Hasło: Nikt ci nie da tyle, ile Donald Tusk ci obieca zostało przejęte przez PiS/ Jan A. Kowalski, „Kurier WNET” 54/2018

Na rok przed najważniejszymi wyborami widać, że obóz Dobrej Zmiany zakiwał się w wewnętrznych problemach personalnych. Brakuje mu zaś wizji przebudowy państwa z postkomunistycznego na obywatelskie.

Jan A. Kowalski

Wszyscy przeciwko Prawu i Sprawiedliwości

Krajobraz po wyborach samorządowych

35 do 65. Taki jest rzeczywisty wynik ostatnich wyborów samorządowych, przynajmniej w dużych i średnich miastach. I ten wynik, wbrew rządowej propagandzie, jest klęską obozu Dobrej Zmiany. Nie pomogło Mateusza Morawieckiego bezceremonialne potrząsanie przedwyborczą sakiewką. Spragniona kasy kasta samorządowa i jej klientela wyborcza zaufała jednak europejskiej retoryce Koalicji Obywatelskiej. Pomimo zatem zdobycia sześciu sejmików wojewódzkich (wliczając w to skonfliktowane wewnętrznie Podlasie) i większościowej koalicji w kolejnych dwóch, obóz Dobrej Zmiany poniósł wizerunkową klęskę. Klęskę, która może się przełożyć na wyniki kolejnych wyborów, a zwłaszcza parlamentarnych i prezydenckich.

Jak wielokrotnie pisałem, Polska potrzebuje jeszcze jednej kadencji rządowo-prezydenckiej Prawa i Sprawiedliwości, żeby oczyścić się z patologicznego systemu Okrągłego Stołu. Z III RP zorganizowanej i zarządzanej przez Kiszczakowe oficerskie dzieci. Dlatego ten wynik napawa mnie niepokojem. Zatem zastanówmy się, co poszło nie tak.

Można minimalnie wygrać lub tylko minimalnie przegrać, chociaż na 4 lub 5 lat po prostu wygrywa się lub przegrywa. Porażka Patryka Jakiego w Warszawie i Małgorzaty Wassermann w Krakowie to modelowy przykład klęski na życzenie.

Patryk Jaki przeszedł samego siebie. Na dwa tygodnie przed wyborami oznajmił swoim zwolennikom, że wbrew dotychczasowym deklaracjom, nie wyznaje żadnych wartości. A jedyną sprężyną jego aktywności politycznej, w tym przewodniczenia komisji śledczej, jest żądza zdobycia władzy. Pokazał, że może przytulić każdego tęczowego geja lub lesbę i ukochać dziecko z probówki jak swoje. Dla władzy, panie, dla władzy. Gdybym był odrobinę tradycyjnym warszawiakiem, w życiu bym na niego nie zagłosował. I warszawiacy nie zagłosowali.

A Małgorzata Wassermann po co startowała na prezydenta? Czyżby już nie chciała wyjaśnić afery Amber Gold w sejmowej komisji, której jest przewodniczącą? Czy może, wzorem klasyka, są w Małgorzacie Wassermann dwie osobowości? Jedna chce wyjaśnić, w jaki sposób oszukano ludzi i kto tego dokonał, a druga ma to gdzieś i chce zostać prezydentem jakiegoś miasta (wybaczcie, krakusy). To samo zresztą dotyczy Jakiego (wybaczcie, warszawiacy).

Wniosek z tych dwóch klasycznych porażek jest smutny, o ile wniosek może taki być. Prawo i Sprawiedliwość wróciło do swojego starego programu, który doprowadził tę partię do klęski roku 2007: stworzenia dostatecznie wiarygodnej politycznej bajki, sorry: narracji, którą ciemny lud kupi. Tak jakby dalej, pomimo niegdysiejszej porażki, ideologami Partii byli Michał Kamiński, Adam Bielan i „bulterier” Jacek Kurski. Nie wiem, jakie nazwiska noszą obecni spindoktorzy, kierunek jest ten sam: my w Centrali wiemy, a reszta, czyli ciemny lud i lokalni działacze, ma słuchać i wykonywać polecenia.

Prawo i Sprawiedliwość przegrało też, o zgrozo!, swoje tradycyjne bastiony: Suwałki, a zwłaszcza Przemyśl i Nowy Sącz.

Z tego samego powodu jak powyżej i widocznego dla każdego mieszkańca klasycznego nepotyzmu. Ogłoszono wyborcom, że najlepszymi kandydatami są osoby blisko spokrewnione z politykami Obozu, na przykład syn albo żona, której nawet na plakacie wyborczym z samym Prezesem (Nowy Sącz) nie udało się wykreować na osobę odrobinę przynajmniej myślącą.

Zatem obóz Dobrej Zmiany dokonał jednego. Skutecznie przekonał wyborców, że nie jest żadną nowością w polskiej polityce. Że trapią go dokładnie te same choroby, co poprzedników. Niestety, takie przekonanie przy okazji następnych wyborów może doprowadzić obóz reform do klęski. Co byłoby, niestety, równoznaczne z klęską naszego państwa. Bo oznaczałoby powrót do władzy grupy zarządzającej III RP wraz z jej ekspozyturą polityczną.

Pamiętacie to hasło: nikt ci nie da tyle, ile Donald Tusk ci obieca? Również to hasło zostało przejęte przez Prawo i Sprawiedliwość, na przykład w osobie ministra Ardanowskiego (i kilku innych). Co obiecał minister rolnictwa? Szybką nowelizację ustawy o ustroju rolnym, która w durny sposób zablokowała sprzedaż najmniejszych nieużytków; od roku gotowy projekt leży w komisji sejmowej i nic. Obiecał szybki skup interwencyjny jabłek po cenie 25 groszy za kilogram… i nic, ani kilogram nie został kupiony. Minister Ardanowski obiecuje wszystko i na drugi dzień już o tym nie pamięta. Dzięki takim pozorowanym działaniom Prawo i Sprawiedliwość straci poparcie wsi, a potem będzie miało inteligenckie pretensje do wieśniaków za niewdzięczność.

Na rok przed najważniejszymi wyborami widać wyraźnie, że obóz Dobrej Zmiany zakiwał się w wewnętrznych problemach personalnych. Brakuje mu natomiast wizji przebudowy państwa z zastanego postkomunistycznego na obywatelskie.

Widać też, że ta inteligencka, żoliborska partia, wykreowana kiedyś przez media na „zawsze-opozycję”, a osaczona przez lokalne sitwy, mianowane później Prawem i Sprawiedliwością, nie jest w żaden sposób zainteresowana budową szerokiego, obywatelskiego obozu reform.

Bo musiałaby wtedy podzielić się władzą z obywatelami. Przeciwko czemu najbardziej oponują właśnie lokalni działacze, którym władza kojarzy się jednoznacznie z kasą – nie pytajcie mnie dlaczego.

Wiem, bardzo smutne to wszystko, co napisałem. Zdecydowanie smutne dla mnie samego. Dla człowieka, który jest żywotnie zainteresowany jeszcze jedną kadencją rządów Prawa i Sprawiedliwości i Andrzeja Dudy. Po to, żeby nie powrócił na polską scenę koszmar minionych lat, koszmar III RP. I po to, żeby nasz mentalny obóz zwolenników V Rzeczypospolitej mógł urosnąć w liczącą się siłę.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wszyscy przeciwko Prawu i Sprawiedliwości” znajduje się na s. 4 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wszyscy przeciwko Prawu i Sprawiedliwości” na s. 4 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Znów te same osoby na tych samych stanowiskach. Poznaniacy chyba zatracili instynkt nowatorstwa, którym się tak szczycą

Słowo to przyszło mi na myśl w kontekście powyborczych podsumowań, koalicyjnych rozmów, ślubowań składanych przez (nowo) wybranych prezydentów, burmistrzów i wójtów. Gdzie tu modna dziś innowacja?

Małgorzata Szewczyk

Innowacyjność. To słowo odmieniane jest dziś przez wszystkie przypadki. Wystarczy wpisać je w wyszukiwarkę, by przekonać się, że pojawia się w różnych kontekstach i znajduje zastosowanie w dziesiątkach dziedzin. Dziś wszystko ma być „innowacyjne” – pomysł, projekt, firma, gospodarka, technologia, marketing, usługi, ba, nawet wojsko.

Nowatorstwa, bo to właśnie oznacza słowo ‘innowacyjność’, żąda się od pracowników, pracodawców, technologów, redaktorów, od młodzieży itd. Każda innowacyjna firma wymaga innowacyjnych liderów, którzy coś ulepszą, wprowadzą nową jakość czy zainicjują stworzenie nowych procedur, produktu czy projektu. Eksperci przekonują, że innowacyjność i kreatywność są szczególnie pożądane dla utrzymania wysokiego tempa rozwoju przedsiębiorstwa, regionu, a nawet szerzej – kraju.

Słowo to przyszło mi na myśl w kontekście powyborczych podsumowań, koalicyjnych rozmów, pierwszych sesji rad miasta, gmin i powiatów, ślubowań składanych przez (nowo) wybranych prezydentów, burmistrzów i wójtów. Nie trzeba daleko szukać, w końcu mieszkamy w Wielkopolsce, a tutaj… Czytam w mediach: „Jan Grabkowski z PO ponownie starostą poznańskim (Radio Poznań); „Marek Woźniak z PO ponownie marszałkiem” („Głos Wielkopolski”), „Grzegorz Ganowicz został przewodniczącym rady miasta na kolejną kadencję” („Gazeta Poznań”), „Jacek Jaśkowiak ponownie prezydentem Poznania” (portalsamorzadowy.pl).

Gdzie tu modna dziś innowacja? Te same osoby na tych samych stanowiskach, od lat. Czyżby poznaniacy zatracili instynkt nowatorstwa, którym się tak szczycą?

Chyba że zmiana dwóch nowych zastępców (starego) prezydenta ma stanowić innowacyjność? A może po prostu wolą status quo na stanowiskach liderów? Co tam korki, rozkopane na zimę newralgiczne mosty i ronda, ciągnące się inwestycje, wyludniające się centrum miasta, ziejące pustką lokale sklepowe w reprezentacyjnych punktach Poznania… Co tam projekt budżetu miasta na 2019 rok, zakładający wzrost wydatków i deficytu, prawie dwa miliardy zadłużenia. Grunt, że panowie z namaszczeniem malują nowe czerwone pasy. Będą (drogie) drogi rowerowe. Ale przynajmniej one będą nowe.

Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Instynkt innowacyjności” znajduje się na s. 2 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

 

Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Instynkt innowacyjności” na s. 2 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy niemieccy dziennikarze mają belkę w oku? Liberalny świat broni wolnych mediów w Polsce, a sam takich nie ma

Poufnych spotkań między politykami a mediami w Niemczech jest wiele, a powiązania znanych wydawców gazet (Axel Springer) czy tytułów (FAZ) z politykami najwyższego szczebla są oczywiste.

Jan Bogatko

Liberalny świat broni wolnych mediów w Polsce. Tymczasem sam pożegnał się już dawno z wolnością. Ale konsument mediów tego nie wie, bo innych niemal nie zna.

Reporterzy bez granic, Reporter ohne Grenzen, to niemiecka sekcja Reporters sans frontières, organizacji pozarządowej o wysokim statusie doradcy Rady Europy, Rady Praw Człowieka ONZ oraz UNESCO. Nie muszę dodawać, że jest to organizacja liberalna, to znaczy mocno zideologizowana pod wpływem europejskiej rewolucji ’68. (…)

Ranking Reporterów bez Granic ma dla odbiorców niepodatnych na ideologiczne pranie mózgów niewielką wartość poznawczą; to pozycja z gatunku Biblioteczka komsomolca.

Oceniając wysoko wolność wypowiedzi w niemieckich mediach, ściąga on na siebie krytykę ze strony na przykład dość poważnej szwajcarskiej gazety „Neue Zürcher Zeitung” (jak we wrześniu 2015 roku): „Niemieckie media, z nielicznymi wyjątkami, prześcigają się w konkurencji zabiegania o empatię i na polu euforii Wellcome, ulegając moralnej i emocjonalnej ekstazie bez zastanowienia się nad tym, jaki przesyt wywołuje to u czytelnika”. (…)

Czy niemieccy dziennikarze mieli belkę w oku? Zastrzegam się: to nie ja stawiam to prowokacyjne pytanie. Wyręcza mnie fundacja Otto Brenner Stiftung (należąca do socjalistycznego związku zawodowego metalowców, IG Metall). (…) Cytat z informacji dla prasy na oficjalnej stronie fundacji Otto Brenner Stiftung: „Główna diagnoza mediokrytycznej, pionierskiej pracy sprowadza się do stwierdzenia, że dziennikarze wypadli ze swej zawodowej roli i zaniedbali oświatową funkcję mediów”. Dalej czytam o raporcie Hallera w informacji OBS: „Zamiast jako neutralny obserwator polityki i jej instrumentów wykonawczych jej krytycznie towarzyszyć i zadawać pytania, informacyjne dziennikarstwo przejęło punkt widzenia i hasła elity politycznej”.

Zatem wolne media w Niemczech? Wolne żarty, ciśnie się na usta. (…)

Tego, że Niemcy potrafią też pisać prawdę, dowiadujemy się dzięki takim tekstom, jak Viktorii Samp z portalu kath.net. Ale wymaga to odwagi. Tekst Samp rozprawia się z kłamliwymi relacjami głównych mediów niemieckich na temat Polski. Co media mówią o Marszu Niepodległości w Polsce to tytuł artykułu. A w podtytule: Faszyści, neonaziści, skrajna prawica, antysemici, a jak to było naprawdę?. Samp pisze o ćwierćmilionowej rzeszy uczestników Marszu. O dzieciach, starszych ludziach, kobietach; „także zakonnice, księża, ludzie na wózkach inwalidzkich, cudzoziemcy i Żydzi byli wśród nich”. Miłość do narodu oznacza miłość do własnego kraju, nie wykluczając mieszkańców innych narodowości, jak to określił Jan Paweł II, pisze dziennikarka, tłumacząc, dlaczego kosmopolita mniej się będzie troszczył o dobro jednostki od patrioty. I wyjaśnia, że patriotyzm często myli się w Niemczech z niezdrowym nacjonalizmem i nienawiścią do obcych. „Tymczasem zdrowy patriotyzm to przede wszystkim przejęcie odpowiedzialności za przyszłe pokolenia” – zauważa Viktoria Samp.

Cały felieton Jana Bogatki pt. „Za Nysą. Wolne media? Wolne żartyˮ – jak co miesiąc, na stronie „Wolna Europa” „Kuriera WNET”, nr grudniowy 54/2018, s. 3.


Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku WNET na wnet.fm.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Felieton Jana Bogatki pt. „Za Nysą. Wolne media? Wolne żarty” na s. 3 „Wolna Europa” grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Powieść o transformacji. Zderzenie marzeń o kapitalizmie z rzeczywistością. Historia opowiedziana przez jej uczestnika

Te wydarzenia mamy wciąż w pamięci – przemiany ustrojowe, podczas których zostaliśmy „ograni” nie tylko przez wszystkich, po których należało się tego spodziewać, ale i przez tych, którym zaufaliśmy.

Magdalena Słoniowska

Kanwą utworu stała się historia sprzedaży Polakom przez koncern Fiat licencji na cinquecento, a następnie zakupienia przez Włochów Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej. Historię rokowań, ich szczegółowy przebieg czyta się jak kryminał. Śledzimy przebieg rozmów, zachowanie postaci reprezentujących obie strony rozmów, niekompetencję, beztroskę, cynizm i brak kultury przedstawicieli strony polskiej, przebiegłość Włochów, górujących wiedzą i doświadczeniem nad polskimi aparatczykami partyjnymi występującymi w nieswojej roli specjalistów od negocjacji biznesowych.

Krok po kroku odbywa się przejmowanie fabryki przez włoską firmę, czemu nie można przyglądać się bez emocji. Nie tylko dlatego, że zostało to zajmująco przedstawione, ale przede wszystkim z tego powodu, że są to wydarzenia widziane oczami ich rzeczywistych uczestników, ukrytych pod postaciami bohaterów powieści. Nazwiska niektórych z nich łatwo rozszyfrować.

Na przykładzie sprzedaży Fabryki Aut obserwujemy wkraczanie do Polski kapitalizmu, tak wytęsknionego i wyidealizowanego przez nasze społeczeństwo, a który okazał się tak daleki od wyobrażeń, jakie mieli na jego temat Polacy, oddzieleni żelazną kurtyną od zachodniego świata.

Następuje zderzenie marzeń z rzeczywistością. Powieść pokazuje, do jakiego stopnia oczekiwania milionów członków Solidarności okazały się naiwnością, a przez lata komunizmu karmiliśmy się złudzeniami. Okazuje się, że nowi, europejscy właściciele polskiego zakładu chcą tylko i wyłącznie zarabiać na nas pieniądze. Organizacja pracy może się i poprawia, ale pracownicy są traktowani przedmiotowo w większym jeszcze stopniu niż za komuny, nagradzane jest donosicielstwo, Solidarność – konsekwentnie marginalizowana. Nawet francuskie związki zawodowe, do których zwracają się przedstawiciele zakładowej Solidarności, tak skutecznie walczące o swoich pracowników, odsyłają Polaków z kwitkiem. (…)

Nastroje w powieści zmieniają się jak w kalejdoskopie, podobnie jak zwroty akcji. Nocne czuwanie w kolejce po pralkę, obiad we włoskiej stołówce pracowniczej, omawianie przez towarzyszy z najściślejszej góry PZPR odnowy swojego wizerunku czy proces doboru współpracowników-donosicieli przez włoskich właścicieli fabryki i wiele innych epizodów jest przedstawionych z często finezyjnym humorem. Humor przewija się zresztą przez całą powieść, jest obecny nawet w opisach dramatycznych wydarzeń, choćby takich jak strajk w Tychach.

Poczucie humoru zawsze pomagało Polakom przetrwać, spojrzeć z dystansem na siebie i własną historię. Jeszcze większość z nas ma tę historię w pamięci – zarówno okres socjalis­tycznej niedoli i niedostatku, jak i przemiany ustrojowe, podczas których społeczeństwo zostało „ograne” nie tylko przez wszystkich, po których należało się tego spodziewać, ale i przez tych, którym niemal bezgranicznie zaufało. Tak też zostało to przedstawione przez Rajmunda Pollaka.

Znajdujemy powagę i patos w sytuacjach, które tego wymagają, jednak nad wszystkim góruje poczucie humoru, które nie przeszkadza trzeźwemu spojrzeniu na rzeczywistość, a wręcz jest jego świadectwem. (…)

Powieść jest reprezentatywna dla pokolenia, które zakosztowało życia w komunie, należało do Solidarności i stworzyło etos – i wierzyło w niego – w którym było miejsce na prawdę, wolność, solidarność, sprawiedliwość i poczucie bezpieczeństwa. W pewien sposób jest głosem dzieci i wnuków tych, o których pisał Piotr Semka w My, reakcja – i którzy nadal są „reakcją”, i znowu nie mają swojego miejsca, są spychani na margines jako ci, których poglądy łatwo określić jako nieracjonalne, idealistyczne, czasem śmieszne.

Wiele osób znajdzie w książce Rajmunda Pollaka swoje wspomnienia, emocje i postawy. Innym pomoże zrozumieć sposób myślenia pokolenia Solidarności. A na pewno nikt nie będzie się nudził podczas lektury.

Rajmund Pollak, Capo z licencją. Cena odwagi cywilnej, Editions Spotkania, Warszawa 2018

Cały artykuł Magdaleny Słoniowskiej pt. „Capo z licencją. Powieść o najnowszej historii Polski” znajduje się na s. 16 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Magdaleny Słoniowskiej pt. „Capo z licencją. Powieść o najnowszej historii Polski” na s. 16 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wyspa ma znów stać się wyspą. Po miesiącach negocjacji ministrowie brytyjscy zadekretowali rozwód z Unią Europejską

Ten rozwód nie bardzo zdumiewał, dziwne było raczej małżeństwo, bardziej jeszcze niż stadło prezydenta Francji. Wielką Brytanię z kontynentem łączy i łączyło niewiele, lecz bardzo wiele dzieli.

Piotr Witt

Anglicy nigdy nie uznali systemu dziesiętnego. Liczą pieniądze w pensach i funtach, a wielkie sumy w gwineach. Odległości mierzą w calach, stopach, jardach i milach, a pola w akrach i pługach (charrue), wagę w uncjach i funtach, objętość w galonach suchych, pełnych i amerykańskich. Nazywa się to „imperialnym systemem miar”. Ulice nazywają ogrodami i rzadko umieszczają numery na domach, bo przecież każdy wie, gdzie jest dom pod Łabędziem, a gdzie pod Zielonym Fartuszkiem. Na New Bond Street nie mieliśmy kłopotu ze znalezieniem adresu: informowały nas kierowniczki eleganckich galerii – Francuzki; na Earl’s Court też nie – w hotelach recepcjonistami są najczęściej Polacy.

Ruch drogowy Anglicy mają lewostronny i odpowiednio do niego umieszczone kierownice. Wymyślili inne wtyczki elektryczne i inne kontakty, liczą czas dwunasto-, a nie dwudziestoczterogodzinny, jak na kontynencie. O osiemnastej mają szóstą po południu, wcześniejszą o godzinę niż w reszcie Europy. Jestem zresztą gorącym zwolennikiem odrębności brytyjskiej, gdyż zachwyca mnie bogactwo świata w jego różnorodności.

Kim są ci Anglicy, którzy tak uparcie bronią dziś swojej odrębności? Kolej należy do Francuzów i Niemców. Z Londynu do Birmingham jechaliśmy wygodnymi wagonami produkcji francuskiego Alstoma, który zresztą od niedawna należy do niemieckiego Siemensa. Czerwone, piętrowe autobusy londyńskie należą do Autonomicznego Zarządu Transportu Paryskiego RATP.

Z samochodów angielskich, niegdyś światowego symbolu luksusu i elegancji, Rolls Royce stanowi własność niemieckiego BMW, podobnie jak niegdyś Land Rover, sprzedany następnie Fordowi, który go odprzedał Hindusowi Tata. Jaguar też należy do Hindusów, Leyland należy do przeszłości, gdyż zbankrutował, banki są niemieckie i francuskie. Słynny Harrods był własnością braci Al-Fayedów, Alego i Mohammeda, którzy go odprzedali Arabom z Kataru. Najstarszy i największy angielski dom aukcyjny Christie’s bije rekordy cen na malarstwo angielskie, od kiedy stał się własnością Francuza Pinault. Nawet doskonała restauracja Café Daquise na South Kensington należy do pana Łozińskiego.

Niegdyś w rodzinie interesy bywały rozgraniczone. Rotszyldowie angielscy spotykali się z kuzynami francuskimi chętniej na ślubach i pogrzebach niż we wspólnym banku. Dziś kapitał utracił narodowość, stał się międzynarodowy.

Czy przypominano o tym ludowi wezwanemu do referendum w obronie angielskiej odrębności? Najpierw kazano mu głosować, potem dopiero wyjaśniono częściowo, za czym lub przeciw czemu. A zresztą jakiej odrębności? Wyspiarskiej? Imperialnej? Brytyjskiej? Imperium nie istnieje, Commonwealth przetrwała tylko na znaczkach pocztowych. Londyn nie pachnie już lawendą Yardleya, który też zbankrutował, ale ostrymi przyprawami kuchni azjatyckich. Bogaty świat nie ubiera się na Saville Row w Londynie, ale na via Monte Napoleone w Mediolanie.

Nawet monarchia z łaski Boga trwa tylko siłą bezwładu, nie dziedziczenia dynastycznego. Rozwiedziona żona następcy tronu i matka jego dzieci nie tak dawno temu chciała wyjść za mąż za Dodiego Al-Fayeda – muzułmanina; oboje zginęli w wypadku.

Syn zrealizował to, czego nie udało się matce: książę William ożenił się z arabską rozwódką Megan, a rodzina królewska ma spółkę z Arabami.

Myśląc o tym, trzeba pamiętać, że królowa brytyjska jest głową Kościoła angielskiego, jej dzieci i wnuki – rodzina pomazańców – zasiadają niejako w zarządzie, a niektórzy mogą zasiąść na tronie. W telewizji BBC problemy polityczne Królestwa komentują Hindusi, Azjaci, Afrykańczycy – obywatele brytyjscy.

Londyn wiktoriański znika także fizycznie. Została drewniana podłoga na stacji kolejowej Saint Pancras i wielkie monumenty budowane niegdyś na miarę światowego imperium. Ulice szeregowych domków charakterystycznych dla pejzażu miejskiego Londynu nikną w oczach, ustępując miejsca blokom bez duszy i bez wyrazu.

„Tango Brexit”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w grudniowym „Kurierze WNET” nr 54/2018, s. 3 – „Wolna Europa”.

 


Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na wnet.fm.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Felieton Piotra Witta pt. „Tango Brexit” na s. 3 „Wolna Europa” grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Cokolwiek Putin zrobi, nie należy reagować, byle go nie drażnić? Polemika J. Chmielowskiej z M. Iwanowem z „Do Rzeczy”

Niczego nie róbmy, by nie dawać pretekstu Putinowi do kłamstw i manipulacji. Na tej zasadzie pewnie poddały się wojska ukraińskie na Krymie – nie przeciwstawiać się, bo to będzie uznane za prowokację.

Jadwiga Chmielowska

Kornel Morawiecki przesadził i skompromitował się twierdząc, że Putin jest demokratą itp. Autor próbuje to odkręcić, tytułując swój tekst „Kornel nie jest putinofilem”. Usiłuje twierdzić, że za 15 lat Rosja będzie normalnym, demokratycznym krajem. Co ciekawe, w plejadzie nazwisk wymienianych przez niego demokratów znalazł się siedzący w więzieniu Nawalny, który nawet za kratami ucieszył się, że „Krym jest nasz”.

Śmiem twierdzić, że demokratyzacja Rosji nie nastąpi nawet za 150 lat. Jedynie czynniki zewnętrzne i twarde stanowisko międzynarodowe mogą zmusić Rosję do zmiany postępowania.

Tak, jak to było z pierestrojką Gorbaczowa, która wymknęła się spod kontroli. Czas demokraty Jelcyna traktowany jest jako okres „smuty”. Niemcow i Nowodworska, ostatni rosyjscy demokraci, już nie żyją, a Bukowski jest chory i stary.

Prawdą jest natomiast to, że sprawa Kornela Morawieckiego wykorzystywana jest przez Kreml do destabilizacji rządu jego syna Mateusza Morawieckiego. Pisałam o tym zagrożeniu kilka miesięcy temu. Mateusz Morawiecki publicznie odciął się od poglądów ojca. Od razu Kornel Morawiecki zniknął z mediów, w tym rosyjskich. Oręż został wytrącony. Ale nikt nie kompromitował Kornela Morawieckiego Robił to sam, na własne życzenie.

Cel napisania artykułu wyjaśnia ostatni akapit: „Uważamy (Kornel Morawiecki i Mikołaj Iwanow – przyp. red.) jednak, że złagodzenie rosyjskich imperialnych tendencji leży w granicach naszych możliwości. Jak widać, nowe sankcje jedynie wzmacniają Putina, jednoczą naród wokół niego i jego reżimu. Czy zatem tędy droga?”.

Czyli cokolwiek Putin zrobi, należy go dalej wspierać, dawać pieniądze i nie reagować. Kornel Morawiecki wręcz twierdził, że Krym się Rosji należy. Tymczasem przeważająca większość Rosjan popiera Putina, bo odpowiada im Rosja mocarstwowa, imperialna.

Wyrażanie ubolewań i cyrk urządzony przez Francję i Niemcy w Mińsku do niczego nie prowadzą. Rosja ustępuje tylko przed siłą i stanowczością.

Nord Stream jest najlepszym dowodem, do czego dążą Niemcy. Armia europejska i osłabienie NATO, promowane przez Niemcy i Francję, są w interesie Rosji. Mikołaj Iwanow chwali współpracę niemiecko-francuską.

Wielu niedouczonych polskich patriotów może się niestety nabrać na głupie, prymitywne rosyjskie hasła.

Jak wygląda rosyjska polityka pokojowa, widać teraz w ataku na okręty ukraińskie na Morzu Azowskim. Moskwa chce z tego akwenu zrobić wewnętrzne jezioro. Blokuje w ten sposób ukraiński port w Mariupolu. Most przez Cieśninę Kerczeńską zbudowano przy pomocy zachodnioeuropejskich firm. Pieniądze nie śmierdzą. A „gawnojedów” i pożytecznych idiotów zawsze dostatek!

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Na służbie Moskali. Naiwność czy premedytacja?” znajduje się na s. 2 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Na służbie Moskali. Naiwność czy premedytacja?” na s. 2 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zespół pałacowy w Pławniowicach – miejsce narodzin ks. Caspara von Ballestrema, twórcy pieśni adwentowej „Marana tha”

W kronikach z czasów Jagiełły i królowej Jadwigi jest wzmianka, że gród, broniony przez polską załogę pod komendą krakowskiego dworzanina Piotra Szafrańca, wspierany był posiłkami z samego Wawelu.

Barbara Maria Czernecka

Wspomniana pieśń niestety rzadko bywa śpiewana w Polsce. Tym mniej znany jest jej twórca – rozśpiewany mnich, ojciec Caspar z zakonu kapucynów. Urodził się on na Górnym Śląsku w Pławniowicach 6 stycznia 1930 roku jako Ludwik Karol Wolfgang Caspar Melchior Baltazar von Ballestrem. Był drugim synem hrabiego Mikołaja, ostatniego właściciela majoratu rudzko-biskupicko-pławniowickiego, oraz hrabianki Anny von Walderdorff. Oboje jego rodzice byli honorowymi członkami Zakonu Rycerzy Maltańskich.

Fotokopia średniowiecznej karty z pławniowickich zbiorów rodziny Ballestremów | Fot. archiwum B. Czerneckiej

W latach przedwojennych twórca rzeczonej pieśni uczęszczał do gimnazjum w Gliwicach. Gdy do Śląska zbliżała się Armia Czerwona, wraz z całą rodziną musiał uciekać do Niemiec. Tam po ukończeniu liceum wstąpił do zakonu kapucynów i otrzymał święcenia kapłańskie. Był kapelanem wojskowym, stróżował sanktuarium maryjnemu w Altötting i nagrywał pieśni religijne, ale przede wszystkim był duszpasterzem. Odwiedzając rodzinne strony, często podkreślał nabytą w dzieciństwie znajomość języka polskiego. Przez ostatnie piętnaście lat życia zmagał się z paraliżem ciała. Zmarł 9 czerwca 2008 roku w Ruhpolding.

Rodzinna miejscowość autora adwentowej pieśni „Marana tha” jest typowo śląską wioską, położoną malowniczo nad rzeką Kłodnicą w zachodniej części województwa śląskiego, na terenie Gminy Rudziniec. Ta niewielka miejscowość przebogata jest w atrakcje, zwłaszcza turystyczne. Tamtejszy zespół pałacowo-parkowy uznawany jest za architektoniczny klejnot Śląska, a w 2007 roku zdobył laur Generalnego Konserwatora Zabytków, jako „Zabytek Zadbany”. Zespół pałacowo-parkowy w Pławniowicach jest Ośrodkiem Edukacyjno-Formacyjnym Diecezji Gliwickiej, którego dyrektorem i zarazem znakomitym gospodarzem jest miejscowy ksiądz proboszcz. (…)

W XVIII wieku hrabia Zygmunt Mikołaj von Görtz wybudował tutaj barokowy pałac. Majoratem rudzko-biskupiecko-pławniowickim zarządzał następnie baron von Stechow. Kolejną dziedziczką stała się wywodząca się z tej rodziny baronówna Maria Elżbieta Augusta, zamężna z Karolem Franciszkiem von Ballestrem, rotmistrzem regimentu huzarów. Ród ten, pochodzący z Piemontu, do tej części Europy przybył około roku 1745. Protoplastą był Giovanni Angelus Ballestrem, którego pomnik ze śnieżnobiałego marmuru jest eksponowany w przypałacowym parku na Dziedzińcu Maryjnym. (…)

Pomimo przynależności rodziny Ballestremów do protestanckiego państwa pruskiego, pozostali oni gorliwymi katolikami. Prowadzili szeroką działalność charytatywną. Godnym pochwały przykładem jest zajęcie się przez nich jezuitami po kasacji tego zakonu. W 1945 roku, w wyniku przesuwającego się ku zachodowi frontu wojennego, rodzina ta jednak ostatecznie musiała opuścić swoje dobra, uchodząc do Bawarii.

Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Marana tha” znajduje się na s. 10 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Marana tha” na s. 10 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Syndrom oblężonej twierdzy w społeczeństwach cywilizacji zachodniej / Monika G. Bartoszewicz, „Kurier WNET” nr 54/2018

Mówi się o europejskiej twierdzy a to jako o niedostępnej dla uchodźców fortecy, a to o oblężonym zamku, którego trzeba bronić, a to jako o zasobnym raju oddzielonym od świata potężnymi murami.

Monika Gabriela Bartoszewicz

Festung Europa

W maju 2014 r. w wyniku wyborów do Parlamentu Europejskiego weszło stu zatwardziałych nacjonalistów i kolejna setka posłów subtelnie eurosceptycznych. Kryzys Eurozony oraz ogromne ludzkie tsunami, które zalało kontynent, pogłębiły przekonanie, że Unia Europejska nie potrafi zaproponować żadnej spójnej i długofalowej odpowiedzi na piętrzące się wyzwania, a raczej  że strategie polityczne proponowane przez rządzące elity są odrzucane przez państwa członkowskie wspólnoty – bądź w ramach bezpośredniej kontestacji, jak w przypadku państw Grupy Wyszehradzkiej, bądź też metodą biernego oporu, jak to robią kraje zachodnie –strategie ekonomiczno-społeczne zaś wzbudzają coraz częstszy sprzeciw społeczeństw.

Społeczeństwa te nie są już usatysfakcjonowane sposobem reprezentowania ich interesów. Co więcej, coraz częściej uważają, że nie są one reprezentowane w najmniejszym stopniu, a rozdźwięk między polityczną elitą kontynentu i zwyczajnymi Europejczykami jest tak duży, że demokracja polegająca na stawianiu co kilka lat krzyżyka na karcie wyborczej przestaje się sprawdzać. Jeżeli nasi reprezentanci już nas nie reprezentują albo podejmują decyzje, kierując się niezrozumiałymi imponderabiliami, których nie jest w stanie wyjaśnić najozdobniejsza nawet retoryka, jeżeli nie słuchają, co mamy do powiedzenia, nie obchodzą ich nasze lęki ani potrzeby – to trzeba poszukać sobie innych reprezentantów. Nie należy się zatem dziwić, że w ostatniej batalii prezydenckiej w Austrii to właśnie Norbert Hofer był czarnym koniem, który nieomal wywrócił do góry nogami nieco ustawiony, a na pewno przewidywalny wyścig po władzę, w jaki zmieniły się wybory w każdej szanującej się, okrzepłej demokracji. Można się jednak zastanowić, dlaczego głównym przeciwnikiem Hofera był wcale nie przedstawiciel formacji będącej u władzy i reprezentującej bezpieczne centrum, ale jego absolutne polityczne przeciwieństwo, czyli przedstawiciel Zielonych.

Jean Monnet powiedział kiedyś, że Europa będzie wykuwana w kryzysach i będzie stanowić sumę rozwiązań przyjętych w ich trakcie. Obecnych kryzysów w Europie jest tyle, że samo to słowo przestało robić wrażenie. O Europie w kontekście targających nią kryzysów pisze się dużo, jednak w większości publikowanych analiz nie znajdziemy odpowiedzi na pytania o przyczyny ani – co ważniejsze – objaśnień, jak poszczególne elementy tego wielowątkowego kryzysu europejskiego mają się do siebie czy na siebie wzajemnie wpływają.

Żeby dotrzeć do korzenia wszelkich problemów Europy, należy zapoznać się ze zjawiskiem, które Barry Buzan i Ole Wæver opisali pod nazwą societal security. Jego osią jest Europejskie społeczeństwo. Podstawowym argumentem tej teorii jest konstatacja, że chociaż wszyscy ludzie mają wielowarstwową tożsamość, przez większość czasu nie rządzi nimi żadna jasna czy stała hierarchia. Tylko wtedy, gdy dochodzi do sytuacji konfliktowej, pojawia się pewna tożsamościowa struktura wraz z odpowiadającą jej gradacją ważności.

W takim przypadku tożsamość narodowa ma tendencję do organizowania innych tożsamości wokół siebie jako najważniejszej formy identyfikacji społecznej i politycznej, jedyną zaś rywalką dla nacjonalizmu jest religia, nie tylko jako równie wszechstronna i solidna forma tożsamości, ale także zdolna do odtworzenia pewnego „my” na przestrzeni czasu – w różnych pokoleniach.

Paul Roe wyjaśnia, że społeczeństwa mogą doświadczyć procesów, w których percepcja „innego” zmienia się we wzajemnie wzmacniający się obraz wroga. W jaki sposób kultura ma się bronić? Kiedy tożsamość jest zagrożona, należy wzmocnić jej ekspresję. Właśnie ten proces możemy obecnie obserwować w całej Europie, i to nie tylko w kategoriach narodowych, ale także religijnych czy ogólnokulturowych. Tożsamości mogą się wzajemnie wykluczać, może też dojść do sytuacji, w której jakaś wpływowa tożsamość zakłóca reprodukcję innej, co wyzwala mechanizm obronny przed importem kulturowej obcości. Tym samym kultura staje się polityką bezpieczeństwa, aż czasem symboliczne i fizyczne granice dzielące społeczności zostają przywrócone lub umocnione na tyle, by mogły się czuć bezpiecznie. Te umocnienia to właśnie mury powstającej twierdzy – Festung Europa.

Luigi Barzini, wielki patriota „jednej Europy”, pisał w prologu do Europejczyków: „Naszą wspólną ojczyznę rozpoznajemy wszędzie – na gwarnych uliczkach miasteczek, w uśmiechniętych twarzach dzieci i starców, schludnych mieszczańskich domach z wyfroterowanymi podłogami i błyszczącymi szybami, tanecznym kroku dziewcząt, majestatycznym nurcie wielkich rzek toczących swe wody mimo porośniętych lasem brzegów. Europa to półcień i pełgające płomyki świec w małych kościółkach, biało-złote sale operowe wszystkich naszych miast, (…) to małe zajazdy i knajpki”. A przecież coraz częściej nie rozpoznajemy Europy wcale. Całe dzielnice naszych miast rozbrzmiewają obcymi językami, a bicie kościelnych dzwonów zastąpiło wezwanie muezina. Jak pisze Giulio Meotti, w samej tylko holenderskiej Fryzji 250 z istniejących 720 kościołów zostało przeobrażonych w coś innego lub zamkniętych.

Według badań zleconych przez Uniwersytet w Münsterze niemal połowa Niemców czuje się obco w swoim własnym kraju. Druga połowa, mówią złośliwi, to Turcy.

Z tychże Turków ogromna większość (90%) twierdzi, że w Niemczech im dobrze, ale ponad połowa uważa, że jedyna prawdziwa religia to ich własna, a co trzeci chciałby powrotu do życia w społeczeństwie czasów Mahometa. Mówi się, że młodzi muzułmanie wychowani lub urodzeni w Europie często przeżywają swoją religijność inaczej niż ich rodzice. Dla nich indywidualny wybór i świadome przekonanie stały się najważniejsze. To przejście z poziomu „oczywistego” na „świadomy” pomogło islamowi w Europie stać się czymś więcej niż punktem etnicznego odniesienia. Z drugiej strony coraz więcej rdzennych Europejczyków to albo identytaryści, albo powracający do kultur narodowych nacjonaliści. A przecież na ten obraz nakłada się jeszcze problem masowych migracji, które coraz częściej nazywa się kolonizacją à rebours. Patrząc na te zjawiska przez soczewki teorii bezpieczeństwa społecznego, zobaczymy, że silny napływ obcej kultury zagraża społeczeństwu europejskiemu osłabieniem wartości, języka, stylu życia i zaburzeniem zdolności reprodukcyjnych tożsamości europejskich.

Ponieważ większość analiz skupia się raczej na objawach niż na przyczynach braku bezpieczeństwa społecznego, dla większości Europejczyków diagnoza współczesnej Europy sprowadza się do stwierdzenia, że rezultatem kryzysu migracyjnego jest zwiększone zagrożenie terrorystyczne. Zgodnie z tą logiką terroryzm stał się głównym symbolem obecnego kryzysu Europy. To dlatego ludzie się boją. Pod wpływem strachu powracają do mentalności plemiennej, do ksenofobii, nacjonalizmu i innych „politycznych egoizmów”. To dlatego, mówiąc krótko, głosują na Marine Le Pen. Przemiany kulturowe wynikające z dogmatów założycielskich Unii Europejskiej, w połączeniu z ogromnymi pływami migracyjnymi, ideologią multikulturalizmu oraz sekularyzacją prowadzą do sekurytyzacji własnej tożsamości zazwyczaj względem konkurencyjnej grupy, która z kolei nas postrzega jako zagrożenie dla siebie. Ta dynamika prowadzi do narastającej wrogości pomiędzy obiema grupami oraz do eskalacji przemocy, której terroryzm nie jest ani najbardziej typowym, ani najczęstszym, a jedynie najbardziej wyrazistym przejawem. Przemoc drobna, codzienna, ukrywana jest w niepozornych statystykach drobnej przestępczości.

Osamotnienie społeczeństw europejskich i ich brak poczucia bezpieczeństwa były katalizatorami procesów zakorzenionych w poszerzającej się przepaści między społeczeństwami a elitami politycznymi oraz wywołujących bądź przyspieszających zmiany polityczne i społeczne.

Coraz więcej ludzi uważa, że kraj niechętny stawianiu potrzeb i interesów swoich społeczeństw na pierwszym miejscu nie jest ich krajem, a politycy nie chcący bronić swoich wyborców, systemu społecznego, prawa, kultury i granic nie są ich politykami.

Społeczeństwa Europy stały się zakładnikami populistycznego dyskursu i ofiarami politycznej poprawności, która nie pozwala o migracji otwarcie dyskutować. Zakaz wypowiedzi stawiających politykę migracyjną władz pod znakiem zapytania bądź też oceniających ją negatywnie nie sprawia, że sceptycyzm i niechęć społeczna zanikają. Wprost przeciwnie, niczym w zakorkowanej butelce napięcie społeczne wzrasta.

W Wielkiej Brytanii wszyscy główni gracze polityczni zjednoczyli siły, by zmarginalizować Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa oraz Nigela Farage’a, który ostrzega Brytyjczyków przed „piątą kolumną” islamu. Takie sojusze można zaobserwować także w innych krajach, na przykład w Szwecji, gdzie układ broniący emigracji zawiązał się zaraz po wyborach i skutecznie wyizolował Szwedzkich Demokratów, partię antyimigrancką, pomimo jej zwycięstwa. We Francji, wśród nawoływań o jedność, odmówiono Frontowi Narodowemu prawa udziału w marszu jedności, do którego zaproszono wszystkie inne partie. A jednak to wszelkie ugrupowania antyestablishmentowe zyskują w Europie na popularności.

Pod względem politycznym procesy zakorzenione w braku bezpieczeństwa społecznego przebiegały od upolitycznienia problemu migracji, któremu można zaradzić w ramach standardowych ustawień politycznych, do sekurytyzacji, czyniącej z migracji zagrożenie wymagające nadzwyczajnych środków. Z drugiej strony, jeśli chodzi o społeczne skutki tych procesów, polaryzacja, czyli pionowy podział na margines i mainstream, dała przestrzeń dla radykalizacji (horyzontalne podziały pomiędzy politycznym establishmentem a społeczeństwem). Oba zjawiska manifestują się, przyjmując formę inicjatyw antysystemowych – radykalnych partii, ruchów społecznych i grup obywatelskich, i nawoływaniami do demokracji bezpośredniej – referendów, manifestacji czy demonstracji.

Aby Europa była bezpieczna, należy przekształcić ją w twierdzę. Zgodnie z tą logiką kontynent jest oblegany przez migrantów z zewnątrz, ale jest również zagrożony przez własną klasę rządzącą od środka.

Sekurytyzacja umożliwia i nadaje radykalnej polityce ramy umożliwiające zaradzenie tej sytuacji. Brak reprezentacji demokratycznej przestał być wyłącznie kwestią polityki i stał się kwestią bezpieczeństwa. Obserwujemy oddolną sekurytyzację, w wyniku której społeczeństwo popycha polityków do nadzwyczajnych działań w celu zapewnienia mu ochrony.

Zgodnie z teorią bezpieczeństwa społecznego, referenda, ruchy społeczne, grupy obywatelskie i wzmożona demokracja uliczna są sposobami komunikacji politycznej, próbą przekazania wiadomości, że nawet jeśli w wyniku zachodzących w Europie zmian państwo nie postrzega swojej suwerenności jako zagrożonej, społeczeństwa mają silne poczucie niepewności. Kiedy ludziom nie podobają się biurokratycznie pomysły forsowane za ich plecami, szukają metod potwierdzających, że politycy nie są jedynymi, którzy mogą wpływać na przyszłość Europy i że społeczeństwa mają sposoby, aby zatrzymać procesy, które postrzegają jako zagrożenie. Rosnący poziom niepewności społecznej w warunkach de-demokratyzacji polityki wymuszanej przez elity polityczne na zwykłych ludziach, którym nie pozwala się na zabranie głosu albo głosuje się daną kwestię tyle razy, aż wynik będzie pasować do założeń liderów, rodzi procesy o daleko idących konsekwencjach. A zatem to kulturowa sekurytyzacja umożliwia i prowadzi procesy radykalizacji w polityce.

Radykalizacja polityki europejskiej nie powinna dziwić szczególnie w sytuacji, kiedy elity dezawuują obawy społeczne jako rasistowskie czy ksenofobiczne. W nielicznych przypadkach negatywne reakcje społeczne wobec muzułmańskiej obecności w Europie przekładają się na kurs polityczny obierany przez władze (np. zdecydowany sprzeciw wobec przyjmowaniu uchodźców ze strony państw Grupy Wyszehradzkiej) oraz uchwalane prawo. „Delegalizacja islamizacji” na Węgrzech czy w Bułgarii jest przykładem sekurytyzacji kultury i działań politycznych w odpowiedzi na zagrożenie bezpieczeństwa nie państwa, ale społeczeństwa zamieszkującego dany kraj.

Radykalizacja polityki nie byłaby sama w sobie taka groźna, gdyby nie towarzyszący jej kryzys demokracji reprezentatywnej. W istocie oba zjawiska często są przedstawiane jako odrębne problemy, podczas gdy są ze sobą powiązane jako próby załagodzenia kryzysu bezpieczeństwa społecznego i powinny być analizowane jako środki przedsięwzięte ku jego zaradzeniu. Zazwyczaj jednak przyjmowane są jak jeźdźcy apokalipsy zwiastujący koniec świata, a na pewno koniec pewnej jego politycznej wizji. Stoją bowiem w całkowitej sprzeczności z postępującym w sercu Europy największym projektem budowania państwa i narodu: wysiłkami zmierzającymi do przekształcenia Unii Europejskiej w państwo federalne. Totalność tej wizji wykracza jednak poza wymiar gospodarczy i polityczny; dotyka kultury i tożsamości. Czy możliwa jest realizacja takiego projektu bez udziału ludzi? A raczej ponad ich głowami i nie do końca z ich przyzwoleniem?

Społeczeństwa konstatują, że unijni urzędnicy przy współpracy polityków krajowych wprowadzają potencjalnie nieodwracalne zmiany społeczne, głosząc przy tym, że są one nieuniknione i że ludzie nie mają innego wyjścia, jak tylko się do nich przystosować.

Ale podczas gdy komisarze i wysocy przedstawiciele nie są wybierani i nie odpowiadają bezpośrednio przed obywatelami, politycy krajowi są jeszcze poddani procedurom demokratycznym. W zasadzie procedury demokratyczne mają na celu łagodzenie wewnętrznych konfliktów danej wspólnoty, dzięki czemu politykę można rozumieć jako zestaw działań mających na celu rozwiązywanie problemów społecznych. Niemniej jednak procedury, przepisy i regulacje same w sobie nie są w stanie przekształcić kolektywu w prawdziwą, choć wyobrażoną wspólnotę (naród, społeczeństwo obywatelskie etc.). Wspólnota taka musi być dodatkowo zdefiniowana jako grupa ludzi gotowych do podejmowania razem wyzwań, współpracujących dla ogólnego dobra i wspólnie podejmujących decyzje w ramach istniejących procedur. Zanim taka decyzja zostanie podjęta, potrzebna jest debata nad wyborem optymalnego rozwiązania. I tu pojawia się problem, ponieważ staje się jasne, że porządek polityczny regulujący to, co wspólnotowe, jest przeniknięty rzeczami, które ze swej istoty są apolityczne lub, według Charlesa Taylora, należą do tego, co prepolityczne. Można w tym miejscu odwołać się do terminologii Samuela Huntingtona, który jako pierwszy przepowiedział, że żelazna kurtyna ideologii zostanie zastąpiona przez aksamitną kurtynę cywilizacji. Te aksamitne mury porządku politycznego, tak samowystarczalnego w swojej totalności przekonań, to także przejaw Fortecy Europa.

Jeżeli establishment nadal będzie ignorował upolitycznienie kultury oraz sekurytyzację kwestii migracyjnych, odmawiając prawa do integralności terytorialnej oraz kwestionując prawo kontroli zarówno własnych granic, jak i przyszłego kształtu własnej kultury i społeczeństwa, można się spodziewać, że wynikająca z kryzysu bezpieczeństwa społecznego radykalizacja polityczna i społeczna w Festung Europa będzie się tylko pogłębiać. Zarzuty, że dążenie do utrzymania rodzimego charakteru swojej społeczności i kultury jest przejawem rasizmu, nie zaś istotnym elementem samostanowienia, nie zatrzymają procesów rządzących dynamiką bezpieczeństwa społecznego. Będą jedynie dalej nadwyrężać reprezentacyjność elit względem społeczeństwa, które w coraz większym stopniu będzie się zwracać ku partiom radykalnym, postrzeganym jako prawdziwy głos zwyczajnych Europejczyków.

Dyskredytowanie tych reakcji jako taniego populizmu nie zbliża nas do zrozumienia, co kryje się za pewnymi obserwowalnymi postawami czy działaniami społecznymi en masse lub jakie są główne przyczyny odwrotu od postrzegania Unii Europejskiej jako przyjaznego organizmu gwarantującego pokój, wolność i dobrobyt, w kierunku rosnącego zagrożenia.

Percepcja Unii Europejskiej jako tworu podobnego w swoim totalizmie do Związku Radzieckiego nie wzięła się znikąd, a rosnący eurosceptycyzm potwierdza, że nie jest ona zjawiskiem, które można zbyć wzruszeniem ramion.

Festung Europa – Twierdza Europa – to określenie ambiwalentne. W czasie II wojny światowej był to wojskowy termin propagandowy używany przez obie strony konfliktu. Odnosił się on do obszarów Europy kontynentalnej zajmowanych przez nazistowskie Niemcy. Dla Brytyjczyków ‘Fortress Europe’ to wyróżnienie przyznawane Royal Air Force za operacje dokonywane przeciwko celom w Niemczech, Włoszech i innych częściach Europy okupowanej przez hitlerowców w okresie od upadku Francji do inwazji w Normandii. Jednocześnie termin ‘Festung Europa’, stosowany przez propagandę nazistowską, odnosił się do planów Hitlera mających na celu umocnienie całej okupowanej Europy, aby zapobiec inwazji z Wysp Brytyjskich. To użycie pojęcia ‘Twierdza Europa’ zostało następnie przyjęte przez korespondentów i historyków w języku angielskim w celu opisania wysiłków militarnych państw Osi w obronie kontynentu przed aliantami. Dzisiaj także mówi się o europejskiej twierdzy w rozmaitych kontekstach – a to jako o niedostępnej dla uchodźców fortecy, a to o oblężonym zamku, którego trzeba bronić przed napaścią, a to jako o zasobnym raju oddzielonym od świata potężnymi murami.

Jednak by w pełni zrozumieć złożoność rzeczywistości Festung Europa, nie należy charakteryzować jej poprzez pojedyncze zjawiska, takie jak kryzys ekonomiczny czy ksenofobia. Zjawiska te należy uznać za pośrednie, wynikające ze strachu o zagrożoną tożsamość społeczeństw europejskich. Większość uczestników debaty na temat kryzysów targających Europą myli przyczyny ze skutkami. Innymi słowy, wiele z często wymienianych powodów jest jedynie objawami societal insecurity pogłębianego masową migracją i lękami towarzyszącymi zagrożeniu terrorystycznemu, z których radykalizacja polityczna i połączony z nią kryzys demokracji jest ostatnią, ale nie najmniej istotną emanacją. Ignorując tę prawidłowość, można w pośpiechu przypisać polityczne reakcje społeczeństw pojedynczym zjawiskom (populizm, ksenofobia, „konserwatywny zwrot” etc.), które nie są w stanie zadowalająco wyjaśnić, co zachodzi w skomplikowanym organizmie społeczeństw europejskich – także w Polsce.

Monika Gabriela Bartoszewicz obroniła na University of St Andrews (Szkocja) doktorat w zakresie przeciwdziałania radykalizacji i działalności terrorystycznej konwertytów na islam. Wykładała na uczelniach w Wielkiej Brytanii, Włoszech i Polsce. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Masaryka w Brnie (Czechy). O problemach poruszanych w artykule traktuje jej nowa książka pt. Festung Europa, która ukaże się nakładem Ośrodka Myśli Politycznej w grudniu 2018 r. Więcej na www.bartoszewicz.mg.

Od Redakcji: W wersji drukowanej „Kuriera WNET” zabrakło nazwiska Autorki artykułu. Serdecznie przepraszamy za ten błąd.

Artykuł Moniki G. Bartoszewicz pt. „Festung Europa” znajduje się na s. 6 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Moniki G. Bartoszewicz pt. „Festung Europa” na s. 6 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Poprawność polityczna: zagrożenie cywilizacyjne o neomarksistowskim rodowodzie / Zbigniew Berent, „Kurier WNET” 54/2018

Źródeł poprawności politycznej należy szukać w porażce, jaką poniósł marksizm w przeddzień, w trakcie i tuż po zakończeniu I wojny światowej. Idea międzynarodowego ruchu robotniczego nie zadziałała.

Zbigniew Berent

Neomarksistowska bomba poprawności politycznej

Ludzkość opracowała przez tysiąclecia kanony dobra i zła, piękna i brzydoty, prawdy i fałszu. Tymczasem obecnie wydaje się, że nie ma już prawdy i fałszu, nie ma poznania, piękna ani brzydoty, nie ma też sztuki. Człowiek został sprowadzony do roli zwierzęcia dysponującego rozumem, który już nie służy do analizy rzeczywistości, a jedynie do zaspokajania najprostszych potrzeb fizjologicznych. Tego, co dzieje się z nami obecnie, nie sposób zrozumieć bez odwołania do kluczowego pojęcia „politycznej poprawności”. To ona decyduje o tym, że społeczeństwo trawi obawa przed użyciem niewłaściwego słowa, przed oskarżeniami o napastliwość, brak wrażliwości, o rasizm, seksizm albo homofobię.

Poprawność polityczna jest to neomarksistowska bomba podłożona pod fundamenty naszej cywilizacji.

Narodziny ideologii, z jaką mamy do czynienia obecnie, miały miejsce w Niemczech w 1923 roku, kiedy to syn bogatego przedsiębiorcy, Feliks Weil, założył przy frankfurckim uniwersytecie marksistowski Instytut Badań Społecznych, a skupieni wokół niego naukowcy zyskali z czasem miano szkoły frankfurckiej.

Po 1930 roku, kiedy jego dyrektorem został Max Horkheimer, główne prace instytutu dotyczyły obszaru kulturowej nadbudowy. Sam Horkheimer interesował się teoriami Freuda, które starał się skorelować z klasycznym marksizmem w ramach tzw. teorii krytycznej. Ważnymi członkami instytutu okazali się: Teodor Adorno, Erich Fromm i Herbert Marcuse. Dwaj ostatni wprowadzili do teorii zasadniczy element, istotny dla politycznej poprawności – seksualny. Marcuse wzywał do stworzenia społeczeństwa „wielopostaciowej perwersji” i wskazywał na potrzebę wolności seksualnej.

Po dojściu do władzy Hitlera działalność instytutu została przeniesiona do Stanów Zjednoczonych. Instytut zajął się badaniem społeczeństwa amerykańskiego. Podczas rebelii studenckich w połowie lat 60. Herbert Marcuse osiągnął niebywałą popularność, a jego słynna książka Eros i cywilizacja stała się niemal biblią dla ruchów młodzieżowych. Hasła, które głosił, trafiały na sztandary: „Zajmij się sobą”, „Nie musisz pracować” i najważniejsze: „Rób miłość, nie wojnę” (Make love, not war).

Bill Lind, dyrektor Centrum Kulturowego Konserwatyzmu, działającego w ramach Fundacji Kongresu Wolności, pokusił się o definicję i genealogię zjawiska poprawności politycznej:

Pojęcie powstało w postaci żartu, komiksowego dowcipu i nadal jesteśmy skłonni traktować je półserio. W rzeczywistości jest ono śmiertelnie poważne. To jest wielka choroba naszego kraju, ta sama, która doprowadziła do śmierci dziesiątki milionów ludzi w Europie, w Rosji, w Chinach, dosłownie na całym świecie. To jest choroba ideologii. Polityczna poprawność nie jest zabawna. Jest śmiertelnie poważna. Jeżeli spojrzymy na zjawisko w sposób analityczny, historyczny, szybko odnajdziemy jego istotę. Polityczna poprawność jest kulturowym marksizmem. Zjawiskiem przeniesionym z obszaru ekonomii w dziedzinę kultury. Jego korzeni należy szukać nie w ruchach hippisowskim i pokojowym lat 60., ale znacznie wcześniej, w okresie I wojny światowej. Jeśli porównamy podstawowe dogmaty politycznej poprawności z klasycznym marksizmem, podobieństwa staną się oczywiste.

Kulturowy marksizm ma na celu zniszczenie więzi rodzinnych, tradycji religijnej i całej kultury. Szkoła frankfurcka, powołując się na Hegla, Marksa, Nietzschego, Freuda i Webera stwierdziła, że tak długo, jak długo ludzie zachowują wiarę w Boga, a przynajmniej nadzieję wiary – są w stanie za pomocą daru myślenia rozwiązywać stojące przed społeczeństwem problemy i nigdy nie osiągną stanu beznadziei i alienacji, koniecznych do wywołania rewolucji socjalistycznej.

Dlatego celem grupy niemiecko-amerykańskich naukowców ze szkoły frankfurckiej stało się, tak szybko jak to możliwe, podminowanie dziedzictwa chrześcijańskiego. Żeby to urzeczywistnić, nawoływali do ekstremalnej, negatywnej, niszczącej krytyki każdej sfery życia w celu destabilizacji społeczeństwa i doprowadzenia do stanu, jaki nazywali porządkiem „opresyjnym”. Ich polityka miała szerzyć się jak wirus – „innymi sposobami kontynuować dzieło zachodnich marksistów”, jak powiedział jeden z autorów tych destrukcyjnych dla współczesnego społeczeństwa i kultury perspektyw.

Kanony poprawności politycznej są wprowadzane przez jej zwolenników do dyskursu publicznego jako norma obyczajowa. Najlepszym terenem dla obserwacji tego zjawiska są Stany Zjednoczone. W „Fidelio Magazine” Michael Minnicino w roku 1992 w artykule Szkoła frankfurcka i poprawność polityczna zauważył, że spadkobiercy szkoły frankfurckiej całkowicie zdominowali amerykańskie uniwersytety, „nauczając studentów, jak ćwiczeniami zamienić rozsądek w rytuał politycznej poprawności”. Obecnie w Ameryce i Europie publikuje się bardzo niewiele teoretycznych książek o sztuce, filologii czy języku, które otwarcie nie potwierdzają długu wdzięczności względem szkoły frankfurckiej. Polowanie na czarownice na uczelniach to narzucanie koncepcji Marcuse’a o „tolerancji represyjnej – tolerancji ruchów lewicowych, a nietolerancji prawicowych”. Środowiska konserwatywne postrzegają zjawisko poprawności politycznej jako zakaz krytyki określonych grup, odnoszącej się do ich pochodzenia, historii, kultury lub zachowania i określają je mianem cenzury lub neocenzury.

Do wysiłków szkoły frankfurckiej w kwestii masowej inżynierii społecznej dołączył Bertrand Russell. W książce Wpływ nauki na społeczeństwo (The Impact of Science on Society) z 1951 roku napisał: Fizjologia i psychologia dają pole metodzie naukowej, która nadal czeka na rozwój. Znaczenie psychologii masowej zostało znacznie zwiększone poprzez wzrost nowoczesnych metod propagandy. Najbardziej wpływowa z nich nazywa się edukacją.

Psycholodzy społeczni przyszłości będą mieli klasy uczniów, w których będą próbować różne metody tworzenia niezachwianego przekonania, że śnieg jest czarny. Wkrótce uzyskają różne rezultaty. Pierwszy, że dom ogranicza człowieka. Drugi, że niewiele można zrobić, jeśli indoktrynacja nie rozpocznie się w wieku poniżej 10 lat. Trzeci, że bardzo skuteczne są ułożone do muzyki wersety, wielokrotnie intonowane.

Czwarty, że opinia, iż śnieg jest biały, musi być podtrzymana, żeby pokazać chorobliwy smak ekscentryczności. Ale uważam, że w przyszłości naukowcy sprecyzują te maksymy i odkryją, ile dokładnie kosztuje wpojenie dzieciom wiary, że śnieg jest czarny, a o ile mniej – że jest ciemnoszary. Kiedy udoskonali się tę technikę, każdy rząd, który pokieruje edukacją przez jedno pokolenie, będzie mógł bezpiecznie kontrolować swoich obywateli bez pomocy armii czy policji.

Dr Timothy Leary daje kolejny wgląd w umysły szkoły frankfurckiej w swoim opisie pracy Projekt dotyczący leków psychodelicznych Uniwersytetu Harvarda. Przytoczył w nim swoją rozmowę z Aldousem Huxleyem:

Substancje psychodeliczne, masowo produkowane w laboratoriach, wywołają ogromne zmiany w społeczeństwie. To nastąpi z tobą, bez ciebie czy beze mnie. Wszystko, co można zrobić, to głosić tę wiadomość. Przeszkodą w tej rewolucji, Timothy, jest Biblia. (…) Substancje, które otwierają umysł na wielorakie rzeczywistości, niechybnie prowadzą do politeistycznego postrzegania wszechświata. Wyczuliśmy, że nadszedł czas na nową, humanistyczną religię, opartą na inteligencji, łagodnym pluralizmie i naukowym pogaństwie.

Jeden z kierowników wspomnianego projektu, R. Nevitt Sanford, odegrał istotną rolę w promocji stosowania substancji psychodelicznych. Uczynił to w wydanej w 1965 roku książce Osobowość autorytarna, której był współautorem. Główni propagandyści obecnego lobby narkotykowego podpierają się jego argumentacją. George Soros publicznie zakwestionował skuteczność akcji antynarkotykowych kosztujących Stany Zjednoczone 37 mld dolarów rocznie. Wspiera on finansowo Lindesmith Center, reprezentujący Amerykanów optujących za dekryminalizacją narkotyków.

W latach 60. Herbert Marcuse, posługując się kombinacją retoryki Marksa i Engelsa, obiecywał studentom, że pokonanie kapitalizmu i jego fałszywej świadomości stworzy społeczeństwo, w którym największe satysfakcje będą mieć charakter seksualny. Podobne poglądy zawarł w książkach Eros i cywilizacja i Człowiek jednowymiarowy (One Dimension Man).

Ci sami marksistowscy intelektualiści, którzy wymyślili slogan „Rób miłość, nie wojnę”, promowali dialektykę „negatywnej” krytyki; oni też wymyślili utopię, w której rządzą ich zasady, doprowadzili do obecnej mody pisania od nowa historii i mody na „dekonstrukcję”. Ich mantry to „różnice seksualne to umowa”; „róbta co chceta”.

Prowadzone przez szkołę frankfurcką w latach 40. i 50. XX w. w Ameryce badania osobowości autorytarnej przygotowały drogę dla późniejszej wojny z płcią męską, promowanej przez Herberta Marcuse’a i jego rewolucjonistów społecznych pod przykrywką „wyzwolenia kobiet” i ruchu nowej lewicy w latach 60. Dowodu na to, że techniki psychologiczne zmieniające osobowość zamierzają do zniewieścienia amerykańskich mężczyzn, dostarczył Abraham Maslow, założyciel Psychologii Humanistycznej Trzeciej Siły i promotor psychoterapeutycznej sali lekcyjnej, który napisał, że „następnym krokiem w rozwoju osobistym jest transcendencja męskości i kobiecości do ogólnego człowieczeństwa”.

W późnych latach 60. i na początku 70. ub. wieku trwały intensywne kampanie organizowane przez liczne organizacje zajmujące się kontrolą urodzin (antykoncepcja, aborcja, sterylizacja). Z analiz ich rocznych raportów wynika, że stosunkowo mała liczba osób zaangażowana była w zdumiewającym stopniu w szereg grup nacisku. Ta pajęczyna powiązana była nie tylko pracownikami, ale funduszami i ideologią (…) wspierały ją w niektórych przypadkach dotacje od departamentów rządowych. Centrum tej pajęczyny było Stowarzyszenie Planowania Rodziny (FPA) i jego pochodne. Odkryliśmy strukturę władzy o olbrzymich wpływach. Głębsze śledztwo ujawniło, że faktycznie ta pajęczyna sięgała dużo szerzej – do eugeniki, kontroli populacji, kontroli urodzin, reform w zakresie prawa seksualnego i rodzinnego, edukacji seksualnej i zdrowotnej. Jej macki sięgały do wydawnictw, instytucji medycznych, edukacyjnych i badawczych, organizacji kobiecych i poradni małżeńskich – wszędzie, gdzie mogła wywierać wpływy. Wydawała się mieć wielki wpływ na media, i funkcjonariuszy odpowiednich departamentów rządowych, zupełnie nieproporcjonalnie do liczby zaangażowanych osób (V. Riches, Płeć a inżynieria społeczna, Family Education Trust 1994).

Wkrótce opublikowano książkę o intrygującym tytule Ludzie popierający Hitlera – niemieckie ostrzeżenie dla świata (The Men Behind Hitler – A German Warning to the World). Propagowała ruch eugeniczny, który stał się popularny na początku XX wieku, a zszedł do podziemia po Holokauście. Okazało się, że nadal funkcjonował w postaci promocji aborcji, eutanazji, sterylizacji. Potwierdziły to kolejne publikacje. W USA wydano książkę, która udokumentowała działalność Amerykańskiej Rady ds. Informacji i Edukacji Seksualnej (SIECUS), pt. Krąg SIECUS. Rewolucja humanistyczna (The SIECUS Circle. A Humanist Revolution). Radę tę ustanowiono w roku 1964. Zaangażowała się w program inżynierii społecznej poprzez edukację seksualną w szkołach. Jej pierwszym dyrektorem była Mary Calderone, blisko związana z Planowanym Rodzicielstwem. Według Kręgu SIECUS, Calderone popierała takie poglądy, jak wymieszanie czy odwrócenie płci lub ról płci, wyzwolenie dzieci z rodzin i zniszczenie tradycyjnej rodziny.

Próbę opisu, czym jest i komu służy poprawność polityczna, podjęła Monika Kacprzak w pracy: Pułapki poprawności politycznej. Autorka stawia więcej pytań, m.in.: Czy akcja redefinicji podstawowych pojęć cywilizacji chrześcijańskiej nie jest w rzeczywistości ateistyczną próbą dekonstrukcji całej antropologii będącej podstawą naszej cywilizacji, a zarazem naszej wiedzy o człowieku, jego godności i tożsamości? Czy przed zalewem poprawnych politycznie pomysłów można się skutecznie bronić? Autorka pokazuje, że jest to możliwe. Demaskuje źródła poprawności politycznej, jej prawdziwe założenia oraz odsłania sposoby obrony przed oskarżeniami o homofobię, pomysłami radykalnych feministek, tragicznymi w skutkach zmianami wprowadzanymi w edukacji czy oskarżeniami o posługiwanie się „mową nienawiści”.

Zwolennicy koncepcji poprawności politycznej usiłują sprowadzić jej krytykę do problemu niechęci społeczeństwa wobec przeróżnych mniejszości czy nowej formy „nowomowy”. Tymczasem rozważania powinny ogarnąć obszar spraw społeczno-politycznych, a w pierwszej kolejności kulturowych.

Nowomowę opisał George Orwell w Roku 1984. Był to język tak przekonstruowany, by niemożliwe stało się sformułowanie ani w mowie, ani w myśli czegokolwiek, co godziłoby w panujący w powieściowym państwie reżim – (tzw. myślozbrodnia). Orwell napisał Rok 1984 tuż po pobycie w Związku Sowieckim. Te same zasady obowiązywały również w PRL. Zatem niech się nie dziwią zwolennicy nowomowy w wersji „poprawności politycznej” – Polacy po prostu obawiają się ponownego zatrucia ich umysłów obłudą i fałszem. Boją się ulepszonej wersji „homo sovieticus”.

Niektórzy językoznawcy zwracają uwagę na niepotrzebne stosowanie zasad politycznej poprawności w odniesieniu do określeń niemających w danej kulturze negatywnych konotacji. Językoznawca prof. Jerzy Bralczyk uważa np., że nie należy usuwać z języka tradycyjnych słów na określenie narodowości, ale używać ich w pozytywnym kontekście. Przykładem jest słowo ‘Murzyn’ określające człowieka o czarnym kolorze skóry. Jeszcze kilkanaście lat temu było ono w języku polskim całkowicie neutralne, dziś niektórzy sugerują zastępowanie go słowem ‘czarnoskóry’. Tymczasem w Ameryce słowo ‘czarnoskóry’ zostało zastąpione przez „Afroamerykanin”. Lecz co zrobić, jeśli ten nie pochodzi z Afryki? Przykłady można by mnożyć.

Marksizm głosi, że historia jest zdeterminowana przez własność środków produkcji. Ideologia politycznej poprawności twierdzi, że historia jest zdeterminowana przez siłę, a więc przez grupy, które definiowane według kryteriów rasy, płci itd., posiadają władzę nad pozostałymi. Według obu ideologii pewne grupy ludzi są dobre, inne zaś złe. Obie stosują dla swoich celów wywłaszczenie. Na przykład w imię politycznej poprawności biały student, osiągający lepsze wyniki w nauce, traci miejsce na uczelni na rzecz gorzej przygotowanego przedstawiciela mniejszości murzyńskiej lub latynoskiej. Podobne zjawiska występują w dziedzinie gospodarki, gdzie np. należy zawrzeć kontrakt nie z przedsiębiorcą reprezentującym uznawaną za uprzywilejowaną „większość”, lecz z przedstawicielem zasługującej na wsparcie w ramach politycznej poprawności mniejszości. Obie ideologie dysponują taką metodą analizy, która zawsze przynosi pożądany rezultat. Dla marksistów to marksistowska ekonomia, dla politycznie poprawnych – dekonstrukcjonizm.

Zdaniem przywoływanego już Linda, liczne podobieństwa między tymi dwiema ideologiami nie są przypadkowe. Polityczna poprawność ma długą historię, której źródeł należy szukać w porażce, jaką poniósł marksizm w przeddzień, w trakcie i tuż po zakończeniu I wojny światowej. Idea międzynarodowego ruchu robotniczego nie zadziałała. W chwili wybuchu wojny niemal wszystkie partie robotnicze zerwały z internacjonalizmem i opowiedziały się po stronie własnych rządów.

Nie powiodła się także próba rozprzestrzenienia bolszewickiej rewolucji na pozostałe kraje Europy. Wówczas pojawiły się nowe koncepcje, które w istotny sposób rewidowały marksizm. We Włoszech pojawił się Gramsci, na Węgrzech Lukács. Obaj twierdzili, że robotnicy nie zrozumieją własnego interesu klasowego, dopóki nie uwolnią się spod wpływu zachodniej kultury, szczególnie chrześcijaństwa.

W odróżnieniu od Gramsciego, Lukács miał okazję zastosowania swojej teorii w praktyce. Jego pierwszym posunięciem w bolszewickim rządzie Béli Kuna było wprowadzenie edukacji seksualnej do węgierskich szkół.

Twórcy hegemonii kulturowej, politycznej poprawności i wszelkich miazmatów neomarksizmu dawno doszli do wniosku, że aby ich dzieło zawładnięcia umysłami się powiodło, należy zniszczyć dotychczasowe wartości i punkty odniesienia. Głoszą zatem, że teraz wszystko jest dozwolone, bo taka jest cecha postępującej globalizacji, że należy jak najszybciej odrzucić dotychczas wyznawane wartości, bo krępują wolność. Ten atak odbywa się na naszych oczach, według rozpoznawalnego scenariusza, który funkcjonuje idealnie, jako że wykorzystuje naturalne ludzkie skłonności do „chodzenia na skróty”, hedonizmu i sięgania po to, co zakazane (grzech pierworodny).

Macherzy od konstruowania nowego, „ulepszonego” człowieka stworzyli algorytmy i wykształcili instruktorów, którzy podpowiadają, jak żyć, jak pracować, jakich dokonywać wyborów, wreszcie – jak myśleć i wartościować. W Polsce doskonale „załapali” się na te stanowiska mainstreamowi publicyści, politycy, przedstawiciele nauki i wszelcy kreatorzy Człowieka Nowych Czasów.

Poprawność polityczna jest formą dyktatury i nowoczesnej cenzury, która tworzy społeczeństwo zniewolone, niezdolne do posiadania i wyrażania swoich poglądów. Godzi w podstawy cywilizacji łacińskiej, tożsamość narodową i religijną, w tradycyjny system wartości. Dlatego w Polsce nie może być na nią zgody.

Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Neomarksistowska bomba poprawności politycznej” znajduje się na s. 13 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Neomarksistowska bomba poprawności politycznej” na s. 13 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Dobro kraju jest najważniejsze. Nie zgadzam się na dyktat klimatystów!”. Czy takie słowa padną z ust naszych polityków?

Polska nie ma mężów stanu takich jak Donald Trump, który potrafił w imię ochrony gospodarki amerykańskiej powiedzieć w 2017 roku na szczycie G7 zdecydowane NIE dla polityki klimatycznej świata.

Marek Adamczyk

W dniach od 3 do 14 grudnia 2018 roku po raz trzeci na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat odbędzie się w Polsce międzynarodowy Szczyt Klimatyczny Ziemi – COP24. Organizator zakłada, że uczestniczyć w nim będzie ok. 30 tys. osób z całego świata. (…)

Trzeci szczyt będzie rekordowy, jeśli idzie o koszty i ilość uczestników, o czym napisałem powyżej. Rekordowe zapewne będą też żądania uczestników co do dalszego ograniczenia stosowania paliw kopalnych, w tym przede wszystkim węgla kamiennego i brunatnego, w sektorze wytwarzania energii oraz dalszego zwiększenia udziału OZE w produkcji tzw. zielonej energii. Pojawią się również naciski na dalsze wzrosty opłat za emisję dwutlenku węgla, mające na celu doprowadzenie elektrowni węglowych do bankructwa. W Polsce, według szacunków ekspertów, dodatkowe koszty związane z wypełnieniem nakazów zawartych w europejskich dyrektywach klimatycznych mogą sięgnąć kwoty od 700 do 1000 miliardów złotych do 2030 roku. To doprowadzi nasz przemysł do ruiny!

Co robią nasi politycy w tym zakresie? Przecież widzą nadciągającą katastrofę. Oni z pietyzmem implementują, czyli wdrażają polecenia płynące z Brukseli, choć prywatnie mają co do tego (teorii globalnego ocieplenia) wiele wątpliwości.

(…) Wbrew faktom, robimy swoje – likwidujemy kopalnie węgla kamiennego, zarzynamy energetykę na nim opartą i osłabiamy swoje bezpieczeństwo energetyczne. Jak zwykle, za kilka lat obudzimy się z ręką w nocniku i powiemy, że tego nie dało się przewidzieć. Kto za to zapłaci? Nie politycy z górnej półki obecnie nami rządzący, a bierny dzisiaj naród.

Cały artykuł Marka Adamczyka pt. „Taki mamy klimat…” znajduje się na s. 2 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Marka Adamczyka pt. „Taki mamy klimat…” na s. 2 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego