada jako Święto Niepodległości.

Ta zamiana jednoznacznego słowa ‘niepodległość’ na słowo ‘odrodzenie’ odpowiadała sytuacji bez wyjścia, w jakiej znalazła się Polska po Jałcie. Odrodzić może się coś, co przestało istnieć – stąd ustanowienie orderu Polonia Restituta po rozbiorach było jak najbardziej słuszne. Mówienie natomiast o odrodzeniu w kraju, który, choć okupowany, istnieć nie przestał, miał legalne władze przejściowo na uchodźstwie, a jego wojsko walczyło najdłużej ze wszystkich alianckich armii, było publicznym głoszeniem bezczelnego kłamstwa. Czy jednak kłamstwa? Można rozumieć to tak, że ówcześni decydenci z Moskwy komunikowali w ten sposób Polakom: wasza Polska musi najpierw umrzeć, żeby mogła odrodzić się na nowo. Nasza niezwyciężona armia pomaga jej teraz umrzeć, a nasi komisarze pomogą jej się odrodzić. W sposób oczywisty musiano więc pozbyć się słowa ‘niepodległość’, które w nowej rzeczywistości stało się wstydliwym balastem.

Co do samej daty 22 lipca 1944, była ona obciążona takim ładunkiem fałszu, że uczynienie z niej święta przekraczało możliwości najbardziej nawet zmasowanej propagandy.

Wszyscy widzieli przecież, że nie było to „wyzwolenie narodowe”, a brutalne zniewolenie kraju, który tracił właśnie dwa historycznie ważne miasta – Lwów i Wilno. Od pół roku Sowieci równolegle z wojną z Hitlerem walczyli bezwzględnie z polskimi formacjami niepodległościowymi, których żołnierze byli rozbrajani i wywożeni do łagrów lub mordowani na miejscu.

Nie dziwi więc, że kiedy po Październiku 1956 ustrój osiągnął już jaką taką stabilizację, władze niespecjalnie starały się o wprasowanie tej daty w umysły poddanych. Za Gomułki i Gierka o wiele większe natężenie propagandy kierowano na obchodzenie takich świąt, jak 1 maja czy nawet 12 października (rocznica bitwy pod Lenino).

Nigdy też skłamane święto 22 lipca nie zakorzeniło się w społecznej świadomości i nie obrosło PRL-owską obyczajowością, jak choćby Dzień Kobiet.

Święto lipcowe było traktowane poważnie w jednym tylko środowisku – kryminalistów odsiadujących wyroki. Przed 22 lipca przez więzienia przechodziła fala domysłów – będzie amnestia czy jej nie będzie? Przy okrągłych rocznicach na ogół była. W zgodzie z tą tradycją, kiedy wojskowa władza, pokonawszy Solidarność, postanowiła znieść stan wojenny, uczyniła to 22 lipca 1983. Widać nikomu nie przeszkadzał mimowolny komizm przekazu – oto całe społeczeństwo potraktowano jako skazanych, którym wielkodusznie udziela się amnestii. Nie było to w sumie dalekie od prawdy.

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Odrodzenie zamiast niepodległości” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Odrodzenie zamiast niepodległości” na s. 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Zmarł Andrzej Gabler, wielki patriota i wielki miłośnik Poznania, fundator figury Chrystusa z odbudowywanego Pomnika

Nie pozwalał, by mówić o Nim „sponsor figury”, prosił by nazywać Go darczyńcą. Działanie na rzecz odbudowy Pomnika Wdzięczności w ostatnich latach stały się dla Niego sensem życia.

Jolanta Hajdasz

Ja, Andrzej Gabler, syn Władysława, ur. w 1933 r., jestem emerytowanym lekarzem, spec. laryngologiem i majorem WP, aktywnym instruktorem hm. ZHP oraz rodowitym poznańczykiem, którego rodzina mieszka tu od blisko 300 lat! Jako świadek wiary w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego z największą radością mojej duszy i serca, spontanicznie i emocjonalnie solidaryzuję się ze Społecznym Komitetem w restytucji Pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Poznaniu i na ten cel już teraz publicznie deklaruję w darze 100 tysięcy złotych. Pragnę wyrazić słowa czci i uznania poprzednim pokoleniom Polek i Polaków spod zaboru pruskiego, wszystkim znanym i nieznanym działaczom pracy organicznej i powstańcom wielkopolskim 1918/19 roku, którzy wywalczyli nam wolność i niepodległość i dzięki temu mogło nastąpić połączenie Wielkopolski i Macierzy. Jestem wdzięczny m.in. mojemu Ojcu, śp. Władysławowi Gablerowi, kapitanowi lekarzowi wojskowemu, uczestnikowi powstania wielkopolskiego, wojny polsko-bolszewickiej i wojny obronnej 1939 r. Oni zawierzyli wszystko Jezusowi Chrystusowi i wyrazili to jako wotum wdzięczności w budowie Pomnika Jego Najświętszego Serca. Pomnika odsłoniętego i poświęconego w 1932 r., a zburzonego przez okupanta niemieckiego zaraz po zajęciu miasta Poznania!

Z pewnością mój ojciec, jak i moja Matka, śp. Felicja Gabler zd. Andrzejewska, gorliwa czcicielka i apostołka Najświętszego Serca Jezusa, byli na tej uroczystości i jestem przekonany, że dziś postąpiliby tak samo jak ja, deklarując taki dar na restytucję Pomnika Wdzięczności.

Oświadczenie tej treści Andrzej Gabler złożył 30 października 2012 r., czyli dokładnie w 80 rocznicę odsłonięcia Pomnika Wdzięczności. Przyniósł je napisane na maszynie na zwyczajne zebranie zarządu Komitetu i szczerze mówiąc, chyba każdy, kto go wtedy spotkał, zastanawiał się, czy nie jest to obietnica, której nigdy nie będzie mógł spełnić.

Emerytowany laryngolog nie wyglądał na bogacza, miał przeciętną emeryturę, jeździł używanym samochodem i z pewnością mógłby podreperować swoje zdrowie, np. w prywatnych sanatoriach. Ale on swoje oszczędności wpłacił na Pomnik, bo jak sam mówił, chciał wykonać niepisany testament swoich rodziców – Felicji i Władysława Gablerów z Poznania, patriotów i gorących czcicieli Serca Pana Jezusa już przed wojną. (…)

Gdy pan Andrzej usłyszał o tym, że powstał w Poznaniu komitet odbudowy tego najważniejszego dla jego rodziny Pomnika, od razu postanowił, że wpłaci swoje oszczędności na zrobienie odlewu tej figury. I w 2015 r. roku w lutym mógł to już zrealizować, bo Komitet postanowił zacząć odbudowę Pomnika właśnie od zrobienia odlewu figury. Ostatecznie okazało się, że figura kosztuje o wiele więcej, więc Andrzej Gabler przeznaczył na nią także spadek po swoich zmarłych braciach. 7 września 2012 r. pan Andrzej przyniósł do Komitetu jeszcze jeden niezwykły dar – przedwojenną miniaturkę figury Chrystusa z Pomnika Wdzięczności. Pamiętał bowiem, że przed wojną, wtedy, gdy w Poznaniu budowano Pomnik Wdzięczności, komitet sprzedawał w formie cegiełek właśnie takie malutkie miniaturki figury Pana Jezusa z Pomnika, odlane w brązie. Pamiętał też, że jego mama kupiła taką figurkę i potem przechowywała ją pieczołowicie przez całą okupację.

– Tę malutką figurkę mieliśmy przy sobie w czasie walk o Poznań w 1945 r., gdy wszyscy baliśmy się, że zginiemy i gdy siedzieliśmy w piwnicy w czasie bombardowań i modliliśmy się wszyscy razem do Serca Pana Jezusa, żeby On nas uratował – mówił pan Andrzej.

Ta maleńka figurka była dla niego najważniejszą pamiątką rodzinną. Dał ją więc Komitetowi na wzór i teraz ten obecny Komitet Odbudowy Pomnika ma takie same figurki, jak tamten Komitet przedwojenny, który Pomnik budował. Otrzymują je wszyscy darczyńcy. (…)

22 sierpnia 2018 r. o godz. 18.30 w kościele pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła przy ul. Kołłątaja 42, czyli w kościele parafialnym Andrzeja Gablera, odbędzie się uroczysta Msza św. o łaskę życia wiecznego dla Niego.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Pożegnanie Andrzeja Gablera” znajduje się na s. 8 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Pożegnanie Andrzeja Gablera” na s. 8 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Czy nowy szef Sztabu Generalnego wraz z jego żołnierzami jest w stanie obronić Polskę zaatakowaną ze wschodu?

Военная Доктрина to doktryna „wojenna”, nie „wojskowa” czy „militarna”. Podobnie Борьба о Мир – to znaczy „walka o świat”, a nie „o pokój”. Warto analizować prawdziwe intencje twierdzy kremlowskiej.

Chris M. Zawitkowski

(…) Warto zastanowić się, co może się zdarzyć. Federacja Rosyjska posiada łodzie podwodne klasy „Warszawianka” (zaprojektowane na płytkie morza), które mogą być wyposażone w rakiety manewrujące. Mogą one zaatakować nadbałtyckie aglomeracje miejsko-przemysłowe, a także instalacje antyrakietowe na Wybrzeżu.

Twierdza kaliningradzka, która oprócz największego portu wojennego „Bałtyjskaja”, wspieranego przez Kronsztadt, jest najeżona wprost rakietami. Są tam Topol-M, Iskander i SS-20, które, wyposażone w głowice podtaktyczne (poniżej 1 KT – nie objęte żadnymi układami o nieproliferacji broni atomowej i ograniczeniach wynikłych z układów zawartych między USA i Rosją), są w stanie dotrzeć do Warszawy czy Łasku, zanim podniesiemy nasze F-16. (Pewnie wszystkie 50 sztuk plus myśliwce amerykańskie, które w tym czasie będą stacjonować na terytorium Polski).

Przy dużej propagacji, np. przy wielkich opadach śniegu na Białorusi i Ukrainie, Rosjanie mogą niepostrzeżenie otworzyć silosy na północ od Charkowa i odpalić rakiety manewujące (cruise), kierując je wzdłuż granicy białorusko-ukraińskiej do Polski. Ani Białorusini, ani Ukraińcy ich „nie zauważą”. My zobaczymy je w okolicach Drohiczyna…

Czy Rosjanie poczekają, aż polskie jednostki antyrakietowe będą na miejscu i w pełnej gotowości i wiedzy bojowej? Gdzie będą nasze IBCS-y? Czy oficer dowodzący będzie posiadał upoważnienia do zestrzelenia, czy nie? Jest pewne, że Rosjanie zidentyfikują „korytarze” pomiędzy IBCS-ami. (…)

Wiele możemy dowiedzieć się o doktrynie wojennej Federacji Rosyjskiej (FR) zarówno studiując opublikowany dokument, jak i analizując manewry wojenne rosyjskich sił zbrojnych.

W dokumencie opublikowanym w grudniu 2014 roku można zauważyć intencje Kremla wobec „reszty świata”. Warto dobrze zaznajomić się z tym dokumentem, zwłaszcza gdy politycy decydują o siłach zbrojnych naszego kraju. Gdy wyczuje się ducha tej doktryny, wiele można wnioskować o autorze i jego planach.

A zatem, Военная Доктрина to znaczy doktryna „wojenna”, nie „wojskowa” czy „militarna”. Podobnie Борьба о Мир – to znaczy „walka o świat”, a nie „walka o pokój”. Pamiętając o tych, wcale nie semantycznych szczegółach, warto analizować prawdziwe intencje twierdzy kremlowskiej. Dopiero wówczas można zrozumieć, jak należy planować i przygotowywać armie cywilizacji zachodniej na ewentualny konflikt z Rosją. (…)

Na kogo może liczyć Polska? Tylko na samą siebie! Należy wygrać wyścig z czasem. Zbroić się, jak się da. Nie ma czasu na zagrywki, jakie stosuje tak zwana opozycja sejmowa i uliczna. Czas zjednoczyć siły polityczne lub odejść w niebyt.

Prezydent Donald Trump wyraźnie poparł ideę Międzymorza. Zapowiedział wsparcie amerykańskie. Trzeba kuć żelazo, póki gorące! Najważniejsze są Siły Zbrojne i zaplecze gospodarcze. (…)

Kraje regionu oraz pozostałe kraje zachodnie, zarówno NATO-wskie, jak i spoza sojuszu, zdają sobie sprawę, że jeśli Polska się obroni, to obroni i te kraje również. Dlatego wkład i kooperacja tych krajów z Polską nie powinna przedstawiać najmniejszego problemu. Począwszy od Turcji, Grecji i Włoch, po Francję, Wielką Brytanię, Niemcy i Skandynawię, wszystkim powinno zależeć na wzmocnieniu Polski. W Stanach Zjednoczonych Polska jest obecnie postrzegana jako filar pokoju w Europie, jako kraj kluczowy dla pokoju w Europie. Amerykańska polityka bezpieczeństwa wobec Europy będzie się opierać w najbliższych latach na trzech krajach: Wielkiej Brytanii, Polsce i Izraelu.

Cały artykuł Chrisa M. Zawitkowskiego pt. „Po brukselskim Szczycie” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Chrisa M. Zawitkowskiego pt. „Po brukselskim Szczycie” na stronie 2 sierpniowego „Kuriera WNET”, nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Powrót arcybiskupa / Jak zostawić swojego Bohatera, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków?

Czekali z kartką, żeby podpisał lojalkę. A on – powiada – był tak wykończony, był tak wymęczony, że mówił do siebie tylko jedno „Baraniak, ty się nie możesz ześwinić”. I nie podpisał.

Jolanta Hajdasz

„Nie powinnaś wchodzić kolejny raz do tej samej wody”, czyli nie powinnaś już zajmować się tym tematem. To zdanie wisi nade mną jak przestroga, bo trudno znaleźć wśród filmowców kogoś, kto pochwaliłby pomysł realizacji trzeciego filmu dokumentalnego na ten sam temat przez ten sam zespół twórców w stosunkowo krótkim czasie. Ale jak zostawić Bohatera i jego historię, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków tego, co zaczęliśmy przed laty dokumentować?

Odwagi trochę brakowało, ale gdy z bardzo pewnego źródła otrzymałam dokument, na podstawie którego w 2017 r. wznowiono umorzone przed laty śledztwo w sprawie prześladowania tego, kogo już nie tylko my nazywamy „Żołnierzem Niezłomnym Kościoła”, a prokurator powołał się w nim jedynie na wypowiedzi świadków zarejestrowane przez nas na potrzeby drugiego filmu, wątpliwości prysły. Trzeba robić trzeci film, skoro są nowe materiały, a nawet „nowe okoliczności w sprawie”. Żeby poznać prawdę, trzeba pokazywać bohaterów. Za nami zdjęcia w Rzymie, w Krakowie i Poznaniu. Za nami maleńkie Rościnno i równie mała, choć powszechnie znana w Polsce Komańcza. Z kamerą byliśmy też w Krynicy i w Lesznie. Operator Rafał Jerzak, który w najgorszych nawet warunkach potrafi zrobić przepiękne zdjęcia, Bartosz Żytkowiak, który o rejestracji dźwięku wie chyba wszystko i Marek Domagała, który potrafi nagrywać, montować, dobrać, a nawet skomponować muzykę. Ta sama ekipa od 7 lat. Mamy unikalne materiały filmowe, unikalne fotografie i przede wszystkim nierejestrowane nigdy wcześniej wypowiedzi osób, które Go pamiętają, które nadal tak jak my poszukują o Nim informacji i które chcą się nimi podzielić z innymi. Na pytanie, dlaczego opowiadają to wszystko dopiero teraz, odpowiadają prosto – nikt wcześniej nie chciał tego słuchać.

Scena z filmu „Powrót”. Fot. J. Hajdasz

Arcybiskup Antoni Baraniak to sekretarz prymasa kardynała Augusta Hlonda i dyrektor sekretariatu prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pełnił także funkcję metropolity poznańskiego w latach 1957–77.

Lista Jego zasług i osiągnięć jest naprawdę bardzo długa, ale największym dowodem Jego męstwa i niezłomności jest postawa podczas aresztowania oraz bezlitosnych przesłuchań w więzieniu śledczym na Mokotowie w Warszawie w latach 1953–1955.

Historycy Kościoła są zgodni, że torturami, biciem i głodzeniem śledczy z UB chcieli wymusić na ówczesnym biskupie Antonim Baraniaku zeznania pozwalające na zorganizowanie pokazowego procesu przeciwko internowanemu w tym właśnie czasie kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Aresztowano ich razem, tego samego dnia, a raczej tej samej nocy, z 25 na 26 września 1953 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej w Warszawie.

W przeciwieństwie do prymasa Stefana Wyszyńskiego, który został „tylko” internowany, jego sekretarz trafił do największej katowni dla więźniów politycznych – więzienia przy ul. Rakowieckiej. Przez analogię do losów tysięcy prześladowanych tam żołnierzy podziemia niepodległościowego w Polsce film o Nim z 2016 roku zatytułowałam „Żołnierz Niezłomny Kościoła”. I tak abp Baraniak stał się żołnierzem, choć nigdy nie nosił munduru. (…)

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak wielka byłaby wymowa propagandowa takiego procesu w tamtym czasie. Stąd aresztowanie bpa Baraniaka, stąd Rakowiecka i dążenie wszelkimi stosowanymi tam metodami do tego, by zmusić bpa Baraniaka do współpracy z komunistyczną bezpieką przeciwko Prymasowi. Biskup Antoni Baraniak nie załamał się i wytrzymał aż 27 miesięcy najgorszych stalinowskich tortur stosowanych wobec niego w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Jestem dziś pewna, że je tam wobec niego stosowano, ponieważ od 7 lat dokumentuję tragiczne i raczej nieznane powszechnej opinii publicznej Jego więzienne losy.

Informacje o nich można dziś uzyskać przede wszystkim od świadków prywatnych wypowiedzi abpa Baraniaka, który sporadycznie mówił o tym kilku osobom w różnych okolicznościach swojego życia. One znalazły się w moich filmach dokumentalnych na ten temat. Pierwszy nosi tytuł „Zapomniane męczeństwo” (premiera w 2012 r.), drugi to „Żołnierz Niezłomny Kościoła” (premiera w 2016 r.). Wraz z profesjonalną ekipą filmową dokonałam tych nagrań w latach 2011–2017.

Obecnie dysponuję świadectwami 37 (trzydziestu siedmiu) osób znających osobiście abpa Antoniego Baraniaka. Wśród nich są przedstawiciele jego rodziny, bliscy współpracownicy oraz osoby, z którymi miał kontakt rzadszy, ale które uważają, iż wywarł na ich życie ogromny wpływ np. ministranci czy wyświęceni przez niego księża.

Z wypowiedzi tych osób możemy próbować odtworzyć to, co abp Baraniak w czasie 27 miesięcy uwięzienia (26.09.1953–29.12.1955 r.) i kolejnych 10 miesięcy internowania (30.12.1955–1.11.1956 r.) przeżył. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, iż to, co bp Antoni Baraniak przeszedł w więzieniu na Rakowieckiej, opisane jest oczywiście w dokumentach Urzędu Bezpieczeństwa, które dziś są w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował je w 2009 r. ówczesny biskup pomocniczy Poznania, Marek Jędraszewski w książce liczącej 580 stron, pt. Teczki na Baraniaka. Ale w dokumentach jest tylko oficjalny zapis tego, co działo się w okresie uwięzienia arcybiskupa. Nie znajdziemy tam opisu tortur, szykan, dręczenia fizycznego i psychicznego człowieka, jakich stosowanie w tamtych czasach w więzieniu przy ul. Rakowieckiej było normą. (…)

Ciemnica w relacji ks. Mariana Banaszaka było to pomieszczenie bez okna, światła i jakichkolwiek urządzeń sanitarnych czy sprzętów typu krzesło czy łóżko. Zamykano tam człowieka na kilka dni nago, bez podania mu jedzenia czy picia. Ks. Banaszak stwierdził w tej audycji radiowej z 1995 r., że abp Baraniak spędził w takiej celi co najmniej 8 dni. Według historyka, ksiądz arcybiskup wspominał, że kiedy go już nie mogli niczym nakłonić do takich zeznań oskarżających prymasa, zastosowano tzw. ciemnicę. Bez żadnej odzieży zamknięto go na kilka dni, chyba osiem, czy nawet więcej, w takiej piwnicy bez okna, bardzo wilgotnej i właśnie kapiąca woda z sufitu, ze ścian i on tam bez jedzenia, bez niczego tam przebywał. I nie załamał się. Dlaczego się nie załamał? On to wyjaśniał w taki bardzo prosty sposób. Mianowicie jakiś czas go trzymano z innymi więźniami. I wtedy któryś z tych więźniów mu powiedział, że ma uważać, bo w życiu każdego więźnia następuje taki moment, kiedy się załamuje psychicznie, po prostu nie znosi tego faktu uwięzienia, dlatego ma się liczyć z tym, że przyjdzie taki moment, kiedy i on gotów się będzie załamać.

Wtedy ksiądz, jeszcze biskup, Baraniak postanowił i odprawił rekolekcje, właśnie z innymi więźniami, a właściwie on je odprawiał, ale na oczach tych więźniów modlił się, klęczał, no i wtedy to uczynił sobie postanowienie takie, że cokolwiek mu się zdarzy, on nigdy nie będzie świadczył przeciwko księdzu prymasowi, no i że gotów jest oddać swoje życie za sprawę Kościoła.

I właśnie na tym rzymskim spotkaniu to podkreślił, że to była dla niego taka największa pomoc i siła. I taki pozostał: niezłomny. (Wypowiedź z audycji Poznańskiego Radia Katolickiego, dziś Radia Emaus w Poznaniu, z 12.08.1995 r., opublikowana także w filmie „Zapomniane męczeństwo” w 2012 r.).

Potwierdzał te relacje także nieżyjący już ks. Henryk Grześkowiak, proboszcz parafii w Radomicku w Wielkopolsce. Rozmawiałam z nim kilka dni przed jego śmiercią w 2010 r. Wtedy jeszcze nie miałam możliwości nagrania jego relacji, ale poznał ją także i przytacza ją w filmie pt. „Żołnierz Niezłomny Kościoła” abp Marek Jędraszewski, który także rozmawiał o tym z ks. Grześkowiakiem. Opowiadał on, że śledczy z UB, chcąc wymusić na abpie Baraniaku zeznania przeciwko prymasowi Wyszyńskiemu, wrzucali go nago do ciemnej celi, w której były fekalia, a one także kapały mu na głowę.

Cela abpa Baraniaka w Muzeum Żołnierzy Wyklętych | Fot. J. Hajdasz

Gdy usłyszałam to od niego po raz pierwszy w 2010 r., nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, jak wygląda taka cela, ale w lipcu 2016 r. zobaczyłam ją na własne oczy w więzieniu przy Rakowieckiej. Ona naprawdę istniała, choć do tej pory była starannie ukryta, tak by nikt się o niej nie dowiedział. Gdy pierwszy raz byłam z kamerą w tym więzieniu w sierpniu 2011 r., wielokrotnie przechodziłam korytarzem w piwnicy obok tych drzwi, za którymi ukryty był ten właśnie karcer „suchy” – ciemnica i karcer „mokry”, ale wtedy nikt z towarzyszących nam pracowników tego Aresztu Śledczego nawet nie wspomniał, że taki karcer w ogóle istniał, drzwi skrywające miejsce, w którym popełniano te tak okrutne zbrodnie wyglądały jak wszystkie inne w tym więzieniu, zwyczajne, metalowe.

To w korytarzyku obok tego karceru strzelano ludziom w tył głowy, a to co zostało na ziemi po roztrzaskanej strzałem głowie, krew i ludzkie szczątki – spłukiwano wodą. Spływała ona właśnie do tego karceru „mokrego”, w którym nie było żadnej kanalizacji ani odpływu. Tam nie było także nawet zwykłego, więziennego wiadra na odchody. Wszystko, co tam spłynęło, zostawało w tej celi. Dlatego więźniowie siedzieli tam cały czas jakby w szambie. Malutkie okienko pod sufitem latem było zawsze zamknięte, więc ludzie dusili się tam z gorąca. Wtedy na głowy kapały im skraplające się wyziewy z tego szamba. (…)

Kolejne świadectwo przekazuje z kolei Barbara Zawieja, córka brata abpa Baraniaka, Ludwika. Według niej biskupa Antoniego Baraniaka poddawano torturze tego rodzaju, że trzymano go nieruchomo pod kapiącą na głowę wodą. Przez pierwsze godziny człowiek nie odczuwa tego specjalnie dotkliwie, jednak po kilku godzinach (dobach?) każde uderzenie takiej kropli wody w to samo miejsce czaszki jest przeżywane jak uderzenie obuchem. W jej opinii śladem po tej torturze było widoczne do końca życia wgłębienie na głowie Arcybiskupa. (…)

Wielokrotnie na pokazach moich filmów w parafiach i w czasie przeglądów tzw. kina niezależnego zadawano mi pytanie, dlaczego historia bohaterskiego biskupa, którego postawa w latach 50. ochroniła Prymasa przed pokazowym procesem, a tym samym uratowała polski Kościół, jest tak mało znana, dlaczego tak mało wiemy i tak mało mówimy o tej niezwykłej postaci?

Na jednym ze spotkań w Warszawie odpowiedział na to pytanie ksiądz, który go znał: Jest tak, bo biskup Baraniak jest dla nas wyrzutem sumienia. Przecież tak niewiele dla niego zrobiono w czasie uwięzienia i internowania. Kościół był jak sparaliżowany pod wpływem wstrząsającego faktu aresztowania Prymasa.

Według mnie innym powodem, dla którego o sprawie tak mało się mówiło, jest zapewne także kontekst polityczny. Ponad 30 funkcjonariuszy UB, którzy wymieniani są w dokumentach zarchiwizowanych w IPN jako ci, którzy zajmowali się abpem Baraniakiem w śledztwie, nigdy nie poniosło za to żadnej odpowiedzialności, pracowali zapewne w wymiarze sprawiedliwości przez wiele lat, a może ich krewni i ich dzieci pracują tam nadal.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” znajduje się na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Krewetkowa wyspa Jambelí. Drewniane domki na palach, palmy i barwny tłum: spełnione oczekiwania podróżnika

Niebieskie, różowe i seledynowe deski elewacji, żółte banany z wystającymi plastrami białego sera. I ciżba ubrana we wszystkie możliwe kolory. A pośrodku ja, jedyny gringo w zasięgu wzroku i słuchu.

Piotr Mateusz Bobołowicz

Łódź przybiła do nabrzeża. Podobne długie motorówki stłoczone były przy drewnianym pomoście. Pod daszkami wielu z nich wisiały hamaki, w których drzemali przewoźnicy. Ludzie zaczęli wysypywać się z zapchanej łodzi na wybrzeże. Cztery dolary, które każdy zapłacił za transport w dwie strony, nie obejmowały wstępu na wyspę. Kolejna ćwierćdolarówka została zamieniona na skrawek papieru, który teoretycznie można było potem wykorzystać jako bon zniżkowy w jednej z najpopularniejszych sieci fastfoodów w Machali, stolicy prowincji El Oro.

Wyspa Jambelí była dokładnie tym, czego oczekiwałem od Ekwadoru, przyjeżdżając tutaj. Palmy, drewniane i bambusowe domki z trzcinowymi dachami, biegające pod nogami kury i psy. Cała osada na wyspie składa się dwóch ulic krzyżujących się pod kątem prostym – jedna, krótka, wiedzie w poprzek wyspy od portu do plaży. Druga wzdłuż plaży prowadzi do falochronu, początkowo wśród restauracji i pensjonatów, a potem – farm krewetek i kilku normalnych domów mieszkalnych należących do lokalnych rybaków.

Ulica prowadząca od portu była szeroka, ale tłoczący się na niej ludzie i rozstawione po jej bokach stragany z jedzeniem, grille z bananami z serem, rybami, szaszłykami i owocami morza, sprzedawcy wody z kokosów i właściciele pensjonatów siedzący przed drzwiami i naganiający ludzi sprawiali, że wydawała się tłoczna niczym bliskowschodni bazar.

I była co najmniej tak samo kolorowa, mimo bladego światła słonecznego wyglądającego nieśmiało zza chmur. Niebieskie, różowe i seledynowe deski elewacji, żółte banany z wystającymi plastrami białego sera. Brązowe, beżowe i czarne kury z czerwonymi grzebieniami. I różnokolorowa ciżba ubrana we wszystkie możliwe kolory. A pośrodku tego barwnego tłumu ja, jedyny gringo w zasięgu wzroku i słuchu. (…)

Ludzie dawali się filmować i fotografować, czasem wręcz pozując do zdjęć robionych przez gringo. To nie Indianie, którzy unikają obiektywu. Ludzie z El Oro są głównie pochodzenia hiszpańskiego, oczywiście z domieszką krwi indiańskiej, ale też afrykańskiej, chociaż koncentracja ludności czarnoskórej znajduje się w prowincji Esmeraldas. Według przekazów historycznych, pierwsi czarnoskórzy mieszkańcy obecnego Ekwadoru to rozbitkowie z transportu niewolników. Kolejni dołączali do nich stopniowo w miejscu, które klimatem przypominało im rodzinne strony. Dziś stanowią większość ludności prowincji, ale żyją na całej długości wybrzeża – w przeciwieństwie do gór, gdzie przeważa mieszanka ludności indiańskiej i hiszpańskiej.

Fot. P.M. Bobołowicz

Siedzieliśmy przy bambusowej ladzie straganu, na którym około pięćdziesięcioletnia kobieta o znacznej tuszy i z wyraźną linią wąsika pod nosem sprzedawała drinki z szerokim uśmiechem wybrakowanych zębów, ale z olbrzymią sympatią i serdecznością do całego świata. (…)

Ekwadorczycy z gór nazywają costeños, czyli mieszkańców wybrzeża, monos, małpami, chociaż żaden z nich nie potrafił jednoznacznie wytłumaczyć mi pochodzenia tej nazwy. Być może ma ona podłoże rasistowskie, a może pochodzi od prostego skojarzenia z plantacjami bananów, a może żadna z tych wersji nie jest prawidłowa. Costeños są jednak niezwykle ciepli i otwarci, bardzo gadatliwi, chociaż ich hiszpański bywa trudny do zrozumienia nawet dla innych Ekwadorczyków, ze względu na niewyraźną wymowę poszczególnych głosek i zawrotną prędkość wyrzucanych z siebie słów.

Zapytaliśmy sprzedawczynię koktajli o miejsce na obiad. Zaraz poprosiła siedzącego obok mężczyznę o zawołanie właściciela pobliskiej restauracji, który przyjął nasze zamówienie, dorzucił do zestawu kraba i zapewnił, że zawoła nas, gdy będzie gotowe, byśmy mogli w spokoju dokończyć napoje.

„Orgia owoców morza” (jak fantazyjnie nazywało się danie) zawierała w sobie głęboko smażone krewetki i kalmary, ekwadorskie (gotowane) ceviche z kalmarów, krewetek i ryby, ryż z owocami morza i nieznany mi wcześniej gatunek małżopodobnych niesmacznych stworzeń. Dodatkowo krab, którego rozbijaliśmy drewnianym tłuczkiem i o którego rozciąłem kciuk. I to wszystko w cenie nieprzekraczającej 20$ i w ilości wystarczającej do prawdziwego najedzenia się dla dwóch osób.

Cały artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Krewetkowa wyspa Jambelí” znajduje się na s. 20 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Krewetkowa wyspa Jambelí” na stronie 20 sierpniowego „Kuriera WNET”, nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kiedy urodzi się ostatnia Polka i nasz naród przestanie istnieć? / Andrzej Jarczewski, „Śląski Kurier WNET” nr 50/2018

Idee Malthusa obezwładniły Europę silniej niż idee Marksa, ale jedne drugich nie wypierały. Przeciwnie. Połączyły się, by zapanować nie tylko nad umysłami, ale również nad liczbą aborygenów Europy.

Andrzej Jarczewski

Ostatnia Polka

Zanim obliczymy, kiedy urodzi się ostatni Polak i ostatnia Polka, przyjrzyjmy się zjawisku ekspansji i zaniku narodów. Wszak wielkie wędrówki ludów nie polegały zazwyczaj na zbrojnych najazdach, ale na powolnym zajmowaniu coraz większych przestrzeni przez narody czy hordy bardziej od sąsiadów prężne pod względem demograficznym.

Po skumulowaniu się pewnej (demograficznej) masy krytycznej, zawsze w historii świata następowała eksplozja polityczna lub cywilizacyjna o dziś nam znanych, ale wówczas nieprzewidywalnych następstwach. Raz dobrych, raz złych. Dla jednych dobrych, dla innych niedobrych. Dotyczy to nie tylko narodów, ale i religii, kultury, technologii, nauki i wielu innych dziedzin.

Dwa tysiące lat temu w starożytnym Rzymie pojawiła się niewielka grupa chrześcijan, którzy z wielkim trudem szerzyli nową wiarę i zdobywali w ten sposób niewielu współwyznawców. Wobec masowych prześladowań wydawało się, że szybko znikną. Dopiero po kilku pokoleniach Rzymianie zauważyli ze zdziwieniem, że chrześcijanie różnych nacji i języków, choć biedni, są bardzo liczni i to nie dzięki prozelityzmowi, czyli nawracaniu pogan, ale dlatego, że mieli mocne, nierozpadające się rodziny, wiele dzieci oraz skuteczne systemy wychowania i wzajemnego wsparcia w potrzebie. Zauważono to za późno, gdy masa krytyczna została przekroczona. Z nowym zjawiskiem nie dało się walczyć. Można było tylko poddać się chrześcijaństwu. Ta historia się na naszych oczach powtarza, ale dotyczy już innej religii.

Córki do kasacji

Naturalnym biegiem rzeczy w gatunku homo sapiens statystycznie rodzi się tylu chłopców, ile dziewczynek. Chłopców nawet trochę więcej, ale mężczyźni krócej żyją i częściej umierają w sile wieku, więc to się wyrównuje, a w grupie najstarszej dominują kobiety. To wiemy. Trudniej zauważyć, że w niektórych cywilizacjach, zwłaszcza azjatyckich, w młodszych rocznikach pojawiła się niezwykła (statystycznie) „nadpodaż” potomków męskich.

W roku 2018 żyje w Polsce ok. 20 milionów kobiet.
Ten stan ilustruje pierwsza kolumna na wykresie.
Notowana obecnie dzietność sprawi, że w następnym
pokoleniu liczba kobiet rodzących dzieci nie przekroczy
13 milionów (druga kolumna). W trzecim pokoleniu urodzą
się wnuczki żyjących dziś kobiet. Będzie ich 8 450 000.
Prawnuczek urodzi się 5 492 500 (czwarta kolumna).
Przy zachowaniu tych trendów w dwudziestym pokoleniu
urodzi się 5576 dziewczynek, ale to już nie będą Polki. Kontynuowanie wykresu dla dalszych pokoleń nie ma
sensu, bo – jeśli w porę nie przełamiemy trendu
spadkowego – Polska zniknie dużo wcześniej. | Źródło: opracowanie własne Autora

Przyczyny są dwie: ideologia i technologia. W tych cywilizacjach, w których syn oznaczał zysk, a córka stratę, zawsze pozwalano lub pomagano umrzeć dziewczynkom tuż po urodzeniu, jednak skala tego zjawiska nie była zbyt wielka, a wśród chrześcijan zerowa, co zresztą zadecydowało o sukcesie tej religii. Sytuacja zmieniła się radykalnie pod koniec XX wieku. Badania prenatalne są powszechnie dostępne w całej Azji, gdzie ultrasonograf stał się artykułem pierwszej medycznej potrzeby. Technologia wzmocniła ideologię w stopniu niewyobrażalnym.

Masowa aborcja dziewczynek – jako efekt upowszechnienia USG – doprowadziła do nieznanej dziejom dysproporcji. Skutek jest taki, że dla kilkudziesięciu milionów, a wkrótce może i dla setek milionów młodych mężczyzn zabraknie „własnych” kobiet. Pójdą więc po „cudze”.

Tego zjawiska nie da się zatrzymać, a jego wpływ na skłonność do przemocy da o sobie znać już w tym pokoleniu. Podkreślam tu wpływ technologii na społeczne skutki indywidualnych decyzji. W cywilizacji ludzi sytych ten wpływ może być zerowy; wśród głodnych – decydujący o przyszłości świata.

Aborygeni Europy

W Europie obserwujemy inne zjawisko w masowy sposób naruszające odwieczny porządek natury. Nie rozważając już w tym miejscu oczywistych przyczyn, odnotuję fakt, że od niedawna, właściwie od drugiej połowy XX wieku, każde kolejne pokolenie jest mniej liczne od poprzedniego. Sumaryczna liczba ludności Europy wciąż jeszcze rośnie, ale dzieje się tak tylko dzięki temu, że żyjemy dłużej, tworząc społeczność starców, a niedobór w młodszych rocznikach uzupełniają imigranci.

Gdyby każda kobieta rodziła dwoje dzieci, czyli (statystycznie) jedną córkę – liczba ludności utrzymywałaby się na stałym poziomie. Wiemy jednak, że z różnych powodów nie każda kobieta będzie rodzić. Nie każda dziewczynka nawet dożyje wieku rozrodczego. Przyjęto więc, że – przy najlepszej nawet opiece medycznej w czasach pokojowych – kobieta powinna urodzić więcej niż dwoje dzieci, by zapewnić zastępowalność pokoleń. Podawana jest liczba 2,15 jako minimalna średnia, by statystycznie to osiągnąć. Niestety dzietność wśród europejskich aborygenów jest znacznie niższa. Rzadko zdajemy sobie sprawę, co to dla Europy oznacza w ostatecznym rachunku, ale już wiemy, że o przyszłości zadecyduje arytmetyka, która bezwzględnie podsumuje ideologię przeciwną rodzeniu dzieci.

Procent składany ujemny

Pamiętamy ze szkoły nielubiane zadania na procent składany. Gdyby włożyć do banku tysiąc złotych na pewien procent, to po iluś tam latach kwota urosłaby nawet do miliona. Nigdy jednak nie rozwiązywaliśmy zadań na procent składany… ujemny! Nie potrafimy sobie wyobrazić, ile by musiał wynosić ten procent, by po czterdziestu latach kwota oszczędności zmalała do grosza. A to jest prosta arytmetyka.

Rozwiążmy podobne zadanie na przykładzie populacji naszego kraju. Pytanie brzmi: kiedy urodzi się ostatnia Polka, jeżeli w przyszłości stale będzie utrzymywał się obecny wskaźnik zastępowalności pokoleń? Przypomnijmy, że w XXI wieku statystyczna Polka rodziła ok. 1,35 dzieci.

Po wprowadzeniu Programu „500+” odnotowaliśmy lekką poprawę i w roku 2017 ten współczynnik podniósł się do 1,45, co przekłada się na wskaźnik zastępowalności pokoleń na poziomie 1,3. Wyrażając to ludzkim językiem, możemy powiedzieć, że 100 kobiet pozostawi po sobie 65 córek, które w następnym pokoleniu urodzą łącznie 42 wnuczki.

Obecnie w Polsce mieszka niespełna 20 milionów kobiet w różnym wieku (wg GUS: 19 840 000). Wszystkie te kobiety przez całe życie urodziły lub urodzą łącznie 13 milionów córek (20×0,65). Oczywiście – te pokolenia żyją obok siebie i obraz się rozmywa dla obserwatora współczesnego. Ale z punktu widzenia matematyki sprawa jest prosta: w trzecim pokoleniu będzie 8 450 000 rodzących kobiet, w czwartym: 5 492 500, w szóstym: 2 320 581 itd. Z samej arytmetyki wynika, że w tym niezmiernie optymistycznym modelu ostatnia Polka urodzi się za 40 pokoleń.

Perspektywa zaniku

Epoka, która przyjdzie za 40 pokoleń, nie powinna nas interesować – powie ktoś – bo przez ten czas nastąpią takie zmiany, że rozpatrywany model przestanie obowiązywać. Poza naszą wyobraźnię wykracza nawet dziesięciokrotny spadek liczebności za 6 pokoleń. Warto jednak pamiętać, że Rzymianie też nie rozpatrywali tak odległej perspektywy. Zlekceważyli fakt, że nie są jedynymi mieszkańcami Ziemi. Obok rozwijały się plemiona barbarzyńskie, które starożytnemu Rzymowi ustępowały pod każdym względem cywilizacyjnym. Jednak któregoś dnia przeważyły liczebnie i gdy wśród zdolnych do noszenia broni nierównowaga przekroczyła pewną miarę, opanowali wciąż potężny Rzym nie tyle bronią, bogactwem czy technologią, co liczbą.

Historia świata jest pełna podobnych zdarzeń, choć zdarzały się też realizacje innych scenariuszy. Aborygeni australijscy, podobnie jak Indianie, byli bez porównania liczniejsi od drobnej początkowo garstki najeźdźców. Tam zadziałały czynniki, których teraz nie rozpatruję, bo współczesna Europa podlega prawom wędrówki ludów, a nie podbojom zbrojnym. Te przyjdą na końcu. Na końcu naszej cywilizacji.

Demokracja autodestrukcyjna

Demokracja, która przyniosła Europie tak wiele dobra, upada pod lekceważoną cechą własną, nieznaną ludom nadchodzącym z południa i od wschodu. Tą nieusuwalną cechą demokracji jest ukształtowanie modelu polityka, który – by w ogóle być politykiem – w pierwszej kolejności musi wygrać następne wybory. Wytworzyła się więc cała infrastruktura mentalna i organizacyjna, która na pierwszym (powtarzam, bo to ważne), na pierwszym miejscu stawia demokratyczne wybory. Cała reszta polityki może być taka lub inna, natomiast wybory są dogmatem nienaruszalnym, wyznawanym zgodnie przez wszelkie koalicje i opozycje, a kto by głosił coś przeciwnego, natychmiast zostanie ogłoszony wrogiem demokracji.

I ja nie ośmielę się występować przeciwko temu dogmatowi, zwłaszcza że w pełni się z nim zgadzam w warunkach pokojowych i stabilnych. Podnoszę tylko, że skutkiem niejako ubocznym stosowania tego dogmatu jest dostrzegane już powszechnie zjawisko skrócenia perspektywy.

Politycy mają na ustach pełno frazesów o demokracji, wolności i praworządności, ale rzadko mówią, a jeszcze rzadziej myślą o przyszłych pokoleniach. Dla nich bazą koncepcyjną jest aktualna, a kresem wyobraźni – przyszła kadencja. Nie dlatego, że to są źli ludzie, ale dlatego, że tego od nich wymaga demokracja.

Słabe charaktery ulegają słabościom demokracji. Charaktery silne przezwyciężają słabości i własne, i cudze.

Zanim nadejdzie powódź

Znamy szablon myślowy polityków kadencyjnych: „a teraz benzyna może być po 7 złotych”, czyli: „po nas choćby potop”. I ten potop właśnie nadchodzi. A dla polityków wybieranych przy dobrej pogodzie zbliża się czas próby. Jedni jeszcze opalają się na słońcu, inni już budują arkę.

Rzadko zastanawiamy się nad tym, czy Polska powinna istnieć w przyszłości liczonej nie latami czy kadencjami, ale pokoleniami, dziesiątkami pokoleń. Historia pokazuje nam wielu ludzi, którzy dążyli do unicestwienia Polski. Dziś też widzimy i w kraju, i za granicą takich, którzy chcieliby Polskę rozpuścić w jakimś większym mocarstwie. Nie miejsce tu na dyskusję tego problemu. Ja należę to tych obywateli Europy, którzy doszli do jasnej odpowiedzi: tak, Polska powinna istnieć! Ale zdaję sobie sprawę, że w przyrodzie ani nawet w kosmosie nie istnieje nic, co nie podlega żadnym oddziaływaniom. Te oddziaływania mogą być niszczące lub budujące. Jedne przychodzą z zewnątrz, inne mają charakter wewnętrzny. Jedne osłabiają istnienie danej rzeczy, inne ją wzmacniają. Świadomi nieuchronnych oddziaływań zewnętrznych, osłabiających i niszczących, powinniśmy zająć się tym, co od wewnątrz nas wzmacnia i buduje.

Na pierwszym miejscu stawiałbym wychowanie dla przyszłości. Tu nic nie zmieni się w ciągu kadencji. Rządzące dziś Europą pokolenie zostało wychowane w duchu depopulacji. 220 lat temu pewien krótkowzroczny doktryner (Malthus) przeraził się, że ludzi będzie za dużo w relacji do zasobów, więc uznał, że rozsądne byłoby działanie na rzecz ograniczenia populacji różnymi sposobami. Ta idea została powszechnie przyjęta w „świecie białego człowieka”, co doprowadziło do opracowania systemu wychowawczego, który wraz ze zmianami w innych dziedzinach zmienił myślenie całych pokoleń polityków, a nawet co głupszych filozofów.

Armia jedynaków

Idee Malthusa obezwładniły Europę silniej niż idee Marksa, ale jedne drugich nie wypierały. Przeciwnie. Połączyły się, by zapanować nie tylko nad umysłami, ale również nad liczbą aborygenów Europy. Promowane są postawy antynatalistyczne, natomiast rodzina wielodzietna stała się (w propagandzie) przedmiotem pogardy. Kształtujące te postawy media zostały sformatowane przez ideologów różnych mniejszości hedonistycznych. Heroldowie tych mniejszości nigdy nie wypowiadają się na temat przyszłości narodu, a państwu najchętniej pozostawiliby tylko funkcję nocnego stróża ich osobliwych uciech plus oczywiście funkcję dostarczyciela pieniędzy na owe uciechy. Krzykliwa propaganda hedonistów wszelkich denominacji w ostatecznym rachunku sprowadza się do jednego: ma być mniej motłochu! Mniej dzieci.

W czasie I wojny światowej Niemcy byli przekonani o łatwym zwycięstwie nad Francją, która już wtedy dysponowała tylko „armią jedynaków”. I rzeczywiście, Niemcy mieli szanse zwyciężyć na lądzie nawet z połączonymi siłami Francji i Anglii, bo przegrać musiała ta strona, której wcześniej zabraknie rekruta. Właśnie na to liczyli Niemcy, godząc się na wielkie straty własne, dopóki podobne straty na froncie ponosili Francuzi. Wielką wojnę demograficzną przerwali Amerykanie, a Niemcy zrozumieli, że wojny na wzajemne wyniszczenie wygrać nie mogą. Ale zrozumieli to dopiero po następnej wojnie i dziś za wszelką cenę chcą być narodem liczebnie silnym. Przyszłość pokaże, czy ta cena nie jest za wysoka, bo przybysze – jeśli nie są dziećmi kradzionymi sąsiadom – niekoniecznie staną się Niemcami.

Hedonka i savonarolka

Walka – w niektórych krajach już przegrana – toczy się dziś o instytucję rodziny, rozumianą jako związek kobiety i mężczyzny, budowany w celu (statystycznie rzecz biorąc) rodzenia dzieci. Dla odmiany, mniejszości hedonistyczne dążą do zrównania praw rodziny ze związkami różnych osób, tworzonymi w celu nierodzenia dzieci. To, że czasem w tych związkach nierodzinnych adoptowane są cudze lub wychowywane są własne dzieci, nie zmienia antynatalistycznego celu (statystycznie) głównego bez względu na świadomość uczestników tych związków, ich nazwę tudzież ideologię.

To trzeba powiedzieć jednoznacznie: rodzina (również niepełna), która rodzi dzieci, powinna być wspierana przez własne państwo, natomiast każdy związek obliczony na nierodzenie dzieci powinien cieszyć się pełną wolnością, ale zerowym wsparciem.

Uzasadnienie jest bardzo proste: narody, które rodzą dzieci, będą istnieć, a narody, które nie rodzą – szybko zanikną. Wspieranie rodzin z dziećmi nie jest mnożeniem patologii, ale warunkiem trwania narodu! Rzecz jasna – sygnalizowany tu główny obowiązek państwa dotyczy cywilizacji zanikających, czyli całej Europy. W Somalii czy w Nigrze państwo ma zupełnie inne obowiązki na pierwszym miejscu.

Nie korzystam tu z argumentacji moralnej, ograniczając się do arytmetyki. Osobliwością demokracji jest to, że raz rządzą zwolennicy moralności X, a kiedy indziej – wyznawcy Y. Gdy jedni z drugimi wypracowali jakiś kompromis polityczny, natychmiast po obydwu stronach pojawiają się kserokopie Savonaroli, które posuwają się do moralnego szantażu i do zachowań ekstremalnych, by zmusić rządzącą większość do wprowadzenia zmian w prawie, odpowiadających danej ofensywnej mniejszości. To jest temat na odrębny artykuł. Tu zwrócę tylko uwagę na błąd w myśleniu, polegający na przeniesieniu żądań z płaszczyzny moralnej na płaszczyznę polityczną w demokracji, która ze swej arytmetycznej natury jest głęboko pozamoralna.

Warunek długiego trwania

Maltuzjanizm już w XIX wieku okazał się błędny, a w wieku XX wpłynął tylko na umysły „świata białego człowieka”. Inne cywilizacje rozwijają się według własnych ideologii. Na przykład chińska wersja maltuzjanizmu, czyli „polityka jednego dziecka” wcale nie ograniczyła liczby ludności w Chinach. Raczej wyłączyła inne mechanizmy demograficznej samoregulacji, co skutkowało imponującym przyrostem populacji (zwłaszcza męskiej) w czasie obowiązywania tej polityki.

Nadwyżka skazanych na bezżenność we własnym kraju Chińczyków w wieku przedpoborowym jest już większa od liczby wszystkich Rosjan w tej samej grupie wiekowej. To nie pozostanie bez wpływu na losy świata, a losy Syberii są już chyba przesądzone. Obserwujemy też np. stopniowy zanik Łotwy na Łotwie.

Tam z kolei bezwładność oczywistych procesów demograficznych doprowadzi nieuchronnie do… tu się wstrzymam, bo nie jestem prorokiem i życzę Łotyszom tego, na co nie mam nadziei. Ale mam nadzieję, że Polska ma przed sobą długie trwanie. Warunkiem jest przywrócenie pełnej zastępowalności pokoleń. W tej sprawie nie wystarczą programy rządowe. Musimy wypracować nowe idee, wręcz nową cywilizację. Nie zrobią tego demokratyczni politycy. To zadanie dla filozofów i twórców kultury. Jeżeli uznamy, że istnienie Polski jest wartościowe, to musimy coś zrobić dla jej trwałości. Jeżeli będzie nas mało, w którymś momencie nie powstrzymamy tych, których będzie dużo. I to stanie się nie za 6 pokoleń. Znacznie wcześniej!

Przetrwamy!

Administracyjne sposoby wpływania na demografię, choć niekiedy konieczne, nie mogą być na dłuższą metę skuteczne ani w jedną, ani w drugą stronę. Bo zawsze włączają się inne okoliczności, niejako uboczne, których politycy nie przewidywali. Ważniejsze okazały się czynniki ideologiczne, w tym wspomniany maltuzjanizm, bo one mają wpływ na wychowanie, a dalej na kulturę, propagandę i na realne postawy społeczne.

Jeszcze skuteczniejsze i bardziej długotrwałe okazało się chrześcijaństwo. Maltuzjanizm przegrał na całej linii. Za chwilę wyznawcy Malthusa bezpotomnie wymrą. W Europie – jeśli nie liczyć większości bez właściwości – pozostaną wyznawcy Boga i coraz liczniejsi wyznawcy Allacha. To oni zadecydują, kiedy urodzi się ostatnia aborygeńska Szwedka, Niemka i Francuzka. Jeżeli o ostatniej Polce wyznawcy Allacha decydować nie będą – przetrwamy jako naród, jako kultura i jako cywilizacja aż do skończenia świata.

Uwadze Czytelników, którzy przechowują egzemplarze „Kuriera WNET”, polecamy doroczne raporty demograficzne tegoż autora, publikowane w numerach 7/2016, 6/2017 i 5/2018. Zawierają one informacje i argumenty pominięte w powyższym artykule (Red.).

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ostatnia Polka” znajduje się na s. 3 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ostatnia Polka” na s. 3 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji, cz. 2 / Herbert Kopiec, „Śląski Kurier WNET” nr 50/2018

Z Krzyśkiem są już 14 lat i wciąż marzą o ślubie. Rzadko się kłócą. Dla kontrastu Biedroń mówi: Pamiętam, jak moi rodzice się kłócili: były wrzaski, trzaskania drzwiami. U nas to nie do pomyślenia.

Herbert Kopiec

Tytuł felietonu jest nieco mylący. Może bowiem sugerować, że Robert Biedroń, naczelny gej Rzeczpospolitej (sam nie lubi tego określenia), pierwszy w historii Polski wyautowany homoseksualista, działacz LGBT, ekspert unijny w sprawach antydyskryminacyjnych, ma się w Polsce nie najlepiej. Nic bardziej błędnego. Gej – celebryta wybrany (z Ruchu Palikota) do parlamentu, prezydent Słupska – jest człowiekiem, jak sam to wyznaje, spełnionym, choć niepozbawionym coraz ambitniejszych aspiracji. Jeśli wierzyć w to, co mówi – mierzy wysoko. Bardzo wysoko. Raczej marzą mu się (choć niekiedy zaprzecza) wytworne salony, żyrandole, nie wykluczając Belwederu i Zamku Królewskiego, podczas gdy ja ględzę o jakiejś wujowskiej chacie. (…)

Jako człowiek sukcesu i w gruncie rzeczy spełniony, tak oto mówi o sobie: Jestem chłopakiem z Krosna, któremu, często idąc pod prąd, udaje się spełniać swoje marzenia. Liderem, który umie prowadzić dialog i pociągać za sobą ludzi. Synem, bratem, kolegą i w końcu też partnerem Krzyśka. Z Krzyśkiem są już 14 lat i wciąż marzą o ślubie. Rzadko się kłócą. Dla kontrastu Biedroń mówi: Pamiętam, jak moi rodzice się kłócili: były wrzaski, trzaskania drzwiami. U nas to nie do pomyślenia.

Biedroń ma się za polityka, który kocha Polskę (…), uczciwe państwo dające równe szanse każdemu (…). Ale przede wszystkim – zapewnia – jestem i zawsze będę sobą, Robertem Biedroniem. Zapewne niejeden mąż stąpający po tej ziemi chciałby móc tak o sobie mówić, ale los zazwyczaj nie jest aż tak łaskaw dla przeciętnego zjadacza chleba. Czy pozostaje mu tylko zazdrościć Biedroniowi udanego życia?

Jest jednak w tej autoprezentacji i pojmowaniu szczęścia i polityki fundamentalny mankament. Mam na myśli kwestię szeroko pojmowanej społecznej odpowiedzialności. Tej perspektywy u Biedronia raczej nie znajdziemy. Tymczasem za świat człowieka, za jego przyszłość, odpowiedzialny jest tylko człowiek, nie wyłączając nawet takiego szczęściarza jak R. Biedroń. Człowiek nie ma bowiem wolności wyrzeczenia się odpowiedzialności (tak jak ojciec nie może wyrzec się swojej za dziecko). Przy czym odpowiedzialność jest podstawą, na której może się pojawić wolność. Wolności nie należy mylić z samowolą. Uleganie zachceniu nie jest wolnością. (…)

Tymczasem wygląda na to, że na fali miłosnego uniesienia, deklarujący swoje osobiste/indywidualne wniebowzięcie Robert Biedroń jakby nie zauważył braku relacji z przyszłością.

Cywilizacja małżeństw typu 2+0 czy nawet 2+1, nie mówiąc już o cywilizacji gejów i lesbijek, skazana jest na wymarcie. To tylko sprawa czasu, zwłaszcza że Arab płodzi kilkoro albo i więcej dzieci. Zaś odurzony konsumpcją, coraz bardziej oddalający się od Boga Europejczyk – jedno.

A Pan, Panie Robercie, ze swoim umiłowanym partnerem Krzysiem? Nie macie Panowie (przykro mi o tym przypominać) żadnych szans, choćbyście byli na maksa szczęśliwi, w konfrontacji ze swymi rówieśnikami z cywilizacji biologicznie żywotniejszych. Zasadnie da się więc powiedzieć, że homoseksualizm to nie jest święto życia. Jest ideologią schyłkową. Nie nawiązuje bowiem istotnej relacji z przyszłością. Brakuje w nim odpowiedzialności za świat, w którym mają żyć następne pokolenia. (…)

Jego zdaniem większość Polaków jest za związkami partnerskimi, a 94% młodych uważa, że państwo nie powinno być blisko związane z Kościołem. W Słupsku to zrobiłem. Nikt wcześniej w polityce nie miał na to odwagi. Kiedy otwierałem największą inwestycję w Polsce, czyli obwodnicę w Słupsku, nie było żadnego kropienia kropidłem ani przecinania wstęgi przez biskupa. Był bieg na pięć kilometrów i ten, kto dobiegł pierwszy, miał prawo przeciąć wstęgę. Biegli politycy, ja też, mógł biec również ksiądz, wszyscy mieli szanse. Wygrał zwykły mieszkaniec Słupska i to on przeciął wstęgę. To oczywiście symbol. Ale ważny („Wprost”, Czas na nowe pokolenie polityków, lipiec 2018).

Zdaniem Biedronia, w tym symbolicznym zwycięstwie (i honorach z nim związanych) zwykłego mieszkańca Słupska odnajdujemy postępowego, niezbędnego Polsce i Polakom ducha zmiany społecznej. Trzeba iść kompletnie inną drogą. Owa zmiana – zapewnia Biedroń – będzie miała ten walor, że wszyscy będą mieli szanse. Dobre sobie! Już widzę, jak sobie radzi na pięciokilometrowej trasie wysportowany zwykły mieszkaniec Słupska z przeciętnym, zwykłym księdzem proboszczem. Chociaż strona kościelna też mogłaby wystawić jakiegoś księdza-sportowca. I wówczas co? Ano wychodzi jakby na to, że wedle pomysłu Biedronia, sprawiedliwe reguły/zasady budowy raju na ziemi (w tym dobór ludzi, wyłanianie elit itp.) najlepiej ustalać w biegu na 5 kilometrów? (…)

Dziś to polityczna poprawność decyduje o tym – pisze amerykański konserwatysta – że współczesne społeczeństwo trawi obawa przed użyciem niewłaściwego słowa (…), ludzie po raz pierwszy obawiają się swoich własnych słów (…). Jeśli dzisiaj powiesz „coś złego”, natychmiast masz problemy z prawem (…), możesz nawet stracić pracę albo zostać wydalonym z uczelni. Pewne tematy są zakazane. W wielu przypadkach nie wolno dochodzić prawdy. Jeśli to uczynisz, zostaniesz natychmiast zakwalifikowany jako rasista, seksista, homofob (D. Rohnka, Fatalna fikcja, 2001).

U nas w Polsce nie jest jeszcze – powie niejeden rodak – aż tak fatalnie. Oto Jasna Góra obroniła się jeszcze (8 lipca 2018) przed Marszem Równości, zwanym też Paradą Miłości. „Nacjonalistyczna”/homofobiczna młodzież skutecznie zagrodziła drogę kochającym inaczej do duchowej stolicy Polski.

Słowem: może przecież być gorzej. I rzeczywiście – może. Dobrą ilustracją mogą być świeżutkie kłopoty znanej włoskiej pisarki i lekarki, która zdecydowała się przerwać milczenie środowiska lekarskiego na temat homoseksualizmu. Stwierdziła, że jest on odwracalny, a także, że pożycie takich osób wiąże się z poważnym zagrożeniem dla ich zdrowia. Swoim stanowiskiem rozwścieczyła środowiska LGBT, które domagają się jej ukarania. Proces De Mari rozpoczął się w środę 18 lipca br. w Turynie.

Prokurator wnioskował, aby umorzyć sprawę, ale sędzia się na to nie zgodziła. Silvana De Mari to lekarz trzech specjalizacji, w tym psychoterapeutycznej. Jak zaznaczył obrońca pisarki, prof. Mauro Ronco, ta sprawa jest przełomowa w całej historii włoskiego sądownictwa, ponieważ De Mari oparła się na badaniach naukowych. Chodzi tu zatem o kwestię wolności słowa (wPolityce.pl, 17 lipca 2018).

Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji (cz. II)” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Chata wuja Biedronia, czyli o rzekomej dyskryminacji (cz. II)” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Sezon ogórkowy w mediach. Czy rzeczywiście w lipcu nic ciekawego się nie działo prócz pojawienia się pytona nad Wisłą?

Poinformowano, że Grupa TVN odnotowała w ub. roku 1,8 mld zł przychodów, koncern Agora 1 mld zł, a krytykowane przez wcześniej wspomniane: „medialne imperium ojca Tadeusza Rydzyka” – 30 mln zł.

Maciej Drzazga

Po raz pierwszy od ćwierćwiecza liczba osób poszukujących pracy w Polsce spadła poniżej 1 mln osób.
Ruszył rządowy program szkolnych wyprawek dla dzieci w wysokości 300 złotych oraz obniżka opłat za wodę w Warszawie o 314 złotych rocznie (dla 4-os. rodziny).
Fabryka autobusów Solaris przeszła w hiszpańskie ręce.

„Jesteście bydlakami. Antyobywatelską burżuazją. Łapa w łapę PiS z PO przeciw Polakom. Przeciw zwykłym ludziom. Przeciw wolności i demokracji. POPiSowym ścierwem jesteście i prędzej czy później za to zapłacicie” – skomentował brak zgody Senatu na prezydencką inicjatywę referendum konstytucyjnego lider Kukiz´15 Paweł Kukiz.

Po 3-letnim zamieszaniu spowodowanym polityką Berlina, przywódcy UE na szczycie w Brukseli jednogłośnie potwierdzili, że polityka azylowa należy do wyłącznych kompetencji państw członkowskich.
Okazało się, że przy aprobacie ekologów w polskiej puszczy nad Notecią można wznieść całkiem sporej wielkości zamek pod warunkiem, że nie ucierpi przy tym żaden kornik.

Zapraszamy do przeczytania całego „Telegrafu” Macieja Drzazgi na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Telegraf Macieja Drzazgi na s. 2 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego