Czym kierował się zamachowiec, który w grudniu zabił ponad 10 osób w Strasburgu? Taksówkarz ocalał, bo był muzułmaninem

Chérif Chékatt zginął na miejscu, niemal dokładnie dwie doby po dokonaniu zamachu. Policjanci otrzymali oklaski od mieszkańców dzielnicy rzecz we Francji nadzwyczaj rzadko spotykana…

Zbigniew Stefanik

Strasburg należy do tych miast, w których od 7 stycznia 2015 roku, czyli od zamachu na tygodnik „Charlie Hebdo”, nie odnotowano zamachów terrorystycznych. Wcześniej jednak udaremniono w tym mieście kilka takich zamachów. W roku 2000 organizacja terrorystyczna o zabarwieniu skrajnie islamskim usiłowała przeprowadzić zamach w centrum Strasburga podczas targów świątecznych, które od kilkudziesięciu lat są niejako wizytówką tego miasta. W przeszłości również kilka wyznających ideologię skrajnie lewicową i radykalnie islamską grup terrorystycznych planowało zamach na strasburską katedrę. Wszystkie te zbrodnicze plany nie doszły do skutku, co dało mieszkańcom miasta poczucie bezpieczeństwa – jak się miało okazać, iluzoryczne.

11 grudnia 2018 roku. Pora wieczorna. W Strasburgu trwa sesja europarlamentu i funkcjonuje pełną parą targ świąteczny, który jak co roku przyciągnął tłumy, i to nie tylko z całej Francji, ale z całej Europy i innych kontynentów. Podczas gdy we Francji trwają protesty społeczne, które generują wielkie straty materialne (zwłaszcza w Paryżu), okazuje się, że choć w Strasburgu również dwa dni wcześniej odbyła się podobna demonstracja, nie doprowadziła ona do większych strat materialnych i dwa dni po jej zakończeniu nie ma po niej śladów na strasburskich ulicach. Tłumy krążą po centrum miasta i odwiedzają świąteczny targ.

Strasburg przygotowuje się do świąt Bożego Narodzenia, od dwóch tygodni panuje świąteczna atmosfera. Żołnierze biorący udział w operacji Sentinelle patrolują ulice. Na wejściach i wjazdach do centrum miasta funkcjonują bramki, ale to przecież już norma, taki stan rzeczy trwa od ponad trzech lat.

11 grudnia pora wieczorna: dzień jak co dzień w Strasburgu o tej porze roku. Nic nie wskazuje na to, co ma się wydarzyć.

Godzina 19.50. Centrum miasta nieopodal targu świątecznego. Rue des Orfèvres. Mężczyzna uzbrojony w rewolwer czarnoprochowy typu caps and balls otwiera ogień do przypadkowych przechodniów. Zaczepia ich, po czym strzela im w głowę. Tak zginął między innymi pracownik warsztatu samochodowego, obywatel Afganistanu. Według świadków, zamachowiec podszedł do niego od tylu. Położył mu rękę na ramieniu, krzyknął „Ej, ty!” po czym, kiedy mężczyzna się odwrócił, strzelił mu prosto w głowę. (…)

Kim był zamachowiec, który 11 grudnia tego roku sterroryzował Strasburg?

Nazywał się Chérif Chékatt miał 29 lat, z czego 6 spędził we francuskich i niemieckich zakładach karnych. Był obywatelem francuskim pochodzenia algierskiego. Wielokrotny recydywista, miał na „koncie” 27 prawomocnych wyroków. Od lipca 2016 roku figurował w kartotece SPRT (Surveillé pour Radicalisation Terroriste), czyli pozostawał pod obserwacją jako podejrzany o radykalizm o charakterze terrorystycznym. W dniu zamachu Chérif Chékatt był poszukiwany przez francuską policję pod zarzutem udziału w napadzie z bronią w ręku, który miał miejsce 25 sierpnia tego roku, oraz usiłowania zabójstwa. Kilka godzin przed zamachem policja przeszukała jego mieszkanie. Policjanci nie zastali tam Chékatta. Podczas przeszukania znaleziono broń palną kalibru 22 mm, kilka sztuk broni białej oraz jeden granat. A więc w dniu zamachu Chérif Chékatt już był poszukiwany w związku z działalnością kryminalną, z adnotacją „najprawdopodobniej uzbrojony i szczególnie niebezpieczny”. Późniejsze śledztwo nie wykazało powiązań Chékatta z żadną konkretną organizacją terrorystyczną. Wszystko więc wskazywało na to, że nie miał on w momencie zamachu żadnych wspólników i działał sam. W związku z tą sprawą dwóm osobom zostały jednak postawione zarzuty. Pierwsza jest oskarżona o to, iż udzieliła Chékattowi schronienia w momencie, kiedy już był on poszukiwany przez policję. Drugiej zarzucono ułatwienie zamachowcowi zdobycia broni palnej, którą się posługiwał podczas zamachu.

Od godzin porannych 12 grudnia Chérif Chékatt był najintensywniej poszukiwanym zbiegiem nad Sekwaną. W próbie jego ujęcia brały udział najbardziej elitarne jednostki francuskiej policji i żandarmerii oraz oddziały wojskowe (w sumie 750 osób). W pościgu brały również udział niemieckie i szwajcarskie służby antyterrorystyczne. Jak już bowiem była mowa, wiele wskazywało na to, że zamachowiec mógł zbiec do Niemiec lub Szwajcarii.

Jednak Chérif Chékatt nie uciekł za granicę, ale, jak się okazało, po zamachu wrócił do dzielnicy, w której się urodził i gdzie policja straciła jego ślad w nocy z 11 na 12 grudnia.

13 grudnia w godzinach popołudniowych alarmowa centrala policji przyjęła zgłoszenie od kobiety, która widziała poszukiwanego w Strasburgu, w dzielnicy Neudorf. Zbieg miał do niej podejść i poprosić o pomoc, ponieważ był ranny w rękę. Kobieta uciekła, a o zdarzeniu poinformowała policję. Po przyjęciu tego zgłoszenia w dzielnicy Neudorf rozpoczęła się kolejna operacja antyterrorystyczna. Chérif Chékatt został namierzony przez patrol policjantów należących do brygady BST (Brigade Spécialisée de Terrain). Trzech policjantów zauważyło go przy budynku mieszkalnym przy ulicy Lazaret 70. Próbowali go zatrzymać, kiedy rzucił się do ucieczki. Zamachowiec nie zamierzał się poddać i strzelił do policjantów z broni, której użył dwa dni wcześniej w zamachu. Trafił w tylne drzwi radiowozu policyjnego. Policjanci odpowiedzieli natychmiast ogniem i oddali w jego stronę w sumie 6 strzałów. Chérif Chékatt zginął na miejscu, niemal dokładnie dwie doby po dokonaniu zamachu. Po unieszkodliwieniu zamachowca policjanci otrzymali oklaski od mieszkańców dzielnicy (rzecz we Francji nadzwyczaj rzadko spotykana…).

Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Zamach w Strasburgu” znajduje się na s. 16 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Zamach w Strasburgu” na s. 16 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Materiały bezpieki zachowane w Instytucie Pamięci Narodowej o organizacjach kombatantów powstania wielkopolskiego

Próbowano szukać haków, grzebać w przeszłości powstańców wielkopolskich, ich pracy przed wojną lub podczas okupacji. Analiza dostępnych dokumentów wykazała, że były to działania o mizernych efektach.

Łukasz Jastrząb

Powstanie wielkopolskie 1918/1919 było jednym z ważniejszych zrywów w historii Polski, bowiem wpisało się w wielki ruch wyzwoleńczy odradzającej się Polski lat 1918–1921, obok powstań śląskich czy wojny polsko-bolszewickiej. Jest też mitycznym, jednym z niewielu „wygranych” powstań – ale nie jedynym, bo Polacy odnosili zwycięstwa również w innych wystąpieniach – powstaniu wielkopolskim 1806 r., powstaniu sejneńskim (23-28 VIII 1919 r.), II powstaniu śląskim w 1920 r. Powstanie wielkopolskie jest wydarzeniem, który swym przebiegiem, znaczeniem i tradycją odcisnęło duże piętno na Wielkopolsce i Kujawach w kwestiach historycznych, społecznych i w budowaniu lokalnej tożsamości

Powstańcy wielkopolscy do końca swoich dni otaczani byli szczególną estymą, byli lokalnymi bohaterami, nigdy też nie władze nie wykorzystywały ich w sposób instrumentalny, np. w celach propagandowych.

Imię najdłużej żyjącego uczestnika zrywu – por. Jana Rzepy (1899–2005), kombatanta I wojny światowej (bitwa pod Verdun), powstania wielkopolskiego, wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej w 1939 r. – jako patrona przybrał jeden z oddziałów Wojska Polskiego – Batalion Dowodzenia Strzelców Wielkopolskich 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej im. gen. broni Józefa Dowbor-Muśnickiego. Miejsca pamięci związane z powstaniem wielkopolskim są często miejscami lokalnych spotkań patriotycznych, akademii, uroczystych apeli. Powstańcy wielkopolscy uczestniczyli w powstaniach śląskich, w wojnie polsko-bolszewickiej i II wojnie światowej. Wielu z nich pełniło ważne funkcje w samorządach, partiach politycznych, organizacjach społecznych i patriotycznych. Zapłacili również wysoką cenę w 1939 r., gdy wkraczające wojska niemieckie eksterminowały w pierwszej kolejności uczestników powstania.

Weterani powstania wielkopolskiego organizowali się w związki kombatanckie już po zakończeniu walk o granice Polski. W latach 1921–1922 funkcjonowało Towarzystwo Powstańców Wielkopolskich, a także Związek Towarzystw Uczestników Powstania Wielkopolskiego 1918/1919. W 1928 r. wyodrębnił się Związek Powstańców Wielkopolskich, w latach 1928–1937 należący do Związku Weteranów Powstań Narodowych Rzeczypospolitej Polskiej, w latach 1938–1939 działający samodzielnie. Po II wojnie światowej reaktywowano go, a w 1949 roku został wchłonięty przez Krajową Komisję Weteranów Powstania Wielkopolskiego z siedzibą przy Zarządzie Okręgu Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD) w Poznaniu. W 1956 r. podjęta została próba rejestracji nowego Związku, ale zakończyła się niepowodzeniem, ze względu na zdecydowany opór nie tylko władz, ale i weteranów.

W aktach IPN są dokumenty dotyczące próby rejestracji w 1957 r. Związku Powstańców Wielkopolskich. Decyzją z 2 lutego 1957 r. Prezydium Rady Narodowej Poznania odmówiło rejestracji stowarzyszenia, argumentując, że na terenie miasta działa już Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, do którego planowane stowarzyszenia może się dołączyć. Z przyczyn biologicznych, naturalnych prace Komisji wygasły w latach 80. XX w. W 1989 r. zostało założone Towarzystwo Pamięci Powstania Wielkopolskiego 1918/1919, funkcjonujące do dnia dzisiejszego. Przejęło ono tradycję i dorobek poprzednich związków i Komisji.

Na organizacje kombatantów powstania wielkopolskiego zakładano tzw. sprawy obiektowe. (…) Celem wszczęcia sprawy obiektowej było objęcie trwałą i systematyczną inwigilacją istotnych dla państwa instytucji, zakładów i organizacji, oraz środowisk, które uważano za „wrogie” bądź stwarzające warunki dla działalności opozycyjnej”.

W raportach sporządzanych przez UB, znajdujących się w tym samym Archiwum IPN Delegatura w Bydgoszczy, znaleźć można najróżniejsze informacje. W sprawozdaniu za okres od 1 sierpnia 1948 r. do 31 VIII 1948 r. odnotowano, że w Związku jest duża ilość członków PPR, którzy jednak „absolutnie nie mają wpływu na całość Związku”. Wydalony został jeden członek Związku z powiatu Nowe Miasto – którego przeszłość okupacyjną zbadała Komisja Weryfikacyjna. Podczas okupacji podpisał folkslistę i współpracował z Niemcami. Innych „objawów wrogiej działalności nie notowano”. Raport opisywał również obchody dnia „Cudu nad Wisłą (sic!) – że dzięki oficjalnym interwencjom członków Związku podjęto działania „profilaktyczne”, które miały zapobiec uczestnictwu członków Związku w uroczystościach organizowanych przez kler. Na zebraniu Związku w Bydgoszczy w listopadzie 1948 r. przedstawiciel KW PPR wygłosił referat dotyczący przyjaźni polsko-radzieckiej, „za który dostał oklaski”. Na tym samym zebraniu uczczono minutą ciszy zmarłego 22 października 1948 r. prymasa Augusta Hlonda. Jak napisano w raporcie – informator musiał brać w tym udział, by się nie zdekonspirować.

Cały artykuł Łukasza Jastrzębia pt. „Materiały bezpieki o organizacjach kombatantów powstania wielkopolskiego” znajduje się na s. 4 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Łukasza Jastrzębia pt. „Materiały bezpieki o organizacjach kombatantów powstania wielkopolskiego” na s. 4 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

W XX wieku wystarczyło trochę chęci i każdy mógł zostać górnikiem, i zarabiać trochę lepiej aniżeli w innych zawodach

Także dziś, kiedy zarobki górnicze są dalekie od wyobrażeń tych, którzy w sieci plują na nielicznych już górników, internauci, zamiast bezproduktywnie ich obrażać, mogą podjąć pracę w górnictwie.

Jacek Musiał

Jakież proste było zlikwidowanie przemysłu w porównaniu z wizją mozolnej i kosztownej jego modernizacji! Odbyło się to w atmosferze przekonania społeczeństwa, że to dla jego dobra i dla ochrony świata przed efektem cieplarnianym powodowanym przez polski (!) CO2. Można było odnieść wrażenie, że powtarzana w mediach mantra o szkodliwości węgla i CO2 oraz zafałszowana interpretacja efektu cieplarnianego (który jest faktem, ale raczej w innym mechanizmie) jakby zostały przygotowane przez socjotechników pracujących dla lobby paliw płynnych i energetyki jądrowej.

Oglądając debaty telewizyjne na temat węgla i górników, spoglądając w niektóre gazety i przeglądając portale internetowe, dochodziło się do wniosku, że węgiel jest zły, że górnictwo jest złe, że przemysł jest zły, a górnicy to ludzie zasługujący na szczególne piętnowanie.

Węgiel, który kiedyś określano mianem czarnego złota, od tej pory zaczął być wpisywany w społeczne emocje jako najgorsze zło, i to wraz z górnictwem, przemysłem i Śląskiem. Największe odium spadło na górników. Na tych emerytowanych i tych obecnie ciężko pracujących. Prestiżowy, szanowany i niebezpieczny zawód, który kiedyś był powodem niezwykłej dumy, stał się teraz w Polsce obiektem zmasowanego ataku w mediach, a szczególnie na funkcjonujących w sieci forach. Pod każdym tendencyjnym artykułem na temat efektu cieplarnianego, w sieci pojawiały się setki wpisów na temat polskiego górnictwa i górników, gdzie „wszystkowiedzący” internauci ubliżali górnikom. Media ewidentnie przyzwalały im na wylewanie swojej zawiści i zazdrości z powodu przywilejów i zarobków… jakie górnicy zasłużenie mieli w minionym wieku. Ale przecież w ubiegłym wieku nie było w Polsce bezrobocia i wystarczyło tylko trochę chęci, a każdy mógł zostać górnikiem i zarabiać trochę lepiej aniżeli w innych zawodach. Także dziś, kiedy realia zarobków górniczych są dalekie od wyobrażeń tych, którzy w sieci plują nadal na nielicznych już górników, ci obecnie zawistni internauci, zamiast bezproduktywnie obrażać, też mogą podjąć pracę w górnictwie. Nikt przecie tego nie bronił wtedy, nie broni i teraz. (…)

Dla przeciętnego Kowalskiego nie ma też wielkiej różnicy pomiędzy smogiem i CO2 utożsamianym z węglem. Smog może powstawać w sprzyjających warunkach hydrometeorologicznych podczas spalania węgla (ale i ropy, i gazu) w wadliwie wykonanych instalacjach (piecach, kotłach). Nie występuje podczas spalania we współczesnych elektrociepłowniach.

Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że w Paryżu nie spala się węgla, a smog paryski jest gorszy od polskiego.

CO2 to zaś gaz nietrujący, niezbędny dla życia roślin, gaz, który w latach 80. ubiegłego wieku został obwiniony jako domniemany główny sprawca globalnego ocieplenia. Kolejną sprawą jest wiarygodność istotności wpływu dwutlenku węgla na globalne ocieplenie. Jeszcze do ok. 2004 roku było to przyjmowane za dogmat. Polscy pogromcy mitów – studenci AGH – podważyli tę tezę. Ale do dziś obowiązuje ona jako pretekst do nakładania przez państwa podatków.

Cały artykuł Jacka Musiała pt. „Śląsk, Zagłębie i polski górnik ofiarami kłamstwa ekologicznego?” znajduje się na s. 12 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jacka Musiała pt. „Śląsk, Zagłębie i polski górnik ofiarami kłamstwa ekologicznego?” na s. 12 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Tzw. urodziny Hitlera zaaranżowane przez dziennikarzy? Wymiana pism Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z prokuraturą

Obowiązkiem Prokuratury – czytamy w piśmie – jest wszechstronne wyjaśnienie wszystkich istotnych okoliczności bulwersującego opinię publiczną zdarzenia, w tym wątku dotyczącego pracowników TVN.

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

Tylko u nas. Znamy kulisy śledztwa w sprawie „urodzin Hitlera”. W tle tajemniczy zleceniodawcy, duże pieniądze i dziennikarka TVN. Taki tytuł nosiła zamieszczona 8.11.2018 r. na portalu wPolityce informacja.

W związku z tą publikacją Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wysłało 14 listopada ub.r. pismo do Prokuratury w Gliwicach z prośbą o przedstawienie ustaleń Prokuratury w sprawie udziału nadawcy audycji (Spółki TVN SA) w wydarzeniach będących przedmiotem śledztwa oraz informacji na temat roli dziennikarzy w tej sprawie.

17 grudnia 2019 r. do CMWP SDP dotarło pismo z Prokuratury Regionalnej w Katowicach, w którym poinformowano, iż brak jest podstaw prawnych do udzielenia informacji dotyczących prowadzonego postępowania przygotowawczego. (…)

Następnego dnia, 18 grudnia 2018 r., CMWP SDP otrzymało odpowiedź na swoje pismo od Pierwszego Zastępcy Prokuratora Generalnego, Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego. Miała ona zupełnie inny charakter. Prokurator Krajowy napisał w niej m.in., iż w sprawie wydarzeń, które miały miejsce 13 maja 2017 r. w lesie w Wodzisławiu Śląskim, Prokuratura Okręgowa w Gliwicach zakończyła już zasadnicze śledztwo i w najbliższym czasie planuje skierowanie aktu oskarżenia przeciwko kolejnym sześciorgu uczestnikom „urodzin Hitlera”, zarzucając im m.in. publiczne propagowanie ustroju faszystowskiego.

„Obowiązkiem Prokuratury – czytamy w piśmie – jest jednocześnie wszechstronne wyjaśnienie wszystkich istotnych okoliczności bulwersującego opinię publiczną zdarzenia, w tym również opisywanego przez media wątku dotyczącego pracowników TVN, do czego obligują prokuraturę gromadzone w sprawie dowody”.

W „Wielkopolskim Kurierze WNET” przytaczamy w całości obie odpowiedzi Prokuratury – Regionalnej w Katowicach i Krajowej.

Cała informacja Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pt. „Urodziny Hitlera”. Korespondencja CMWP SDP z prokuraturą” znajduje się na s. 7 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Informacja CMWP SDP pt. „Urodziny Hitlera”. Korespondencja CMWP SDP z prokuraturą” na s. 1 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Oczywiście nie jest Polakom wszystko jedno, jaka symbolika pojawia się w Kijowie, Moskwie czy Berlinie

Nie jest wszystko jedno, gdy widzimy sierpy i młoty za plecami prezydenta Chin czy czeskiego premiera składającego hołd pod pomnikiem zbrodniarza wojennego Josefa Šnejdárka – kata Polaków z 1919 roku.

Mariusz Patey

Na początku stycznia w Kijowie odbył się kilkutysięczny marsz w rocznicę urodzin Stepana Bandery. Oczywiście nie jest Polakom wszystko jedno, jaka symbolika pojawia się w Kijowie, Moskwie czy Berlinie. Nie jest wszystko jedno, gdy widzimy sierpy i młoty w tle przemawiającego prezydenta Chin, nie jest wszystko jedno, gdy patrzymy na czeskiego premiera składającego hołd pod pomnikiem zbrodniarza wojennego Josefa Šnejdárka – kata Polaków z 1919 roku. Odczuwamy także niesmak na widok emblematów strzałokrzyżowców w Budapeszcie. Gdybyśmy dożyli czasów, gdy kanclerz Niemiec paradowałby w koszulce ze swastyką, to prócz niesmaku czulibyśmy także słuszny strach. (…)

Co do historycznych zaszłości, uważam, że współczesna mapa interesów wygląda inaczej niż w 1919, 1943, czy nawet w 1945 roku. Dziś z dużym prawdopodobieństwem można przypuścić, że np. taki Yaroslav Stetsko, będąc premierem Ukrainy, szukałby porozumienia z Polską, a Josef Šnejdárek nie napadłby na śląskich Polaków. (…)

Polska, co oczywiste, powinna być aktywna w ukraińskim dyskursie politycznym, historycznym i tożsamościowym, wspierając swoich ukraińskich przyjaciół widzących przyszłość Ukrainy jako demokratycznego państwa prawa, zintegrowanego z Zachodem i objętego atlantycką strukturą bezpieczeństwa. Ta przyszłość łatwiej będzie realizowana bez symboli i postaci walczących z demokratycznym porządkiem – tak z pozycji komunistycznych, jak i szowinistycznych.

Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Refleksje po marszu ku czci Bandery w Kijowie” znajduje się na s. 6 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mariusza Pateya pt. „Refleksje po marszu ku czci Bandery w Kijowie” na s. 6 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Tomos – kolejny krok na drodze uniezależnienia Ukrainy od Moskwy / Paweł Bobołowicz, „Kurier WNET” nr 55/2019

Zjednoczona Cerkiew i wzrost życia religijnego przywraca Ukrainę do chrześcijańskich tradycji Europy. Prawosławie nie oznacza zawsze jego moskiewskiego kształtu i ta zmiana może to udowodnić.

Paweł Bobołowicz

Tomos – szansa na prawosławie bez oblicza Moskwy

Zjednoczona Prawosławna Cerkiew Ukrainy otrzymała tomos – dokument przyznający jej autokefalię, co uniezależnia ją od Moskwy. To wydarzenie daleko wykracza poza wymiar religijny i zapewne stanowi jedno z przełomowych wydarzeń w historii Ukrainy. Tomos dla ukraińskiej Cerkwi to też olbrzymia porażka kremlowskiej polityki budowania „russkowo mira” – strefy wpływów, która ma nie tylko ogarniać życie polityczne, ale także językowe, kulturowe i religijne. Dokument ten nie kończy procesu tworzenia nowej ukraińskiej Cerkwi, lecz tworzy formalne ramy do jej ukształtowania. Na tej drodze może pojawić się jeszcze wiele trudności. Powstała też szansa na inne prawosławie, niż to z obliczem Moskwy.

Gdy w kwietniu 2018 r. prezydent Poroszenko zwrócił się do Patriarchy Konstantynopola o nadanie ukraińskiej Cerkwi autokefalii, wydawało się, że sprawa jest prawie nierealna, a nawet jeśli, to wątpliwe, by udało się to prędko uzyskać.

Po pierwsze niezbędnym krokiem do tego było zjednoczenie ukraińskich Cerkwi. Po drugie nikt nie miał wątpliwości co do sprzeciwu Moskwy – zarówno jako Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, jak i ośrodka politycznej władzy. Federacja Rosyjska bowiem, podobnie jak jej poprzednik Związek Sowiecki, w pełni dominuje wszystkie obszary życia rosyjskiego społeczeństwa, w tym rosyjską Cerkiew, absolutnie podporządkowaną Kremlowi. Jej zwierzchnik Cyryl bardziej przypomina putinowskiego namiestnika niż głowę chrześcijańskiego Kościoła.

Bartłomiej I podpisuje tomos dla Zjednoczonej Cerkwi Ukrainy | Fot. M. Łazarienko, Sekretariat Prezydenta Ukrainy

Pomimo wielu problemów, też o podłożu ambicjonalnym, 15 grudnia 2018 r. w Kijowie na soborze zjednoczeniowym powstała Prawosławna Cerkiew Ukrainy. Jej głównym trzonem było połączenie się Ukraińskiej Cerkwi Patriarchatu Kijowskiego, na czele z patriarchą Filaretem (Denysenką), i Ukraińskiej Autokefalicznej Cerkwi pod zwierzchnictwem metropolity Makarego (Małetycza). Połączenie Cerkwi poprzedziło zdjęcie anatem z ich zwierzchników i uznania Cerkwi za kanoniczne. Przez lata bowiem obydwie Cerkwie funkcjonowały jako nieuznawane przez Konstantynopol i pozostałe Cerkwie, w tym oczywiście przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną.

Wielce symbolicznym aktem było stwierdzenie przez synod Cerkwi konstantynopolitańskiej o nieobowiązywaniu anatemy wobec hetmana Iwana Mazepy, którą nałożono na niego z polecenia cara Piotra I na początku XVIII w. Konstantynopol uznał, że było to działanie o charakterze politycznym, a nie religijnym. Ta deklaracja dowiodła, że na drodze do nadania tomosu coraz mniej liczy się zdanie Moskwy, a coraz więcej – postawa ukraińskiego prawosławia i jego jedność. Dlatego zabiegano, żeby w soborze zjednoczeniowym oprócz inicjatorów wzięli udział przedstawiciele Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. Do zmian w 2018 r. była to jedyna kanoniczna struktura Cerkwi prawosławnej funkcjonująca na Ukrainie. Stanowiła podporządkowaną Moskwie część Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, o największej liczbie parafii na Ukrainie, i w pełni kontrolowała najważniejsze ośrodki ukraińskiego prawosławia: Ławrę Peczerską i Poczajowską. Ostatecznie w soborze zjednoczeniowym wzięło udział dwóch biskupów Patriarchatu Moskiewskiego i miało to znaczenie bardziej symboliczne niż faktyczne, bo Patriarchat Moskiewski i tak nie uznał tego soboru. Fakt ten jednak zbił jego argument, że proces zjednoczeniowy jest robiony przeciw jakiejkolwiek ukraińskiej Cerkwi. Otworzył też drogę do nasilającego się od początku roku zjawiska przechodzenia parafii dotychczas podporządkowanych Patriarchatowi Moskiewskiemu do nowej, zjednoczonej Cerkwi.

Sobór zjednoczeniowy podjął też bardzo odważną decyzję personalną. Wbrew oczekiwaniom i właściwie też w jakimś stopniu niezgodnie z oczywistą konsekwencją wcześniejszych wydarzeń, zwierzchnikiem nowej Cerkwi nie został patriarcha Filaret. A przecież to on od lat zabiegał o autokefalię, to on walczył o ukraiński charakter Cerkwi. To on też płacił największą cenę za swoja walkę: zarówno przez fakt anatemy, jak i stałych ataków nie tylko ze strony Patriarchatu Moskiewskiego, ale całej putinowskiej propagandy. Jego aktywność na rzecz autokefalii, ale także we wspieraniu ukraińskiej armii i jednoznacznym określaniu Rosji jako agresora, była znaczniejsza niż Makarego czy któregokolwiek hierarchy ukraińskiego prawosławia. Oczywiście w tym samym czasie hierarchowie Patriarchatu Moskiewskiego nie wspierali autokefalii, nie zawracali sobie też głowy zachowywaniem neutralności w kwestiach politycznych czy dotyczących wojny, ale manifestowali poparcie dla moskiewskich zwierzchników i posługiwali się szablonami rosyjskiej propagandy o wojnie domowej, niszczeniu słowiańskiej jedności, moralnym zepsuciu zachodniej cywilizacji.

Wybór Filareta na głowę nowo powstałej Cerkwi mógłby wskazywać, że sam proces zjednoczenia ma polegać bardziej na wchłonięciu innych Cerkwi przez Patriarchat Kijowski niż tworzeniu nowej, szerokiej, otwartej struktury cerkiewnej. Ambicjonalnie nie mógł też tego zaakceptować zwierzchnik UAPC Makary. Negatywną przesłanką był też wiek Filareta. Patriarcha w tym roku kończy 90 lat i wskazywano – życząc patriarsze jak najlepiej – że jego problemy zdrowotne czy też śmierć mogłyby doprowadzić do kolejnego kryzysu w ukraińskim Kościele. W dodatku nowa Cerkiew nie miała stać się patriarchatem.

Ostatecznie zwierzchnikiem zjednoczonej Cerkwi został 39-letni Epifaniusz (Sergij Dumenko) – metropolita perejasławski i Białej Cerkwi, którego wskazał sam Filaret. Epifaniusz zresztą był już wcześniej wyznaczony na zastępcę Filareta w przypadku jego śmierci.

Epifaniusz to nowa generacja wśród kapłanów prawosławnych nie tylko na Ukrainie, ale na całym obszarze postsowieckim. Przede wszystkim ze względu na sam wiek nie można wiązać go w żaden sposób z poprzednim systemem, co było poważnym zarzutem w stosunku do Filareta.

Całe życie Epifaniusza jest związane z Cerkwią i rozwojem naukowym. Oprócz studiów w Kijowskiej Akademii Duchownej, studiował także na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Ateńskiego. Na Kijowskiej Prawosławnej Akademii Teologicznej był kierownikiem katedry filozofii. 28 czerwca 2013 został metropolitą perejasławsko-chmielnickim i białocerkiewskim. Jako zwierzchnik nowej Cerkwi objął też godność metropolity kijowskiego. Wybór nowego zwierzchnika oznacza, że ojciec ukraińskiej autokefalii Filaret musi usunąć się w cień, a jego funkcja patriarchy ma pozostać do końca życia jedynie honorową.

Zjednoczenie Cerkwi, uporządkowanie jej kształtu personalnego pozwoliło wreszcie na otrzymanie tomosu – dokumentu potwierdzającego samodzielność ukraińskiego Kościoła prawosławnego.

5 stycznia w Stambule Arcybiskup Konstantynopola, Nowego Rzymu i Patriarcha Ekumeniczny Bartłomiej I podpisał tomos – specjalny dokument nadający autokefalię ukraińskiej Cerkwi. 6 stycznia, w dniu, w którym również Konstantynopol obchodzi święto Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego, tomos został wręczony Epifaniuszowi (gr. „ten, który przyszedł na świat”). Tego samego dnia według kalendarza juliańskiego przypada wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Tym samym moment uznania przez Konstantynopol niezależności ukraińskiej Cerkwi wypełniony jest symbolami i stał się wyjątkowym świątecznym darem. W uroczystości podpisania i wręczenia tomosu brało udział nie tylko duchowieństwo – był też obecny prezydent Ukrainy, przewodniczący Rady Najwyższej, wielu ukraińskich ministrów, deputowanych i wiernych, którzy specjalnie na to wydarzenie przyjechali z całego świata.

7 stycznia Epifaniusz celebrował nabożeństwo w Soborze Mądrości Bożej (Sofijskim) w Kijowie, gdzie po raz pierwszy zaprezentowano tomos na Ukrainie. Tysiące ludzi czekało na mrozie na możliwość zobaczenia tego dokumentu. Wykaligrafowany w języku greckim zwój pergaminu opisuje najważniejsze zasady dotyczące nowego Kościoła. Cerkiew jest określona jako niezależna i samorządna, a na jej czele stoi Metropolita Kijowski i Całej Ukrainy, wraz z synodem. Zasięg terytorialny nowej Cerkwi pokrywa się z granicami ukraińskiego państwa (dlatego też zagraniczne parafie dotąd podporządkowane Patriarchatowi Kijowskiemu przejdą do Patriarchatu Konstantynopolitańskiego). W tekście wspomniane są dwa nazwiska: nowego zwierzchnika Cerkwi Epifaniusza i prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki jako osób, którym dokument został wręczony. Oczywiście jednak to też wyraz uznania dla nich, a wskazanie świeckiego polityka ma znaczenie szczególne.

Zaangażowanie prezydenta Poroszenki na rzecz otrzymania autokefalii od początku było wykorzystywane przez rosyjską propagandę, która z pełną hipokryzją wskazywała, że Poroszenko miesza Cerkiew do polityki, oczywiście zapominając, jak to wygląda w Rosji. Należy jednak pamiętać, że specyfika prawosławia czasami wymaga współdziałania państwa i Cerkwi – dlatego między innymi niezbędne było wspólne wystąpienie w kwietniu 2018 r. do Bartłomieja zarówno środowisk cerkiewnych, jak i Prezydenta Ukrainy i Rady Najwyższej w sprawie nadania tomosu. Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że w tym procesie nie było szerszego kontekstu politycznego. Można domniemywać, że wielkie znaczenie miały tu wizyty amerykańskich dyplomatów w Stambule czy wyjazdy Filareta do USA. Według części ukraińskich komentatorów swoją rolę odegrał też prezydent Turcji Recep Erdogan. Niektórzy twierdzą, że tomos to jeden z elementów skomplikowanej układanki między USA i Turcją, oczywiście z Rosją w tle, a być może i interesami tych krajów w Syrii.

Nie ulega wątpliwości, że Poroszenko na tomosie może tylko zyskać. Na pewno przysporzy mu to zwolenników w wyborach prezydenckich 31 marca 2019 r. Ale Poroszenko, podejmując walkę o tomos, zdecydowanie więcej by stracił, gdyby procesu nie udało się zakończyć czy prośba o tomos zostałaby odrzucona. Trudno też czynić politykowi zarzut z tego, że udaje mu się doprowadzić do korzystnych, wielkich decyzji.

Krytycy, także na Ukrainie, często wychodzą też z pozycji osób zatroskanych jednością prawosławia, uważając, że nowa Cerkiew doprowadzi do podziału wśród wiernych. Na łamach „Nowej Europy Wschodniej” tak do tego odniósł się Piotr Pogorzelski, wieloletni korespondent w Kijowie, znawca realiów ukraińskich: „Argument o rozłamach bardzo przypomina w swojej strukturze myślenie (…), że za wojnę na wschodzie kraju odpowiadają ci, którzy rozpoczęli rewolucję godności (bo gdyby nie ona, to nie byłoby wojny). Tutaj też zapomina się, kto tę wojnę rozpoczął, a zrobiła to Rosja (…). Z kolei mówienie, że Ukraińcy powinni najpierw zakończyć wojnę, a potem brać się za Cerkiew, to mylenie przyczyn ze skutkami. Trudno kończyć wojnę z Rosją, mając w swoim kraju przedstawicieli Kościoła prawosławnego, którzy nawet nie wstaną w parlamencie, żeby uczcić tych, którzy zginęli na froncie”.

Nic dziwnego, że Ukrainę już w grudniu 2018 r. pokryły bilbordy podpisane przez Poroszenkę z hasłem: „Armia, język, wiara”. To deklaracja, wokół czego Poroszenko chce łączyć Ukraińców. Inna sprawa, czy tylko w czasie kampanii wyborczej, czy też podczas potencjalnej następnej kadencji prezydenckiej.

Dla wielu Patriarchat Moskiewski to zdrajcy Ukrainy, ekspozytura rosyjskiego wywiadu. W grudniu Rada Najwyższa przyjęła przepisy, które zmuszają do wskazania w nazwie struktury religijnej, jakiemu krajowi jest podporządkowana, o ile ten kraj prowadzi wojnę przeciwko Ukrainie. Poroszenko od razu podpisał nową ustawę. Wiadomo, że jest ona stworzona pod jedną strukturę religijną – Patriarchat Moskiewski. I chociaż nadużyciem jest traktowanie wszystkich kapłanów Patriarchatu Moskiewskiego na równi z okupacyjnymi wojskami, to jednak nakazanie im przyznania się do służenia rosyjskiej Cerkwi wydaje się zrozumiałe. Zwłaszcza, że ukrywają się oni oficjalnie za nazwą „Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej”. Dla wielu kapłanów zmiana nazwy mogłaby być też zachętą do przejścia do nowego zjednoczonego Kościoła. Warto przypomnieć, że obecny prezydent Ukrainy też do niedawna był wiernym Patriarchatu Moskiewskiego.

Poroszenko, nawet gdyby przegrał wybory prezydenckie (pomimo nie najlepszych wyników w sondażach wydaje się to jednak wątpliwe – będzie to przedmiotem następnego artykułu), to i tak wejdzie na stałe do ukraińskiej historii.

Z perspektywy naszego kraju z dominującym rzymskokatolickim oglądem relacji państwo-Kościół ciężko jest zrozumieć, jak wielkie znaczenie odgrywa prawosławie, zresztą nie tylko z punktu widzenia interesów wewnętrznych Ukrainy, ale także w wymiarze międzynarodowym. Nadanie tomosu jest powszechnie zestawiane z takimi wydarzeniami jak chrzest Rusi (988) czy uzyskanie niepodległości w 1991 r.

Gratulując zjednoczenia, o historycznym momencie oczekiwanym od stuleci, o jego znaczeniu dla umocnienia ukraińskiej państwowości mówią zresztą nie tylko prawosławni, ale też m.in. abp Swiatosław Szewczuk – zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, wspólnoty katolickiej pod zwierzchnością papieża, czy Sajid Ismagiłow, mufti duchowego ośrodka ukraińskich muzułmanów „Umma”. Abp Szewczuk nazywa nową Cerkiew „siostrzaną” i liczy, że Kościoły będą teraz mogły wspólnie mówić prawdę o Ukrainie „prawdę o naszych bólach i cierpieniach”.

Im większa panuje radość na Ukrainie, w tym większą histerię popada Moskwa. Studio Wschód TVP cytuje zastępcę przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Kontaktów Cerkiewnych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Mikołaj Bałaszowa: „Poprzez działania patriarchy Bartłomieja I, który wstąpił w bezpośredni modlitewny i kanoniczny kontakt z osobą nie wyświęconą w należyty sposób, jedności prawosławia został zadany ciężki cios”. Według Bałaszowa nadanie autokefalii Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej to tragiczny dzień w historii światowego prawosławia.

O moskiewskiej schizmie pisaliśmy szerzej w ubiegłorocznych numerach „Kuriera WNET”. Warto przypomnieć, że rosyjska Cerkiew i tak już faktycznie zerwała więź z Konstantynopolem, jednak wciąż jednostronnie. Nie tylko w Konstantynopolu, ale nawet na pierwszym nabożeństwie po otrzymaniu tomosu, w Kijowie w czasie modlitwy wspominany był Cyryl, zwierzchnik RCP, na równi z innymi głowami autokefalicznych Cerkwi prawosławnych. To symboliczny dowód, że to nie Konstantynopol czy Kijów dąży do rozbicia prawosławia, lecz podporządkowana Kremlowi Cerkiew. Niestety oświadczenia zwierzchnika Polskiego Kościoła Prawosławnego metropolity Sawy wskazują, że Moskwa może mieć sojuszników w innych Kościołach prawosławnych. Szczególnie w tych z ludźmi z przeszłością współpracy z komunistycznymi organami bezpieczeństwa. Być może z Moskwą wiążą ich nie tyle prawosławne dogmaty, co pamięć archiwów KGB i GRU. Oprócz polskiej, tradycyjnie Rosja może też liczyć na wsparcie Cerkwi serbskiej. Moskwa może też pokusić się o rolę „Trzeciego Rzymu” i rozpocząć nadawanie własnych tomosów i tworzenia równoległych struktur cerkiewnych w wielu państwach. Tym zresztą może szantażować Cerkiew gruzińską. Zwraca na to uwagę Wojciech Jankowski, korespondent Radia WNET i dziennikarz „Kuriera Galicyjskiego”, który stwierdza, że taki tomos z chęcią uzyskałaby Cerkiew abchaska.

Rosyjska propaganda do ostatniej chwili twierdziła, że tomos nie zostanie nadany. Teraz coraz częściej Moskwa wykorzystuje inny propagandowy wariant, że oto tomos jest on wadliwy i wymaga podpisania przez innych zwierzchników lokalnych Kościołów.

Podążenie drogą pełnej schizmy dla Moskwy jest jednak ryzykowne. Odcięcie od ukraińskich zasobów finansowania Cerkwi zmusza Putina do wzięcia na garnuszek kolejnej grupy potencjalnie niezadowolonych. Wariant pełnej moskiewskiej schizmy jednak tylko umocni struktury na Ukrainie. Rosyjska propaganda straszy również rzekomo siłowym przejmowaniem Cerkwi będących we władaniu Moskiewskiego Patriarchatu.

Niewątpliwie putinowskie służby sprawdzają, czy jest szansa na rozkręcenie konfliktu na bazie religijnej. Tak jak w 2014 r. Moskwa występowała w obronie prawa do języka rosyjskiego, tak teraz może próbować wykorzystać do tego walkę o wolność wyznania i święte prawosławie. Nawet jeśli nie będzie to pretekstem do bezpośrednich działań, niewątpliwie będzie i już służy tworzeniu negatywnego obrazu Ukrainy.

Realnym niebezpieczeństwem dla ukraińskiej Cerkwi jest również bezkrytyczne wchłanianie struktur moskiewskich. Już w czasie pierwszych nabożeństw nawet w bezpośredniej bliskości Epifaniusza pojawili się dotychczasowi wierni słudzy Patriarchatu Moskiewskiego. Budzi to oburzenie tych, którzy walcząc o autokefalię, w jakimś stopniu walczyli z nimi. Oczywiście nie można wykluczyć, że ich przejście jest szczere, ale jeśli Prawosławna Cerkiew Ukrainy nasiąknie elementem moskiewskim – czy uda się jej zachować ukraiński charakter? I czy będzie konsolidować społeczeństwo, czy będzie zmuszona brać na siebie odium skompromitowanych struktur, kapłanów, którzy często bardziej niż o dusze dbają o zapewnienie bytu materialnego sobie i swoim bliskim? Gdy rozmawiałem z wiernymi w dniach zjednoczenia i otrzymania tomosu, powszechnie upatrywano w tym także momentu na odbudowę autorytetu duchowego i moralnego Cerkwi. Nie da się wykluczyć, że Moskwa, szukając różnych dróg do dyskredytacji Kijowa, będzie chciała skorzystać i z tej: rozsadzenia Cerkwi od wewnątrz. Sprzyjać temu mogą podziały personalne i nadmierne zasilenie pozostałościami moskiewskiej struktury.

Być może nadmierny sceptycyzm jest nieuzasadniony. W kwietniu 2018 r. temat tomosu wydawał się fikcją, a zjednoczenie ukraińskich Cerkwi niemożliwe. Jednak kolejny raz rzeczywistość nie chciała się podporządkować głosom analityków. Zjednoczenie się dokonało, tomos stał się faktem. Portal Ukraińska prawda informuje, że słownik „Mysłowo” uznał „tomos” za słowo roku 2018. W 2013 r. słowem roku ogłoszono „euromajdan”.

Trudno nie zauważyć, że gdyby nie zmiany określane pojęciem „euromajdanu”, trudno byłoby doprowadzić do zjednoczenia i niezależności ukraińskiej Cerkwi. Od końca 2013 r. obserwujemy na Ukrainie procesy przełomowe, które formułują i umacniają ukraińską niepodległość. Wszystkie wzbudzają furię i nienawiść ze strony Rosji.

Pamiętając o polskich interesach i wspólnym dziedzictwie Rzeczypospolitej, warto umieć się określić i wspierać te ukraińskie dążenia, które Ukrainę wyrywają z postsowieckich, putinowskich objęć. Zjednoczona Cerkiew i wzrost życia religijnego przywraca Ukrainę do chrześcijańskich tradycji Europy. Dobrze byłoby zrozumieć, że prawosławie nie oznacza zawsze jego moskiewskiego kształtu i ta zmiana może to udowodnić.

W kontekście historycznym prawosławna Metropolia Kijowska była częścią wielkiej, wielonarodowej, zamożnej i potężnej Rzeczypospolitej. Jej odnowienie to zmiana religijna, być może ważny element na długiej drodze ku jedności chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. W sensie politycznym to symboliczny powrót do wydarzeń z XVII wieku. „Historia się nie powtarza, lecz rymuje” – trudno nie zauważyć, że właśnie pojawił się „rym” do sytuacji sprzed wydarzeń, które na wieki wepchnęły Ukrainę w rosyjskie jarzmo, a z czasem na lata wymazały Polskę z map świata. Obyśmy dzisiaj znaleźli właściwe jego brzmienie.

Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Tomos – szansa na prawosławie bez oblicza Moskwy” znajduje się na s. 1 i 7 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Początek artykułu Pawła Bobołowicza pt. „Tomos – szansa na prawosławie bez oblicza Moskwy” na s. 1 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

W styczniu 1919 r. Wielkopolska zyskała rangę niezależnego państwa z własnym rządem, wojskiem, gospodarką i dyplomacją

Życie ludzkie nie jest najwyższą wartością, bo dobra reprezentowane przez ojczyznę są z reguły wartościami wyższymi. Skądinąd pod względem doczesnym człowiek jest tylko częścią społeczeństwa.

abp Stanisław Gądecki

(…) W przeddzień I wojny światowej wielkopolskie społeczeństwo było już dobrze zorganizowane, zdyscyplinowane, posiadało swoich naturalnych przywódców, co jeden z nich podsumował: „Prusacy, chcąc nas wytępić doszczętnie, wyświadczyli nam usługę dziejowej doniosłości, mianowicie wytworzyli w swym zaborze warunki przyśpieszonego przekształcenia nas na społeczeństwo czynne, pełne energii bojowej, zdolne do zdobywania sobie bytu w najcięższych warunkach. Zmusili oni i zmuszają coraz bardziej zachodni odłam naszego narodu do wydobycia z siebie tych zdolności, tych sił, które są nie tylko potrzebne do istnienia dzisiaj, ale które jedynie umożliwią nam w przyszłości zdobycie samoistnego bytu politycznego i utrzymanie żywotnego, silnego państwa polskiego” (Roman Dmowski).

Konkretną wolę odrodzenia państwa polskiego po raz pierwszy wyraził Polski Sejm Dzielnicowy, który obradował w Poznaniu od 3 do 5 grudnia 1918 r. W jego obradach wzięło udział ok. 1100 Polaków zamieszkujących ziemie pozostające w granicach Rzeszy niemieckiej. Byli to delegaci 4 mln Polaków z terenów dawnego polskiego Pomorza, z Prus Królewskich, ze Śląska, z Prus Książęcych, Warmiacy i Mazurzy oraz Polacy przebywający na wychodźstwie. W tej grupie znalazło się 75 katolickich księży oraz 129 kobiet.

Warto zwrócić uwagę na to, że choć uczestnicy Polskiego Sejmu Dzielnicowego byli świadomi tego, że głównymi wrogami wskrzeszenia Polski byli Niemcy, nie byli jednak przeciwni wszystkim Niemcom w ogóle: „Nie chcemy walki z tą częścią ludności niemieckiej zasiedziałej, która zawsze w zgodzie żyła z Polakami i która z nami w przyszłości także w zgodnem pozostanie współżyciu. Wrogami jesteśmy tylko tej nielicznej klasy urzędników i agitatorów hakatystycznych, którzy wnieśli do naszych dzielnic zarzewie nienawiści i teorię niesprawiedliwości, którzy podżegali ludność niemiecką przeciw ludności polskiej i krzywdę i gwałt Polakom zadawane sławili jako zdobycz prawdziwie niemieckiego ducha” – notował Dziennik Polskiego Sejmu Dzielnicowego w Poznaniu w grudniu 1918 r.

Uroczystości rocznicowe pod pomnikiem Powstańców Wielkopolskich. Fot. Jolanta Hajdasz

W końcu 26 grudnia przybył do Poznania Ignacy Jan Paderewski, witany z niebywałym entuzjazmem, i sprawy nabrały tempa. Sam artysta – z obawy przed nieprzewidzianymi rezultatami swojej wizyty – oficjalnie „zachorował” i do końca roku nie pokazywał się na zewnątrz hotelu Bazar. Mimo to 27 grudnia wybuchło powstanie, które w kilka dni oswobodziło Poznań. Ostatni akt wyzwalania miasta dokonał się 6 stycznia, gdy opanowano lotnisko i magazyny lotnicze na Ławicy, ostatni punkt kontrolowany przez Niemców.

Wszystko to było możliwe, ponieważ na przyjazd Paderewskiego ściągnięto do Poznania z okolicznych miejscowości oddziały Straży Ludowej i Służby Straży i Bezpieczeństwa. Ponadto w czasie wielkiej wojny w armii niemieckiej służyło 780 tys. Polaków z Wielkopolski, Śląska i Pomorza. W związku z tym wielu żołnierzy, którzy stanęli na czele oddziałów powstańczych, było już dobrze wyszkolonych i miało doświadczenie wojenne z armii pruskiej. Niemcy sami sobie wyszkolili przeciwników. (…)

Wbrew obiegowym opiniom, Warszawa nie była obojętna wobec wielkopolskich wydarzeń. W Poznaniu działali nieoficjalni przedstawiciele rządu polskiego i dowództwa Wojska Polskiego. Dwaj pierwsi szefowie sztabu w Poznaniu byli wcześniej legionistami. Z nominacji Piłsudskiego przybył do Poznania – wraz z zaufanymi ludźmi – generał Józef Dowbor-Muśnicki. Dzięki temu już 26 stycznia 1919 roku na placu Wilhelma (czyli Wolności) polscy żołnierze wypowiadali słowa przysięgi: „W obliczu Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej jedynego ślubuję, że Polsce, Ojczyźnie mojej i sprawie całego narodu Polskiego zawsze i wszędzie służyć będę, że kraju Ojczystego i dobra narodowego do ostatniej kropli krwi bronić będę…”.

Tak to w styczniu 1919 roku Wielkopolska – nie należąca już do Niemiec, ale nie należąca jeszcze do Polski – de facto zyskała rangę niezależnego „Państwa Wielkopolskiego” (z własnym rządem, wojskiem, gospodarką i dyplomacją), zorientowanego na połączenie się z niepodległą Polską.

Było w tym coś cudownego, gdyby bowiem w lutym nie podpisano umowy rozejmowej z Niemcami w Trewirze (6.02.1919), powstanie mogło zostać łatwo stłumione przez wojska niemieckie, które po rozprzężeniu spowodowanym rewolucją listopadową nadciągały do Wielkopolski w coraz większych ilościach. Gdyby nie powstanie wielkopolskie, to zgodnie z ówczesną praktyką o przynależności terenów spornych zadecydowałby zapewne plebiscyt, w którego wyniku wiele terenów północnej, zachodniej i południowej Wielkopolski mogło przypaść Niemcom.

Potem – 28 czerwca 1919 r. – został podpisany traktat pokojowy, na mocy którego całość ziem zajętych przez powstanie została przekazana państwu polskiemu. Trzy dni później zniesiono granicę celną między Wielkopolską a Rzeczpospolitą. A 28 sierpnia 1919 r. armia wielkopolska weszła w skład wojska polskiego. W ten sposób ziemia Piastów – twórców polskiej państwowości – stała się integralną częścią odrodzonej Rzeczpospolitej. Wkrótce potem oddziały wielkopolskie – najbardziej zdyscyplinowane i najlepiej wyszkolone – zostały przesunięte na Wschód, na tereny wojny polsko-bolszewickiej. Tak więc w sumie w latach 1918–1921 życie oddało ok. 8 tys. Wielkopolan, czyli niemal co dziesiąty z tych, którzy trafili do szeregów powstańczych, a następnie do Armii Wielkopolskiej.

Hołd postawie ówczesnych Wielkopolan złożył sam Józef Piłsudski, witany w Poznaniu 26 października 1919 r. Powiedział on wówczas: „Wy, Wielkopolanie, rzuceni zostaliście do walki, którą wam wróg nieubłagany wypowiedział w tej dziedzinie, w której Polska zawsze w wielkim stopniu najsłabsza była. […] Walka została wam rzucona w dziedzinie organizacji, w dziedzinie umiejętności wytwarzania codziennego, szarego, pełnego obowiązków i pełnego trudu życia. […] Gdy myślę o zadaniach stojących przed Polską, chciałbym wnieść od was do Polski całą waszą namiętność pracy, która by Polskę przeniknęła, dać umiejętność organizowania pracy sumiennej, umiejętność pracy uczciwej”.

Cała homilia abpa Stanisława Gądeckiego pt. „Naród i Ojczyzna są nie do zastąpienia”, wygłoszona w farze poznańskiej w 100. rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego 27.12.2018 r., znajduje się na s. 5 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Homilia abpa Stanisława Gądeckiego pt. „Naród i Ojczyzna są nie do zastąpienia”, wygłoszona w farze poznańskiej w 100. rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego 27.12.2018 r., na s. 6 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Doskonale przygotowane powstanie / Wywiad A. Opalińskiego z prof. G. Kucharczykiem, „Wielkopolski Kurier WNET” 55/2019

Sądząc po zapleczu ideowym ludzi obecnie rządzących Poznaniem, to z narodowo-demokratycznego, chrześcijańsko-społecznego charakteru Wielkopolan, którzy pokonali Niemców w powstaniu, nic nie zostało.

Antoni Opaliński
Grzegorz Kucharczyk

Powstanie wielkopolskie – powstanie nowoczesnego narodu

O przygotowaniach do zwycięskiego zrywu wielkopolskiego, którego setną rocznicę Wielkopolska uroczyście obchodziła w ostatnich dniach grudnia 2018 roku, oraz o reformie akademickiej, tzw. ustawie Gowina, z profesorem Grzegorzem Kucharczykiem rozmawia Antoni Opaliński.

Za nami setna rocznica wybuchu powstania wielkopolskiego. Jakie jest znaczenie tego wydarzenia w naszych dziejach?

Powstanie wielkopolskie było kluczowe zarówno jeśli chodzi o przynależność tzw. ziem zachodnich do Rzeczypospolitej, jak i o proces odbudowy państwa polskiego jako całości. Po pierwsze udane powstanie w Wielkopolsce było decydującym argumentem dla polskiej delegacji podczas konferencji pokojowej w Wersalu, żeby domagać się przyłączenia, powrotu tej ziemi do Polski. Wystarczy popatrzeć na mapę, żeby wiedzieć, że bez Wielkopolski nie byłoby – nawet w sensie geopolitycznym – możliwości przyłączenia do Polski Pomorza ani Górnego Śląska. Była to więc ziemia centralna i jedna z najważniejszych. Po drugie Wielkopolanie, armia wielkopolska, włączona latem 1919 roku w struktury Wojska Polskiego, bardzo poważnie zasiliła armię polską walczącą zarówno w Galicji, jak i na froncie wschodnim przeciw bolszewikom. Jednostki wielkopolskie bardzo się w tych walkach odznaczyły, należały do najbardziej efektywnych jednostek Wojska Polskiego.

Powstanie wielkopolskie utrwaliło się w naszej historii jako zwycięskie, w przeciwieństwie do pięknych, ale tragicznych zrywów XIX wieku – dobrze zaplanowane i zakończone sukcesem.

Niektórzy historycy wskazują, że to nie było pierwsze udane powstanie, bo pierwszym było powstanie przeciwko Prusakom, też w Wielkopolsce, kiedy witano wkraczającą armię napoleońską. To właśnie Wielkopolanie tworzyli rodzącą się wówczas armię Księstwa Warszawskiego. Wśród historyków jest spór, czy to można nazwać powstaniem. Jedno jest pewne: to właśnie ziemie zachodnie zasilały Księstwo Warszawskie, czyli to „małe państwo wielkich nadziei”, które dla wielu Polaków stanowiło właśnie wielką nadzieję na odzyskanie całości Rzeczypospolitej. Natomiast Powstanie wielkopolskie z lat 1918–1919, chociaż udane, nie doczekało się np. takiej wielkiej poezji, która towarzyszyła wielkim, ale nieudanym powstaniom – jak kościuszkowskie, a zwłaszcza listopadowe i styczniowe. Powstanie wielkopolskie rzeczywiście nie przebiło się do literatury. W związku z tym do dzisiaj są kłopoty z umiejscowieniem go w kulturze pamięci narodu. Wydaje mi się, że takie rocznice jak setna, są znakomitą okazją, żeby wielu ludziom, zwłaszcza młodym, przypomnieć albo wręcz poinformować ich, czym było powstanie wielkopolskie.

Fot. J. Hajdasz

Mówi się, że było ono doskonale przygotowane. Jednak w legendzie utrwalił się obraz przyjazdu do Poznania Ignacego Paderewskiego i spontanicznego wybuchu, prawie że zainspirowanego przez przyjazd mistrza.

Powstanie wielkopolskie pod względem – tak to nazwijmy – metodologii zrywu powstańczego było modelowym przykładem, jak trzeba to robić. Sam ten legendarny przyjazd Paderewskiego do Poznania 26 grudnia 1918 roku był doskonale zainscenizowany przez stronę polską, przygotowany, nic się nie działo przypadkiem. Jeżeli można mówić o spontaniczności, to możemy użyć oksymoronu: spontaniczność doskonale zorganizowana i przygotowana. Przecież Poznań był udekorowany na przyjazd Paderewskiego we flagi polskie i alianckie.

Przypomnę, że Poznań był w tym momencie formalnie jeszcze częścią Rzeszy Niemieckiej, a tutaj – już wiszą flagi państw, które są w stanie wojny z Niemcami. Tak samo jeśli chodzi o manifestację: to nie było jakieś zbiegowisko; wszystko zostało zorganizowane. Ale przede wszystkim przygotowania trwały od strony politycznej. Od ponad pół roku tworzyły się w Wielkopolsce tajne komitety obywatelskie, które po upadku monarchii w Niemczech i abdykacji Wilhelma II wyszły na powierzchnię. Tworzyły się również Rady Ludowe wraz z Naczelną Radą Ludową w Poznaniu. Polacy bardzo umiejętnie przechwytywali od środka – to był przecież w Niemczech czas rewolucji – tworzące się Rady Robotnicze i Żołnierskie. Polacy przejęli taką radę w Poznaniu, która de facto sprawowała władzę. I wydział wykonawczy rady zaczął wymieniać pruskich urzędników i umieszczał na tych miejscach Polaków. Ten proces przejmowania władzy w Wielkopolsce toczył się, zanim wybuchło powstanie. Tu nie było miejsca na powtórkę z Nocy Listopadowej, gdzie Polacy biegaliby po Poznaniu, szukając, kto przejmie dowództwo. To polityczne przywództwo już było gotowe.

Czy możemy wymienić najważniejszych przywódców powstania wielkopolskiego?

Oczywiście generał Józef Dowbor-Muśnicki, twórca i organizator armii powstańczej. On przybył do Wielkopolski, kiedy powstanie trwało. Pierwszym dowódcą był kapitan, potem major Stanisław Taczak. Trzeba pamiętać o pierwszej polskiej ofierze powstania, czyli Franciszku Ratajczaku. Od strony politycznej pierwszoplanową postacią jest członek komisariatu Naczelnej Rady Ludowej Wojciech Korfanty. Postać zazwyczaj kojarzona ze Śląskiem i z powstaniami śląskimi – i słusznie. Ale on był związany z całą dzielnicą pruską i wtedy, w tych kluczowych momentach 1918 i 1919 roku, był odpowiedzialny za polityczne zaplecze powstania.

