Kultura, natura, święty spokój – credo życiowe gospodarzy i propozycja dla gości Zagrody Magija w Bieszczadach

Nasza Szkoła Rzemiosł to nie jest w ogóle miejsce do zwiedzania. W zasadzie odradzamy ją komuś, ktoś, kto ma ochotę zwiedzić ją jak muzeum. Nasi znakomici rękodzielnicy od razu zaganiają do roboty.

Tomasz Wybranowski
Magdalena i Janusz Demkowiczowie

Wydaje się, że pod niebem Bieszczad czas trochę zwalnia. Skoro zwalnia, to jest ciut więcej sekund, aby porozmawiać.

Sami wybieramy, co chcemy w życiu robić, więc jeśli że nie chcemy pędzić i podążać za ułudami tego świata, to można znaleźć w Bieszczadach swoje miejsce. (…) Oboje pochodzimy stąd – Magda z okolic Orelca, ja z Leska. Po skończeniu studiów – Magda studiowała polonistykę, ja muzykę – postanowiliśmy wrócić w Bieszczady. Przez blisko piętnaście lat byliśmy, żartobliwie mówiąc, wiejskimi nauczycielami: ja uczyłem muzyki, Magda polskiego.

Ponieważ bardzo lubimy ludzi, postanowiliśmy stworzyć miejsce, gdzie będzie się przyjeżdżało po coś, a nie dokądś. I tak powstała nasza zagroda. Wymyśliliśmy sobie, że na naszą trzyhektarową działkę, którą dostaliśmy od rodziców Magdy, będziemy przenosić domy, których nikt nie chce. I nie chodzi o to, że myśmy je jakoś specjalnie ocalili, chociaż i to też, ale rzeczywiście to były domy, które skończyłyby w piecu. I tak przenieśliśmy tutaj dom z Leska z 1880 roku, z Zagórza z 1905, z Bzianki z 1955 i naszą pracownię garncarską – nasz najstarszy budynek – z 1847 roku.

Ponad piętnaście lat temu postanowiliśmy, że w tym miejscu będzie realizowało się takie trochę hasło, trochę manifest: kultura, natura, święty spokój. Chodzi o to, żebyśmy tutaj się spotykali, rozmawiali, wymienili doświadczenia i ubogacali się nawzajem. (…)

Sprawiacie wrażenie ludzi spełnionych. Czekacie na człowieka, który przychodzi, bo tego człowieka jesteście ciekawi.

Wyrośliśmy tutaj, zachwycaliśmy się i zadziwialiśmy kulturą pogranicza i wszystkim, co mają w sobie Bieszczady i Karpaty. I tym bogactwem chcemy się dzielić z tymi, którzy tutaj przyjeżdżają, bo to, co tworzymy i wymyślamy, jest oparte właśnie na miejscowej tradycji i dzięki niej ten region odróżnia się – i chcemy, żeby odróżniał się – od innych. Zależy nam, żeby pokazywać piękno, wielokulturowość, bogactwo tego wszystkiego, co tutaj jest. Stąd zagroda i przenoszone domy, a teraz, od czerwca, Bieszczadzka Szkoła Rzemiosł.

Jak się można zapisać do tej szkoły?

Sprawa jest bardzo prosta. My chcemy, aby ktoś, kto jest w regionie, przyszedł, polepił garnek, sam zrobił proziaka czy wypisał pozdrowienia przedwojenną kaligrafią. I nie chodzi o to, żeby stworzyć z tych ludzi rękodzielników, ale żeby trochę poczuli się jak dawni ludzie, którzy całe lato, jesień ciężko pracowali w gospodarstwie, a w zimie na przykład tkali. To jest też okazja do tego, żeby rozmawiać, kiedy siedzimy sobie w pięć, dziesięć osób i kręcimy garnki na kole garncarskim czy robimy proziaka. Nasza szkoła jest zorganizowana w ten sposób, że to nie jest w ogóle miejsce do zwiedzania. W zasadzie odradzamy ją komuś, ktoś, kto ma ochotę zwiedzić ją jak muzeum. Nasi znakomici rękodzielnicy od razu zaganiają do roboty. Wchodząc tam, od razu usłyszymy: przygotuj drewno, rozpal w piecu, zarób ciasto, poczekaj, aż wyrośnie, wytnij proziaka itd. Nie spotykamy się po to, żeby obserwować, tylko żeby działać, doznawać i rozmawiać. Jesteśmy zwolennikami turystyki doznaniowej, czyli takiej, która coś zostawi w sercu i w głowie. Chodzi o to, żeby, tak jak powiedziałem, przyjeżdżać tu po coś, a nie dokądś. Bo dokądś można pojechać wszędzie… (…)

Jak patrzymy z perspektywy czasu na to, że będąc nauczycielami, zarabiając osiemset złotych kupiliśmy dom za siedem tysięcy, rozebraliśmy go i przenieśliśmy… Chyba wszyscy dookoła patrzyli z politowaniem, a my byliśmy przekonani, że z tej sterty belek na nowo powstanie dom. Więc optymizm w nas jest i rodzi kolejne pomysły.

Jeśli przysłowiowe konie ciągną wóz w jednym kierunku, jak to jest w naszym przypadku, to można przenosić góry. I bodajże Walt Disney powiedział, że jeśli jesteś w stanie o czymś marzyć, to znaczy, że jesteś w stanie to zrobić. My się trzymamy tej dewizy, bo dla nas jest ważne, że jesteśmy razem, że razem marzymy. To nie jest tak, że jedno z nas coś sobie wymyśli, a drugie ledwie to znosi, tylko mamy taką zasadę, że musimy być we dwójkę bardzo czegoś pewni, świadomi. Jeśli oboje jesteśmy o czymś przekonani, to ta rzecz jest po prostu możliwa. I taką postawą staramy się zarażać innych.

Cały wywiad Tomasza Wybranowskiego z Magdaleną i Tomaszem Demkowiczami, pt. „Kultura, natura, święty spokój”, znajduje się na s. 18 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Tomasza Wybranowskiego z Magdaleną i Tomaszem Demkowiczami, pt. „Kultura, natura, święty spokój”, na stronie 18 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy historia nauczyła Europę życia? Kto będzie ostatnim łacinnikiem?/ Piotr Sutowicz, „Kurier WNET” nr 52/2018

Nawet abstrahując od Konecznego, można szukać w historii odpowiedzi na pytanie, czy czasy, w których żyjemy, są całkowicie oryginalne, czy też może niektóre z naszych problemów już miały miejsce.

Piotr Sutowicz

O sensowności historii

Rzymskość, łacińskość i co dalej

Cywilizacja to, według Feliksa Konecznego, metoda ustroju życia zbiorowego. Definicja ta jest z jednej strony ścisła, z drugiej może się prosić o szerszy opis. Polski historiozof, twórca nauki o cywilizacjach, na bazie powyższej króciutkiej konstatacji wykonał wielką pracę, tworząc szeroką wizję filozofii dziejów, a szczególnie ścierania się cywilizacji. Oczywiście, nic nie jest wieczne. Koneczny pisał swe książki i artykuły w pierwszej połowie XX wieku w oparciu o dostępny sobie warsztat i własną wiedzę obarczoną również ograniczeniami. Ważny jest też kontekst czasów, w których żył i suma doświadczeń osobistych, od których trudno jest abstrahować. Na pewno jego konkretne poglądy można i należy weryfikować, wszakże metodologia przez niego przyjmowana wydaje się być interesująca i warto po nią sięgać.

Rzeczywistość obecna wskazuje na to, że założenie Konecznego co do ścierania się różnych cywilizacji zupełnie nie straciło na aktualności, a kolejne obserwacje tego, co się dzieje, nawet niekoniecznie pogłębione kto wie jak skrupulatną analizą socjologiczną, w całej rozciągłości zdają się potwierdzać jego tezy.

Cywilizacje jako zrzeszenia były, są i chyba będą, a ponieważ opierają się na odmiennych wizjach człowieka i świata, nieustannie się wzajemnie zwalczają.

Pod tym kątem warto spoglądać też w przeszłość. Z drugiej strony, nawet abstrahując od Konecznego, można szukać w historii odpowiedzi na pytanie, czy czasy, w których żyjemy, są całkowicie oryginalne, czy też może niektóre z naszych problemów już miały miejsce. Osobiście uważam, że przysłowie mówiące, iż „historia jest nauczycielką życia”, nie jest tylko mądrością ludową używaną w sytuacji, kiedy komuś braknie języka w gębie, lecz pewną prawdą świadczącą o tym, że przyszłość i przeszłość bywają głęboko powiązane.

Ostatni Rzymianie

Państwo Rzymian dla naszej rzeczywistości jest o tyle istotne, że w jego ramach dokonały się podstawowe procesy skutkujące powstaniem cywilizacji łacińskiej, której jesteśmy dziedzicami. Wspominany Koneczny, określając cywilizacyjne dziedzictwo Rzymu tym mianem, nie był oryginalny. Co do łacińskości Europy postrzymskiej panuje dość powszechna zgoda. Niejedyny to przypadek, kiedy dziedzictwo kulturowe przeżywa niezależnie od bytu politycznego, z którego wyrasta. Pytanie, jakie można by przy okazji postawić, brzmi: czy Rzym mógł przetrwać jako państwo, uniwersalizując się i nadając określone ramy przyszłej Europie, z zachowaniem jakoś tam przetworzonych własnych struktur? Odpowiedź wprost pewnie jest niemożliwa. Osobiście myślę, że tak się stać nie mogło, a w każdym razie trudno mi sobie to wyobrazić. Takimi możliwościami można zabawić się przy tworzeniu fantastycznych wizji alternatywnej przyszłości. Rzym upadł, ale wcześniej pomógł okrzepnąć chrześcijaństwu. Z jego gruzów wyłoniła się średniowieczna Europa, która, co ciekawe, przez najbliższe milenium wciąż marzyła o tym, by być Rzymem. Zastanawiając się nad upadkiem tego ambitnego uniwersum, warto przyjrzeć się jego ostatnim tchnieniom.

Przy okazji rodzi się ciekawe pytanie: kto był tym ostatnim, po kim już nie można mówić o antycznym Rzymie?

Teodor Parnicki jeszcze przed II wojną światową napisał powieść pt.: Aecjusz, ostatni Rzymianin, która była początkiem jego literackiej kariery, a po wojnie uzupełnił ją książką Śmierć Aecjusza. Tytułowym bohaterem obu uczynił Aecjusza Flawiusza, zamordowanego przez cesarza Walentyniana III w 453 roku wodza rzymskiego, ostatniego przywódcę, który z pozytywnym skutkiem walczył o całość zachodniej części cesarstwa, a właściwie powstrzymywał procesy jego rozkładu. Oczywiście powieści Parnickiego są fikcją literacką, a nie dziełem historycznym, niemniej warto się na chwilę nad nimi pochylić, a najlepiej przeczytać, co szczególnie w odniesieniu do drugiej z rzeczonych pozycji nie jest zadaniem łatwym.

Jako czytelnicy wiemy, czym ta historia się skończy. Jej realni bohaterowie nie mieli tego przywileju. Imperium wielu z nich wydawało się rzeczywistością wieczną, można powiedzieć – boską. Wolno zaryzykować twierdzenie, że dla opinii publicznej było ono zwieńczeniem i końcem historii. Co prawda, większość elit przyjęła już chrześcijaństwo, lecz część wierzyła jeszcze w starych bogów. Społeczeństwo schyłkowego Rzymu miało problemy, które wydawały się ważniejsze niż nadchodzący koniec. Poczucie pewności wynikało również z tego, że nawet wielu ludzi „zewnętrznych”, zwanych barbarzyńcami, również zainspirowało się w jakiś sposób ideą rzymskości. Zresztą, skoro później nawiązywali do niej władcy i elity Europy feudalnej, tu należy upatrywać jedynie początku tego procesu. Rzeczywistość ostatniego Rzymianina przeplatała się z nowym sposobem patrzenia na to dziedzictwo. W swej książce Parnicki, sam zmagający się ze swoją tożsamością, podkreśla, iż wspomniany Aecjusz wcale takim oczywistym Rzymianinem nie był.

Symbole

Dla schyłku Rzymu ważne były elementy symboliczne. Elitom zmierzchającego, co wiemy my, imperium obojętne było, kim był żołnierz walczący w legionach, byle był… Rzymianinem, tzn., by szedł pod znakami świadczącymi o tym, że nim jest.

Do pewnego momentu takie stawianie sprawy poparte siłą pieniądza zdawało egzamin. Z czasem jednak struktura, która kompletnie murszała, stawała się nieatrakcyjna, by w jej ramach żyć, a co dopiero umierać. Można było być rzymskim żołnierzem w rzymskim państwie, ale kiedy to ostatnie stawało się tylko i wyłącznie depozytariuszem znaku, to lojalność, która często sprowadzała się do walki z własnymi rodakami, przejawiającymi do tegoż znaku stosunek ambiwalentny, stawała się dla legionisty problematyczna. Symbol musi coś ze sobą nieść, najlepiej, by wiązał się z poczuciem tożsamości. Jeżeli nie kryje się za nim zrozumiała idea sensownie realizowana, to na pewno nie warto jej służyć.

Na terytorium zachodniego cesarstwa szybko zaczynała się tworzyć nowa rzeczywistość. Goci, Wandalowie, Frankowie i inni mieli coraz mniej sentymentów wobec imperium, a to ostatnie coraz mniej wiedziało, co jest jego celem. Kolejne wojny dopełniły dzieła. Większość wydarzeń politycznych, kładących kres temu bytowi, wydarzyła się w wieku V, ale ich korzeni należy szukać w stuleciach wcześniejszych.

Basen Morza Śródziemnego stał się areną, na której rozgrywały się ostatnie akty tej tragedii. Rzym padł, ale, jak już wspomniałem, mimo wszystko miał w sobie to coś, co kazało się do niego odwoływać kolejnym pokoleniom. Zresztą, żeby być na polu historii ścisłym, cesarstwo w swym wschodnim odłamie istniało jeszcze długo, chyląc się do upadku i podnosząc na zmianę. W swej kulturze stawało się coraz wyraźniej greckie, lecz werbalnie było ono „rzymskim”. Cywilizacja, którą wytworzyło, w typologii wymienionego na początku historiozofa otrzymała miano bizantyjskiej i, tak jak jej zachodnia, łacińska rywalka, przetrwała upadek polityczny tworzącego ją organizmu politycznego. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że Europa stała się przedmiotem ścierania się obydwu metod i stan ten trwa po dziś dzień, chociaż obydwie nie reprezentują wszystkich możliwych cech „ustrojów życia zbiorowego”, pretendujących do europejskiego rządu dusz.

W sferze symbolicznej dzieje Bizancjum nie zamknęły się całkowicie wraz ze zdobyciem Konstantynopola przez Sułtana Mehmeda II, bowiem tenże ogłosił się cesarzem Rzymu, a tytuł ten był używany przez władców osmańskich do czasów powstania Republiki Tureckiej. Dla Europejczyka może to wydawać się jedynie pustym, uzurpatorskim gestem, natomiast tureccy posiadacze Konstantynopola mogli mieć w tej kwestii inne zdanie, uważając się za pełnoprawnych dziedziców cesarstwa. W każdym razie Morze Śródziemne w ciągu kilkunastu stuleci widziało różne zjawiska, których koniec wcale nie był dla współczesnych taki oczywisty.

W walce o rzymskie dziedzictwo chwilowo wygrali chrześcijańscy i łacińscy pretendenci, którzy po kilkuset latach sięgnęli nawet po polityczne panowanie w całym właściwie jego basenie, jednak obecnie te czasy mamy już za sobą, a historia zatoczyła pewne koło.

Kto będzie ostatnim łacinnikiem?

Termin „łacinnik” oznaczał w średniowieczu kogoś, kto podlegał władzy papieża, w odróżnieniu od podporządkowanych władzy patriarchy w Konstantynopolu prawosławnych. Warto na niego spojrzeć w kontekście teorii (a właściwie praktyki) ścierania się cywilizacji szerzej, jako na kogoś, kto uznaje łaciński sposób pojmowania prawdy, dobra i piękna. W ogóle – czy grozi nam sytuacja, w której cywilizacja wytworzona na gruzach Rzymu upadnie pod ciosami obcych zrzeszeń? Pytanie takie zawsze będzie retoryczne, albowiem trwanie każdej rzeczywistości społecznej bywa zagrożone. Można jedynie pytać o jego stopień.

Być może nadszedł czas, kiedy powinniśmy zacząć szukać analogii pomiędzy procesem upadku Rzymu a dzisiejszą kondycją Europy.

Samo poszukiwanie oczywiście cywilizacji nie uratuje, lecz, tak jak w wypadku chorego prawidłowa diagnoza pozwala na podjęcie skutecznego leczenia, tak i tu wychwytywanie procesów może być początkiem pozytywnych działań. Jeśli ich nie podejmiemy, pytanie postawione powyżej w czasie przyszłym ktoś za tysiąc lat będzie rozpatrywał w przeszłym.

Morze Śródziemne, które stało się od jakiegoś czasu arterią komunikacyjną dla mas ludzkich, a niekiedy też świadkiem tragedii poszczególnych osób, to tylko jeden element układanki. Ludzie przybywający drogą morską do Europy mają kilka ważnych z naszego punktu widzenia cech odróżniających ich od nas. Niektóre, wbrew pozorom, mogą być drugorzędne, inne nie.

Rasa – nie stanowi problemu. Dopóki Rzym był twórczy w dziedzinie kultury, pytanie o rasę wśród jego elit nie miało znaczenia, ważne było, czy ktoś przyjmuje rzymskość, czy nie. Oczywiście, jeśli obcych także rasowo ludzi jest zbyt wielu, pytanie przenosimy na inny grunt.

Religia – obowiązkiem chrześcijanina jest nawracanie ludzi, którzy Chrystusa nie znają. Gorliwi chrześcijanie, nie bojący się ginąć na arenach, nawrócili Imperium Rzymskie. Jeżeli jednak ich braknie, to kwestię oblicza religijnego kontynentu mamy z głowy. Pomijając nawet eschatologiczny aspekt tej kwestii, który sprowadza się do pytania, z czym staniemy przed obliczem Stwórcy w dniu Sądu, musimy rozważyć kwestię kolejną.

Cywilizacja – czy muzułmanie mogą przyjąć cywilizację łacińską? Wbrew pozorom Koneczny brał pod uwagę taką możliwość. Na potrzeby akademickie możemy nawet potraktować taką tezę jako prawdopodobną w określonych okolicznościach, tyle że nic nie wskazuje na jej realizację. Hedonistyczna Europa mająca ogromne problemy z tożsamością, od długiego czasu spychająca swą łacińską tradycję na drugi plan, nie jest jej nośnikiem, a więc odpowiedź jest w miarę oczywista.

Wszystko to jest dość pesymistyczne. Współczesna Europa podobnie jak schyłkowy Rzym weszła w etap pustych znaków i wydaje jej się, że wystarczą one, by zapewnić sobie wiecznotrwałość cywilizacji.

Historia jednak, będąca nauką o człowieku w czasie i przestrzeni, nie skończy się, póki przedmiot jej zainteresowania żyje na ziemi i jeszcze czegoś chce od otaczającego go świata.

Być może naszą Europę można jeszcze uratować. Ale trzeba rozważać też okoliczności, w których tego się zrobić nie da. Wtedy trzeba mieć jakiś inny plan. Być może w historii znajdzie się jakaś inspiracja także i na taką okoliczność.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „O sensowności historii” znajduje się na s. 16 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „O sensowności historii” na stronie 16 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Bez meldunku”. Wystawa, która zaczęła się od snu. Artystyczna wizja Tarnowskich Gór z przeszłości, dziś i w przyszłości

Miasto Tarnowskie Góry jest przyjazne nie tylko dla rodowitych tarnogórzan, ale również dla przyjezdnych, którzy dzielą z nami „kawałek podłogi” i tworzą naszą wspólną z historię w domowych zaciszach.

Maria Wandzik

Zaczęło się to wszystko od… snu. Barbara Mróz najpierw opisywała sny tarnogórzan w projekcie „Mój sen”. Jedną z „właścicielek” takich snów jest Anna Siemomysła ze Śląskiego Klubu Fantastyki w Katowicach, która wraz z innymi pisarzami tworzyła 13 opowiadań do obrazów Barbary Mróz. Powstanie także album według projektu Wojciecha Libnera.

B. Mróz, Pałac Kawalera. Fot. M. Wandzik

Pomysł zrodził się w głowie malarki dobre kilka lat temu, a dojrzewał i czekał na projekt „…Bez meldunku” Karoliny Korosiewicz. Podczas Dni Gwarków 7 września, zostało odsłonięte 13 obrazów Barbary Mróz, które przedstawiają miasto i architekturę Tarnowskich Gór z przeszłości, w teraźniejszości i w przyszłości. (…)

Trzy sfery czasowe ukazują przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Przeszłość obrazuje synagoga, gdzie wzór płótna stał się częścią obrazu. Teraźniejszość to Pałac Kawalera w Świerklańcu, gdzie główne schody oraz tajemnicza Kobieta-muza oddają klimat dawnych czasów. I wreszcie przyszłość to Tarmilo – obraz bardzo ważny dla mieszkańców Tarnowskich Gór. (…)

Barbara Mróz pochodzi z Grudziądza. Od 2009 roku mieszka w Tarnowskich Górach. Od kilku lat bierze czynny udział w projektach tarnogórskich.

Artykuł Marii Wandzik pt. „»Bez meldunku«. Barbara Mróz” znajduje się na s. 9 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marii Wandzik pt. „»Bez meldunku«. Barbara Mróz” na s. 9 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zygmunt Okołów-Podhorski. Powinno się pamiętać o takich ludziach, którzy odbudowywali Polskę po kataklizmach wojennych

Naukę w polskim gimnazjum w Mińsku Litewskim porzucił, aby zgłosić się jako ochotnik do wojska; trafił na front wojny. Ze służby wojskowej zwolniono go na czas matury; uzyskał ją w czerwcu 1920 r.

Maria Okołów-Podhorska

Zygmunt Okołów-Podhorski urodził się 10 maja 1902 r. w majątku Mieciawicze. Był synem właściciela ziemskiego Adama i Konstancji (z d. Krupskiej), córki zesłańca syberyjskiego. Naukę w polskim gimnazjum w Mińsku Litewskim porzucił, mając 17 lat, aby zgłosić się jako ochotnik do wojska; trafił na front wojny bolszewickiej i służył w Wojsku Polskim w 10 i 19 Pułku Ułanów. Ze służby wojskowej zwolniono go na czas matury; uzyskał ją w czerwcu 1920 r. (…)

Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 roku, Zygmunt Okołów-Podhorski ewakuował się wraz z całą załogą PZInż do Pińska w celu uruchomienia tam warsztatów samochodowych. Dowiedziawszy się, że Rosjanie przekroczyli granicę Polski, zarządził natychmiastowy powrót do Warszawy. PZInż zostały przejęte przez Niemców. Ojciec został wykładowcą mechaniki w Miejskiej Szkole Zawodowej i był nim do 1944 r.

Już w połowie 1940 r. włączył się do pracy konspiracyjnej związanej z przygotowaniami do akcji powstańczej w ramach Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), a od lutego 1942 r. – Armii Krajowej (AK). W ZWZ/AK Zygmunt Okołów-Podhorski kierował wydziałem motoryzacji Szefostwa Biur Wojskowych Komendy Głównej AK. Równocześnie prowadził działalność sabotażową w kilku zakładach przemysłowych Warszawy, kierując tam zespołami sabotażowo-dywersyjnymi Związku „Odwetu” i szkolił zespoły kobiet – minerek. W latach 1943–1944 uczestniczył w tajnej produkcji miotaczy ognia oraz pistoletów automatycznych „Sten”. Podczas powstania warszawskiego zorganizował w Śródmieściu warsztat, gdzie prowadził produkcję granatów. (…)

Z grupą oddanych współpracowników skonstruował pierwszy polski silnik okrętowy. W Zakładach „H. Cegielski” w Poznaniu (HCP), wykonano pierwszy silnik 3D55, przeznaczony wyłącznie do badań. W 1958 r. byłam świadkiem jego uroczystego rozruchu, któremu towarzyszył wyjazd z hali montażowej ostatniego parowozu, obsypanego kwiatami. Pierwszym egzemplarzem użytkowym był silnik 9D55. Zainstalowano go w Stoczni Szczecińskiej na zbudowanym tam statku „Jan Żiżka,” który 31 stycznia 1962 r. wyruszył w swój pierwszy rozkładowy rejs do portów Afryki Zachodniej. Mimo, że nie poprzedziły go próbne rejsy po Bałtyku, nie pojawiły się żadne problemy. Przeciwnie – silnik pracował nieprzerwanie 2 tygodnie.

Cały artykuł Marii Okołów-Podhorskiej, pt. „Mój Ojciec Zygmunt Okołów-Podhorski” znajduje się na s. 14 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marii Okołów-Podhorskiej, pt. „Mój Ojciec Zygmunt Okołów-Podhorski” na stronie 19 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Polskie siostry zakonne – wspomnienia z misji w Afryce w czasie konfliktów zbrojnych w Rwandzie i Kongu

Prezydent Rwandy chciał podzielić się władzą, ale opozycja nie chciała współpracować. Doszło do zestrzelenia samolotu z prezydentem pod Kigali, Hutu obwiniali o to Tutsi i atmosfera stała się napięta.

Jaśmina Nowak
Danuta Mazurowska
Teresa Mroczek

Przed tą wojną ludzie z obu plemion żyli tam w zupełnej zgodzie, były zawierane małżeństwa między Tutsi i Hutu, mieszkali jako sąsiedzi, uprawiali razem ziemię. Pierwszy rozłam nastąpił poza granicami Rwandy, w Ugandzie, gdzie była zorganizowana opozycja i rząd współpracował z wcześniejszymi uciekinierami z Rwandy do Ugandy. Później zaczęły się pertraktacje. Prezydent Rwandy chciał podzielić się władzą, ministerstwami w rządzie, ale opozycja nie chciała współpracować. Kiedy doszło do zestrzelenia samolotu z prezydentem pod Kigali, Hutu zaczęli obwiniać o to Tutsi i atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.

Z zewnątrz patrzy się na to trochę inaczej, łatwo można krytykować. Będąc na miejscu, lepiej zrozumieć tę sytuację. Hutu mieli już zakorzenione uprzedzenia i pewne doświadczenie z Tutsi, których królestwo istniało dużo wcześniej. Ta historia jest bardzo skomplikowana.

Przeżyłam trudne momenty w Kongu, wojna dla mnie zaczęła się tak naprawdę tam. Wojna w Kongo była dla mnie kontynuacją tego, co zaczęło się w Rwandzie. Wiele osób z Rwandy uciekło do Konga, ponieważ mieli tam zorganizowane obozy, które później były ostrzeliwane przez żołnierzy. Ci ludzie jeszcze w tej chwili są bardzo zalęknieni. To, że wcześniej byłyśmy w Rwandzie, znałyśmy język, bardzo nam pomogło w kontaktach z żołnierzami. Podczas tych trudnych chwil nigdy nie opuściłyśmy Konga. Było to niesamowite doświadczenie, kiedy żołnierze z czterech przeciwległych wzgórz przychodzili prosić nas po pomoc. Jedni w ciągu dnia, inni w nocy. Prosili o leki, o żywność. Ci żołnierze nas znali, woziłyśmy kobiety na porodówkę.

Nigdy nie wyrządzono nam krzywdy, aż pewnego razu, kiedy pracowałyśmy w sąsiedniej parafii i nie zdążyłyśmy dojechać do domu przed zmrokiem, zostałyśmy zaatakowane. Oprawcy przyłożyli mi ogromny nóż do szyi, zabrali mi okulary i zegarek. Krzyczałam na cały głos, aż obudziłam księży. Napastnicy bili mnie i byłam przygotowana na wszystko. Poczułam na szyi lufę karabinu i zrozumiałam, że zaraz moje życie dobiegnie końca. Jednak w pewnym momencie przestali mnie kopać. Weszli do księży i powiedzieli, że chcą 5 tys. dolarów za naszą wolność. Księża obiecali, że dadzą im te pieniądze, ale muszą je jakoś zdobyć. Rozwiązano nam ręce, a my uciekłyśmy z tego miejsca i ukryłyśmy się. Zrozumiałam, że otrzymałam życie po raz drugi.

Wszystko napastnikom przebaczyłam. Mimo pobicia i opuchlizny cieszyłam się, że jestem wolna i mogę pomagać dalej. Przypadki takich cudów, takiej widocznej pomocy Bożej miałyśmy tam cały czas.

Cały wywiad Jaśminy Nowak z siostrami Danutą Mazurowską i Teresą Mroczek ze Zgromadzenia Sióstr Służek Najświętszej Maryi Niepokalanej, pt. „Pan Bóg jest”, znajduje się na s. 19 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Jaśminy Nowak z siostrami Danutą Mazurowską i Teresą Mroczek ze Zgromadzenia Sióstr Służek Najświętszej Maryi Niepokalanej, pt. „Pan Bóg jest” na stronie 19 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy już nasze prawnuki zostaną ostatnimi Aborygenami Europy? / Andrzej Jarczewski, „Śląski Kurier WNET” nr 52/2018

Pokolenia muzułmańskie biegną szybciej niż europejskie. Gdy 40-letnia Aborygenka Europy decyduje się na pierwsze (i ostatnie) dziecko, 40-letnia muzułmanka jest już babcią, a niekiedy prababcią.

Andrzej Jarczewski

Ostatni Aborygeni Europy

W sierpniowym „Kurierze WNET” (nr 8/2018) podjąłem próbę odpowiedzi na pytanie, za ile pokoleń urodzi się tytułowa „Ostatnia Polka”. Dziś pytanie dotyczy Europy Zachodniej: kiedy demograficzny huragan historii wywieje ostatnich obywateli, kształtowanych pokoleniami przez filozofię grecką, prawo rzymskie i religię chrześcijańską, bo tylko takie osoby możemy w XXI wieku nazywać kulturowymi Aborygenami Europy.

Przeżywamy bodaj ostatni rok, w którym odnotujemy przyrost liczby ludności w Unii Europejskiej. W pozaunijnej części kontynentu zachodzą podobne procesy demograficzne, ale mamy mniej pewne informacje o tamtejszych statystykach, poza tym – np. w Rosji – zachodzą również inne procesy, które szybko mogą zaprzeczyć dzisiejszym prognozom. Zajmuję się więc tylko Unią, która w roku 2018 ma ponoć 512 596 403 obywateli. Ta liczba jest mocno wątpliwa, ale nie jest to wartość dowolna. Jeżeli nawet błąd wynosi parę procent, to jest to błąd systematyczny, powtarzający się co roku i niezakłócający oceny trendów głównych, a tylko one zasługują na uwagę.

Eurotrendy

Europejskie trendy główne, doskonale widoczne w statystyce, trudno zauważyć w życiu codziennym. O tym, że dzietność europejskich Aborygenek mocno spada, wiemy od lat sześćdziesiątych XX wieku, gdy zakończył się powojenny baby boom, a pigułka antykoncepcyjna odmieniła obyczajowość świata „białego człowieka”. Konsekwencje tych zmian następowały powoli, a nakładało się na to wydłużenie życia, co sprawiło, że do tej pory sumaryczna liczba ludności Europy stale, choć coraz wolniej, rosła. Śmiertelność w młodszym wieku spada. W epidemiach, w wypadkach przy pracy i w różnych katastrofach ginie coraz mniej ludzi. Ale o przyszłości Europy zadecyduje nie to. Z kontynentalnego punktu widzenia nie jest ważne, kto umrze, ale: kto się nie urodzi!

Spójrzmy na wykres, ilustrujący główny europejski proces demograficzny w kilku następnych pokoleniach. Przyjąłem założenia optymistyczne: że liczba imigrantów zostanie ograniczona do 300 tysięcy rocznie, że utrzyma się dzietność aborygeńskich Europejek na poziomie 1,3 i że muzułmanki będą rodzić nie więcej niż (średnio) 2,6 dziecka.

Pomijam drobne zaburzenia (w rodzaju Brexitu, którego oby nie było) i nie rozpatruję migracji z kierunków innych niż muzułmańskie, bo nie wpływa to na procesy główne. Podobnie: żyjemy dłużej, ale nic z tego nie wynika dla rozpatrywanego obrazu.

Czy kobieta umrze w wieku 50, czy 100 lat – nie zmieni to liczby urodzonych przez nią dzieci. A mężczyźni? Jeżeli umrzemy, mając lat 80, a nie 70, jak to było w poprzednim pokoleniu, nie oznacza, że mój kraj będzie miał więcej obywateli zdolnych do pracy lub do noszenia broni. Nie ma co liczyć starców. Liczmy dzieci. Liczmy na dzieci!

Finis Europae w czwartym pokoleniu

Krzywe na wykresie to nie futurystyka, to arytmetyka. Tak będzie się kształtować zaludnienie Europy, jeżeli utrzymają się obecne trendy główne. Liczba Aborygenów Europy będzie radykalnie spadać, a liczba muzułmanów – rosnąć. Najpierw powoli, przez dwa, trzy pokolenia prawie niezauważalnie, by nagle w czwartym pokoleniu stało się to, co nieuniknione.

Jeżeli wtedy nadal będziemy demokratami – muzułmanie zdobędą władzę nad Europą nie bombami, ale kartką wyborczą. Następnego dnia demokracja się skończy, bo szariat takiego dziwactwa jak wolne wybory nie toleruje. Łagodną wersję tego procesu przedstawił w roku 2015 Michel Houellebecq powieścią pt. Uległość. Autor założył, że Bractwo Muzułmańskie zapanuje nad Francją już w roku 2022, kiedy jeszcze Aborygeni będą w większości. Stąd też łagodna wizja pierwszego okresu rządów islamskich.

Z kolei w Szwecji obserwujemy łagodny początek rządów innej mniejszości, która na naszych oczach staje się tam większością. Single zdobywają w Szwecji władzę, kreują coraz bardziej sprzyjające singlom ustawodawstwo, a w rezultacie aborygeńskich singli przybywa. Single rodzą single.

Popaprawność i cenzura

W krajach Unii zakazano zbierania danych o wyznaniu rodziców noworodków. Oczywiście – Niemcami, Francją, Szwecją czy Danią nie rządzą idioci. Oni takie informacje zbierają skrupulatnie (i publikują w pismach naukowych), bo muszą wiedzieć, czy do końca własnego życia będą mieli spokój. Ale już życie czwartego pokolenia ich nie interesuje, więc utajniają dane, które mogłyby wzburzyć elektorat.

Obywatel z trudem zdobywa wyrywkowe informacje, przebijając się przez popaprawnościową cenzurę: że np. najczęstszym imieniem nadawanym chłopcom w Wielkiej Brytanii jest… Muhammad. Albo że muzułmanki – z rodzin dłużej obecnych we Francji – przejmują wzorce od rodowitych Francuzek, uczą się, pracują i rodzą zwykle nie więcej niż dwoje dzieci, natomiast żony nowo przybyłych muzułmanów mają już czworo dzieci, pięcioro… Urodzenie czwartego dziecka w rodzinie muzułmańskiej staje się oznaką radykalizacji.

Z kolei w Austrii obliczono, że w pierwszej dekadzie XXI wieku w rodzinach katolickich rodziło się (średnio) 1,32 dzieci, w rodzinach protestanckich – 1,21, natomiast muzułmanki rodziły średnio 2,34 dzieci, przy czym przeważały jeszcze muzułmanki od paru pokoleń zadomowione w Europie. Austriackie badania wykazały ponadto, że ateistki rodzą średnio – UWAGA – 0,86 dziecka w ciągu całego życia. Nie podano, ile… abortują.

Przebiegunowanie kulturowe

W majowym „Kurierze WNET” (nr 5/2018) pokazałem, że w Polsce żyje dziś więcej 70-latków (urodzonych w roku 1948) niż ich rocznych wnuków i prawnuków (ur. w 2017). Jeszcze gorzej pod tym względem jest w Niemczech i we Włoszech, gdzie na 10 wnucząt przypada już 16 dziadków i babć. W rodzinach aborygeńskich ten trend będzie się nasilał, natomiast wśród muzułmanów wygląda to zupełnie inaczej.

Danych liczbowych nie można podać, bo islamskich dziadków w Europie prawie nie ma. Zostali u siebie, a młodzież wciąż wędruje.

Źródło: opracowanie autora

Szara strefa, wyróżniająca na wykresie zjawiska spodziewane w krytycznym czwartym pokoleniu, stanowi granicę racjonalnego prognozowania. Historia uczy, że po wędrówkach ludów następowały zwykle „wieki ciemne”: dla zdobywców powoli jaśniejące, dla pokonanych – coraz czarniejsze. Nie kasuję jednak dalszej części wykresu, bo jest ona doskonale znana przywódcom obydwu stron (Nowoeuropejczykom i Aborygenom). Prawa strona wykresu jednych motywuje do ciekawych działań, drugich – do jeszcze ciekawszych zaniechań.

Pisząc o „czwartym pokoleniu”, mam na uwadze, że pokolenia muzułmańskie biegną szybciej niż europejskie. Gdy 40-letnia Aborygenka Europy w końcu zdecyduje się na pierwsze (i ostatnie) dziecko, 40-letnia muzułmanka jest już wielokrotną babcią, niekiedy… prababką. Urodzenie dziecka w wieku lat 13 nie jest wprawdzie częste, ale wiele kobiet, zwłaszcza w Afryce, doczekuje się prawnuków przed pięćdziesiątką! Ideologia demograficznego podboju Europy wytwarza dodatkową presję na jak najszybsze rodzenie nowych bojowników islamu.

No-go region

Wydarzenia, które kulturowo przebiegunują Europę w krytycznym „czwartym pokoleniu”, są w dużej mierze przewidywalne. Pewne prefiguracje obserwujemy już dziś. Zdobywanie większości nie zachodzi równomiernie w czasie i w przestrzeni. Przybywa obszarów, na które policja nie wkracza. Nazywamy te miejsca „no-go zones”. Te strefy rosną. W trzecim pokoleniu pojawią się całe regiony, w których islamiści zdobędą przewagę liczebną w miastach, a Aborygeni zostaną wypchnięci na wieś (niechętnie zasiedlaną przez muzułmanów).

Pouczające zjawiska widzimy w Zimbabwe i w RPA. Tam biali kolonizatorzy przez całe pokolenia gnębili czarną ludność, która niedawno zdobyła władzę i gnębi teraz białych. Rozsądni czarni politycy powstrzymują ucieczkę białych farmerów i przedsiębiorców, bez których gospodarka skazana by była na upadek. Ale ten upadek jest nieuchronny, bo raz rozpoczęta czystka rasowa nie zatrzyma się z błahego, ekonomicznego powodu.

„Prawdziwi” mężczyźni wyznaczają sobie jakieś cele i marszruty, których nie potrafią zmienić nawet, gdy te cele okazują się głupstwem i szkodą. W końcu gdzieś dochodzimy, ale tymczasem zmienił się kontekst cywilizacyjny i to, co zaplanowano jako zwycięstwo, staje się kolejną klęską.

Na naszych oczach zanika filozofia grecka, której śmiertelny cios zadało zrównanie prawdy z narracją, zanika prawo rzymskie, rugowane przez szariat w strefach „no-go”, a chrześcijaństwo prawie całkowicie wymieciono z Europy Zachodniej. Gdy zanikną te trzy wyznaczniki europejskości – skąd narody zaczerpną ducha na przyszłe pokolenia? Z islamu?

W Europie możemy się spodziewać wygradzania coraz większych obszarów wyjętych spod krajowego prawa. Przywódcy tych terenów najpierw będą żądali większej samorządności, następnie autonomii regionu, a w końcu niepodległości, łączenia rodzin i scalania ziem. Z drugiej strony – zaślepieni ideolodzy i sprzedajni eurokraci będą dążyć do utworzenia jednego państwa na terenie całej Unii. To nie futurologia. To kontynuacja trendu. Spinelliści okazują się niezdolni do zmiany kursu nawet w obliczu oczywistej katastrofy swojego Eurotitanika.

Któregoś dnia islamiści zalegalizują w Europie ściąganie podatków na potrzeby szariackiego sądownictwa i własnej policji stref „no-go”. Wprowadzą własną kryptowalutę. Utworzy się wtedy legalna dwuwładza, co zawsze bywa stanem przejściowym. Jak wiemy – każda dwuwładza dąży do jedynowładztwa. Ostatecznie: stetryczali spinelliści przygotują zaplanowane superpaństwo na czas, a wtedy młodzi Nowoeuropejczycy nazwą je… kalifatem.

Pokolenie growe

Kontekst cywilizacyjny zmienia się każdego dnia. Powoli dojrzewa i kończy studia pokolenie, kształtujące swój obraz świata nie na podstawie podręczników i nawet nie z telewizji. Spójrzmy na naszą kochaną przyszłość narodu. Ile godzin dziennie młodzież spędza na wykonywaniu dziwnych operacji na konsolach? Jeszcze ich rodzice całą pozaszkolną młodość spędzali na grze w piłkę, na rowerowych wycieczkach, tańcach, spotkaniach i rozmowach. A jak swą młodość przeżywa obecne pokolenie? Widzę to codziennie w pociągu. Chłopak, owszem, patrzy w oczy dziewczynie, ale już tylko… na smartfonie. I to nie jest ta dziewczyna, która – przykuta do własnego smartfona – siedzi obok z słuchawkami w uszach.

Przecież oni za chwilę wstaną od komputerów (lub nawet nie wstaną) i będą rządzić światem! Ten świat będą widzieli oczami snajperów, supermanów i zwycięskich wodzów, niszczących całe miasta jednym przyciskiem. Ich oczy, wyćwiczone w strzelankach, widzą krew tylko po stronie „wroga”.

Młodzi gracze nie wiedzą, co to cierpienie i śmierć własnego społeczeństwa, bo oni już nie należą do takiego społeczeństwa, jakie istniało przez wieki. Oni tworzą własny wirtualny świat i własne wirtualne społeczności. To są społeczności growe. To nie są społeczeństwa!

Pokolenie tożsamościowe

Różne są trendy główne na różnych kontynentach, ale działają też globalne zmiany technologiczne, które wpływają na nas w sposób zaskakujący. W każdym kraju istnieje prasa wspierająca aktualny rząd; istnieją także legalne i nielegalne media opozycyjne. Do niedawna byli też jacyś „zwolennicy” i „przeciwnicy”, dyskutujący ze sobą zawzięcie przy każdej okazji.

W XXI wieku obserwujemy nowe zjawisko: media tożsamościowe, hejtowanie i zanik dyskusji merytorycznej. Badam to na własnym przykładzie. Gdy pojawił się Facebook, założyłem profil i bez żadnej koncepcji selekcyjnej przyjmowałem – jako „znajomych” – wszystkich, którzy się napatoczyli. Prawdziwych znajomych dołączałem później. Przez pierwszy rok byłem zachwycony fejsem. Otrzymywałem z całego świata ciekawe materiały, w tym linki do artykułów, do których w inny sposób nigdy bym nie dotarł.

Teraz sprawdzam, jak korzystam z Facebooka po niemal dziesięciu latach. Nadal zaglądam tam prawie codziennie, ale rzadko zajmuje mi to więcej niż kwadrans. Nie usunąłem żadnego „znajomego”, choć co do niektórych mam już pewność, że są trollami obcego mocarstwa. Ciekawi mnie, co oni kolportują. Ale z nikim nie dyskutuję. Stałem się – jak większość użytkowników nowych mediów – składnikiem społeczności tożsamościowej. Treści pewnego rodzaju przyjmuję stale, inne odrzucam od razu. Podobnie postępuje miliard, a może kilka miliardów mieszkańców naszego globu. Czy to ma znaczenie? Oczywiście ma. Tożsamość „no-dialogue” należy już do megatrendów! „Otwarty dialog” – to oszustwo.

Mocarze mocniejsi od mocarstw

Kolejne trendy główne są następstwem cenionego przez humanistów pokoju i nielubianego przez wywrotowców braku większej, krwawej rewolucji. Gospodarka światowa ma się w miarę dobrze, socjaliści stali się kapitalistami, a kapitaliści marksistami. Jedni z drugimi przekierowali zainteresowanie z zagadnień społecznych na dowolnie wybierane problemy takich czy innych mniejszości. W efekcie pogłębiają się nierówności nie tylko w bieżących dochodach (co jest naturalne), ale i w skumulowanym majątku (co gwarantuje rewolucję) i w ostentacyjnej konsumpcji (co rewolucję przyśpiesza).

Ośmiu najbogatszych ludzi na świecie dysponuje łącznie majątkiem większym niż całoroczny dochód narodowy Polski, a liczba dolarowych miliarderów przekroczyła na świecie 3 000. Możemy więc wiarygodnie sądzić, że w tej grupie są zarówno szlachetni altruiści, jak i chciwi wyzyskiwacze. Czy są tam również zbrodniarze? Ze statystyczną pewnością można udzielić odpowiedzi potwierdzającej.

Najsłynniejszym miliarderem, zaangażowanym w proces islamizacji Europy, jest George Soros. To wiemy, ale czy tylko on opłaca przerzut Afrykańczyków i Azjatów do Europy? A inni kryptoislamiści?

Handel niewolnikami zawsze był wybitnie dochodowym interesem, ale handel możliwy jest tylko wtedy, gdy istnieje popyt. Kto tworzy popyt na imigrantów w Europie?

Czy są to regionalne mocarstwa, czy indywidualni mocarze? A może to są mafie, generujące sztuczny popyt przez państwo i monopolizujące podaż ludzi? Komu potrzebne są nowe ręce do pracy, komu młode kobiety do burdeli, komu młode nerki i serca do wymiany?

Nie miejsce tu na odpowiedzi. Muszę tylko nieco osłabić tezę, że o wszystkim zadecyduje demografia. Bo, owszem, demografia jest najważniejsza, ale jednocześnie zmienia się cały świat w różnych aspektach. Jeżeli nawet kolejnym czterem pokoleniom Euroaborygenów uda się przetrwać bez wielkiej wojny i rewolucji, to owo „czwarte pokolenie” żyć lub ginąć będzie w innych warunkach, niż dziś możemy sobie wyobrazić. Nie zmienia się tylko wniosek główny: narody rodzące dzieci przetrwają, a nierodzące – zanikną.

Milcząca większość

Czy istnieje scenariusz pozytywny? Moim zdaniem istnieje. I to nawet w warunkach pokojowych. Pod względem arytmetycznym sprawa jest prosta. Po pierwsze (i najtrudniejsze) – za wszelką cenę należy zwiększyć dzietność Aborygenek Europy do poziomu gwarantującego pełną zastępowalność pokoleń. Po drugie – całkowicie powstrzymać ixodus islamistów, z wyłączeniem oczywiście prawdziwych uchodźców, którym we własnym kraju grozi śmierć lub cierpienie. Po trzecie – wdrożyć program powrotów do Afryki i Azji, ale nie na siłę, lecz raczej poprzez tworzenie Specjalnych Obszarów Solidarności (SOS) w krajach opuszczanych. Tam – po nabyciu odpowiednich kwalifikacji w Europie – mogliby powracać migranci, bo nie czekałaby ich bieda, ale zbudowane przez Europę fabryki i farmy.

Nie miejsce tu na szczegółowe omawianie SOS. Zrobiłem to gdzie indziej (A. Jarczewski, Czasownikowa teoria dobra, Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Katowice 2018). Gdybym był politykiem, zdolnym do działania w większej skali – utworzyłbym międzynarodową partię „European Aborigines. Silent Majority”. Taka partia, moderowana przez Polaków, Węgrów, pewnie i Włochów rozsianych po Europie, może liczyć na znaczny elektorat w każdym unijnym kraju. Milcząca większość, która zwykle nie uczestniczy w wyborach lub głosuje bez przekonania, nareszcie znalazłaby ideę, z którą się utożsamia. Zdobycie istotnej pozycji, a może nawet większości w Parlamencie Europejskim odwróciłoby samobójcze eurotrendy.

Nie słuchajmy fałszywych kazań polityków, których horyzont nie wykracza poza czwarty rok ich kadencji. Słuchajmy tych, którzy swą intelektualną odpowiedzialnością przekraczają czwarte pokolenie!

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ostatni Aborygeni Europy” znajduje się na s. 3 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ostatni Aborygeni Europy” na s. 3 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Potyczki z historią w stulecie odzyskania niepodległości / Wiesław Jan Wysocki, „Kurier WNET” nr 52/2018

Nasze pokolenie odnosi się nie do Niepodległości, ale do TRANSFORMACJI USTROJOWEJ. W 2014 r. decyzją Sejmu RP uczczono tzw. wybory z 4 czerwca 1989 r., a nie wymarsz Kadrówki z Oleandrów.

Wiesław Jan Wysocki

Potyczki z historią

Czas rozpocząć wielką narodową dyskusję nad tym, w jaki sposób Polska może upamiętnić nietypowy dla innych narodów zapis swoich zmagań o wolność i z wolnością, co stanowi oś polskiej historii. Wydawać się powinno, że historia będzie łączyć, że będzie ponad podziałami, partiami, interesami… Nic bardziej mylnego.

Bóg – Honor – Ojczyzna

Historia dla Polaków jest ważna, pominąwszy deklaracje grupek o „wybraniu przyszłości”, co częściej przedrzeźniano jako „wypranie przeszłości”. Ale też dla nazbyt wielu polskość to „nienormalność”, toteż podjęto próbę wyrzucenia historii ze szkół, by nie mąciła w młodych głowach prostactwem nacjonalistycznym czy ksenofobią. Chciano przyzwyczaić młode pokolenie do „murzyńskości”, o co zadbał pewien szpanujący na światowca oksfordczyk. Wykreowano – zamiast ksenofobicznego Polaka pozbawionego ojczyzny – wizerunek Europejczyka uciekającego od ojczyzny. Hasłem indoktrynującym taki model eks-Polaka było przekonanie: Tam ojczyzna, gdzie dobrze! A nad Wisłą wciąż źle, trzeba się wstydzić za przeszłość, za naszą tutejszą wobec innych podłość…

Wprawdzie już dość dawno zaczął się patriotyczny bunt na stadionach, a młodzi w „wyklętych” przez reżim komunistyczny dojrzeli NIEZŁOMNYCH, ale ostatni czas przyniósł oficjalny, państwowy wymiar dowartościowujący patriotyzm własny. Pedagogikę wstydu zastąpiła pedagogika DUMY. Wiara, państwo, honor i inne wartości polskiego wiana historycznego, wcale nie trąciły naftaliną, ale wręcz stały się modne i obnoszone są z wielką estymą.

Oto na naszych oczach Polska wypiękniała i wybrzmiała dumą swoich dziejów. Przystemplował to w swoim wystąpieniu prezydent USA Donald Trump i brytyjska para książęca. Resztę dopełnił wystrój trybuny na stadionie „Legii”, który odpowiedział na aroganckie i ordynarne kłamstwa państwowych mediów niemieckich i coraz częstsze przerzucanie odpowiedzialności za zbrodnie w II wojnie światowej na ofiary, czyli Polaków.

Zdjęto parawan bezpaństwowych nazistów dla niemieckich zbrodni. Dumny akowiec Karol Tendera samotnie rzucił wyzwanie pruskiej pysze i kłamstwu ukazanym w niemieckim filmie z 2013 r. Unsere Műtter, unsere Väter. Ale tym bardziej upokarza bezradność polskiego MSZ.

Żołnierze AK, bojownicy powstańczej Warszawy mają swoje szczególne prawa, swoje opinie i oceny, subiektywne osądy i dziwaczne reminiscencje. Prawo do tego sobie wywalczyli i z tego prawa do osobistego doświadczenia, autonomii, nawet niezgody i sprzeciwu, korzystają. Są jak sztandary, na których wyhaftowano ponadpokoleniową, wyrytą w sercach polskich dewizę: Bóg, Honor, Ojczyzna. I niezależnie, jakie będą nimi miotały wiatry, będą one poświadczały, że miłość żąda ofiary. A Polska jest zazdrosna o swoich bojowników.

Czy Polska nierządna?

Prawo polskie pozwalało krytykować władcę. O istotę i wagę tego prawa spierali się dziejopisowie, a dziś czynią to ideolodzy i propagandyści. Zasłużona krakowska szkoła historyczna głosiła, iż szlachta uprawiała krytykę ubezwłasnowalniającą króla i prowadzącą do rozprzężenia wewnętrznego, a w konsekwencji do upadku politycznego. Echo tej tezy brzmi w opinii o kompletnym zanarchizowaniu Rzeczypospolitej szlacheckiej, sobiepańskiej, warcholskiej i nierządem stojącej. Dziś kierowana jest ona w stronę środowisk niewygodnych i wykluczonych z życia publicznego, a chłostanych biczem szkodnictwa i wstecznictwa (vide: pisowscy sędziowie, pisowskie media, pisowskie wojsko…). Jest świadectwem oderwania się od korzeni własnej tradycji narodowej i kompletnego wyobcowania z ducha polskiej kultury politycznej wpływowych sił życia publicznego.

Nie oznacza to, by poczucie wolności jednostki nie prowadziło do zanarchizowania życia społecznego. Nadto wiele było przykładów i okresów budzących odrazę upadkiem kultury szlacheckiej, jak choćby koniec XVIII stulecia, większość bezwolnych sejmów z tego czasu, aż po samouznanie na nich kolejnych rozbiorów. To najczarniejsze karty naszych dziejów i naszej demokracji, ale nie one – na szczęście – decydują o wartościach naszej narodowej spuścizny.

Upadek polskiego demokratyzmu parlamentarnego w XVIII w. jest przykładem, jak nie do końca przemyślane decyzje mogą zaowocować tragedią dziejową. Po śmierci Zygmunta Augusta A.D. 1572, grupa posłów-egzekucjonistów przygotowała znakomity projekt prawa elekcyjnego, ale uchwalono bardziej demagogiczną formułę „viritim”, czyli wyboru zgodnego przez całą szlachtę przybyłą na elekcję.

Korupcja i hochsztaplerstwo wyborcze zaczęły się od nieszczęsnego „viritim”. Tym, co z uporem widzą wyłącznie dekadencję polskiego parlamentaryzmu, trzeba przypomnieć, że podobne upadki miewały hiszpańskie Kortezy, niemiecki Reichstag, francuskie Stany Generalne czy angielska Izba Gmin. Sejm Rzeczypospolitej nie był wyjątkiem, ale to akurat nie jest powód do chluby.

Polacy nie są szczególnie predestynowani na anarchistów (chyba, że za „anarchię” uważa się umiłowanie wolności), ale władzy despotycznej przyczynili niemało problemów… policyjnych. Pisał o tym Cyprian Kamil Norwid, iż ogromne wojska, bitne generały, policje – tajne, widne i dwu-płciowe pojednały się przeciwko kilku myślom… co nie nowe… Polakom.

Zaślepieni i zapiekli w czarnowidztwie dziejów narodowych często uszczęśliwiali „zanarchizowane” społeczeństwo formułkami margrabiego Aleksandra Wielopolskiego (nie pomnąc jego losu): Dla Polaków czasem można coś zrobić, ale z Polakami…

Podobne postawy pokutują jeszcze dziś. Jarosław Marek Rymkiewicz pisze o nich dobitnie: Ten nowy rozbiór może już się nawet zaczął. Ci, którzy potrafią coś zobaczyć przez szczeliny Wielkiej Ściemy, dobrze wiedzą, od czego się zaczął: od likwidacji polskości. Likwidacja polskości to jest krok pierwszy, drugim będzie likwidacja Polski… Wtedy nastąpi dewastacja państwa jako dobra wspólnego obywateli. Można będzie wyzbywać się ziemi, przemysłu (jak choćby stoczni), banków, potencjału obronnego, niszczyć kulturę, edukację, media, filary sprawiedliwości. Można będzie sterować myśleniem przy pomocy esemesów z dyrektywami.

Hasło „Polska nierządna” związane było nie tyle z upadkiem kultury politycznej społeczeństwa, ile z degrengoladą moralno-polityczną monarchy polskiego. W XVIII stuleciu król był tylko formalnie wybierany przez naród szlachecki, a faktycznie osadzany na tronie Rzeczypospolitej, żyjącej pozorami niepodległości, przy pomocy bagnetów obcych wojsk i jako monarcha dbał nie o polski, a obcy interes.

Społeczeństwo upomniało się więc o swoje atrybuty i przypomniało staropolską rację ustrojową, że nie władca, a ono jest podmiotem majestatu władzy. I nie o anarchii, ale o odpowiedzialności narodowej świadczy dumna wizja: Polska nie-rządem stoi, ale prawem, wiarą i obyczajem. A więc nie „Polska nierządna” lecz „Polska praworządna, prawowierna i obyczajna”.

O zdradzie słów parę

W sprawie płk./gen. Ryszarda Kuklińskiego obok wątku politycznego, strategicznego, militarnego, wreszcie humanitarnego trzeba wskazać też wątek moralny czy historyczno-etyczny. W książce o Kuklińskim autorstwa Józefa Szaniawskiego jest zamieszczony szczególny „poczet zdrajców polskich”, którzy „podpadli” komunistycznej władzy. Za swój świat wartości, ideały, postawę życiową płacili najczęściej zesłaniem, więzieniem czy karą śmierci. Ten poczet kończy nie kto inny, jak właśnie płk. Kukliński.

Istota jego problemu – i podobnych mu osób – pozostaje nierozwiązana w naszej historiografii od lat wojennych; jeżeli jednak w latach PRL-u nie istniały elementarne przesłanki historyczne, a tym bardziej moralne, by sprawie nadać właściwy wymiar, to po 1989 r. zabrakło nawet chęci zmierzenia się z problemem. Mam na myśli kwestię zdrady, kolaboracji, agenturalności, serwilizmu etc. Oficjalnie odtrąbiliśmy po II wojnie światowej, że byliśmy wspaniali, nie mieliśmy Quislinga, bo nawet inicjatywy politycznego otwarcia na Niemcy byłego premiera II RP Leona Kozłowskiego nie mieściły się w formule zdrady. A służyć Niemcom to zdrada. Potem dołączył do Niemców – a ściślej – miejsce Niemców zajął w propagandzie komunistycznej… Zachód.

Nigdy zaś nie podjęto wątku drugiego wroga i okupanta – Sowietów. Kolaboracja z Sowietami i serwilizm wobec nich stały się znamieniem normalności – poprawności politycznej.

I z tych niejednoznaczności i nierównowartości ocen do dziś nie potrafimy się wyzwolić. Przed 20 laty sformułowano cyniczną tezę, że inna droga do niepodległości wiodła przez… PPR i PZPR, co w podręcznikach historycznych i niektórych mediach obowiązywało jako ideologiczny dogmat.

Nie stosowano jednakowych standardów i kwantyfikatorów w ocenach moralnych i politycznych tych samych zjawisk i procesów. Mówię o dylematach historycznych, jakie mają dzisiaj wszyscy – historycy, politycy, wojskowi, nauczyciele… Rodzi się pytanie: czy 27 lat to mało, żeby tę sprawę rozliczyć? Pytanie zdawałoby się retoryczne, ale jeśli głową państwa może być agent, konfident ministrem, wydawcą dzieł historycznych ubek, zaś o akowskim etosie decydować donosiciel…

Może najważniejsze są racje moralne, gdy dotykamy problemów historycznych, bo wszyscy umieszczeni w przywołanym poczcie „zdrajców” dokonywali wyborów związanych z aksjologią narodową, z imponderabiliami. Powtarzamy za marszałkiem Piłsudskim: Być zwyciężonym i nie ulec – to zwycięstwo. O tym wymiarze działalności Kuklińskiego i tych wszystkich, którzy w takich sytuacjach byli postawieni, zapominamy.

W lutym 1919 r. Sejm tworzącej się dopiero II Rzeczypospolitej zdecydował aktem prawnym, iż odrodzone państwo jest kontynuatorem I Rzeczypospolitej: Piastowskiej, Jagiellońskiej, Obojga Narodów… To byli oni – zrodzeni z ducha Niepodległości! III RP, której pierwociny widzą niektórzy w 1989 r., choć stosowniejszy byłby rok 1990, nie potrafiła zdobyć się na podobne polityczne wizjonerstwo. Nie uznała się za kontynuatorkę II i I Rzeczypospolitej. Nie doceniła tego, że ostatni prezydent II Rzeczypospolitej na wychodźstwie Ryszard Kaczorowski przekazał insygnia niepodległej Polski prezydentowi wybranemu w kraju w wolnych wyborach. Do dzisiaj żyjemy powiązani pępowiną z PRL-em.

Nasze pokolenie odnosi się nie do Niepodległości, ale do TRANSFORMACJI USTROJOWEJ. W 2014 r. decyzją Sejmu RP uczczono tzw. wybory z 4 czerwca 1989 r., a nie wymarsz Kadrówki z Oleandrów.

***

Niewątpliwym atutem stosunkowo silnego oddziaływania chrześcijańskich ideałów na polską aktywność niepodległościową była trwająca od wieków „polonizacja” Kościoła katolickiego i jej promieniowanie na cały świat chrześcijański. Za Agatonem Gillerem, insurgentem styczniowym i zesłańcem syberyjskim możemy dziś głosić, iż mamy podwójną misję wynikającą z dziedzictwa przedmurza chrześcijańskiego świata. Pierwotna oznacza niezłomną obronę polskości i katolicyzmu jako najważniejszych zworników naszej świadomości. Wtóra – misji narodu polskiego jako forpoczty europejskiej cywilizacji. Tym większą moc ma pytanie o sympatię do narodu, „który ocalił cywilizację i chrześcijaństwo niegdyś od Tatarów pod Legnicą, w ostatku od Osmanów pod Chocimiem i Wiedniem, który tyle lat zasłaniał ją przed dziczą moskiewską”. Głos współczesnego Wernyhory – Jarosława Marka Rymkiewicza brzmi jeszcze dosadniej: Pojmij to wreszcie, głupia Europo. Gdyby nie my, Diabeł już dawno posiadłby cię i zapłodnił. I rodziłabyś, rozpustna dziwko, diabelskie bękarciny. I tylko my, obrzydliwa rozpustnico, możemy (…) Cię osłonić przed ciosami diabelskiego miecza. I osłaniamy Cię, bo te ciosy bierzemy na siebie.

Kłamstwa, nieprawdy, błędy…

W naszej świadomości pokutują różnego rodzaju historyczne nieprawdy, będące następstwem fałszywego przekazu historycznego, nachalnej propagandy czy niedostatków historycznej dydaktyki.

Pierwsza z nich, to że w hitlerowskich Niemczech był faszyzm. Propagandowy zwrot ‘faszystowskie Niemcy’ jest dziedzictwem historiografii komunistycznej. Faszyzm w istocie miał rodowód włoski i jego wcielenia/wtórniki można znaleźć w Hiszpanii gen. Franco czy Portugalii Salazara. W Niemczech czasu dyktatury Hitlera dominował narodowy socjalizm, ideologiczny bliźniak komunizmu, czyli socjalizmu internacjonalistycznego. Faszyzm jest doktryną totalitarnej prawicy, zaś komunizm i narodowy socjalizm mają proweniencję lewacką, skrajnie lewicową. Komunistyczni propagandyści obawiali się, że w niektórych głowach mogłoby dojść do niebezpiecznych skojarzeń o ideowej wrogości bliźniaczych formacji politycznych – socjalizmu internacjonalistycznego i nacjonalistycznego, i dlatego woleli zderzyć przeciwieństwa. Do dziś i politycy, i media nierzadko powielają ten fałsz.

Druga nieprawda: wielu polityków, ludzi mediów – nawet ci, których szanuję – mówi ‘II Rzeczpospolita’ tylko o okresie Polski międzywojennej. Tak jakby dalszym ciągiem II Rzeczypospolitej nie były legalne, konstytucyjne władze na wojennym, a potem politycznym wychodźstwie, które zakończył ostatni prezydent II Rzeczypospolitej Ryszard Kaczorowski, przekazując na Zamku Królewskim w Warszawie w grudniu 1990 r. insygnia Niepodległej Polski.

Trzecia: używamy w podręcznikach zwrotu: ‘rozbiory Polski’. Rusin – dzisiejszy Ukrainiec – może mniej, ale Litwin na pewno ma prawo być niezadowolony, że nie dostrzegamy, iż rozebrano Rzeczpospolitą wielu narodów, wyznań i kultur. Jej duch woła, byśmy nie byli ksenofobiczni i pamiętali, że zaborca ruski, pruski i rakuski podzielili się nie wyłącznie Koroną, ale Koroną i Mitrą, czyli Polską i Litwą (Wielkim Księstwem Litewskim), a zatem Rzeczpospolitą, państwem zbudowanym na idei: wolni z wolnymi, równi z równymi, zacni z zacnymi.

***

I na koniec: w powszechnie śpiewanej hymnicznej pieśni Boże, coś Polskę powtarzamy bezmyślnie słowo ‘przygnębić’, czyli ‘zasmucić’, gdy Alojzemu Felińskiemu chodziło o stan pognębienia, czyli zniszczenia, zdewastowania, zdeptania… Śpiewamy więc, falsyfikując przekaz autorski i zatracając istotny sens, bo poprawnie brzmiałby ten hymn: od nieszczęść, które pognębić ją – Polskę – miały…

Miłość i duma z Ojczyzny

Miłość swojej ojcowizny, swojego kraju to patriotyzm, który dzisiaj antychrześcijańsko i antypolsko niektórzy za wszelką cenę pragną zdyskredytować i ośmieszyć. Święty Jan Paweł Wielki w niezapomnianej książce Pamięć i tożsamość powiedział: „Patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka czy samego krajobrazu ojczystego. Jest to miłość, która obejmuje również dzieła rodaków i owoce ich geniuszu. Próbą tego umiłowania staje się zagrożenie tego dobra, jakim jest ojczyzna. Nasze dzieje uczą, że Polacy byli zawsze zdolni do wielkich ofiar dla zachowania tego dobra albo też dla jego odzyskania”.

Tysiącletnie dzieje chrześcijańskiej Polski mają wymiar opatrznościowy. Zaczęły się chrztem Mieszka w czasie odradzania uniwersalistycznego cesarstwa rzymskiego na gruncie nacji niemieckiej, a ich milenijne wypełnienie poprzedził sobór powszechny, przełomowy dla Kościoła. Millenium to szczególne światło nadziei na nowy czas i nowych ludzi. Weszliśmy już trzecim pokoleniem w drugie tysiąclecie, dziedzicząc imperatyw wierności imponderabiliom, z których jednym z najważniejszych jest trwały związek z Kościołem katolickim.

Nie jest możliwa relacja między osobami, obywatelami a sprawującymi władzę, poszczególnymi państwami, związkami państw a wspólnotą światową bez odniesienia do wspólnych i jednako rozumianych zasad moralnych. Taki postulat – dziś równie aktualny – formułowali najwybitniejsi przedstawiciele polskiej myśli politycznej.

Jeżeli zachowaliśmy tożsamość, zahartowaliśmy nasze wartości i przekształciliśmy je w imponderabilia, utrwaliliśmy nasz etos, obroniliśmy nasz byt polityczny, rozpostarty pośrodku jednego z najważniejszych gościńców europejskich, to bynajmniej nie dlatego, że wspierały nas zastępy rycerskie, że liczniejsze były nasze armaty, że mieliśmy potężniejsze od najeźdźców fortece. Naszą siłą i naszym imperatywem stało się lechickie, jagiellońskie, sarmackie umiłowanie WOLNOŚCI jako imponderabilium narodowego. Najlepiej wyraził to prezydent Lech Kaczyński. Z filmu Prezydent Joanny Lichockiej i Jarosława Rybickiego zapożyczę jego słowa przypomniane przez Jarosława Sellina:

Kilku przywódców europejskich, myśląc, że zrobią przyjemność Lechowi Kaczyńskiemu, chciało się pochwalić swoją znajomością historii Polski i właściwie mówili mu bez przerwy o współczuciu i cierpiętnictwie. Na to Lech Kaczyński zareagował z dużym poczuciem humoru i dezynwolturą… i powiedział tak: O czym, Panowie, mówicie, przecież Polacy na kilkaset lat zatrzymali pochód Niemców na Wschód, Polacy zatrzymali pochód islamu na Zachód, Polacy zatrzymali pochód bolszewików też na Zachód, Polacy wreszcie w XX wieku pierwsi powiedzieli Hitlerowi – NIE i zmusili Zachód do tego, żeby podjął wojnę z Hitlerem, i Polacy stworzyli wielki, największy w historii świata ruch Solidarność, który obalił komunizm. Więc tak patrzcie na polską historię, a nie, że to tylko cierpiętnictwo, łzy i pot… Mamy prawo ufać, że jako naród, który przetrwał najcięższe koleje losu, zachowamy zdolność do przezwyciężenia wszelkich trudności. Ta ufność może bazować na siłach moralnych wciąż odnawialnych, czyli – jak to postrzegano w XVIII stuleciu – powtórzonego świata polskiego tworzeniu.

„Wy macie przenieść ku przyszłości to całe doświadczenie dziejów, któremu na imię ‘Polska’. Jest to doświadczenie trudne. Chyba jedno z najtrudniejszych w świecie, w Europie, w Kościele. Tego trudu się nie lękajcie. Lękajcie się tylko lekkomyślności i małoduszności” (Jan Paweł II).

Prof. dr. hab. Jan Wysocki jest prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie poświęconemu badaniu najnowszej historii Polski.

Artykuł Wiesława Jana Wysockiego pt. „Potyczki z historią” znajduje się na s. 15 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wiesława Jana Wysockiego pt. „Potyczki z historią” na stronie 15 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dekomunizacja w Nowym Sączu. Józef Piłsudski stanie w miejscu pomnika wdzięczności Armii Czerwonej

Budowa pomnika Józefa Piłsudskiego to bezspornie sukces lokalnych patriotów. Dali oni doskonały przykład skuteczności w oczyszczaniu przestrzeni publicznej ze stempli komunistycznego zniewolenia.

Józef Wieczorek

Przez 70 lat w centrum Nowego Sącza, w prestiżowym miejscu stał pomnik wdzięczności Armii Czerwonej zbudowany pod przymusem okupanta sowieckiego. Pierwszy pomnik, postawiony w grudniu 1945 r., już w styczniu 1946 r. został wysadzony w powietrze przez podziemie niepodległościowe, silne po wojnie w Beskidzie Sądeckim. Kolejny pomnik, mimo pewnych modyfikacji – już bez gwiazdy czerwonej, ale z sowieckimi napisami – przetrwał aż do roku 2015, bo władze Nowego Sącza nie zdołały przez lata, już w wolnej Polsce, wykonać uchwały rady miasta z 1992 roku (!) o usunięciu tej pozostałości sowietyzacji Polski. Po rozbiciu podziemia niepodległościowego w pierwszych latach po wojnie dążenia niepodległościowe w Nowym Sączu wyraźnie opadły. Nowy Sącz tak naprawdę w czasach III RP żył nadal w stanie zniewolenia z jego symbolem w reprezentacyjnym centrum miasta. (…)

Prezydent Nowego Sącza Ryszard Nowak (PiS) do końca stał twardo na straży pomnika chwały Armii Czerwonej, za co zbierał pochwały od konsula rosyjskiego.

Siły policyjne broniły nielegalnie stojącego pomnika, który dawno już winien być usunięty w ramach prawa o dekomunizacji przestrzeni publicznej, a sądy przez lata „grillowały”

Pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego w budowie | Fot. J. Wieczorek

uczestników manifestacji za ich patriotyczną, niezłomną postawę. Co prawda sprawy – także młodocianych uczestników manifestacji – umorzono, ale skarb państwa został uszczuplony z powodu tępienia antykomunistycznych demonstrantów i wykazano, że patriotyzm w III RP jest bardzo źle widziany. (…)

Ale jak to bywa przed kolejnymi wyborami, mamy jednak pomnikową „dobrą zmianę”. Po rozbiórce pomnika chwały Armii Czerwonej na jego miejscu ma być postawiony pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego na Kasztance. Powstał Społeczny Komitet Budowy Pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego, który zbiera fundusze, i prace budowlane już ruszyły. Pomnik ma być odsłonięty 11 listopada na 100-lecie niepodległości Polski, którą i Nowy Sącz po latach okupacji powoli ponownie odzyskuje.

Prezydent Miasta Ryszard Nowak, tak zasłużony dla pomnika Armii Czerwonej, został członkiem honorowym tego komitetu, uznanym za osobę, która poprzez swój autorytet obrońcy „zasług” Armii Czerwonej może wnieść wybitny wkład w budowę pomnika pogromcy Armii Czerwonej [sic!]. (…)

Nikt z nas – działających na rzecz likwidacji pomnika chwały Armii Czerwonej – nie został zaproszony do komitetu budowy pomnika Marszałka.

Cały artykuł Józefa Wieczorka pt. „Pomnikowa dobra zmiana w Nowym Sączu” znajduje się na s. 12 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Józefa Wieczorka pt. „Pomnikowa dobra zmiana w Nowym Sączu” na s. 12 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Osiągnięcia II Rzeczpospolitej w budowie sieci komunikacyjnej na terenie kraju. Magistrala kolejowa Śląsk-Gdynia

Port i magistrala kolejowa miały ogromne znaczenie propagandowe, gdyż strona niemiecka twierdziła, że należąca do Polski część Śląska upada gospodarczo, a Gdynia jest sztucznym tworem.

Adam Frużyński

Ponieważ istniejąca w II Rzeczypospolitej sieć kolejowa powstała ze scalenia trzech różnych systemów kolejowych dawnych państw zaborczych, brakowało linii kolejowych łączących poszczególne dzielnice. Produkowane w województwie śląskim towary i wydobywane surowce można było wywozić za pośrednictwem przeciążonej linii warszawsko-wiedeńskiej. Brakowało także połączeń między województwem śląskim a Pomorzem i Wielkopolską, gdyż nowa linia graniczna przecinała istniejące szlaki kolejowego, a pociągi musiały wjeżdżać na teren Niemiec. Początkowo wyroby przemysłowe z województwa śląskiego były przewożone w kierunku północnym liczącą 666 km długości trasą Katowice – Częstochowa – Koluszki – Skierniewice – Kutno – Toruń – Bydgoszcz – Tczew – Gdańsk – Gdynia. Z linii tej korzystało do 40 par pociągów towarowych na dobę. Wykorzystywano również krótszą, mającą tylko 567 km trasę Lubliniec – Ostrów Wielkopolski – Jarocin – Gniezno – Inowrocław – Bydgoszcz –Tczew – Gdańsk – Gdynia. Kursujące po niej pociągi musiały jednak przejeżdżać przez terytorium Niemiec, tzw. korytarz kluczborski, a to wiązało się z wysokimi opłatami tranzytowymi. Podobna sytuacja panowała na południu, gdzie koleje czechosłowackie stosowały bardzo wysokie taryfy tranzytowe. (…)

Prace rozpoczęło w 1925 roku od budowy odcinka Czersk – Kościerzyna. Była to linia okrężna, o długości 597 km do Gdańska i 618 km do Gdyni. Odciążyła ona znacznie trasę przez Częstochowę i Koluszki, na której liczba pociągów węglowych dochodziła poprzednio do 40 na dobę. W 1928 roku z nowej linii korzystało już 27 par pociągów towarowych.

(…) W tym samym czasie kontynuowano rozbudowę portu w Gdyni, na terenie którego górnośląskie koncerny wydzierżawiły nabrzeża portowe. W ten sposób powstawały trwałe więzi ekonomiczne między Górnym Śląskiem i Gdynią, a jednym z inicjatorów i wykonawców tego projektu był minister przemysłu i handlu Eugeniusz Kwiatkowski. Własne nabrzeża posiadały firmy „Robur”, „Progres”, „Giesche” SA, Polskie Kopalnie Skarbowe „Skarboferm” i „Fulmen”. W 1929 roku przewozy węgla koleją były tak wysokie, że PKP ponownie zabrakło taboru kolejowego. Wpływy z eksportu pozwoliły na umocnienie kursu złotówki, a kontakty gospodarcze Śląska z gospodarką morską uległy zacieśnieniu. (…)

W dniu 1 marca 1933 roku nastąpiło uroczyste otwarcie odcinka Karsznice – Inowrocław o długości 153 km. Cała trasa Śląsk – Gdynia miała 552 km długości. Była to linia jednotorowa, a jedynie na odcinku długości 73 km położono dwa tory. Trasa została jednak pomyślana w taki sposób, aby w przyszłości można było wybudować drugi tor. W ten sposób wykonano torowiska, mosty i wiadukty. Powstało też kilka bocznic umożliwiających połączone z innymi ważnymi liniami. Na całej trasie wybudowano 33 stacje kolejowe. (…)

Od 1 stycznia 1938 roku linia kolejowa Śląsk – Gdynia była zarządzana przez Francusko-Polskie Towarzystwo Kolejowe. W dniu 24 września 1938 roku ukończona została linia kolejowa Siemkowice – Częstochowa, a drugi tor położono na trasie Siemkowice – Karsznica. W ten sposób zakłady przemysłowe Zagłębia Częstochowskiego uzyskały połączenie z Wybrzeżem. Ponad 60% towarów przewiezionych magistralą stanowił węgiel kamienny, 20% przewozy innych towarów, a 20% transport towarów importowanych.

Cały artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Magistrala węglowa Śląsk-Gdynia” znajduje się na s. 10 i 11 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Magistrala węglowa Śląsk-Gdynia” na s. 10 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historia Dni Gwarków 1957-1988 w plakatach. Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej wydało prace znanych plastyków

Dni Gwarków nawiązują do przywileju nadanego Tarnowskim Górom w roku 1599, na mocy którego gród gwarków miał prawo do urządzania „zabaw i komedyj” podczas jarmarku w niedzielę po świętym Idzim.

Maria Wandzik

H. Lis, W. Lubos (1973) | Fot. SMZT

Organizatorem Dni Gwarków w latach 1957–1988 było Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej. SMZT zasługuje na uznanie za wydanie profesjonalnych plakatów gwarkowskich na wszystkie Dni Gwarków, z lat 1957–1988.

Ich autorami często byli twórcy miejscowi, ale też uznani artyści z całej Polski. Podziw budzi konsekwencja, z jaką zlecano te zadania dobrym, a nawet wybitnym twórcom. (…) „Dokumentują one szmat tarnogórskiej historii. Można powiedzieć, że to prawdziwe dzieła sztuki” – powiedział o plakatach Mariusz Gąsior, członek zarządu Stowarzyszenia.

SMZT promuje sprzedaż swoich plakatów w formie spotu filmowego, któremu nadano tytuł „Gwarek opróżnia skrzynie”. Obok Mariusza Gąsiora wystąpił w nim Sławomir Ziemianek, także członek zarządu organizacji. Plakaty można nabyć w siedzibie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej przy ul. Gliwickiej 2 w Tarnowskich Górach. Wykaz plakatów przeznaczonych do sprzedaży znajduje się na stronie Stowarzyszenia. Wkrótce będzie je można nabyć również drogą elektroniczną.

Marian Piwko, plakat z 1987 r. | Fot. SMZT

Wszystkie te dzieła sztuki podsumowują trzy dekady artystycznej działalności polskich artystów, w których życiu miasto Tarnowskie Góry zawsze odgrywało ważną rolę. Wydarzenia historyczne i kulturalne przeplatały się na plakatach, ukazując ich piękno. Warto nabyć te unikatowe dzieła.

Artykuł Marii Wandzik pt. „Gwarek opróżnia skrzynie” znajduje się na s. 12 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marii Wandzik pt. „Gwarek opróżnia skrzynie” na s. 12 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego