Nie jest dobrze. Amerykańscy naukowcy dowodzą, że za bezrefleksyjne przyswajanie fake newsów odpowiedzialne są m.in. potrzebne każdemu do rozwoju mechanizmy wypracowane jeszcze w dzieciństwie.
Wojciech Mucha
Nasz mózg ma wykształcony mechanizm akceptacji, odrzucania, wypierania z pamięci, niezapamiętywania lub zniekształcania informacji w oparciu o to, czy są one przez niego postrzegane jako potwierdzenie, czy zaprzeczenie istniejących przekonań – dowodzą badacze.
(…) Tego typu skłonność do stronniczości powstaje we wczesnym dzieciństwie. Wówczas dziecko uczy się rozróżniać fantazję i rzeczywistość. Także wtedy – dowodzi naukowiec – dzieci zdobywają wiedzę o otaczającym je świecie m.in. na podstawie gier lub baśni. Tym samym wykształca się u nich pewien rodzaj akceptacji fantazji i kłamstwa, który zostaje utrwalony. (…)
Ludzie rozwijają w sobie zdolność do szukania potwierdzenia swoich przekonań. Takie potwierdzenie to zarazem nagroda i lek uspokajający. Szukamy potwierdzenia i gdy je znajdziemy, przestajemy zajmować się sprawą. „OK, masz rację, możesz to zostawić” – zdaje się mówić nasz mózg. I to jest właśnie pole do popisu dla wszelakich siewców fake newsów i propagandy.
Jednym ze sposobów na zmniejszenie atrakcyjności fałszywych wiadomości jest zdobycie się na odwagę poszukiwania alternatywnych informacji, które nie są koniecznie tożsame z naszym punktem widzenia. Jeśli uda się nam oswoić niewygodny dla nas pogląd, wówczas, zamiast na siłę starać się go wyprzeć, można z nim polemizować, a nawet (oby po sprawdzeniu) zaakceptować. Przykładem na takie „oswojenie” mogą być żarty ze śmierci.
Cały artykuł Wojciecha Muchy pt. „Fake newsy? Od dziecka uczysz się je przyswajać!”, znajduje się na s. 9 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Wojciecha Muchy pt. „Fake newsy? Od dziecka uczysz się je przyswajać!” na stronie 9 wrześniowego „Kuriera WNET”, nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Tak, Polska została upokorzona, Polska nauka została upokorzona, Polska ludność w Puszczy Białowieskiej została upokorzona i za to upokorzenie ktoś będzie musiał w przyszłości zapłacić.
Tomasz Wybranowski
Jan Szyszko
Z profesorem Janem Szyszką, byłym ministrem środowiska, rozmawia Tomasz Wybranowski.
Ministerstwo Leśnictwa Bawarii zakomunikowało w dramatycznym tonie, że około połowa terytorium landu jest zagrożona starym, dobrze nam znanym kornikiem drukarzem i oświadczyło: „Jedynym środkiem zaradczym jest wycinka drzew i dziennie ścina się od siedemdziesięciu do stu drzew”. Mało tego, niemieckie media, „Die Welt”, pochwalają wycinkę. O co chodzi? Czyli są równi i równiejsi, Panie Profesorze?
Niemcy są pragmatykami, postępują zgodnie ze sztuką i wiedzą naukową. Kornik drukarz wykazuje dużą ekspansywność. Potrafi mieć cztery, a nawet pięć generacji w ciągu jednego roku. Kiedy się pojawi, natychmiast trzeba przystąpić do usuwania zarażonych drzew, bo od nich zarażają się sąsiednie. Jedno zaraża trzydzieści innych. W układzie tym – postępu geometrycznego – następuje zamieranie całych drzewostanów. Niemcy postępują więc zgodnie z wiedzą, zgodnie z praktyką, tak, jak należy, aby zahamować proces gradacji.
Prof. Jan Szyszko | Fot. K. Tomaszewski
Dlaczego nasze nadleśnictwa i ich zgodne z prawem działania w Puszczy Białowieskiej są inaczej oceniane?
Uważam, że w Polsce drastycznie złamano prawo, zignorowano wiedzę i praktykę, i doprowadzono do tego, że obumarły miliony drzew. W tej chwili gnije ponad 6 mln m3 drewna; straty są ogromne. Z jednej strony zanik tysięcy hektarów siedlisk ważnych z punktu widzenia Natury 2000, a z drugiej – ogromne straty gospodarcze. Oczywiście było to bardzo mocno wspierane przez ośrodki ideologiczne Zielonych, również z państw Unii Europejskiej. Polska się poddała. Próba naprawy sytuacji spowodowała, że Komisja Europejska postawiła Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, a ten wydał wyrok, który wyraża wielki niepokój w stosunku do tego, co Polska zaczęła robić, hamując proces gradacji kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej. Trybunał stwierdził, że wpłynie to niekorzystnie na integralność obszaru Puszczy. Ten wyrok pokazał w gruncie rzeczy nieudolność strony skarżącej, ale jest ostateczny. Koła ideologiczne, które doprowadziły do tego, co stało się w Puszczy Białowieskiej, uznały za sukces, że Polska została upokorzona. Tak, Polska została upokorzona, Polska nauka została upokorzona, Polska ludność w Puszczy Białowieskiej została upokorzona i za to upokorzenie ktoś będzie musiał w przyszłości zapłacić.
Zatrważające jest, jak media w zupełnie inny sposób opisują te same zdarzenia. Panie Profesorze, pamiętam, jak wiosną leśnicy mówili: módlmy się, aby nie było zbyt sucho, bo w związku z wyrokiem Trybunału Europejskiego nie możemy nic zrobić i nie daj Boże iskierka, a nasza puszcza spłonie. Smutne.
Przerażające jest to, że na Polskę wywiera się ogromną presję po to, żeby pewna ideologia wkraczała na tereny polskiego dziedzictwa kulturowo-przyrodniczego, miejscowej ludności, polskiego leśnictwa, polskiej szkoły ochrony przyrody, polskiego łowiectwa. Przecież Puszcza Białowieska w roku 2008 była wzorem dla całego świata, w jaki sposób można, gospodarując zasobami przyrodniczymi, chronić te zasoby i korzystać nich. Z powodów ideologicznych doprowadzono do ogromnych strat. Polska będzie musiała odtworzyć te zniszczone siedliska, bo takie jest również prawo Unii Europejskiej, a równocześnie miliardy złotych marnują się w gnijącym drewnie i ten proces będzie postępował. Do tego katastrofalna susza powoduje, że zamieranie drzewostanu w puszczy postępuje bardzo szybko. A Komisja Europejska wywiera presję na władze polskie, aby dalej w tym obłędzie trwać.
Przy okazji zapraszam Radio WNET do Tuczna, gdzie pokazujemy całemu światu, w jaki sposób można użytkować zasoby przyrodnicze dla dobra tych zasobów i dla dobra człowieka.
Rozmowa Tomasza Wybranowskiego z prof. Janem Szyszką, byłym ministrem środowiska, pt. „Kornik jako narzędzie walki ideologicznej”, znajduje się na s. 5 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Rozmowa Tomasza Wybranowskiego z prof. Janem Szyszką, byłym ministrem środowiska, pt. „Kornik jako narzędzie walki ideologicznej” na s. 5 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl
O groby powstańców wielkopolskich tak naprawdę kilka lat temu upomnieli się dopiero kibice poznańskiego Lecha, którzy rozpoczęli spontaniczną, społeczną akcję zbiórki pieniędzy na ich renowację.
Tomasz Wybranowski
Wojciech Wybranowski
Śladów setnej rocznicy powstania wielkopolskiego ani śladów tej kolebki polskości na ulicach Poznania nie widać. Staramy się zdiagnozować przyczynę tego. Jaka jest twoja opinia na ten temat?
Poznań przed wojną był miastem bardzo endeckim i tendencje patriotyczne, duma z naszej historii były tu bardzo silne. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Polacy na łamach wychodzących tutaj gazet, między innymi „Dziennika Poznańskiego”, pisali o tym, że ich największym zmartwieniem jest to, czy zdążą walczyć za Polskę. Natomiast po II wojnie światowej idee powstania wielkopolskiego, a później Poznańskiego Czerwca ’56 były coraz bardziej zabijane przez władze. Uroczystości, o ile w ogóle były organizowane, przypominały peerelowski apel: złożenie kwiatów, wystrzał armatni, minuta ciszy i gonić do domów. W ten sposób zabijano w ludziach pamięć.
O groby powstańców wielkopolskich tak naprawdę kilka lat temu upomnieli się dopiero kibice poznańskiego Lecha, którzy rozpoczęli spontaniczną, społeczną akcję zbiórki pieniędzy na ich renowację. Nie robiło nic miasto, nie robił nic Urząd Marszałkowski, Urząd Wojewódzki.
I dzisiaj nadal trwa zabijanie pamięci o powstaniu wielkopolskim. Jeżeli cokolwiek w mieście się dzieje, jeżeli są jakiekolwiek nawiązania do tradycji powstania wielkopolskiego, wspomnienia o bohaterach, to są działania oddolne, podejmowane przez bardzo młodych ludzi albo przez historyków pracujących w Muzeum Powstania Wielkopolskiego, w Wielkopolskim Muzeum Walk Niepodległościowych. Nie ma woli władz miasta, władz województwa, by organizować, przypominać, przywracać pamięć.
Jak w Warszawie udało się przywrócić po latach zapomnienia powstanie warszawskie, tak w Wielkopolsce żyje ono tylko w środowiskach bardzo młodych Polaków i tych Wielkopolan, którzy w swoich rodzinach mieli powstańców.
Cały wywiad Tomasza Wybranowskiego z Wojciechem Wybranowskim, pt. „Zabijanie pamięci trwa”, znajduje się na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Tomasza Wybranowskiego z Wojciechem Wybranowskim, pt. „Zabijanie pamięci trwa” na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Wizja trawnika, a nawet kilku drzew w otulinie Jeziorka Czerniakowskiego, w porównaniu z naturalną zielenią, która teraz wymienia powietrze Warszawy w tej strefie, jest raczej smutna niż śmieszna.
Bogna Podbielska
Jeziorko Czerniakowskie wraz z rezerwatem przyrody i jego otuliną stanowią korytarz napowietrzający oraz obszar zieleni o wysokim współczynniku wymiany powietrza. Takie tereny podnoszą jakość naszego życia. Londyńskie Wetland Center to ptasi rezerwat, który mógł stać się osiedlem mieszkaniowym. Na szczęście do tego nie doszło. Bloki czy przyroda? Wszystko wskazuje na to, że w niedługim czasie to bloki wygrają batalię o otulinę Jeziorka Czerniakowskiego. (…)
Jeziorko Czerniakowskie jest starorzeczem Wisły, tworzącym unikalny układ wodny na tarasie zalewowym Wisły. Na terenie rezerwatu występuje 46 gatunków drzew i 27 – krzewów, wiele gatunków ptaków, m.in. perkoz dwuczuby, kuropatwa, pliszka żółta, tracz nurogęś, czajka, słowik i czapla siwa. Niektóre odbywają tu lęgi. Obszar ten jest dla lokalnej awifauny miejscem rozrodu, odpoczynku i schronienia. Nie bez powodu stał się jednym z czternastu stołecznych rezerwatów.
Otuliny rezerwatów nie zostały wymyślone „sobie a muzom”, choć ich nazwa brzmi bardzo poetycko. Pojęcie to sformułowali biolodzy, by opisać rzeczywistość konieczną dla istnienia ekosystemu chronionego, jakim jest rezerwat.
Dlaczego cywilizacja, w tym urbanistyka, nie korzysta z osiągnięć nauki i bierze pod uwagę jej osiągnięcia w bardzo wybiórczy sposób? Kilka otulin rezerwatów zostało już w Warszawie zabudowanych. Otuliny został pozbawiony m.in. Las Kabacki, Las Bielański, Skarpa Ursynowska.
Zdaniem ekologów zabudowa mieszkaniowa jest też przyczyną obniżania się poziomu wody w Jeziorku Czerniakowskim. Wysychanie jeziorka widać gołym okiem, jest łatwe do udowodnienia m.in na podstawie zdjęć lotniczych. Jednak wg zespołu, który stworzył plan, podobno na podstawie tzw. studium, zabudowa ma powstrzymać wysychanie.
Nie trzeba być naukowcem, żeby zauważyć, że wtargnięcie w ekosystem z obecnym planem zabudowy jest zamianą obszaru spontanicznie rozwijającej się przyrody na obszar brutalnie uregulowany ręką ludzką, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czy nie warto tej brutalności zamienić na łagodność, skoro jakiś rodzaj regulacji jest koniecznością? (…)
Czy nie lepiej podjąć inwestycję, która przekształci ten teren w strefę rekreacji, zamiast za kilka lat płacić Unii Europejskiej olbrzymie kary za przekroczenie norm w jednej z najbardziej zanieczyszczonych stolic w Europie? Kto będzie odpowiadać za zanieczyszczenie smogiem i kolejne kary Trybunału Europejskiego?
Teren aktywny biologicznie
Na zebraniu w sprawie konsultacji społecznych planu zabudowy Czerniakowa Południowego projektanci oświadczyli, że uwzględnia on w pełni prawa dla otuliny rezerwatu, czyli obowiązek zachowanie 60% tzw. terenu aktywnego biologicznie (TAB). Wg prawa budowlanego, TAB to teren z nawierzchnią ziemną urządzoną w sposób zapewniający naturalną wegetację. Do pojemnej definicji TAB wchodzą też, o dziwo, „brutto drogi”.
Można mniemać, że ustalającym prawo chodziło o to, żeby przy budynkach powstawały trawniki i skwery. Ale TAB to również ziemia pokryta tzw. eko kratką czy płytami betonowymi z otworami.
Tak nieprecyzyjny zapis o terenie aktywnym biologicznie to dla deweloperów podwójny zysk: zielony teren i jednocześnie parking czy droga. Jak wygląda taki „trawnik”, można zobaczyć na dowolnym osiedlu czy pod niektórymi centrami handlowymi. Urocze eko kratki z wystającymi z nich mizernymi roślinami lub wypełnione „estetycznymi” białymi kamyczkami, to bardzo realna wizja dla 60% TAB.
Na całym terenie zakłada się 5 tys. osób, które będą potrzebować chodników. Co najmniej co piąty mieszkaniec będzie miał samochód albo dwa… Konieczne będą odpowiednio szerokie dojazdy dla karetek pogotowia i straży pożarnej, samochodów dostawczych, miejsca parkingowe dla mieszkańców i ich gości. Całej ww. infrastruktury do zielonej raczej nie można zaliczyć. Wszystko to w żaden sposób nie koresponduje z rezerwatem ani jego otuliną.
Czy definicja 60% terenu aktywnego biologicznie nie jest rodzajem zgrabnej fikcji? Doskonale wiemy, jak polskie prawo łatwo ulega nagięciom i interpretacjom. Można przewidzieć, który rodzaj interpretacji zostanie przyjęty, choćby dlatego, że wymaga mniej pracy i jest korzystniejszy dla dewelopera.
Na wspominanym zebraniu jako przykład dbałości o zieleń przytoczono uwzględniony w planie zabudowy plac zieleni i rekreacji. Jego wielkość to „aż” 0,41 ha. Na jego powierzchnię ma przypadać 80% TAB. Wizja trawnika, a nawet kilku drzew na działce o wymiarach ok. 64 x 64 m, w porównaniu z intensywnością przyrody, która teraz wymienia powietrze Warszawy (za darmo) w strefie otuliny i pasa zieleni przy Trasie Siekierkowskiej – jest dużo bardziej smutna niż śmieszna. (…)
Zabudowa wewnątrz korytarza
Z wypowiedzi planistów wynika, że korytarz napowietrzający ma być zachowany, ponieważ niższe budynki mają być dopuszczone bliżej jeziorka, a wyższe bliżej ulicy Becka. Określenie „wyższe i niższe budynki” wg projektantów jest bardzo pojemne. „Wyższe budynki” mają się znaleźć przy Trasie Siekierkowskiej poza otuliną, jednak wewnątrz korytarza napowietrzającego i będą wysokie na 17, 20 i 24 metrów. Natomiast te wewnątrz otuliny i korytarza zarazem, zwane przez planistów niższymi (!) mogą osiągać wysokość: 17, 19 i 20 metrów.
Działki z wysoką zabudową zajmą ok.1/3 otuliny i głęboko wejdą do wnętrza korytarza powietrznego. Budynki zablokują przepływ dwóch mas powietrza – znad Wisły i ze strony Wilanowa. Znajdą się dokładnie na styku obydwu, gdzie korzystne byłoby ich zlanie się w jeden szeroki klin.
Co w tym kontekście znaczy zdanie projektantów: „korytarz napowietrzający został utrzymany”? Jakim cudem poprawi się przepływ i wymiana powietrza w Warszawie (z uczestnictwem roślinności), jeśli pojawi się w tym miejscu gęsta i częściowo wysoka zabudowa?
Przedstawiciel dewelopera planującego postawienie budynków wzdłuż Trasy Siekierkowskiej z wielką energią zadał na zebraniu pytanie o możliwość budowy sześciu kondygnacji na działkach wzdłuż zewnętrznego pasa Trasy Siekierkowskiej. Ewidentnie zależało mu na maksymalnym wykorzystaniu możliwości prawnych.
Niejasny status klinów napowietrzających
Czy kliny mają uregulowany status prawny i dokładną definicję uzgodnioną przez naukowców? Jakiej wysokości budynki dopuszcza prawo budowlane na terenie klina napowietrzającego?
Te pytania zdają się nie mieć dokładnych odpowiedzi. Samo studium nie precyzuje, czego nie można robić w klinach. Nie zabrania wprost budowy, ale ustanawia „zakaz lokalizacji przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko”.
Powołam się więc na wypowiedź zespołu urbanistów: „kliny te są wciąż badane” oraz „są wzięte pod uwagę”. Skoro kliny są badane, to znaczy że nie została podjęta ostateczna decyzja. Nie ma też żadnych wytycznych budowlanych – jak więc mogą być wzięte pod uwagę wytyczne, które nie istnieją?
Czy ten plan zabudowy może więc być legalny, skoro opiera się na dopiero prowadzonych badaniach, z których wniosków jeszcze nie ma? Coś, co nie jest uregulowane, nie może stanowić bazy dla podjęcia wynikającej z tego decyzji prawnej. (…)
Istnieje wyrok sądu, który odpowiada na te pytania.
Zakłóceniu uległ klin napowietrzający mokotowski, m.in. przez powstanie osiedli Eko-Park oraz Marina Mokotów. W jego obronie powstało Mokotowskie Towarzystwo Zachowania Klina Nawietrzającego Warszawę. Towarzystwo to wygrało proces w obronie tego klina. Niestety proces trwał tak długo, że wybudowano osiedle, które wg wyroku sądu nie powinno powstać.
Unia Europejska ukarała Polskę za stan powietrza na Mokotowie. Smog w dzielnicy, gdzie stężenie pyłu PM10 przekracza wszelkie normy, przyczynił się do ogólnej oceny naszego miasta i kraju. Wymienione osiedla przyczyniły się do zablokowania klina napowietrzającego i kary 4 mld zł, które musi zapłacić polski podatnik. (…)
Cały artykuł Bogny Podbielskiej pt. „Galanteria betonowa” znajduje się na s. 6 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Bogny Podbielskiej pt. „Galanteria betonowa” na stronie 6 wrześniowego „Kuriera WNET”, nr 51/2018, wnet.webbook.pl
W procesie notyfikacji pomocy publicznej dla polskich kopalń na lata 2015–2018 nie zawiadomiono KE, że w KWK Krupiński znajdują się ogromne pokłady węgla koksującego – minerału strategicznego w UE.
Obywatelski Komitet Obrony Polskich Zasobów Naturalnych
Z ust ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego padło stwierdzenie: „Wydobycie węgla koksującego nie podlega restrykcji Komisji Europejskiej”. Nasuwa się tu zasadnicze pytanie – od kiedy minister energii o tym wie?
14 maja 2018 roku, urzędniczka w Ministerstwie Energii, dyrektor Departamentu Górnictwa Anna Margis, w odpowiedzi na pismo z dnia 29 marca 2018 roku w sprawie medialnych doniesień dotyczących sprzedaży przez Ministra Energii KWK „Krupiński”, skierowane przez Fundację Vis Veritatis im. Św. Michała Archanioła z Krakowa (kierowaną przez Dyrektora Zarządu Macieja Wac-Włodarczyka), pisze m.in.: Zakończenie działalności KWK „Krupiński” zostało uwzględnione w przywołanej powyżej Decyzji KE i jest nieodwracalne. Wznowienie produkcji w tej kopalni stanowiłoby złamanie Decyzji KE i Decyzji Rady 2010/787/UE i mogłoby skutkować wszczęciem procedury uznania całości pomocy publicznej dla sektora górnictwa węgla kamiennego za niezgodną z unijnymi zasadami pomocy państwa i pozwaniem Polski do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości”. (…)
Kto mija się z prawdą – minister mówiący, że wydobycie węgla koksującego nie podlega restrykcji KE, czy jego podwładna, twierdząca inaczej? Co zrobić w takiej sytuacji?
Przypomnę tutaj, że w procesie notyfikacji pomocy publicznej dla polskich kopalń na lata 2015–2018 nie podano do wiadomości KE, że zarówno w aktualnej, jak i w pierwotnej koncesji wydobywczej (pokład 405/1) znajdują się ogromne pokłady węgla koksującego uznanego za strategiczny minerał w UE i podlegający tym samym ochronie przed marnotrawstwem. (…)
Prezes JSW chwali się, że zabezpieczono dla potrzeb spółki koncesję z najbogatszym pokładem węgla koksującego (405/1), choć jeszcze niedawno nie brano go w ogóle pod uwagę.
Niech odpowie na pytanie, kto twierdził, że pokład 405/1 jest nieopłacalny do wydobycia ze względu na występujące w nim zagrożenia naturalne i jakie stanowisko piastuje obecnie w spółce JSW? Przypomnę tutaj, że zarówno senator PiS prof. geologii Krystian Probierz z Politechniki Śląskiej, jak i doc. Krauze z GIG byli przeciwnego zdania.
Na KWK „Krupiński” mamy jeszcze dostępną infrastrukturę wydobywczą, do pierwszych złóż węgla koksowego mamy tylko 650 metrów, a do tych najcenniejszych – pokładu 405/1 – 1650 metrów! Wydobycie może rozpocząć się w ciągu 2 lat. (…)
Oczywiście analiz kosztów wydobycia nie mogą wykonywać „fachowcy” skompromitowani dotychczasowymi dokonaniami – oni powinni dostać wilczy bilet i dożywotni zakaz uczestnictwa w opracowaniu ekspertyz.
Cały artykuł Obywatelskiego Komitetu Obrony Zasobów Naturalnych pt. „Kto mija się z prawdą? Walki o KWK Krupiński ciąg dalszy” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Obywatelskiego Komitetu Obrony Zasobów Naturalnych pt. „Kto mija się z prawdą? Walki o KWK Krupiński ciąg dalszy” na s. 2 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Rzeczpospolita Obojga Narodów – jest określeniem używającym nieco archaicznego dla nas języka. Mowa tu jest o „rzeczy” – symbolizującej ideę, o „pospolitej”, czyli wspólnej, i „obojgu”, czyli wielu.
Marcin Niewalda
Rzecz-pospolita to inaczej mówiąc „rzecz” wspólna – idea połączenia społeczeństw, odmienna od idei podboju, na jakiej budowane były niemal wszystkie wielkie organizmy państwowe w dziejach. Możemy powiedzieć, że idea Rzeczypospolitej, choć toczona rakiem pseudowolności, była czymś unikalnym i niepowtarzalnym w historii świata. Jest też ideą na wskroś chrześcijańską i zwyczajnie ludzką.
Chociaż Polanie byli narodem bitnym i agresywnym, choć podbijali okoliczne plemiona, a niewolników sprzedawali nawet do Arabii, to nie ma śladów wojen i zniszczeń, jakie musiałyby mieć miejsce, gdyby podbijali kraj „potężnego księcia siedzącego na Wiślech”. Zamiast tego, jak przypuszczał prof. Janusz Kurtyka, widzimy potomków książąt wiślańskich dzierżących wciąż swoje posiadłości, mających wielki wpływ, a nawet zastępstwo władzy krakowskiej (palatyn Sieciech w XI wieku). Jednocześnie Polanie zmieniają religię i przyjmują znane Wiślanom już od stuleci chrześcijaństwo. Wszystko wskazuje więc na to, że doszło wtedy do unii polańsko-wiślańskiej na zasadzie – „władza wasza, religia nasza”.
Władysław-Jagiełło, proponując w 1384 roku wizjonerką umowę, nie był więc nowatorem. Propozycja ochrzczenia Litwy, wspólnych rządów dwóch różnych organizmów w szacunku do swojej odmienności, nie była na ziemiach polskich czymś zaskakującym. Mądrzy doradcy króla-Jadwigi doprowadzili do tego, że w chwili przekroczenia przez księcia litewskiego granicy został on obrany, obok swojej żony, również królem.
Cały, trwający 185 lat proces budowy idei jagiellońskiej, zakończony unią lubelską, ma przynajmniej 6 ważnych aktów. Gdy dzisiaj mówimy o powstaniu Rzeczypospolitej w 1569 roku, mamy na myśli cały ów proces jednoczenia „Obojga” narodów w szacunku dla różnej natury wszystkich.
Nazwa, której dziś używamy – Rzeczpospolita Obojga Narodów – jest więc określeniem dla nas nieco niezrozumiałym, używającym archaicznego języka. Mowa tu jest o „rzeczy” – symbolizującej ideę, o „pospolitej”, czyli wspólnej, i „obojgu”, czyli wielu. Tłumacząc tę nazwę na współczesnym język, moglibyśmy powiedzieć „Idea-wspólna Wielu Narodów” – był to bowiem efekt pracy wielu pokoleń Polaków, Litwinów, Rusinów, Wołochów, Kaszubów i rodów napływających do Polski z wielu innych stron. (…)
Mieszkańcy Unii Europejskiej otrzymują namiastkę wolności na polu emocjonalnym. Mogą „lubić” to czy tamto, wyznawać w domu, co chcą, nawet ostatnio pedofilię, ale nie wolno im weryfikować zasad wspólnoty względem jakichkolwiek wartości moralnych.
Nie wolno umoralniać „demokracji”, może to bowiem zagrozić poddaństwu gospodarczemu, z którego korzystają najbogatsi. To nie unia, to podbój z namiastką wolności.
Ale wróćmy do naszej, polskiej, wspaniałej idei wspólnoty, szanującej faktycznie godność państw i osób. Czy Jagiełło lub Oleśnicki – doradca św. Jadwigi – wymyślili coś niezwykłego? Czy może uczynił to Mieszko I wraz z pradziadkiem palatyna Sieciecha? Sięgając tak daleko, zapuszczamy się w nieznany, fascynujący świat przeszłości. Wciąż jeszcze jesteśmy tu zdani na domysły, a każdy krok jest badaniem nieznanego. A jednak mamy pewne przesłanki, które sugerują, że polski – słowiański – charakter wspólnoty istniał wiele tysiącleci wcześniej.
Cały artykuł Marcina Niewaldy pt. „Rzecz-wspólna” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Rzecz-wspólna” na s. 2 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Wygląda na to, że artystą może być każdy, może robić wszystko, byleby to nazwać sztuką. Anda Rottenberg swego czasu powiedziała, że jeśli się zrobi dziurę w galerii, to ta dziura też jest sztuką.
Krystyna Różańska-Gorgolewska
Tomasz Wybranowski
O specyfice kultury, pseudosztuce w galeriach i promocji poprawności politycznej w Poznaniu z Krystyną Różańską-Gorgolewską, dziennikarką Radia Poznań, rozmawia Tomasz Wybranowski.
Co mówią poznaniacy w stulecie niepodległości i powstania wielkopolskiego? Jadąc do Poznania, kolebki polskiej państwowości, myślałem o powstaniu wielkopolskim jako jednym z najważniejszych, zwycięskim zrywie niepodległościowym, a w Poznaniu w ogóle tego nie widać.
Nie widać, dlatego że charakter naszemu miastu nadają włodarze, a włodarze są średnio zainteresowani uczuciami patriotycznymi i historią, raczej chcieliby tę historię tworzyć na nowo.
A patrząc na to, w jakim kierunku idzie kultura, chyba zamierzają nam w Poznaniu zaprowadzić nowy porządek i ład świata. Marksizm króluje. Na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym – same trendy marksistowskie.
W sztukach wizualnych zdecydowane nawiązanie do wszystkich rewolucji kontrkulturowych, sześćdziesiątego ósmego roku; mocny nacisk na wszystkie rewolucje seksualne – to wciąż w Poznaniu wybrzmiewa. Mamy Pride Week, kiedy ulicami Poznania chodzą kolorowo ubrani, różnych płci przedstawiciele mocno wojującego nurtu, który stara się wartości konserwatywne, czy po prostu, powiedziałabym, normalne, zepchnąć do podziemia.
Myślę, że większość poznaniaków nie do końca się potrafi w tym wszystkim odnaleźć. Wiadomo, że tłum, masa robi swoje. Także nacisk i retoryka posługująca się pewnym szantażem – że to jest właśnie nowoczesność, europejskość – zawsze na niektórych działa.
Ale poznaniacy zawsze zachowywali zdrowy rozsądek. Przywołał Pan powstanie wielkopolskie. To powstanie mogło się udać dlatego, że poznaniacy przez wiele, wiele lat prowadzili pracę organiczną. Oczywiście – zryw serca, wielki patriotyzm, ale też budowanie podstaw, struktur, niepoddawanie się emocjom, tylko konkretna praca.
Ale jednak jest również ten Poznań wynarodowiony. Bo coraz mniej podczas nauczania historii czy języka polskiego mówi się o rugach pruskich, mało kto z młodzieży kojarzy Wrześnię nie tylko z wierszem Marii Konopnickiej, ale również z pewnym konceptem historycznym, że już nie wspomnę o powieści, gdzie w roli głównej występuje niejaki Ślimak – jej już chyba nie ma w kanonie lektur szkolnych. I rodzi się pytanie, dokąd zmierzamy? Czy w kierunku totalnego samounicestwienia, podcinając własne korzenie? Czy chcemy poddać się temu wszystkiemu, co płynie z głównym nurtem?
Jak bardzo wyabstrahowany jest Poznań pod względem kultury, która ma mówić o zjawiskach i jakby wyprzedzać diagnozy pewnych prądów, i jak bardzo jest nastawiony na schlebianie europejskim gustom i libertyńskim, liberalnym wartościom, było widać na przykład podczas ostatniego Festiwalu Malta.
Zorganizowano go pod hasłem „Wiara” i miał mówić między innymi o mniejszościach lokalnych. Zadałam pytanie dyrektorowi Merczyńskiemu, czy chodzi mu o mniejszość ukraińską, bo ten język często słyszymy na ulicach w Poznaniu. Usłyszałam w odpowiedzi: nie, chodzi o dwóch Jemeńczyków, którzy przyjechali trzy lata temu do Poznania, mieszkają tutaj i świetnie się mają.
Następna rzecz. Podrążę ten Festiwal Malta; nadal idiom „Wiara”: opresyjny system, rodzący się terroryzm, skutkujący śmiercią na ulicach. Znowu pytam, czy chodzi o islam? Nie, chodzi o katolicyzm.
Taki mamy trend w Poznaniu: wszystkie instytucje miejskie, wszystkie imprezy kulturalne miasta są temu właściwie podporządkowane, takiej klasycznej już, chyba można tak powiedzieć, bo trwa od lat – poprawności politycznej i zgodnemu z nią widzeniu świata. (…)
Co się stało z Arsenałem? Przecież to była taka perełka. Tyle wspaniałych inicjatyw, wydarzeń. Galeria tętniła życiem i emanowała na miasto.
W Poznaniu właściwie wszystkie instytucje kultury są obsadzone przez ludzi związanych z „Czasem Kultury”. „Czas Kultury” to jest czasopismo, które zostało założone przez Rafała Grupińskiego z PO jeszcze w podziemiu, w latach osiemdziesiątych, i jakoś tak się składa, że większość szefów instytucji kultury właśnie z tego środowiska się wywodzi.
Z Arsenałem było tak: Piotrowi Bernatowiczowi kończyła się kadencja, zresztą bardzo udana. Prezydent Jacek Jaśkowiak stwierdził, że zamierza rozpisać konkurs. Niespodziewanie dla pana prezydenta dyrektor Bernatowicz ten konkurs wygrał. Dodatkowo jeszcze komisja go rekomendowała na to stanowisko, chociaż nie musiała. I mimo tego, łamiąc wszelkie standardy demokracji, nasz prezydent, który jest pierwszy od krzyczenia i wychodzenia na ulice w obronie tejże demokracji – niby łamanej w Polsce – po prostu powołał na to stanowisko swojego człowieka, Marka Wasilewskiego, którego najsłynniejszą pracą, zresztą zaskarżoną do prokuratury, było to, że nakręcił wideo z nagim mężczyzną wchodzącym do kościoła.
Marek Wasilewski od tego czasu rządzi i realizuje swój plan. Niewiele później zorganizował wystawę pani Izabeli Kowalczyk, która jest dziekanem Wydziału Edukacji Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu i też na swoim wydziale taki sam plan realizuje. Na tej wystawie, zatytułowanej Polki, patriotki, rebeliantki, był na przykład stolik z materiałami proaborcyjnymi i reklamującymi instytucje, organizacje, fundacje, które organizują turystykę aborcyjną.
To był pierwszy znak, że coś się będzie działo. No i po jakimś czasie mieliśmy warsztaty z aborcji. Do Poznania został zaproszony przez zastępczynię dyrektora na warsztaty towarzyszące właśnie warsztatom z aborcji zespół Gyne Punk, który działa w głębokim podziemiu w Hiszpanii. Oni promują taką ginekologię „do it yourself”, promują konstruowanie różnych przyrządów do wykonywania „samodzielnych” aborcji. Są wykolczykowani i na szczęście nie wzbudzają zaufania na tyle, żeby ktoś w jakichś obskurnych kazamatach miał ochotę samemu coś według ich instrukcji wykonywać.
Z kolei parę dni później odbyło się spotkanie z grupą, która promuje turystykę aborcyjną, a jej aktywistką jest właśnie wspomniana zastępczyni dyrektora Wasilewskiego. To już jest niemal zakładanie biznesu, który miałby działać pod dachem galerii. Tak to wygląda.
Cały wywiad Tomasza Wybranowskiego z Krystyną Różańską-Gorgolewską, pt. „Poznań i teorie spiskowe” znajduje się na s. 4 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Tomasza Wybranowskiego z Krystyną Różańską-Gorgolewską, pt. „Poznań i teorie spiskowe” na s. 4 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Następna okazja do pohałasowania pewnie nieprędko się nadarzy. Do naszej wioski rzadko dojeżdża poczta. Pieski odpoczywają w zagrodach. Tylko pod wystrzyżonym trawnikiem krety wciąż pracują.
Magdalena Krakowska
Pamiętam, że kiedy psy zaczynały poszczekiwać w taki charakterystyczny sposób, wiadomo było, że listonosz zaczyna swój przemarsz lub przejazd (jeśli dysponował rowerem) przez wieś. (…)
Psy oczywiście wywiązywały się ze swojego obowiązku obrony interesów tego, kto wystawia im przed budę miskę z jedzeniem. Niektóre psy szczekały do upadłego, a niektóre, kiedy listonosz podchodził bliżej, cichły i zaczynały nieśmiało machać ogonem (zerkając, czy aby pan nie widzi), licząc, że może listonosz rzuci im jakiś kawałek kiełbasy.
I to właśnie skojarzenie przyszło mi do głowy, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o planowanej wizycie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w Australii i Nowej Zelandii. Ta część Polonii, która sprzyja opozycji w Polsce, zachowywała się w bardzo podobny sposób jak owe pieski. Najpierw pojawiły się hałasy na stronach internetowych skupiających Polonię w Melbourne, potem jazgot przeniósł się do Canberry, by skończyć szczekanie w Sydney. Jak ogólnie wiadomo, stronami skupiającymi Polaków mieszkających w Australii w większości zarządzają osoby nieprzychylne obecnej ekipie rządzącej. (…)
Z okazji przyjazdu pary prezydenckiej odbyły się w Melbourne dwa koncerty. Nasza wioska jest duża, mieszka tu 56 tysięcy Polaków, więc koncerty były tak zaplanowane, aby każdy miał szansę dotrzeć. Jeden był w Clocktower w Moonee Ponds (zachodnia część miasta), a drugi w Drum Theatre w Dandenong (południowy wschód). Koncerty pod hasłem „Tribute to Freedom”, czyli „W hołdzie wolności”, były elementem obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. (…) Prezydentowa odwiedziła nasze dzieci z polskich szkół sobotnich. Spotkanie odbyło się w Domu Polskim „Syrena” w Rowville. Dzieci dostały legitymacje szkolne, takie same, jakie mają uczniowie szkół w Polsce. Zaprezentowały wdzięczny program artystyczny. Wieczorem odbyło się spotkanie z panią gubernator stanu Wiktoria, Lindą Dessau.
Niedziela była zimna, deszczowa, szara, trochę jak polski listopad, a nawet przez kilkanaście minut padał grad. W takich to warunkach, pewnie daleko odbiegających od wyobrażeń na temat australijskiej pogody, odbyła się uroczystość złożenia wieńców pod pomnikiem Szczurów Tobruku. To niezbyt wydawałoby się chlubne określenie jest dumą tych, którzy przeżyli tę bitwę. Żołnierze australijscy wraz z polskimi z Brygady Strzelców Podkarpackich wygrali w 1941 roku jedną z bardziej zaciętych bitew z Niemcami. (…)
I w tym to miejscu, niemalże świętym dla Australijczyków z Wiktorii, pojawiła się grupka „piesków”. Chyba jednak trzymano je na smyczy w dużej odległości i tylko co jakiś czas słyszane z daleka głośniejsze wrzaski przypominały o ich obecności.
Było około dwudziestu pięciu zmokniętych postaci. (…), tak zwanych pożytecznych idiotów, gdyż ci, którzy promują „antyrządowość” w naszej pięknej wiosce Australii, ucichli i merdając ogonkami łasili się do prezydenta.
Tak to prezydent Andrzej Duda podczas oficjalnych uroczystości był otoczony – poza normalnymi ludźmi, którzy go witali tłumnie i radośnie w miejscach spotkań – osobami, które wcześniej raczej nie okazywały mu sympatii. Taka jest polityka.
Cały artykuł Magdaleny Krakowskiej pt. „Jak listonosz przez wieś” znajduje się na s. 19 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Magdaleny Krakowskiej pt. „Jak listonosz przez wieś” na stronie 19 wrześniowego „Kuriera WNET”, nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Gdy aresztowano ją za działalność na rzecz przyłączenia Górnego Śląska do Polski, w więzieniu modliła się: „Dzięki Ci, Boże, za chwile odpoczynku, pierwsze w moim życiu. Tak bardzo ich potrzebowałam”.
Józefa Bramowska, córka Tomasza i Barbary Batsch z domu Przybyłek, urodziła się 10 marca 1860 roku we wsi Żyglinek. Jej edukacja trwała krótko, bo zaledwie 4 lata w szkole powszechnej w rodzinnej wsi. Następnie swoją wiedzę uzupełniała we własnym zakresie. Jako osiemnastolatka podjęła pracę w kopalni Pasieki, by po śmierci ojca utrzymać siebie i matkę. Późno wyszła za mąż, za Piotra Bramowskiego, rolnika z Żyglinka. Urodziła mu pięciu synów i doskonale potrafiła pogodzić rolę matki, gospodyni domowej oraz działaczki społecznej. Miała olbrzymie wsparcie w kochającym mężu, który był też wzorowym ojcem. Dodatkowo bardzo mocno motywował ją do działań społecznych.
Józefa Bramowska działalność społeczną rozpoczęła od propagowania polskiego czytelnictwa. Założyła w 1909 roku Towarzystwo Kobiet w Żyglinie, którego celem były: edukacja, urządzenie czytelni oraz dobroczynność. (…)
Po I wojnie światowej wznowiła działalność Towarzystwa Kobiet, tym razem pod nazwą: Towarzystwo Polek. Wkrótce objęła funkcję przewodniczącej Zarządu Powiatowego. W 1920 r. była organizatorką I Powiatowego Zjazdu Polek, który odbył się w Tarnowskich Górach. Rok później wzięła udział w Sejmiku Towarzystwa Polek w Gliwicach. Dwukrotnie wybrano ją na senatora RP – pierwszy raz w 1928, a kolejny – w 1935 roku. (…)
Na każdym spotkaniu Józefa Bramowska pokazywała się w chłopskim odświętnym tradycyjnym stroju, bo nie wstydziła się swojego wieśniaczego pochodzenia. Tradycja, dom rodzinny, religia były dla niej fundamentem.
Strój chłopski tylko podkreślał jej charakter, dodawał jej charyzmy: szara suknia, latem białe lub jasne chusty, a od święta czerwona chusta zwana purpurką; na szyi zawsze wstążka, przy niej krzyżyk i nieodłączny sznur czerwonych korali.
(…) We wrześniu 1939 roku, gdy Śląsk był zajęty przez Niemcy, Bramowska została aresztowana. Od więzienia i obozu koncentracyjnego uratował ją zły stan zdrowia i podeszły wiek.
Cały artykuł Marii Wandzik pt. „Jakie byłyśmy, jakie jesteśmy. Józefa Bramowska, senator II RP” znajduje się na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marii Wandzik pt. „Jakie byłyśmy, jakie jesteśmy. Józefa Bramowska, senator II RP” na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl
Stan wyjątkowy w Ekwadorze, korytarz humanitarny dla setek tysięcy Wenezuelczyków i nadchodzący szczyt państw Ameryki Południowej i Środkowej reakcją państw regionu na wenezuelski kryzys migracyjny.
Piotr Mateusz Bobołowicz
Skala migracji
Podczas gdy w Europie nie gaśnie temat kryzysu migracyjnego spowodowanego napływem imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, na kontynencie amerykańskim Wenezuela zmaga się z galopującym kryzysem politycznym i ekonomicznym, a kraje regionu doświadczają kryzysu migracyjnego spowodowanego przez setki tysięcy Wenezuelczyków szukających lepszego życia.
W Kolumbii przebywa już ponad milion Wenezuelczyków (dla porównania 600 tys. w 2017 roku i niespełna 50 tys. w 2015), w Peru ponad ćwierć miliona (odpowiednio ok. 26,5 tys. w 2017, 2350 w 2015). W Ekwadorze jest to już prawie 100 tysięcy ludzi.
Według szacunków Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w 2017 r. było ich ponad 39 tys. (ponad 30 tys. więcej niż dwa lata wcześniej). Jednak „El Comercio”, powołując się na ekwadorskie służby migracyjne, pisze nawet o 288 tysiącach Wenezuelczyków, którzy w 2017 roku przekroczyli granicę Ekwadoru. Zdecydowana jednak większość, bo 227 tysięcy, opuściło kraj, udając się między innymi do Peru. Od początku roku północną granicę Ekwadoru przekroczyło co najmniej 547 tysięcy Wenezuelczyków. W samym pierwszym tygodniu sierpnia było ich ponad 30 tys.
Warto uświadomić sobie to w skali ludności regionu – populacja Kolumbii to ponad 49 mln, ale Ekwadoru już tylko nieco ponad 16,5 mln. Napływ takich mas imigrantów – choćby tylko w tranzycie do Peru (populacja 33 mln) – nie może zostać niezauważony. 8 sierpnia władze Ekwadoru zdecydowały się na wprowadzenie w trzech najbardziej dotkniętych prowincjach – El Oro, Carachi i Pichincha – stanu wyjątkowego. Według cytowanego przez dziennik „El Comercio” Santiago Cháveza, wiceministra ds. migracji, stan wyjątkowy ma trwać do końca miesiąca, jednak „sytuacja jest nieustannie oceniana” i, jak zapowiedziano w oficjalnym komunikacie, stan wyjątkowy może zostać przedłużony, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Według słów wiceministra, wprowadzenie stanu wyjątkowego pozwoliło na działanie Sekretariatu Zarządzania Kryzysowego i większą swobodę działania instytucji w celu zapewnienia niezbędnej opieki medycznej, wyżywienia, „zabezpieczenia w odpowiedni sposób integralności osoby ludzkiej”. Pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zostali w znacznej liczbie oddelegowani do kontroli migracyjnej, Ministerstwo Zdrowia zadeklarowało zapewnienie znacznej liczby medyków, a Ministerstwo Włączenia Ekonomicznego i Społecznego – grupy wsparcia psychologów i pracowników socjalnych, zwłaszcza dla grup szczególnie narażonych – dzieci, nastolatków i kobiet.
Reakcje państw regionu
W czwartek 23 sierpnia po południu rząd ekwadorski ogłosił, że w związku z brakiem woli rozwiązania kryzysu ekonomicznego i politycznego w Wenezueli przez rząd prezydenta Nicolasa Maduro, Ekwador występuje z ALBA (Alianza Bolivariana para los pueblos de nuestra América), organizacji gospodarczej utworzonej na podstawie porozumienia podpisanego w 2006 roku w Hawanie przez prezydenta Kuby Fidela Castro, prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza (który był inicjatorem porozumienia) i prezydenta Boliwii Evo Moralesa, mającej być przeciwwagą dla Strefy Wolnego Handlu Obu Ameryk (FTAA), powstałej z inicjatywy USA. Premier Ekwadoru José Valencia stwierdził, że rząd ekwadorski jest “sfrustrowany” brakiem woli rozwiązania kryzysu.
W celu rozwiązania problemu migracji, rządy Ekwadoru i Peru wprowadziły dla Wenezuelczyków obowiązek posiadania paszportu przy przekraczaniu granicy. Premier Peru, Néstor Popolizio, ogłosił równolegle, że jego kraj w żadnym momencie nie wstrzyma przyjmowania Wenezuelczyków, jak również nie deportuje tych, którzy znaleźli się na jego terytorium nielegalnie. W Ekwadorze po wprowadzeniu obowiązku posiadania paszportu (obowiązek został zawieszony w piątek 24 sierpnia, na 45 dni, w wyniku interwencji rzecznika praw człowieka, jednak obowiązywał przez kilka dni) dziesiątki osób przekroczyły granicę nielegalnie. Wielu z nich próbowało wcześniej uzyskać wenezuelski paszport, ale nie byli w stanie opłacić wymaganej sumy.
Jak donosi dziennik „El Universo”, policja nie dostała jednak rozkazów zatrzymywania nikogo. Nie został również wdrożony protokół deportacji. Wenezuelczycy przemieszczają się różnymi środkami transportu w stronę granicy peruwiańskiej.
Rada ministrów Ekwadoru ogłosiła w czwartek 23 sierpnia utworzenie korytarza humanitarnego w celu umożliwienia Wenezuelczykom bezpiecznej i szybkiej podróży przez terytorium państwa do Peru i dalej do Chile. Już następnego dnia podstawiono kilkadziesiąt autobusów i rozpoczęto transport z północy na południe.
Z inicjatywy rządu ekwadorskiego 17 i 18 września w stolicy kraju, Quito, odbędzie się szczyt państw Ameryki Południowej i Centralnej, poświęcony kryzysowi w Wenezueli i problemowi masowej migracji.
W marcu 2018 roku za granicą przebywało co najmniej 1 622 tys. Wenezuelczyków, co przekłada się na około 5% populacji. Według ekspertów Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji podawane przez niektóre źródła szacunki 3 do 5 milionów są zawyżone, jednak wyliczenia tej organizacji, chociażby co do Ekwadoru, są znacznie zaniżone, tak więc trudno stwierdzić, jaka jest faktyczna liczba Wenezuelczyków za granicą. Pewne jest natomiast, że wobec braku działań rządu Nicolasa Maduro rośnie ona bezustannie i nic nie wskazuje, żeby trend miał się odwrócić w najbliższym czasie.
Artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Kryzys migracyjny w Ameryce Południowej i Środkowej” znajduje się na s. 4 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 51/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Kryzys migracyjny w Ameryce Południowej i Środkowej” na stronie 4 wrześniowego „Kuriera WNET”, nr 51/2018, wnet.webbook.pl