Ciągle łapię się na tym, jakie zdziwienie i niedowierzanie wywołuję u mnie torpedowanie wszelkich idei patriotycznych mających na celu upamiętnienie historii ojczyzny i bohaterskich postaw Polaków.
Aleksandra Tabaczyńska
Imponuje mi determinacja Polaków, którzy w latach dwudziestych rozebrali sobór św. Aleksandra w Warszawie. Kiedy tylko Polska odzyskała niepodległość, symbol zaborczej rosyjskiej władzy został usunięty z pejzażu miasta. Zapewne i wtedy nie obyło się bez protestów. Jestem pewna, że padały argumenty o wartości kulturalnej obiektu, jego wrośnięciu w krajobraz albo braku tolerancji, a może i szowinizmie etc. Szkoda, że straciliśmy ten impet z lat dwudziestych w pozbywaniu się symboli nie tylko ucisku i niszczenia narodu polskiego, ale panowania okupantów w naszej Ojczyźnie. (…)
Nie wiem, jak mam sobie wytłumaczyć, dlaczego nie ziściło się moje marzenie, a właściwie więcej, bo nadzieja, a nawet oczekiwanie dotyczące powrotu Pomnika Wdzięczności do Poznania. Byłam pewna, że w jubileuszowym roku 2018 pomnik będzie zdobił panoramę miasta. To wotum Wielkopolan za odzyskanie niepodległości, a także architektoniczny synonim umiłowania i prawdziwego kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa zniszczyli nam Niemcy, i to najszybciej jak się dało – zaraz po napaści i wkroczeniu do Poznania w 1939 roku. Jak to jest możliwe, że są ludzie, którzy wręcz walczą by decyzję niemieckiego najeźdźcy nadal utrzymać w mocy?
Czas pracy, a więc zabiegów i wysiłków Społecznego Komitetu Odbudowy Pomnika, liczy się już w latach. A ostatnie wyniki wyborów samorządowych uświadomiły mi, że przyjdzie poznaniakom poczekać pewnie kolejne pięć lat. I nie zmieniają tu nic zorganizowane z dużym rozmachem dwa wydarzenia, które bardzo skutecznie, moim zdaniem, przypomniały rodakom po raz kolejny przesłanie poznańskiego wotum wdzięczności oraz ideę jego odbudowy. Mam tu na myśli majową konferencję prasową w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, która to w roku jubileuszu odzyskania niepodległości miała wydźwięk ogólnopolski. Podobnie jak modlitewno-patriotyczne spotkanie zorganizowane przez Komitet na poznańskiej Malcie w 21 rocznicę pobytu Jana Pawła II w Poznaniu.
I tak zamknął się jubileuszowy rok 2018. Wybór na kolejną kadencję Jacka Jaśkowiaka jest niewątpliwie kłodą rzuconą pod nogi Komitetu. A prezydentura Rafała Trzaskowskiego to niemal gwarancja, że warszawski Pałac Kultury trwać będzie w najlepsze i nie odzyskamy centrum stolicy przez kolejnych pięć lat. Niestety i Jan Pietrzak się zawiedzie, bo myślę, że idea budowy Łuku Triumfalnego, której osobiście bardzo kibicuję, też nie ma większych szans realizacji. Jednak dzieła ważne rodzą się w dużym trudzie. Mimo opóźnienia i lekceważenia oczekiwań dużej grupy Wielkopolan, myślę, że pomnik powróci, i to w wielkiej chwale. A może ta zwłoka spowoduje, że stanie na swoim dawnym, a tym samym należnym mu miejscu?
Cały komentarz Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Nowy rok, nowe nadzieje…” znajduje się na s. 2 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Komentarz Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Nowy rok, nowe nadzieje…” na s. 2 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com
Czy stolicy Wielkopolski nie stać na obiekt sportowo-kulturalny na miarę XXI wieku? W tego typu budowle zainwestowały mniejsze i uboższe miasta. Szkoda, że włodarze kwestionują potrzebę budowy hali.
Małgorzata Szewczyk
Oczywiście można powiedzieć, że hala widowiskowo-sportowa nie jest najpilniejszym i najbardziej niezbędnym obiektem w mieście, ale Atlas Arena, Ergo Arena, Wrocław Orbita, Tauron Arena, Arena Gliwice, Azoty Arena, Orlen Arena mają światowej klasy ofertę kulturalną, a co się z tym wiąże, świętują też sukcesy biznesowe, promocyjne i rozwijają usługi. Koncerty najpopularniejszych artystów organizowane w tych miejscach przyciągają rzesze słuchaczy, a przy tym obiekty te zarabiają na siebie rzeczywiście niemałe pieniądze, choć owszem, powstały za naprawdę duże sumy. Warto podkreślić, że hale te zostały wybudowane przez władze samorządowe. To najważniejsze centra kulturalne oraz sportowe w Polsce. Są nowoczesne, wielofunkcyjne, a przede wszystkim każda z nich może pomieścić kilkanaście tysięcy osób. (…)
Trwa dyskusja na temat przyszłości poznańskiej Areny, nad którą zarząd pełnią obecnie MTP. W mediach pojawiły się informacje, że koszty remontu obiektu mogą wynieść nawet 70 mln zł. Miasto ustami swoich urzędników deklaruje, że remont legendarnego obiektu jest optymalnym rozwiązaniem, bo Poznania na budowę nowego nie stać. Dzięki modernizacji Arena miałaby się zmienić w nowoczesne i atrakcyjne miejsce. Przypomnijmy, że może ona pomieścić dziś 5100 tysięcy osób (z dodatkowymi), co plasuje ją na ostatnim miejscu wśród tych najpopularniejszych w Polsce. W dzisiejszych realiach miasta dyskusyjne pozostaje jej umiejscowienie, możliwości dojazdu, zaplecze parkingowo-usługowe itp. No chyba że ktoś wychodzi z założenia, że zawsze można podjechać tam rowerem, a to, że wokół obiektu nie powstały jeszcze czerwone pasy ścieżek rowerowych, jest tylko chwilowym przeoczeniem.
Cały komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Poznaniakom wolno marzyć” znajduje się na s. 2 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Komentarz Małgorzaty Szewczyk pt. „Poznaniakom wolno marzyć” na s. 2 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com
Car przysłał do Królestwa jako p.o. namiestnika osławionego stupajkę, generała Suchozanieta, który zapewniał, że rosyjskie panowanie nad Wisłą musi się ostać, choćby miało zginąć i 20 000 Polaków.
Zanim poszli w bój bez broni…
Rozmowa WNET z Barbarą Petrozolin-Skowrońską, autorką książki „Przed nocą styczniową”.
„Z znakiem Orła i Pogoni poszli nasi w bój bez broni” są to słowa Wincentego Pola z popularnej piosenki o powstaniu styczniowym. Prawda czy fałsz?
Prawda.
Zacznijmy rozmowę od tych dwóch znaków. Potem poruszymy sprawę broni.
Powinniśmy mówić o trzech znakach. Na słynnej pieczęci Rządu Narodowego 1863 roku obok Orła i Pogoni był jeszcze św. Michał Archanioł, patron Rusi. Te znaki określały terytorium pozbawionej w rozbiorach niepodległości Rzeczypospolitej. Powstanie stawiało sobie za cel przywrócenie niepodległości państwa w granicach sprzed 1772 roku.
„Polska od morza do morza”. Czy nie czuło się od razu, że to niebezpieczna mrzonka?
„Point de reveries…” – żadnych marzeń czy też mrzonek – przestrzegał już Polaków w Warszawie goszczony po królewsku w 1856 roku Aleksander II…
Jakie były te polskie marzenia, których spełnienia spodziewano się po młodym carze-reformatorze?
Było to marzenie o przywrócenie Królestwu Polskiemu praw, które zapewnił traktat wiedeński i o połączeniu z Królestwem wszystkich „ziem zabranych” – przyłączonych w rozbiorach do cesarstwa rosyjskiego jako Gubernie Zachodnie. Oczywiście wszystko pod berłem cara z dynastii Romanowych jako króla polskiego liczącego się z nadaną Polakom konstytucją. Taką perspektywę łączono w początkach Królestwa Polskiego z Aleksandrem I jako królem polskim i był przyjmowany entuzjastycznie „jakby jakiś zmartwychwstały Piast lub Jagiellończyk”… Tak był też witany w Warszawie 40 lat później Aleksander II…
Ale to „żadnych marzeń – co mój ojciec zrobił, dobrze zrobił” – było kubłem zimnej wody wylanym na głowy Polaków.
Nie dziwmy się jednak marzeniom o powrocie historycznej Rzeczypospolitej na mapy Europy. Prawie 500 lat wspólnej historii, a blisko 300 od unii lubelskiej – można się było przyzwyczaić i trudno odzwyczaić, gdy nie minęło jeszcze nawet sto lat od pierwszego rozbioru… Dziewiętnastowieczny patriotyzm polski był patriotyzmem całej Rzeczpospolitej utraconej w rozbiorach, a powstania – związane z marzeniami o przywróceniu jej niepodległości…
Żeby walczyć i zwyciężać, oprócz marzeń, motywacji i siły ducha potrzebna jest broń… Czemu wyprowadzani z Warszawy chłopcy z dziesiątek i setek warszawskiej Organizacji Narodowej „czerwonych” uzbrojeni byli w drągi?
Można przypuszczać, że następca Jarosława Dąbrowskiego na stanowisku naczelnika Warszawy w Organizacji Narodowej „czerwonych”, Zygmunt Padlewski (z Petersburskiego Koła Oficerów Polaków Sierakowskiego i Dąbrowskiego), jedyny wojskowy w Komitecie Centralnym Narodowym, który szykował militarny plan powstania, wierzył w informacje przesłane z Cytadeli przez Dąbrowskiego, że objęci spiskiem wojskowi z armii rosyjskiej stacjonującej w Królestwie Polskim otworzą powstańcom arsenały w Modlinie i uzbrojona młodzież polska będzie zwyciężać, a broni starczy dla wszystkich, którzy „ruszą do obozu”…
I co się okazało?
Gdy już spiskowcy wyprowadzeni do Kampinosu marzli tam kilka dni, a rozkazy dotyczące rozpoczęcia powstania w noc z 22 na 23 stycznia zostały rozwiezione do innych miast Królestwa Polskiego – okazało się, że załoga Modlina została wymieniona.
A może cały plan był fantazją? Obliczoną na to, by decyzja o powstaniu zapadła już w styczniu, gdy wzburzenie z powodu branki usprawiedliwiało decyzję jej podjęcia?
Myślę, że Jarosław Dąbrowski wierzył, że ten plan jest realny. Ale na pewno też był zwolennikiem szybkiego wybuchu powstania. Przedstawiał plan powstania już w czerwcu 1862 roku, potem w sierpniu… Zawsze powiązany ze spiskiem w wojsku rosyjskim. To dzięki tym kontaktom planowano przejęcie przez powstańców arsenałów Cytadeli Warszawskiej i twierdzy Modlin.
Ale w sierpniu Dąbrowski sam znalazł się w Cytadeli. Jak mógł zachować tak bliskie kontakty z politycznymi przyjaciółmi z Komitetu Centralnego Narodowego i ze spiskowcami powiązanymi z rosyjską rewolucyjną Ziemlą i Wolą?
Pośrednikami byli: narzeczona Dąbrowskiego (później żona) Pelagia Zgliczyńska (o sposobie grypsowania pisze w swoich wspomnieniach) oraz Ukrainiec Andrij Potebnia (w powstaniu miał plan utworzenia oddziału pod sztandarem Ziemli i Woli, zginął pod Skałą).
To są osoby poza podejrzeniem. Ale ta korespondencja mogła spotykać „po drodze” prowokatora powiązanego z tajnymi służbami…
Nic o tym nie wiem, ale skoro mówimy o broni i prowokatorach, warto przypomnieć historię aresztowania w Paryżu w hotelu Corneille członków Komisji Broni, wysłanych w grudniu 1862 r. przez KCN do Paryża z pieniędzmi, by ją zakupić dla przyszłego powstania. Aresztowano ich na skutek prowokacji szpiega rosyjskiego, Juliana Bałaszewicza, który jako Albert Potocki, właściciel antykwariatu, bardzo sprawnie działał w polskim środowisku emigracyjnym, snując wiele udanych intryg. To on doniósł prefektowi francuskiej policji, że w hoteli przy rue de Corneille zatrzymali się terroryści planujący zamachy na koronowane głowy… (winą za to aresztowanie obciążył dwóch antagonistów: Mierosławskiego i Padlewskiego, a jako jego przyczynę podał prasie francuskiej donos Anglików). Wynikiem aresztowania było nie tylko znaczne opóźnienie zakupu broni, lecz również skopiowanie przez policję francuską i przekazanie ambasadzie rosyjskiej przejętych od Polaków dokumentów dotyczących tras przesyłania broni do kraju, a także konspiracyjnych kółek w jednostkach rosyjskiej armii stacjonującej w Królestwie.
Może z tym wiązała się decyzja o wymianie załogi Modlina?
Tak czy nie – beztroska działaczy konspiracji zadziwia.
Zapytam za najwybitniejszym badaczem powstania styczniowego prof. Stefanem Kieniewiczem: Jak to się stało, że szczupłe środowisko złożone z luźnych grup inteligencji, zubożałej szlachty, uczącej się młodzieży, rzemieślników i robotników narzuciło swą decyzję [powstania] całemu narodowi? I dlaczego w tak niedogodnej chwili i przy tak nikłych szansach powodzenia?.
Napisałam całą książkę – osiemnaście rozdziałów i ponad pięćset stron, by także sobie odpowiedzieć na tak zadane pytanie…
A nie można odpowiedzieć krócej?
Mogę spróbować, ale będzie to pozbawione kolorytu epoki, ciekawych postaci… Uważam, że do wybuchu powstania doprowadziła spirala przemocy. Przekreśliła ona szanse drogi wskazywanej przez demokratyczne i niepodległościowe środowisko inteligencji warszawskiej z Edwardem Jurgensem na czele, które chciało nie tylko odzyskania niepodległości Rzeczypospolitej, lecz i głębokich przeobrażeń społecznych; uczynienia jej nowoczesnym, ważnym państwem w Europie Środkowo-Wschodniej.
Bez powstania?
Z dobrze przygotowaną i podjętą w sprzyjającej sytuacji międzynarodowej walką zbrojną. Przytoczę słowa Jurgensa: „Przywódcy nie mają prawa szafować ani krwią, ani życiem, ani zasobami materialnymi. Walka ostateczna musi być zwycięska i rozpoczynać jej nikt z gorącością zapału lub rozpaczy nie ma prawa”.
Stało się zupełnie inaczej – walkę podjęto i z „gorącością zapału”, i z rozpaczą…
I wówczas właśnie Jurgens pierwszy w obozie „białych” powiedział „Nie ma już wyboru, bądźmy przynajmniej razem”. Uznał, że „biali” powinni przystąpić do powstania. Wielopolski tego wykształconego, inteligenckiego polityka doceniał, więc gdy nie udało mu się go zjednać i Jurgens odmówił katedry w Szkole Głównej – pozostała Cytadela. Tam zmarł w sierpniu 1863 r., rok przed swoim rówieśnikiem Romualdem Trauguttem.
Nie poznał rozmiarów tragedii, jaką przyniosło powstanie, a sam też był postacią tragiczną. Ale wróćmy do „łańcucha przemocy”, który prowadził do powstania.
W 1861 roku decydujący wpływ na wydarzenia miała przemoc ze strony autokratycznej, rosyjskiej władzy i jej zbrojnego ramienia – wojska stacjonującego w Warszawie. W 1862 natomiast – w warunkach autonomii z margrabią Aleksandrem Wielopolskim jako naczelnikiem rządu cywilnego na czele – była to już przemoc polska.
Latem 1862 r. – przemoc radykałów obozu „czerwonych”, inicjatorów czterech zamachów na najważniejsze osoby w państwie (w tym dwóch na Wielopolskiego) destabilizowała sytuację, uniemożliwiała normalizację w warunkach „małej Polski”, powiązanej „na zawsze” z carską Rosją. Radykałowie dążyli do powstania w sojuszu z rewolucjonistami rosyjskimi. Ostatecznym celem miało być pokonanie caratu.
Odpowiedzią na zamachy i na rewolucyjne zagrożenie była także przemoc. Policyjny system rządów, liczne aresztowania, znów szubienice na stokach Cytadeli (na których zawiśli młodzi spiskowcy z warszawskiej Organizacji Narodowej, wykonawcy nieudanych zamachów), wreszcie branka do rosyjskiego wojska – skalpel „przecinający nabrzmiały wrzód” – to były środki zastosowane przez polski rząd cywilny Wielopolskiego. Idea powstania w odpowiedzi na brankę eksplodowała decyzją o jego wybuchu.
W tym łańcuchu przemocy aż gęsto od emocji i faktów.
Odsyłam do książki; każde uproszczenie jest kalekie.
Jednak w relacjach historycznych musimy sięgać po uproszczenia. Pytam więc o przemoc rosyjską roku 1861 i jej skutki dla polskiego ruchu niepodległościowego.
Pierwszy etap to wydarzenia 25 i 27 lutego. Pokojowa patriotyczna manifestacja zorganizowana w 30 rocznicę bitwy grochowskiej z inspiracji Jurgensa (przeciwstawiona planom powstańczym Mierosławskiego) została krwawo spacyfikowana i nastąpiły aresztowania. Wzburzenie tymi wypadkami i żądanie uwolnienia aresztowanych towarzyszyło manifestacji 27 lutego i wówczas padło od rosyjskich kul pięciu Polaków. Rewolucyjny nastrój Warszawy tak przestraszył namiestnika Gorczakowa, że poszedł na spore ustępstwa i to był początek „dni polskich” – oddolnego organizowania się społeczeństwa (Delegacja Miejska, organizacja „konstabli” pilnujących porządku), wielkiej społecznej aktywności, „rewolucji moralnej”, manifestacji strojem (żałoba narodowa, stroje polskie – czamary, rogatywki), manifestacji patriotyczno-religijnych, gdy śpiewano Ojczyznę, wolność racz nam wrócić, Panie…. Ale wszystko, co działo się w Warszawie, a za jej przykładem w innych miastach Królestwa i „odwiecznej Polski” – dla cara było czasem „swawoli”, której należało „energicznie” położyć kres. Finałem stała się krwawa konfrontacja – masakra na placu Zamkowym 8 kwietnia 1861 roku.
Warto przypomnieć, że ów polski ruch non violance 1861 roku umożliwił początek kariery politycznej margrabiemu Wielopolskiemu, który krok po kroku chciał zbudować autonomię Królestwa Polskiego. Jego kariera, oczywiście powiązana z systemem władzy zaborczej, nie mogła budzić zaufania w niepodległościowych środowiskach, tym bardziej, że Wielopolski potępiał powstanie listopadowe (w którym sam brał udział), a w polu zainteresowań politycznych miał tylko Królestwo Polskie.
Do tego w początkach kariery podjął decyzję o rozwiązaniu Towarzystwa Rolniczego, jedynej legalnej polskiej organizacji, której przewodził popularny hrabia Andrzej Zamoyski, patriota nie zapominający o całej dawnej Rzeczypospolitej. Skutkiem tej decyzji było wielkie wzburzenie, a obok niechęci pojawiła się nienawiść; w środowisku ziemiańskim nie wypadało już mówić i Wielopolskim inaczej jak „Ropucha” i „Dzik”. Fakt, że po masakrze kwietniowej pozostał u steru rządów, dobrze zapamiętało przede wszystkim plebejskie środowisko Warszawy, dla którego był po prostu zdrajcą. A w tym środowisku konspiracja niepodległościowa zaczęła się rozwijać właśnie po 8 kwietnia. Pomocne w tym były struktury rozwiązanej na żądanie cara organizacji „konstablów” – polskiej straży porządkowej czasu „dni polskich” (właśnie dziesiątki i setki).
Tak więc kwietniowa przemoc rosyjskiej władzy budowała przyszłe powstanie…
W każdym razie takie były skutki. Jesień 1861 roku pod tym względem była jeszcze bardziej owocna. Wprowadzenie stanu wojennego 14 października 1861 roku przyniosło zjednoczenie różnych kółek „czerwonych” pod jednolitym kierownictwem Komitetu Miejskiego, które zamiast organizować pokojowe manifestacje ze śpiewami patriotycznymi, zabrały się do przygotowania powstania. A sytuacja stała się tak drastyczna, że zdobywały szerokie poparcie….
Stan wojenny to dla nas nie nowość, ale pewnie każdy ma swoją odmienność…
W tym wypadku prawdziwym szokiem było wtargnięcie wojska do katedry nad ranem 16 października, by dokonać tam aresztowań.
Wyjaśnijmy, że tkwili tam od południa uczestnicy mszy w intencji Kościuszki, uważanego przez władze za „przestępcę politycznego”, i śpiewali zakazane pieśni. A potem kolejny szok, głośny w Europie: zamknięcie wszystkich kościołów.
Była to decyzja władz Kościoła katolickiego, z którą solidaryzowali się rabini, zamykając synagogi, i ewangelicy – zamykając swoje kościoły. Ten akt solidarności był kontynuacją postaw z czasu „dni polskich”. „Rewolucja mieszczańska”, polski niepodległościowy ruch non violance eksponowały sprawę równouprawnienia niezależnie od wyznania i narodowości i znajdowały wielkie poparcie środowisk żydowskich i ewangelickich.
Osobny ważny i ciekawy problem tamtej epoki. Ale wróćmy do stanu wojennego.
Przede wszystkim spowodował on „trzęsienie ziemi” na szczycie władzy. Na Zamku generał gubernator postrzelił się śmiertelnie w pojedynku amerykańskim z namiestnikiem, chory namiestnik wyjeżdżał po przyjętej dymisji… Car przysłał wówczas do Królestwa jako p,o. namiestnika osławionego stupajkę, generała Suchozanieta, który zapewniał, że rosyjskie panowanie nad Wisłą musi się ostać, choćby miało zginąć i dwadzieścia tysięcy Polaków. Wielopolski odmówił z nim współpracy i na wezwanie cara jechał do Petersburga prawie jako więzień stanu. W Warszawie trwały masowe aresztowania, wyroki sądów wojennych, wywózki na Sybir. A dotykały „ludzi umiarkowanych”: byłych członków Delegacji Miejskiej z czasów „polskich dni”, osób wybranych niedawno do Rady Miejskiej Warszawy, członków komitetu organizacyjnego pogrzebu arcybiskupa Fijałkowskiego (pogrzeb ten był wielką manifestacją patriotyczną, na której szczególnie podkreślano jedność Polski i Litwy), księży katolickich, rabinów, pastora ewangelickiego…
Spośród „czerwonych” aresztowano i zesłano na Sybir tylko Apolla Korzeniowskiego (ojca czteroletniego wówczas przyszłego sławnego pisarza Conrada). Miało to polityczne uzasadnienie: „Czerwoni nas nie obchodzą, z nimi dalibyśmy sobie prędko radę, ale ta kanalia umiarkowana przeszkadza nam najbardziej” (…) „Czerwoni porwą za broń, my ich zdusimy i na tym cała komedia się skończy. Ale te łotry białe, jeśli uda się im opanować rewolucję, gotowi nas wszystkich stąd wykurzyć” (za pamiętnikiem Zygmunta Felińskiego cytuję wypowiedzi wysokich stopniami wojskowych w Królestwie).
Zamiar „wykurzenia” Rosjan znad Wisły miał też przecież Wielopolski, który w Petersburgu zręczną akcją dyplomatyczną znacznie poszerzył autonomiczne reformy Królestwa…
Niepokoiło to rosyjską elitę władzy nad Wisłą, bo groziło utratą intratnych posad, ale nie mniej – „czerwonych”, którzy rośli w siłę w warunkach nasilonych represji, gdy już uważano niemal powszechnie, że powstanie to jedyne wyjście, a poparcie dla nich topniało w oczach, gdy przyszła zapowiedź reform, a aresztowani w początkach stanu wojennego opuszczali więzienia bądź wracali z krótkiego zesłania…
Gdyby społeczeństwo Królestwa Polskiego, zadowolone z poprawy sytuacji, poparło Wielopolskiego, bardzo zaszkodziłoby to planom szybkiego wybuchu powstania…
Nie dla wszystkich ta sytuacja zmieniała się na lepsze. Liczni byli i tacy, którym reformy autonomiczne nie przynosiły nic; zostawała beznadziejność, skrajna nieraz bieda, brak perspektyw. A nadzieja była w powstaniu, które przyniesie równość i niepodległość… Ta zakonspirowana „armia” z Organizacji Narodowej „czerwonych” gotowa była chwycić za broń, byle ją dostała. A margrabia był dla nich, pamiętających o zabitych na placu Zamkowym, tylko zdrajcą zaprzedanym moskiewskim rządom, stał na czele „rządu najezdniczego” – jak mogli dowiedzieć się z ich tajnej prasy czytanej na konspiracyjnych zebraniach „dziesiątek”.
Nie było więc trudno znaleźć chętnych, by go zabić, gdy powrócił do Warszawy jako naczelnik cywilnego rządu…
Od razu zgłosiło się dwóch odważnych dziewiętnastolatków z Organizacji Narodowej, nieświadomych jednak, że owego „patriotycznego czynu” nie zlecił Komitet Centralny Narodowy, bo tam nastąpiły zmiany i decydowali przeciwnicy terroryzmu, a nawet szybkiego powstania…
Struktura „podziemia” sprawiała, że nie wiadomo było, kto wydaje polecenie. A mogło być więcej zakonspirowanych ośrodków decyzyjnych.
I tak było. Wiadomo, że w drugiej połowie roku 1862 w Warszawie jedno centrum „czerwonych” należało do KCN i nawiązało bliższe stosunki z „Ziemlą i Wolą”, drugie od tego sojuszu się dystansowało i za swojego guru uważało generała Ludwika Mierosławskiego.
Wybuch powstania w odpowiedzi na brankę, a więc uzależnionego od jej terminu, zapowiadała „kartka o poborze”. Podejrzewano o inspirację wydania tego oświadczenia mierosławczyków.
To jest prawdopodobne, bo Mierosławski w swoich prognozach łączył perspektywę wybuchu powstania z branką, ale tradycyjnie przeprowadzaną na wsi… Może właśnie artykuł Mierosławskiego na ten temat stał się natchnieniem dla Zygmunta Wielopolskiego, syna margrabiego i prezydenta Warszawy, któremu przypisuje się – zaaprobowaną przez margrabiego – inicjatywę branki proskrypcyjnej w mieście? Odsunęłaby widmo powstania, które porusza wieś, co może się skończyć jak w Galicji w 1846 roku. A zarazem pozwalała usunąć „element rewolucyjny” z miast…
Wielopolscy liczyli chyba, że odpowiedzią na pobór może być powstanie.
Tak, a „kartka o poborze” to potwierdzała. Wybór najbardziej niekorzystnego dla podjęcia walki terminu poboru był w rękach Wielopolskiego. Uważał też, że taką zbrojna próbę oporu szybko można zgnieść przy pomocy wojska.
Ale własnego wojska nie miał, tym wojskiem dowodzili rosyjscy generałowie…
Nie wiem, czy pomyślał, że w pierwszym rzędzie będzie im zależeć na likwidacji autonomii nad Wisłą i „wykurzeniu” stąd Wielopolskiego, zanim on ich stąd „wykurzy”… A jaki był stosunek wielu Rosjan do autonomii, świadczył np. artykuł „Moskowskich Wiedomosti”, którego autor twierdził, że głównym wrogiem Rosji nad Wisłą jest „cywilna administracja Królestwa”. Niestety „czerwoni” jako wrogowie Wielopolskiego mieli mocne i wpływowe towarzystwo…
Wiedzieli o tym?
Uważali za potwarz przypominanie im o tym i nic nie wskazuje na to, że były próby agenturalne… „Czerwoni” byli rewolucjonistami. A ci pozorni „sojusznicy” zwalczali dążenia rewolucyjne…
W grudniu 1862 roku wydawało się, że wszyscy w KCN są przeciwnikami rozpoczęcia powstania zimą. Uważali, że najwcześniej może ono wybuchnąć wiosną 1863 roku, a „popisowych” trzeba ukryć, by obronić przed poborem… Tak relacjonował rozmowy z przedstawicielami Komitetu w Warszawie Zygmunt Miłkowski (T.T. Jeż), który miał kierować powstaniem na Rusi.
„Zima wasza – wiosna nasza” – ale instynkt prawdziwych rewolucjonistów, takich jak Jarosław Dąbrowski, mówił wyraźnie, że na wiosnę wszystko może rozejść się po kościach. I raptem zjawia się w Warszawie Stefan Bobrowski (szwagier Apolla Korzeniowskiego). Jest przyjacielem Zygmunta Padlewskiego, członka KCN i naczelnika Organizacji Narodowej w Warszawie. Padlewski wprowadza go na zebranie KCN 3 stycznia i choć niedawno sam tłumaczył, że bez broni powstanie jest niemożliwe, po logicznej, zdecydowanej przemowie Bobrowskiego, która ma przekonać zebranych, że powstanie powinno być wiązane z branką – głosuje za spodziewanym terminem styczniowym!
Można podejrzewać, że Bobrowski i Padlewski znali plan Dąbrowskiego i wierzyli, że będzie broń dla powstania z arsenałów Modlina…
Takiej sugestii nie ma w mojej książce, ale teraz myślę, że to prawdopodobne! Dlatego na zebraniu 3 stycznia 1863 r. zadecydowano w Komitecie Centralnym Narodowym „czerwonych” o łączeniu wybuchu powstania z branką, a wkrótce postanowiono wyprowadzić przed branką znaczną część młodzieży z Organizacji Miejskiej „czerwonych” do Kampinosu. Ale gdy branka stała się faktem, gdy termin wybuchu powstania był już wyznaczony na noc z 22 na 23 stycznia, stało się jasne dla Padlewskiego, który na tym budował swój wojskowy plan, że broni z arsenałów Modlina dla młodzieży uzbrojonej w drągi nie będzie. Nie można się dziwić, że przeżył załamanie.
Jednak ta noc styczniowa 1863 roku stała się jedną z najważniejszych w naszej historii, a powstanie styczniowe – istotnym krokiem do odzyskania przez Polskę niepodległości! Zaczęliśmy rozmowę od znaków Orła, Pogoni i św. Michała na pieczęci Rządu Narodowego 1863. Przypomnijmy też słowa z tej pieczęci wciąż dla nas ważne: wolność, równość, niepodległość!
Książkę Barbary Petrozolin-Skowrońskiej „Przed nocą styczniową” opublikowało wydawnictwo Zysk i S-ka w 2013 roku.
Wywiad z Barbarą Petrozolin-Skowrońską, autorką książki „Przed nocą styczniową” znajduje się na s. 5 i 7 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad z Barbarą Petrozolin-Skowrońską, autorką książki „Przed nocą styczniową” na s. 5 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com
Od 1 września 1863 do 1 maja 1865 r. komisje śledcze i wojenno-sądowe z samego Królestwa zesłały do Rosji 7447 osób: do rot aresztanckich 2617, na osiedlenie w Syberii 1979, a na katorgę 3399 osób.
Tadeusz Loster
5 sierpnia 1864 roku na stokach Cytadeli Warszawskiej Rosjanie powiesili ostatniego dyktatora powstania styczniowego, Romualda Traugutta, wraz z czterema towarzyszami. Kończyło się najtragiczniejsze i najdłuższe, bo trwające od 22 stycznia 1863 roku polskie powstanie, zwane styczniowym. W okresie tym w sumie około 200 tysięcy powstańców stoczyło 1228 bitew i potyczek, w których poległo blisko 25 tys. insurgentów. Majątki na terenie Królestwa Polskiego osób biorących udział w powstaniu zostały skonfiskowane i rozdane tym, którzy przyczynili się do „usmirenia polskogo mjatieża” (stłumienia polskiego buntu). Konfiskatę zastosowano do 1660 majątków ziemskich. Ogólną liczbę emigrantów zesłanych w głąb Rosji i na Syberię z samego Królestwa Polskiego oblicza się na 31573 osoby. Wiadomo, że w czasie od 1 września 1863 do 1 maja 1865 roku komisje śledcze i wojenno-sądowe z samego Królestwa zesłały do Rosji 7447 osób: do rot aresztanckich 2617, na osiedlenie w Syberii 1979, a na katorgę 3399 osób (Grabiec J., Rok 1863, Poznań 1922).
Skazani mieli za sobą udział w powstańczych walkach lub pracę w konspiracji, dostanie się do niewoli lub aresztowanie oraz gehennę śledztwa i pobyt w więzieniu. Lżejsze wyroki, które otrzymywali, to osiedlenie („posielenie”), zamieszkanie („żitielstwo”) lub osadzenie („wodworienie”). Mniej szczęścia mieli ci skazani do rot aresztanckich lub do służby w wojsku rosyjskim. Najcięższym wyrokiem była katorga, czyli ciężka praca w zakładach lub kopalniach.
Większość z nich, aby się znaleźć na Sybirze w miejscu wyznaczonym carskim wyrokiem, musiała przekroczyć granicę między Europą a Azją. Najcięższe chwile przeżywali skazańcy podczas długiej drogi etapowej. Z każdej partii podążającej na Sybir prawie codziennie ubywało kilka osób umierających z wycieńczenia i chorób. (…)
Skazani na katorgę zesłańcy byli kierowani do okręgu nerczyńskiego do pracy w kopalniach Akatuja, Kliczka, Kadaja, Kara, Zarentuja itd. Tutaj powstańcy styczniowi byli kolejnym pokoleniem zesłańców. W kopalniach rudy żelaza i ołowiu Akatuja przebywał Piotr Wysocki (1797–1875) – inicjator powstania listopadowego, przywódca sprzysiężenia podchorążych, pułkownik, za udział w powstaniu odznaczony Krzyżem Złotym Orderu Virtuti Militari. Dostał się do niewoli rosyjskiej w 1831 roku podczas walk w obronie Warszawy. Był więziony i trzykrotnie skazany na śmierć. Karę śmierci zamieniono ukazem carskim na 20 lat ciężkich robót na Syberii. Przebywał w Aleksandrowsku. Po próbie ucieczki skazany na karę półtora tysiąca batów, został karnie przeniesiony na katorgę do kopalni miedzi w Akatui w kolonii katorżniczej w Nerczyńsku, gdzie pracował przykuty do taczki. Powrócił do kraju w 1857 roku po amnestii carskiej. Miał zakaz przebywania w Warszawie.
Ci, których nie objęła amnestia w 1856 roku, pozostali na Syberii. Spotkały się dwa pokolenia powstańców oraz politycznych, tych z listopadowej insurekcji i ze styczniowej.
Pracowali tu ciężko w trudnych warunkach również w niedziele i święta. Oprócz ciężkiej pracy okolica ta była przygnębiająca – strome, nagie szczyty gór, nieliczne krzewy i szkielety drzew. Katorżnicy, którzy mimo woli musieli zostać górnikami, pochodzili w większości z rodzin ziemiańskich czy mieszczańskich, nie byli przyzwyczajeni do ciężkiej fizycznej pracy, którą musieli wykonywać. Prostymi narzędziami, jak łopata, kilof czy młot, rozbijali skały, szukając pokładów rudy lub kruszconośnych żył. (…)
W 1866 roku nerczyńskie kopalnie zasilili nowi katorżnicy skazani na wieloletnie ciężkie roboty. Byli to Polacy ponownie osądzeni po nieudanym powstaniu bajkalskim. Więźniowie niekiedy przenoszeni byli do pracy w inne miejsca niż kopalnie. Mełli na żarnach zboże dla więźniów czy wojska, budowali drogi, a zimą pracowali w porcie nad rzeką Szyłką, rąbiąc lód. Po odbyciu kary ciężkich robót przenoszono ich do guberni irkuckiej na osiedlenie. W drugiej połowie lat 70. sporą grupę byłych katorżników zatrudniała Żegluga Parowa na Amurze.
O wiele cięższe warunki niż w okręgu nerczyńskim panowały w kopalniach guberni jakuckiej. Wiązało się to z jej położeniem i surowym klimatem. Tutaj trafiali na katorgę ludzie młodzi, silni, odbywający kary ciężkich robót i osiedlenia. Byli to Polacy, którzy wcieleni do wojska rosyjskiego za udział w powstaniu, próbowali ucieczki. Pracowali w tajdze, w odkrywkowych kopalniach złota, a także w rolnictwie.
Jakucja, a zwłaszcza okręg olekmiński ze złotonośnymi terenami, kusił poszukiwaczy złota. Byli wśród nich także Polacy-zesłańcy, którzy po odbyciu kary potrzebowali źródła utrzymania lub gotówki na powrót do kraju. Podejmowali oni pracę w kopalniach złota jako urzędnicy, górnicy w charakterze poszukiwaczy złota, a niektórzy stawali się nawet udziałowcami kopalń. Byli też tacy, którzy pochłonięci gorączką złota pozostawali na Syberii na stałe. Zdjęcie z końca lat 70. XIX wieku pokazuje tych poszukiwaczy złota i przygód – Polaków, Sybiraków i Rosjan. (…)
Ilość zesłańców syberyjskich z okresu powstania styczniowego była największą grupą skazanych od okresu konfederacji barskiej, insurekcji kościuszkowskiej, wojen napoleońskich, powstania listopadowego.
Powstańcy styczniowi byli piątym pokoleniem Polaków odbywającym karę za usiłowanie przywrócenia wolności Polsce. Ci z Galicji, o których rząd austriacki upomniał się jako o swoich podwładnych, powrócili do kraju po kilku latach. Carska łaska – amnestia – nie obejmowała tych z ciężkimi wyrokami. Ostatnim sybirakiem okresu powstania styczniowego był członek Rządu Narodowego Bronisław Szwarce, który mógł wyjechać z Syberii w 1892 roku.
Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „Górnicy mimo woli” znajduje się na s. 3 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Górnicy mimo woli” na s. 3 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com
Herbarz rodów toskańskich i umbryjskich wydany w XVII wieku pokazuje linię idącą aż do XI wieku, na której początku widnieje tajemniczy Ropaldo Fiori – ojciec Giovanniego zwanego Moriconi.
Marcin Niewalda
Polski powstaniec styczniowy ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?
Na cmentarzu Rossa w Wilnie niedaleko kaplicy znajduje się słabo już czytelny nagrobek. Pochowany tam człowiek był pod koniec życia skromnym przyrodnikiem, zafascynowanym minerałami. Z pokorą i zimną krwią znosił zmianę swego losu, zajmując się udzielaniem lekcji. Historia jego rodziny to dowód na to, z jakich niezwykłych środowisk pochodzili powstańcy styczniowi.
hr. Lucjan Morykoni | Fot. domena publiczna
Zanim hrabia Lucjan Morykoni, członek Komitetu Wykonawczego w Wilnie stał się nauczycielem w Warszawie, posiadał znaczny majątek. Stracił go w konsekwencji swojego udziału w pracach na rzecz ojczyzny, które uważał za obowiązek. Tzw. Komitet Wykonawczy, w którym działał, kierowany przez Jakuba Gieysztora, koordynował akcję odzyskania niepodległości na Litwie, starał się wspierać powstańców, zdobywać fundusze, broń, pisał odezwy. Lucjan, po upadku powstania spędziwszy rok w więzieniu w Kownie, jednak nigdy nie smucił się z powodu utraty dóbr.
Pochodził z rodziny związanej z najznamienitszymi rodami tamtych terenów – Tyzenhauzów, Radziwiłłów, Billewiczów, Platerów. W komitecie został przedstawiony przez zięcia swojego kuzyna, również pochodzącego ze znamienitej kresowej rodziny – Ignacego Dominika Łopacińskiego. Pomimo że ów był np. autorem odezwy do duchowieństwa, uniknął represji z uwagi na wielką zacność i serdeczność, z jaką się zwracał do wszystkich. Lucjan, poczciwy i dobry człowiek, pełnił obowiązki jego zastępcy, jako skarbnik organizacji. Sumiennie zapisywał co trzeba, nie umiał jednak postawić się, gdy sytuacja tego wymagała. Jego hojność spowodowała niestety szybkie uszczuplenie kasy powstańczej.
Pomimo tego, że praca w podziemiu była ryzykowna, w organizacji udzielała się też jego świeżo poślubiona żona Elżbieta Monday, która chodziła często do ss. Wizytek. Tam mieściła się kasa i archiwum powstańcze, gdzie składano papiery, wpłacano zbierane lub przywożone zza granicy pieniądze lub wypłacano potrzebne sumy. Praca na rzecz uwolnienia ojczyzny była dla nich czymś całkowicie oczywistym, choć niebezpiecznym. Ludwika była już trzecią żoną Lucjana. Urodzony w 1818 roku, w czasie powstania miał 45 lat, pochował dwie poprzednie małżonki: Marię Łopacińską, a dwa lata wcześniej Ludwikę Apolonię Izabelę Ledóchowską.
Wieszatiel Muriawjow oraz jego poprzednicy i naśladowcy nie mieli najmniejszego względu na patriotyczne uczucia Polaków. Najgorzej jak można obeszli się z dobrami Morykonich – wyrywając kolejne cegiełki z ich majątku. W czasach powstania były to dwa piękne pałace z obszernymi, dobrze uprawianymi terenami. Wcześniej jeszcze – liczne wsie. O zamożności rodziny może świadczyć to, że po potopie szwedzkim w 1659 roku, gdy kasa państwa była w dramatycznej sytuacji, pożyczyli Rzeczypospolitej znaczne sumy na zapłatę wojsku litewskiemu. W nagrodę za tę decyzję rodzina Morykonich otrzymała indygenat i majątki na Litwie, przenosząc się tam i stając się polską szlachtą. Uczestnictwo w ruchach na rzecz ojczyzny, działalność społeczna powodowały straty, konfiskaty i szykany, a pomimo tego siedziba Morykonich słynęła z radości i licznych spotkań towarzyskich.
W miarę posuwania się w głąb czasu, historia rodziny robi się coraz ciekawsza. Nazwisko słusznie pozwala się domyślać włoskich korzeni. Ale skąd Morykoni wzięli się w Polsce? Musiało się to stać niedługo przed tym, jak Bartłomiej Moriconi został przyjęty do prawa miejskiego w Krakowie (1616), zanim stał się posiadaczem połowy dzisiejszej kamienicy przy placu Wszystkich Świętych w Krakowie pod nr 9, gdzie dziś mieści się patriotyczna księgarnia „Zbroja” (1632); zanim Barbara z bogatej rodziny Dzianottów, żona Marka Antoniego Moriconiego ofiarowała znaczne sumy na ołtarz Bożego Ciała w kościele Mariackim (1661), zanim kuzyn Bernarda – Frediano wspomógł wojsko litewskie i zanim jego krewni: Jan i Scypion, prapradziadek Lucjana, otrzymali od króla indygenat (1673), a od Radziwiłłów dobra, m.in. Świadoście i Soły.
Co zastanawiające, doszło wtedy do połączenia herbu Morykonich i Puccinich. Oryginalny herb zawierał tylko fale morskie na srebrnym tle i półcharta w klejnocie. Nowy herb został podzielony na pół i na lewej, matczynej stronie (strony w heraldyce określa się odwrotnie – tak jakby widziała je osoba trzymająca tarczę) pojawił się czarny orzeł, a nad nim drugi klejnot – pół postaci Murzyna. Odtąd takim właśnie herbem posługiwała się rodzina w Rzeczypospolitej, a także przyjęte rodziny o nazwiskach: Morze, Mon i Morzkowski.
Kościół w Świadościach | Fot. Wanda Kardasz
Być może pierwszym, który zawitał do Polski, był prapradziadek Scypiona – Giovanni. Jako że były to czasy królowej Bony, mógł przybyć właśnie z jej dworem lub po prostu skorzystać z okazji poszerzenia stosunków polsko-włoskich, ale zapewne było to raczej na początku XVII wieku, gdy wielu Włochów zadomawiało się w Krakowie. Rodzina osiadła w Polsce stała się bardzo bogata – stać ją było na dom w stolicy w świetnej lokalizacji, ale i to było niczym w odniesieniu do ogromnych bogactw, jakie rodzina Moriconich posiadała we Włoszech.
Naprawdę ciekawie zrobiło się wtedy, gdy okazało się, że ostatni włoski potomek tej rodziny zmarł. Potomek Giovanniego Benedykt, a potem jego bratanek Lucjan ubiegali się w procesach o te skarby. 19-letni Lucjan pojechał nawet do Włoch na koniu – co trwało w tych czasach miesiąc, jednak nic nie wskórał, a potężne dobra włoskie rozeszły się po potomkach żeńskich linii. Lucjan wrócił do Rzeczypospolitej znajdującej się wówczas pod zaborami, udzielał się w licznych akcjach patriotycznych, a szykany za jego postawę spowodowały zubożenie rodziny.
Nie jest to jednak końcem historii. W potyczkach majątkowych i w obliczu tego, że zabrakło męskich potomków rodu, dzieje rodziny zostały zapomniane. Nie było komu nieść rodzinnych legend. Herbarz rodów toskańskich i umbryjskich wydany w XVII wieku pokazuje linię idącą aż do XI wieku, na której początku widnieje tajemniczy Ropaldo Fiori – ojciec Giovanniego zwanego Moriconi. Możemy się zastanawiać, na ile te opisy są prawdziwe. Nie mamy pewności, czy w tamtych czasach badanie genealogii było dokładne, a przykłady licznych legend – choćby prezentowane u Kaspra Niesieckiego – wskazują, że konfabulacji było wiele. Odnajdujemy jednak tam drzewo, w którym pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-dziad Lucjana o imieniu Bonelo, syn Moricca, ma brata Bernarda. Synem owego jest Piotr dei Bernardi. (W owych czasach nie było nazwisk – używało się patronimików, i to czasem złożonych). Z kolei Piotr ów miał dwóch synów: Angela i Giovanniego. Drugi z nich urodził się w roku 1181 lub 1182 i przybrał imię Franciszek – stając się jednym z największych świętych Kościoła katolickiego. Wielu hagiografów zapisuje Franciszka jako pochodzącego z rodziny Bernardone – podczas gdy jest to tylko złożone patronimikum: Giovanni di Pietro di Bernardone. Podobnie jego ojciec był zapisywany jako Pietro di Bernardone di Moriccone. Imię Moricco pojawiało się w tej w rodzinie – aż stało się nazwiskiem. Genealogia ta wyjaśnia też pochodzenie fal w herbie, ujawniając zawód protoplasty jako kupca związanego z podróżami morskimi.
Dzisiaj trudno jest ocenić wiarygodność tej genealogii, potrzebne by były dalsze badania. Dla Włochów posiadanie świętego w rodzinie nie było niczym nadzwyczajnym – wielu papieży, świętych, błogosławionych pojawia się prawie w każdej z tamtejszych familii, a fakt wymarcia rodu mógł tę informację dodatkowo zatrzeć, powodując, że przestała być ona wiarygodna, a stała się mało pewną legendą. Możemy jednak mieć słuszne przypuszczenie, że do dzisiaj w Polsce żyją potomkowie po kądzieli tej rodziny. Jednym z przykładów jest prawie zapomniany nagrobek w Wilnie na Rossie.
Portret Benedykta Morykoniego nieznanego autora, ze zbiorów Muzeum Narodowego | Fot. domena publiczna
Morykoni mieli znaczne wpływy w powiecie wiłkomirskim, pełniąc istotne role podczaszych, sędziów, pisarzy, podkomorzych, a dwóch z nich otrzymało Order Orła Białego (Marcjan – pradziadek Lucjana, oraz Michał Tadeusz). Zapisali się też pięknie na kartach patriotycznych, np. Benedykt – dziadek Lucjana, szambelan Jego Królewskiej Mości, był w 1794 r. członkiem władz powstańczych, a Józef Tadeusz (syn Michała Tadeusza), generał wojsk litewskich, był adiutantem Tadeusza Kościuszki. O tym pierwszym współczesny mu Michał Lisiecki tak zapisał w pamiętniku: „Nie mogę tu nie wspomnieć o nowym dowodzie patrjotyzmu hrabiego Benedykta Morykoniego. Ukryty w lasach dowiedział się, że działa kazałem odlewać w Rakiszkach, dobrach należących do Tyzenhauzów. Przybywa więc nagle do Soł i robi mi najostrzejsze wyrzuty, że tem mojem niewłaściwem rozporządzeniem najokropniej skrzywdziłem Soły, którym odjąłem zaszczyt, aby w nich działa były odlewane. Obecny jeden znakomity obywatel, bliski krewny hrabiego, uczynił uwagę, że Rakiszki wybrałem dla odlewania dział z przezorności, aby w razie nieszczęśliwym nie ściągnąć na Soły całej odpowiedzialności. Na tę uwagę bardziej jeszcze rozgniewany hrabia rzekł te dla mnie pamiętne słowa. »Jeżeli ma Ojczyzna upaść, niech wprzódy Soły i Świadoście w popiół się zamienią!« I odtąd nigdy nie pozwolił zbliżyć się do siebie swojemu krewnemu i nigdy do niego słowa nie przemówił. Ze mną zaledwo pożegnał się i na powrót w lasy odjechał”.
Benedykt Morykoni jednak nie obraził się na Polskę. Sam do owych odlewanych dział dostarczył 24 konie z całym rynsztunkiem, a gdy przez nieostrożność żołnierzy spaliła się stodoła i zginęły wszystkie, zebrał u włościan kolejne 30 i wyposażył już następnego ranka.
Rodzina zubożała, wielu synów poszło do zakonu. Majątki zniknęły – Świadoście, zlicytowane w 1874 roku, osiągnęły wielką sumę 117 000 rubli. Stało się to niemal dokładnie 200 lat po otrzymaniu dóbr przez rodzinę Morykonich. Co się z takim majątkami działo, niech świadczy przykład zapisany w „Czasie” z 31 grudnia 1873 r.: „Opowiadano nam anegdotę wielce charakterystyczną o zachowaniu się tych nowonabywców. Jeden z urzędników rosyjskich został w łatwy sposób właścicielem majątku w okolicach Mińska. Majątek był pięknie zagospodarowany, mieszkanie bardzo porządne, w którem nowy pan rozpierał się najwygodniej. Po upływie dwóch lat zajeżdża doń znajomy dawny i od razu uderzony jest dziwną ciszą w dziedzińcu. Dom obdrapany, sterczą nagie ściany, jak szkielety, wszędzie zamknięto i nie ma żywego ducha. Wreszcie udaje mu się gdzieś na uboczu wynaleźć karbowego czy jakiegoś innego podrzędnego urzędnika dworu. Gdzie pan? zapytuje go. Pan w Mińsku od dawna już mieszka. Cóż tu tak pusto? A już wszystko zruszczone, tylko jeszcze ja zostałem, póki nie zruszczymy jeszcze tej reszty drobią, co go tu posiadamy”.
Na trzecim historycznym i mało znanym cmentarzu bernardyńskim w Wilnie znajdujemy piękny, obrośnięty zielonym mchem rzeźbiony nagrobek Anny Morykoni – żony Konstantego Jeleńskiego, a na nim dwa herby sławnych rodzin.
Dzisiaj rzadko kto przechodzi tą ścieżką, nie mając pojęcia o prawdopodobnych związkach ze świętym Franciszkiem i o pięknym patriotyzmie całej rodziny, która przyjęła Rzeczpospolitą za swoją Ojczyznę.
Czy Lucjan był ostatnim żyjącym męskim potomkiem Morykonich? Los potomków jego kuzynów jest nieznany. On sam zmarł w 1893 roku, a w ciągu życia urodziło mu się siedmioro dzieci. Troje było płci męskiej, jednak nie mamy wiedzy o ich losie. Dwie córki miały potomstwo w rodzinach Mineyków i Platerów, a ich potomkowie żyją do dzisiaj na Litwie i w Polsce. Ich niezwykłe losy, pełne oddania i poświęcenia dobrym sprawom, godne są podziwu.
Warto w formie pointy przytoczyć jeszcze jedną historię, gdyż pokazuje ona wielkie poświęcenie tej rodziny sprawom społecznym i ludziom w najtrudniejszych warunkach. Dwa lata po śmierci Lucjana jego córka, pisząca się Ludwika Moriconi, będąca już wówczas w tajnym zakonie (po kasacie), w małej izdebce w Warszawie założyła przytułek dla 5 dziewcząt, które uciekły z domu publicznego. Działania przyniosły efekt, aktywność rozrosła się i została przeniesiona do Piaseczna, gdzie razem z siostrami, pod okiem księży, Ludwika prowadziła dom dla upadłych kobiet. Siostry, którym przewodziła, zwą się dzisiaj Pasterzankami.
Przewinęło się przez ów dom 520 niewiast, które pracą i modlitwą stawały na nogi i mogły rozpocząć nowe, dobre życie. Jedynie 57 z nich nie udało się zresocjalizować.
W prasie z 1906 r. czytamy o hr. Ludwice Moriconi, że należała „do tych istot rzadkich, które z pracy społecznej robią sobie posłannictwo, wszystko poświęcają umiłowanemu dziełu, oddając się mu z jakimś mistycznym, niemal apostolskim zapałem”. Czy był to dowód na krople krwi św. Franciszka?
Osoby mogące poszerzyć wiedzę o tej rodzinie prosimy o kontakt z redakcją portalu „Genealogia Polaków” (najlepiej przez Facebook). Pełne drzewo genealogiczne można znaleźć na portalu www.genealogia.okiem.pl.
Serdeczne podziękowanie dla dr Kamili Follprecht za informacje o mieszczanach krakowskich.
Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Polski powstaniec styczniowy ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?” znajduje się na s. 2 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Polski powstaniec styczniowy ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?” na s. 2 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com
Na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie w Londynie (PUNO) powstał Zakład Kultury Politycznej i Badań nad Demokracją. Będzie analizował funkcjonalność i dysfunkcjonalność form demokracji na świecie.
Mirosław Matyja
Demokracja, jak się wielu może wydaje, nie jest ustrojem panującym nad innymi ustrojami, czymś nadanym z góry i stabilnym. Świadczy o tym fakt, że mamy kilka podstawowych form demokratycznego sprawowania władzy i trudno jest określić, która z nich jest najbardziej funkcjonalna i skuteczna.
Wielu politologów uważa, że najlepszym ustrojem demokratycznym jest demokracja bezpośrednia w wydaniu szwajcarskim. Ale i ona nie jest pozbawiona cech dysfunkcjonalnych. Poza tym sukcesy polityczne czy ekonomiczne w danym państwie nie świadczą wcale o funkcjonalności albo dysfunkcjonalności panującego tam sposobu rządzenia. Niemniej jednak najbardziej efektywną formą demokracji – z tym zgodzą się wszyscy – jest sposób zarządzania państwem, który jest najbliższy obywatelom i wciąga ich w proces decyzyjny zarówno na szczeblu ogólnokrajowym, jak i lokalnym. Nie ma jednak na świecie idealnej demokracji – każda z jej form wymaga ustawicznych korekt.
Demokracja jest systemem niepewnym, który musi ciągle się bronić w obliczu narastających zagrożeń oraz alternatyw ponowoczesnego świata. Na pewno nie jest ona „ustrojem ponad ustrojami”.
Na przykład system prezydencki w USA pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak prezydencko-premierowski sposób rządzenia we Francji, kanclerski w Niemczech albo bezpośrednio-demokratyczny w Szwajcarii itd. (…)
Teoretyczna i praktyczna korzyść z prac Zakładu jest nie do podważenia, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy funkcjonalność sprawdzonych przez lata form demokracji stawiana jest często pod znakiem zapytania. Ważna pozycja uniwersytetu w Londynie sprawia, że Zakład znajduje się w dość uprzywilejowanej sytuacji już na początku swojej działalności. Uniwersytet jest polski, mimo to oddalony od ojczyzny na tyle, aby na politykę Rzeczypospolitej spoglądać z dystansu. Wielka Brytania ma doświadczenia członkostwa Unii Europejskiej, ale również usamodzielnienia się od tego ugrupowania politycznego.
Uniwersytet nie ulega wpływom np. macronizmu ani hasłom typu «America first again», nie ciąży nad nim też komunistyczny miecz Damoklesa.
Ta doza obiektywizmu jest potrzebna, aby skupić się na niezależnych, bezstronnych badaniach różnych form współczesnych demokracji, analizować ich cechy funkcjonalne i dysfunkcjonalne. Demokracja nie jest bowiem czymś niezmiennym i nie ma jedynie aspektu politycznego. Nie wolno zapominać, że demokracja to również ludzie, obywatele tworzący społeczeństwo, które powinno funkcjonować optymalnie w określonych strukturach państwowych. (…)
Mirosław Matyja – politolog, ekonomista i historyk. Absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i Uniwersytetu w Bazylei. Doktorat w dziedzinie nauk ekonomicznych na Université de Fribourg w Szwajcarii w 1998 r., w dziedzinie nauk humanistycznych na Polskim Uniwersytecie Na Obczyźnie PUNO w Londynie w 2012 r. oraz w dziedzinie nauk społecznych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w 2016 r. Profesor PUNO, gdzie pełni funkcję dyrektora Zakładu Kultury Politycznej i Badań nad Demokracją. Autor i współautor 13 monografii i ponad 150 artykułów naukowych i popularnonaukowych w języku polskim, niemieckim i angielskim. Autor książki Szwajcarska demokracja szansą dla Polski, wydanej w kwietniu 2018 r. przez wydawnictwo PAFERE. Z zamiłowania alpinista i himalaista oraz badacz najnowszej historii Polski. Mieszka i pracuje w Szwajcarii, żonaty, ma dwóch bliźniaczych synów.
Cały artykuł Mirosława Matyi pt. „Polskie badania nad demokracją w Londynie” znajduje się na s. 15 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mirosława Matyi pt. „Polskie badania nad demokracją w Londynie” na s. 15 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com
Weto ludowe mogłoby zaistnieć w Polsce na żądanie 250–300 tys. obywateli. Następstwem weta byłoby referendum na zasadzie TAK albo NIE, najlepiej bez progu procentowego, którego decyzja byłaby wiążąca.
Mirosław Matyja
Wszyscy mówią o uzdrowieniu polskiej gospodarki i polityki – brakuje jednak wizji dalekosiężnych celów. Szybko nie zrobimy z Polski ani Japonii, ani Irlandii, ani Szwajcarii. Możliwa wydaje się jednak ewolucja polskiego systemu politycznego przez uświadomienie obywatelom, że są suwerenem państwa, w którym istnieje obstrukcja poważnego ich traktowania przez wybranych do parlamentu przedstawicieli.
Warto przypomnieć, że proces współdecydowania jest rezultatem praktykowania i utrwalania instytucji oraz wartości społeczeństwa demokratycznego, opartego na poczuciu obywatelskości. Obywatelskość postrzegana jest z kolei jako aktywne uczestnictwo w rozwoju społecznym i politycznym państwa, czyli w procesie polityczno-decyzyjnym, jest zakorzeniona w procesie rozwoju państwowości i kształtowana w praktyce na przestrzeni historii.
Wizja społeczeństwa obywatelskiego to wizja społeczeństwa, które chce jak największy obszar życia wyjąć spod władzy i kontroli polityków i administracyjnej biurokracji.
Czyli społeczeństwo chce podejmować decyzje dotyczące spraw z nim związanych. Rodzi się pytanie: jak to zrobić? (…) Szukając nowych rozwiązań systemowych, zauważamy wspomniany kierunek wprowadzenia rozwiązań bezpośrednio-demokratycznych. Oczywiście na wzór szwajcarski, bo innego praktycznie nie ma. (…) Oczywiście rozwiązania szwajcarskie są rozwiązaniami wzorcowymi. Chodzi jednak o to, aby je przełożyć na polskie warunki. Protestów i idei w polskim świecie politycznym nie brakuje. Tzw. praca od podstaw pozostawia jednak sporo do życzenia. I tu jest pies pogrzebany. (…)
Duopol partyjny PiS-PO nie jest zainteresowany problemami społeczeństwa, lecz własnymi konfliktami i walką o władzę. W konsekwencji w społeczeństwie wzrasta niechęć do politycznego zaangażowania się w sprawy publiczne. Nie dziwi więc fakt, że aktualnie dialog obywatelski w Polsce w większym stopniu jest przestrzenią walki niż rzetelnej debaty publicznej. Liczne przykłady obecnych w nim konfliktów, manipulacji, pozorowania działań demokratycznych, które w rzeczywistości mają wymiar semidemokratyczny, służą osiąganiu partykularnych korzyści przez partnerów dialogu. Społeczeństwo nie ma nań wpływu – media głównego obiegu są zmonopolizowane przez wielkie ośrodki partyjne. (…)
Wszyscy zgadzają się z tym, że referendum jest narzędziem kontroli władz, kształtowania ustroju i wyrazem woli społeczeństwa.
Art. 125 konstytucji z 1997 r. przewiduje co prawda przeprowadzenie referendum, lecz nie na wniosek obywateli, co byłoby na wskroś normalne, lecz sejmu bądź prezydenta za zgodą senatu. Jest to więc klasyczne błędne koło, bowiem tego rodzaju referendum nie ma nic wspólnego z demokracją oddolną, wywodzącą się od obywateli, a więc faktycznego suwerena polskiego państwa.
Inicjatywa referendum winna wyjść od społeczeństwa, które zna najlepiej swoje problemy i bolączki, a głosowanie ogólnopaństwowe – doprowadzić do zmiany danej ustawy bądź zapisu w konstytucji. Jeśli chodzi o zmianę ustawy, bodźcem do przeprowadzenia referendum na wzór szwajcarski powinno być weto ludowe, a więc pewna forma protestu wobec istniejącej już ustawy lub chęć wprowadzenia nowej.
W Szwajcarii weto obywatelskie – jako instrument, który ma na celu wprowadzenie nowej ustawy bądź odrzucenie ustawy już istniejącej – dochodzi do skutku na żądanie 50 tys. obywateli. Porównywalnie liczbowo ze Szwajcarią, takie weto ludowe mogłoby zaistnieć w Polsce na żądanie 250-300 tys. obywateli. Należałoby ustalić okres na zebranie podpisów, np. 100 dni. Następstwem weta byłoby referendum na zasadzie tak albo nie, najlepiej bez progu procentowego, którego decyzja byłaby wiążąca. Dlaczego bez progu procentowego? Bowiem próg procentowy to bariera, a każda bariera jest zaprzeczeniem demokracji.
Nikt nikomu nie zabrania brać udziału w referendum. Kto nie idzie do urny, głosuje również, ale pasywnie, akceptując biernie wynik referendum.
Podobnie jest z inicjatywą obywatelską, która w Szwajcarii ma charakter inicjujący zmianę zapisu w konstytucji lub wprowadzenie do niej nowego zapisu. Ten instrument demokratyczny, podobnie jak weto obywatelskie, generowałby referendum, w którym obywatele mogliby się wypowiedzieć również na zasadzie za albo przeciw.
Cały artykuł Mirosława Matyi pt. „Ewolucja – bez rewolucji” znajduje się na s. 15 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mirosława Matyi pt. „Ewolucja – bez rewolucji” na s. 14 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com
Jak wyglądał „początek historii światowej polityki klimatycznej” – tak określił konferencję klimatyczną w Katowicach jej prezydent Michał Kurtyka – w relacji niezależnego uczestnika COP24?
Stanisław Florian
Wiceminister środowiska, prezydent 24. Konferencji Klimatycznej ONZ w Katowicach Michał Kurtyka uważa, że „w Pakiecie katowickim uwzględnione zostały interesy wszystkich Stron. Ale co ważniejsze, jego wpływ na świat będzie pozytywny. Dzięki niemu uczynimy wielki krok w kierunku realizacji ambicji zapisanych w porozumieniu paryskim. Ambicji, które sprawią, że nasze dzieci spojrzą kiedyś wstecz na nasze dziedzictwo i uznają, że ich rodzice podjęli właściwe decyzje w ważnym dziejowym momencie. (…) Stworzyliśmy pewien podręcznik reguł. Teraz, wracając do domu, wszystkie państwa będą mogły określić, w jaki sposób będą podejmowały swoje zobowiązania – to określenie jest zgodne z zasadą suwerenności państw i to jest jedna z fundamentalnych zasad ONZ. Nie można suwerennemu państwu coś nakazać, natomiast można zbudować system, w którym suwerenne państwa zobowiązują się w sposób regularny przekazywać sobie kontrybucje, jakie zamierzają wnieść do tej solidarnej, globalnej polityki klimatycznej, a następnie w sposób transparentny, przejrzysty, informować się o uzyskanych postępach. To jest sedno Katowic, absolutnie fundamentalny system” – podsumował prezydent COP24. Niesiony falą entuzjazmu powiedział nawet, że „w Katowicach zaczyna się historia światowej polityki klimatycznej”. (…)
W ocenie jednego uczestników warsztatów „Zielona wizja Śląska”, największą słabością tego szczytu i wszystkich kolejnych jest, a niestety wygląda na to, że nadal będzie, brak woli porozumienia między tzw. aktywistami ekologicznymi, którzy w imię partyjniackich ideologii chcą narzucić przy okazji takich szczytów doktrynerskie rozwiązania typu „dekarbonizacja Polski”.
Ów brak woli ujawnił się podczas warsztatów SmartLab „Zielone Laboratorium Idei”, realizowanych jako wydarzenie towarzyszące COP24 5 i 6 grudnia 2018 r. w ramach projektu Sieć Regionalnych Obserwatoriów Specjalistycznych w Procesie Przedsiębiorczego Odkrywania, finansowanego z Działania 1.3 Profesjonalizacja IOB Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego na lata 2014–2020. Ich organizatorem był Park Naukowo-Technologicznego EURO-Centrum w Katowicach.
Partnerami owego „Zielonego Laboratorium Idei” było Stowarzyszenie BOMiasto, które podczas wyborów samorządowych w Katowicach wprowadziło kilku swoich członków do Rady Miasta, oraz Heinrich Böll Stiftung, niemiecka fundacja, która – jak można przeczytać na jej oficjalnej, polskiej stronie internetowej – jako część politycznego ruchu Zielonych działa międzynarodowo na rzecz „zrównoważonego rozwoju, demokracji płci, ponadkulturowego porozumienia i wspierania edukacji obywatelskiej”. Jak można było zauważyć na podstawie roll-upów, które były ustawione na Sali, oraz bezpłatnych wydawnictw, które leżały an stolikach – całe „Zielone Laboratorium Idei” było w jakimś stopniu sponsorowane przez ten Stiftung.
Wszystkie dostępne podczas warsztatów bezpłatnie wydawnictwa: Śląsk kobiet – tradycja, aktywność i ekologia (zeszyt 17 „Studia i analizy Colegium Civitas”), Polityka klimatyczna – fakty i mity oraz 37 numer Magazynu Nieuziemionego „Kontakt” były sponsorowane przez tę niemiecką fundację… (…)
Mój rozmówca, jako współorganizator i uczestnik działań protestacyjnych przeciw wycince 4,5 ha i 1464 drzew w lesie na Górze Hugona w Świętochłowicach (1.02–30.04.2018 r.) oraz groźbie wycinki ok. 15 ha drzew na terenie MTK w obrębie Parku Śląskiego w Chorzowie (poł. października – pocz. grudnia 2018 r.), chciał zwrócić uwagę uczestników szczytu na zagrożenia wynikające z działań mafii samorządowo-deweloperskiej w centrum Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. (…) jedna z działaczek Zielonych głośno oświadczyła, że tu się nie będzie dyskutowało o drzewach, tylko o alarmie smogowym i dekarbonizacji. (…)
Kiedy jednak zaczęło się układanie haseł do manifestu „Zielona przyszłość Śląska”, odezwała się aktywistka Zielonych, która już wcześniej próbowała narzucić, że warsztat ma być o smogu i dekarbonizacji, i zażądała, że musi być do niego wpisana dekarbonizacja. Kiedy mój rozmówca zaproponował, aby ogólnie wpisać konieczność odchodzenia od paliw kopalnych, co poparło jeszcze kilku uczestników warsztatu, ponowiła żądanie. Mój rozmówca oświadczył, że się na to nie zgadza. „Zielona” zażądała głosowania, ale przypomniał moderatorowi, że nie taka była formuła spotkania i jeśli złamie reguły – wyjdzie i nagłośni manipulacje podczas warsztatów. Kiedy „Zielona” dalej atakowała, zażądał, aby ujawniła, kto każe, aby wpis o dekarbonizacji znalazł się w manifeście. Gdy po tym pytaniu zamilkła, wpisujący hasła do manifestu aktywista z Katowic ominął zapis o dekarbonizacji, wprowadzając frazę: „węgiel, który kiedyś był skarbem Śląska, dziś jest przekleństwem”… Wobec ostrej wymiany zdań moderator zaczął naciskać na zakończenie warsztatu ze względu na brak czasu, ale sygnalizując, że w takiej atmosferze nie widzi możliwości uzgodnienia manifestu. Kiedy uczestnicy zaczęli się rozchodzić, „Zielona” od dekarbonizacji próbowała nadal naciskać na wprowadzającego hasła do manifestu, a mój rozmówca poinformował moderatora, że jeśli zapis pojawi się, mimo że przy żadnym stoliku nie został wyartykułowany – on postara się, aby kulisy manipulacji wyszły na jaw…
Właśnie takie naciski niektórych aktywistów Zielonych podczas COP24 można odczytywać jako efekt lobbingu czy to niemieckiej fundacji, czy niewidocznych sponsorów z GAZPROMU lub niemieckiej centrali redystrybucji jego gazu w UE.
Próby przedefiniowania hasła warsztatu „Zielona wizja Śląska” można było natomiast rozumieć w sensie iście partyjniackim: jako wizji Śląska według działaczek partii Zieloni. – My, niezależni uczestnicy spotkania, mieliśmy nadać temu partyjniacko-lobbystycznemu wydarzeniu znamion wiarygodności – konkluduje mój rozmówca.
Można jednak odnieść wrażenie, że stanowcza postawa „spontanicznych” uczestników warsztatów odniosła częściowy skutek: w manifeście „Zielona przyszłość Śląska” przekazanym uczestnikom szczytu, w tym ministrowi środowiska, nie znalazło się hasło dekarbonizacji, podkreślono też potrzebę zwiększania obszarów zieleni w naszych miastach.
Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „Szczyt klimatyczny ważnym wydarzeniem był…” znajduje się na s. 1 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Stanisława Floriana pt. „Szczyt klimatyczny ważnym wydarzeniem był…” na s. 4 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com
Należało natychmiast zwołać konferencję prasową i wyjaśnić „drogim” gościom, co dla nas znaczy słowo „nazista” i jak odbiera je nie tylko górnik, ale każdy Polak! Należało również zażądać przeprosin!
Marek Adamczyk
Czy sukcesem można nazwać szczyt, którego ranga, poprzez nieobecność przywódców krajów najbardziej emitujących CO2 do atmosfery, została zdegradowana z ekstraklasy do 2 ligi? Przypomnę tylko, że na COP24 nie przyjechali (lista wg wielkości emisji CO2 do atmosfery): prezydent Chin, prezydent Stanów Zjednoczonych, prezydent Indii, prezydent Rosji, premier Japonii, kanclerz Niemiec, prezydent Francji – itd.
Czy sukcesem można nazwać wizję płacenia przez Polskę po 2020 roku corocznych ogromnych składek na rzecz Zielonego Funduszu Ziemi, w sytuacji gdy sami musimy ponieść kilkusetmiliardowe nakłady na rzecz dostosowania się naszego systemu energetycznego do dyrektyw klimatycznych UE? Czy sukcesem można nazwać bierność władz wobec incydentów, które miały miejsce w czasie szczytu klimatycznego Ziemi?
O czym mówię? O ataku aktywistów Greenpeace na komin elektrowni w Bełchatowie oraz o skandalicznych wypowiedziach niektórych działaczy klimatycznych na temat górników wydobywających w Polsce węgiel! Tamci, będąc w amoku „religii klimatycznej”, na spotkaniach w Katowicach krzyczeli i wznosili hasła: „Górnicy to NAZIŚCI!”.
Dziwne, że nie wywołało to natychmiastowej reakcji organizatorów na te ohydne i obraźliwe dla nas słowa. Nasuwają się kolejne pytania. Gdzie byli reprezentanci rządu polskiego na szczyt klimatyczny Ziemi? Czy delegaci NSZZ Solidarność obecni na COP24 słyszeli coś o tej sprawie?
Najlepiej schować głowę w piasek i udawać, że nic się nie widzi i nic się nie słyszy. Należało wtedy natychmiast zwołać konferencję prasową i wyjaśnić „drogim” gościom, co dla nas znaczy słowo „nazista” i jak odbiera je nie tylko górnik, ale każdy Polak! Należało również zażądać przeprosin! (…)
Za polskimi górnikami wstawiła się niemiecka minister środowiska Pani Svenja Schulze, która w wystąpieniu na COP24 powiedziała m.in.: „Naprawdę nie można mówić, że jeżeli ktoś jest górnikiem, to znaczy, że jest nazistą. A takie hasła się pojawiają. To jest niedopuszczalne, nie możemy w ten sposób dyskutować”.
Cały artykuł Marka Adamczyka pt. „COP24. Nie wolno nazywać górnika nazistą!” znajduje się na s. 1 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marka Adamczyka pt. „COP24. Nie wolno nazywać górnika nazistą!” na s. 1 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com
Nie wyobrażał sobie odbudowy życia społecznego z pominięciem najważniejszych autorytetów, tj. ojca i matki, gdyż jest to „pierwsza władza; dom bez hierarchii jest szkodnikiem w państwie”.
Zdzisław Janeczek
Kardynał August Hlond, Prymas Polski 1926-1948. Fot. Wikipedia, źródło: Adam Szelągowski, Warszawa 1938
Prymas Hlond (…) nie akceptował etatystycznej planowej gospodarki, tak propagowanej przez włoskich i niemieckich faszystów, a tym bardziej gospodarki kolektywistycznej zalecanej przez komunistów i socjalistów. Bazował na naukach społecznych Kościoła (wpływ św. Augustyna i Tomasza z Akwinu) i powoływał się na treści encyklik papieskich Leona XIII Rerum novarum i Piusa XI Quadragesimo anno, które potępiwszy liberalny kapitalizm, zalecały go zastąpić ustrojem chrześcijańskim. Tak więc według Hlonda „Liberalizm kapitalistyczny zbankrutował, wielkie fortuny pojedynczych ludzi ustępują miejsca równiejszemu rozłożeniu ciężarów i zysków”. Rozwiązaniem pośrednim między etatyzmem marksistowskim i totalistycznym a pełną swobodą ekonomiczną byłby, zdaniem prymasa, korporacjonizm – ustrój polegający na samorządzie zawodów i stanów, przeciwstawiający się wszechmocy państwa i instrumentalnemu traktowaniu gospodarki jako narzędzia podtrzymywania różnego rodzaju dyktatur. (…)
Fot. domena publiczna, Wikipedia
Hlond z dużym zainteresowaniem śledził rozwój ustroju korporacyjnego w Austrii, traktując zachodzące tam przemiany „jako konkretny wzór państwa stanowego”. Aby odrobić zaniedbania będące spuścizną epoki porozbiorowej, utworzył Radę Społeczną przy Prymasie Polski, w której skład weszli kompetentni uczeni i fachowcy odpowiedzialni za przygotowanie ekspertyz ekonomicznych i socjologicznych. (…)
Prymas bardzo często wypowiadał się przeciw omnipotencji państwa, bałwochwalstwu państwowemu i kapitalizmowi państwowemu, a w szczególności przeciw ustrojowi komunistycznemu. Wszelkie doktryny totalitarne utożsamiał z rzymskim cezaryzmem, który opierał się na ubóstwianiu jednostek i brutalnej przemocy. Występował jednak w obronie własności prywatnej i rozumiał dobrze rolę kapitału w gospodarce, którego obecność może zapewnić nowe miejsca pracy.
Uważał, iż Polakom jako przedstawicielom narodu biednego należy „jak najwięcej zostawić inicjatywy i wolności ekonomicznej”. Podkreślał również, iż to „nie kapitał jest zły, lecz kapitalizm”. Ostrzegał jego wrogów: „kapitał jest potrzebny, bo inaczej proletaryzm pozostałby zmorą świata jako jego wieczne przekleństwo”.
Konsekwencją złego wykorzystania kapitału były narodziny sfery ubóstwa oraz kryzysy ekonomiczne. Zdaniem Augustyna Hlonda „proletariat jest wynikiem zastosowania doktryn kapitalizmu liberalnego, który za jedyny cel uważał zysk, nie człowieka. Ten system, wzmocniony trustami, opanował prasę, opinię, nawet wpływy decydujące na politykę i tak przypieczętował los robotników jako niewolników zdanych na łaskę pieniądza. W tym samym duchu użyto i nadużyto maszyny, która ułatwia człowiekowi różne zadania i która mogła i powinna była być czynnikiem do podniesienia standardu życiowego. Użyto maszyny przeciw człowiekowi, skazując go na bezrobocie i głód. Technika bez sprawiedliwości, bez miłości i poczucia braterstwa ludzkiego, zamiast uwolnić człowieka od biedy, pogrążyła dalej robotnika i zmaterializowała do reszty ustrój niespołeczny. Świat ma bogactw więcej, niż ludziom potrzeba. Jest to jedna z największych zbrodni, że właśnie bogactwa poprzez technikę ujarzmiły robotnika. Trzeba poddać gruntownej rewizji podział bogactw”.
Hlond propagował w życiu społeczno-państwowym zasady etyki chrześcijańskiej, według której każdy człowiek ma przyrodzone prawa, których nikomu, nawet państwu, nie wolno naruszać.
Do kanonu tych niezbywalnych praw ludzkich zaliczał prawo do życia, prawo do pracy, wolność sumienia, poszanowanie osobowości i godności ludzkiej oraz prawo do pomocy w potrzebach materialnych i kulturalnych. Korzystanie z tych praw było uwarunkowane obowiązkiem pracy.
Pisał: „nie ma porządku społecznego bez pracy jako obowiązku; ale pracy traktowanej jako funkcji ludzkiej, a nie jako towar giełdowy, nie jako martwy, płatny środek produkcji i bogacenia się. Pracowników trzeba organizować w cechy o charakterze zawodowym i społecznym, a nie w polityczne syndykaty. Uspołecznienie narodu znaczy zaktywizowanie jego sił na normach praw i godności, przy uwzględnieniu dobra wspólnego i potrzeb państwa”.
Prymas Hlond na Kongresie Eucharystycznym | Fot. ze zbiorów muzeum im. ks. B. Halemby przy par. MB Bolesnej w Brzęczkowicach-Mysłowicach
Przed kapitałem stawiał człowieka i pracę, która powinna wynikać z powołania i nieść radość. Wierzył, iż „bogactwo i dobrobyt może się rodzić z pracy i oszczędności”. Nauczał, iż nie ściągają na siebie bożej klątwy dobra, które uczciwie nabyto, a które „po zaspokojeniu potrzeb właścicieli dają słuszny zarobek pracownikowi w przemyśle i służą ludzkości, świadcząc dobrodziejstwa, stwarzając dzieła dobroczynne, szpitale, zakłady naukowe”. Marzył o wspólnocie państw nowoczesnych „związanych tradycjami starożytności i średniowiecza, przepojonych tym samym duchem chrześcijańskim, a nie kultem złotego cielca”. (…)
Głosił także konieczność „podniesienia do pełnego życia obywatelskiego i zbiorowego tych warstw, które jeszcze tam nie dotarły”. Równocześnie był świadom tego, iż „od bólu i niedostatku wszystkich nikt nie wybawi”, ale domagał się takiego prawa, które by gwarantowało społeczny awans przez produktywną pracę, a nie przez jałmużnę. Odrzucał ideał lewicy o komfortowym życiu dla wszystkich i negował planowanie i własność kolektywną, które wprawdzie minimalizowały pewne formy wyzysku, ale nie rugowały chciwości dóbr ziemskich, których wyrazem były pieniądze. Bogactwo nie było dla Hlonda posiadaniem. Od młodości był krytykiem cywilizacji, którą nazywał „mieszczańską” i uważał za zagrożenie dla człowieka jako osoby.
Obawiał się „tyranii pieniądza”, której poddana była ludzkość. Katolikom starał się uświadomić, iż „można być niewolnikiem pieniądza, dostatku, majątku w takim samym stopniu, moralnie gorszym, niż proletariat jest niewolnikiem niedostatku i biedy”.
Cały artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Kardynał August Hlond w dobie kryzysu systemu” znajduje się na s. 6 i 7 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Kardynał August Hlond w dobie kryzysu systemu” na s. 6 i 7 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com