Wyniki wyborów do parlamentu krajowego w Bawarii to szok dla elit politycznych UE, a ostrzeżenie dla rządzących w Polsce

Rządzący dopóty będą mieć zaufanie wyborców, dopóki będą oni widzieć dążenie do realizacji obietnic i to, że dla polityków dobro kraju ważniejsze jest od interesu osobistego i partyjnego.

Zbigniew Kopczyński

Wyniki wyborów do parlamentu krajowego w Bawarii to wstrząs dla elit politycznych nie tylko Bawarii i Niemiec – to szok dla całej Unii. Szok, bo żyjący w brukselskim akwarium od dawna utracili kontakt z rzeczywistością.

Wyborcy dokonali pogromu partii współtworzących rządzącą na szczeblu federalnym wielką koalicję. CSU straciła dziesięć procent wyborców i możliwość samodzielnego rządzenia Bawarią, do czego zdążyła się już przyzwyczaić. Ilość wyborców SPD spadła o połowę, wskutek czego socjaliści stanowią dopiero piątą siłę w bawarskim Landtagu po CSU, Zielonych, Wolnych Wyborcach i Alternatywie dla Niemiec.

Wśród wielu komentarzy, jakie usłyszałem dzień po wyborach, jeden wydał mi się wyjątkowo trafny i może również służyć do opisu sytuacji w Polsce oraz jako memento dla wszystkich polityków, szczególnie tych rządzących.

Otóż największy sukces odniosły dwie partie: Zieloni i Alternatywa dla Niemiec. Partie różniące się we wszystkim oprócz jednego: są bardzo wyraziste i konsekwentnie dążą do realizacji głoszonych przez siebie programów, nie godząc się na zbyt daleko idące kompromisy.

Potwierdzeniem tej tezy są powyborcze wypowiedzi czołowych polityków najbardziej przegranych partii: demokratów, nazywających się chrześcijańskimi, i socjalistów. Zgodnie stwierdzili, że zaszkodziła im wielka koalicja na szczeblu federalnym, dzięki której wyborcy przestali rozróżniać między nimi. Pani kanclerka wyraziła nawet żal, że nie doszła do skutku koalicja jamajska, czyli sojusz nominalnie chrześcijańskich demokratów, liberałów i Zielonych.

Koalicja ta nie mogła zaistnieć, gdyż postulaty głoszone przez liderów FDP i Zielonych były nie do pogodzenia. Jednak w przeciwieństwie do swych niedoszłych koalicjantów, kanclerka gotowa była realizować program obu koalicjantów równocześnie, byle utrzymać się przy władzy. Wyborcy w Bawarii wystawili za to rachunek.

Przechodząc na polski grunt, można łatwo wytłumaczyć utrzymujące się, wysokie notowania Prawa i Sprawiedliwości. Przy wszystkich błędach, niezręcznościach i pomyłkach partia ta stara się nie odchodzić od programu reformowania państwa, jaki obiecała wyborcom. I jest to również ostrzeżenie dla rządzących: dopóty będą mieć zaufanie wyborców, dopóki będą oni widzieć dążenie do realizacji obietnic, a przede wszystkim, jeśli widzieć będą, że dla polityków dobro kraju ważniejsze jest od interesu osobistego i partyjnego.

Z tym ostatnim zawsze jest największy problem dla rządzących. Sprawowanie władzy rodzi wiele pokus, a uleganie im to droga po równi pochyłej.

Wyborcy mogą dać się omamić pięknymi słowami przed wyborami, jednak realizację tych pięknych wizji potrafią już trzeźwo ocenić, o czym świadczy przypadek nie tylko SPD i CDU/CSU, ale i wielu ugrupowań rządzących już naszym krajem.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Bawarskie wybory” znajduje się na s. 2 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Bawarskie wybory” na s. 2 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Tolerancja dla wszystkich! Tymczasem tęczowy piątek organizowany był pod hasłem tolerancji tylko dla osób LBGT…

Nie powinniśmy dłużej dopuszczać do wykluczania innych mniejszości i następny tęczowy piątek powinien być poświęcony walce o tolerancję nie tylko dla czterech liter, lecz dla całego alfabetu.

Zbigniew Kopczyński

Tęczowy piątek organizowany był pod hasłem tolerancji dla osób LBGT. Gdy rozszyfrowałem, co kryje się za tymi czterema literami, doszedłem do zaskakującego wniosku: tęczowy piątek, koncentrując się na czterech specyficznych grupach, jest przejawem skrajnej nietolerancji, wykluczającej wiele innych mniejszości! Różnych odmieńców, dziwadeł czy osób, które niekoniecznie z własnej winy mają problemy z własną psyche, jest znacznie więcej niż kryjących się pod wspomnianymi czterema literami. Nie powinniśmy dłużej dopuszczać do ich wykluczania i następny tęczowy piątek powinien być poświęcony walce o tolerancję nie tylko dla czterech liter, lecz dla całego alfabetu.

Poniżej moja propozycja listy tych, o których powinniśmy mówić w tęczowe piątki. Lista daleko niepełna i wymagająca wielu uzupełnień. Traktujmy ją więc jako zachętę do dyskusji.

A – anorektycy i alkoholicy
B – biseksualiści
C – cyklofrenicy i charakteropaci
D – dendrofile i debile
E – efebofile, ekshibicjoniści i erotomani
F – fetyszyści i fonofobi
G – geje i gerontofile
H – homoseksualiści, hipochondrycy, histerycy i hazardziści
I – interseksualiści, imbecyle i idioci
J – jarosze
K – kleptomani, klaustrofobi, kretyni i kazirodcy
L – lekomani, lunatycy i lesbijki
M – masochiści, maniacy i matoły
N – nerwicowcy, narkomani, narkolepcyty, nekrofile i nimfomanki
O – obsesjonaci i onaniści
P – pedofile, paranoicy, psychopaci, piromani i podglądacze
R – ruminaci
S – schizofrenicy, socjopaci i sadyści
T – transgendryci
U – upośledzeni i uzależnieni
W – wykolejeńcy i weganie
Y – yerbamateholicy
Z – zoofile i zakupoholicy

Tolerancja musi być dla wszystkich. Nie może być tak, że jeśli Jasiu poczuje się Małgosią, spotyka się z uznaniem dla wolnego wyboru swojej płci, pełnym zrozumieniem i może zostać celebrytką, natomiast gdy tenże Jasiu poczuje się Napoleonem lub synem Boga, jego wolność wyboru osobowości jest brutalnie tłumiona i przemocą poddaje się go leczeniu, a nawet zamyka w oddziale zamkniętym.

W walce o tolerancję dużo jeszcze mamy do zrobienia, nie tylko w zacofanej Polsce, lecz również w Unii Europejskiej i całym postępowym świecie.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Tolerancja dla wszystkich!” znajduje się na s. 6 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Tolerancja dla wszystkich!” na stronie 6 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

11 listopada – specjalna przedpremierowa audycja na falach w Warszawie i Krakowie. Zobacz program!

Rewolucja na rynku polskich mediów staje się faktem. Choć początek całodobowego nadawania nastąpi w poniedziałek, to już w niedzielę nadamy specjalny niepodległościowy program.

O godzinie 11:11 rozpoczniemy specjalną audycję z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach zaborów.

Rozpocznie ją Krzysztof Skowroński, a wśród prowadzących będzie jeszcze Aleksander Wierzejski i Piotr Dmitrowicz. Przede wszystkim będziemy jednak z Państwem, na obchodach państwowych oraz Marszu Niepodległości. Oczywiście nie zapominamy również o Polonii.

Zobacz fotorelację oraz specjalną audycję

 

https://www.facebook.com/radiownet/videos/960142344177037/

 

Zobacz również program na 12 listopada

Co w ubiegłym miesiącu było faktem, co mitem, a co wręcz konfabulacją – informuje w telegraficznym skrócie „Kurier WNET”

„Relacje państwo-Kościół w Polsce są chore i odpowiadają za to wszystkie rządzące dotąd w Polsce ekipy” – wyjawił były minister spraw wewnętrznych i szef służb specjalnych Bartłomiej Sienkiewicz.

Maciej Drzazga

  • „Niemcy mają prawo, a nawet obowiązek być liderami UE (…) Polacy są niedouczeni, wystaje im słoma z butów, są megalomanami, mają problem z porozumiewaniem się z innymi” – zauważył prezes Związku Artystów Scen Polskich ZASP Olgierd Łukaszewicz po tym, jak przestał być prezesem.
  • Z obawy przed reakcją lokalnej społeczności muzułmańskiej zdecydowano, że Arnaud Beltrame – policjant, który przypłacił życiem dobrowolne zgłoszenie się do wymiany za jednego z zakładników przetrzymywanych przez terrorystę w supermarkecie podczas marcowego ataku w Trebes, nie zostanie w żaden sposób upamiętniony w przestrzeni publicznej.
  • „Relacje państwo-Kościół w Polsce są chore i odpowiadają za to wszystkie rządzące dotąd w Polsce ekipy. Bolesne jest to, że ten chory zrost państwa i Kościoła budowały wszystkie ekipy” – wyjawił były minister spraw wewnętrznych i długoletni szef służb specjalnych Bartłomiej Sienkiewicz.
  • Duda obiecał Trumpowi własny fort.

Wydana nakładem PAN głośna książka „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” okazała się konfabulacją.

  • Kolejka linowa na Kasprowy ponownie trafiła w polskie ręce.
  • Aktywiści LGBT trafili do ZHP.

Zapraszamy do przeczytania całego „Telegrafu” Macieja Drzazgi na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET” nr 52/2018.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

„Telegraf” Macieja Drzazgi na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018,

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Żółta kartka dla Prawa i Sprawiedliwości w wyborach samorządowych. Gdy kusi się obcych ideowo, jedynie traci się swoich

Kaczyński zawiódł frankowiczów, kresowiaków, mały biznes, nie obniżył VAT-u, skłamał z imigrantami; wprowadził kapitulanctwo wobec Unii (kornik, sądownictwo, bezkarny jurgielt) – omal poddaństwo…

Zygmunt Korus

Zatem hurraoptymizm zwolenników PiS-u dostał jednak żółtą kartkę – cokolwiek by powiedzieć… Nawet jeśli te apetyty na lepszy wynik wyborczy do sejmików były za bardzo podgrzane i rozbuchane. Niemniej zawsze warto pamiętać o przepływach elektoratów: co zyskujemy, gdy kusimy „obcych” nam ideowo, a ile tracimy z grona swoich, którzy są wahliwi albo spostrzegawczy.

W istocie ta żółta kartka to zawalenie się doktryny Kaczyńskiego, że prawica nie ma wyboru – i tak musi głosować na niego. Moim zdaniem PiS stracił wielu spośród entuzjastów z tzw. pierwszego naboru, czyli najwartościowszych wolontariuszy z czasów „burzy i naporu”.

Zawsze był partią kadrową, hermetyczną, ale, gdy się włada krajem, potrzeba wsparcia sił większych, hufców oddolnych. A tu klapa – wiem, jak przez partyjnych bonzów traktowane są osoby ambitne z klubów „Gazety Polskiej”, nie mówiąc o tysiącach pomniejszych potencjalnych popleczników prawicy w terenie.

Kaczyński nie podtrzymał w wielu ważnych aspektach partyjnych cech tożsamościowych z czasów początkowych, np. zawiódł frankowiczów, kresowiaków, mały biznes (CIT 9% to pic na wodę fotomontaż), nie obniżył VAT-u, skłamał z imigrantami, wobec tych, co mają oczy i widzą, jak ich przybywa; wprowadził namacalne, upokarzające kapitulanctwo wobec Unii (lasy-kornik, sądownictwo, bezkarny jurgielt) – omal poddaństwo, nie mówiąc już o obnoszeniu się z tym POLIN-em, czyli o podstępnym filosemityzmie, co zwykłych Polaków irytuje do czerwoności (ten Kneset na Wiejskiej!). Dalej: nie tknął antypolskich gadzinówek, boi się kasty sądowniczej, mafii, możnych aferzystów – czyli ogromnym masom ludzkim zostały rozwiane złudzenia. (…)

Co robić? A, to już jest inny temat do rozważań i mądrych działań. Ja tam wiem jedno – lepiej stawiać na sprawdzonych swoich, niż liczyć na „poszerzanie grona zwolenników” z grona obcych ideowo, nie mówiąc o jawnych wrogach, bo przecież i takie karkołomne ruchy PiS czynił.

Pod płaszczykiem mobilizowania milczącej większości/mniejszości. Bo traci się wtedy swoją tożsamość, zawodzi własny, twardy elektorat. Który jest wpływowy, ale traci argumenty, gdy w gruncie rzeczy sami swoi wybijają mu zęby. (…)

Prosta, zwyczajna rada dla rządzących, jeśli ta partia nie jest kolejną „układową fałszywką”, mającą za zadanie wywieść Polaków w pole na parobkowe manowce, bo i takie, dość dobrze uargumentowane głosy się czyta i słyszy (np. hasło „PiS i PO samo zło!”): Odwaga i konsekwencja zawsze zwyciężają, bo to porywa niezdecydowanych.

Cały artykuł Zygmunta Korusa pt. „Żółta kartka dla PiS-u” znajduje się na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Zygmunta Korusa pt. „Żółta kartka dla PiS-u” na stronie 2 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Na ważne wydarzenia potrzebne są wiersze, a rocznica jest tuż, tuż / Jolanta Hajdasz, „Wielkopolski Kurier WNET” 53/2018

Nawet jeśli w głębi serca każdy z nas będzie miał ukryty inny wiersz, to i tak powinniśmy wszyscy razem zaśpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”… A o polityce porozmawiamy innym razem.

Jolanta Hajdasz

Jest takie miejsce u zbiegu dróg, Gdzie się spotyka z zachodem wschód… Nasz pępek świata, nasz biedny raj… Jest takie miejsce, taki kraj.

Są takie chwile w życiu, gdy bardzo, ale to bardzo potrzebujemy poezji. Wiedzą o tym nawet ci, którzy nigdy z własnej woli nie wzięliby do ręki tomiku wierszy, a którzy też przecież szukają słów innych niż potoczne, gdy chcą przyjacielowi złożyć życzenia z okazji jubileuszu czy mamie i tacie na okrągłe urodziny. Na ważne wydarzenia potrzebne są wiersze, a ta rocznica jest tuż, tuż. W końcu mamy już listopad.

„Chmury nad nami rozpal w łunę, Uderz nam w serca złotym dzwonem. Otwórz nam Polskę, jak piorunem Otwierasz niebo zachmurzone”… W mojej szkole podstawowej jeszcze uczyliśmy się tego na pamięć. Znam nazwisko autora i tytuł poematu. A moje dzieci? Nie wiem, w podstawie programowej tego już nie ma.

To może coś bardziej popularnego, znanego… Bez tej miłości można żyć, mieć serce suche jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić z dala od zgryzot i pocieszeń… Na własną miarę znać nadzieję, w mroku kryjówkę sobie uwić. O blasku próchna mówić „dnieje”, o blasku słońca nic nie mówić. To faktycznie piękny wiersz, wiele ich zresztą ta autorka napisała, ale jej biografia już taka piękna nie jest. W latach pięćdziesiątych potępiła niewinnych duchownych katolickich skazanych na karę śmierci w sfingowanym procesie pokazowym, zwanym procesem księży kurii krakowskiej. Wtedy, gdy państwo torturowało i mordowało niewinnych, ona była po stronie oprawców. Wstyd.

Szukajmy dalej. Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt: wysączymy ją z piersi i z pieśni. Cóż, że nieraz smakował gorzko na tej ziemi więzienny chleb? Za tę dłoń podniesioną nad Polską – kula w łeb! Ten autor z kolei komunista, ale też pełen sprzeczności. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i odmówił współpracy z NKWD, ale po wojnie tworzył poezję polityczno-propagandową.

To może jednak coś innego… Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród! Nie damy pogrześć mowy! My, polski naród, polski lud, Królewski szczep piastowy. Nie damy by nas zgnębił wróg! Tak nam dopomóż Bóg! Ten wiersz na pewno oddaje nastrój tej rocznicy, ale ta trzecia zwrotka… Nie będzie Niemiec pluć nam w twarz ni dzieci nam germanił. Wstanie potężny hufiec nasz, Duch będzie nam hetmanił… Dziś w Poznaniu największe zakłady pracy są znowu niemieckie, największe sklepy i media w Polsce to też własność innego kapitału, więc po co ich wszystkich drażnić, przecież innym to odpowiada, jest praca i ta ciepła woda w kranach.

– I dlaczego znowu to odniesienie do Boga, może tobie się to podoba – mówią mi znajomi – ale innym nie, głupio tak o tym przypominać.

„Wiem monotonne to wszystko nikogo nie zdoła poruszyć” – to też cytat, ale ten z całą pewnością nie pasuje do tej wspaniałej rocznicy 100-lecia odzyskania niepodległości, 100 rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Tak, „Raport z oblężonego miasta” Zbigniewa Herberta jest całkowicie nie na miejscu. Czy aby na pewno?

Za kilka dni nasze wielkie narodowe święto 11 listopada. Wbrew podziałom i wbrew różnicom niech to będzie wspaniałe przeżycie dla nas wszystkich. W Warszawie, Krakowie, Lublinie, Katowicach, w Poznaniu. Nawet jeśli w głębi serca każdy z nas będzie miał ukryty inny wiersz, to w końcu i tak powinniśmy wszyscy razem zaśpiewać Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy… A o wyborach i polityce porozmawiamy innym razem.

Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, na s. 1 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy to miała być nauczka dla PiS, czy chęć ośmieszenia demokracji? / Jadwiga Chmielowska, „Kurier WNET” 53/2018

Trzydziestki dobiega pokolenie urodzone w III RP, które nie musi o niepodległość walczyć, jedynie utrzymać ją i posprzątać kraj, bo nam się nie udało. Ile jest do zrobienia, pokazały ostatnie wybory.

Jadwiga Chmielowska

Listopad. Miesiąc, w którym wspominamy zmarłych, a w roku stulecia odzyskania Niepodległości – w sposób szczególny pokolenia przodków, które walczyły o wolność Polski. Po 123 latach mogliśmy decydować wreszcie o swoim losie. Młodzi Polacy już nie musieli ginąć za obce sprawy, walcząc ze sobą pod różnymi sztandarami.

11 listopada to święto w czasach mojej młodości zakazane. Powieszenie biało-czerwonej flagi kończyło się wizytą milicji i przesłuchaniem w SB. Teraz trzydziestki dobiega pokolenie urodzone w III RP, które nie musi o niepodległość walczyć, jedynie utrzymać ją i posprzątać kraj, bo nam się nie udało. Ile jest do zrobienia, pokazały ostatnie wybory.

Fatalna kampania wyborcza, zwłaszcza w terenie, często nierozpoznawalni, mierni kandydaci – to może tłumaczyć wyniki w kraju. Jednak wyniki w Warszawie, Olsztynie, Legionowie, a zwłaszcza Łodzi wskazują, że ich mieszkańcy postanowili „na złość mamie odmrozić sobie uszy”.

Nie wiem, czy to miała być nauczka dla PiS, czy chęć ośmieszenia demokracji, by w wolnych wyborach wybrać przestępców, nawet skazanych, albo osoby przez nich wskazane.

Dlaczego piszę, że na złość PiS-owi? Niestety obok fantastycznych ludzi, wykształconych, mądrych patriotów, zdarzają się w partii pospolici głupcy, a nawet kanalie. Ci złotouści, kłaniając się w pas, potrafią zwieść swą narracją najmądrzejszych i najuczciwszych. Wkradają się w łaski, aby robić swoją krecią robotę i napychać własne kieszenie.

Czekając na oficjalne wyniki PKW, toczyliśmy z przyjaciółmi dyskusje. Niektórzy nie mieli na kogo głosować i zostali w domach. Dziwili się, że zagłosowałam na PiS. Właśnie po ponad pięciu latach zakończyły się procesy wytoczone mi przez prominentów z PiS-u. Za co? Za odważne wypowiedzi, za zwalczanie RAŚ, za niezgodę na kłamstwa. Postanowiono mnie czymś zająć i zniszczyć finansowo. Najlepiej sądami. To się nie udało. Pogorszył się jednak stan mojego zdrowia, ale i to, da Bóg, minie.

Martwi mnie natomiast uprawiana masowo w stosunku do Polaków przez dziennikarzy z prawa i lewa „pedagogika wstydu”. Ani politycy, ani dziennikarze nie analizują, dlaczego Polacy tak zagłosowali, tylko od razu obrażają się na naród – tyle razy wystrychnięty na dudka!

A ja jestem dumna z tego, że jestem Polką, że mój naród od czasu do czasu potrafi tupnąć nogą. Bo jak mam głosować na osobę, o której wiem, że nie jest godna stanowiska? To może już lepiej na tego łobuza, którego się przynajmniej zna? Arogancja władzy nie popłaca. Cieszę się, że RAŚ przegrał, ale, niestety, z różnych list powprowadzał wielu radnych.

Jak ważna jest duma narodowa, najlepiej widać na Ukrainie. Widać tam niestety także to, jak niebezpieczne jest budowanie czegokolwiek na kłamstwie; że naród, który chce istnieć i się rozwijać, musi odrzucić kłamstwo, mity i fałszywe autorytety. Musi poznać swoją prawdziwą historię, wyłonić autentyczną elitę, a nie merdających ogonami kundli. Inna droga jest po prostu samobójstwem.

Józef Piłsudski powiedział 100 lat temu: „Złą cechą dotychczasowych stosunków w Polsce jest to, że dają one siłę wszystkim szujom, natomiast nie dają siły państwu. Ci, którzy myśleli o Niepodległości lub dla niej pracowali, znaleźli się w Polsce w mniejszości, w myśl demokratycznych zasad zostali przegłosowani przez tych wszystkich, którzy w tej pracy dla Niepodległości udziału żadnego nie brali”.

Powiedział też, że „niepodległość nie jest Polakom dana raz na zawsze” i że „jest dobrem nie tylko cennym, ale i kosztownym”.

Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, na s. 1 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historia Armii Krajowej na Śląsku. Powstanie szczekocińskie w relacjach przywódców lokalnych oddziałów AK

Był to wielki zryw mas chłopskich. Znałem ich i nie posądzałem niejednego, że jest zdolny wyciągnąć karabin z ukrycia i gdy zostanie wezwany, pójdzie do boju jako karny i zdyscyplinowany żołnierz.

Wojciech Kempa

„Twardy” i „Mietek” nie szczędzili lokalnemu przywódcy ruchu ludowego – Józefowi Sygietowi ps. Jan – słów krytyki. Według „Twardego” kierował się on chorą ambicją, w wyniku czego, wbrew rozkazom płynącym z Komendy Obwodu Włoszczowskiego AK, podjął próbę wywołania lokalnego powstania – „widząc wycofujące się wojska niemieckie w nieładzie, zdawało mu się, że to koniec wojny, przynajmniej dla naszych terenów”.

Zarówno „Mietek”, jak i „Twardy” byli zdania, że w ślad za wybujałymi ambicjami nie szły kompetencje, a „Twardy” określił go nadto mianem tchórza, wskazując, że posyłając ludzi do walki, sam trzymał się od nich w bezpiecznej odległości. Oddajmy głos „Mietkowi”: Wycofaliśmy się do wsi Bonowice. Tu przyjechał „Jan”, który pomimo sprzeciwu „Twardego” i mnie uznał, że walkę należy w dalszym ciągu prowadzić, gdyż ma [obiecaną] pomoc z placówek i grupy „Pawła” z radomszczańskiego. Do końca partyzantki, jak i po wojnie nie słyszałem o istnieniu takiej grupy.

A oto relacja „Twardego”: Już po śniadaniu przyjechał „Jan” ze „Sztabem”. Oklął nas, że odstąpiliśmy od oblężenia szkoły i bursy. Natychmiast kazał nam wyruszyć na zajmowane stanowiska. Na moje zapytanie, jak to było z nagraniem wejścia do szkoły, ordynarnie mnie ofukał, że to nie moja rzecz, a teraz on jest komendantem wszystkich sił znajdujących się na tym terenie, rozkazuje mnie zebrać wszystko wojsko i ponownie zaatakować i zniszczyć załogi szkoły i bursy, następnie zająć lewostronną część Szczekocin i czekać na dalsze rozkazy. „Wiarę” zostawił przy sobie. Dowództwo nad jego grupą objął szef kompanii Suchanek […]

Zwróciłem mu uwagę, że nie mamy broni do zdobywania budynków. Odpowiedział mi, że lada chwila nadejdą oddziały od majora „Pawła” z AL z działkami przeciwpancernymi. Znów bzdura.

I znów relacja „Mietka”: Prestiżowo wspólnie z „Twardym” zgodziliśmy się na dalszą walkę, ażeby nam nie zarzucono tchórzostwa. Poszliśmy powtórnie do natarcia na połączone siły granatowej policji, własowców i żandarmerii z posterunku szczekocińskiego. Zasadniczo w natarciu tym kierowała nas tylko dwójka, „Twardy” i ja, gdyż „Wiara” został się we wsi Bonowice. „Jan” z grupą ludzi miał wysadzić most na rzece, która była dopływem rzeki Krztyni, aby w ten sposób odciąć mogącą nadejść odsiecz dla Niemców od strony Rzeszy.

Wracamy do relacji „Twardego”: Przed wyruszeniem zebrałem dowódców kompanii i plutonów, wytłomaczyłem im odmienność od dotychczasowej walki stosowanej przez nas. Dotychczas robiliśmy zasadzki, a później odskok, teraz walczymy jak armia regularna, posuwamy się skokami naprzód i mamy zdobyć cel obsadzony przez nieprzyjaciela. Należy w czasie posuwania się naprzód wykorzystać nieskoszoną pszenicę, owies i ziemniaki. Określiłem oś posuwania się kompanii. Kompania „Wiary” ma się posuwać lewym skrzydłem, mając za oparcie po lewej stronie drogę Lelów–Szczekociny. Moja kompania po prawej stronie, mając za oparcie szosę Żarki–Szczekociny, w środku grupę „Mietka”, gdzie również się będę znajdował.

Tymczasem Niemcy zajęli kilka domów na swoim przedpolu i tam obsadzili swoje placówki. Najgroźniejszą był dom grabarza i cmentarz. Bardzo ostrożnie zbliżaliśmy się do stanowisk nieprzyjaciela. Nie strzelaliśmy, lecz oczekiwaliśmy, aż się odezwie nieprzyjaciel. Gdy byliśmy już około dwustu metrów od domniemanego nieprzyjaciela, zatrzymałem całość, chciałem zwołać obecnych dowódców i omówić z nimi dalsze natarcie. (…)

Po nadejściu do bursy musiałem przeorganizować wszystkie oddziały. Gdy zaczynaliśmy natarcie, byliśmy rozwinięci na przestrzeni ponad kilometra. Zaraz za szkołą drogi nasze się schodziły i już jako jedna droga wpadały do Szczekocin. W miejscu, gdzie znajdowaliśmy się, odległość od szos była mniejsza niż dwieście metrów. Wszystkie grupy łącznie z ludem z placówek liczyły około czterysta osób. Ludzi z placówek i słabo uzbrojonych z grup odesłałem jako odwód na cmentarz. Zostawiłem sobie broń maszynową, granaty i to, co się nazywa „kwiatem grup”. Otoczyliśmy szkołę z trzech stron z widokiem na Szczekociny, aby w każdej chwili zaatakować nadchodzącą odsiecz. Byliśmy wzajemnie na rzut granatu. Niemcy już strzelali w czasie, jak przeprowadzałem reorganizację oddziału, byliśmy osłonięci i wróg nic nie mógł nam szkodzić. Po odejściu części wojska na cmentarz, rozpocząłem z zajmowanych stanowisk huraganowy ogień na szkołę. Odpowiedzieli takim samym ogniem. Poszły w ruch granaty, z naszej strony polskie i angielskie, z ich strony handgranaty. Po dziesięciu minutach szkoła została osłonięta tumanem kurzu z tynków; z okien, kominami – wszędzie wychodził kurz. Granaty wpadały do środka budynku, lecz ogień, jeśli osłabł, to na moment wybuchu granatu. Nie wiem do dnia dzisiejszego, ilu było zabitych po tamtej stronie, a musieli być. Dalej ogień nie słabł, a raczej się potęgował.

W pewnym momencie szef grupy „Wiary” przeskakiwał ze swego stanowiska do mojego ze swoim adiutantem, pada ugodzony serią „Dichtizora”. Dostał w udo powyżej kolana. Padł również jego adiutant. Ten był lekko ranny i sam się wycofał. Szefa należało wynieść, aby jak najszybciej uratować mu życie. „Dichtizor” siał po polu, tak że dostęp był niemożliwy. Rozkazałem nawałnicę ognia, aby znów zwiększyć chmurę kurzu. Udało mi się. Moi chłopcy z dowódcą drugiego plutonu („Ćmiel” – Jurczyk Eugeniusz i jego żołnierz „Korzonek” – Jurkowski Bogusław) wynieśli z narażeniem własnego życia szefa w bezpieczne miejsce. Podziękował, mówiąc – Dziękuję wam, twardzacy, jeśli przeżyję, to wam będę zawdzięczny. Sanitariusz mój, „Dewi” – Banasik, założył mu opaskę zabezpieczającą od upływu krwi. Położyliśmy go na furtce i kazałem odmaszerować do Bonowic.

Szef nie przeżył. Wprawdzie gdyby „Jan” i sztab pomyśleli o punkcie sanitarnym z lekarzem i lekarstwami w Bonowicach, to by żył. Do Bonowic został przyniesiony w stanie nadającym się do leczenia. Lecz stąd bez udzielenia mu pierwszej pomocy musiano go odwieźć o cztery kilometry dalej do Irządz, gdzie AK, pomimo że nie była inicjatorem walk, zorganizowała polowy szpital. Zmarł na stole operacyjnym. […]

Cały artykuł Wojciecha Kempy pt. „Powstanie szczekocińskie w świetle relacji Twardego i Mietka (cz. II)” znajduje się na s. 9 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Kempy pt. „Powstanie szczekocińskie w świetle relacji Twardego i Mietka (cz. II)” na s. 9 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Bracia Wenezuelczycy. Kryzys migracyjny w Ameryce Południowej / Piotr M. Bobołowicz, „Kurier WNET” nr 52/2018

Dobro rodziny przekonuje Elvisa do życia na obczyźnie. Chciałby wrócić do ojczyzny, ale wie, że do rozwiązania kryzysu potrzeba lat, a przez ten czas syn przyzwyczai się do życia w Ekwadorze.

Piotr M. Bobołowicz

Hermanos Venezolanos – bracia Wenezuelczycy

Kryzys ekonomiczny i humanitarny w Wenezueli trwa, mimo zabiegów państw regionu, by sytuację rozwiązać. Prezydent Nicolas Maduro zaprzecza istnieniu problemów i nie podejmuje współpracy z zagranicznymi partnerami. Setki tysięcy Wenezuelczyków, głównie młodych i wykształconych, opuszczają kraj, by szukać lepszego życia w państwach regionu, w tym w Ekwadorze, który, choć z europejskiej perspektywy wciąż biedny i mało rozwinięty, dla Wenezuelczyków zdaje się być El Dorado.

Bethania ma termin porodu wyznaczony na pierwsze dni października. Dziecko jej i Elvisa urodzi się w szpitalu Isidro Ayora w Loja, który widać z okien wynajmowanego przez nich mieszkania. W przeciwieństwie do rodziców, będzie miało ekwadorskie obywatelstwo. Bethania i Elvis przyjechali z Wenezueli rok temu. Bethania chciała wyjechać już wcześniej, ale odkładała decyzję do końca studiów. Przez tę zwłokę miała problemy z uzyskaniem paszportu – w ostatnich latach procedura ciągnie się miesiącami, a mało kogo stać na specjalną opłatę przyśpieszającą wydanie dokumentu. Jej mąż Elvis nie skończył studiów – a teraz ma problem z uzyskaniem zaświadczenia o odbytej nauce, bo jego uczelnia przestała funkcjonować, ale paszport miał. Kilka lat temu rodzice namówili go do wyrobienia tego dokumentu, mimo że chłopak nie planował wyjeżdżać za granicę. Chciał mieszkać w ojczyźnie.

Pod wpływem ciężkiej sytuacji zdecydowali się jednak wraz z żoną na emigrację. Bilet do wymarzonego Meksyku był za drogi. Zaczęli pytać znajomych – przyjaciel mieszkający w Ekwadorze powiedział: „przyjeżdżajcie, ja wam pomogę”.

To samo mówili przyjaciele w Chile, ale dodatkowa odległość to dodatkowy koszt i tak już nietaniego biletu. I tak Bethania i Elvis wylądowali w Loja w Ekwadorze. Po przyjeździe mieli w kieszeni 60 $. Za połowę kupili materac, druga została im na jedzenie na czas nieokreślony.

Od razu rozpoczęli procedury wizowe. Od początku starali się także znaleźć pracę. Bez papierów legalne zatrudnienie nie było możliwe. Sprzedawali więc na ulicy robione w domu ciasta. Raz spróbowali śpiewania w autobusie – okazało się jednak, że Elvis, w przeciwieństwie do imiennika, nie zrobi kariery scenicznej i pomysł zarzucili. W końcu chłopak znalazł pracę na czarno w sklepie. Właściciel obiecał zapłacić po miesiącu, ale nie zapłacił. W odpowiedzi na prośby i wyjaśnienia dotyczące trudnej sytuacji finansowej zagroził tylko zgłoszeniem Elvisa do policji migracyjnej. W tym czasie Bethania pracowała już legalnie w zakładzie kosmetycznym. Wykorzystała znajomość ze stałym klientem – adwokatem. Po jednym telefonie właściciel sklepu zapłacił zaległe wynagrodzenie.

Nie jest to odosobniony przypadek. Wielu nieuczciwych przedsiębiorców próbuje wykorzystać zdesperowanych imigrantów, nie płacąc im za wykonaną pracę, zapraszając na dwutygodniowe bezpłatne okresy próbne czy po prostu oferując głodowe stawki. Wenezuelczycy godzą się na takie warunki, bo nie mają innego wyjścia – procedury wizowe są kosztowne i zabierają dużo czasu, a bez wizy podjęcie legalnej pracy nie jest możliwe. Wymogi wizowe, choć i tak uproszczone w związku z kryzysem humanitarnym w Wenezueli, nadal są trudne do spełnienia. Wiele instytucji w kraju rządzonym przez nieudolnego prezydenta Nicolasa Maduro praktycznie przestało funkcjonować. Z niemożliwością graniczy uzyskanie zaświadczenia o niekaralności czy apostylowanie dyplomu uniwersyteckiego. Z tego drugiego powodu wielu Wenezuelczyków próbuje się przedostać do Peru, gdzie ich dyplomy są uznawane na równi z krajowymi bez procesu nostryfikacji.

Z papierami ma problem Antonio. Ponad czterdziestoletni inżynier systemów nie uzyskał paszportu w swoim kraju. Granice – kolumbijską, a potem ekwadorską – przekroczył na podstawie tzw. karty andyjskiej (tarjeta andina), dokumentu uznawanego przez MERCOSUR (organizację współpracy gospodarczej i celnej Ameryki Południowej) i Wspólnotę Andyjską jako dokument wystarczający do podróży turystycznych. Miał szczęście, gdyż kilka tygodni później Ekwador wprowadził obowiązek posiadania paszportu dla obywateli Wenezueli, który jednak został zawieszony po kilku dniach po interwencji Rzecznika Praw Człowieka. Antonio wraz z dziewięcioma innymi osobami wyruszył pieszo 15 lipca z miejscowości Cúcuta w pobliżu granicy wenezuelsko-kolumbijskiej. Nie miał pieniędzy na autobus. Po ponad dwóch tygodniach marszu dotarli do Rumichaca i słynnego już w Ekwadorze mostu granicznego.

Antonio opowiada, że Kolumbijczycy, mimo wzrastającej w kraju ksenofobii, byli niezwykle gościnni. Oferowali jedzenie, czasem dach nad głową, a nawet pieniądze.

Po dotarciu do granicy ekwadorskiej udało im się zdobyć środki na podróż autobusem. Antonio i dwóch braci zatrzymali się w Loja, pozostała siódemka pojechała do Peru. Utrzymują ze sobą sporadyczny kontakt. Na dworcu jeden z braci stracił przytomność. Karetka zabrała go do szpitala Isidro Ayora, tego samego, w którym rodzić będzie Bethania. Okazało się, że mężczyznę ukąsił pająk. Wdało się zakażenie, duży płat skóry na udzie uległ martwicy. Antonio chwali darmową opiekę zdrowotną, którą otoczono jego brata. Nogę udało się uratować, ale mężczyzna przebywa w szpitalu do tej pory, podczas gdy jego brat stopniowo układa życie w nowym miejscu – z niezależnego przedsiębiorcy stał się sprzedawcą pakietów telefonii komórkowej. Teraz próbuje zgromadzić środki, by ściągnąć z ojczyzny żonę i dwójkę dzieci.

Antonio o swoich rodakach mówi hermanos Venezolanos – bracia Wenezuelczycy. Większość z nich pracuje albo pracę próbuje znaleźć. Wspierają się wzajemnie, utrzymują także kontakty towarzyskie, tym łatwiejsze, że otwartość i towarzyskość leży w ich mentalności narodowej. Bethania i Elvis opowiadają o spotkaniu z kilkorgiem znajomych na jarmarku w Loja, które z czasem przerodziło się w wielkie święto ponad trzydziestoosobowej grupy Wenezuelczyków – wszystkich spotkanych przypadkiem. Ważnym miejscem dla imigranckiej społeczności jest kawiarnia Mi Arepa Café. Właścicielka przyjechała z Wenezueli już ponad pięć lat temu, gdy sytuacja była jeszcze spokojna i nie wydawała się zmierzać w tak tragicznym kierunku.

Inny lokal, Rutas, skupiający lokalnie przebywających Wenezuelczyków, znajduje się w Vilcabambie. Otworzył go przed kilkoma miesiącami Carlos Cambas wraz z przyjacielem i wspólnikiem, także swoim rodakiem. Dwa lata po przyjeździe do Ekwadoru w końcu udało mu się stanąć na nogi i realizować satysfakcjonujące go plany. Dwa lata temu sytuacja migracyjna była dużo prostsza. Carlos miał przy tym dużo szczęścia – jego babka pochodziła z Ekwadoru. Gdy zapadła decyzja o wyjeździe, uzyskanie obywatelstwa było tylko kwestią czasu. Matka Carlosa zatrzymała się u kuzynostwa w Quito, a on ruszył na południe kraju. Teraz pracuje, by umożliwić przyjazd żonie i córce.

Wenezuelczycy w Vilcabambie, prawdopodobnie ze względu na niewielki rozmiar miasteczka, trzymają się razem. Znają się i wspierają. W restauracji Rutas oprócz kukurydzianych placków zwanych arepas można kupić także cynamonowe bułeczki, które piecze jedna z nowych członkini społeczności.

Z europejskiej perspektywy może wydawać się, że asymilacja Wenezuelczyków w Ekwadorze jest niezwykle łatwa. Bliskość kultury, ta sama religia, ten sam język są faktem. Różnice między narodami Ameryki Łacińskiej sięgają jednak głębiej niż podziały polityczne.

Bethania mówi, że Ekwadorczycy są dużo bardziej zamknięci niż Wenezuelczycy. Trudniej nawiązać pierwszy kontakt. I rzeczywiście, wielu z nich obawia się imigrantów. Sporadycznie dochodzi do przestępstw z udziałem przybyszów, a każde z nich jest nagłaśniane i powoduje kolejny wybuch ksenofobii. Co ciekawe, znacząca jest różnica językowa. Każdy kraj hiszpańskojęzyczny wykształcił własne słownictwo i akcent. Zaskakująco wiele słów jest wzajemnie niezrozumiałych między wenezuelską a ekwadorską wersją hiszpańskiego. Elvis, pracując na targu, musiał praktycznie od nowa uczyć się nazw sprzedawanych przez siebie produktów. Akcent sprawia także, że ciężko jest ukryć swoje pochodzenie. Szefowa Bethanii pouczyła ją, żeby lepiej nie przyznawała się do tego, że przybyła z Wenezueli – miała mówić, że pochodzi z wybrzeża Ekwadoru. Pewna klientka, której Bethania malowała paznokcie, zapytała ją o pochodzenie – i po usłyszeniu odpowiedzi odsunęła rękę. Dopiero po chwili uspokoiła się i pozwoliła kontynuować pracę.

Mama Bethanii przyjechała do Ekwadoru, by być przy córce podczas porodu. Nie może opuścić kraju na dobre ze względu na podeszły wiek własnej matki. Córka z mężem nie mogą jej także wspomóc finansowo – wobec zbliżających się narodzin potomka mają za dużo własnych wydatków. Matka posiada jednak własny dom, a pensja z pracy w szpitalu pozwala jej kupić jedzenie dla siebie i dla babci Bethanii. Jedzenia w sklepach nie ma, trzeba wykorzystywać znajomości – właścicieli sklepów, rolników. Brakuje głównie białka. Rząd narzucił ceny sprzedaży tak niskie, że hurtownie musiałyby dopłacać do działalności. Właściciele sklepów zamykają interes i wyjeżdżają, bo nie ma dla nich przyszłości.

Bethania, podobnie jak wielu Wenezuelczyków, nie myśli o powrocie do kraju. „Niech tylko mama i babcia przyjadą tutaj, a Wenezuela zniknie dla mnie z mapy”.

Jej mąż kiwa głową. Chciałby wrócić do ojczyzny, ale wie, że to bez sensu. Do rozwiązania kryzysu potrzeba lat, a przez ten czas ich syn przyzwyczai się do życia w Ekwadorze. Dobro rodziny przekonuje Elvisa do życia na obczyźnie.

Na pokład autobusu z Loja do Vilcabamby w Ekwadorze wchodzi dziewczyna. Przedstawia się, mówi, że przyjechała z Wenezueli. Sprzedaje wafelki po dolarze za paczkę, by pomóc utrzymać się rodzinie, która pozostała w ojczyźnie. Dodaje do nich w gratisie wenezuelskie banknoty. 50, 100 a nawet 10 tysięcy boliwarów. Od niedawna nie da się już nimi płacić, mają za małą wartość. Najwyższy nominał przed denominacją (i wciąż w obiegu) to 100 tysięcy. Napisane słownie, by nie straszyć ilością zer. Cena biletu autobusowego w Caracas to równowartość dwóch takich banknotów.

Wenezuelski kryzys migracyjny i reakcję państw regionu opisałem w artykule Kryzys migracyjny w Ameryce Południowej i Środkowej w numerze 51/2018 Kuriera WNET.

Artykuł Piotra M. Bobołowicza pt. „Hermanos Venezolanos – bracia Wenezuelczycy” znajduje się na s. 19 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra M. Bobołowicza pt. „Hermanos Venezolanos – bracia Wenezuelczycy” na stronie 19 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Nieludzkie oblicze polityki. Bezkarni zbrodniarze II wojny światowej / Zbigniew Berent, „Kurier WNET” 52/2018

Co trzeci członek gabinetu kanclerza Adenauera był członkiem NSDAP. W niemieckim MSZ w 1952 r. wysokie stanowiska obejmowało tam więcej byłych nazistów niż członków NSDAP za czasów Ribbentropa.

Zbigniew Berent

Polityka odczłowieczona

Do chwili obecnej dokumenty wywiadowcze państw alianckich z czasów II wojny światowej i tuż po jej zakończeniu nadal są utajnione. Nie znamy wszystkich okoliczności otoczenia parasolem ochronnym niemieckich zbrodniarzy wojennych od 1945 roku do dziś. Jednak na podstawie relacji świadków, odprysków informacji i dokumentów z najróżniejszych źródeł jest ponad wszelką wątpliwość pewne, że istniały sprawnie zorganizowane organizacje nazistowskie realizujące podstawowe cele: przerzut zbrodniarzy do Ameryki Południowej, ukrycie jak największej ilości pieniędzy, złota i kosztowności.

Ostatnie dni II wojny światowej kojarzą się w Niemczech z klęską. Gdy rozpowszechniono wieść, że Hitler zastrzelił się w swoim bunkrze, stało się pewne, że to koniec tysiącletniej Rzeszy. Wojska sowieckie równały Berlin z ziemią, od zachodu nadciągały wojska alianckie i każdy, kto miał jakiekolwiek związki ze zbrodniczą maszynerią ludobójstwa, wyprzedawał cały majątek i szukał dróg ucieczki. Bardziej zapobiegliwi przygotowania te czynili od wielu miesięcy. Nikt bowiem z nich nie chciał wpaść w ręce Sowietów. Robili wszystko, aby uniknąć komunistycznej sprawiedliwości dziejowej.

Drogi ewakuacyjne, tzw. szczurze linie, wiodły przez Bremę, Frankfurt, Stuttgart oraz Monachium i dalej do Memmingen, miasteczka w bawarskim okręgu podalpejskim. Tu się rozdzielały. Jedna prowadziła do Lindau nad Jeziorem Bodeńskim, gdzie znów się rozwidlała (do Austrii bądź do Szwajcarii), druga wiodła do Innsbrucku i dalej przez przełęcz Brenner do Włoch. Po filtracyjnym przystanku w Rzymie uciekinierzy trafiali do jednego z włoskich portów, a stamtąd płynęli w stronę Ameryki Południowej, głównie do Argentyny.

Po zakończeniu II wojny światowej Komisja Narodów Zjednoczonych ds. Zbrodni Wojennych sporządziła rejestr zawierający prawie milion nazwisk: 120 tys. zbrodniarzy i 800 tys. osób podejrzanych o zbrodnie wojenne. Zaledwie ułamek osób spośród tej liczby usłyszało jakiekolwiek zarzuty.

Brytyjski dziennikarz Guy Walters w książce Ścigając zło ustalił, że nikomu prócz Izraelczyków specjalnie nie zależało na ściganiu zbrodniarzy. Zwłaszcza samym Niemcom. Jako dowód przytoczył informację, że niemieckie służby wywiadowcze wiedziały, gdzie dokładnie przebywa Adolf Eichmann, już w 1952 r., czyli osiem lat przed jego ujęciem przez izraelski Mosad. Trafił w ręce sprawiedliwości dopiero w roku 1960.

ODESSA

W dziele ukrywania nazistowskich zbrodniarzy brała udział nie tylko Argentyna, ale i Stany Zjednoczone (operacja „Paperclip”), którym zależało na pozyskaniu naukowców dla własnych badań, a także Watykan, w szeregach którego wielu księży upatrywało w nazistach obrońców przed bolszewizmem.

Dopiero kilkadziesiąt lat po wojnie opinia publiczna dowiedziała się, że zdecydowana większość hitlerowskich zbrodniarzy nigdy nie została osądzona, a przed sprawiedliwością uciekło wielu funkcjonariuszy reżimu faszystowskiego. W ucieczce pomagała im tajemnicza organizacja ODESSA.

Pomysł powołania Organizacji Byłych Członków SS ODESSA (niem. Organisation der Ehemaligen SS-Angehörigen) miał wyjść jeszcze w czasie wojny od Heinricha Himmlera. Pierwotna koncepcja polegała na tym, by na wypadek przegranej wojny stworzyć siatkę konspiracyjną, której celem będzie pomoc esesmanom w ucieczce przed ścigającymi ich aliantami. Chodziło nie tylko o załatwienie nowej tożsamości i umożliwienie wyjazdu, ale także zapewnienie środków na dostatnie i bezpieczne życie, do czego miały służyć zrabowane w czasie wojny kosztowności.

ODESSA dysponowała majątkiem oraz międzynarodowymi powiązaniami politycznymi. Działała w Niemczech, Egipcie, Argentynie, Włoszech i Szwajcarii. Jej członkowie pod koniec wojny zajmowali się ukrywaniem złota i kosztowności zrabowanych przez Niemców w czasie działań wojennych.

Uważa się np., że organizacja ta ukryła złoto Deutsche Banku, na którego trop wpadli alianci, kiedy znaleźli wiele sztabek złota w lasach na terenie Bawarii i Tyrolu. Od lat toczy się dyskusja o tym, jaki był udział Odessy w zapewnieniu nazistowskim zbrodniarzom bezpieczeństwa po wojnie.

Najważniejsze w całym zamyśle były finanse. Służyły do przekupywania urzędników, wyrabiania nowych dokumentów oraz opłacenia podróży i pierwszych miesięcy życia w nowym miejscu zamieszkania. Według jednej z teorii chodziło nawet o coś większego: o zbudowanie na gruzach hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy himmlerowskiej Czwartej Rzeszy. Idealnym do tego miejscem była Argentyna. Na jej korzyść przemawiała znaczna odległość od Europy, a także osoba wiceprezydenta i ministra wojny Juana Peróna, któremu bliskie były hasła narodowego socjalizmu. Należy przypomnieć, że Juan Peron w 1946 roku został prezydentem Argentyny.

Faktem jest, że bardzo wielu wysoko postawionym zbrodniarzom udało się zbiec. Listę hańby otwiera Adolf Eichmann, organizator zagłady Żydów, który wyposażony w paszport uchodźcy na nazwisko Richard Klement, uciekł do Argentyny. Także w Argentynie znalazł się Josef Mengele, sadystyczny lekarz z Auschwitz, który jako Helmut Gregor uciekł z Buenos Aires do Paragwaju, a następnie do Brazylii. Wśród uciekinierów znaleźli się: Franz Stangl (komendant obozów zagłady w Sobiborze i Treblince), Gustav Wagner (zastępca komendanta w Sobiborze), Klaus Barbie (szef Gestapo w Lyonie), Erich Priebke (szef Gestapo w Brescii), Ante Pavelić (odpowiedzialny za ludobójstwo na Serbach, Żydach i Cyganach), Edward Roschmann (komendant getta w Rydze), Walter Rauff (odpowiedzialny za rozwój ruchomych komór gazowych) czy Alois Brunner (bliski współpracownik Eichmanna).

Liczbę uciekinierów oblicza się na dziesięć tysięcy. Oczywiste jest, że zorganizowanie pomocy na taką skalę wymagało działania na szczeblu instytucjonalnym. Ponad 800 fałszywych paszportów załatwiono za pośrednictwem Watykanu i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Kanały przerzutowe (tzw. ratlines) były organizowane także przy pomocy amerykańskiego wywiadu wojskowego OSS (Biuro Służb Strategicznych, którego rolę w 1947 przejęła CIA).

Hańba i hipokryzja

Podczas gdy komunistyczni notable grzmieli z trybun o pokonaniu faszyzmu i o niemieckim militaryzmie, wielu oficerów Wehrmachtu zajmowało wysokie stanowiska nie tylko w odradzającej się Bundeswehrze, ale także w Narodowej Armii Ludowej NRD (niemal co drugi oficer był wyszkolony przez Abwehrę), co w okresie istnienia wschodnich Niemiec było tematem tabu.

Więcej danych posiadamy o Niemczech Zachodnich. Sporo ich znalazło się w książce Norberta Freia Polityka wobec przeszłości. Autor ustalił, że co trzeci członek gabinetu kanclerza Konrada Adenauera był członkiem NSDAP. Jeszcze gorzej było w ministerstwie spraw zagranicznych. Wyliczono, że w 1952 r. wysokie stanowiska obejmowało tam więcej byłych nazistów niż członków NSDAP za czasów Ribbentropa. Jeszcze więcej kart hańby znajduje się w niemieckiej Federalnej Służbie Wywiadu. Zadanie jej sformowania po wojnie powierzono Reinhardowi Gehlenowi, byłemu generałowi wywiadu hitlerowskiego. Brak rozliczenia zbrodniarzy jest kompromitujący. Ludzie z przeszłością nie mieli się czego obawiać, pod warunkiem że nie będą się zbytnio afiszować.

Należy dodać, że przedstawicieli takich państw jak Argentyna czy USA wcale nie trzeba było przekupywać, by zezwalali na osiedlanie się tam uciekinierów z Trzeciej Rzeszy. Wyniki prowadzonych przez niemieckich specjalistów badań, mimo że zbrodniczych, były kartą przetargową samą w sobie. Prezydent J. Perón chciał uczynić z Argentyny silne i zmilitaryzowane państwo, a zbiegli z Niemiec naukowcy, lekarze, wojskowi i inżynierowie nadawali się do tego celu wyśmienicie. Złożoną sieć międzynarodowych powiązań, która umożliwiła pod koniec wojny wyjazd do Argentyny setkom hitlerowców, doskonale opisał Uki Goñi w książce Prawdziwa Odessa, która niedawno ukazała się na polskim rynku.

Amerykanie z kolei szukali sprzymierzeńców w rodzącym się konflikcie ze Związkiem Radzieckim. Wystarczy wspomnieć, że Wernher von Braun, pracujący dla Hitlera nad pociskami V-1 i V-2, pomógł NASA stworzyć rakietę, która wyniosła pierwszego człowieka na Księżyc, a Hubertus Strughold, przeprowadzający eksperymenty na ludziach w Dachau, nazywany był ojcem amerykańskiej medycyny kosmicznej.

Istniały także inne prócz Odessy organizacje pomagające faszystowskim zbrodniarzom. W 1946 r. powstała Stille Hilfe (Cicha Pomoc), założona przez grupę wyższych oficerów SS i niektórych duchownych. Na jej czele stanęła księżna Helena Elisabeth von Isenburg, żona nazistowskiego naukowca Wilhelma Karla von Isenburga. Celem Stille Hilfe było zapewnianie pomocy wszystkim, którzy przysłużyli się Trzeciej Rzeszy, a mieli kłopoty po zakończeniu działań wojennych. Pod względem celów działania najbliżej jej było do Odessy.

W pierwszych latach działalności organizacja była tajna, zarejestrowano ją dopiero w 1951 r., co pozwoliło na przeprowadzanie zbiórek pieniędzy – oficjalnie na „więźniów wojennych i osoby internowane”. Członkowie pisali listy i petycje w obronie weteranów. W latach późniejszych zajęto się finansowaniem kosztów sądowych, opłacaniem adwokatów i rachunków natury prawnej. Stille Hilfe opiekowała się także weteranami, którzy opuścili mury więzienia, pomagała załatwić im miejsca w domu późnej starości, zapewnić utrzymanie i opiekę lekarską. Organizację czynnie wspierała córka Heinricha Himmlera, Gudrun Burwitz, która po wojnie założyła Wiking-Jugend (Młodzież Wikingów), będącą bezpośrednią kontynuatorką Hitlerjugend.

W latach 1951–1992 działała także organizacja HIAG (Stowarzyszenie Samopomocy Byłych Członków Waffen-SS), której celem była pomoc weteranom, działania na rzecz ich rehabilitacji oraz walka o zapewnienie im świadczeń socjalnych.

Przerzut zbrodniarzy

Zbrodniarze hitlerowscy za pośrednictwem odpowiednich agentów najpierw trafiali do miasteczek w południowych Niemczech (Oberstdorf, Garmisch-Partenkirchen) i w Austrii lub do wsi położonych blisko granic z Włochami i Szwajcarią. Następnie wyszkoleni przewodnicy przeprowadzali esesmanów przez Alpy.

Po drugiej stronie granicy wyselekcjonowani agenci kierowali zbrodniarzy do odpowiednich miejsc we Włoszech i w Watykanie, np. do domu przy Via Sicilia w Rzymie, będącym filtracyjną (konspiracyjną) stacją tranzytową. Tam uciekinierzy otrzymywali paszporty krajów niezależnych od aliantów, takich jak Argentyna czy Chile, a następnie drogą morską dostawali się do kraju, którego paszport uzyskali. Cały proces koordynował biskup Grazu Alois Hudal. Proceder ten opisał Szymon Wiesenthal.

Dobry przykład mechanizmu przerzutów faszystowskich zbrodniarzy można poznać na podstawie życiorysu legendarnego komandosa Hitlera – Otto Skorzeny’ego. Gdy nadszedł rok 1945, Skorzeny dowodził w stopniu pułkownika SS jednostką wielkości dywizji na froncie wschodnim. Walczył m.in. pod Malborkiem i w rejonie Schwedt nad Odrą. Ostatnią misją, jaką oficjalnie mu powierzono, było zorganizowanie w Niemczech oddziałów partyzanckich Wehrwolfu oraz obrony Twierdzy Alpejskiej. Sęk w tym, że Twierdza Alpejska nie istniała. W rzeczywistości otrzymał zadanie stworzenia organizacji mającej na celu pomoc SS-manom w wydostaniu się z Europy. Organizacją ta była ODESSA.

Skorzeny oddał się w maju 1945 r. w ręce Amerykanów w Austrii. Przebywał w więzieniu do roku 1947, kiedy to uciekł i trafił do Hiszpanii generała Franco. Założył w Hiszpanii dobrze prosperujące przedsiębiorstwo budowlane. Była to jednak tylko przykrywka dla jego prawdziwej działalności, polegającej na pomocy dawnym znajomym z SS. Założył organizację Der Spine (Pająk), finansującą dawnym SS-manom zorganizowanie i prowadzenie nowego życia. Skorzeny utrzymywał kontakty nie tylko z generałem Franco, ale również z Juanem Perónem, dyktatorem Argentyny. Zmarł w roku 1975 w Hiszpanii jako bogaty przedsiębiorca. Do dziś nie wiadomo, ilu dawnym SS-manom pomogła jego organizacja.

ODESSA stała się tematem powieści sensacyjnej Fredericka Forsytha „Akta Odessy”; na jej podstawie nakręcono film pod tym samym tytułem. Postać kata z Rygi ukazana w książce – Eduarda Roschmanna – jest autentyczna i wiąże się z Odessą.

Po premierze filmu wzrosło zainteresowanie Roschmannem, ukrywającym się w Paragwaju, jak i całą organizacją. Wkrótce Roschmann zginął w tajemniczych okolicznościach, co wielu badaczy interpretuje jako zlikwidowanie go przez Odessę w celu zahamowania społecznego zainteresowania. Ślady informacji organizacji ODESSA obecne są w dokumentacji izraelskiego wywiadu – Mosadu. Z polskich autorów jedynie Bogusław Wołoszański wykazał się dociekliwością i opublikował książkę pt. Testament Odessy.

Jest bezsprzeczne, że Himmler pod koniec wojny dążył do urzeczywistnienia planu Odessy. Część autorów poddaje jednak w wątpliwość to, że udało się stworzyć organizację z tak szeroko rozbudowanym aparatem wpływów, jak przedstawił to choćby Forsyth. Istnieje pogląd, że Odessa, choć miała taką ambicję, nie była jednolitą strukturą organizacyjną. W rzeczywistości mogła się składać się z wielu mniej lub bardziej formalnych organizacji, które pomagały esesmanom. Dzięki takiej sieci nieformalnych powiązań była jeszcze trudniejsza do wykrycia! Wydaje się, że organizacja ta funkcjonowała na podobnych zasadach, jakie przyjął w swoim „przedsiębiorstwie budowlanym” Otto Skorzeny w Hiszpanii.

Miazmaty geopolityki

Odessa rozpala masową wyobraźnię od roku 1972 r., kiedy jej mit spopularyzowała wspomniana sensacyjna powieść Fredericka Forsytha. Z pewnością zakres działalności Odessy znały służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych. W sytuacji, gdy rządy państw zachodnich dokonały demobilizacji, a Stalin przez wiele lat od zakończenia II wojny światowej nadal utrzymywał pod bronią 4 mln żołnierzy na wypadek wybuchu III wojny światowej, USA wolały mieć pod swego rodzaju kontrolą ludzi, którzy posiadali ogromną wiedzę o terenach na wschód od Łaby. Pomimo, że byli zbrodniarzami. Takie są prawa geopolityki – czy to po prostu HAŃBA?

Powyższe informacje nie są przykładem walki cywilizacji o człowieka, chyba że cywilizacją nazwiemy destrukcyjną religię nazistowską autorstwa największego jej kreatora – Heinricha Himmlera. Są natomiast dowodem na walkę cywilizacji zachodniej przeciw człowiekowi, przeciw człowieczeństwu, przeciw wierze w elementarną ziemską sprawiedliwość. Ukazują, do czego zdolni są politycy i do czego może prowadzić polityka, wszechobecna przecież na kuli ziemskiej.

Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Polityka odczłowieczona” znajduje się na s. 9 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Polityka odczłowieczona” na stronie 9 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego