W listopadzie 1918 na koszarach i ratuszu powiewał czerwony sztandar. Wtedy to powstał plan przejęcia kierownictwa w Radzie przez Polaków i rozpoczęcia ruchu zbrojnego, by przyłączyć Śląsk do Polski.
Jadwiga Chmielowska
W listopadzie 1918 r. Niemcy były zrewoltowane. Hasła rewolucji październikowej trafiły na podatny grunt w demobilizowanej armii po przegranej wojnie. Ruch komunizujący dotarł także na Górny Śląsk. Naoczny świadek tak opisuje dzień 10 listopada 1918 r. w Bytomiu: „Koło południa lotem błyskawicy rozeszła się po mieście wiadomość, że następnym pociągiem wrocławskim przybędzie do Bytomia brygada marynarzy z Kilonii, która w garnizonie bytomskim dokona właściwego przewrotu. Wieść tę roznosili po mieście agitatorzy niemieckiej partii socjalistycznej, żeby wśród mieszkańców szerzyć postrach i niepokój”. Na budynku koszar wojskowych i ratuszu powiewał czerwony sztandar. Wtedy to powstał plan przejęcia kierownictwa w Radzie przez Polaków i rozpoczęcia ruchu zbrojnego, by przyłączyć Śląsk do Polski.
Niestety dwóch Polaków odmówiło przyjęcia funkcji w Radzie – zrobili miejsce innym, którzy, mimo że nosili polskie nazwiska, mieli „duszę niemiecką – spartakusowską”. Plan nie wypalił. Jest to przykład grzechu zaniechania i postawy „są ode mnie godniejsi” lub „dlaczego właśnie ja – niech inni to robią!”. Skutki opłakane.
Także w listopadzie dwaj proboszczowie: Paweł Brandys z Dziergowic – powiat kozielski – i ks. Banaś z Łubowic w powiecie raciborskim organizowali wiece pod hasłem powrotu Śląska do Polski. Na wiecach tych w mundurze niemieckiego porucznika występował Alfons Zgrzebniok – świetny mówca, porywający tłumy Ślązaków. Niemcy przypuścili kontratak. Por. Burchardt, wysłannik rządu socjalistycznego, zwalczał zarówno polskie ambicje oderwania się od Prus, jak i partie centrowe w parafiach, gdzie księża byli obojętni dla „sprawy polskiej”. Akcją partii Centrum, skierowaną oczywiście również przeciwko dążeniom Ślązaków, jak i przeciwko rządowi socjalistycznemu, kierował z Berlina Erzberger.
12 listopada w Bytomiu zebrała się polska inteligencja. Zebraniu przewodniczył Kazimierz Czapla – adwokat. Jak to wśród prawników bywa: „alfa i omega wszystkich rzeczy to – §. Natomiast wszystko to, co z paragrafem się nie zgadza, jest nielegalne, więc niedozwolone” – tak oceniał go w tamtych czasach J. Grzegorzek – późniejszy komendant Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. Uważał on, że inteligencja śląska z powodu swej zachowawczości nie spełniła pokładanych w niej nadziei.
(…)W Poznaniu, jeszcze podczas wojny w 1916 r., powstała Naczelna Rada Ludowa (NRL) jako nielegalny Komitet Międzypartyjny. Korzystając z zamieszania w Niemczech po wybuchu rewolucji i zawieszeniu broni, Tymczasowy Komisariat NRL wymógł na władzach zgodę na zorganizowanie parlamentu składającego się z reprezentantów osób narodowości polskiej. Warunkiem władz niemieckich była zgoda Polaków na to, że sejm nie będzie miał prawa oderwać żadnego fragmentu niemieckiego terytorium. Komisariat Naczelnej Rady Ludowej wydał 14 listopada 1918 r. odezwę w sprawie przeprowadzenia wyborów delegatów do Polskiego Sejmu Dzielnicowego. Wybory odbyły się pomiędzy 16 listopada a 1 grudnia 1918 r. Kobiety miały czynne i bierne prawo wyborcze.
W dniach 3–5 grudnia 1918 r. w poznańskim kinie Apollo (posiedzenia komisji) i w sali Lamberta w Piekarach (posiedzenia plenarne) obradował jednoizbowy parlament – Polski Sejm Dzielnicowy. Składał się on z 1399 przedstawicieli Polaków zamieszkujących ziemie pozostające w granicach Niemiec. W posiedzeniu wzięło udział 1100 delegatów. NRL popierała pokojowe przejęcie ziem zaboru pruskiego przez odradzające się państwo polskie.
Wojciech Korfanty i Józef Rymer – Ślązacy wchodzący w skład Komisariatu NRL – byli przeciwni walce zbrojnej. Korfanty nawet powstrzymywał wybuch powstania w Wielkopolsce.
Sejm Dzielnicowy wyraził wolę powstania zjednoczonego państwa polskiego z dostępem do morza. Wysłano telegramy do Georges’a Clemenceau, Thomasa W. Wilsona i Davida L. George’a. W składzie Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu, powołanej w celu koordynacji działań polskich na terenach byłego zaboru pruskiego, Górny Śląsk „zastępował komisarz Wojciech Korfanty”. Ponieważ przebywał on na stałe w Poznaniu, mianował na Górnym Śląsku podkomisarza – znanego ze swej zachowawczości wspomnianego już adwokata – Kazimierza Czaplę.
Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Przed powstaniami” znajduje się na s. 15 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Przed powstaniami” na s. 15 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
Z 10 tezami Goliata rozprawiłem się w 10 rozprawkach – bez reakcji, bez ruchu obronnego Goliata! Wyliczyłem Goliata do 10, a on ani ręką, ani głową nie ruszył, czyli w języku bokserskim – nokaut!
Józef Wieczorek
Przed pięcioma już laty, po zapoznaniu się z tezami prof. Sztompki odnośnie do kryzysu uniwersytetu, co ujawnił po zakończeniu Kongresu Kultury Akademickiej, poważyłem się stanąć w akademickiej debacie wobec tego Goliata. Krok po kroku rozprawiałem się z kolejnymi tezami prof. Sztompki w tej materii kryzysowej, rzecz jasna to rozprawianie przesyłając autorowi tez, z nadzieją na podjęcie walki o swoje racje, bo debata to sens życia akademickiego – tak Dawidów, jak i Goliatów. (…) Przytoczę fragment tekstu, w gruncie rzeczy pochwalnego dla prof. Sztompki, bo zatytułowanego Prof. Sztompka chyba wreszcie coś zrozumiał:[related id=69252]
Prof. Sztompka słusznie pisze: „Banicja środowiskowa musi dotykać winnych plagiatów, fałszowania danych, dopisywania swoich nazwisk do cudzych prac, demaskować trzeba »spółdzielnie cytowań« i »towarzyskie, grzecznościowe recenzje«. Źródłem takich różnorodnych zjawisk patologicznych jest klimat permisywności, który odrzucić musi samo środowisko” – ale nie podaje środków, które pozwolą realizację tych postulatów zapewnić. Do tej pory chyba częściej banicja dotykała tych, którzy plagiaty ujawniali, przeciwko dopisywaniu nazwisk jednych, a pomijaniu drugich protestowali.
Dla demaskatorów rozlicznych patologii akademickich drzwi uniwersytetów (i nie tylko uniwersytetów) są zamknięte od lat i Prof. Sztompka/uczestnicy Kongresu jakoś nie przedstawili projektu, aby takim demaskatorom drzwi otworzyć.
(…) Środowisko akademickie zostało uformowane wg kryteriów patologicznych i w swych patologiach chce być autonomiczne, więc niby kto je zmusi do działań antypatologicznych? Prof. Sztompka zauważa: „Dominuje zgoda na totalną, powszechną bylejakość”, ale nie zauważył, że ci, którzy na powszechną bylejakość, i to szczególnie profesorów, zgody nie wyrażali, znaleźli się poza uniwersytetem. Co prof. Sztompka (i jego koledzy) zrobił, aby było inaczej? Dlaczego wyraża/wyrażał zgodę i do dominacji tej bylejakości chyba się przyczynił, z czego zdaje sobie sprawę?…
Cały artykuł Józefa Wieczorka pt. „Dawid wobec Goliata, czyli nokaut koryfeusza” znajduje się na s. 3 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Józefa Wieczorka pt. „Dawid wobec Goliata, czyli nokaut koryfeusza” na s. 3 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
W polskim ustawodawstwie istniała koncepcja MaBeNy-OPOKI w okresie międzywojennym. Zamiast trzymać rękę w nocniku, już 30 lat temu należało uchwalić jednym zdaniem dalsze obowiązywanie tego przepisu.
Zbigniew Berent
Premier Mateusz Morawiecki podczas swego exposé zapowiedział utworzenie Centrum Analiz Strategicznych (CAS): „Musimy uczyć się przygotować spójne prawo i podejmować decyzje podporządkowane długofalowym strategiom rozwojowym”. Zdecydowano, że w CAS znajdą się trzy departamenty: Departament Analiz, Departament Oceny Skutków Regulacji oraz Departament Studiów Strategicznych. Założono, że CAS będzie zapleczem intelektualnym i analitycznym Rady Ministrów, dzięki któremu praca rządu stanie się jeszcze bardziej efektywna. (…) Do prac należałoby zaangażować struktury państwowe, naukowe, wynalazcze, biznesowe, instytuty i instytuty naukowo-badawcze (Narodowy Instytut Kultury, Instytut Adama Mickiewicza, Polski Instytut Sztuki Filmowej, IPN, Instytut Badań nad Totalitaryzmami itd.), fundacje (Polska Fundacja Narodowa), agencje (Polska Agencja Prasowa, Agencja Rozwoju Przemysłu itd.). Profesor Zybertowicz zaproponował nazwę projektu MaBeNa – Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego.
Okazuje się, że w polskim ustawodawstwie funkcjonowała koncepcja MaBeNy-OPOKI w okresie międzywojennym. Zamiast trzymać rękę w nocniku, już 30 lat temu należało uchwalić jednym zdaniem dalsze obowiązywanie tego przepisu.
Oto główna treść dekretu Prezydenta RP z 14.01.1936 r.
„Art. 1. Jeżeli państwo obce:
traktuje obywateli polskich gorzej niż obywateli innych państw obcych albo
ogranicza Państwo Polskie lub jego obywateli w rozporządzaniu swym majątkiem znajdującym się poza granicami Rzeczypospolitej, a w szczególności utrudnia im dochodzenie swych roszczeń,
nie zapewnia obywatelom polskim przebywającym na jego obszarze ochrony prawnej udzielanej powszechnie przez państwa obce, albo wreszcie
w jakikolwiek inny sposób na skutek wydanych przez siebie przepisów prawnych naraża na uszczerbek interesy materialne Państwo Polskiego lub jego obywateli,
mogą być wydane zarządzenia ochronne”.
Od początku 2018 roku rozgorzała dyskusja na temat wizji i tematyki, jakimi powinna zająć się MaBeNa. Gdyby równolegle w równie zacięty sposób toczona była dyskusja nad jej aspektami organizacyjnymi, mogłoby to przynieść konkretne efekty. Niestety nic podobnego nie nastąpiło. W 2018 roku doszło do ewidentnego mieszania się zagranicznych środowisk w nasze wewnętrzne sprawy podczas ataku na nowelizację ustawy o IPN, ustawy o Sądzie Najwyższym i KRS.
Nastąpiła próba zmiany miejsca pomnika katyńskiego w New Jersey. Wykazaliśmy się wówczas niezwykłą czujnością i skutecznością. Było to jednak działanie na zasadzie pospolitego ruszenia ludzi dobrej woli. Byłbym spokojniejszy, gdyby podobne akcje odbywały się w sposób bardziej sformalizowany, na wzór prac Reduty Dobrego Imienia. (…)
Obecnie serwisem informującym o najważniejszych zjawiskach i tendencjach w kulturze polskiej oraz o wydarzeniach kulturalnych organizowanych w Polsce i za granicą jest Culture.pl. To największe i najbardziej wszechstronne źródło wiedzy o twórcach i dziełach, zawierające także publikowane na bieżąco recenzje, analizy i omówienia autorstwa profesjonalistów fascynujących się historią i socjologią kultury, estetyką i poszczególnymi dziedzinami twórczości. Od ponad dekady portal Culture.pl prowadzony jest przez Instytut Adama Mickiewicza – narodową instytucję kultury, której zadaniem jest budowanie marki „Polska” w wymiarze kultury oraz udział w międzynarodowej wymianie kulturalnej. (…)
Piotr Gociek na łamach „Do Rzeczy” podpowiada, że praktycznie wszystko jest do zrobienia przez MaBeNę od nowa, w oprawie godnej XXI stulecia. „Celem tej machiny powinno być przypomnienie światu, że Polacy dają radę. Zawsze dawali. Bili się i dawali radę. To nie znaczy, że zawsze wygrywali, ale nie dali się zniszczyć fizycznie, nie dali się upodlić moralnie”.
Do tej charakterystyki kapitalnie pasuje wiele życiorysów znanych i nieznanych bohaterów. Ale nawet te najbardziej znane nie doczekały się spopularyzowania w postaci filmów fabularnych czy seriali, które najlepiej upowszechniłyby ich postawy w Polsce i może poza jej granicami.
Pierwszym z brzegu nasuwającym się na myśl heroicznym przykładem jest postać rotmistrza Witolda Pileckiego. Urodził się w 1901 roku w Ołońcu w dzisiejszej Rosji. Był rotmistrzem kawalerii Wojska Polskiego, współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej oraz żołnierzem Armii Krajowej. Z własnej woli znalazł się w obozie koncentracyjnym Auschwitz, żeby zapoznać się z panującymi w nim warunkami i założyć tam ruch oporu. Dokonał brawurowej ucieczki z obozu. Jako jeden z pierwszych napisał trzy raporty o holokauście, zwane Raportami Pileckiego. Zginął zamordowany przez władze komunistyczne w 1948 r. w Warszawie.
Generał Stanisław Sosabowski (1892–1967) – legendarny dowódca polskich spadochroniarzy – był jednym z niezliczonych polskich bohaterów II wojny światowej. Talentem dowódczym wykazał się na wielu frontach, ale przez historię został zapamiętany przede wszystkim jako twórca i dowódca Pierwszej Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Po II wojnie światowej pracował w Wielkiej Brytanii jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych, a następnie telewizorów. Zmarł na zawał 25 września 1967 r. w Londynie. W 1969 r. spadochroniarze przywieźli jego prochy do Polski, gdzie spoczęły – zgodnie z wolą Sosabowskiego – na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.
Elżbieta Zawacka – cichociemna z Torunia – ukończyła matematykę na Uniwersytecie w Poznaniu. Po studiach prowadziła zajęcia z przysposobienia obronnego dla kobiet. We wrześniu 1939 roku wraz z Kobiecym Batalionem Pomocniczej Służby Wojskowej walczyła w obronie Lwowa. W lutym 1943 roku wyruszyła jako emisariuszka Komendanta Głównego AK Stefana Roweckiego przez Niemcy, Francję, Andorę, Hiszpanię i Gibraltar do Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie. W czasie II wojny światowej przekraczała granice III Rzeszy ponad sto razy, nielegalnie przenosząc meldunki i informacje. W przerwach między wyprawami uczyła się na tajnych kompletach. W 1951 roku aresztowało ją UB. Została skazana na 10 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu. Więzienie opuściła po 4 latach. Poświęciła się pracy naukowej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Gromadziła materiały historyczne związane z działalnością AK.
Nazwiskami i życiorysami można by sypać jak z rękawa, a i tak ich liczba stanowiłaby ułamek procenta Polaków godnych upamiętnienia. Ich losy, poglądy i postawy są tak ciekawe i godne podziwu, że gdyby nie pewność, że te postaci i ich dzieje są prawdziwe, można by przypuszczać, że zostały wymyślone przez mistrzów powieści sensacyjnych.
A polscy naukowcy, wynalazcy, podróżnicy, politycy? Wielu nazwisk polskich sław na skalę światową przypominać nie trzeba. Ale ilu z nas wie, że polski biolog Rudolf Weigel wynalazł pierwszą skuteczną szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu, witaminę A odkrył Polak Kazimierz Funk, grupy krwi – Polak Ludwik Hirszfeld, Tadeusz Sędzimir jest wynalazcą technik cynkowania i walcowania blachy, Witold Zglenicki – pomysłodawcą wydobywania ropy naftowej spod dna morskiego, Mieczysław Bekker – konstruktorem łazika księżycowego z misji Apollo, a Patrycja Wizińska-Socha to twórczyni przenośnego aparatu do badania serca dzieci w okresie prenatalnym? To tylko nieliczne, pierwsze z brzegu przykłady naszych rodaków, z których osiągnięć możemy być dumni.
Cały artykuł Zbigniewa Berenta pt. „OPOKA. Upowszechniajmy własny wizerunek Polski w świecie” znajduje się na s. 13 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „OPOKA. Upowszechniajmy własny wizerunek Polski w świecie” na s. 13 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
Idea, że wszystko, co się rusza, musi być podporządkowane państwu, a każdy grosz obwąchany przez fiskusa, jest bliska eurokratom, co nie zmienia faktu, że jej wczesnym głosicielem był Mussolini.
Henryk Krzyżanowski
Zabobonem popularnym wśród opozycji totalnej jest rzekomy sojusz ołtarza z tronem w Polsce, co się tłumaczy tak, że Kościół ma za duży wpływ na państwo „dobrej zmiany”. Z całą powagą głosi to Bartłomiej Sienkiewicz, jeden z mózgów poprzedniej władzy, który tak skarży się w swojej książce: „Polacy są zdani na łaskę księży, spośród których część nie ma żadnych skrupułów w zdzieraniu opłat od obywateli. Opłat nigdzie nieewidencjonowanych, od których państwo nie pobiera podatków, bo Kościół jest z nich zwolniony”… A w innym miejscu podsumowuje: „System z punktu widzenia państwa jest skandalem. Bo jak inaczej można nazwać sytuację, w której państwo godzi się, żeby obok niego w sposób niezależny istniał podmiot pobierający opłaty według uznania, obciążające obywateli tego państwa?”.
Idea, że absolutnie wszystko, co się rusza, musi być podporządkowane państwu, a każdy grosz obwąchany przez fiskusa, jest bliska eurokratom, co nie zmienia faktu, że jej wczesnym głosicielem był Mussolini. Przywódca włoskiego faszyzmu tak przecież mówił: „Wszystko w Państwie, nic poza Państwem, nic przeciw Państwu”. Cóż, wygląda na to, że pan Sienkiewicz chętnie się pod tym hasłem podpisze.
Dla katolika jest to jednak szkodliwe urojenie. Kościół, który miałby poddać się kontroli państwa, prędzej czy później spadłby na pozycję Kościoła państwowego, jak w luteranizmie. Teza o sojuszu państwa i Kościoła AD 2019 jest przy tym absurdalna także ze względów praktycznych. Mamy w Polsce słabą władzę centralną i rozkawałkowaną z definicji władzę samorządową. Gdzież więc jest ten tron, przy którym mieliby stać biskupi? Do tego sam episkopat jest pluralistyczny oraz, wbrew mylnym przekonaniom, nie ma struktury hierarchicznej. Komisja Episkopatu nie jest bowiem władzą, lecz platformą porozumienia biskupów.
Wszyscy, którzy dziś krzyczą, że to Kościół rządzi Polską, mylą więc władzę z OBECNOŚCIĄ. Kościół katolicki jest bardzo dużą wspólnotą, która siłą rzeczy jest mocno obecna w życiu społecznym.
I można rozumieć, że osoby nie czujące się częścią tej wspólnoty mogą odczuwać to jako dyskomfort, np. 4/5 klasy idzie na religię, a reszta nie. Rodzice tej reszty woleliby, żeby religii w szkole nie było, czytaj: żeby tamte dzieci szły na nią po lekcjach – czyli do domu na szybki obiad i potem na 18.00 do salki. Albo na 20.00 tam, gdzie jest dużo dzieci i nie mieszczą się naraz. No cóż…
A czy udział księdza proboszcza od poznańskich Zmartwychwstańców w inauguracji żłóbka, który w piwnicy na Rolnej urządza od kilku lat Schron Kultury Europa, uznać za objaw takiego sojuszu? Ale przecież nie ma tam tronu, tylko żłóbek i siano.
Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Obecność, nie władza”, znajduje się na s. 2 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Obecność, nie władza” na s. 2 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
Irlandczycy dopiero w drugim referendum przyjęli traktat lizboński, po uzyskaniu gwarancji nienaruszalności irlandzkiego prawa do życia, rodziny i edukacji, podatków oraz bezpieczeństwa i obrony.
Tomasz Wybranowski
Irlandzka duma
Mer Dublina Nial Ring powiedział w rozmowie z Radiem WNET, że „Republika Irlandii jest dumnym członkiem Unii Europejskiej i samodzielnym podmiotem międzynarodowym”. Tak rzeczywiście było i jest, o czym przekonali się szefowie Komisji Europejskiej i zastęp urzędników w Brukselii, kiedy w pierwszym referendum 12 czerwca 2008 roku obywatele Republiki Irlandii odrzucili zapisy traktatu lizbońskiego.
Ich obawy wzbudzał projekt ujednolicenia na całym obszarze UE stawek podatkowych, tak bardzo lansowany przez Niemcy i Francję. Szefowie irlandzkich przedsiębiorstw i właściciele firm nie ukrywają, że do wielkiego wzrostu gospodarczego kraju przyczyniła się głównie elastyczna polityka podatkowa Republiki Irlandii. Mając dobre warunki do rozwoju i pomnażania kapitału, obcy inwestorzy lokowali swoje pieniądze właśnie w Irlandii.
Mer Dublina Nial Ring w rozmowie z Radiem WNET | Fot. T. Szustek
– Francuski rząd już w tej chwili uważa, że nasze podatki są za niskie i rażąco niesprawiedliwe! Francuzi, a wtórują im Niemcy, twierdzą, że my, Irlandczycy, wypaczamy w Unii zasadę uczciwej konkurencji. To zapowiedź tego, co nas czeka w przypadku zgody na traktat z Lizbony – powtarzali jak mantrę ówcześni premierzy Republiki Irlandii Bertie Ahern (do 7 maja 2008 roku) i Brian Cowen.
W tamtym czasie lista argumentów przeciw przyjęciu przez obywateli Irlandii treści traktatu lizbońskiego była bardziej niż obszerna. Przeciwnicy traktatu przekonywali, że jest on niemal kopią odrzuconego projektu europejskiej konstytucji. Ich zdaniem wielką niedorzecznością i oszustwem jest nazywanie „starej, niedobrej i powszechnie odrzuconej przez ogół państw europejskich rzeczy mianem czegoś nowego i dobrego dla wszystkich”. W takich ocenach przodowała partia Sinn Feinn. Jej posłowie, europarlamentarzyści i szeregowi członkowie nie mogli pogodzić się z faktem, że Republika Irlandii straci stałego przedstawiciela w Komisji Europejskiej.
– Tracimy naszego pełnomocnika rządu raz na pięć lat. Przed ostatnim referendum, jakie mieliśmy w Irlandii poprzednio – w sprawie traktatu nicejskiego – nasi ministrowie i premier Ahern mówili nam, że głosowanie na „tak” zagwarantuje nam pełnomocnictwo irlandzkiego rządu przez następne 130 lat. I co się stało, że jest teraz inaczej? Warto przypomnieć, że było to pięć lat temu… – mówiła wtedy eurodeputowana, a obecnie szefowa Sinn Feinn, Mary Lou McDonald. Posłowie Sinn Feinn obawiali się także nadrzędności zapisów traktatu lizbońskiego nad konstytucją irlandzką. To rodziło poważne obawy o pozycję Irlandii i jej rolę we wspólnej unijnej polityce obronnej i w sprawach międzynarodowych. Wielu Irlandczyków mówiło wówczas wprost: „Tak” – dla traktatu to „Nie” dla irlandzkiej konstytucji i świętej na Wyspie polityki neutralności! Co ciekawe, wsparcia Sinn Feinn w kampanii z 2008 roku przeciw traktatowi udzielili irlandzcy socjaliści, którzy obawiają się, że „nowa Europa w pogoni za wzrostem gospodarczym i rozwojem ekonomicznym zgubi człowieka”.
Ostatecznie, jak wiemy, Irlandczycy dopiero rok później, w drugim referendum opowiedzieli się za przyjęciem traktatu lizbońskiego, ale na swoich zasadach. Unia Europejska, aby rozwiać obawy mieszkańców Republiki Irlandii, uzgodniła z rządem w Dublinie specjalne gwarancje. Podczas posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli w czerwcu 2009 r. ogłoszono dokumenty ułatwiające przyjęcie traktatu przez Irlandczyków, w tym gwarancje nienaruszalności irlandzkiego prawa w odniesieniu do prawa do życia, rodziny i edukacji, podatków oraz bezpieczeństwa i obrony. To samo tyczyło się kwestii praw pracowniczych, polityki społecznej i kulturalnej.
Czytelnicy „Kuriera WNET” muszą wiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, którą zawdzięczają Irlandczykom. Oto 19 czerwca 2009 roku Rada Europejska zgodziła się, by po wejściu w życie traktatu lizbońskiego w skład Komisji Europejskiej wchodził jeden obywatel z każdego państwa członkowskiego UE. Na żądanie premiera Irlandii Briana Cowena gwarancje te mają być w przyszłości dołączane do kolejnych traktatów akcesyjnych jako osobne protokoły. Republika Irlandii uważała, i tak jest do tej pory, że „uroczyste oświadczenia nie mają mocy wiążącej”.
Zachować mowę i korzenie
Przemysław Łozowski, dyrektor polskiej szkoły „Wspólna Wyspa” w Droghedzie, muzyk i dyrygent opowiada Radiu WNET o potrzebie edukacji polskich dzieci urodzonych na Szmaragdowej Wyspie i o swojej pasji muzykalnego i kulturowego łączenia Irlandczyków i Polaków. Wraz z Marcinem Fabisiakiem w Droghedzie i Dublinie animuje muzyczne i poetyckie działania kulturalne.
Jak i dlaczego założył Pan szkołę?
Szkoła polska w Droghedzie | Fot. T. Szustek
Szkoła w Droghedzie nie jest pierwszą szkołą, która powstała z mojej inicjatywy. Niemal tuż po przyjeździe tutaj, do Irlandii, w 2007 roku zauważyłem, że jest taka potrzeba i wspólnie z koleżeństwem zaczęliśmy zakładać polskie szkoły w Irlandii. Powstało kilka szkół w Dublinie i okazało się, że tutaj, w Droghedzie, także powinna powstać taka szkoła.
Co jest największym kłopotem dyrektora takiej szkoły?
Pojawiają się różne sytuacje, które wymagają koordynacji. Trzeba zorganizować miejsce, kadrę pedagogiczną, która musi być najlepsza… Później dopiero przychodzą rodzice, którzy czują potrzebę, żeby tutaj, w Irlandii, zapewnić dzieciom polską edukację, co nie jest wcale takie oczywiste. Rodacy przyjeżdżają tutaj, rodzą się im dzieci, ale oni uważają, że język polski nie jest tak powszechny jak na przykład angielski i rozmawiają z dziećmi w domach po angielsku, czyli odrzucają tę tożsamość, którą przede wszystkim wyznacza język, prawda? Jak się porozumiewamy, tak myślimy; to jest bardzo istotne, w jakim języku to się odbywa. Dużym wsparciem dla mnie jest Katarzyna Sudak, która wzięła na swoje barki administrowanie szkołą i kontakty z polskimi ministerstwami i organizacjami.
„Wspólna Wyspa” – szkoła w Droghedzie ma pewną niezwykłą cechę: mianowicie muzykującego dyrektora, co dla dzieci jest bardzo ważne, bo dzięki temu nie tylko uczą się pisać, ale także śpiewać i tańczyć.
Z wykształcenia jestem muzykiem i uważam, że bardzo ważne jest, żeby dzieci swój sposób ekspresji odnajdywały właśnie w muzyce. Uważam, że zajęcia artystyczne są bardzo istotne. Dzieci, tak jak w Polsce, poznają polskie piosenki, uczą się polskich tańców. Oczywiście najważniejsza jest edukacja zintegrowana w języku polskim.
Przemysław Łozowski nie tylko prowadzi szkołę, ale też promuje polską muzykę ludową. Jest nie tylko specjalistą w tej dziedzinie, ale jej wielkim miłośnikiem.
Zaraz po potrzebie edukowania polskich dzieci po polsku uświadomiłem sobie, że istotne jest także przywoływanie dźwięków tradycyjnej polskiej muzyki. Stało się to pod wpływem obserwacji, jak żywa jest tradycyjna kultura irlandzka.
Tak się składa, że jeszcze zanim wyjechałem z Polski, zrozumiałem, jak istotne jest zachowanie muzyki tradycyjnej, ludycznej, powiedzmy muzyki naszych dziadków, pradziadków. Ta muzyka jest piękna, to był magiczny świat, bardzo intensywny, bardzo prawdziwy, bo sięgając po instrument akustyczny, powiedzmy skrzypce czy jakiś inny – po prostu wyrażamy siebie. Tutaj nie można niczego zafałszować; nie ma auto-tune’ów, że tak się wyrażę. Tutaj wszystko jest bardzo prawdziwe, bardzo emocjonalne – i taka też jest właśnie nasza muzyka.
I przekonał się Pan o tym, że polska muzyka ludowa, te polskie dźwięki mogą przyciągać Irlandczyków i inne narodowości, i stworzył Pan zespół.
Najpierw wyszedłem z tą propozycją do rodaków, to było oczywiste, ale w SuperTonic Orchestra gra skład z całego świata. I to jest przykład na to, że polska muzyka tradycyjna, polska kultura może być atrakcyjna, ale trzeba ją po prostu pokazywać. Wielu naszych rodaków mówi: chciałem przyjechać do Irlandii nie z powodów ekonomicznych, finansowych, ale żeby poznać tę kulturę, muzykę, ten kraj elfów, że tak się wyrażę. A jeżeli nie będzie osób, które są w stanie przekazać dalej naszej rodzimej kultury, to czym będziemy się mogli pochwalić?
Cała relacja Tomasza Wybranowskiego z wizyty Radia WNET w Irlandii, pt. „Irlandio, dziękujemy! Radio WNET na Szmaragdowej Wyspie”, znajduje się na s. 10–11 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Relacja Tomasza Wybranowskiego z wizyty Radia WNET w Irlandii, pt. „Irlandio, dziękujemy! Radio WNET na Szmaragdowej Wyspie”, na s. 10–11 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
Na szczycie klimatycznym w Katowicach nie pochylono się nad potrzebami krajów rozwijających się ani takich, które dopiero dołączają do rozwiniętych gospodarek świata. Dotyczy to także Polski.
Mariusz Patey
Polska może promować alternatywę dla polityki klimatycznej UE pozwalającą na utrzymanie naszego wzrostu gospodarczego, jednocześnie nie rezygnując z celu, jakim jest poprawa warunków ekologicznych Europy i świata, znajdując na pewno wielu sojuszników tak w Europie, jak i poza nią. Zanim przejdziemy do opisu modelu o bardziej sprawiedliwym podziale kosztów polityki klimatycznej, zdefiniujemy parę wielkości.
Emisja netto niech będzie dana wzorem: E netto = emisja brutto – absorpcja brutto,
gdzie
absorpcja brutto = absorpcja CO2 przez substancję zieloną w danym kraju + absorpcja CO2 gleb i osadów oraz inne źródła pochłaniana w danym kraju.
Emisja brutto = emisja przemysłowa CO2 + emisja gospodarstw domowych CO2 + emisja środków transportu CO2 w danym kraju.
Postulujemy powołanie jednej, globalnej instytucji (może pod auspicjami ONZ), która zarządzałaby emisją tzw. zielonych certyfikatów, tworząc globalne cele emisji CO2, oraz agend krajowych w krajach uczestniczących w systemie, które monitorowałyby ilość emisji i absorpcji na danym terenie. Instytucja projektująca politykę klimatyczną miałaby wpływ na ilość zielonych certyfikatów w obiegu. Rynek szukałby równowagi między popytem a podażą, tym samym promując inwestycyjne ograniczające niezbilansowane emisje CO2.
Ilość tzw. zielonych certyfikatów, które dany kraj mógłby otrzymać, byłaby powiązana z możliwościami absorpcyjnymi (większa zdolność pochłaniania – większa ilość przekazanych zielonych certyfikatów).
Emitenci CO2 musieliby kupować zielone certyfikaty na giełdach w ilości proporcjonalnej do ilości emisji CO2 (za możliwość emisji każdej tony CO2 trzeba byłoby nabyć tzw. zielony certyfikat). Podmioty absorbujące CO2 otrzymywałyby za każdą tonę absorbowanego CO2 zielony certyfikat, który mogłyby sprzedać na giełdzie.
Zielone certyfikaty byłyby przedmiotem globalnego obrotu i mogłyby być wymieniane na środki pieniężne właśnie z pomocą specjalistycznych giełd transakcyjnych. Emitenci mogliby zaangażować się kapitałowo w zakup powierzchni leśnych, poprawiając tym samym swój bilans zielonych certyfikatów. System taki łatwo byłoby sobie wyobrazić, jeśli wykorzystać przy tym technologię blockchain.
Polska i kraje Europy Środkowo- Wschodniej powinny głośno podnosić potrzebę głębokiej redukcji CO2 w krajach, które mają wysokie emisje netto CO2 (odliczając absorpcję CO2 przez substancję zieloną w danym kraju) w przeliczeniu na mieszkańca.
Polska mogłaby jeszcze zwiększyć areał leśny, przyczyniając się do ochrony klimatu, gdyby zmieniono system obrotu tzw. zielonymi certyfikatami. System nagradzający kraje utrzymujące i powiększające swoje obszary leśne jest jednym z kluczowych elementów budowy zrównoważonej gospodarki w skali świata.
Kto byłby beneficjentem takiego rozwiązania? Kraje, które posiadają duże zasoby leśne, takie jak Brazylia i inne kraje Ameryki Południowej czy zwrotnikowe kraje Afryki i Azji. One dostawałyby największą ilość zielonych certyfikatów, które mogłyby następnie sprzedać tym, którzy emitują CO2. Taki mechanizm dotyczyłby także prywatnych właścicieli lasów. Środki pochodzące z zakupu tzw. zielonych certyfikatów powinny wspomagać np. inwestycje w zalesianie, regenerację tkanki leśnej. Być może zahamowana zostałaby rabunkowa gospodarka leśna przyczyniająca się do ograniczenia ilości drzewostanu, a przez to – zmniejszania możliwości pochłaniania CO2.
Moglibyśmy sobie wyobrazić na przykład cementownię inwestującą aktywnie w obszary leśne i w ten sposób obniżającą swoje limity emisji CO2 netto. Polska, odchodząc od polityki klimatycznej forsowanej przez niektóre gremia polityczne na Zachodzie, mogłaby u siebie uruchomić taki innowacyjny system transferu środków od emitentów do adsorbentów. Jednym z efektów tak skonstruowanego systemu byłoby to, iż kraje o niższej emisji netto na mieszkańca, ale bogate we florę, miałyby możliwości rozwoju finansowanego przez kraje wyżej rozwinięte, ale ubogie w roślinność. Kraje o dużym przyroście areału leśnego byłyby zatem nagradzane. Być może taki system skuteczniej hamowałby rabunkową gospodarkę leśną, wycinanie lasów tropikalnych, niż restrykcje i kary.
Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Szczyt klimatyczny i co dalej?” znajduje się na s. 3 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Mariusza Pateya pt. „Szczyt klimatyczny i co dalej?” na s. 3 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
Według Borysa Budki każdy funkcjonariusz państwowy czy samorządowy jest przestępcą, ponieważ pobiera korzyść majątkową w postaci pensji, w związku z pełnioną funkcją publiczną (art. 228 § 1).
Zbigniew Kopczyński
Były minister sprawiedliwości, dziś nieustraszony bojownik o uczciwość życia politycznego i tropiciel pisozbrodni, wyszedł z prostego i oczywistego dla młodych, wykształconych Europejczyków założenia, że demokracja i praworządność jest wtedy, gdy rządzi Platforma Obywatelska. Gdy ktoś jej tę władzę odbierze, to depcze demokrację, łamie konstytucję i obraża Najjaśniejszą Unię Europejską. Po prostu kryminał. I wzorem swych wielkich poprzedników, znalazł na tych złych ludzi odpowiednie paragrafy, o czym niezwłocznie zawiadomił prokuraturę oraz opinię publiczną. (…)
Art. 228 § 1: Kto w związku z pełnieniem funkcji publicznej przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. I tutaj Borys Budka wyjaśnił, że radny Kałuża otrzymał „korzyść majątkową w postaci wynagrodzenia wicemarszałka i osobistą w postaci funkcji, którą obecnie sprawuje”.
Konkretniej brzmi art. 250a § 1: Kto, będąc uprawniony do głosowania, przyjmuje korzyść majątkową albo osobistą, albo takiej korzyści żąda za głosowanie w określony sposób, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Byłby to strzał w dziesiątkę, gdyby nie umieszczenie tego artykułu w rozdziale XXXI „Przestępstwa przeciwko wyborom i referendom”. Dotyczy to więc głosowań powszechnych, a nie w ramach ciał przedstawicielskich, gdzie zawieranie koalicji i związany z tym podział stanowisk, czyli korzyści majątkowych według Borysa Budki, stanowi zwykły sposób funkcjonowania. W ten sposób działają systemy parlamentarno-gabinetowe i nikomu przy zdrowych zmysłach nie wpadnie do głowy, by to penalizować. A to wszystko pisze i mówi człowiek, który był ministrem sprawiedliwości. (…)
Były minister sprawiedliwości najwyraźniej zapomina, że pensja wicemarszałka nie jest żadnym beneficjum, ale wynagrodzeniem za pracę i związaną z nią odpowiedzialność.
Według zupełnie odlotowej interpretacji prawa autorstwa Borysa Budki każdy funkcjonariusz państwowy czy samorządowy jest przestępcą, ponieważ pobiera korzyść majątkową w postaci pensji, w związku z pełnioną funkcją publiczną (art. 228 § 1). Dotyczy to również autora tej księżycowej interpretacji. Jako minister sprawiedliwości przyjmował korzyść majątkową w postaci wynagrodzenia ministra – dokładnie w związku z pełnieniem funkcji publicznej. Więc poseł Budka powinien spakować szczoteczkę do zębów i pożegnać żonę na 6 miesięcy do lat 8 (art. 228 §1). Chyba, że uda mu się udowodnić, na co są duże szanse, że pensja nie miała związku z pełnioną funkcją.
Cały artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Śląski kabareton” znajduje się na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Śląski kabareton” na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com
1 lutego w katedrze prawosławnej Aleksandra Newskiego przy rue Daru w Paryżu odbyły się uroczystości pogrzebowe Michela Legranda, który został następnie pochowany na cmentarzu Père-Lachaise.
Piotr Witt
Z autorem Parasolek z Cherbourga miałem okazję rozmawiać 14 maja 2016 roku w Ameryce. W Kalamazoo w stanie Michigan, w pobliżu Chicago, miał miejsce tego dnia koncert finałowy słynnego festiwalu Gilmore. Pojechaliśmy tam z Chicago w silnej polskiej grupie, żeby usłyszeć Rafała Blechacza, przedmówcę mojej książki o Chopinie. Genialny polski pianista grał Drugi koncert fortepianowy Beethovena z towarzyszeniem Kalamazoo Symphony Orchestra pod batutą Richarda Harveya. W drugiej części wieczoru słynny Francuz, trzykrotny laureat Oscara, dał prawykonanie swego koncertu fortepianowego napisanego na zamówienie orkiestry Kalamazoo: Concerto for Piano and Orchestra. (…)
Maria i Piotr Wittowie w rozmowie z Michelem Legrandem, Kalamazoo, 14.05.2016 r.
Koncert rzeczywiście wymagał dużego wysiłku fizycznego, a pianista miał wówczas 84 lata. Nad jego głową od kilku lat na nowo rozbiła się bania z muzyką. Jego inny świeży koncert na wiolonczelę i orkiestrę wzbudził jednomyślny zachwyt krytyki.
– Pański koncert fortepianowy wydał mi się bardzo amerykański – zauważyłem.
– To naturalne – odparł. Przecież ja jestem Amerykaninem!
– Nigdy o tym nie słyszałem!
– Od wielu lat żyję w Ameryce, tutaj pracuję i tutaj czuję się u siebie – wyjaśnił kompozytor.
Po czasie zdałem sobie sprawę, że nie wszystko w jego wypowiedzi były przekornym żartem. W 1966 roku Legrand przeniósł się do Hollywoodu, poprzedzony legendą swojego musicalu Parasolki z Cherbourga (1964). We Francji panował wówczas kult „nowoczesności” i „postępu”: burzono starą architekturę, stare malarstwo chowano po magazynach muzealnych, w salach koncertowych grano muzykę serialną i aleatoaryczną. Apostołem modernizmu w muzyce był Pierre Boulez, który wkrótce konsekrowany oficjalnie, jako dyrektor IRCAM – rządowego instytutu muzycznego zdołał zatruć życie wielu artystom.
„Na czterdzieści lat – powiedział Michel Legrand – Boulez i jego rodzina zamknęli wszystkim kompozytorom możliwość występów. Boulez zadecydował, że zapomni się całą przeszłość muzyki aż do dzisiaj i rozpocznie się wszystko od zera. Zamknął drzwi przed wszystkimi innymi kompozytorami. Kompozytorzy tacy jak ja nie mogli żyć, ponieważ nie mieli dostępu do sal koncertowych”.
Legrand od dziecka związany był z Paryżem i z muzyką. Syn dyrygenta (katolika) i śpiewaczki (wyznania prawosławnego) – wykształcenie muzyczne zdobył u słynnej Nadii Boulanger. „Była tak surowa, że o mało nie ogarnęło mnie zniechęcenie do muzyki” – mówił o swojej mistrzyni. I zaraz potem dodawał „Ona mnie zrobiła, ona mnie ukształtowała, wszystko jej zawdzięczam”. Rzadko się o tym mówi, ale może nie będzie od rzeczy wspomnieć w tym miejscu, że Nadia Boulanger, która ukształtowała blisko 2000 muzyków, wśród nich wiele sław, jak George Gershwin i Daniel Barenboim, była żarliwie wierzącą i praktykującą katoliczką.
Wygnanie amerykańskie, chociaż bolesne, nie wyszło Legrandowi na złe. Skomponował muzykę do dwustu filmów, otrzymał trzy Oscary (Thomas Crown 1964, Lato 1942 w roku 1972, Yentl 1984), jego muzykę grali i śpiewali najwięksi – od Franka Sinatry i Elli Fitzgerald do Michela Jacksona poprzez Barbrę Streisand. Ale nigdy kompozytor nie mógł wybaczyć Francji, że pozwoliła awangardziście, który administrował muzyką, zmusić go do emigracji.
Tekst „Amerykanin Michel Legrand” Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w lutowym „Kurierze WNET” nr 56/2019, s. 3 – „Wolna Europa”, gumroad.com.
Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na wnet.fm. „Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Piotra Witta pt. „Amerykanin Michel Legrand” na s. 3 „Wolna Europa” lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
– Niech pan sprawdzi, co działo się w Dratowie, kiedy na krótko weszli tam Sowieci – w 1939 roku. Głównie, kto mógł należeć do czerwonej milicji. Odpowiedzi trzeba szukać przed 43 rokiem…
Tekst i zdjęcia Wojciech Pokora
Nie ma już we wsi Marciniaków
Żeby dojechać do Dratowa, trzeba zjechać z głównej drogi prowadzącej z Lublina na Polesie (dzisiejsze Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie). Należy jechać wzdłuż kanału Wieprz-Krzna i dojechać do prawosławnego krzyża, który wskazuje i informuje, do czyjego świata wjeżdżamy. Wieś ciągnie się wzdłuż kanału, za którym widać ziemny wał, a za nim szerokie połacie jeziora Dratów. Jest koniec lutego 2018 roku. Zimą jezioro wygląda jak biała pustynia. Nie ma nad nim życia. Wraz z Magdą Grydniewską, dziennikarką Radia Lublin, przyjechaliśmy na uroczystości upamiętniające rodzinę Marciniaków, zamordowaną za pomoc Żydom i ukrywanie sowieckiego jeńca. Wydarzenia miały miejsce 10 i 20 lutego 1943 roku.
Trudna pamięć
Wjeżdżamy do wsi. Pytamy listonosza, gdzie szukać najstarszych mieszkańców, kogoś, kto mógłby pamiętać wojnę. Wskazał jeden adres i dom sołtysa. Pytamy, czy słyszał o uroczystościach w Rogóźnie.
– Tak, coś na cmentarzu. Nie będę.
Dom, pod który podjeżdżamy, musi pamiętać wojnę. Myślę, że zapewne i polsko-bolszewicką. Gdy wjeżdżaliśmy długim podjazdem, mijając studnię i krzywy płot, otworzyły się drzwi chałupy i wychylił głowę mężczyzna wyglądający jak bohater słynnej powieści Steinbecka Tortilla Flat. Patrzył na nas spokojnie, ale badawczo. Wyszedł na mróz w kalesonach.
– Słyszał pan o rodzinie Marciniaków? – pytamy. – W czasie wojny tu zginęli.
– Moja matka była Marciniaczka – bełkocze w sposób bardzo zrozumiały, ale jego słowa są przeciągane, sprawiając wrażenie, że nie dokończy zdania. Jakby silnik nierówno pracował, ale pracował. – Coś opowiadała, bo ona drugi raz wyszła za mąż. Ponoć coś ratowali.
– A mieszkają tu Marciniaki jeszcze?
– Nie ma już we wsi Marciniaków. Wyjechali. Podobno na zachód. Każdy tam, gdzie mu wygodniej.
– A słyszał pan o rodzinie sołtysa z czasu wojny? – pytam niepewnie, bo może to być trop, który może wzbudzić niechęć. – Mieszkał tu przecież.
– Jak będziecie jechać w stronę głównej drogi, to za szkołą będą dwa zakręty, tak i tak – wypowiadając te słowa robi szybki ruch ręką – to przy pierwszym zakręcie po lewej stronie jest dom. Tam jest wnuczka sołtysa.
Było coś dziwnego w tej odpowiedzi… Szedłem przez zaśnieżone podwórze, słysząc za plecami szczere błogosławieństwo miejscowego pijaka i zastanawiałem się, czy to niefortunny zbitek słów, czy celowa odpowiedź – „tam jest”. Nie mieszka, nie żyje, ale tam jest wnuczka. Trzymają ją tam?
Jedziemy pod numer 101. Dom sołtysa. Obecnego. Otwiera nam elegancko ubrany mężczyzna:
– Szykuje się pan na uroczystości? – pytamy.
– Tak. Mamy jeszcze 40 minut, zdążymy porozmawiać – odpowiada, zapraszając nas za próg.
– Czy pamięć o Marciniakach jest we wsi żywa?
– Wiecie, ja tu jestem ludność napływowa, ale może z moją teściową pomówicie? Ona jest tutejsza, jest w domu. Wejdźcie głębiej.
W domu zastajemy kobietę z dzieckiem i babcię. Babcia to Lucyna Jaszczuk. Pamięta wojnę.
– Miałam 9–10 lat. Nie mówiło się w Dratowie o tej historii. Ale tak, byli tu Marciniaki. Mieszkali we wsi, mieli dom. Ja tam nie chodziłam. Byłam za mała. Pamiętam, jak się u nich paliło, to jeden jazgot był i karabiny. A reszta, co przeżyli… mówi się, że na zachód pojechali.
– A na wsi mówiło się o Marciniakach?
– Ja byłam za mała, kto by z dzieckiem gadał?
– Ale później, po wojnie. Jak już pani nie była za mała?
– Nic się nie mówiło.
– Czy pamięta pani sołtysa?
– Łuczeńczyk. Tak. Prawosławny on był. Pamiętam… to był bardzo dobry człowiek – zawahała się – ojciec mi opowiadał, że ludzie dobre mieli zdanie. Ale ja mała byłam. On z pół kilometra stąd mieszkał, chyba pół kilometra, nie wiem… nigdy nie mierzyłam… ale o nim dobrze mówili. Nam krzywdy nie robił.
– A wójt? Sadowy?
– O! – pani Lucyna wyraźnie się pobudziła – Sadowy i Niemiec Schulz. Oni rządzili gminą. Jak oni rządzili, to mieliśmy tyle strachu! I nahajów niekiedy od nich dostali. Oj, w gminie nie było więcej ludzi, tylko oni we dwóch tak rządzili. Jeszcze pisarz gminny był. Ale tych dwóch rządziło. To oni…
1943 rok. Mord na rodzinie
Jedziemy do Rogóźna. Na parafialnym cmentarzu zaczną się za chwilę uroczystości upamiętniające wydarzenia sprzed 75 lat. Wtedy zginęła rodzina Marciniaków. Patrzę na tablicę na grobowcu. 6 nazwisk. Różne daty śmierci. Co się wydarzyło w lutym 1943 roku?
Oficjalnie wyglądało to tak. 10 lutego do Dratowa przybyła grupa żandarmów niemieckich (prawdopodobnie z posterunku w Piaskach koło Lublina, mimo że Dratów leżał w ówczesnym powiecie lubartowskim. Wśród żandarmów był m.in. Daniel Schulz, Heinrich Reich oraz granatowi policjanci oraz wójt gminy Ludwin z nadania niemieckiego, Andrzej Sadowy. Otoczyli zabudowania Marciniaków. Obława spowodowana była donosem sołtysa Dratowa Mikołaja Łuczeńczyka, że rodzina Marciniaków przechowuje Żydów (m.in. rodzinę Reisów, sąsiadów trudniących się rybołówstwem) i jeńca sowieckiego (Konstanty Gorłow, pochodził prawdopodobnie z Doniecka. Ukrainiec. Wykształcony. Inżynier).
Do przybyłych wyszedł Jan Marciniak. Chciał wręczyć żandarmom łapówkę. W momencie, gdy sięgał do kieszeni, został zastrzelony. Jego brat Józef wybiegł boso w kierunku jeziora. Tam saniami dogonił go wójt Andrzej Sadowy i zastrzelił. Niemcy odnaleźli ziemiankę z Gorłowem, który zaczął się ostrzeliwać. Do ziemianki wrzucono granaty. Sowiecki żołnierz zginął na miejscu.
Do Dratowa dotarł mieszkający w Uciekajce kolejny z braci Marciniaków – Feliks. Został rozpoznany przez sołtysa Łuczeńczyka i wskazany żandarmom. Feliks podjął próbę ucieczki, ostrzeliwując żandarmów (był członkiem BCh/AK). Rannego dobił wójt Sadowy lub, jak twierdzi jego syn, Feliks popełnił samobójstwo.
Tego samego dnia zatrzymano Julię Marciniak (żonę Feliksa), Annę Jakubowską-Marciniak (z d. Ostasz) wraz z córkami Krystyną Jakubowską i Heleną Marciniak (11 miesięcy) oraz Klementynę Marciniak (siostrę Marciniaków) wraz z 2-letnim dzieckiem (dziecko żydowskiej rodziny lekarza z Zamościa, które przedstawiane było jako nieślubne dziecko Klementyny). Wszyscy przetrzymywani byli w budynku Urzędu Gminy w Ludwinie.
20 lutego pijany Daniel Schulz zastrzelił przy budynku urzędu Klementynę wraz z dwuletnim dzieckiem oraz Annę, która była w szóstym miesiącu ciąży. Julia została zwolniona i wybłagała życie małej Helenki.
Klementyna i jej siostra Janina zostały odznaczone w 1978 r. medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za uratowanie Sary Reis.
Andrzej Sadowy został zatrzymany w kwietniu 1945 r. i wyrokiem Sądu Okręgowego w Lublinie z dnia 1 października 1947 r. skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano w więzieniu na Zamku w Lublinie.
2018 rok. Pamięć wraca
Na uroczystości do Rogóźna przyjechała Helena Kuśnierz, córka Franciszka i Janiny. Ona też jest odznaczona medalem. Gdy mówi o tamtym czasie, jest zniecierpliwiona. Rozdrażniona. Mówi, że tablica na grobie Marciniaków pierwotnie wyglądała inaczej, był na niej napis: „Zginęli z rąk polsko-ruskich pachołków”.
– Wmawiano mi, że wujek był bandytą – mówi Helena – a on był porządnym człowiekiem. Mówi o Stanisławie Marciniaku – jedynym z braci, który przeżył okres okupacji, a który był żołnierzem AK, a potem podziemia antykomunistycznego. Aresztowany 6 października 1951 r. w Kolonii Zbereże k. Włodawy, podczas likwidacji grupy Edwarda Taraszkiewicza ps. Żelazny. Skazany wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Lublinie na karę śmierci. Wyrok wykonano w styczniu 1953 roku w więzieniu na Zamku w Lublinie. W listopadzie 2017 roku jego prawdopodobne szczątki odnalezione zostały na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie. I to właśnie to wydarzenie spowodowało przywrócenie pamięci o rodzinie Marciniaków. Lubelski Oddział Instytutu Pamięci Narodowej, poszukując krewnych w celu identyfikacji szczątków Stanisława (badania genetyczne), natrafił na zapomnianą historię całej rodziny. 4 października 2018 roku dokonano identyfikacji. Szczątki znalezione na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie to Stanisław Marciniak.
Z cmentarza uroczystości przenoszą się do hali sportowej w Ludwinie. Pytam miejscowych o sąsiadów.
– Tu żyją Ukraińcy od lat – mówi Anna Czarecka, szefowa Gminnego Ośrodka Kultury w Ludwinie – ale ludzie bali się mówić, kto jest kto. U nas jeszcze 20 lat temu nazwanie kogoś Ukraińcem było obelgą. W rodzinie miałam przypadek, że matka nie pozwoliła na mieszane małżeństwo. Postawiła na swoim. Ale za to dziewczyny u nas najpiękniejsze – w tym momencie przeczesuje włosy i uśmiecha się całą swoją dojrzałą już twarzą – krew się przemieszała. A Zezulin to znów niemieccy osadnicy. Mamy tu tygiel.
– Wójt mówi, że w Dratowie jest nadal czynna cerkiew, to prawda? – pytam.
– Piękna, musi pan zobaczyć – odpowiada pani Anna. – Tam co tydzień przyjeżdża pop z Unickiej z Lublina. Robiliśmy kiedyś koncerty. Przyjeżdżali ludzie z całej Polski, ci, których to interesuje, ale doszło do kłótni. Jakieś nie takie chóry zaprosiłam. Ja się nie znam. Był problem, że jedni moskiewscy, inni nie. Nie znam się na tym. Ale do dziś ludzie pytają, czy będą koncerty. Może jak się władza w Lublinie zmieni, to będą.
– A czy dzisiejsza uroczystość coś zmieni w was? Przywracanie pamięci?
– Wie pan, mnie jest wstyd, że nie pamiętaliśmy tej historii, że ktoś z zewnątrz musiał przyjść i ją pokazać. Tyle razy chodziło się na cmentarz, a grób przy głównej alei. Nie wiem, czemu nie widzieliśmy.
– Ale już będziecie widzieć? Będziecie świętować ten dzień?
– My byśmy chcieli wiedzieć, jakie święta mamy obchodzić. Do niedawna kazali obchodzić 22 lipca. Dla mnie to było święto. Teraz mówią, że 11 listopada to święto. No to robię takie obchody, żeby cała gmina tym żyła.
Podczas uroczystej akademii padają deklaracje, że grobem Marciniaków zaopiekuje się Szkoła Podstawowa w Dratowie. Dyrekcja zapewnia, że pamięć o rodzinie przetrwa. I dotrzymano słowa. Uczniowie zadbali o grób. Na uroczystość Wszystkich Świętych delegacja szkoły złożyła kwiaty. W tym roku wójt gminy przy wsparciu szkoły i Gminnego Domu Kultury przygotowuje kolejne uroczystości rocznicowe. Dyrektor oddziału lubelskiego IPN Marcin Krzysztofik zapewnia, że wójt gminy Ludwin, Andrzej Chabros, jest z nim w kontakcie i prosił o wsparcie przy przygotowaniach. Krzysztofik chciałby w tym roku zamknąć tę historię klamrą – żeby w okolicy daty mordu na Marciniakach pochować na cmentarzu w Rogóźnie zidentyfikowanego Stanisława. Może zdążą.
Na początku lutego br. rozmawiałem z wójtem gminy Ludwin. Zapewnił, że pamięć o Marciniakach nie umrze w gminie po raz kolejny i poza obchodami w rocznicę śmierci planuje przywołanie pamięci o nich podczas uroczystości rocznicowych we wrześniu.
Ta historia ma drugie dno?
Wróćmy jednak do lutego 2018 roku. Po południu, po uroczystości, dzwonię do dyrektora oddziału lubelskiego IPN – Marcina Krzysztofika:
– Możemy się spotkać w poniedziałek? W sprawie Dratowa. Mam więcej pytań, niż daliście dziś odwiedzi. Wydaje mi się, że jest tu drugie dno. Narodowościowe może?
W słuchawce słyszę zawahanie:
– Nie chcieliśmy tego wyciągać, bo i tak to jest skomplikowana historia, ale mam dokumenty z procesu Łuczeńczyka. On został uniewinniony… Sprawa Marciniaków nie była prawie uwzględniona. Ten Łuczeńczyk był pod koniec wojny w Armii Ludowej. Może to powód?
– Ale czy tłem całej sprawy może być problem narodowościowy? – pytam. Okazuje się, że 40 km od Lublina mieliśmy ukraińską wieś, której rdzenni mieszkańcy nadal bronią ówczesnego sołtysa. Może Ukraińcy mordowali Polaków? To przecież 43 rok!
– Jeśli jest tam sprawa z innym dnem, narodowościowym, to nie jest to OUN-UPA – mówi Krzysztofik. Raczej komuniści. Trzeba sprawdzić, co robili Ukraińcy z Dratowa w PRL. To da światło. I niech pan sprawdzi datę 15 sierpnia 1942 roku. Zamordowano wtedy w Dratowie ojca Stefana Maleszę, tamtejszego batiuszkę. Zabili go z córką Olgą. I niech pan sprawdzi, co działo się w Dratowie, kiedy na krótko weszli tam Sowieci – w 1939 roku. Głównie, kto mógł należeć do czerwonej milicji. Myślę, że ma pan rację. Odpowiedzi trzeba szukać przed 43 rokiem…
Co znajduje się w aktach z procesu Mikołaja Łuczeńczyka, co działo się w Dratowie podczas wojny, czy ocaleni przez Marciniaków Żydzi umieli odwdzięczyć się po wojnie i jaką karierę w PRL robili mieszkańcy tej wsi? O tym opowiem w kolejnym numerze „Kuriera WNET”.
Reportaż Wojciecha Pokory pt. „Nie ma już we wsi Marciniaków” znajduje się na s. 1 i 7 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Reportaż Wojciecha Pokory pt. „Nie ma już we wsi Marciniaków” na s. 1 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com
Ponieważ generalnie komunizm na świecie służy najwyżej jako epitet do okładania przeciwników politycznych – eurokomuniści rozmyli się i rozproszyli, zasiedlając równomiernie całe spektrum polityczne.
Jan Martini
Gdzie się podziali eurokomuniści?
Pojawienie się komunistów na terenach, gdzie stanęła stopa radzieckiego żołnierza, było zjawiskiem naturalnym i zrozumiałym, ale występowali oni także w miejscach odległych o tysiące kilometrów od „ojczyzny światowego proletariatu”. „Ustrój sprawiedliwości społecznej” czy „zniesienie wyzysku człowieka przez człowieka” to hasła, które musiały inspirować umysły ludzkie – podobnie jak wcześniejsze „wolność, równość, braterstwo”. Jednak same hasła i idee nie dały by wymiernych efektów bez odpowiedniego wspomagania – czyli „eksportu rewolucji”. Najbardziej spektakularne rezultaty przyniosła sowiecka praca nad Francją, gdzie agentura rosyjska była (i jest) ogromna – ilościowo równa agenturze w Polsce (według Olega Gordijewskiego, więcej szpiegów działa tylko w USA i Niemczech).
Głównym zadaniem agentury we Francji było (i jest) niszczenie stosunków z USA, a jej największy sukces to wyjście Francji z NATO w 1967 roku. Jak ujawnił Mitrochin w swoim Archiwum, liczni agenci wpływu wokół Charlesa de Gaulle’a zdołali przekonać go o mocarstwowości Francji i „pokojowej polityce ZSRR”. Wydawca tygodnika „Trybuna Narodów” – Andre Ulman „Jurij” – otrzymywał 200 tys. fr. miesięcznie z POLSKI (cały „obóz socjalistyczny” solidarnie finansował „siły postępu” na Zachodzie). To pismo, wydawane od 1946 do 1978 roku, kosztowało nas niemal 2 mln franków. Bardzo ważną postacią był dziennikarz Pierre-Charles Pathe. Ten pochodzący ze znanej rodziny wynalazcy patefonu mason kierował agencją o nazwie Ośrodek Informacji Naukowej, Gospodarczej i Politycznej i założył Ruch Niezależności Europy. Jego honoraria od 1967 do 1979 roku wyniosły 218 tys. franków (plus zwroty kosztów 68 423 fr.). W 1976 r. zaczęto wydawać dwutygodnik – bezpłatny biuletyn „Syntezy”, rozsyłany do 70% posłów, 47% senatorów i 41 wpływowych dziennikarzy.
Niemniej ważna była praca nad poglądami społeczeństwa francuskiego. Dzięki rozbudowanej sprawozdawczości w sowieckich służbach możemy poznać szczegóły pracy nad mózgami Francuzów. Fragment sprawozdania z działalności za 1961 rok: „Zainspirowano 230 artykułów prasowych, wydano 11 książek, zorganizowano 9 wieców, wydrukowano 14 tys. plakatów. Z inicjatywy agentów powstały 32 interpelacje i oświadczenia parlamentarne”. Nic dziwnego, że postrzeganie ZSRR i Stanów Zjednoczonych uległo gwałtownej zmianie.
W 1966 roku już 35% Francuzów było pozytywnie nastawionych do ZSRR (rok wcześniej 25%), a sympatia do USA spadła z 54% do 22%. Zachował się nawet wykaz nagród noworocznych na 1974 rok dla wyróżniających się agentów.
Ale materialna sytuacja zdrajców zmieniła się w 1975 roku, gdy wraz z powstaniem „eurokomunizmu” nastąpił rozbrat zachodnich komunistów z ZSRR. Partie francuska i włoska wydały tzw. Manifest eurokomunizmu. Jego założenia zostały przedstawione w pracy przywódcy Komunistycznej Partii Hiszpanii Santiago Carrilla Eurokomunizm a państwo. W 1980 eurokomunizm został uznany na XV zjeździe Włoskiej Partii Komunistycznej za koncepcję strategiczną tej partii. Eurokomuniści sądzili, że socjalizm da się zainstalować w ramach demokracji parlamentarnej. Eurokomunizm zakładał pozostanie na gruncie marksizmu, ale odrzucał totalitarny leninizm w formie „dyktatury proletariatu”. Potępiał interwencje radzieckie na Węgrzech, w Czechosłowacji, w Afganistanie i odmawiał KPZR prawa kierowania ruchem komunistycznym. Ale czy faktycznie zachodni komuniści zerwali z moskiewską centralą?
Wątpił w to brytyjski sowietolog Christopher Story, uważając ten „rozwód” za sowiecką dezinformację, mającą na celu wprowadzenie w błąd zachodnich społeczeństw. Story był jak najgorszego zdania o europejskich i amerykańskich sowietologach, którzy „naukowo” komentowali wiadomości podrzucane im przez KGB, stając się de facto przedłużeniem radzieckiej machiny propagandowej. Ostateczną kompromitacją tychże sowietologów był zresztą fakt, że nie przewidzieli oni zespołu zjawisk potocznie nazwanych „upadkiem komunizmu”. Story nie wierzył w ten upadek, uważając, że system uległ transformacji w nową, sprawniejszą formę. Za najgroźniejszą broń komunizmu uważał dezinformację, wobec której społeczeństwa zachodnie są całkowicie bezbronne.
Odmawiał też jakiejkolwiek roli w walce z komunizmem Lechowi Wałęsie twierdząc, że był on całkowicie sterowany przez służby („nie mógł umyć zębów bez pozwolenia lokalnego KGB”).
Story pisał: „W ciągu 1991 roku znika ten ideologiczny bełkot, oni nagle pojawiają się w zachodnich garniturach, z miłymi uśmiechami, niecierpliwie chcący robić „biznes” i dołączyć do nowoczesnego świata. (…) Wszystko to, sowiecka dezinformacja, mistyfikacje, było szczegółowo planowane dekady temu i miało na celu zniszczenie Zachodu”. Dziś prawdopodobnie większość z nas słyszała o Antonio Gramscim i jego „marszu przez instytucje”, ale we wczesnych latach 90. to właśnie Christopher Story był człowiekiem, który przypomniał idee włoskiego komunisty: „Należy powiedzieć o zjawisku zwanym »destrukcją Gramsciego«. Antonio Gramsci to włoski komunista, założyciel włoskiej partii komunistycznej. Stwierdził on, że aby osiągnąć cele rewolucji, trzeba zmienić bazę kulturową. Należy zniszczyć sztukę, zaśmiecać umysły, zastąpić muzykę bezsensownym hałasem, podważać tradycyjne wartości i instytucje, eliminować religie i ich nauczanie. To wszystko potocznie nazywamy wojną kultur, a jest to strategia leninowskiej rewolucji.
Gramsci uważał, że chrześcijaństwo jest siłą wiążącą razem całe społeczeństwo: chłopów, robotników, arystokrację, duchowieństwo w jednorodną kulturę. Na tej podstawie polemizował z leninowską tezą, że masy mogą powstać i obalić rządzącą nadbudowę. Nie pozwoli im na to ich chrześcijańska wiara”.
Story był bardzo sceptyczny wobec władz w Brukseli, które „narzucają dzień po dniu niemal dyktatorską kontrolę nad najdrobniejszymi szczegółami życia i działalności wszystkich obywateli. (…) Wspólnota Europejska powołała socjalistyczny, scentralizowany rząd, przenosząc na całkiem nowy poziom unifikację bliską totalitaryzmowi, umożliwiając kontrolowanie całego kontynentu i niszcząc narodową suwerenność poszczególnych krajów. Najłatwiej możemy to zrozumieć, wracając do Lenina, który jest przeciwny istnieniu państwa. Celem UE jest zmieszanie wszystkich państw w jeden regionalny blok. W zamierzeniach Unia Europejska powinna ogarnąć cały blok lądowy od Atlantyku aż po Władywostok. (…) EU dąży do ekspansji na wschód, by objąć wszystkie te pozornie niekomunistyczne państwa, w których właśnie »obalono komunizm«” (pisane przed rozszerzeniem Unii).
Story uważał współpracę gospodarczą z byłymi (?) komunistami za bardzo groźną, powodującą uzależnienie i narażającą na szantaż. Radził, aby wycofać się z kooperacji i przestać pomagać Rosji w rozwoju gospodarczym. C. Story zginął w niejasnych okolicznościach w lipcu 2010 roku. Świadczy to, że mówił prawdę i miał rację. Tezy Christophera Story’ego w pełni potwierdza uciekinier z KGB – płk Anatolij Golicyn, który w książce Nowe kłamstwa w miejsce starych (wyd. 1984) ujawnił plany KGB „wielkich przemian”, jakie miały nastąpić po 1989 r.
Golicyn przewidział wybór młodego Sekretarza Generalnego KPZR – reformatora, reaktywację Solidarności i Okrągły Stół w Polsce, „wyzwolenie się” krajów Demokracji Ludowej, rozpad Związku Radzieckiego i zjednoczenie Niemiec. Współczynnik trafności prognoz Golicyna to 94%!
Golicyn nie był jasnowidzem – to znajomość sowieckich planów i scenariuszy umożliwiła mu tak precyzyjnie przewidywanie rozwoju wydarzeń: „W trzeciej fazie można oczekiwać, że zostanie uformowany rząd koalicyjny, skupiający przedstawicieli partii komunistycznej, reprezentantów reaktywowanej Solidarności oraz Kościoła. W tym rządzie mogłoby się znaleźć również kilku tak zwanych „liberałów”. Przyjęty jako spontanicznie ukonstytuowany, o nowej formie wielopartyjnego, półdemokratycznego reżimu, w istocie służyłby podkopywaniu oporu przeciwko komunizmowi, wewnątrz i na zewnątrz bloku. Na Zachodzie byłaby coraz bardziej kwestionowana potrzeba łożenia ogromnych wydatków na obronę. Pojawiłyby się nowe możliwości do oddzielania Europy od Stanów Zjednoczonych i zniszczenia NATO. Wielka Brytania stanęłaby przed koniecznością wyboru między neutralną Europą a Stanami Zjednoczonymi. Parlament Europejski mógłby stać się ogólnoeuropejskim socjalistycznym parlamentem, z reprezentacją ze Związku Sowieckiego”. (Rosja była wielokrotnie zapraszana do UE, m.in. przez Radka Sikorskiego).
Dopiero od Golicyna dowiedzieliśmy się, że agencja informacyjna „Nowosti” n i e współpracowała z KGB, lecz była jego integralną częścią, a w ramach struktury tego przedsiębiorstwa istniał departament dezinformacji z dyrektorem w randze ministra.
Tak więc ZSRR był jedynym na świecie państwem mającym Ministerstwo Dezinformacji. Wyprzedzając świat o 50 lat, sterował informacją (i dezinformacją), by osiągnąć cele polityczne, kładąc tym samym podwaliny pod nowoczesną wojnę informacyjną.
Miłośnicy pokoju w służbie postępu
Mało było państw na świecie kochających pokój tak mocno jak Związek Radziecki. To funkcjonariusze tego państwa powołali Światową Radę Pokoju zwaną „cyrkiem Stalina”, która – notabene – działa do dziś, protestując m.in. przeciw szczytowi NATO w Warszawie w 2015 roku. Regularnie były organizowane Kongresy Obrońców Pokoju, gdzie rozmaite picassy i aragony potępiały imperializm amerykański, rasizm, ostrzegały przed odradzającym się faszyzmem itp. Sowieccy funkcjonariusze pogardliwie nazywali takich zachodnich intelektualistów „gównojadami”, gdyż pracowali dla bolszewików społecznie, nie pobierając wynagrodzenia. Ale walka o pokój kosztuje.
Jak ustalił amerykański badacz ruchów pokojowych Jerome Corsi, 100% amerykańskich ruchów pokojowych było finansowane przez ZSRR. Potwierdził te ustalenia generał KGB zalegendowany jako pułkownik wojsk rumuńskich – Ion Pacepa, który „wybrał wolność” w 1978 roku.
Jak to funkcjonowało w praktyce, pokazuje przypadek Johna Kerry’ego (kandydata na prezydenta USA w 2004 roku, sekretarza stanu w rządzie Obamy). Wstępem do jego kariery politycznej była praca jako rzecznika organizacji Weterani Przeciw Wojnie. Wśród licznych wtedy „działaczy pokojowych”, przeważnie długowłosych hippisów, Kerry – gładko ogolony, elokwentny i elegancki absolwent prestiżowego uniwersytetu, korzystnie się wyróżniał. Przewodniczącym organizacji był kpt. Hubbard – czarnoskóry lotnik – inwalida, ranny w Wietnamie. W trójkę, wraz z piękną aktorką Jane Fondą objeżdżali campusy amerykańskich uczelni z płomiennym, antywojennym przesłaniem. Wkrótce młodzież zaczęła „robić miłość, nie wojnę”, palić karty powołania, wąchać LSD, słuchać Hendrixa na Przystanku Woodstock. Młodzi ludzie woleli być „red than dead” („czerwoni niż martwi”).
Po jakimś czasie okazało się, że Hubbard nie jest kapitanem ani pilotem, nigdy nie był w Wietnamie, a kontuzji uległ podczas meczu bejsbolowego w szkole… Zgadzało się tylko, że był Murzynem. Zakończenie wojny w Wietnamie, gdzie Amerykanie nie przegrali ani jednej większej bitwy, dowodzi niezwykłej skuteczności wojny informacyjnej w wydaniu sowieckim. W wojnie tej John Kerry nie był bynajmniej pionkiem i nie walczył po stronie amerykańskiej. Świadczy o tym jego zdjęcie w sali poświęconej zasłużonym dla zwycięstwa cudzoziemcom w Muzeum Wojny w Hanoi.
W tym samym 1975 roku, kiedy narodził się eurokomunizm, przez przypadek (a może nie?) ogłoszono Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – dokument podpisany przez 35 szefów państw i rządów. Po raz pierwszy wówczas na tak wysokim szczeblu państwa obu bloków zdecydowały się przyjąć wspólne zasady postępowania w stosunkach międzynarodowych. Sygnatariuszami Aktu stały się 33 państwa europejskie oraz Kanada i USA. Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE), zorganizowana z inicjatywy KGB (przy pomocy sowieckiego agenta „Timo” z Helsinek), miała na celu rozbrojenie i budowę wzajemnego zaufania. Ale z sowieckiego punktu widzenia najważniejszy był tzw. „trzeci koszyk” w którym kraje „socjalistyczne” zobowiązały się przestrzegać praw człowieka! Ponieważ przygotowania do „upadku komuny” były już prowadzone (powstał think tank pod kierownictwem prof. płk KGB W. Rubanowa i prof. płk GRU W. Szłykowa), istniała pilna potrzeba wytworzenia legalnej opozycji, której można było by „przekazać władzę”.
Służby zaczęły zakładać różnego rodzaju „organizacje niezależne”, a wśród nich np. ruchy ekologiczne (poznaliśmy je przy budowie obwodnicy Augustowa w dolinie Rospudy czy ratowaniu otuliny Puszczy Białowieskiej, ale prawdziwego „koncertu” możemy się spodziewać dopiero przy pracach nad przekopem Mierzei Wiślanej).
Jerzy Targalski w pracy pt. Służby specjalne i pieriestrojka (Rola służb specjalnych i ich agentur w pieriestrojce i demontażu komunizmu w Europie Środkowej) przeanalizował sytuację we wszystkich krajach „demokracji ludowej”, przytaczając setki faktów i śledząc biografie aktorów procesów dziejowych. Wynikiem była konkluzja, że proces generowania i uwiarygodniania „działaczy opozycyjnych” musi trwać wiele lat. Już w 1981 roku znana była ekipa, której zamierzano „przekazać władzę” niemal 9 lat później. Czołowe postacie życia politycznego i społecznego III RP, „autorytety moralne” zostały internowane i „podlegały represjom” w luksusowym ośrodku na terenie poligonu drawskiego w Jaworzu (inni internowani byli w regularnych więzieniach). To tutaj budowano „piękne życiorysy opozycyjne” Geremka, Mazowieckiego, Komorowskiego, Niesiołowskiego, Bartoszewskiego, Celińskiego, Czumy, Drawicza (TW „Kowalski” – szef Radiokomitetu).
Wyuzdanie w służbie postępu
Komuniści zauważyli, że idee rewolucji źle się sprzedają wśród ludzi wierzących, stąd ich obsesyjna walka z chrześcijaństwem. Urodzony w okolicach Tarnopola, działający we Wiedniu Wilhelm Reich – komunista i seksuolog – zorientował się, że agitowani robotnicy szybko tracą zainteresowanie, gdy mówi się im o walce klas. Natomiast chętnie słuchają pogadanek o tematyce damsko-męskiej.
Powszechnie wiadomo było, że ludzie rozwiąźli (kiedyś się mówiło „zdemoralizowani”) łatwo porzucają praktyki religijne.
Dlatego Reich organizował pogadanki „uświadamiające” wśród młodzieży, kleryków czy żołnierzy uderzając w „piętę achillesową” chrześcijańskiej etyki – w sprawy związane z seksualnością. Niejeden z nas wie, że łatwiej się powstrzymać od zabijania, kradzieży, mówienia fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu niż od cudzołóstwa. Do Reicha nawiązał György Lukács (Lowinger), gdy będąc komisarzem oświatowym w Węgierskiej Republice Rad (1919) wprowadził do szkól edukację seksualną. Porzucono „postępowe rozpasanie”, gdy okazało się, że rozwiązłość nie sprzyja rewolucji. Dziś komisarze unijni wracają do źródeł, lansując „edukację seksualną” jako rzekome remedium na choroby weneryczne i ciąże nastolatek, choć statystyki wskazują, że jest wręcz przeciwnie. Także w znamiennym roku 1975, prawdopodobnie przez przypadek (a może nie?) w postępowej Szwecji socjalistyczny premier Olaf Palme wprowadził dużą pomoc finansową dla samotnych matek.
I choć na wykresach demograficznych widać było niemal natychmiast „tąpnięcie”, dopiero w dłuższej perspektywie ujawniły się implikacje kulturowe tego posunięcia. Spadła znacząco ilość zawieranych małżeństw i rodzących się dzieci, a wzrósł procent urodzeń poza rodziną. Szwecja okazała się „trendsetterem”, za którym podążyła reszta Europy. Sposób życia od tysiąca lat – wynikający z chrześcijaństwa, gdzie rodzina była podstawową komórką społeczną – uległ erozji. Pojawiła się „planeta singli” (w wielkim mieście i na wsi), a konsekwencją było szybkie kurczenie się populacji rdzennych Europejczyków.
Marksizm wiecznie żywy
To nie zbieg okoliczności, że przypadającą niedawno rocznicę urodzin Karola Marksa obchodzono w Unii nadzwyczaj uroczyście. Mało kto zdaje sobie sprawę, że komunistyczny „Manifest z Ventotene” A. Spinellego jest oficjalnym dokumentem programowych Unii Europejskiej. Nie nagłaśnia się tego specjalnie.
Inny, również nie nagłaśniany fakt jest taki, że wśród wysokich unijnych urzędników występuje nadreprezentacja osób związanych (niegdyś) z organizacjami komunistycznymi.
Jeszcze bardziej niepokoi sowiecka pragmatyka przy awansach. Jak wiadomo, w komunizmie na ważne posady mianowano wyłącznie ludzi, na których były „kompromaty”, gdyż było to gwarancją ich uległości i lojalności. Przykładem może być znana nam Neelie Kroes, która pryncypialnie, w obronie świętych zasad doprowadziła do likwidacji polskiego przemysłu stoczniowego. Tak o niej pisze niemiecki dziennikarz śledczy Jurgen Roth w książce pt. Cichy pucz: „Neelie Kroes została w 2004 roku komisarzem do spraw konkurencji. Nominacja ta wzbudziła gwałtowne protesty w kontekście bliskich stosunków Kroes z wielkim biznesem oraz jej domniemanego uwikłania w podejrzane interesy związane z handlem bronią w czasach, gdy sprawowała ona jeszcze urząd ministra gospodarki w holenderskim rządzie. Kroes (…) piastowała 81 stanowisk w radach nadzorczych i gremiach doradczych. Ówcześni krytycy argumentowali, że jej doświadczenia będą implikować konflikt interesów. Jednak za jej kandydaturą opowiedziała się nawet niemiecka SPD, co zresztą wzbudziło powszechne zdziwienie”. Niemcy się na niej nie zawiedli. Zrobiła swoje. Roth później napisał jeszcze książkę o zamachu smoleńskim, ale źle się poczuł i umarł.
Jeśli się uwzględni powyższe fakty, łatwiej zrozumiemy, dlaczego wprowadzali nas do Unii towarzysze Miller z Kwaśniewskim, świeżo skonwertowani na liberalnych demokratów i dlaczego urzędnicy unijni z taką determinacją walczą, by w Polsce nie dopuścić do dekomunizacji sądów. Na tytułowe pytanie, „gdzie się podziali eurokomuniści?”, można odpowiedzieć: (euro)komuniści są, mają się dobrze, robią to co zawsze, choć się tym nie chwalą. Po owocach ich poznacie.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Gdzie się podziali eurokomuniści?” znajduje się na s. 6 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Gdzie się podziali eurokomuniści?” na s. 6 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com