Pan mówi o pracy w miesiącach poprzedzających powstanie. Można chyba jednak powiedzieć, że Polacy w Wielkopolsce przygotowywali się do tego momentu dziejowego przez dziesiątki lat.

Oczywiście, powstanie wielkopolskie było pierwszym polskim powstaniem w XX wieku. W związku z tym było to pierwsze powstanie nowoczesne. Nie tylko systematycznie i metodycznie przygotowane. Głównym bohaterem tego powstania był nowoczesny naród, ta część narodu polskiego, która żyła nad Wartą. Nowoczesny w znaczeniu: obejmujący wszystkie warstwy społeczne przeniknięte polską tożsamością narodową, która budowała się w czasie tzw. najdłuższej wojny nowoczesnej Europy. Czyli podczas organizowania oporu polskiego wobec nacisku germanizacyjnego, nie tylko w sensie językowym, ale też obrony polskiej ziemi i kultury. W tę obronę były zaangażowane polskie instytucje za pomocą różnych sieci oddolnych tworzonych przez Polaków, przez polską oddolną modernizację, czyli ruch organicznikowski – czytelnie ludowe, spółdzielnie, banki rolnicze, związki spółek zarobkowo-pożyczkowych. Tutaj kluczową rolę pełnił Kościół katolicki, który dostarczał kapitału moralnego i kulturowego, a z drugiej strony było polskie ziemiaństwo, szlachta, która dostarczała kapitału materialnego, bez którego te wszystkie inicjatywy by nie powstały. Synergia tych dwóch kapitałów – moralnego wsparcia ze strony Kościoła i materialnego, który finansował te projekty organicznikowskie, pozwoliła na stworzenie nad Wartą nowoczesnego polskiego narodu. Nieprzypadkowo Roman Dmowski w Myślach Nowoczesnego Polaka z 1903 roku wskazywał na Poznańczyków jako przykład nowoczesności dobrze pojętej.

Skoro wspomnieliśmy o Dmowskim, można chyba powiedzieć, że Wielkopolska to była modelowa endecka dzielnica kraju?

Tak. Tutaj rząd dusz sprawowała Narodowa Demokracja i także szeroko pojęty ruch chrześcijańsko-społeczny, np. chrześcijańskie, czyli katolickie związki zawodowe. To się oczywiście zgadza; sam Roman Dmowski w okresie II RP bardzo chętnie przebywał w Wielkopolsce, nawet zakupił majątek w Chludowie pod Poznaniem. A Wielkopolska też witała go z otwartymi ramionami. Warto wspomnieć, że Dmowski jest doktorem honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, uniwersytetu, który powstał jako Wszechnica Piastowska w 1919 roku. Warto pamiętać, że został zachowany parytet, ponieważ doktorem honoris causa UAM jest także Józef Piłsudski.

Czy dziś w Wielkopolsce cokolwiek pozostało z tego narodowo-demokratycznego, czy też chrześcijańsko-społecznego charakteru?

Jeżeli patrzeć na wyniki wyborów, czy też zaplecze ideowe ludzi, którzy rządzą w Poznaniu – to nic nie zostało.

Jak przebiegały obchody setnej rocznicy wybuchu powstania?

Od strony zewnętrznej wypadły dość okazale. Miasto zostało oflagowane, byli obecni najważniejsi przedstawiciele państwa polskiego na czele z panem prezydentem. Jednak najważniejsze jest to, że obchody były poprzedzone akcją edukacyjną w całej Wielkopolsce. Na poziomie szkół, powiatów, gmin działo się to kilka miesięcy przed 27 grudnia. Można więc powiedzieć, że akcje upamiętniające powstańców wielkopolskich były prowadzone na różnych płaszczyznach. Od prowadzonej już od wielu lat akcji kibiców Lecha Poznań, którzy co roku zbierają pieniądze na odbudowę mogił powstańczych, po różne przedsięwzięcia edukacyjne w szkołach, w różnych ośrodkach kultury.

Zwycięstwo powstania wielkopolskiego to także efekt sprzyjającej sytuacji geopolitycznej.

To jest prawda, ale był to też efekt wielkiego wysiłku dyplomatycznego Komitetu Narodowego Polskiego na czele z Romanem Dmowskim. Przypomnijmy, że od 18 stycznia 1919 roku trwała w Paryżu konferencja pokojowa, na której Polska była obecna, i to obecna formalnie, w szeregu państw zwycięskich. Dzięki temu, że na froncie zachodnim w momencie podpisywania rozejmu w Compiègne 11 listopada 1918 roku była polska formacja zbrojna w postaci Błękitnej Armii generała Hallera. Wysiłek strony polskiej, przede wszystkim Romana Dmowskiego, aby powstrzymać kontrofensywę niemiecką, która zaczęła się w styczniu 1919 roku, był skuteczny w tym sensie, że przedłużenie rozejmu z Compiègne, które nastąpiło 16 lutego 1919 roku w Trewirze objęło również wymuszony na Niemcach zakaz przesuwania się na wschód w kierunku Wielkopolski. Krótko mówiąc, wymuszono na Niemcach pozostawienie w ręku powstańców prawie całej Wielkopolski. To pozwoliło skonsolidować te zdobycze i zorganizować armię powstańczą, która wiosną 1918 roku osiągnęła stan 80–90 tysięcy doskonale wyszkolonych żołnierzy.

Czy władze Poznania zaangażowały się aktywnie w obchody stulecia?

Pan prezydent Jaśkowiak tym razem był w Poznaniu podczas rocznicy. Można powiedzieć, że władze Poznania przynajmniej nie przeszkadzały w tych przedsięwzięciach i objęły najważniejsze akcje swoim patronatem. Natomiast ton nadawały tym obchodom – i to bardzo dobrze o nich świadczy – przede wszystkim inicjatywy społeczne. Nie mówię tylko o grupach rekonstrukcyjnych, one są najbardziej widoczne, ale o działaniach wydawniczych czy edukacyjnych. Władze Poznania zrobiły swoje. Przynajmniej nie było żadnej próby uczynienia np. z powstańców wielkopolskich przeciwników dialogu polsko-niemieckiego, bo przy różnych aberracjach ideologicznych można by się było czegoś takiego spodziewać. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Panie Profesorze, trwa polemika na temat reformy akademickiej. Pan premier Gowin broni się przed zarzutami wyrażonymi między innymi w liście naukowców, zainicjowanym przez profesora Andrzeja Nowaka. Minister uważa, że reforma nie zagraża wolności badań, a krytykowana przez Panów lista wydawnictw to próba poprawienia jakości publikacji naukowych i wyeliminowania tych najsłabszych.

A kto ma eliminować te najsłabsze elementy? Rozumiem, że ministerialni urzędnicy, którzy będą robić takie listy? Nauka ma eliminować słabe publikacje – bo nie przeczę, że takie są – swoimi własnymi siłami. Od tego są przewody habilitacyjne, doktorskie i profesorskie, a także powoływanie recenzentów, którzy – żeby eliminować niepożądane zjawiska – obecnie są rzeczywiście przyzywani z zewnątrz, a nie spośród kolegów.

Kolejna sprawa – szkoda, że pan minister nie wskazał kraju, w którym panuje system, który on chce zaprowadzić. Ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Niemczech, ani we Francji – w wiodących państwach, jeśli chodzi o postęp naukowy, także o nauki humanistyczne – nie ma żadnych odgórnych ministerialnych list.

Trzecie pytanie: jakie są kryteria i kto ustalał taką listę? Nie znamy nazwisk osób, które biorą udział w ustalaniu takiej listy, a przede wszystkim nie znamy kryteriów, według których taką listę się ustala.

Czy możemy wskazać źródła tego projektu, jego ideowe korzenie?

Też bym się bardzo chętnie dowiedział, kto za tym stoi. To jest zadziwiająca sprawa – cały ten model zmierza do aberracyjnego centralizmu, hiperregulacji czynionej pod patronatem pana ministra Gowina, który – przypomnijmy – jako minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska ciągle mówił o deregulacji, o otwieraniu zawodów, o usuwaniu biurokratycznych kajdan, które tłamszą nasze życie publiczne. A tutaj mamy ruch w drugą stronę. Dlatego pytanie o korzenie jest bardzo zasadne.

Jeżeli popatrzeć na kraje, w których obowiązuje system, do którego dąży pan premier Gowin – o ile ja się dobrze orientuję, to taki system mamy w Chinach i w Turcji. Nie wiem, czy jeszcze gdzie indziej, ale na pewno nie w krajach, które wymieniałem wcześniej i do których wzorca rzekomo dążymy w tej reformie. Tymczasem okazuje się, że trend jest zupełnie inny. Trend, który zmierza do tego, aby naukę jeszcze bardziej w Polsce reglamentować i to reglamentować przez urzędników. Z logiki przedsięwzięcia, o którym rozmawiamy, przebija wielka nieufność do środowiska naukowego, do tego, że będzie samo w stanie zapobiec uznawaniu marnych prac za prace naukowe.

Powtarzam – jeżeli ktoś drukuje, nawet za swoje pieniądze, marną pracę naukową i ona jest przedstawiana jakiejś radzie wydziału czy radzie naukowej jako praca doktorska czy habilitacyjna, to najczęściej już na wstępnym etapie powoływania komisji taka praca jest odrzucana. Jeżeli jakimś cudem przejdzie, to potem są zewnętrzni recenzenci, jest centralna komisja do spraw tytułów naukowych, teraz ma się nazywać radą ds. doskonałości naukowej – która też nad tym czuwa. I raptem okazuje się, że ma być dodatkowa rada, całkowicie anonimowa, w postaci gremium, które będzie ustalało listę wydawnictw.

Pan minister obawia się, że jak nie będzie tej listy, to będą powstawać marne prace naukowe. A żeby nie były marne, potrzebny jest spis, lista. Czyli doskonałość naukowa ma być badana na etapie ministerialnym. To ja sugeruję – może warto by było, żeby ministerstwo nauki każdego stycznia publikowało po prostu liczbę osób, które w rozpoczynającym się roku są przewidziane do tego, żeby dostały doktorat, habilitację czy profesurę i już się przez cały rok nie denerwowały. Skoro ministerstwo wie lepiej, to idźmy dalej i reglamentujmy wszystko – taki jest logiczny kierunek tej polityki. Bardzo niedobry.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z prof. Grzegorzem Kucharczykiem pt. „Powstanie wielkopolskie – powstanie nowoczesnego narodu” znajduje się na s. 1 i 3 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z prof. Grzegorzem Kucharczykiem pt. „Powstanie wielkopolskie – powstanie nowoczesnego narodu” na s. 1 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Prymas tysiąclecia zaczął sprawować swą funkcję 70 lat temu. Za jego czasów naród doczekał się Polaka-papieża i wolności

Korzystając z szerokich uprawnień nadanych przez papieża, kierował Kościołem w Polsce twardą ręką. Niektórzy uważają, że zbyt twardą, ale w realiach, jakie były, ta metoda była chyba jedyną skuteczną.

Piotr Sutowicz

Kościół w Polsce miał szczęście do wielkich ludzi w trudnych czasach. Prymas odrodzonej Polski, August Hlond, był postacią nietuzinkową. Syn ziemi śląskiej, nie pierwszy i nie ostatni przedstawiciel polskości, dla wielu nowej. Któż w wieku XIX przypuszczałby, że Górny Śląsk da Polsce tak wspaniały poczet mężów prawdziwie wielkich? (…) Od początku posługi Hlonda w Gnieźnie widać ogromny nacisk arcybiskupa, a od roku 1927 kardynała, na kwestie społeczne właśnie. (…) W tejże idei znajdziemy pierwsze nici łączące prymasa Hlonda i młodego księdza Wyszyńskiego. (…)

Oprócz tego, że dzielił on z prymasem Hlondem pasję społecznikowską, różniło ich wiele kwestii na pozór ważnych, choć ostatecznie okazujących się drugorzędnymi. Dla młodego księdza z diecezji włocławskiej Śląsk był pewnie „nieznanym krajem”. Sam był synem nadbużańskich wiosek, gdzie problemy społeczne wynikały z nędzy, ale chłopskiej.

(…) W czasie, gdy biskup Hlond zostawał pierwszym ordynariuszem katowickim, Wyszyński zaczął posługę wikarego we włocławskiej katedrze. Ucząc w szkole przy słynnej „Celulozie”, zetknął się ze światem biedy robotniczej, która, co wiele razy potem podkreślał, prowadzi prostą drogą od Boga i trzeba znaleźć drogę, by ten świat Bogu oddać. (…)

Wrzesień 1939 roku przekreślił wszystko – i Wyszyński, i Hlond musieli uciekać przed Niemcami. Być może nieco inne były powody ich decyzji, ale losy tułaczy łączyły obie postaci. Prymas Hlond opuścił kraj nie z tchórzostwa, jak przedstawia to wroga mu propaganda, lecz z obawy, artykułowanej również przez przedstawicieli władz II RP, iż w wypadku znalezienia się pod władzą okupantów mogliby oni chcieć wykorzystać jego autorytet dla własnych celów. (…)

Stefan Wyszyński opuścił Włocławek w październiku 1939 roku na polecenie swego biskupa Michała Kozala, obecnie czczonego jako błogosławiony biskup męczennik zamordowany przez Niemców w Dachau w 1943 roku. Trudno powiedzieć – być może biskup kierował się myślą, iż jako ksiądz zaangażowany społecznie Wyszyński był szczególnie zagrożony. Nie przewidywał natomiast tego, że niemieckie władze dążyły do fizycznej eliminacji Kościoła katolickiego w Polsce za to, że katolicki i za to, że polski właśnie. A może też ujawnił się tu jakiś profetyzm? (…)

Być może wielu ludzi, w tym także prymas Hlond i biskup Wyszyński myśleli, że sprawy w Polsce jakoś się ułożą. Co prawda Wyszyński jako badacz bolszewizmu mógł mieć naukowe podstawy, by twierdzić inaczej, ale to, że po kataklizmie drugiej wojny światowej wszyscy chcieli spokoju i pokoju, nie ulegało wątpliwości. (…)

August Hlond był człowiekiem twardym, acz nowoczesnym. Został zresztą uformowany przez nowoczesny zakon salezjanów i na pewno nie chciał czekać z założonymi rękami. Jego nieustępliwość i pozycja międzynarodowa z pewnością były dla komunistów trudne do zniesienia. Zniszczenie Kościoła pozostającego pod jego rządami było nie lada wyzwaniem. 14 października 1948 roku trafił do szpitala, skarżąc się na bóle brzucha. Przeszedł operację, jego samopoczucie się jednak pogarszało. Dwudziestego dnia tegoż miesiąca nastąpiła druga operacja.

Prymas Hlond umarł w wyniku powikłań, 22 października. Według jego biografa, prof. Jerzego Pietrzaka, podobno przed śmiercią zwrócił się do lekarzy ze słowami: „Panowie, co wy powiecie po mojej śmierci, na co ja umarłem? Co podacie jako powód mej śmierci?”.

Pogrzeb prymasa odbył się 26 października. Za najpoważniejszego kandydata na jego następcę uważano biskupa łomżyńskiego Stanisława Kostkę Łukomskiego, przed wojną przyjaciela Romana Dmowskiego, po wojnie jawnego przeciwnika władzy komunistycznej; człowieka, o którym wiadomo było, że pozostawał w kontakcie z oddziałami drugiej konspiracji. Ten zginął jednak w wypadku samochodowym, wracając z pogrzebu, a jego kierowca, który z wypadku wyszedł bez szwanku, za jakiś czas znalazł zatrudnienie w UB. Wyglądało to rzeczywiście dziwnie – 67-letni Prymas i 74-letni hierarcha znikają ze sceny w podejrzanych okolicznościach. Dziś IPN próbuje prowadzić śledztwo na okoliczność spowodowania ich śmierci przez czynniki zewnętrzne, aczkolwiek po tylu latach sprawa wydaje się trudna do rozwikłania. Bez wątpienia komunistom ubyło jesienią 1948 r. dwóch twardych przeciwników. (…)

12 listopada 1948 r. Pius XII powołał Stefana Wyszyńskiego na stolice arcybiskupie w Gnieźnie i Warszawie. (…) Czy za nominacją prymasowską mogła stać gra operacyjna służb, jak chcieliby niekiedy poszukiwacze sensacji? Nawet, jeśli przyjmiemy za pewnik fakt zabójstwa obu wspomnianych wyżej hierarchów, ta kandydatura była dla komunistów, po pierwsze, raczej niespodziewana, po drugie niemiła.

Cały artykuł Piotra Sutowicza pt. „Aleć jestem tylko Bożym chłopcem na posyłki” znajduje się na s. 18 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Aleć jestem tylko Bożym chłopcem na posyłki” na s. 18 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Telegraficzne podsumowanie ubiegłego roku w „Kurierze WNET”. Przegląd wydarzeń z niemal wszystkich dziedzin życia świata

Wydarzenie, bez którego przegląd roku 2018 byłby niepełny: we wrześniu Radiu WNET przyznano koncesję na częstotliwość w Warszawie (87,8) i Krakowie (95,2), przez co staliśmy się radiem dwóch stolic.

Maciej Drzazga

W styczniu, w ślad za awansem wicepremiera Morawieckiego na stanowisko premiera, personalne zmiany dotknęły ministerstw spraw wewnętrznych, zagranicznych, obrony, finansów i zdrowia. Rodzina Waltzów zwróciła skarbowi państwa 5 mln złotych ze sprzedaży niewłasnej kamienicy.

W lutym, zdobywając trzecie w swoim życiu złoto na igrzyskach w Pjongczang, Kamil Stoch wstąpił na olimpijski Olimp.

W marcu po 18 latach odsiadki zakład karny opuścił pomyłkowo skazany na karę pozbawienia wolności Tomasz Kolenda.

W kwietniu, po ośmiu latach oczekiwań, wszystkie ofiary katastrofy pod Smoleńskiem doczekały się pomnika w sercu stolicy Polski.

W maju Jean-Claude Juncker oddał uroczysty hołd Karolowi Marksowi: sataniście, pomysłodawcy likwidacji prywatnej własności, zwolennikowi przymusu pracy oraz „zniesienia prawd wieczystych, religii i moralności”. Po wieloletniej przerwie na Litwie powrócono do retransmisji kanałów TVP.

W czerwcu prezydent przegrał referendum konstytucyjne już na poziomie Senatu. Nowe unijne rozporządzenie dot. danych osobowych RODO zafundowało internetowe rodeo internautom w całej UE.

W lipcu, z okazji 550-lecia polskiego parlamentaryzmu na Zamku Królewskim w Warszawie zasiadło uroczyście Zgromadzenie Narodowe. Po raz pierwszy od ćwierćwiecza liczba osób poszukujących pracy w Polsce spadła poniżej 1 mln osób.

W sierpniu CIA zainteresowała się porcelaną z Bolesławca, a nawet dokonała jej zakupu.

We wrześniu Radiu WNET przyznana została radiowa koncesja.

W październiku Święty Synod Patriarchatu Konstantynopolitańskiego postanowił, że Ukraińska Cerkiew Prawosławna nie podlega już dłużej Patriarchatowi Moskwy i Wszechrusi. Kolejka linowa na Kasprowy ponownie trafiła w polskie ręce.

W listopadzie III RP swoje setne urodziny hucznie obeszła II RP. Na Morzu Azowskim Rosja zajęła ukraińskie okręty, a Zachód zajął stanowisko w sprawie. Na ulice francuskich miast wyszły w proteście „żółte kamizelki”, a niski poziom zaufania do prezydenta republiki pobił historyczne minima.

W grudniu starzy, dobrzy komunistyczni patroni wrócili na ulice warszawskich miast.

USA i Węgry zagłosowały przeciw, a Polska wraz z 8 innymi państwami nie wzięła udziału w głosowaniu nad Światowym Paktem ws. Migracji ONZ, który nielegalną imigrację zakwalifikował do kategorii praw człowieka.

Cały „Telegraf” Macieja Drzazgi znajduje się na s. 2 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

„Telegraf” Macieja Drzazgi na s. 2 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego