Rozbudzona żądza nowości. Encyklika „Rerum novarum” z perspektywy XXI wieku/ Piotr Sutowicz, „Kurier WNET” nr 53/2018

Żądza nowości i zazdrość przetrwały totalitaryzmy, z nich kolejne systemy zaczerpnęły pożywienie, ubrały się w jeszcze bardziej postępowe stroje i zebrały się do ataku na społeczeństwa z innej strony.

Piotr Sutowicz

Rozbudzona żądza nowości

Encyklika Rerum novarum z perspektywy czytelnika XXI wieku

Generalnie człowiek jest istotą „nieusiedzianą”. Cokolwiek uzyska, chce więcej, a jak zepsuje, to zabiera się do naprawiania, często z różnym skutkiem. Materia społeczna jest tym obszarem przebywania ludzi, gdzie, po pierwsze, mamy do czynienia z różnorodnością możliwości zarówno rozwoju, jak i regresu, jak też różnych rozwiązań służących do złego, jak i dobrego. Od dawna przedmiotem wielkich debat było to, jak dostosować kwestie dobra jednostki do życia społecznego i co właściwie owym najwyższym dobrem być powinno. W tym względzie żadne czasy nie są jakoś szczególnie wyjątkowe, choć ludziom w nich żyjącym często tak właśnie się wydaje.

„Rerum novarum”

Encyklika Leona XIII, opublikowana w roku 1891, jest doskonałym przykładem tego, jak Kościół katolicki w osobie papieża widział problemy społeczne tamtego czasu, ale wbrew pozorom ten dokument, który był przełomem w myśleniu dla ludzi Kościoła i inspiracją dla wielu pokoleń katolickich działaczy społecznych oraz polityków, może być ciekawy w niektórych obszarach dla analizy dzisiejszej rzeczywistości.

Dokument dotyczył przede wszystkim kwestii robotniczej, niemniej jego rozmach i spostrzeżenia zawarte na kolejnych kartach każą widzieć tu diagnozę znacznie przekraczającą pierwotne zamierzenia papieża. Z drugiej strony, rozwiązanie nabrzmiewającego problemu świata pracy w tamtych czasach zdawało się być początkiem ułożenia kwestii społecznej jako takiej w uprzemysławiającym się i globalizującym świecie końca wieku XIX, w którym narastały wszystkie problemy o fundamentalnym znaczeniu dla funkcjonowania cywilizacji człowieka Zachodu.

Po pierwsze, postępowała konsolidacja kapitału połączona z powstawaniem globalnych imperiów bądź też państw, które takowymi chciałyby być, a nie mogły. Po drugie, społeczeństwa zderzyły się z tworzeniem się ideologii państwowych, w których ramach mieli być umieszczeni obywatele. Na własnej skórze doświadczyli tego np. Polacy i inne narody, które, by zachować własną tożsamość, musiały stanąć do walki z państwami próbującymi stworzyć z nich kogoś innego niż w rzeczywistości byli.

Masowe doktryny tworzyły masowego człowieka. Skończyło się to wszystko różnie. W ramach tego procesu należy wymienić wytworzenie się wielkich totalitaryzmów wieku XX. Warto więc wiedzieć, że Stolica Apostolska miała w tej kwestii swój pogląd oraz swoiste koncepcje przeciwdziałania. Tu lokujemy nasz tytułowy dokument.

Nieunikniony postęp czy jeszcze coś?

Owa wymieniona w tytule „żądza nowości”, to wstępna konstatacja encykliki, niejako wprowadzająca czytelnika do diagnozy wskazującej na przyczyny kryzysu kwestii robotniczej. Trzeba powiedzieć, że papież widzi złożoność problemu, którym jest przede wszystkim rozdźwięk między kapitałem a pracą, z czego wyłania się wizja buntu wytwórców przeciwko dysponentom środków produkcji. Oczywiście, niesprawiedliwość w podziale dóbr jest jedną z kluczowych przyczyn konkretnych nastrojów mas, z drugiej jednak strony pojawia się owa kwestia „nowości”, czyli pomysłów mających stanowić remedium na zwarcie symbolicznych nożyc pomiędzy kluczowymi konfliktogennymi czynnikami rzeczywistości, które polegać by miały na likwidacji własności prywatnej. Ta miałaby nastąpić w wyniku rozbudzenia „zazdrości” między klasami. Leon XIII nie pisze, bo też pewnie trudno mu to sobie było wyobrazić, jakimi sposobami nastąpiłoby owo wyrównanie światów. Czytelnik XXI-wieczny zna te sposoby z historii, i tu już można odnotować pierwszą jego wyższość nad piszącym diagnozę autorem z końca wieku XIX.

Papież zdawał sobie doskonale sprawę ze skutków, jakie to, a nie inne podejście do kwestii stosunków własnościowych wywrze na życie społeczne. Odnotowuje on kryzys życia rodzinnego tudzież swoisty pesymizm społeczny, który powstanie w wyniku niemożności budowania własnego, choćby skromnego bogactwa przez ludzi, którzy w wyniku własnej pracy doszliby do jakichś nadwyżek finansowych. Skoro bowiem własność indywidualna zniknie i to zjawisko dotknie wszystkich w sposób nieodwracalny, to cały szereg dążeń ludzkich straci sens. Pewnie dla czytelnika współczesnego papieżowi diagnoza taka wydawała się absurdalna, czasy późniejsze pokazały jednak, że w wielu wypadkach znajdowali się chętni do realizacji tych koncepcji, za każdym razem prowadząc społeczność, którą rządzili, ku katastrofie.

Dziedzictwo pewnego myślenia

Czy tego rodzaju groźby ewidentnie stały się jedynie retrospektywą historyczną, a koncepcje polityczne wynikające z owej „żądzy nowości” są tylko smutnym wspomnieniem? Oczywiście niekoniecznie.

Leon XIII pisał o zazdrości między grupami społecznymi. Wiemy, że teoretycy marksizmu-leninizmu i tym podobnych doktryn na owym uczuciu, czasami wyrastającym ze słusznego poczucia krzywdy, budowali swą rozbudowaną teorię walki klas, która leżała u źródła wielkich ludobójstw.

W niektórych swych odłamach doktryny te przybierały cechy walki ras czy też narodów sprowadzonych do gatunków zwierząt. Człowiek zawsze był częścią przyrody i jakoś tam nie powinien o tym zapominać, niemniej przeniesienie relacji społecznych do tego typu przejawów zezwierzęcenia cofało człowieka w rozwoju o kilka tysięcy lat. System okazał się całkowicie niewydolny, a jego antyludzkie oblicze stopniowo odstraszało od niego coraz większe rzesze. Kościół, który już w XIX wieku stanął przeciwko niemu w imię obrony godności człowieka, okazał się być bardziej postępowy od tych, którzy chcieli zakończyć historię człowieka.

Jak pokazało pokręcone stulecie XX, dwie matki owych niepokojów Leona XIII – „żądza nowości” i „zazdrość” – przetrwały totalitaryzmy, z nich kolejne systemy zaczerpnęły pożywienie, ubrały się w nowe, jeszcze bardziej postępowe stroje i zebrały się do ataku na społeczeństwa z innej strony, czego być może autor „Rerum novarum” nie spodziewał się. Czas pokazał, że kwestia robotnicza jest tylko wytrychem służącym do zniszczenia naturalnych zasad rządzących cywilizacją. Robotnicy mieli system rozwalić, ale nie dla siebie, a dla bardziej wysublimowanych celów.

Trochę skomplikowana wydaje się tu dogłębna myśl mająca przywieść nas do jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego twórcy owych koncepcji wprowadzenia „zazdrości” i „żądzy” do panteonu pierwotnych pojęć społecznych nienawidzili gatunku ludzkiego, bo o to tu chodzi. To nie troska o człowieka stała u korzeni owego lekarstwa na choroby kapitalizmu. O ile ten ostatni w swym wydaniu XIX-wiecznym również nie był zbyt humanitarny, to leczenie go socjalizmem stało się zwyczajnym wprowadzaniem ludzi w błąd. Toteż bardzo szybko okazało się, że to nie „szatan powstał przeciw sobie i wewnętrznie jest skłócony”, lecz mamy do czynienia z dwiema twarzami tego samego zła, działającego na różne sposoby. Z czasem oba zrosły się w jedno i zrezygnowały nawet z zewnętrznego pozoru walki.

Zazdrość społeczna rozbudzona raz i wprowadzona do obiegu skutecznie niszczyła społeczeństwo. Może mieć ona różne formy: starzy przeciw młodym, kobiety przeciwko mężczyznom, LGBT jako forpoczta klasy robotniczej, fundamentalizmy obrócone przeciwko sobie – ważne jest, by walka trwała aż do zamierzonego końca.

Zapotrzebowanie na nowości tym bardziej nie spadło. Intelektualiści, kształceni na nowoczesnych uniwersytetach, poświęcają życie, generując nowe ideologie, które za pomocą nowych, a jakże, środków przekazywania przedstawia się masom. To nie człowiek ma sobie wybierać, co jest mu potrzebne – on ma konsumować doktryny i poglądy wraz z wyrobami elektronicznymi i spożywczymi. Cała sfera społeczna ma być w nieustannym ruchu, a poszczególne składowe mają się ze sobą bez przerwy zderzać, generując konflikty. Oprócz rozpadu dawnych struktur, tego typu nadzorowany „bez-wład” służy ewidentnie za narzędzie kontroli społeczeństw, udaremniając rzeczywistą pracę nad rozwiązaniem kwestii społecznej, która w sposób oczywisty narasta.

Czasy jeszcze nowsze

Kwestia pracy oraz kapitału w dzisiejszych czasach uległa dalszemu skomplikowaniu. Można oczywiście szukać winy u ludzi, ale bardziej chodzi o to, by oni sami znaleźli jakieś rozwiązania, które odpowiadałyby nowej rzeczywistości. W czasach Leona XIII największym problemem było przemęczanie pracowników, zatrudnianie nieletnich, odbieranie godności człowiekowi pracy. Dziś patrzymy na problemy pracownicze inaczej, chociaż w wielu wypadkach zmieniło się tylko opakowanie – oczywiście na takie, które zdaje się ładniejsze. Zamarkowane w encyklice migracje społeczne pozostały, inaczej tylko wyglądają na mapie. Coraz bardziej palący staje się współcześnie problem prekariatu, który z jednej strony wydaje się bardzo nowym wyzwaniem. Z drugiej jednak strony wiek XIX również nie był od niego wolny, chociaż na pewno inaczej tę kwestię opisywano. Patrząc na to wszystko, można po prostu dojść do wniosku, że czas na nowy dokument w tej kwestii.

Papież, pisząc swą encyklikę, nie wszystko przewidział. Natomiast – co ciekawe – jeśli chodzi o rozwiązanie kryzysu, jego postulaty wydają się być w swej najszerszej warstwie nad wyraz aktualne.

Można je ująć w zasadniczy korpus działań społecznych, których celem ma być, po pierwsze, zmniejszenie dystansu pomiędzy klasami społecznymi, po drugie – stworzenie prospołecznego państwa wspartego całym szeregiem instytucji powoływanych oddolnie, które by wznoszenie społeczeństwa w ramach organizmu państwowego mocno wspomagały.

Oczywiście nad całością góruje wizja zasadnicza: wszystkie one muszą mieć za cel ostateczny – zbawienie, chociaż można sobie wyobrazić sytuacje, w których także niewierzący włączają się w budowanie dobra wspólnego na tych właśnie zasadach. Tego na pewno papież nie chciałby zabronić.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Rozbudzona żądza nowości. Encyklika Rerum novarum z perspektywy czytelnika XXI wieku” znajduje się na s. 16 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Rozbudzona żądza nowości. Encyklika Rerum novarum z perspektywy czytelnika XXI wieku” na s. 16 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Strategie profesjonalnego tumanienia. Dziś „postępowe” czy „modne” bywa przez większość rozumiane jako „sensowne”

Nadzieje na zbudowanie raju na ziemi nie słabną. Fachowcy od tego ponętnego przedsięwzięcia skorygowali jedynie strategię. Jednak bardziej niż bolszewicy zadbali o ocieplenie swojego wizerunku.

Herbert Kopiec

Specjaliści od kulturowej wojny z cywilizacją zachodnią, doradzają, że „najprostszą metodą ukrywania »cichej broni« i zdobycia kontroli nad społeczeństwem jest utrzymanie społeczności w niezdyscyplinowaniu i niewiedzy co do podstawowych systemów wartości, z jednoczesnym utrzymywaniem dezorientacji, dezorganizacji i skupienia uwagi wokół spraw, które nie mają żadnego znaczenia. (…)

Normalna, niespatologizowana edukacja i kultura jest racjonalna, skłaniając do kierowania się rozumem. Ale współczesne zło nie jest tak jednoznaczne i rozpoznawalne. Ułatwia to mass mediom, będącym na usługach politycznej poprawności, wpajać ludziom przeświadczenie, że żyjemy w świecie tolerancji, pluralizmu, otwarcia, dialogu i zrozumienia. Czy jest tak na pewno? Czy nie są to tylko puste hasła? Czy nie jest przypadkiem tak, że ci, którzy głoszą tolerancję, dialog, otwarcie itd., sami są nietolerancyjni, zamknięci, niechętni do podjęcia dialogu, bo głęboko przekonani, że tylko oni mają słuszność i tylko ich prawda jest w zasadzie jedyną, którą można dopuścić? Czy właśnie tego nie wyraził ongiś Aleksander Małachowski, gdy odbierał nagrodę za swój „wkład w tolerancję”, mówiąc: „Nie ma tolerancji dla przeciwników tolerancji?” Doświadczenia raczej wskazują, że kultura tolerancji to więc w istocie kultura tolerująca tylko to, co jest bliskie jej zasadom i sercu, czyli to, co teoretycznie i praktycznie wiąże się z relatywizmem poznawczym i moralnym. (…)

Warto zatem stale przypominać propagatorom demokracji, wolności i tolerancji słowa Ojca Świętego Jana Pawła II z jego encykliki Fides et Ratio: „Prawda i wolność albo istnieją razem, albo też marnie giną”.

Tzw. intelektualiści transformacyjni, ludzie telewizji, mogą przenosić innych ludzi w medialny niebyt. Miał rację Volkoff, który pisał w swoim Montażu (Wrocław 1990), iż jedną ze zwyczajowych metod tumanienia ludzi (bardziej elegancko: manipulowania opinią publiczną) „jest zaproszenie do programu jednego idioty, którego zadaniem jest mówienie prawdy i dziesięciu profesorów, którzy mówią bez sensu, ale nie są kretynami. Kompromitacja prawdy jest wtenczas murowana”.

Okazuje się, że ludzie w swej masie zdają się nie dostrzegać i nie rozumieć, iż z tego, że pewne tendencje w ideologiach, kulturze i wiążących się z tym zachowaniach są modne, postępowe nie wynika, że są zarazem sensowne (słuszne). (…)

Nie może to specjalnie zaskakiwać, gdyż jak zauważył G. Berkeley: „Mało ludzi myśli, ale każdy chce mieć własne zdanie”. Owa rzekoma względność (relatywizm) rzeczy i zjawisk opanowuje codzienny język, zwłaszcza język mediów. Często słyszymy takie sformułowania: „w moim rozumieniu”, „ja to tak widzę”, „według mego zdania” itp. Myślę, że wartość poznawczą takich stwierdzeń da się przyrównać do tej zawartej w deklaracji typu: „wypiłem, ale czuję się trzeźwy”. Niebezpieczne dla ładu poznawczego i moralnego jest to, że to ja i moje subiektywne widzenie, moje subiektywne rozumienie, we współczesnej mowie jawi się jako kryterium prawdy. Powiedzmy wprost: każdemu może się podobać to, co mu się podoba, ale to przecież nie znaczy, że każda myśl, wartość, zdanie, postawa, zachowanie, ocena jest tyle samo warta, co inne.

Czy można – przykładowo – obniżać jakościowy poziom oferowanych programów telewizyjnych (vide wznawiane PRL-owskie seriale, np. Stawka większa niż życie, Czterej pancerni i pies, jawnie  fałszujące najnowszą historię), ponieważ „ludzie tego chcą”?

Czy rzeczywiście, skoro inteligentów jest mniej niż półinteligentów, to należy stawiać na tych drugich? Jakże trafnie brzmi w tym kontekście stwierdzenie św. Leona I Wielkiego: „Lud należy nauczać, a nie iść za nim”.

Zauważmy, że wybór wartości, postawa, zachowanie bezrefleksyjnego półinteligenta, gruboskórnego prymitywa, inteligentnego, cynicznego karierowicza, wybór i intuicja otumanionego przez media prostaka nie jest równy wyborom ludzi, którzy postrzegają i pojmują człowieka, świat i życie głębiej. (…)

Bez większego ryzyka popełnienia błędu da się powiedzieć, że zło w kulturze bierze swój początek w myślach, w rozumie, a ściślej w jego braku. Jak to trafnie ujął G.K. Chesterton: „Jeżeli ktoś przestanie wierzyć w Boga, to nie znaczy, że w nic nie będzie wierzył, tylko że uwierzy w byle co”. Smutny fakt, że w Monachium najbardziej intratnym zajęciem jest zawód wróżki – lepiej płatny niż zawód profesora, adwokata czy lekarza – tylko potwierdza tezę G.K. Chestertona.

Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Strategie profesjonalnego tumanienia” znajduje się na s. 5 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Strategie profesjonalnego tumanienia” na s. 5 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Ślązacy, wcieleni w I wojnie światowej do armii pruskiej, walczyli w nieswojej sprawie i ponieśli klęskę zwielokrotnioną

Gloria victis – chwała zwyciężonym! Oni jedynie, tylko i aż, przed sądem Bożym mogą jeszcze dochodzić sprawiedliwości. Chrześcijanin bowiem prawdziwie jest człowiekiem na tym świecie przegranym.

Barbara Maria Czernecka

Pomniki ofiar Wielkiej Wojny obrosły już stuletnim mchem i w znacznej mierze zostały przytłumione wybuchem drugiego światowego konfliktu oraz późniejszymi krwawymi wydarzeniami następujących po sobie lat. Jednak pozostały w prawie każdej parafii. Najczęściej znaczone były krzyżem w formie wojskowego orderu. Zwłaszcza na Śląsku musiały się skrzyżować w dwóch stylach: teutońskim i rycerskim.

Pomimo przykrego skojarzenia z Krzyżem Żelaznym, nie zmieni się faktu, iż właśnie pierwsze takie krzyże od 1813 roku po zwycięstwie koalicji Niemców, Rosjan i Szwedów nad Napoleonem w bitwie pod Lipskiem były odlewane z żeliwa właśnie w Gliwicach. Wiek później zwykli szeregowi Armii Cesarstwa Niemieckiego, polegli w przegranych bitwach tego pierwszego światowego konfliktu, nawet tym nie zostali pośmiertnie uhonorowani. Tym mniej należny był im, chociażby w srebrnej klasie, a dopiero rok później restytuowany, polski order „Męstwu Wojskowemu” (tłum z łac. „Virtuti Militari”). (…)

Ślązacy, wcieleni do armii pruskiej, która okazała się być jedną z najbardziej przegranych w tej wojnie, ponieśli klęskę zwielokrotnioną. Idąc do boju, może mieli w sobie odrobinę udawanej sympatii dla miłościwie im wtedy panującego Cesarza „Wilusia”, jak się o nim żartobliwie wyrażali. Z pewnością w niemieckich szkołach, do których w latach dziecięcych obowiązkowo uczęszczali, było im wpajane hasło „Mit Gott für König und Vaterland” („Z Bogiem za Króla i Ojczyznę”). Propaganda germanizacyjna również w jakimś stopniu osiągała swój cel.

Walczyli więc w nieswojej sprawie, ale i nie wywiązali się z narzuconego im zadania; przelali swoją krew na polu bitewnym, bynajmniej nie chwalebnym, a także i śmiercią się nie wsławili. Żadnych nie odnieśli zasług. Nie mieli pogrzebu ani nie wiadomo gdzie zostali pochowani. Pozostali jednak z imienia i nazwiska wyryci na kamiennych pomnikach, zapewne tylko z inicjatywy swoich żyjących bliskich, gorzko ich opłakujących. Z biegiem lat stawali się coraz bardziej zapomniani. I raczej nigdy już nie będą głośno wymieniani jako zasłużeni dla czyjejś sprawy bohaterowie. Dusze ich tylko niewidzialnie krążą wokoło powojennych pomników, czasami w listopadzie nikło rozświetlane skromnym zniczem.

Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Wielka Wojna” znajduje się na s. 12 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Wielka Wojna” na s. 12 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Możliwości Polski przeciwdziałania zagrożeniom hybrydowym skierowanym przeciw państwom naszego regionu

Rosja ukrywa użycie własnych oddziałów wojskowych, posługując się oddziałami specjalnymi, agencjami wywiadowczymi, grupami militarnymi o nieustalonym pochodzeniu. (tzw. zielone ludziki, separatyści).

Mariusz Patey

Procesy budowy własnych państwowości, społeczeństw obywatelskich przez państwa Europy Wschodniej napotykają trudności związane z prowadzeniem polityki rewizjonizmu i rewanżyzmu przez polityków Federacji Rosyjskiej. Polska także może czuć się zagrożona, bowiem jej doświadczenia historyczne wskazują, że wszelki rewizjonizm i rewanżyzm prowadzi do kataklizmów wojennych i potwornych strat dla polskiego państwa i społeczeństwa. (…)

Państwa Europy Środkowo-Wschodniej nie są w stanie przeciwstawić się agresji militarnej ze strony Federacji Rosyjskiej. Te z nich jednak, które są członkami NATO, mogą liczyć na skuteczną osłonę i adekwatną odpowiedź, jeśli nastąpiłoby naruszenie ich granic.

Z tej przyczyny wywieranie przez Rosję wpływu metodami militarnymi odbywa się w stosunku do krajów będących poza strukturami atlantyckimi. Narzędzia miękkie, takie jak nacisk ekonomiczny, korupcja polityczna, wykorzystywanie mediów, internetu do osłabienia woli oporu społeczeństw zaatakowanych krajów, do prób obniżania poziomu sympatii, izolowania ofiary na scenie politycznej – mają na celu zminimalizowanie kosztów użycia środków militarnych.

W związku z dużym uzależnieniem gospodarki FR od eksportu do krajów UE, politycy Kremla muszą się liczyć z zachodnią opinią publiczną. Sankcje obejmujące eksport surowców mogłyby wywołać gwałtowny spadek dochodów ludności i w konsekwencji zaburzenia społeczne w Rosji. Działania wobec krajów regionu mają więc ograniczony charakter i są osłaniane propagandowo, osłabiając możliwy międzynarodowy oddźwięk. Często Rosja ukrywa używanie własnych oddziałów wojskowych, posługując się grupami militarnymi bez oznaczeń, o nieustalonym pochodzeniu. (tzw. zielone ludziki, separatyści itp.). W użyciu są oddziały specjalne i agencje wywiadowcze. (…)

W wielu krajach regionu, w tym w Polsce, istnieją deficyty organizacyjno-prawne uniemożliwiające taką efektywną współpracę. Polskie prawodawstwo i organizacja bezpieczeństwa państwa nie są przygotowane na zagrożenia hybrydowe. Ograniczenia Polski, jeśli chodzi o możliwości aktywnej pomocy dla krajów objętych hybrydową agresją, polegają także na szczupłości zasobów, wynikają również z podpisanych umów międzynarodowych, w tym umowy atlantyckiej, mającej charakter obronny.

Istnieje na przykład brygada litewsko-polsko-ukraińska, jednak jej działania mogą być prowadzone tylko podczas misji pokojowych. Zezwolenie przez Polskę i Litwę na udział tej brygady w działaniach zbrojnych na Donbasie postawiłoby te dwa kraje w charakterze strony w konflikcie niebędącym bezpośrednio obroną ich granic. (…)

Ustawodawstwo ukraińskie jest pod pewnymi względami lepiej dostosowane do odpowiedzi na zagrożenia hybrydowe. Umożliwia na przykład służbę obywateli obcych państw w armii ukraińskiej. Polskie prawodawstwo tego nie przewiduje.

Wprowadzenie możliwości służby polskich obywateli w armiach państw, z którymi Polska podpisałaby stosowne umowy, mogłoby umożliwić ochotnikom z Polski, posiadającym odpowiednie przeszkolenie i doświadczenie, pomoc napadniętym bez ponoszenia konsekwencji prawnych. Dziś obywatel polski, zaciągający się do formacji zbrojnych nawet w krajach zaprzyjaźnionych, ryzykuje karę pozbawienia wolności.

Polska mogłaby również zezwolić na służbę w polskiej armii obywatelom państw, z którymi miałaby podpisane odpowiednie porozumienia. Ochotnicy mieliby zagwarantowane prawa kombatanckie krajów, w których odbywaliby służbę. Państwa, z których pochodziliby ochotnicy, nie stawałyby się przy tym formalnie stroną konfliktu. Takie rozwiązania prawne mogłyby prowadzić do bardziej efektywnego wykorzystania zasobów ludzkich krajów regionu.

Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Polska a kraje regionu wobec hybrydowych zagrożeń” znajduje się na s. 6 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Mariusza Pateya pt. „Polska a kraje regionu wobec hybrydowych zagrożeń” na s. 6 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Akademia po Szychcie: Towarzystwo Górniczo-Przemysłowe „Saturn” SA na orbicie imperiów słynnych Lodzermenschów

Pamięć o tym, czym były kopalnie „Saturn”, „Jowisz” i „Mars” dla wielu pokoleń mieszkańców miejscowości, zobowiązuje do popularyzacji wiedzy o twórcach ich przeszłości i przywrócenia im świetności.

Anna Binek-Zajda

Okraszony archiwalnymi fotografiami wykład wpisujący się w trwający Rok Jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę Niepodległości był znakomitą okazją do poznania minionych dziejów Towarzystwa Górniczo-Przemysłowego „Saturn”, mającego swą siedzibę w Czeladzi, którego głównymi akcjonariuszami byli potężni łódzcy fabrykanci z niemieckim rodowodem. (…)

Współudział finansowy łódzkiej rodziny Scheiblerów – posiadającej pakiet kontrolny akcji i której przedstawiciel Karol Wilhelm II Scheibler sprawował przez wiele lat funkcję prezesa Rady Zarządzającej, a u schyłku życia prezesa Rady Nadzorczej Towarzystwa „Saturn”, w tworzeniu oraz wspieraniu wszelkich inicjatyw służących ochronie zdrowia, kulturze, oświacie, potrzebom religijnym współobywateli – należy traktować jako zjawisko zasługujące na trwały szacunek.

Kopalnia Saturn | Fot. ze zbiorów Muzeum Kopalni Saturn w Czeladzi

Kiedy 1 października 1900 r. swą działalność rozpoczynało Towarzystwo Akcyjne Górniczo-Przemysłowe „Saturn”, nawiasem mówiąc, powstałe jako drugie w Królestwie Polskim po Warszawskim Towarzystwie Kopalń Węgla i Zakładów Hutniczych wyłącznie w oparciu o kapitał krajowy, w dziejach kopalni „Saturn” pozostającej do 1914 r. największym zakładem w ramach struktury organizacyjnej Towarzystwa otwierał się równocześnie nowy rozdział charakteryzujący się intensywnym rozwojem technicznym. (…)

W przeciągu trzeciej i czwartej dekady XX w. stopniowo powiększał się majątek przedsiębiorstwa, którego znaczny stan posiadania kwalifikował go do grupy największych spółek kapitałowych w skali II Rzeczpospolitej. Własnością Towarzystwa były między innymi: liczne koncesje na wydobywanie węgla kamiennego wchodzące w skład kompleksów eksploatowanych przez kopalnię „Saturn”, zbudowana od podstaw w latach 1908–1912 kopalnia „Jowisz” w Wojkowicach Komornych oraz zakupiona w 1919 r. kopalnia „Alma”, której nazwę przemianowano na „Mars”, fedrująca w Łagiszy; nadania górnicze na rudę żelazną, galman i błyszcz ołowiu, Cegielnia „Rogoźnik” w Rogoźniku, Cementownia „Saturn” oraz Wytwórnia Wyrobów Cementowych w Wojkowicach Komornych, majątki ziemskie w powiecie będzińskim, leśnictwa – Gorenice w powiecie olkuskim, Sączów-Rogoźnik w powiecie będzińskim, Kamienica i Szczawa w powiecie limanowskim. (…)

Elektrownia przy kopalni Jowisz | Fot. jw.

Robotnicy pracujący na rzecz Towarzystwa „Saturn” zazwyczaj rekrutowali się z miejscowej ludności, której niewielkie skrawki jałowej ziemi nie zapewniały minimum utrzymania. Bieda w połączeniu z brakiem kwalifikacji oraz trudnościami w przystosowaniu się do odmiennych warunków egzystencji na ogół spychały tych ludzi na najniższe szczeble hierarchii zawodowej i społecznej. Dopiero adaptacja do nowych warunków życia oraz pracy umożliwiała akces do grona prawdziwych – wykwalifikowanych – robotników, pozwalając z czasem wydobyć się z nędzy. To tej właśnie grupie pracowników podejmujących zatrudnienie z nadzieją na odmianę losu kopalnia jawiła się jako prawdziwa ziemia obiecana.

Cały artykuł Anny Binek-Zajdy pt. „Towarzystwo Górniczo-Przemysłowe „Saturn” SA na orbicie imperiów słynnych Lodzermenschów” znajduje się na s. 12 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Anny Binek-Zajdy pt. „Towarzystwo Górniczo-Przemysłowe „Saturn” SA na orbicie imperiów słynnych Lodzermenschów” na s. 12 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Najstarsze mikrohuty górnośląskie. Rudy darniowe od tysięcy lat występują niemal wszędzie w Polsce i są łatwo dostępne

Nad Małą Panwią od średniowiecza działały kuźnice. Obszar ten był trudno dostępny, podmokły i porośnięty wielowiekową puszczą. Po obu jej stronach wiodły szlaki z Wrocławia do Krakowa.

Stanisław Orzeł (opracowanie)

Od XIII w. do napędzania miechów dymarskich i młotów kuźniczych wykorzystywano w kuźnicach energię spiętrzonej wody i dlatego sytuowano je nad rzekami, w pasach wychodni rud darniowych. W ten sposób żelazo wytapiano z miejscowych złóż, co ograniczało koszty transportu i komplikacje z tym związane. Z rud takich wytapiano żelazo na przyszłych ziemiach polskich już w głębokiej starożytności. (…)

Rudy darniowe różnią się od wszystkich znanych kopalin: to skały osadowe, w której skład wchodzą kwarc, goethyt, syderyt, lepidokryt, skalenie, a także uwodnione tlenki i wodorotlenki żelaza, tlenki manganu, materiały węglanowe i fosforanowe. Na porowatą strukturę rudy składa się również substancja organiczna ze skamieniałych szczątków roślinnych, częściowo przechodząca w żelaziste węglany. Występują na terenie Polski właściwie wszędzie, a ich zasoby ocenia się ciągle na 535 tys. t, mimo tysięcy lat eksploatacji. Pierwsze złoża tych rud powstały na ziemiach polskich w okresach ocieplenia między kolejnymi zlodowaceniami. Charakterystyczny jest łatwy do nich dostęp: wystarczy na podmokłej łące zdjąć wierzchnią warstwę gleby, by z dużym prawdopodobieństwem napotkać na głębokości 20–30 cm czerwonobrunatną rudę żelaza. Grubość złoża jest niewielka: od kilku centymetrów do 1 m. Ruda zazwyczaj ma pylistą lub gruzełkowatą konsystencję, czasem tworzy płyty o powierzchni do kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Jeśli znajdzie się takie rudy pod darnią łąki, istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że zalega w zakolach rzek, gdzie nurt wyraźnie zwalnia, lub wgłębieniach zboczy dolin, którymi rzeki płyną. Czerwonobrunatne zabarwienie gleby, kretowisk lub wody w zastoiskach jest sygnałem jej obecności.

Najciekawszym walorem złóż rud darniowych jest możliwość ich „uprawy”: trzeba tylko dokładnie „posprzątać” tereny po ich wydobyciu, wyeksploatowane złoża przykryć darnią, przywrócić przepływ wód i odczekać, aż zregeneruje się flora bakteryjna gleby. Po upływie kilku lat znów można je wykorzystywać: w ten sposób złoża rudy darniowej się odnawiają.

Takie stale odradzające się „zielone kopalnie” przez ponad 1500 lat mieszkańcy przyszłych ziem polskich uprawiali, trochę podobnie, jak my współcześnie… przydomowe trawniki. Przekazywali sobie też wiedzę o ich wykorzystaniu i doskonalili sposoby wytopu z nich żelaza…

Kuźnice, a później fryszerki i wielkie piece na węgiel drzewny istniały nad Liswartą w co najmniej 27, a według niektórych ustaleń – 31 ośrodkach nieprzerwanie od XIV do XIX w., m.in. w Boronowie, Hadrze, Lisowie, Taninie, Pilawie, Kucobach i Bodzanowicach. Oprócz opisanej już kuźnicy w Pankach nad Pankówką – w Kostrzynie, Starej Kuźnicy, Cygance, Praszczykach, Kawkach i Pile. 5 kuźnic z 10 obiektami działało nad Łomnicą, a nad Młynkówką – 6 kuźnic z 15 obiektami. W 1551 r., przykładowo, w Chwostku Stanisław Grodzicki nakazał zbudowanie kuźnicy Chwostek, do której ponad 200 lat później, w 1753 r. dobudowano najpierw wielki piec, a później cajniarkę. Jeszcze w 1 poł. XVIII w., przed pruskim zaborem większej części Śląska, po śląskiej stronie Liswarty istniało 40 obiektów wykorzystujących siłę spiętrzonej wody (młyny, kuźnice, fryszerki) oraz 142 towarzyszące im stawy.

Również nad Małą Panwią od średniowiecza działały kuźnice. Trzeba jednak pamiętać, że ta część Górnego Śląska wyglądała inaczej niż teraz: obszar ten był znacznie bardziej niedostępny, podmokły i porośnięty wielowiekową puszczą. Po obu jej stronach wiodły szlaki handlowe z Wrocławia do Krakowa: północny przez Oleśnicę, Woźniki, Siewierz i południowy – przez Opole i Bytom. Ten układ komunikacyjny, w zasadzie istniejący do dziś, był czynnikiem miastotwórczym, ułatwiał wymianę towarów produkowanych przez owe hutnicze ośrodki protoprzemysłowe. Przy mniej znanym obecnie szlaku północnym powstały bardzo wcześnie takie miejscowości jak Woźniki, Lubsza, Koszęcin, Lubliniec oraz nieco oddalony od szlaku Żyglin, których dziedzice posiadali rozległe lasy nad Małą Panwią. I to właśnie oni w późniejszym okresie mieli szczególny interes w rozwoju wydobycia i przetwarzania rud na swoich gruntach. Zwłaszcza, że nad Małą Panwią łatwy był dostęp do w miarę obfitych cieków wody, a więc energii spiętrzonej wody. Sama nazwa Żyglin ma związek z najstarszym hutnictwem. Według profesora Nehringa oraz miejscowej ludności osada Żyglin ma swoje początki w roku 1065 lub 1200, czyli jest związana z pierwszymi wiekami państwowości polskiej. Ziemia ta, znajdująca się w bytomskim powiecie i państwie świerklanieckim, zaczerpnęła swą nazwę od nieużywanego już czasownika „żglić”, co znaczy „wypalać”. W gwarze śląskiej zamiast „żglić” wymawiano „żyglić”, co w konsekwencji doprowadziło do powstania do dziś używanej nazwy Żyglin. Nazwa ta wskazuje również na to, czym zajmowali się mieszkańcy tych terenów, „żyglano” (wytapiano) tu bowiem ołów, srebro lub żelazo prawdopodobnie już w czasach przedhistorycznych.

Najstarsza, według legendy przekazanej przez nadwornego historyka książąt pszczyńskich, Ezechiela Ziviera, była na tym obszarze Kuźnica Kuczowska powstała w 1365 r. w lasach dóbr dziedzicznych Lubszy. Jej pierwotna nazwa nie jest znana, a używane określenie ‘Kuczowska’ pochodzi od nazwiska kuźnika Kucza, który działał w niej dopiero w XVI w.

Cały artykuł Stanisława Orła pt. „Najstarsze mikrohuty górnośląskie. Kuźnica Kuczowska” znajduje się na s. 8 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Stanisława Orła pt. „Najstarsze mikrohuty górnośląskie. Kuźnica Kuczowska” na s. 8 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rodzina WNET we Lwowie. Nie sposób zobaczyć wielkiego miasta w krótkie cztery, acz niezwykle aktywne dni

Najczęściej zadawane pytanie, na które praktycznie nie ma rozsądnej odpowiedzi, zawierało się w słowie – „Dlaczego?”. Ale może udało się nam odegnać w wielu miejscach smutek, by zastąpić go zachwytem.

Ryszard Jan Czarnowski

Nie zdążyliśmy za jednym czterodniowym zamachem odwiedzić miejsc wszystkich. Ot, choćby pokłonić się Szewcowi w Parku Stryjskim; nie weszliśmy w progi zamienionej w cerkiew Świętej Elżbiety. Dworzec, z którego odjeżdżały niegdyś transporty deportowanych na Syberię, a potem wyganianych stąd po wojnie, zobaczyliśmy tylko z okien autokaru. Bo nie sposób zobaczyć wielkiego miasta w pełni w krótkie cztery, acz niezwykle aktywne dni. Aktywne – mało powiedziane, przecież każdego dnia wędrowaliśmy długie kilometry ulicami i alejami Lwowa.

No właśnie – przechodząc do organizacji, to powiodła się dzięki temu, że zebrała się do wrześniowej wyprawy grupa ludzi wyznających wspólne naczelne wartości, a zarazem kolorowych w swym widzeniu tychże. Bo przecież wielu widziało Lwów po raz pierwszy, poznawało go inaczej niż na stronicach – jakże często popularnie i bałamutnie redagowanych – przewodników. Po raz kolejny okazywało się, że by poznać, trzeba dotknąć i posmakować. Tak jak ulubioną – po jej poznaniu – księgę, do której się wraca. Stąd pełne niedowierzania pytania, upewniania się w tamtej bliskiej, a jakże zmienianej pojałtańskiej rzeczywistości.

Najczęściej zadawane pytanie, na które praktycznie nie ma rozsądnej odpowiedzi, zawierało się w jednym, często wypowiadanym słowie – „Dlaczego?”. (…)

Ale przecież sam Lwów jest teraz niebywale żywym miastem. Jego genius loci objawia się w rozmaitych dziedzinach życia. Zarówno tych trywialnych, jak i najistotniejszych w kwestiach kultury i dziejów. Miasto trzech katedr, w którym przez wieki zgodnie ze sobą pomieszkiwały skłócone na innych połaciach Europy i samej Rzeczypospolitej narody. Słowa „magiczny” czy „kultowy” ogromnie się w ostatniej dekadzie zdewaluowały. Jakżeż jednak błogosławione są miejsca wspaniałych świątyń, cudem wielkim z czasów najbardziej barbarzyńskiej półwiecznej sowieckiej okupacji ocalałych. Nie tylko one, bo na początek przecież, w wielkim pospiechu pierwszego dnia obejrzane i posmakowane spektaklem – operą „Don Pasquale” – wnętrza Teatru Wielkiego. Panneaux i antepedia nawiązujące do klasyki polskiego dramatu i literatury. Kurtyna „Tryumf Apollina” pędzla Henryka Siemiradzkiego pokazywana jest tylko przy specjalnych okazjach, lecz i tak była to wieczorna zapowiedź wielkiej przygody z miastem.

I cienie ludzi, których ślady znajdowaliśmy nie tylko na Nekropoliach Łyczakowskich. Pierwszeństwo Lwowa. Tylko część tych pierwszeństw udało się przekazać, przypomnieć i uzmysłowić. A i tak najczęstszą reakcją było radosne niedowierzanie.

Wszyscy, którzy pierwszy raz znaleźli się we Lwowie, gremialnie pobiegli, by naocznie na tablicy pamiątkowej na łyczakowskiej kamienicy nieopodal kościółka św. Antoniego sprawdzić, czy aby ten opowiadacz nie konfabuluje, osadzając urodzenie i młodość Zbigniewa Herberta we Lwowie.

Radio WNET grupowało, zdawało się, głównie mieszkańców Warszawy i okolic. Ale nasza wyprawa dowiodła, że równie silne oddziaływanie ma znacznie dalej. Bo z całej niemal Polski zebrali się uczestnicy tejże. (…)

Cmentarz Orląt Lwowskich | Fot. A. Rosłoniec

Nie wszystko się niestety udało z powodu psikusa pogodowego na Łyczakowie. Ulewa uniemożliwiła realizację pełnego spaceru pośród spotykanych tam wielkich, znajomych i zapomnianych.

Dotarliśmy co prawda „na Orlęta”, ale zdołaliśmy się jedynie pokłonić cieniom Dzieci, pochylić przed uwiezionymi w pudłach lwami, zadumać nad barbarzyństwem bolszewickich okupantów i czym prędzej powrócić. A przecież obie Nekropolie Łyczakowskie stanowią jeden z filarów naszego jestestwa.

Cały artykuł Ryszarda Jana Czarnowskiego pt. „Rodzina WNET we Lwowie” znajduje się na s. 19 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Ryszarda Jana Czarnowskiego pt. „Rodzina WNET we Lwowie” na s. 19 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018.

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

XXX-lecie Ukraińskiego Związku Helsińskiego. Wszyscy jego członkowie w latach 1977-81 trafili do łagrów lub na emigrację

Ukraińcy mają być z czego dumni. Są częścią historii I Rzeczpospolitej. Pomogli nam, Polakom, uratować Europę od komunizmu w 1920 r. Wojska Petlury zatrzymały nawałę Rosji bolszewickiej pod Zamościem.

Jadwiga Chmielowska, Piotr Hlebowicz

W Kijowie obchodzono uroczyście XXX-lecie Ukraińskiego Związku Helsińskiego, który powołano w 1988 r. Wcześniej, 9 listopada 1976 r., powstała Ukraińska Grupa Helsińska. Była to reakcja na podpisaną w 1975 r. w Helsinkach Międzynarodową Deklarację Praw Człowieka (sygnatariuszem tego międzynarodowego dokumentu był również Związek Sowiecki). Od stycznia 1977 r. do marca 1981 trwały aresztowania. Wszyscy członkowie Grupy zostali uwięzieni i trafili do łagrów lub udali się na emigrację. W okresie tzw. pierestrojki w 1987 r. wypuszczono więźniów politycznych sowieckich łagrów. Już na początku roku 1988 reaktywowano działalność Ukraińskiej Grupy Helsińskiej. (…)

Kijów, 14. 08. 2008. Łewko Łukjanienko wręcza Jadwidze Chmielowskiej dyplom honorowego członka UHS. Fot. Piotr Hlebowicz

W marcu 1988 r. na wniosek Łewka Łukjanienki przyjęto nową nazwę Ukraiński Związek Helsiński, a Łukianieno został przewodniczącym organizacji. Liderami UHS (Ukraińska Helsińska Spiłka) byli między innymi Wiaczesław Czornowił, Michajło i Bohdan Horyniowie i Oles Szewczenko. Organizacja liczyła około tysiąca aktywnych członków i tysiące zwolenników na całej Ukrainie i za jej granicami. (…)

Demonstracja pod ambasadą Rosyjskiej przeciwko agresji Rosji na Gruzję. Kijów, 14 sierpnia 2008 | Fot. P. Hlebowicz

W dniach 26 i 27 października 2018 r., w trzydziestolecie Ukraińskiej Grupy Helsińskiej, odbyła się uroczysta międzynarodowa konferencja w sali konferencyjnej kijowskiego Hotelu Express. (…) My zabraliśmy głos jako przedstawiciele Polaków. Powiedziałam, że każdy naród powinien znać swą prawdziwą historię, wiedzę o niej opierać na faktach, a nie na mitach i emocjach. Bo tylko na tak solidnym fundamencie osadzona jest i tożsamość narodowa, i może być budowana duma narodowa. Emocje i mity tworzą fikcję, która może runąć w każdej chwili, a wróg, korzystając z niewiedzy, podsyła fałszywe autorytety.

Ukraińcy mają być z czego dumni. Są częścią historii I Rzeczpospolitej. Pomogli nam, Polakom, uratować Europę od komunizmu w 1920 r. Wojska Petlury zatrzymały nawałę Rosji bolszewickiej pod Zamościem, co umożliwiło Piłsudskiemu kontrofensywę znad Wieprza. Jednak podział na wojska Petlury, Skoropadskiego i Machny oraz działania zbrojne prowadzone przeciwko sobie sprawiły, że nie udało się utrzymać Kijowa w ukraińskich rękach. Zaprzepaszczona została szansa na utworzenie zjednoczonej, niepodległej Ukrainy.

Występ „Chóru Kozackiego” Tarasa Kompaniczenki na akademii, kończącej międzynarodową konferencję z okazji XXX rocznicy powstania Ukraińskiego Związku Helsińskiego, Narodowe Muzeum Literatury w Kijowie, 27 października 2018 r. | Fot. P. Hlebowicz

 

W chwili obecnej Rosja pomaga kreować fałszywe autorytety, nagłaśniane są nazwiska tylko tych członków UPA, którzy są odpowiedzialni za mordy Polaków w 1943 r. Natomiast zamilcza się tych, którzy byli przeciwni rzeziom, a nawet ginęli z rąk banderowców (Bulba Borowiec czy Iwan Mitrynga). Rosja także w Polsce działa przez swoją agenturę i podsyca waśnie narodowe, by skłócać Ukraińców z Polakami za pomocą starej metody „dziel i rządź”.

Wszyscy zaproszeni goście i członkowie UHS otrzymali honorowe medale okolicznościowe UHS. Medal ten, zgodnie z ukraińską ustawą, zaliczony jest oficjalnie do grupy odznaczeń państwowych, przyznawanych za uczestnictwo w walce o niepodległość Ukrainy. Uroczystości zakończyły się w Narodowym Muzeum Literatury, gdzie otwarto wystawę poświęconą historii UGH i UHS.

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej i Piotra Hlebowicza pt. „Za naszą i waszą swobodę” znajduje się na s. 14 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej i Piotra Hlebowicza pt. „Za naszą i waszą swobodę” na s. 14 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Jesteśmy świadkami początków schizmy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, której konsekwencje są trudne do przewidzenia

Postawienie się na marginesie chrześcijaństwa hierarchów, którzy bardziej niż Bogu chcą służyć Putinowi, może być zgubne i dla nich, i dla Rosji. A dla prawosławia może to być element oczyszczenia.

Paweł Bobołowicz

Oto jesteśmy świadkami początków schizmy, której konsekwencje są trudne do przewidzenia. I podobnie jak w przypadku Wielkiej Schizmy z 1054 roku, wcale nie spory doktrynalne są jej podstawą. Synod Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej uznał za niemożliwe dalsze przebywanie w jedności eucharystycznej z Konstantynopolem. Na razie jest to jednostronne działanie Moskwy, a jedności świata prawosławnego nadal strzeże spokój i powściągliwość Bartłomieja I – Arcybiskupa Konstantynopola – Nowego Rzymu.

11 października synod biskupów Ekumenicznego Patriarchatu Konstantynopolitańskiego jednoznacznie potwierdził rozpoczęcie procedury nadania autokefalii ukraińskiej Cerkwi. Stwierdzono również, że na Ukrainie zostanie odnowiona stauropigia – w uproszczeniu przedstawicielstwo, czy też struktura Cerkwi bezpośrednio podległa patriarsze Konstantynopola. Synod zdjął anatemę z Filareta i Makarego – zwierzchników ukraińskich Cerkwi – i uznał odnowienie łączności eucharystycznej z wiernymi tych Cerkwi. Jednocześnie skasował zobowiązanie z 1686 roku o przekazaniu Patriarsze Moskiewskiemu prawa do wyświęcenia Metropolity Kijowskiego. Tym samym ukraińscy wierni zostali po ponad 300 latach wyjęci spod zwierzchności Moskwy.

Na reakcję Rosji nie trzeba było długo czekać. Już następnego dnia w Moskwie zebrała się Rada Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, a w jej obradach brał udział prezydent Władimir Putin. Rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow stwierdził, że Rosja będzie chronić praw prawosławnych tak, jak broni praw rosyjskojęzycznych i jednocześnie zapewnił, że… Kreml nie miesza się do dialogu między Cerkwiami.

15 października, czyli już po przyjęciu stanowiska przez władze świeckie Rosji i wyznaczeniu odpowiednich kierunków, zebrał się synod Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Jego decyzja bez wątpienia otwiera drogę do schizmy. Moskiewscy hierarchowie uznali bowiem za niemożliwe dalsze przebywanie w jedności eucharystycznej z Konstantynopolem. Uzasadniając decyzję Rosyjskiej Cerkwi, biskup Hilarion (Grigorij Walerijewicz Alfiejew), który odpowiada w niej za stosunki zewnętrzne, stwierdził, że synod nie mógł podjąć innej decyzji i że została ona wymuszona działaniami Patriarchatu Konstantynopola. Działania te Hilarion nazwał „bezprawnymi i kanonicznie nikczemnymi”. Nie jest jednak wykluczone, że Patriarchat Moskiewski sięgnie po dalsze środki i obłoży zwierzchnika Patriarchatu Konstantynopola Bartłomieja I anatemą. Ostre słowa biskupa Hilariona o kanonicznej nikczemności mogłyby o tym świadczyć. Tym samym Moskwa będzie chciała przejąć rolę Konstantynopola i Trzeciego Rzymu, i wokół siebie gromadzić inne Cerkwie prawosławne. Na razie jednak Moskwa nie chce wypuścić ze swoich rąk Białorusi, dla której ukraiński przykład mógłby być zaraźliwy. Nic zatem dziwnego, że po raz pierwszy w swojej historii synod RPC obradował poza Moskwą, a miejscem tym była właśnie białoruska stolica. Uznanie przez Konstantynopol za bezprawne zwierzchnictwa Moskwy nad Kijowem właściwie daje też możliwość usamodzielnienia się Cerkwi białoruskiej. A to dla Moskwy na pewno nie jest do zaakceptowania.

Histeryczne reakcje Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej nie dają się wytłumaczyć w żaden inny sposób niż w połączeniu z całością polityki Rosji wobec Ukrainy. Świadczy o tym i wspomniane posiedzenie Rady Bezpieczeństwa FR, i kolejne komunikaty rzecznika Kremla. Szokuje, że prezydent Rosji rości sobie prawa do wypowiadania się o wyborach, wolnościach religijnych w innym państwie. Budzi niepokój straszenie ochroną już nie tylko rosyjskojęzycznych – co było głównym motywem budowania „ruskiego miru” i uzasadnieniem rosyjskiej agresji na Ukrainę, ale przede wszystkim musi niepokoić głoszona nowa teza o ochronie prawosławnych. Warto przypomnieć, że przecież Kościoły prawosławne są na całym świecie, a ich wyznawcy wcale nie czują się w jakikolwiek sposób związani z Rosją. Ale jak widać, Rosja może poczuwać się do ich ochrony i mieć pretekst do ingerencji w sprawy wewnętrzne każdego państwa, w którym uzna, że prawosławie jest zagrożone.

Rosja zatem walczy nie tylko o terytoria, ale też i o rząd dusz w rozumieniu ideologicznym i religijnym. Zdradził to, może mimowolnie, minister spraw zagranicznych Rosji Sergiej Ławrow, komentując dla RT France, „Paris Match” i „Le Figaro” decyzję Konstantynopola: „Zamysł jest oczywisty – zrobić jeszcze jeden krok w celu oderwania Ukrainy nie tylko politycznie, ale też i duchowo od Rosji”.

Ławrow jest znany z wręcz udoskonalenia szkoły dyplomatycznych kłamstw swoich sowieckich poprzedników, jednak w tej diagnozie dotyka istoty sprawy. Na Ukrainie bowiem nie ma wątpliwości, że autokefalia ostatecznie wyrywa ten kraj z rosyjskiej dominacji, właśnie także w obszarze idei, ducha, mentalności. A tego Rosja nie może znieść. Oczywiście Ławrow do tego dorzuca inny stały element rosyjskiej propagandy: ukraińska autokefalia, według niego oczywiście, jest skutkiem amerykańskich wpływów.

Moskwa, strasząc konfliktem religijnym, sięga też po słownictwo do tej pory charakterystyczne tylko dla retoryki islamskich terrorystów. 18 października Władimir Putin na spotkaniu Międzynarodowego Dyskusyjnego Klubu Wałdajskiego został zapytany o możliwość ataku nuklearnego na Rosję. Jego odpowiedź miała niewątpliwie charakter religijny, a nie polityczny: „Agresor powinien wiedzieć, że odwet jest nieunikniony. My jak męczennicy trafimy do raju, a oni po prostu zdechną, dlatego że nie zdążą się nawet pokajać” (cyt. za http://jagiellonia.org/putin-przygotowuje-rosjan-meczenskiej-smierci/).

Cały artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Schizma” znajduje się na s. 8 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Schizma” na s. 8 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018.

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Poważny kryzys na linii Paryż-Teheran. Służby francuskie udaremniły zamach małżeństwa Irańczyków na terenie Francji

Zatrzymane pod Brukselą małżeństwo obywateli Belgii narodowości irańskiej zamierzało przeprowadzić zamach terrorystyczny na odbywającą się w Villepinte konferencję irańskiego ugrupowania opozycyjnego.

Zbigniew Stefanik

Amir S. i Nasimeh N. zeznali belgijskiej policji, że przeprowadzenie zamachu na Ludowych Mudżahedinów w dniu 30 czerwca 2018 r. zlecił im Assadollah Asadi, irański dyplomata pracujący w irańskiej ambasadzie w Wiedniu. Na spotkaniu w Luksemburgu Asadi miał przekazać niedoszłym zamachowcom znalezione w ich pojeździe zapalniki i ładunki wybuchowe, szczegółowe instrukcje przeprowadzenia zamachu w Villepinte i plan odwrotu po ataku. (…)

2 lipca br. wieczorem media poinformowały o aresztowaniu w Niemczech Assadollaha Asadiego (domniemanego zleceniodawcy udaremnionego zamachu w Villepinte). Immunitet dyplomatyczny, z którego jako pracownik ambasady irańskiej w Wiedniu korzystał Asadi, obowiązywał wyłącznie na terytorium Austrii.

Sprawą zajęła się niemiecka prokuratura federalna w Bambergu. Tego samego dnia federalna prokuratura belgijska z Anvers zażądała od niemieckiego wymiaru sprawiedliwości ekstradycji Asadiego do Belgii. Ekstradycja ta nastąpiła 1 października, a 10 października federalna prokuratura belgijska z Anvers postawiła Asadiemu zarzut działalności terrorystycznej i próby doprowadzenia do zamachu terrorystycznego o charakterze masowym (jako zleceniodawca). (…)

Kiedy 2 lipca tego roku federalna prokuratura belgijska podała wiadomość o zatrzymaniu Amira S. i Nasimeh N. i udaremnionym ataku w Villepinte, irański prezydent Hassan Rouhani był w drodze do Szwajcarii, skąd miał udać się do Austrii. Celem podróży było umocnienie współpracy z państwami Europy Zachodniej na rzecz utrzymania w mocy umowy atomowej, którą wypowiedział Donald Trump 8 maja tego roku. Informacja o niedoszłym zamachu w Villepinte i podejrzenia pod adresem Iranu w tej sprawie spowodowały, że lipcowa wizyta Rouhaniego w zachodniej Europie zakończyła się fiaskiem, a Francja, czyli najbardziej przychylne Rouhaniemu państwo europejskie, nabrała do Teheranu dystansu. (…)

Śledztwo w tej sprawie prowadzą wspólnie służby belgijskie, francuskie, niemieckie, izraelskie i amerykańskie, a od początku lipca br. napięcie między Paryżem i Teheranem nieprzerwanie narasta.

Francja zawiesiła projekt wizyty francuskiego prezydenta w Iranie. Emmanuel Macron miał być pierwszym przywódcą zachodniego świata, który uda się z oficjalną wizytą do Iranu po rewolucji ajatollahów w tym kraju w 1979 roku.

(…) Dotychczasowe śledztwo służb państw zachodnich zaangażowanych w wyjaśnienie tej sprawy wykazało, że Amir S. jest agentem irańskich służb wywiadowczych. Jego działalność na rzecz Iranu została rozpoznana już 3 lata temu przez służby holenderskie, kiedy to Amir S. przebywał na terytorium tego kraju. Również Assadollah Asadi, irański dyplomata, pracownik ambasady w Wiedniu, jest wysoko postawionym funkcjonariuszem irańskiej bezpieki i irańskich służb wywiadowczych, a jego jedyny przełożony to Saeid Hashemi Moghaddam.

Saeid Hashemi Moghaddam stoi na czele irańskiej służby wywiadowczej, o której tak naprawdę wiadomo niewiele. Jest to tajny departament irański, którego działalność jest ukrywana przed prezydentem Hassanem Rouhanim, jego współpracownikami, a nawet podległymi mu służbami. Wiadomo jednak, iż departament, dla którego, jak wszystko na to wskazuje, pracują Assadollah Asadi i Amir S., podlega wyłącznie najwyższemu przywódcy Iranu Alemu Khameineiemu i podejmuje działania tylko na jego osobisty rozkaz.

W ostatnich 5 latach co najmniej kilkunastu działaczy irańskiej opozycji przebywających na terytorium Francji, Niemiec, Belgii i Holandii zginęło w tajemniczych okolicznościach. Wszystko na to wskazuje, że za ich śmierć odpowiadają irańskie służby specjalne.

Być może osoby te zginęły w rezultacie rozkazów wydanych przez najwyższego przywódcę Iranu i działań podległych mu tajnych służb. (…) Obecnie francuski prezydent traci argument w walce na rzecz umowy atomowej z Iranem, że Rouhani jest partnerem pewnym i wiarygodnym.

Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Poważny kryzys na linii Paryż-Teheran” znajduje się na s. 15 listopadowego „Kuriera WNET” nr 53/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Poważny kryzys na linii Paryż-Teheran” na s. 15 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018.

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego