Najbardziej gościnnym krajem dla cudzoziemców spoza UE w ubiegłym roku okazała się Polska (683 tys. pozwoleń na zamieszkanie), przed RFN (535 tys.), W. Brytanią (517 tys.) i Francją (250 tys.).
Maciej Drzazga
Laureatem ogólnonarodowego konkursu na książkę stulecia okazała się Solaris Lema, a następnie: Inny świat Herlinga-Grudzińskiego, Ferdydurke Gombrowicza, Sklepy cynamonowe Schulza, Pan Cogito Herberta, Przedwiośnie Żeromskiego, Wiersze Baczyńskiego, Tango Mrożka, Medaliony Nałkowskiej oraz Noce i dnie Dąbrowskiej – co oznacza, że żadna z książek napisanych przez polskiego pisarza po 1989 roku nie trafiła pod przysłowiowe strzechy.
Zapowiedziano, że Polacy Polakom odbudują zniszczony przez Niemców Pałac Saski w Warszawie.
Na Morzu Azowskim Rosja zajęła ukraińskie okręty, a Zachód zajął stanowisko w sprawie.
Dzięki programowi komputerowemu dla aut bezzałogowych opracowanemu przez Instytut Technologii w Massachusetts, w przypadku drogowej kolizji w pierwszym rzędzie ruchy auta będą automatycznie chronić życie dzieci, a w ostatnim osób starszych i zwierząt. Kryteriów zastosowanych do rozpoznania obiektów nie ujawniono.
Po długim procesie Urząd Skarbowy w Bartoszycach ostatecznie przegrał z mechanikiem, który po godzinach pracy wymienił w aucie urzędniczek wspomnianego żarówkę wartości 6 złotych bez wprowadzenia całej operacji do kasy fiskalnej.
Po spotkaniu z przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego od lat trudniącego się udzielaniem toksycznych kredytów Leszka Czarneckiego, który swój bank ostatecznie doprowadził na skraj bankructwa, aresztowany został ten pierwszy.
Zapraszamy do przeczytania całego „Telegrafu” Macieja Drzazgi na s. 2 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
„Telegraf” Macieja Drzazgi na s. 2 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018
Została zmarnowana okazja do uroczystego świętowania niezwykle ważnej rocznicy, świętowania na miarę ambicji i pragnień większości Polaków, do pokazania światu, jacy jesteśmy i co mamy do powiedzenia.
Lesław Kołakowski
O obchodach rocznicy odzyskania niepodległości mówiło się od wielu miesięcy. Wydawało się, że takie święto będzie uczczone przez Polaków w sposób wyjątkowo uroczysty, że jego obchody będą wydarzeniem o zasięgu międzynarodowym i pozostaną na długo w pamięci ich uczestników. Niestety, nic takiego nie nastąpiło.
Jest w Polsce wielka potrzeba bycia dumnym z własnego kraju, z jego przeszłości i teraźniejszości. Z tego także powodu do władzy doszli obecnie rządzący, którzy przeciwstawiali „pedagogice wstydu” deklaracje o polityce ambitnej, na miarę naszych oczekiwań i wyzwań współczesności. (…)
Na 11 listopada do Paryża przyjechało około 60 głów państw i szefów rządów. Obchodzono stulecie zakończenia I wojny światowej. Hasłem przewodnim był „Pokój”. Dlaczego polskie władze nie sprawiły, żeby choć część z tych delegacji przyjechała do Warszawy?
Można było urządzić w Polsce dwudniowe obchody naszego Święta. Ich część krajowa odbyłaby się 11 listopada, a międzynarodowa 12 listopada (był to przecież dzień wolny, o czym za chwilę). Z Paryża do Warszawy jest około dwóch godzin lotu samolotem. Można było urządzić most powietrzny i przywieźć do naszej stolicy polityków, dziennikarzy, ludzi kultury i gospodarki. Urządzić z rozmachem obchody na przykład pod hasłem „Od pokoju do wolności”. (…)
Nie wiem, czy za kilka lat ktokolwiek będzie w stanie wymienić choć jedno istotne wydarzenie związane z obchodami Święta Niepodległości w roku 2018.
Oczywiście, był wielki marsz w Warszawie. Najważniejsi przedstawiciele władz oświadczyli najpierw, na kilka dni przed rocznicą, że mają wiele innych ważniejszych spraw niż uczestnictwo w marszu, po to, żeby w ostatniej chwili zmienić zdanie, a następnie dumnie ogłosić, że był to główny punkt obchodów i wielki sukces. Tak, to był wielki sukces uczestników marszu.
Polacy nie zawiedli, zawiodły natomiast wszystkie najważniejsze organy władzy w Polsce. Jak można nie mieć szczegółowego planu tak ważniej rocznicy na wiele tygodni przed jej datą? Na kilka dni przed 11 listopada uwagę opinii publicznej zajmowały gorszące polemiki na temat tego, czy 12.11. ma być dniem wolnym od pracy, czy nie. Przecież to uchybia powadze Rzeczpospolitej. Dlaczego nikt nie pomyślał o takiej sprawie dużo wcześniej?
Cały artykuł Lesława Kołakowskiego pt. „Setna rocznica odzyskania niepodległości – zmarnowana okazja” znajduje się na s. 4 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł Lesława Kołakowskiego pt. „Setna rocznica odzyskania niepodległości – zmarnowana okazja” na s. 4 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018
Teraz rozumiem słowa o Europie kilku prędkości: przewidywanie, że kraje takie jak Polska, Węgry, Litwa czy Estonia, które ledwo odzyskały niepodległość, nie zgodzą się jej utracić na rzecz Niemiec.
W grudniu gaszono nadzieje Polaków na wolność. Pamiętamy Grudzień ‘70 na Wybrzeżu i stan wojenny 13 XII 1981 r. Podmiana elit, która dokonała się w latach 80., umożliwiła poprzez dogadanie się w Magdalence powstanie III RP, z której spuścizną mamy problem do dziś. Np. reforma sądów, wyprzedaż niemal całej prasy, dzika prywatyzacja gospodarki, a co najgorsze – komunistyczne obyczaje w polityce.
Nie można bagatelizować słów Angeli Merkel: „Dziś państwa narodowe muszą, powiedziałabym, że dzisiaj powinny być przygotowane do zrzeczenia się suwerenności”. I kanclerz Niemiec dodała, „że musiałoby to się odbyć w uporządkowanej procedurze”. Teraz rozumiem, co oznaczały słowa o Europie kilku prędkości: przewidywanie, że kraje takie jak Polska, Węgry, Litwa czy Estonia, które ledwo odzyskały niepodległość, nie zgodzą się jej utracić na rzecz Niemiec.
Europa jest politycznie zdominowana przez Niemcy. Armia europejska to mrzonka Niemców. Czyżby miała służyć do pacyfikacji nieposłusznych obywateli, nie chcących wierzyć we wpływ człowieka na globalne ocieplenie czy mądrości gender? Z Rosją mają Niemcy dobre stosunki, a wprost przeciwnie, krytykują Amerykanów.
Buntują się kolejne narody. Nie tylko widać sukcesy wyborcze partii narodowych, ale i przeszło stutysięczne protesty we Francji. Macrona, wiernego pupila Merkel, Francuzi mają dość.
Brutalność policji francuskiej widział cały świat. Czy jeszcze ktoś chce nas pouczać, jak ma wyglądać demokracja? Przed laty pewien prezydent Francji już powiedział, że „Polacy stracili okazję, aby siedzieć cicho”. I kto tu powinien siedzieć cicho?! I kto od kogo uczyć się demokracji?
Bezczelna propaganda Putina to element wojny hybrydowej. Niby każdy o tym wie, ale wciąż święci ona pewne sukcesy. Ostatnio nie dali się na nią nabrać świadomi patrioci Ukrainy. Publikujemy ich oświadczenie w sprawie lwowskich lwów.
Bliżej nieznane Stowarzyszenie Polskich Mediów reprezentowało polskich dziennikarzy z okazji 100-lecia Związku Dziennikarzy Rosji. Radio Hobby z Legionowa, nadające od wielu lat audycje rosyjskiego Sputnika, protestowało przed Krajową Radą Radiofonii i Telewizji przeciwko odebraniu koncesji. Koncesja została mu zabrana już w 2015 r. za rządów PO-PSL. Czyżby mieli pretensje do obecnego składu KRRiT o to, że nie chciała złamać prawa i cofnąć słusznej decyzji swojej poprzedniczki? Znowu ulica i zagranica?
Na politykę dezinformacji wygląda mi straszenie ludzi „chemitrailsami” i szczepionkami. Te teorie mają obniżyć zaufanie do rządów na zasadzie „oni nas trują”.
Szkoda, że w przypadku szczepionek nie jest podany ich skład i dokładne dane. Nie wiadomo też, dlaczego w Niemczech liczba obowiązkowych szczepień dla dzieci to 10, a w Polsce – 40.
To, że firmy farmaceutyczne na nas, społeczeństwach, żerują, jest znane w całym świecie. Ilość leków zapisywanych pacjentom nasuwa pytanie, jakim cudem obecni lekarze zdali egzamin z farmakologii i co robili na 3 roku studiów? Mam nadzieję, że państwo polskie przestało być teoretyczne i będzie dbało o swoich obywateli i dobrze ich informowało.
Na koniec dobra informacja. Udało się z sejmiku województwa śląskiego wyeliminować RAŚ. Jest więc szansa na „odwojowanie” instytucji kultury i edukacji. Mam nadzieję, że wicemarszałek Wojciech Kałuża podejdzie rozsądnie do prowadzonej nagonki, bo przecież psy szczekają, a karawana idzie dalej. Marszałek Jakub Chełstowski jest znanym społecznikiem, przed laty obronił szpital wojewódzki w Tychach.
Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET” znajduje się na s. 1 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, na s. 1 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018
Jak długo jeszcze będziemy nadrabiać straty duchowe, jakie ponieśliśmy przez to, że nasze podręczniki pomijały nazwiska takich ludzi jak oni? I znowu to pytanie: czy dzisiaj naprawdę to się zmieniło?
Tego dnia poczułam, jakby obok mnie stała Historia. Ta, której uczyłam się z podręczników, którą poznawałam z książek wyszukiwanych w bibliotekach, księgarniach i antykwariatach.
Gdy stanęłam w Zamku Królewskim w Warszawie 11 listopada, czekając na rozpoczęcie uroczystości pośmiertnego wręczania Orderów Orła Białego 25 wybitnym Polakom, jeszcze nie miałam świadomości, w jak wyjątkowym wydarzeniu będę uczestniczyć. Obok mnie stała skromna, niepozorna pani. I nagle słyszę: „Order odbiera wnuczka bratanicy Marii Curie-Skłodowskiej”. A moja sympatyczna sąsiadka, która odsuwała się uprzejmie, bym mogła robić lepsze zdjęcia, idzie w stronę Prezydenta i wraca z pudełkiem, w którym na niebieskiej, szerokiej wstążce leży order – Gwiazda z napisem „Za Ojczyznę i Naród”, a poniżej dumny Orzeł z koroną na głowie.
Za chwilę słyszymy: „Order odbiera córka siostrzeńca Maciej Rataja”, „wnuczka Jędrzeja Moraczewskiego”, „siostrzenica Kornela Makuszyńskiego”, „syn Wojciecha Mierzwy”, „siostrzeniec arcybiskupa Antoniego Baraniaka”… potem ktoś w imieniu rodziny Romana Dmowskiego, Zofii Kossak, Wojciecha Kossaka, Haliny Konopackiej, Olgi i Andrzeja Małkowskich…
Czasem aż dziw brał, że ktoś tak wielki i tak słynny Orderu Orła Białego do tej pory nie dostał – powiedział Andrzej Duda to, co chyba myślał każdy uczestnik tego spotkania. Nie mogłam powstrzymać się od natrętnych myśli przez całą tę podniosłą uroczystość, stojąc tuż obok tej, która znała kogoś, kto rozmawiał z naszą wybitną, mądrą i bardzo pracowitą rodaczką. Czy oni wszyscy są w Polsce tak znani, jak na to zasługują? Jak to się stało, że tak długo musieli czekać na to symboliczne „dziękuję” od rodaków, których Ojczyznę rozsławili dosłownie na całym świecie? Zamordowani w Palmirach przez Niemców, jak marszałek Maciej Rataj, czy podstępnie i okrutnie przez Sowietów, jak w procesie szesnastu przywódców Państwa Podziemnego Wojciech Mierzwa; nobliści jak Maria Skłodowska czy Władysław Reymont, politycy, duchowni i artyści. Jak długo jeszcze będziemy nadrabiać straty duchowe, jakie ponieśliśmy przez to, że nasze podręczniki pomijały nazwiska takich ludzi jak oni? I znowu to natrętne pytanie: czy dzisiaj naprawdę to się zmieniło i oni na pewno będą opisywani i przedstawiani jako wzory do naśladowania?
Opowiedziałam o tym wszystkim następnego dnia w Radiu WNET. I wtedy też przeszła obok mnie Historia. To był pierwszy dzień nadawania Radia na falach eteru w Warszawie i w Krakowie, pierwsze nadawanie własnego programu, którego odbiór możliwy jest za pośrednictwem normalnego radioodbiornika, np. w samochodzie.
Był specjalny program, tort, bankiet i tłumy gości. A u mnie znów ta natrętna myśl: dlaczego dopiero teraz? Przecież to ponad trzy lata „dobrej zmiany”, przecież żyjemy już trzydzieści lat w wolnym kraju… Uruchomienie własnych, finansowanych przez polską spółkę mediów jest nadal wyjątkiem, wielkim świętem.
W budynku warszawskiej PAST-y tego dnia był tłum uśmiechniętych, tak dobrze znanych mi z tych kilku lat współpracy z Radiem i „Kurierem WNET” dziennikarzy. Każdy gość tutaj to osobowość, to historia nietuzinkowego człowieka. Dlaczego w wolnej, niepodległej Polsce tyle lat musieli czekać na coś tak zwyczajnego, jak radiowa koncesja?
Ale dość marudzenia. Krzysztofie! Drodzy Wnetowcy! Powodzenia! I dziękuję w imieniu wszystkich słuchaczy za wytrwałość! Jestem pewna, że ta prawdziwa, niefałszowana i nielekceważona Historia będzie w Radiu WNET stałym gościem.
Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET” znajduje się na s. 1 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, na s. 1 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018
Tworzymy radio, żeby jak najwięcej ludzi mogło poznać jak największą liczbę ludzi; po to, by stali się sobie bliscy i żeby ta bliskość czasem skutkowała dobrym działaniem, służyła dobru.
Tworzenie radia jest pasjonującym wyzwaniem. Zjawiska, zdarzenia, przedmioty są tylko materiałem, który trzeba przełożyć na język radiowy, pozwolić im przepływać z ich świata do świata słyszalnego, nadawać im odpowiednią formę, brzmienie, tempo i odpowiedni dla nich czas.
Radio to utwór słowno-muzyczny, który można porównać do tkanych ręcznie dywanów. Ważny jest nie tylko wzór, ale i gęstość nici, która będzie stanowiła nie tylko o jego delikatności, ale i o pięknie i trwałości. Te nici nie mogą być byle jakie. W radiu każda z nich powinna być nośnikiem sensu. Inaczej utkany dywan stanie się tylko formą. A my nie tworzymy radia dla radia, formy dla formy, radia dla pieniędzy. Tworzymy je po to, żeby przekazywać jak najbardziej źródłową informację, by jak najwięcej ludzi mogło poznać jak największą liczbę ludzi; po to, by stali się sobie bliscy i żeby ta bliskość czasem skutkowała dobrym działaniem, by służyła dobru.
Dlatego jak tylko dostaliśmy koncesję i ruszyły nasze nadajniki, i my ruszyliśmy w drogę. W pierwszych dwóch tygodniach nadawania Radia Dwóch Stolic byliśmy w Krakowie, w Annaja i Byblos w Libanie, i w Wilnie. W każdym z tych miejsc spotykaliśmy ludzi, którym należy się nasza pomoc. W Krakowie to byli bezdomni, którzy znaleźli swój przystanek w domu przy ulicy Smoleńsk 4, w ośrodku Ojca Pio. W Byblos w Libanie – to żebrzące syryjskie dzieci, wypędzone przez wojnę ze swoich domów.
W Libanie udało nam się otworzyć pierwsze zewnętrzne studio Radia WNET, a zarazem pierwsze w Bejrucie studio polskiego radia od czasu II wojny światowej. Dzięki Kazimierzowi Gajowemu i jego żonie Mair w każdy poniedziałek o 6:45 usłyszą Państwo audycję bezpośrednio i na żywo z Libanu.
A w Wilnie spotkaliśmy siostrę Michaelę Rak, która zainspirowała nas do ogłoszenia zbiórki na rzecz powstającego pierwszego na Litwie hospicjum dziecięcego. Byliśmy świadkami, jak ośmiometrowe wiertło drążyło w ziemi dziurę pod fundamenty. Weszliśmy też w świat oddziaływania dobra, które emanuje z każdego działania siostry Michaeli.
Dlatego w tym świątecznym numerze „Kuriera WNET” zachęcamy Państwa do dołożenia cegiełki do tej budowy, która powstaje w miejscu o podwójnej symbolice. Dokładnie tam powstał obraz Chrystusa Miłosiernego namalowanego pod bezpośrednim nadzorem św. Faustyny i dokładnie tam było sowieckie więzienie, w którym cierpieli i ginęli ludzie.
Dokładając się do tego dzieła, symbolicznie przejmujemy mały kawałek ziemi, który od tego momentu będzie służył dobru. O szczegółach zbiórki dowiedzą się Państwo, słuchając Radia WNET w Krakowie na 95,2, w Warszawie na 87,8, a wszędzie – na www.wnet.fm.
Życzę Państwu, byśmy dzieląc się opłatkiem w wigilijny wieczór, mieli pewność, że nie zapomnieliśmy o kimś, kto potrzebuje naszej pomocy.
Wszystkiego najlepszego i dobrej lektury naszej Gazety Niecodziennej w świątecznym czasie!
Artykuł wstępny Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET” Krzysztofa Skowrońskiego znajduje się na s. 1 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł wstępny Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET” Krzysztofa Skowrońskiego na s. 1 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018
Politycy, podejmując decyzje, od których często zależy nasze zdrowie, opierają się na opiniach ekspertów. A opinie eksperckie nie są wolne od błędów, a nawet od świadomie popełnianych grzechów.
Włodzimierz Klonowski
Pięć głównych grzechów ekspertów to:
Brak skromności, przekonanie, że wiedzą lepiej od obywateli, co obywatele potrzebują;
Jednostronność opinii, brak spojrzenia interdyscyplinarnego;
Świadome, a czasem nieświadome działanie na korzyść wielkich firm, twierdzenie, że jeśli nie wprowadzimy, i to szybko, pewnych technologii, to będziemy „ograniczeni cywilizacyjnie”;
Niebranie pod uwagę długoterminowych efektów proponowanych działań;
Twierdzenie, że dane, które nie zgadzają się z ich wywodami, są nienaukowe.
(…) Wkrótce mają wejść do użytku, także w Polsce, sieci „piątej generacji”, tzw. 5G, które używają fal o częstotliwości nawet 30-krotnie wyższej od sieci obecnie stosowanych, takich jak LTE i które wymagają mniejszych, ale znacznie gęściej porozmieszczanych stacji bazowych w celu „pokrycia terenu”.
W USA i Europie Zachodniej coraz głośniejsze są protesty przeciwko wdrażaniu technologii 5G, ponieważ w dłuższym okresie może ona poważnie zagrozić zdrowiu praktycznie całej populacji, w szczególności dzieci.
Tymczasem polscy eksperci w dokumencie Raport z pilotażowych badań i analiz dotyczących dopuszczalnych poziomów pól elektromagnetycznych, ogłoszonym w marcu 2017 r. przez Ministerstwo Cyfryzacji, stwierdzają na przykład: „Brak jest dowodów, które by potwierdzały tezy o negatywnym wpływie promieniowania elektromagnetycznego (PEM) na ludzkie zdrowie”, czy „Jedynym jednoznacznie potwierdzonym efektem działania RF EMF na układ biologiczny jest podniesienie temperatury układu”. Autorytatywne głoszenie takich nieprawdziwych tez stanowi poważne naruszenie zasad etyki naukowej. (…)
Wrażliwość na pola elektromagnetyczne jest cechą osobniczą, ale najbardziej wrażliwe są dzieci. Nawet 15% populacji może wykazywać nadwrażliwość na fale elektromagnetyczne (ang. electromagnetic hypersensitivity, EHS) czyli reakcję alergiczną na promieniowanie RF EMF, podobną do alergii na środki chemiczne. Osoby cierpiące na tę ciężką chorobę, wśród których są także dzieci, nazywane są Przez autorów Raportu „osobami samookreślającymi się jako nadwrażliwe”. Autorzy sugerują, że „w przypadku nadwrażliwości elektromagnetycznej przeważają raczej czynniki psychologiczne”.
Tymczasem w najnowszych wskazaniach dotyczących dopuszczalnych poziomów pól elektromagnetycznych wyraźnie wskazano w oparciu o analizę prac naukowych, że normy dopuszczalnej mocy pola dla częstotliwości używanych w telekomunikacji powinny być stokrotnie niższe, co odpowiada normom dla mierzalnych natężeń pól dziesięciokrotnie niższym niż dla populacji niewykazującej nadwrażliwości.
Te same źródła zalecają obniżone normy ekspozycji nocnej w porównaniu z dzienną, a więc szczególnie w domach mieszkalnych; odpowiednio dziesięciokrotnie niższą moc i trzykrotnie niższe natężenie pól, nawet dla populacji nie wykazującej nadwrażliwości. Ponadto nadwrażliwość na RF EMF często ujawnia się dopiero po wielu latach ekspozycji.
Cały artykuł Włodzimierza Klonowskiego pt. „5 Grzechów ekspertów” znajduje się na s. 6 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł Włodzimierza Klonowskiego pt. „5 Grzechów ekspertów” na s. 6 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 53/2018
Bogusław Dobrzycki był jednym z najlepszych menedżerów kolejowych II RP, dyrektorem PKP w Wielkopolsce, ich organizatorem w woj. śląskim, pomysłodawcą i koordynatorem budowy magistrali Śląsk-Gdynia.
Roman Adler
Gdy w październikowym numerze „Śląskiego Kuriera WNET” przeczytałem artykuł o magistrali węglowej Śląsk–Gdynia, przypomniałem sobie historie dwóch braci Dobrzyckich z Wielkopolski, którzy w czasie odradzania się niepodległej Polski po okresie zaborów w poważnym stopniu przyczynili się do przejęcia kolei górnośląskich przez Polskę. Obaj byli z zacnego rodu wielkopolskiego i koniecznie chcę przypomnieć ich losy. (…)
Ród Dobrzyckich od początków XIV w. był związany z Dobrzycą. (…) W czasach HAKAT-y nacjonalistyczne władze bismarckowskiej Rzeszy zmusiły Dobrzyckich do sprzedaży majątku Niemcowi Schmidtowi, a ten przekazał go w 1906 r. Komisji Kolonizacyjnej. (…) Po parcelacji dóbr Bąblin Niemcy utworzyli tam dodatkowe dwie osady: Bąblinek i Bąbliniec. Tak okrojony pałac w 1908 r. przekazali wraz z parkiem niemieckim kolejarzom z przeznaczeniem na ośrodek wypoczynkowo-leczniczy, który otwarto w 1910 r. W tym samym roku uruchomiono też linię kolejową Oborniki–Wronki ze stacją w Bąblinie. To zapewne w tym czasie losy bąblińskich Dobrzyckich wiązały się stopniowo z kolejami – najpierw pruskimi, później polskimi. (…)
Po studiach w Niemczech i praktykach w kilku niemieckich fabrykach metalowych inżynier dyplomowany Bogusław Dobrzycki osiadł w Krępie pod Ostrowem Wielkopolskim, gdzie był miejscowym pionierem motoryzacji: posiadaczem pierwszego samochodu.
W 1910 r. został tam właścicielem „Fabryki i Składu Machin dla Rolnictwa. Lejarni Żelaza i Spiżu – M. Arnold, Ostrów”. W tym samym roku firma zdobyła złoty medal na Wystawie Przemysłowej w Krotoszynie za postęp w produkcji przemysłowej.
Bogusław Dobrzycki | Fot. Wikipedia
Podczas I wojny światowej Bogusław Dobrzycki był podporucznikiem-obserwatorem lotnictwa pruskiego (Luftstreitkräfte), ale w 1916 r. został naczelnikiem Urzędu Wodnego w Frankopolu n/Bugiem. Później budował dla armii pruskiej Stację Lotniczą w Toruniu. W 1918 r. był członkiem komisji w niemiecko-bolszewickiej konferencji pokojowej w Brześciu n. Bugiem.
Kiedy w grudniu 1918 r. wybuchło powstanie wielkopolskie, stawił się do dyspozycji Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej (NRL) i był organizatorem polskiego lotnictwa powstańczego na poznańskiej „Ławicy”. Wkrótce Komisariat NRL mianował go kierownikiem Wydziału Komunikacji Komisariatu NRL w Poznaniu. Pełniąc tę funkcję, zorganizował całą przyszłą komunikację kolejową i pocztową oraz żeglugę na terenie podległym Komisariatowi. (…)
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rodzinny Bąblin Dobrzyckich przejęły władze polskie. W 1922 r. polscy kolejarze wykupili udziały niemieckie i utworzyli własny ośrodek pod nazwą „Letnisko Kolejowców w Zamku w Bąblinie”.
W okresie międzywojennym młodszy z braci, Bogusław Dobrzycki, został jednym z najzdolniejszych menedżerów kolejowych II RP, dyrektorem Polskich Kolei Państwowych w Wielkopolsce i ich organizatorem w województwie śląskim, a później pomysłodawcą i koordynatorem budowy polsko-francuskiej magistrali węglowej z województwa śląskiego do Gdyni, dyrektorem PKP na Pomorzu w Gdańsku i w Toruniu. Był prezesem i dyrektorem Dyrekcji Kolei Państwowej w Poznaniu, Katowicach, Gdańsku i Toruniu. W latach 1935–1937 nadzorował uruchamianie magistrali węglowej polsko-francuskiej linii Herby Nowe–Gdynia.
Zajmował się też ochroną zabytków i propagowaniem turystyki jako metody wychowania patriotycznego. Dlatego m.in. został prezesem Gdańskiej Macierzy Szkolnej w latach 1929–1933, a będąc prezesem delegatury Ligi Popierania Turystyki, zorganizował w Toruniu I Pomorską Wystawę Turystyczną, którą w połowie sierpnia 1936 r. przeniesiono do specjalnego pociągu i we wrześniu rozpoczęto nim objazd po kraju.
Przed odjazdem wystawę odwiedził wojewoda – przyszły prezydent RP na uchodźstwie, Władysław Raczkiewicz. (…) W 1938 r. B. Dobrzycki przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Poznaniu, gdzie przeżył niemiecką okupację faszystowską. (…) Zmarł w Poznaniu, gdzie pochowano go na Cmentarzu Jeżyckim. (…)
W związku z obchodami 100. rocznicy utworzenia Państwowej Inspekcji Pracy warto także nieco więcej wspomnieć o dalszych, znanych losach Józefa Dobrzyckiego, pierwszego polskiego okręgowego inspektora przemysłowego, który od 1922 r. działał w Katowicach. Zwłaszcza że jego życiorys jest mocno związany z pierwszym powstaniem śląskim i niepełną jak dotąd rekonstrukcją działalności Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w Bytomiu. (…)
Inżynier Józef Dobrzycki od 8 sierpnia 1922 r. do 31 grudnia 1929 r. był inspektorem przemysłowym w Katowicach, pozostając na etacie Ministerstwa Przemysłu i Handlu na stanowisku I kategorii. Urodzony 23 maja 1871 r., pozostawał wówczas w służbie państwowej od 23 lat i 3 miesięcy, czyli od końca 1905 r. pracował w urzędach władz zaborczych na terenie Wielkopolski.
Bogusław Dobrzycki wysłał brata Józefa w połowie stycznia 1919 r. do podkomisariatu polskiego Górnego Śląska w Bytomiu, „celem nawiązania łączności z tamtejszymi kolejarzami Polakami oraz przygotowania prac wstępnych plebiscytowych.
(…) W porozumieniu z podkomisarzem plebiscytowym mecenasem Czaplą z Bytomia rozpoczął inżynier [J.] Dobrzycki w pierwszych dniach lutego 1919 r. swą działalność, obierając jako siedzibę Katowice. Do zasadniczych prac organizacyjnych należało założenie polskiego związku kolejarzy Polaków, celem uświadomienia mas kolejarskich co do ich polskiej przynależności, czuwanie nad wykroczeniami Niemców wobec Polaków, kontrola wywozu taboru oraz materiałów z Górnego Śląska do Niemiec, a wreszcie przygotowanie prowizorycznej administracji na wypadek wybuchu powstania lub wkroczenia wojsk polskich na Górny Śląsk. Prace te były w owych czasach niezmiernie utrudnione, a nawet niebezpieczne, gdyż Niemcy, obawiając się wybuchu powstania względnie wkroczenia wojsk polskich, ogłosili na Górnym Śląsku stan oblężenia, prześladując i szykanując Polaków na każdym kroku. (…)
Pomimo tych trudności tajny związek kolejarzy Polaków osiągnął w krótkim bardzo czasie około 500 członków, rozrzuconych po całym Górnym Śląsku, a zrzeszonych w kilkanaście kół związkowych. (…) Pierwszym na zewnątrz widocznem wystąpieniem związku było niedopuszczenie wykonania rozporządzenia Dyrekcji kolejowej z dnia 7 maja 1919 r., a podpisanego przez ówczesnego prezydenta Dyrekcji Steinbissa, który w obawie przed oczekiwanem wybuchem powstania nakazał wywieźć wszelkie dobre parowozy za Odrę, a zastąpić je gorszymi. (…)
Po przechwyceniu telegraficznego zarządzenia Dyrekcji koleji wydaną została natychmiast odezwa podkomisarjatu do polskiego związku kolejarzy, zarządzająca niedopuszczenie wykonania planów niemieckich. Odezwa wydała należyty skutek, polscy kolejarze oparli się wywożeniu parowozów (…) i uniemożliwili w ten sposób zarządzenia Dyrekcji. Ponieważ śledztwa oraz dochodzenia zarządzone przez Dyrekcję koleji, kto odezwę rozrzucał i kto związkiem kieruje, nie wydały żadnego pozytywnego rezultatu, więc zarządzono aresztowanie podkomisarza Czapli, który jednakże, na czas ostrzeżony, zdołał umknąć do Sosnowca. (…)
Szpiegowanie Polaków, wykradanie aktów i papierów przez niemieckich tajnych ajentów przybrało takie rozmiary, że inżynier Dobrzycki zmuszonym został siedzibę swej działalności przenieść do Sosnowca. (…)
Minister przemysłu i handlu przeniósł z dniem 1 czerwca 1929 r. inż. Józefa Dobrzyckiego ze stanowiska inspektora przemysłowego w Katowicach na stanowisko radcy do Wydziału Przemysłowego Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi, a z dniem 30 kwietnia 1930 r. w stan spoczynku. Dalszych jego losów nie udało się ustalić.
Cały artykuł Romana Adlera pt. „Wielkopolanie dla Śląska. Bogusław i Józef Dobrzyccy herbu Leszczyc” znajduje się na s. 6 i 7 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł Romana Adlera pt. „Wielkopolanie dla Śląska. Bogusław i Józef Dobrzyccy herbu Leszczyc” na s. 6 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 53/2018
Dzięki niej znamy głosy uczestników Poznańskiego Czerwca’56 i Żołnierzy Wyklętych. Nagrywała ich wtedy, gdy jeszcze nikt się nimi nie interesował, a nazwa „Żołnierze Wyklęci” jeszcze nie była używana.
Jolanta Hajdasz, Barbara Miczko-Malcher
Barbara Miczko-Malcher o swojej pasji i związanych z nią doświadczeniach opowiada w rozmowie z Jolantą Hajdasz.
Jesteś tą dziennikarką, która pierwsza przygotowywała w Polskim Radiu audycje o Krwawym Czwartku. Jak powstawał ten pierwszy Twój reportaż na ten temat – „Kędy siew padnie zdrowy”?
Przygotowywałam go wspólnie z Agatą Ławniczak. To był pierwszy materiał na temat Czerwca, który został zaprezentowany publicznie i miał ogromną siłę rażenia. Był odtwarzany w Klubie Krąg na Łazarzu w 1981 r. Przyszła tak niesłychana ilość ludzi, że się nie mieścili w sali, zajmowali też całe schody. Po emisji reportażu ludzie zaczęli jeden przez drugiego zgłaszać się i opowiadać własne historie związane z Czerwcem. Niestety nikt tego nie zarejestrował. Ja po tym spotkaniu nagrałam trzy osoby, w tym lekarkę i matkę, która straciła swoje dziecko. Wtedy, w tym 1981 roku, weszłam w ten temat na zawsze.
Historycy potwierdzili, że zginęło wówczas 58 osób. Wiadomo jednak, że ofiar mogło być więcej, bo niektórzy ranni zmarli wskutek odniesionych ran. W dokumentach nie ma śladu po tym – w szpitalach wpisywano choroby, na które można po prostu umrzeć w łóżku.
Tak, ale tych pięćdziesiąt osiem osób jest w stu procentach potwierdzonych. Wśród nagrywanych przeze mnie uczestników zajść był także Stanisław Matyja, przywódca protestu. Opowiadał, jak to wyglądało od strony Cegielskiego, z punktu widzenia pracowników. Jak jechali do Warszawy, aby rozmawiać o niskich płacach i zawyżonych normach pracy. Matyja był niewysoki, niepozorny, ale miał ducha i wolę walki. (…)
A jaki on był, jak pamiętasz legendarnego dziś przywódcę buntu robotników?
Jestem radiowcem od ponad czterdziestu lat, więc zawsze odbieram ludzi poprzez to, jak i co mówią. Otóż dla mnie Matyja był niezwykły, mówił obrazowo, z ekspresją, może nie literacką polszczyzną, za to tak siarczystym językiem, podbarwionym złością, przeróżnymi emocjami, że to była uczta słuchać go i myśleć o tym, że buduje się fantastyczny, dokumentalny reportaż. (…)
Ty pierwsza opublikowałaś taśmy z tych procesów w Polskim Radiu, właśnie w reportażu „Broniłem Czerwca”. Skąd je wzięłaś? Wszyscy wiedzieli, że procesy były nagrywane, ale nikt nie mógł znaleźć taśm…
Nagrał je i przechował radiowiec Zenek Andrzejewski. To była niezwykła postać. On nagrywał po wojnie proces namiestnika Kraju Warty Artura Greisera, nagrywał (pod lufami karabinów) premiera Cyrankiewicza i jego słynne wystąpienie o odciętej ręce, Zenek zapisywał także procesy poznańskie. Był wybitnym radiowcem, który zawsze wyczuwał, gdzie ustawić mikrofon, by zebrać z sali najlepszy dźwięk. Wiele mnie nauczył. Procesy czerwcowe były nagrywane dla sądu. Fragmenty tych nagrań emitowano w radiu, ale Zenek zachował całość. On je skopiował, schował w archiwum Polskiego Radia w pudełku z opisem „muzyka ludowa”. Do dziś zachowały się tylko te kopie. Kiedy widział, jak w pocie czoła pracuję, uznał, że czas, aby nagrania wyszły z ukrycia.
Zdawałaś sobie sprawę z tego, jak ważne jest to, co robicie; czy bałaś się konsekwencji?
Nie. Ja się nie bałam, ale wiedziałam, że mogą mi po prostu nie wyemitować audycji. I tyle. Były tematy niewygodne, których lepiej było nie poruszać. W ludziach siedział strach, autocenzura, o pewnych rzeczy nie mówili głośno, nie mówili publicznie. Natomiast w domach się rozmawiało. W dziewięćdziesiątym roku nagrywałam więźniów politycznych Wronek. Dzisiaj nazywamy ich Żołnierzami Wyklętymi. Nagrywałam Ignacego Fatygę, który jako młodziutki chłopak stworzył leśny, harcerski oddział „Skrusz Kajdany”. Zapłacił za to straszną cenę. Wystarczy powiedzieć, że był przesłuchiwany na odwróconym stołku i okaleczony na całe życie. Kiedy rozmawialiśmy, poprosił, żebym nie podawała jego nazwiska. Na pytanie: dlaczego, odpowiedział: bo oni wszędzie jeszcze są!
Bo był przesłuchiwany przez UB, czy tak?
Tak. I tamten strach był uzasadniony i tkwił w nich cały czas. Oni wiedzieli, czym jest ta władza. Poznali niemoc i bezsilność wobec władców PRL-u. I stąd to gorzkie „oni wszędzie jeszcze są”. Miał sporo racji, widzimy to dziś wyraźnie. (…)
Jak byś podsumowała dziś swoją pracę? Czego ona Cię nauczyła, co jest w niej najważniejsze?
Sięganie do naszej historii. Przypominanie powstań, nawet tych, które się nie udały, ale te bohaterskie zrywy ratowały godność Polaków, pokazywały, że jest wielu takich, którzy w podobny sposób myślą. Byli trzej zaborcy, a potem był ten jeden duży zaborca, który nas przygniatał butem, i to przy pomocy polskich pomocników. Są rodziny, które mają w swojej powojennej historii przodków, którzy działali na rzecz komunistów, na rzecz okupanta – takiego nieczytelnego do końca, bo przecież Polska była niby wolna. Natomiast są rodziny, które mając większą świadomość, występując przeciwko temu rosyjskiemu, sowieckiemu okupantowi, płaciły za to ogromną cenę.
Przynależność do partii dawała przywileje. Pamiętam koleżankę z radia, której mąż pracował w Komitecie Wojewódzkim i byłam świadkiem jej telefonu do Komitetu. Pytała o futerko; zima była za pasem. Ja w tym czasie (jak większość Polaków) stałam na zmianę z mężem dzień i noc w kolejce, żeby kupić pralkę Franię, bo spodziewałam się dziecka. Więc to był ten podział. Jesteś z nami, masz wszystko. Masz sklepy za firankami, prawda? Nie jesteś z nami – tak wybrałaś czy wybrałeś.
A ci, którzy spędzili kawał życia w więzieniach, we Wronkach, w Rawiczu, zostali okaleczeni, unieszczęśliwieni na całe życie, dostali psie grosze i żadnej rekompensaty za swoją postawę i walkę. Powinni otrzymać sprawiedliwość chociaż teraz, po latach. Ważne jest mówienie o naszych polskich losach.
Cały wywiad Jolanty Hajdasz z Barbarą Miczko-Malcher pt. „Dziennikarka z pasją” znajduje się na s. 8 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Wywiad Jolanty Hajdasz z Barbarą Miczko-Malcher pt. „Dziennikarka z pasją” na s. 8 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 53/2018
„Ze złem należy walczyć. To nie zawsze jest możliwe bezpośrednio – ale zawsze można od zła odgraniczać się, nigdy w niczem mu nie dopomagać. Niech źli będą sami z sobą – a zajdą niedaleko!’
Tomasz Szczerbina
„Nigdy źli nie utworzą niczego bez pomocy dobrych”
Co może nam powiedzieć Feliks Koneczny w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości?
Feliks Koneczny urodził się 1 listopada 1862 roku w Krakowie; tu ukończył gimnazjum św. Jacka. W 1883 r. rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego: historię pod kierunkiem Stanisława Smolki i Michała Bobrzyńskiego, filozofię – Maurycego Straszewskiego. Jako pracownik Polskiej Akademii Umiejętności prowadził badania w archiwach watykańskich (1889–1890). W latach 1897–1919, pracując w Bibliotece Jagiellońskiej, jednocześnie prowadził działalność oświatową na Śląsku i w Galicji. Od 1919 roku pracował na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, w 1929 roku został pozbawiony katedry na tym uniwersytecie i przeniesiony na emeryturę. Przyczyną przeniesienia była krytyczna postawa Konecznego wobec metod sprawowania władzy przez ekipę sanacji rządzącą Polską po zamachu majowym. Od lat 30. mieszkał w Krakowie, gdzie zmarł 10 lutego 1949 roku. Został pochowany na krakowskim Cmentarzu Salwatorskim (kwatera SC7, rząd 10, grób 1).
Jego działalność naukowa koncentrowała się wokół historii średniowiecza Polski i Europy, a jak pisze Paweł Skrzydlewski, „historię jako naukę Koneczny pojmował jako typ poznania naukowego, którego naczelnym celem jest prawda; tak pojęta nauka historii jest rodzajem poznania nieodzownym dla właściwego rozwoju kultury. Historia to nauka o przeszłości człowieka, nauka, którą należy uprawiać obiektywnie i integralnie”. Feliks Koneczny był pionierem w polskiej historiografii w systematycznym opracowaniu dziejów Rosji oraz historii Śląska, w przypadku którego bezsprzecznie dowiódł polskości jego ziem.
Nauka o cywilizacji
Jednak najbardziej znany jest Koneczny ze stworzonej przez siebie nauki o cywilizacji (m. in. O wielości cywilizacyj, O ład w historii). Jest ona ukoronowaniem i syntezą jego badań nad ludzkimi dziejami.
Przez cywilizację (łac. civis – obywatel) rozumiał „metodę ustroju życia zbiorowego”, czyli metodę, według której żyje dana społeczność.
Zgodnie z tą definicją każda społeczność ludzka tworzy jakąś cywilizację. Obejmuje ona zarówno dorobek materialny, jak i duchowy. Potocznie jako cywilizację rozumie się tylko kulturę materialną, przez co „cywilizacją wyższą” będzie ta, która produkuje lepsze samochody, a „cywilizacją niższą” – produkująca samochody gorsze.
Według Feliksa Konecznego w historii ludzkości istniało dwadzieścia cywilizacji. Do dziś przetrwało ich siedem: łacińska, bizantyńska, turańska, żydowska, arabska, bramińska i chińska. Jeszcze za życia Konecznego zamierała cywilizacja tybetańska wypierana przez chińską. Każda z cywilizacji daje inną odpowiedź na pytanie: kim jest człowiek i jakie jest rozumienie spraw ludzkich, które są odbite w poglądach na moralność, wiedzę, zdrowie, majątek oraz harmonię tych czterech. Jest to tak zwany quincunx (pięciomian) cywilizacyjny. Gdy Koneczny pisał swoje prace, zauważył, że w Polsce i Europie są cztery cywilizacje: łacińska, bizantyńska, turańska i żydowska.
Europę zbudowała cywilizacja łacińska. Cywilizację tę stworzył Kościół katolicki, ale on sam nie wchodzi w jej strukturę. Gdyby Kościół wchodził w skład tej cywilizacji, byłaby ona cywilizacją sakralną, a taką jest cywilizacja bramińska i żydowska.
Cywilizację łacińską tworzą trzy formacje: filozofia realistyczna (Arystoteles, św. Tomasz z Akwinu), rzymskie prawo oraz kultura chrześcijańska. W cywilizacji łacińskiej – jak wyjaśnia Henryk Kiereś – miarą wszelkich działań społecznych jest dobro każdego konkretnego człowieka. Wyrasta ona z ludzkiego doświadczenia; jest otwarta na wszelką prawdę, życie społeczne w niej przypomina żywy organizm z jego samokontrolą i samonaprawą. Cywilizacja ta pracuje nad postępem w sferze urządzeń społecznych ułatwiających życie materialne. Ponadto cywilizacja łacińska jest etyczna, dobro w niej jest miarą samooceny moralnej i prawnej, a podmiotem życia społecznego są stany społeczne powiązane wspólnotą pracy. Uwzględnia ona naturalną religijność człowieka; jest społeczna, czyli celem – dobrem państwa – są urządzenia społeczne zabezpieczające edukację, pracę, opiekę socjalną itd.
Polityka, czyli roztropne realizowanie wspólnego dobra
Zgodnie z tradycją klasyczną ludzkie racjonalne działanie (kulturę) można podzielić na trzy części: 1) działalność poznawczą (gr. theoria), którego celem jest poznanie dla samego poznania, jest to cel klasycznie rozumianej nauki; 2) działalność moralną, praktyczną (gr. praxis), w której z kolei znajdują się sfery moralności osobistej (etyka), rodzinnej (ekonomika) i społecznej (polityka); 3) działalność wytwórczą (gr. poiesis), do której zalicza się rzemiosło, technikę, wszelkie sztuki.
Klasycznie rozumiana polityka jest w praxis, części moralno-praktycznej, i dlatego Mieczysław A. Krąpiec OP zdefiniował ją jako „roztropne realizowanie wspólnego dobra”. Słowo polityka pochodzi od greckiego polidzein oznaczającego ‘budowanie murów miasta’, w obrębie których rozwija się polis, czyli miejska społeczność. Roztropność to „należyta umiejętność postępowania” (św. Tomasz z Akwinu), przezorny wybór. Natomiast dobro to motyw działania, „cel wszelkiego dążenia” (Arystoteles). Dobrem wspólnym w społeczności ludzkiej jest życie każdego konkretnego człowieka, które każdy żyjący człowiek posiada i o które się troszczy. Dlatego dobro wspólne nie jest ideą czy abstrakcyjnym pojęciem. W państwie cywilizacji łacińskiej polityka jest przyporządkowana dobru każdego człowieka: Anny, Jana itd. Paweł Skrzydlewski dodaje, że w cywilizacji łacińskiej to „człowiek jest suwerenem, podmiotem działań politycznych, które kierowane są dobrem moralnym obywateli. Państwo występuje jako narzędzie i środek do rozwoju człowieka”.
Nowożytne zamieszanie
Żyjący w czasach renesansu Niccolo Machiavelli (1469–1527), sekretarz drugiej kancelarii Republiki Florenckiej, przeniósł politykę ze sfery praxis do poiesis, czyli ze sfery moralności do sztuki. Uczynił ją „sztuką zdobycia i utrzymania władzy” (Henryk Kiereś). Polityk musi władzę zdobyć i za wszelką cenę utrzymać, a najlepiej, żeby ją jeszcze poszerzył. Rządzeni ludzie, jak pisał w Księciu Machiavelli, są „niewdzięczni, zmienni, kłamliwi”, są dla niego – mówiąc językiem XX wieku – „nawozem historii”. Dlatego władca nie powinien oglądać się na nich ani na moralność, tylko realizować jemu znane cele państwa. Machiavelli dodaje, że „książę powinien budzić strach w taki sposób, by jeżeli nie może pozyskać miłości, uniknął przynajmniej nienawiści”, a kiedy władca „ma pod swą władzą mnóstwo żołnierzy, wtedy w ogóle jest konieczną rzeczą, by nic nie robił sobie z opinii okrutnego”.
Czy jesteśmy skazani na polityków kierujących się w polityce makiaweliczną zasadą „cel uświęca środki”? W opublikowanym w maju 1931 roku na łamach „Myśli Narodowej” artykule Tło polityczne renesansu włoskiego Feliks Koneczny zauważył, że „ludzie złej woli nie wytworzą nigdy niczego na dłuższą notę, jeżeli nie uzyskają poparcia od osób dobrej woli, zbałamuconych, uwiedzionych w służbę zła.
Bezsilne jest zło w życiu zbiorowem, dopóki nie urządzi z siebie imitacji dobra, ażeby móc wyłudzić współpracę obywateli pragnących dobra. Dlatego to w życiu zbiorowem głupota (a choćby tylko naiwność) jest gorsza od samego zła, nie byłoby bowiem zła w życiu publicznem, gdyby nie znajdowało oparcia pomiędzy dobrymi, gdyby nie było przejmowane w najlepszej myśli.
Fakt ten uzupełnia się logicznie innym: Zło urządza zawsze imitację dobra. Niema takiego sobka w życiu publicznem, któryby nie udawał ofiarnika; niema takiego gwałtownika, któryby nie chciał uchodzić za szafarza wyższej sprawiedliwości. Zdzierstwo, bezprawie, terror, każą się uważać za opatrznościowe zarządzenia, a powodzenie ich zależy od tego, czy imitacja się uda. Jest w człowieku jakiś „mus”, zniewalający nadawać złu pozory dobra, stanowi to zagadkowy zaiste hołd, składany dobru przez złych. Gdyby np. opanowali jakieś społeczeństwo truciciele i zbóje…”
Społeczeństwem opanowanym przez „trucicieli i zbójów” były Włochy w okresie renesansu (XIV–XVI wiek). Były to czasy kondotierów, czyli dowódców prywatnych wojsk, którzy pozostawali w służbie książąt. Jak zauważa Koneczny – pomimo rozwoju malarstwa (Tycjan), literatury (Petrarka), czy architektury (Michał Anioł) – „co za nędza polityczna!” i dodaje, że „polityka we Włoszech była wykolejona – i wykoleiła naród włoski pomimo tylu i tak wielkich artystów!” Jak już powiedziano powyżej, polityka powinna być częścią moralności i dlatego Koneczny dodaje, że „polityka należy do pełni rozwoju moralnego narodu, wcale nie mniej od literatury i sztuki! Zwycięstwo polityki kondotjersko książęcej przyprawiło Włochy o utratę niepodległości, o najazdy »barbarzyńców«, o ciągłe rozbiory Włoch między książąt, uważających Włochy jedynie za pojęcie geograficzne”. Czy dzisiejsza Polska nie jest politycznie rozdarta pomiędzy walczących „książąt” i czy ta walka nie doprowadzi do utraty suwerenności i niepodległości?
Źli potrzebują dobrych
Feliks Koneczny posługuje się klasyczną definicją zła jako braku doskonałości i dobra w bycie. Człowiek zły to ten, któremu brak elementów doskonałościowych. Dlatego „nigdy źli niczego nie utworzą bez pomocy dobrych, więc odkąd dobrzy wycofują się z przedsionków zła, zło musi upaść. Nie da się też z dziejów renesansu włoskiego wysnuwać wniosku, że jakakolwiek siła, skoro tylko istnieje, musi stać się przedmiotem zabiegów politycznych dla dobra kraju. Historja Włoch świadczy przeciwko temu zabobonowi politycznemu. Popierając zbrodniarzy kondotjerskich, wpędzono Włochy w bagno. Od wszystkich tych książąt nie wyszła nigdy, ani razu, żadna a żadna myśl polityczna, związana z dobrem Włoch!”.
W setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości można zapytać: czy walczący po 1989 roku „książęta” myślą o polityce jako roztropnej trosce o dobro wspólne, czy tylko jako o sztuce zdobycia władzy – dodajmy – w najbliższych wyborach?
Podsumowując: Koneczny pisze, że Włochy „odrodziły się społecznie i państwowo dopiero wtedy, gdy zło przestało doznawać pomocy od mężów cnotliwych i rozumnych, gdy ci wyleczyli się ze straszliwego złudzenia, jakoby każda siła dała się użyć do dobra za pomocą odpowiednich zabiegów. Okazało się to… głupotą”. Zgodnie z ewangelicznym „zło dobrem zwyciężaj”, Koneczny dodaje, że „należy się w życiu publicznem ograniczać do współdziałania tylko z ludźmi dobrej woli. Ze złem należy walczyć. To nie zawsze jest możliwe bezpośrednio – ale zawsze można od zła odgraniczać się, nigdy w niczem mu nie dopomagać. Niech źli będą sami z sobą – a zajdą niedaleko!”
Artykuł Tomasza Szczerbiny pt. „Nigdy źli nie utworzą niczego bez pomocy dobrych” znajduje się na s. 9 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł Tomasza Szczerbiny pt. „Nigdy źli nie utworzą niczego bez pomocy dobrych” na s. 9 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018
Latem 1946 r. ziemia na zbiorowych mogiłach opadła, ukazały się fragmenty zwłok; przykryto je dodatkową warstwą ziemi. W latach 60. na zbiorową mogiłę w dawnej żwirowni zaczęto wywozić śmieci.
Tadeusz Loster
Pod koniec lat 70. XX w. teren, na którym była zbiorowa mogiła ponad 3000 ofiar, oddano gliwickiemu przedsiębiorstwu Biuro Sprzedaży Pomp i Armatury Przemysłowej w celu wybudowania magazynów pokaźnych rozmiarów wraz z bocznicą kolejową. Pracownicy przedsiębiorstwa, którym w czynie społecznym urządzano „subotniki”, porządkując teren pod przyszły magazyn natrafili na szczątki ludzkie. Jeden z nich porobił zdjęcia i zaczął dociekać prawdy, obnosząc fotografie wśród znajomych, mieszkańców Toszka, a nawet trafił do władz miasteczka.
Dociekliwemu „detektywowi” nie udzielili informacji nawet starzy mieszkańcy Toszka zatrudnieni w BSPiAP w Gliwicach. Wezwany przez milicję, „zobowiązany” został do milczenia oraz zmiany miejsca pracy i zamieszkania.
Zmowa milczenia została przerwana w grudniu 1989 r., kiedy to dwóch mieszkańców Toszka – Karol Dworaczek i Andrzej Podkowa nadali sprawie oficjalny rozgłos, prosząc władze lokalne oraz IPN w Katowicach o zbadanie sprawy. Inicjatywę poparł wikary, ks. Piotr Faliński. Wspólnie złożono oświadczenie, że na terenie Toszka znajduje się zbiorowa mogiła, w której pochowano ok. 3 – 3,5 tys. ofiar obozu NKWD.
Szpital psychiatryczny w Toszku – gułag Toszek | Fot. T. Loster
Czynności sprawdzające podjęła prokuratura Rejonowa w Gliwicach, prowadząc rozmowy z mieszkańcami Toszka oraz dokonując wizji lokalnej miejsca pochówku ofiar. Przesłuchano również 15 świadków – więźniów, którzy przeżyli obóz i mieszkali na terenie Niemiec. W ramach śledztwa prokuratorzy OKBZpNP IPN w Katowicach zwrócili się do Archiwum Państwowego Federacji Rosyjskiej w Moskwie oraz Centrum Przechowywania Zbiorów Historyczno-Dokumentalnych w Moskwie. W obu przypadkach otrzymano odpowiedź, że w dokumentach NKWD ZSRR brak jest akt dotyczących obozu w Toszku. Prawie identyczną odpowiedź przysłała Prokuratura Generalna Federacji Rosyjskiej –
Naczelna Prokuratura Wojskowa.
W styczniu 1999 r. Prokuratura Rejonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo, pisząc w uzasadnieniu: „Prowadzone czynności nie doprowadziły do ustalenia tożsamości sprawców tych czynów”. (…)
Infrastruktura szpitala w Toszku już w połowie lutego 1945 r. została wykorzystana przez bolszewickie NKWD do gromadzenia internowanych – niemieckiej siły roboczej przeznaczonej do sowieckich batalionów pracy. W czerwcu 1945 r. został „powołany do życia” Gułag – Łagier Toszek. (…)
Powstanie obozu NKWD w Toszku było elementem zakrojonej na szeroką skalę akcji czystek politycznych i represji wobec faktycznych lub wyimaginowanych wrogów Kraju Rad z obszarów zajętych przez Armię Czerwoną. (…)
Pierwsi więźniowie trafili do Gułagu Toszek 15 i 25 czerwca 1945 r. – około 1,2 tys. Niemców z więzienia w Bytomiu, volksdeutsche z Polski i Czechosłowacji oraz blisko 750 osób z Wrocławia. Znajdowali się wśród nich również Polacy – żołnierz AK z Kielc Mieczysław Kubala oraz adwokat z Krakowa Tadeusz Kuryłło. Więźniów z Bytomia pędzono piechotą przez Miechowice, Rokitnicę, Pyskowice do Toszka.
Tablica informacyjna przy ul. Wielowiejskiej | Fot. T. Loster
„W Bytomiu przebywałem do czerwca 1945 r. (relacja Mieczysława Kubali). Pewnej niedzieli ja i Chmielowski zostaliśmy zabrani z celi i dołączeni do kolumny ok 1 tys. więźniów, których przeprowadzono do więzienia w Toszku. Kiedy przechodziliśmy przez jakąś miejscowość, mieszkańcy zaczęli nam rzucać chleb z wysokości pierwszego piętra, lecz wtedy konwojujący nas Rosjanie zaczęli do nich strzelać. Po drodze do Toszka często słyszałem strzały i jak się później dowiedziałem z plotek, konwojenci zabili kilkunastu więźniów, którzy opóźniali tempo marszu. Wkrótce po osadzeniu w byłym szpitalu psychiatrycznym ja i Chmielowski zostaliśmy poprowadzeni na przesłuchanie. W pokoju było kilku oficerów rosyjskich, prawdopodobnie niektórzy byli pijani. Kiedy Chmielowski zaprzeczał, że jest Rosjaninem, został pobity do nieprzytomności przez jednego z oficerów. Na moją prośbę wynieśli go sanitariusze, chyba do izby chorych. Zostałem przeprowadzony do sali, w której było łącznie 140 osób. Byli tam Niemcy, Polacy i
Ślązacy”. (…)
Krzyż drewniany z 1991 r. | Fot. T. Loster
W dniach od 26 czerwca do 27 lipca przywieziono do Toszka trzema dużymi transportami z więzienia w Bautzen (Budziszyna), zwanego „Gelbes Elend” („Żółta Nędza”), około 3600 więźniów. Byli to mieszkańcy Saksonii oraz innych wschodnich części Niemiec zajętych przez Armię Czerwoną. Więźniowie stanowili elitę różnych zawodów. Byli wśród nich rzemieślnicy, inżynierowie, lekarze, weterynarze, aptekarze, a nawet artyści. Według wspomnień mieszkańca Toszka, Huberta Zieglera, pracującego w obozie, „byli to wszystko ludzie z wyższym wykształceniem (…) inżynierowie, urzędnicy”. (…)
Według niektórych relacji oraz zeznań do obozu w Toszku trafiło 18, według innej relacji 20, a nawet 38 żołnierzy AK. Po kilku dniach pobytu zostali przetransportowani w nieznanym kierunku. Podobno obawiali się, że zostaną rozstrzelani. Według relacji ocalałego więźnia, Georga Kukowki, AK-owcy zostali rozstrzelani. W obozie przebywało również około 30 kobiet z Saksonii, które wykonywały prace w kuchni oraz sprzątały. Ogólna liczba osadzonych w Gułagu Toszek wynosiła od 4,6 tys. do 5 tys. osób. Więźniowie umieszczeni byli w głównym budynku obecnego szpitala, w dużych salach, spali na podłodze. Było tak ciasno, że aby obrócić się na drugi bok, musiał obrócić się cały rząd. (…)
Najgorsze dni przeżywali więźniowie, kiedy pijani strażnicy „chcieli się zabawić”. W sierpniu ’45 r. pijani strażnicy kazali połykać żywe żaby i polne myszy pracującym na polu więźniom. Tym, którzy wymiotowali i nie potrafili połknąć, wpychano je do gardła za pomocą bagnetów. Towarzyszyły temu bicie i krzyki. Wynikiem tej „zabawy” była śmierć 24 więźniów, a 14 trafiło do szpitala. Jedną z kar było osadzenie w karcerze bez wyżywienia. W piwnicach budynków urządzano wyścigi. Koniem był więzień kłusujący na czworakach, który na plecach wiózł drugiego więźnia – jeźdźca. Takie „wyścigowe” pary ścigały się popędzane przez strażników pejczami, aż do czasu utraty przytomności przez „konia”. (…)
Głaz upamiętniający ofiary obozu NKWD w Toszku | Fot. T. Loster
Rozwiązanie i likwidacja obozu nastąpiła pod koniec listopada 1945 r. W tym czasie w obozie pozostało żywych około 1 tys. więźniów. Blisko 100 więźniów zostało zwolnionych do domu, a około 1000 odesłano do obozu NKWD w Grudziądzu. (…)
Zmowa milczenia osłaniająca tajemnicę Gułagu Toszek pękła dopiero, kiedy po 45 latach przy płocie magazynu BSPiAP w Toszku w pobliżu ul. Wielowiejskiej blisko cmentarza żydowskiego został postawiony drewniany krzyż. (…) Nie ma śladu, by obecnie mogiłami interesowały się władze Niemiec, ani aby jakiś przedstawiciel władz niemieckich uczestniczył w uroczystościach w 1991 r. oraz w 1997 r., by uczcić męczeństwo swoich obywateli
Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „Gułag Toszek” znajduje się na s. 10 i 11 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.
Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Gułag Toszek” na s. 10–11 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 53/2018