Słowo ‘Kresy’ żyje w naszym języku dopiero od ponad 150 lat. Twórcą jego był wybitny poeta Wincenty Pol, a użył go po raz pierwszy w Rapsodzie rycerskim „Mohort” wydanym w Krakowie w 1854 roku.
Tadeusz Loster
W dniach od 16 lutego do 23 czerwca w Muzeum gliwickim – Willi Caro –czynna była wystawa „Kresy w malarstwie polskim ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie”. W trzech salach wystawowych zostały zaprezentowane obrazy takich wybitnych polskich malarzy, jak Wincenty Dmochowski, Józef Chełmoński, Józef Szermentowski, Teodor Axentowicz, Leon Wyczółkowski, Adam Chmielowski, Julian Fałat, Kazimierz Sichulski, Ferdynand Ruszczyc czy najbardziej związany z Kresami Jan Stanisławski. Dzięki uprzejmości Muzeum Narodowego w Krakowie zwiedzający gliwicką wystawę mogli podziwiać na zgromadzonych płótnach polskie bezkresne krajobrazy, ruiny zamków i twierdz strzegących granic dawnej Rzeczypospolitej, szlacheckie dworki, bogactwo kolorów tamtejszej przyrody oraz utrwalone na obrazach zwyczaje i „typy” zamieszkującej tam ludności.
Przesłaniem wystawy było zdanie zaczerpnięte z książki „Pożoga” Zofii Kossak-Szczuckiej: „Kresy… Bogate, stare, piękne słowo. Jest w nim obszar i przestrzenność, bezkres równin falujących, oddalenie od świata i wicher stepowy”. Czy takie stare słowo? Autorzy wystawy, tłumacząc, co oznacza słowo ‘Kresy’ (zdolne w tysiącach Polaków budzić silne wzruszenia) zapomnieli o tym, że żyje ono w naszym języku dopiero od ponad 150 lat. Twórcą jego był wybitny poeta Wincenty Pol, a użył go po raz pierwszy w „Rapsodzie rycerskim Mohort” wydanym w Krakowie w 1854 roku.
„Mohort”, obok „Pieśni o ziemi naszej”, był najwybitniejszym utworem Wincentego Pola, a co ciekawe, w XIX wieku był równie poczytny jak „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza.
W 1883 roku ukazało się najpiękniejsze wydanie tego dzieła, okraszone 24 ilustracjami Juliusza Kossaka, przedstawiającymi również widoki polskich Kresów.
Mohort to nazwisko ponad stuletniego polskiego oficera, dowódcy chorągwi pilnującej polskiej wschodniej granicy przed 1772 rokiem, kiedy Lwów, uznawany obecnie za Kresy, dzieliła większa odległość od granicy wschodniej Rzeczypospolitej Obojga Narodów niż od granicy zachodniej. Na południowym wschodzie graniczyliśmy z Mołdawią i Chanatem Krymskim, a na północnym wschodzie kiedyś Smoleńsk, przynależny do Litwy, oddalony był od granicy z Rosją o około 120 km. Przesuwały się obszary Kresów Wschodnich, i to na niekorzyść naszej umiłowanej Ojczyzny.
W okresie II Rzeczypospolitej graniczyliśmy jeszcze z Rumunią, za rzeką Zbrucz pozostał nawet Kamieniec Podolski, a Lwów od granicy Rosji Sowieckiej oddalony był o ponad 150 km.
W tym okresie zachwycaliśmy się Huculszczyzną, a tango „Polesia czar”, opisujące półdziką przyrodę tych terenów, biło rekordy popularności. Kto by pomyślał, że najstabilniejszą granicą przez kilka stuleci, do czasu pierwszego rozbioru Polski, była granica pomiędzy Śląskiem a Rzeczpospolitą?
Wincenty Pol, używając słowa ‘kresy’, nazywał tak wschodnie rubieże Polski. A przecież mieliśmy również Kresy Zachodnie, którymi był utracony Śląsk.
Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „Kresy w Muzeum w Gliwicach” znajduje się na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Kresy w Muzeum w Gliwicach” na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com
Zmiana nazwy ulicy z Waryńskiego na Jana Olszewskiego wymaga opinii IPN. Nie wymaga tego jednak nazwanie ulicy imieniem austriackiej śpiewaczki, dla której Bielsko-Biała była tylko miejscem urodzenia.
Paweł Czyż
Działaczka samorządowa z Bielska-Białej zaproponowała władzom tego miasta zastąpienie nazwy obecnej ulicy Ludwika Waryńskiego nową – właśnie Jana Olszewskiego. W tym mieście rządzi dziś koalicja PO (prezydent Jarosław Klimaszewski) – Niezależni.BB (Janusz Okrzesik – były parlamentarzysta OKP/UD/UW) i radnych byłego prezydenta Jacka Krywulta (kandydat z listy PZPR do Senatu RP w wyborach z 4 czerwca 1989 roku). Najwyraźniej względy poprawności politycznej w Bielsku-Białej przesądziły o tym, że petycji/wniosku Moniki Sochy-Czyż nie ma nawet w internetowym Biuletynie Informacji Publicznej.
10 czerwca była radna wojewódzka postanowiła wystąpić do władz miasta z protestem, a ich postępowanie skomentowała: „Przekazałam w sekretariacie prezydenta Klimaszewskiego 240 podpisów poparcia bielszczan pod moim projektem. Oczywiście mogło ich być więcej. Chodzi o symbol.
Dla pana Klimaszewskiego i jego koalicjantów ważniejsze jest upamiętnienie austriackiej śpiewaczki Selmy Kurz bez opinii IPN niż przyznanie, że opinia Polaków na temat zmarłego premiera jest pozytywna. To wstyd!” (…)
Za to … na stronie BIP jest zamieszczony wniosek grupy „wojujących feministek” – w tym byłej kandydat Wiosny do Parlamentu Europejskiego pani Anity Zigler-Chamielec – z 8 marca 2019 r. Kompletnie niezrozumiałe jest upublicznienie opinii Zespołu Eksperckiego ds. Nazewnictwa Ulic, Placów oraz Nazw Obiektów Fizjograficznych za pośrednictwem pisma Pana Prezydenta z 23 kwietnia br., w którym informuje Pan, że członkowie tego ciała postanowili uhonorować austriacką śpiewaczkę operową Selmę Kurz, która nagle stała się na potrzeby rozpoznania wniosku feministek osobą związaną z naszym Miastem. (…) Więcej; nie zweryfikowano też, czy Selma Kurz nie była związana z faszyzującą Partią Chrześcijańsko-Społeczną (Christlichsoziale Partei Österreichs, CS) kanclerza Engelberta Dollfußa czy Niemiecką Narodowosocjalistyczną Partią Robotniczą Austrii (Deutsche Nationalsozialistische Arbeiterpartei Österreichs, DNSAPÖ) w czasie, gdy zamieszkiwała w Wiedniu. Z wniosku feministek nie wynika też, jaki był stosunek Selmy Kurz do II RP. Skoro wiceprezydent Waldemar Jędrusiński w piśmie adresowanym do mnie z dnia 16 maja br. przypomina, że zmiana nazwy ulicy Ludwika Waryńskiego na Jana Olszewskiego wymaga opinii IPN, to zdziwienie budzi fakt pominięcia zasięgnięcia takiej opinii IPN na temat Selmy Kurz. Skąd zatem wynika takie wybiórcze traktowanie różnych postaci?”. (…)
Co szokujące, włodarze tego miasta ukryli niezwykle pozytywną opinię, jaką przesłał wiceprezydentowi Bielska-Białej Waldemarowi Jędrusińskiemu dyrektor Biura Upamiętnienia Walki i Męczeństwa IPN Adam Siwek. To jasne, jeśli się zważy, że petycji/wniosku byłej radnej nie ma w elektronicznym Biuletynie Informacji Publicznej. Po co – według urzędników z bielskiego magistratu – informować o tym bielszczan?
„Jan Olszewski był osobą o niezaprzeczalnych zasługach dla naszego kraju (…) Wobec powyższego w pełni popieramy inicjatywę upamiętnienia osoby Jana Olszewskiego w przestrzeni publicznej miasta. Proponujemy równocześnie, aby obok tablicy z nazwą ulicy rozważyć umieszczenie kolejnej, zawierającą krótką informację o osobie patrona.
Takie rozwiązanie będzie służyć naszej wspólnej pamięci, a zwłaszcza edukowaniu młodego pokolenia” – napisał 5 kwietnia dyrektor Adam Siwek w swoim piśmie do władz Bielska-Białej.
Cały artykuł Piotra Galickiego i Pawła Czyża pt. „Komu przeszkadza upamiętnienie Jana Olszewskiego?” znajduje się na s. 11 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Czyża pt. „Komu przeszkadza upamiętnienie Jana Olszewskiego?” na s. 11 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com
Rosja jest jednym z najbardziej zapóźnionych na świecie krajów, jeśli idzie o finansowanie nauki, edukacji, ochrony zdrowia, pomoc społeczną. Ma wskaźniki społeczne na poziomie państw III świata.
Marek Budzisz
Na początku lipca Tatiana Golikowa, wicepremier rosyjskiego rządu odpowiadająca za kwestie społeczne, powiedziała na jednym ze spotkań, że „kraj w katastrofalny sposób traci ludność”. Jej zdaniem tylko w ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku liczba Rosjan zmniejszyła się o 149 tysięcy osób. Jest to efekt, jak zauważyła, tego, że długość życia nie rośnie tak szybko, jak chciałyby władze, zaś liczba narodzin dość dramatycznie ostatnio spadła. Ale nie tylko, bo władze regionów, aby przypodobać się centrali, systematycznie zaniżały statystyki, głownie raportując o mniejszej niż w rzeczywistości liczbie osób tracących życie w wyniku chorób onkologicznych oraz nieszczęśliwych, głównie drogowych, wypadków. To „koloryzowanie rzeczywistości” trwało, jej zdaniem, dość długo, ale ostatnio, w związku z tym, że centrala zaczęła sprawdzać napływające informacje, kontynuowanie procederu mogło okazać się niebezpieczne i najwyraźniej władze rozmaitych prowincji postanowiły pisać prawdę. Efekt? Na przykład gubernia woroneska, która szczyciła się tym, że w 2018 roku w porównaniu z rokiem poprzednim odsetek osób zmarłych na choroby układu krążenia wzrósł tylko o 1,2%, w ciągu czterech miesięcy br. skorygowała ten wskaźnik do 20%. Nie inaczej było też np. w Iwanowie, gdzie w okresie styczeń–maj 2019 z tego samego powodu zmarło o 35,9% więcej osób niźli rok wcześniej.
Wypowiedź Golikowej, choć niedługa, warta jest odnotowania, bo w niej zawarte są wszystkie kwestie związane z rosyjskimi problemami demograficznymi: wątpliwe statystyki, malejąca liczba rodzących się dzieci, niezadowalające efekty zabiegów o przedłużenie średniej długości życia w Rosji.
To powoduje, że koszmar początku tego tysiąclecia, kiedy wydawało się, że szybkiego spadku liczby obywateli Federacji Rosyjskiej nie uda się powstrzymać, powraca. (…)
O ile w 2017 roku w wyniku napływu emigrantów, który był wyższy niźli saldo rosyjskiego przyrostu demograficznego, liczba ludności wzrosła o 77 tys. osób, to już rok później trend ten się odwrócił. Liczba przybyszów zmniejszyła się o 4% w porównaniu z rokiem 2017, a tych, którzy zdecydowali się wyjechać, wzrosła o 16,9%. W rezultacie napływ emigrantów tylko w 57,2% był w stanie zrównoważyć ubytek liczby Rosjan. Powody takiej sytuacji są dość prozaiczne – Rosja, kolejny rok balansująca na granicy recesji, jest krajem w którym od roku 2008 kurs rubla wobec dolara spadł o 100%. A to oznacza, że przyjazd do pracy w Rosji dla obywateli europejskich krajów powstałych po rozpadzie ZSRR jest dziś znacznie mniej atrakcyjny niźli wyjazd np. do Polski. Nawet Kazachstan czy Azerbejdżan, kraje, w których gospodarka rozwija się szybciej niźli rosyjska, stają się konkurencją. (…)
Za czasów drugiej kadencji prezydenta Putina (2004–2008) Rosja, korzystając z naftowego boomu, rozpoczęła szereg programów, w tym i przypominający nasze 500+ tzw. „kapitał macierzyński”, których celem miało być zatrzymanie spadającej liczby dzieci przypadających na statystyczne rosyjskie małżeństwo.
Rosyjskie władze lubią się chwalić, że odniosły w tym względzie sukces, jako że w latach 2006–2012 w Rosji wskaźnik liczby dzieci przypadających na statystyczną kobietę (TFR) wzrósł w tym czasie z poziomu 1,3 do 1,7, co było najszybszym w Europie wzrostem. W liczbach bezwzględnych oznaczało to, że w Rosji w roku 2012 urodziło się w porównaniu z 2006 o 416 tysięcy dzieci więcej, a wskaźnik urodzeń na 1000 kobiet wzrósł z poziomu 10,3 do 13,3, czyli o 29%. Nic dziwnego, że sukces polityki demograficznej jest jednym z żelaznych elementów narracji „Rosji wstającej z kolan”, głównego przekazu propagandowego Kremla. Jednak co do tego, czy rzeczywiście mamy do czynienia z sukcesem i odwróceniem negatywnych trendów demograficznych, istnieją dość zasadnicze wątpliwości. (…)
W dłuższej, pokoleniowej perspektywie, zachowania Rosjan nie uległy zmianie w wyniku uruchomienia przez rząd szeregu działań mających za cel wzrost liczby dzieci w statystycznej rodzinie rosyjskiej. Co najwyżej można mówić o pewnych, obserwowanych już w latach wcześniejszych zmianach w zakresie cyklu prokreacyjnego, ale tendencji długofalowej, polegającej na malejącym wskaźniku dzietności, nie uda się zatrzymać. Zauważalny przyrost wskaźnika liczby urodzonych dzieci przypadających na 1000 kobiet, czym tak szczyciły się władze, nie jest pozytywnym skutkiem polityki rosyjskiego rządu, a efektem rysujących się już w latach 90. zmian cywilizacyjnych w Rosji. Lata 90. to nie tylko czas szybko pogarszającej się sytuacji materialnej rosyjskich rodzin, co obiektywnie nie sprzyjało decyzjom o rodzeniu dzieci, ale również znaczące zmiany kulturowe.
W ciągu 15 lat XXI wieku średni wiek zawierania małżeństw w Rosji przesunął się i dziś dla kobiet wynosi on 28 lat. W związku z tym dla sytuacji demograficznej kraju zasadnicze znaczenie zaczęła mieć nie liczba kobiet w wieku 18–24 lat, jak w latach 90., ale mających powyżej 25 lat.
Czyli wzrost liczby narodzin w Rosji w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku był, w jego opinii, w niemałej części efektem trendu społecznego, niezależnego od polityki władz, polegającego na obserwowanym w całej Europie zjawisku przesuwania się granicy wieku, w którym kobiety zawierają małżeństwa i rodzą pierwsze oraz następne dzieci. Innymi słowy, spadek czasów jelcynowskich, kiedy w Rosji dramatycznie zmniejszyła się liczba rodzących się dzieci, był głębszy, niż wynikałoby to z normalnych cyklów pokoleniowych. W rezultacie łatwiej można było odnieść „sukces” na początku nowego tysiąclecia, nawet niewiele robiąc. Jednak ten bonus – nadliczebność kobiet, które w latach 90. nie wyszły za mąż i nie miały dzieci, a zrobiły to dekadę później, już się w Rosji skończył. (…)
Póki co, Rosja jest nadal jednym z najbardziej zapóźnionych na świecie krajów, jeśli idzie o finansowanie nauki, edukacji, ochrony zdrowia czy pomoc społeczną i wyrównywanie nierówności dochodowych. „Trudno znaleźć na świecie kraj, który na naukę wydaje 1% swego PKB, na edukację 4%, a na ochronę zdrowia mniej niż 5%”. Jak zauważa akademik, wydatki na zdrowie średnio w Europie to 10,2% a w Stanach Zjednoczonych 17%. Pod względem nakładów na naukę, edukację, informatykę i biotechnologie, czyli skrótowo rzecz ujmując, wszystko, co jest związane z gospodarką przyszłości, to dzisiejsza Rosja zajmuje w grupie 200 krajów świata ujmowanych w stosownych rankingach miejsce około 150, w najlepszym razie na początku drugiej setki.
Znany amerykański demograf Nicolas Eberstadt stan, w jakim znajduje się współczesna Rosja, nazywa na łamach „Foreign Affairs” „rosyjskim paradoksem”. Polega on, ujmując całą rzecz w skrócie, na tym, że państwo, które chce być światową potęgą, jednym z rozgrywających w nowym XXI-wiecznym układzie sił, ma wskaźniki społeczne na poziomie państw III świata.
W 2016 roku, jak zauważa Eberstadt, ze statystycznego punktu widzenia 15-letni młody Rosjanin miał przed sobą 52,3 lata życia – mniej niż jego rówieśnik na Haiti.
Kobiety, choć żyją w Rosji dłużej, mają przed sobą perspektywę życia na poziomie najsłabiej rozwiniętych krajów na świecie, będących beneficjentami międzynarodowej pomocy humanitarnej.
Cały artykuł Marka Budzisza pt. „Rosyjska demografia – lustro polityki Putina” znajduje się na s. 10 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marka Budzisza pt. „Rosyjska demografia – lustro polityki Putina” na s. 10 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com
Nie wyrażam zgody, aby przy pomocy mojego nazwiska, wizerunku oraz innych materialnych świadectw związanych z moją działalnością społeczno-polityczną promowano fałszywy obraz historii mojego kraju.
Wiesław Ukleja
W związku z planowanym w dniu 04.06.2019 r. otwarciem w Centrum Dialogu Obywatelskiego w Opolu wystawy poświęconej historii NSZZ Solidarność na terenie naszego miasta i województwa oświadczam, że zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa dotyczącymi ochrony danych osobowych oraz innych dóbr osobistych, nie wyrażam zgody na wykorzystywanie i upublicznianie w ramach ww. wystawy jakiegokolwiek wizerunku, informacji czy artefaktów związanych z moją działalnością społeczno-polityczną i jej wytworami objętymi taką ochroną. Brak mojej zgody na umieszczenie wspomnianych informacji w ramach organizowanej w CDO w Opolu wystawy wiąże się z licznymi zastrzeżeniami dotyczącymi jej zawartości merytorycznej oraz z okolicznościami jej powstawania.
Od dłuższego czasu w środowisku uczestników ruchu Solidarność na Opolszczyźnie oraz w narracji historycznej kreowanej na jego temat kultywowane są nieprawdziwe legendy i fałszywe mity wokół osób zaangażowanych w działalność w ruchu Solidarność, zwłaszcza w okresie tzw. transformacji systemowej. Wśród nich, obok osób zasłużonych swoją działalnością na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego, można odnaleźć ewidentnych kolaborantów i współpracowników służb specjalnych komunistycznego reżimu, którzy doczekali się bezkarności, a nawet cichego rozgrzeszenia i spuszczenia zasłony milczenia na ich haniebną działalność. Z mojej wiedzy wynika, że wystawa ta nie tylko nie piętnuje opisanych postaw, ale podtrzymuje owe mity oraz pomija istotne informacje, przyczyniając się do deformacji prawdy historycznej.
Bezkrytycznie przedstawiany i niewyjaśniony jest również przebieg wydarzeń w okresie tzw. przełomu, czyli „transformacji systemowej” na Opolszczyźnie, z którego wynika, że czołowe role odegrały wówczas fałszywe legendy i osoby o często komunistycznym rodowodzie.
Zgubne dla kształtowania świadomości historycznej i patriotycznej są kłamliwa narracja i symbolika dotyczące tego okresu. Nawet data otwarcia wystawy w dniu 04.06.2019 jest próbą narzucenia fałszywej symboliki – w tym wypadku uznania za rzekomy początek wolności daty kontraktowych i niedemokratycznych wyborów będących rezultatem zmowy okrągłego stołu, która wyhamowała proces przemian wolnościowych w naszym kraju i ochroniła przed odpowiedzialnością komunistycznych zbrodniarzy, czyniąc z nich uprzywilejowaną grupę obywateli III RP.
Zapowiedziom otwarcia wystawy w CDO w Opolu towarzyszyła również, charakterystyczna dla środowisk związanych z przeciwnikami obecnych władz, nagonka medialna na prawowite władze Rzeczypospolitej, które zapoczątkowały proces reform społecznych odbierających wspomnianej grupie uprzywilejowaną pozycję w państwie. W wypowiedziach autorów na temat wystawy pojawiła się niespodziewanie nieskrywana niechęć do patriotycznego etosu związanego z czcią dla żołnierzy podziemia niepodległościowego walczącego po II wojnie światowej z sowieckim okupantem. Spadkobiercy zmowy okrągłego stołu zbliżyli się w ten sposób do najgorszej komunistycznej, antypolskiej propagandy okresu stalinowskiego. Niestety pojawiły się w tym środowisku pożałowania godne spory o podział pieniędzy z dotacji przeznaczonych na wystawę.
Wszystko to powoduje, że – jak zaznaczyłem na wstępie – nie wyrażam zgody, aby przy pomocy mojego nazwiska, wizerunku oraz innych materialnych świadectw związanych z moją działalnością społeczno-polityczną firmowano opisane ekscesy i promowano fałszywy obraz historii mojego kraju.
O podjętej przeze mnie decyzji zawiadamiam na miesiąc przed datą otwarcia wystawy, by zapobiec ewentualnym wykrętom, że było zbyt mało czasu na jej uwzględnienie.
Opole, 06.05.2019
List otwarty Wiesława Uklei do Urzędu Miasta Opola ws. wystawy poświęconej historii NZZZ Solidarność znajduje się na s. 5 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
List otwarty Wiesława Uklei do Urzędu Miasta Opola ws. wystawy poświęconej historii NZZZ Solidarność na s. 5 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com
16 czerwca Radio WNET przez ponad dziesięć godzin opowiadało o powieści, która wciąż rozpala zmysły i serca czytelników. Głównym bohaterem naszych dublińskich opowieści był James Joyce i jego Ulisses.
Tomasz Wybranowski, współpraca i zdjęcia Tomasz Szustek/Studio 37
Akcja Ulissesa rozgrywa się w ciągu niespełna jednego dnia – 16 czerwca 1904 roku. To w tym dniu James Joyce poznał swoją późniejszą żonę Norę Barnacle, rodem z hrabstwa Galway. Na pamiątkę tego zdarzenia i upamiętnienia czasu powieściowego Ulissesa, co roku w Dublinie odbywa się popularny „Bloomsday”.
W Dublinie, w rytm kartkowanych stronic Ulissesa, koniecznie trzeba pospacerować po Bachelor’s Walk. Potem przejść most O’Connell Bridge, pójść w stronę Bank of Ireland, College Green i Trinity College. A potem w górę, ku Grafton Street i zielonościom parku St. Stephen’s Green.
Koniecznie trzeba odwiedzić uśmiechniętego P.J. Murphy’ego w Sweny’s Chemist przy Lincoln Place, kupić mydełko i wrzucić obowiązkowo coś do szkatuły „na czynsz”, aby to miejsce wciąż istniało.
Jak z kart powieści Leopold-Bloom i Malachi Buck Mulligan – ten w kanarkowym szlafroku
To tam właśnie Leopold Bloom kupował swojej Molly cytrynowe mydełko. Potem można wyskoczyć na szybkiego pinta do Davy’ego Byrnesa przy Duke Street. A jeśli czas na to pozwoli, to warto wybrać się w długą wędrówkę na cmentarz Glasnevin. I obowiązkowo trzeba też zobaczyć Muzeum Jamesa Joyce’a w wieży Martello. To tam zaczyna się powieść Ulisses. Wytrawni fani literatury pamiętają poranną toaletę na szczycie Martello Tower Malachi’ego „Bucka” Mulligana i jego rozmowę ze Stefanem Dedalusem. (…)
Ważnym miejscem wszelkiej maści „Joyceologów” jest literackie serce Dublina – James Joyce Centre. Co roku w tym miejscu organizowane jest podczas Bloomsday specjalne śniadanie, będące powieściowym wspomnienie nietypowych kulinarnych gustów Leopolada Blooma i jego żony Molly. Bilety na to śniadanie wyprzedają się dość szybko i wielu fanów Ulissesa musi obejść się smakiem. W całym Dublinie nie brakuje na szczęście restauracji, które tego dnia serwują śniadanie inspirowane posiłkami, które spożywali bohaterowie powieści.
Centrum Jamesa Joyce’a mieści się przy 35 North Great George’s Street. Tomasz Szustek i Eryk Kozieł dotarli tam, kiedy właśnie zaczęła się pierwsza tura uroczystego śniadania. Miało ono, jak zwykle 16 czerwca, szczególną oprawę. Była muzyka, śpiewy i występy aktorów, którzy swoją grą przybliżyli scenki z Ulissesa. (…)
Dyrektor Jessica Pell-Yates nie ukrywa, że powodem do dumy ośrodka kultury, którym zarządza, są grupy czytelnicze:
Goście podczas uroczystego śniadania w czasie Bloomsday 16 czerwca 2019. Centrum im. Jamesa Joyce’a to najgorętsze miejsce tego dnia pod niebem Dublina
– To, czym jeszcze możemy się pochwalić, to grupy czytelnicze. Podczas piątkowego lunchu wiele osób mieszkających i pracujących w okolicy naszego centrum może wstąpić do nas, usiąść wokół ciepłego, przytulnego kominka. Po godzinie trzynastej czytane są na głos fragmenty Ulissesa, przez ludzi z różnymi akcentami lokalnego irlandzkiego angielskiego, ale też przez osoby z zagranicy. Jest to niezwykłe doświadczenie – usiąść razem i słuchać. (…) Mamy także wystawę mówiącą o życiu Joyce’a, o miejscach, w których pisał, bo przeprowadzał się bardzo często, kiedy mieszkał w Dublinie, ale także kiedy mieszkał za granicą. M.in. w Trieście i Paryżu ciągle zmieniał mieszkania i to również ma swoje odbicie w naszej ekspozycji. (…) Ludzie zwykle myślą o Bloomsday, który jest w czerwcu, i jest oczywiście poświęcony Joyce’owi wraz z wydarzeniami wokół 16 czerwca, ale my jesteśmy otwarci cały rok. Prowadzimy różnorodną działalność. To, co turyści lubią najbardziej, to piesze wycieczki po Dublinie śladami Jamesa Joyce’a. (…)
Poranek w Martello Tower i czytanie Ulissesa
Uroczyste śniadania w dniu Bloomsday nie odbywają się tylko w jednym miejscu. Uczty dla ciała i ducha mają miejsce także w pubie Kennedy, moc atrakcji czeka zaś przybyłych w wieży Martello, gdzie rozpoczyna się akcja powieści Ulisses.
Tam też na kąpielisku Forty Foot odważni wskakują do morza, tak jak czyni to na pierwszych kartach powieści Buck Mulligan. Potem setki osób, z których wiele przybyło spoza stolicy a nawet spoza Irlandii, rusza w przestrzeń Dublina śladami bohaterów wyczarowanych przez Jamesa Joyce’a.
Obchody Bloomsday nie ograniczają się jedynie do 16 czerwca. Przez kilka, kolejnych dni odbywają się w wielu miejscach stolicy imprezy towarzyszące: przegląd filmów, spotkania i wycieczki, wystawy, spektakle teatralne, odczyty, koncerty i kiermasze książkowe.
Cały artykuł Tomasza Wybranowskiego (we współpracy z Tomaszem Szustkiem) pt. „Magiczny czas Bloomsday” znajduje się na s. 8–9 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Wybranowskiego (we współpracy z Tomaszem Szustkiem) pt. „Magiczny czas Bloomsday” na s. 3 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com
Śląsk oczekiwał rozwoju wypadków. Tymczasem Niemcy byli w posiadaniu największych tajemnic organizacyjnych, wskutek czego mogli wydać rozkazy, na podstawie których powstanie było skazane na zagładę.
Jadwiga Chmielowska
Nadeszło lato 1919 roku. Wojciechowi Korfantemu udało się odwołać dwa terminy wybuchu powstania. Zrobił to w ostatniej chwili, to znaczy już po wydaniu rozkazów oddziałom powstańczym we wszystkich powiatach. Z punktu widzenia militarnego największe szanse miało powstanie w kwietniu 1919 r. Znacznie gorszy był stosunek sił w czerwcu, kiedy to Korfanty przyleciał samolotem do Sosnowca wstrzymywać walki. Cofnięcie rozkazu nie dotarło do komendantów powiatowych w Koźlu, Kluczborku i Oleśnie. Tam wybuchły walki i osamotnieni powstańcy, bez wsparcia z innych powiatów, musieli się rozpierzchnąć. Część z nich osiadła w obozach uchodźców na terytorium Polski, tuż przy granicy ze Śląskiem – w Sosnowcu i Piotrowicach.
Niemcy dostali dowód, że pomimo surowych przepisów stanu oblężenia – stanu wojennego, aresztowań – Ślązacy są gotowi i są w stanie wywołać powstanie.
W Bytomiu Główny Komitet Wykonawczy z Józefem Grzegorzkiem na czele podjął uchwałę wzywającą Dowództwo Główne POW G.Śl. do wydania rozkazu powstania: „Obecni na zebraniu w dniu 11 sierpnia 1919 r. w Bytomiu komendanci powiatowi i grono wybitniejszych funkcjonariuszy POW G.Śl., ze względu na straszny terror ze strony niemieckiej żądają od Gł. Komendy POW w Strumieniu, ażeby wydała rozkaz rozpoczęcia powstania. W razie niepodzielenia tego zdania przez Główną Komendę POW G.Śl., zebranie uchwala, ażeby rozwiązać organizację”.
W związku z tym, że należało tę uchwałę dostarczyć natychmiast do Strumienia, dwaj kurierzy – Stanisław Mastalerz i Szczepan Lortz – jeszcze tego samego dnia udali się do Strumienia. Alfonsa Zgrzebnioka tam nie było, ale w jego zastępstwie Jan Wyglenda zorganizował odprawę sztabu. Przyjęto do wiadomości tekst uchwały, ale nie chciano nawet słyszeć o jej wykonaniu. Zwołano odprawę wszystkich komendantów powiatowych na 15 VIII 1919 r. Wtedy nastąpiła zdrada. Niemcy wysłali na granicę swoich agentów.
„Dnia 15 sierpnia 1919 r., a więc w momencie najkrytyczniejszym, Niemcy zaaresztowali na granicy polsko-śląskiej, na szosie z Pawłowic do Strumienia, Jana Januszczyka z Szopienic, Wilhelma Fojcika i Fryderyka Reischa z Katowic oraz Karola Góreckiego z Markowic. Byli oni w drodze do Strumienia, dokąd ich zawezwano na posiedzenie” – napisał Jan Ludyga-Laskowski w swojej książce Zarys historii trzech Powstań Śląskich 1919, 1920, 1921. Następnego dnia Niemcy przechwycili kurierów z meldunkami. Franciszek Gajdzik wiózł rozkazy dla powiatów rybnickiego, zabrskiego i gliwickiego, Ludwik Mikołajec dla pszczyńskiego, a Szczepanik dla kluczborskiego, oleskiego, lublinieckiego i tarnogórskiego. Rozkaz brzmiał: „Do komendanta powiatu… Dla wyświetlenia sytuacji, jaka powstała w Bytomiu, zwołujemy we wtorek dnia 18 sierpnia 1919 r. o godz. 2.00 po południu wszystkich komendantów i podkomendnych na zebranie do Strumienia. Podpisano: Gł. Dowódca POW G.Śl. w.z. (-) Wyglenda”. Dowódca Alfons Zgrzebniok był wtedy nadal w podróży służbowej.
Po aresztowaniu kurierów do więzienia trafili też Janusz Hager i Jan Pyka, komendanci powiatów zabrskiego i gliwickiego.
Po zatrzymaniu przez Niemców szefa sztabu Józefa Buły oraz szefa całej organizacji śląskiej POW Józefa Grzegorzka, kurierów i kilku komendantów powiatowych, zarówno wśród pozostających na wolności członków sztabu w Strumieniu, jak i Komitetu Wykonawczego zapanował chaos.
„W ręce Niemców dostały się materiały dotyczące POW Górnego Śląska, m.in. stany liczebne. Aresztowanie to było najprawdopodobniej wynikiem zdrady” – na podstawie materiałów Wyglendy („Traugutta”) i archiwów stwierdziła w swej książce Zyta Zarzycka. Szef sztabu J. Buła miał przy sobie rozkazy zakazujące rozpoczynania jakichkolwiek walk. Niemcy się nimi posłużyli podczas powstania, wysyłając podstawionych kurierów.
Komendant posterunku policji w Katowicach Horing tak napisał w swoim raporcie: „Z powodu ujęcia jednej części podkomendnych i rzeczoznawców z Górnego Śląska, zaproszonych na posiedzenie POW do Strumienia – i przez to, że jedna część zaproszeń została przez nas przejęta – zebranie w dniu 15 VIII 1919 r. w Strumieniu nie doszło do skutku i dlatego porozsyłano naprędce, jeszcze w dniu 15 bm., zaproszenia na drugie zebranie, wyznaczone na dzień 18 bm. Jak wynika z treści nowych zaproszeń i z zeznań oskarżonych, na zebraniu tym szef sztabu Buła – który dnia 10 bm. wyjechał do Warszawy, skąd wrócił 15 bm. – zakomunikować miał ważne wiadomości. (…) Oczekiwane są dalsze aresztowania powiatowych komendantów POW przez wojskowe posterunki policyjne. Donoszą, iż 18 bm. ogłoszony będzie na Górnym Śląsku »stan doraźny« z zarządzeniem, że każdy spotkany z bronią w ręku zostanie rozstrzelany”. (…)
Oddział zbrojny 40 powstańców z Maksymilianem Iksalem na czele po przekroczeniu granicy miał nie tylko unieszkodliwić Grenzschutz, ale i na polach pomiędzy Skrbeńskiem a Gołkowicami zdetonować minę, aby dać sygnał do wybuchu powstania dla dwu powiatów – rybnickiego i pszczyńskiego.
Pod budynkiem dworskim w Gołkowicach powstańcy pod dowództwem Jana Salamona stoczyli bój. Niemcy się poddali. Zginęło 2 powstańców: Fr. Panus i Fr. Sernik oraz 6 Niemców. Jeńców odstawiono do Cieszyna. Pomimo, że wg pierwotnych planów oddział Iksala miał wziąć udział w zdobywaniu Wodzisławia, wycofał się do Piotrowic – na terytorium Polski. Iksal zniknął; po kilku dniach w Warszawie prosił o pomoc dla powstania. (…)
Niestety wysiłki ludu górnośląskiego nie były skoordynowane. Wieść o wybuchu powstania w powiecie pszczyńskim rozeszła się lotem błyskawicy i 17 sierpnia 1919 r. cały Śląsk oczekiwał rozwoju dalszych wypadków. Tymczasem Niemcy byli w posiadaniu największych tajemnic organizacyjnych, wskutek czego mogli wydać rozkazy, na podstawie których powstanie było skazane na zagładę” – tak relacjonuje cytowany już Jan Ludyga-Laskowski. (…)
W Lipinach dzięki dopływowi oddziałów powstańczych z okolicznych miejscowości toczono też walki z 150-osobowym oddziałem Grenzschutzu, który stacjonował we dworze w Piaśnikach. Zgrupowaniem powstańczym w Lipinach dowodził Antoni Czajor.
W Szopienicach doszło do ostrych walk, ale powstańcy wykazali się też przebiegłością. Dowódca kompanii szopienickiej Piotr Łyszczak poszedł do komendy Grenzschutzu i kazał zameldować kapitanowi, że delegacja kopalni „Giesche” chce z nim porozmawiać w ważnej sprawie. W rozmowie powstańcy zażądali poddania się żołnierzy i opuszczenia Szopienic. Dowódca Grenzschutzu odesłał ich do majora w Mysłowicach, gdyż tylko on mógł podjąć decyzję. Delegacja udała się więc pod eskortą żołnierzy do komendanta w Mysłowicach. Ten odmówił poddania się. Fortel się nie udał, ale delegacja spokojnie wróciła do oddziału.
Doszło do walk. Niemcy poddali się dopiero, gdy powstańcy zagrozili wysadzeniem „domu sypialnego” Grenzschutzu. Zdobyto 100 karabinów, 7 kulomiotów i olbrzymi zapas amunicji. Jeńców odstawiono do obozu. „Szopieniccy ludzie złożyli dowody wielkiego męstwa, wytrzymałości i karności żołnierskiej – i stali się bohaterami” – tak zanotował w swojej książce Józef Grzegorzek.
Henryk Miękina zjednoczył pod swoim dowództwem kompanię z Bogucic i z Dąbrówki Małej. Jego podkomendni strącili niemiecki samolot zwiadowczy. Wzięli załogę do niewoli, a maszynę obrzucili granatami.
W Nikiszowcu komendantem oddziału POW był Feliks Marszalski, a jego zastępcą – Teodor Chrószcz. Marszalski znikł z Nikiszowca już 12 godzin przed wybuchem powstania, więc dowództwo objął Chrószcz. Strzały w pobliskim Janowie były sygnałem do rozpoczęcia walk. Niestety w składnicy broni była tylko jedna fuzja myśliwska, jeden rewolwer i jeden teszyng (strzela ślepakami). Teodor Chrószcz, mimo że zaszokowany pustym składem, jednak postanowił walczyć. Około godziny 3 nad ranem przybył z Janowa uzbrojony patrol powstańczy. Chrószcz poprosił o oddanie salw z karabinów. Grenzschutz natychmiast uciekł z domu sypialnego na plac drzewny, zajmując pozycje pomiędzy szybem kopalni a strażą pożarną. Mieszkańcy Nikiszowca zaczęli się gromadzić przed familokami. Niemcy wysłali patrole wojskowe, które wzywały gapiów okrzykami „Ferster zu, Strasse frei!” (okna zamknąć, ulice opuścić). Kula dosięgła podoficera Grenzschutzu i patrole niemieckie natychmiast się wycofały. O 6 rano rada zakładowa kopalni „Giesche”, sygnałami alarmowymi zwołała wiec przed strażą pożarną. Na czele tej rady stali komuniści – dwaj bracia Szwedowie. Dowódca kompanii Grenzschutzu w stopniu porucznika oświadczył, że chce przemówić. Obiecał, że jeśli ludzie wrócą do domów, on wycofa się z Nikiszowca. Chrószcz wyraził zgodę pod warunkiem oddania broni. Powstańcy zdobyli w ten sposób 100 karabinów, dwa lekkie i dwa ciężkie karabiny maszynowe, 200 granatów ręcznych i olbrzymi zapas amunicji.
Pierwotna wersja tekstu została opublikowana w niewychodzącej już „Gazecie Śląskiej”.
Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Wybuch I powstania śląskiego” znajduje się na s. 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Wybuch I powstania śląskiego” na s. 3 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com
Kilkuletnia dyskusja o stopniu niezależności polskich sądów lub, jak chcą inni, stopniu ich podporządkowania władzy wykonawczej w osobie ministra sprawiedliwości, może przybrać nieoczekiwany obrót.
Zbigniew Kopczyński
A to za sprawą pytania, jakie wystosował do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej jeden z sędziów Sądu Administracyjnego w Wiesbaden, stolicy niemieckiego landu Hesja. Składające się z 25 punktów pytanie można streścić krótko: „Czy jestem niezależnym sędzią i czy pracuję w niezależnym sądzie?” Powody, jakie wzbudziły jego wątpliwości, sprawiają, że na upolitycznienie sądów w Polsce trzeba będzie spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Jest oczywiste, że odpowiadając na to pytanie, TSUE wyda opinię nie tylko o niezależności Sądu Administracyjnego w Wiesbaden, lecz wszystkich sądów w Republice Federalnej. Orzeczenie to będzie również obowiązywać przy ocenie niezależności sądów w całej Unii Europejskiej, w tym oczywiście w naszym kraju. (…)
Autor zapytania uważa, że niemiecki ład konstytucyjny zapewnia jedynie funkcjonalną niezależność sędziowską, ale nie instytucjonalną niezależność sądów. Trudno mówić o niezależności, gdy sędziowie są mianowani przez ministrów sprawiedliwości poszczególnych landów, a ci ministrowie decydują również o sędziowskich awansach. Praca sędziów oceniana jest przez ministerstwa, a sami sędziowie podlegają regulacjom prawnym dotyczącym urzędników. (…)
Z polskiego punktu widzenia najciekawsze będzie odniesienie się TSUE do mianowania sędziów przez ministra sprawiedliwości i jego wpływu na sędziowską karierę.
Mianowanie sędziów przez władze wykonawczą, czasem we współdziałaniu z prawodawczą, jest dzisiaj standardem wśród państw powszechnie uważanych za cywilizowane i praworządne. W końcu jakoś tych sędziów trzeba ustanowić. Inną kwestią jest, czy – i jeśli tak, to jaki – jest wpływ polityków na dalsze losy sędziów, bo to stanowi o ich rzeczywistej lub tylko pozornej niezależności.
Uznanie przez TSUE, że mianowanie sędziego przez polityka nie stanowi naruszenia niezależności tego pierwszego, spowoduje, że bardzo zbledną tak głośno podnoszone zarzuty wobec polskich reform sądownictwa. Totalna opozycja będzie musiała wtedy przyznać, że Polska spełnia standardy europejskie, i to z nawiązką, albo podważać orzeczenie TSUE i ogólnie prawo europejskie.
Znacznie poważniejsze konsekwencje może mieć przeciwne orzeczenie Trybunału.
Uznanie, że mianowanie sędziów przez ministrów czy ogólnie polityków podważa niezależność sądów, zdemontowałoby systemy prawne większości państw Unii i zakwestionowałoby niezależność ich sądów, łącznie z niezależnością samego Trybunału, którego sędziowie pochodzą tylko i wyłącznie z politycznego nadania.
Już to ostatnie sprawia, że taki wyrok jest mało prawdopodobny.
Cały artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Wątpliwa niezależność sędziów” znajduje się na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Wątpliwa niezależność sędziów” na s. 3 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com
„Dmytro Tymczuk zastrzelił się podczas czyszczenia swojego pistoletu, którym został wcześniej nagrodzony za walkę z rosyjską dezinformacją” – napisał na Facebooku inny deputowany z Frontu Ludowego.
Dmytro Tymczuk, ukraiński parlamentarzysta należący do klubu parlamentarnego Frontu Ludowego, 19 czerwca został znaleziony martwy w Kijowie. Miał ranę postrzałową głowy. Władze nie rozstrzygnęły jeszcze, czy umarł w wyniku wypadku, samobójstwa czy morderstwa. Warto odnotować, że do tragedii doszło w dzień postawienia zarzutu zabójstwa 298 osób trzem Rosjanom i jednemu Ukraińcowi, podejrzanym w związku z zestrzeleniem samolotu Malaysia Airlines wykonującego lot MH17 nad terytorium Ukrainy w 2014 r. Według strony internetowej parlamentu Tymczuk był obecny na sesji parlamentarnej od 10 do 19 czerwca.
„Dmytro Tymczuk zastrzelił się podczas czyszczenia swojego pistoletu, którym został wcześniej nagrodzony za walkę z rosyjską dezinformacją” – napisał na Facebooku inny deputowany z Frontu Ludowego, Anton Heraszczenko. Jednak doniesienie Heraszczenki nie zostało jeszcze w żaden sposób potwierdzone.
Policja zarejestrowała postępowanie karne na podstawie art. 115 (zabójstwo z premedytacją). Dyrektor Departamentu Komunikacji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy, Artem Szewczenko poinformował, że policja bierze pod uwagę trzy możliwe wersje śmierci posła: morderstwo, samobójstwo lub nieostrożne obchodzenie się z bronią.
Tymczuk stał się sławny w 2014 r., kiedy został jednym z koordynatorów bloga „Opór informacyjny”. Miał doświadczenie zarówno dziennikarskie, jak i wojskowe, i udostępniał informacje o wydarzeniach z pierwszej linii frontu, dzięki czemu stał się jednym z najbardziej popularnych blogerów i komentatorów w ukraińskich i światowych mediach. Na fali popularności został wybrany do parlamentu w 2014 r. z ramienia Frontu Ludowego.
Zespół „Oporu informacyjnego”, którego założycielem był Dmytro Tymczuk, nawołuje media, by nie spekulować o tragicznych wydarzeniach i zaczekać na oficjalne wyniki śledztwa.
Dmytro Tymczuk urodził się w Rosji, na Syberii, w rodzinie wojskowej. Część dzieciństwa spędził w NRD, gdzie stacjonował oddział jego ojca. W 1995 roku ukończył dziennikarstwo w Lwowskiej Wyższej Szkole Wojskowo-Politycznej. Był zawodowym wojskowym; m.in. w latach 1997–2000 pracował w kwaterze Gwardii Narodowej Ukrainy, następnie do 2012 roku w różnych departamentach Ministerstwa Obrony Narodowej, skąd przeszedł w stan spoczynku.
W 2008 roku został redaktorem naczelnym internetowej publikacji „Flot-2017”, a także prezesem pozarządowej organizacji Centrum Studiów Wojskowo-Politycznych. W roku 2014, jako współkoordynator bloga „Opór informacyjny”, stał się jednym z najpopularniejszych ukraińskich aktywistów internetowych i najczęściej cytowanych publicystów w okresie kryzysu krymskiego i konfliktu we wschodniej Ukrainie. W sierpniu 2014 jego profil na Facebooku obserwowało około 190 tys. osób.
Artykuł Eugeniusza Bilonożki pt. „Nie żyje ukraiński deputowany, który ujawniał zbrodnie Rosjan w Donbasie” znajduje się na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Eugeniusza Bilonożki pt. „Nie żyje ukraiński deputowany, który ujawniał zbrodnie Rosjan w Donbasie” na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com
I oto teraz lud przerywa drzemkę. Nicolas Sarkozy będzie pierwszym od 60 lat prezydentem postawionym przed sądem pod zarzutem korupcji i handlu wpływami. Grozi mu dziesięć lat więzienia.
Piotr Witt
Ustroje polityczne rozpadają się, kiedy rządzący nimi się znudzą. Rewolucja francuska przebiegałaby łagodniej, jeśli w ogóle doszłoby do jej wybuchu, gdyby Ludwik XVI, spadkobierca tysiącletniej monarchii, nie miał dość królowania i nie rzucił się z pasją w ślusarstwo, a Maria Antonina, zaniedbując obowiązki tronu, nie oddawała się bez reszty hodowli owiec.
Notabene królowa nie bawiła się w pasterkę z uperfumowanymi bydlątkami, jak jej to później zarzucali jakobińscy paszkwilanci, lecz z wielką dbałością i kompetencją pracowała nad podniesieniem poziomu hodowli, sprowadzając z zagranicy przodujące rasy, kontynuowane we Francji do dziś. Niestety! Zamiast królować. (…)
Nuda dotyczy nie tylko i nie wyłącznie monarchii i dyktatur. W demokracji źródłem władzy, autokratą jest lud. I właśnie w starej demokracji francuskiej lud się nudzi. Nawet skandale finansowo-polityczne przyjmowane są ziewaniem, zaś ekstrawagancje erotyczne rządzących przyprawiają o senność.
Życie tak nas przyzwyczaiło do korupcji polityków, że na wysokiego funkcjonariusza państwa, któremu niczego by nie zarzucano (gdyby się taki pojawił!), patrzylibyśmy podejrzliwie.
Z pierwszego rządu Emmanuela Macrona co najmniej sześciu ministrów usunięto z powodu zarzutów korupcyjnych.
I oto teraz lud przerywa drzemkę. Nicolas Sarkozy będzie pierwszym od 60 lat prezydentem postawionym przed sądem pod zarzutem korupcji i handlu wpływami. Grozi mu dziesięć lat więzienia. (…)
Nazywany przez karykaturzystów diabełkiem (Sarkozy ma 166 cm wzrostu) były prezydent jest wciąż wystarczająco młody, aby ubiegać się na nowo o fotel prezydencki, a przynajmniej, stając na czele Republikanów, mocno przeszkodzić Macronowi.
Mimo afer mających go skompromitować, były prezydent cieszy się wciąż doskonalą opinią w oczach Francuzów. W ostatnich sondażach wyborcy uznali go za polityka, do którego mają najwięcej zaufania. Daleko przed innymi.
Francuzi chętnie przechodzą do porządku nad aferami finansowymi. Czyż Clemenceau, unurzany w aferze korupcyjnej Panamy, nie stał się bohaterem narodowym – uwielbianym „Tygrysem”? Większość wyborców uważa zapewne, jak Jacques Bainville piszący o Mazarinim, że „bardziej korzystni dla narodu są ci ministrowie, którzy sami płacą sobie z kas państwowych za rzeczywiście oddane usługi niż ci, co szkodzą bezinteresownie”. Tymczasem Macron stracił ogromnie na popularności. Nie różnił się nadmiernie od innych polityków, traktując wyborców jak nierozumne stado, ale w swej pogardzie dla inteligencji ludu wychowanek wielkich szkół i banku Rotszyldów przesadził. (…)
Chodzi o pieniądze albo raczej o brak pieniędzy w budżecie. Zadłużenie Francji osiągnęło wyżyny. Do szerokich rzesz społeczeństwa dociera świadomość jednej z głównych przyczyn tego piramidalnego długu.
Do niedawna tylko w niszowych mediach i niskonakładowych rozprawkach ekonomicznych można było znaleźć wiadomości o ustawie prezydenta Pompidou z 3 stycznia 1973 roku, która zakazuje skarbowi państwa zaciągania pożyczek w Banque de France, zmuszając Francję do zapożyczania się u prywatnych bankierów.
Parlament uchwalił ustawę bez zasadniczych sprzeciwów. Mało kto zdawał sobie sprawę jej z konsekwencji – w gruncie rzeczy zmiany istoty gospodarki. „Najkorzystniej jest pożyczać pieniądze królom” – mówił James de Rothschild, który na początku XIX w. odkrył, że najpewniejszą i najwyżej oprocentowaną lokatą są długi państwowe i nie ma dłużników lepszych jak monarchowie (albo rządy republik). Państwo pieniądze na zapłacenie długu może zawsze zdobyć, opodatkowując dodatkowo obywateli. Czyż Francja nie stała się obecnie światowym championem opodatkowania? Czyż nie bije wszelkich rekordów zadłużenia? Czyż na straży systemu nie stoi prezydent, który był, jak Pompidou, jednym z dyrektorów Wielkiego Banku?
Artykuł „Lud się nudzi” Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w lipcowym „Kurierze WNET” nr 61/2019, s. 3 – „Wolna Europa”, gumroad.com.
Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na wnet.fm.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Felieton Piotra Witta pt. „Lud się nudzi” na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com
Kim jestem? – pyta coraz więcej Francuzów. Tradycyjna definicja pojęcia ‘Francuz’ nad Sekwaną brzmi „osoba, która przyjęła i wyznaje wartości Republiki Francuskiej”. Jednak co to oznacza w faktach?
Zbigniew Stefanik
Wzrasta odczucie, że francuska wspólnota narodowa ulega coraz większej dezintegracji, a jej miejsce zajmują rosnące w siłę grupy religijne i tożsamościowe. Co oznacza być Francuzem i obywatelem? Jakie wynikają z tego prawa, przywileje, ale i obowiązki? Jaką rolę we współczesności odgrywają wydarzenia z przeszłości? Czego nas uczy nasza szeroko pojęta kultura? Jakie znaczenie ma francuski hymn i francuska flaga? Czym jest patriotyzm?
Od początku swej prezydentury, nawiązując w tej kwestii w pewnym sensie do gaullizmu, Emmanuel Macron próbuje z jednej strony scalić francuską wspólnotę narodową, a z drugiej – odświeżyć jej definicję. Ma w tym pomóc powszechna służba narodowa – prezydenckie przedsięwzięcie na szeroką skalę, które ma być inwestycją w przyszłość i wychować obywateli świadomych swoich praw i obowiązków; przywiązanych do swojego kraju i jego symboli.
W 1996 roku decyzją ówczesnego prezydenta Jacquesa Chiraca we Francji zaprzestano powszechnego poboru do wojska. (…) Wśród ekspertów panowała opinia, iż powszechna służba wojskowa niczego pożytecznego nie uczy, jest dla młodych stratą czasu, który mogliby o wiele lepiej spożytkować, poświęcając go na edukację i zarobkowanie. Uważano również, iż za dużo kosztuje ona francuskiego podatnika i budżet państwa.
Po latach jednak historycy, politolodzy i socjologowie doszli do wniosku, że powszechna służba wojskowa miała tę zaletę, iż kształtowała poczucie przynależności do wspólnoty narodowej i świadomość wynikających z tej przynależności obowiązków.
Krótko mówiąc, budziła w poborowych przywiązanie do Francji, francuskiej flagi, francuskiego hymnu i wartości francuskiej republiki. Toteż w miarę upływu lat narastało nad Sekwaną przekonanie, że była ona elementem scalającym przeróżne grupy etniczne i religijne, aby służyły jednej sprawie, czyli Republice Francuskiej. (…)
Będzie się ona składać z dwóch etapów. Przez pierwsze 12 do 14 dni wezwani do niej młodzi ludzie będą uczeni między innymi zasad samoobrony, udzielania pierwszej pomocy, jak również odpowiedniego zachowania przed przybyciem służb ratowniczych w sytuacji wypadku drogowego czy innej katastrofy. Uczestnicy szkoleń mają również pobierać naukę związaną z aspektami życia codziennego, na przykład poznają najważniejsze zasady obowiązujące w ruchu drogowym. Obejmie ich również wychowanie obywatelskie.
Nauczą się hymnu narodowego, poznają podstawowe wartości Republiki Francuskiej, ich znaczenie i praktyczne zastosowanie. Przejdą kursy historii Francji, francuskiej kultury, literatury i sztuki.
Zamieszkają przez ten czas w koszarach, z których nie wolno im będzie wychodzić bez pozwolenia.
Przyjęto zasadę, iż powołani do tej służby nie będą służyli w departamencie swojego zamieszkania. Koszty ich dojazdu na miejsce służby i powrotu, a także koszty utrzymania w tym okresie poniesie państwo. Dostęp do telefonów komórkowych zostanie ograniczony, a kontakt ze światem zewnętrznym będzie się odbywał w wyznaczonych przez opiekunów porach. Uczestnicy powszechnej służby narodowej zostaną poddani wojskowej dyscyplinie i wojskowym rygorom. Nie będą jednak przysposabiani do obsługi sprzętu wojskowego.
Drugim etapem powszechnej służby narodowej będzie – po zakończeniu 14-dniowego kursu w koszarach – obowiązkowa bezpłatna praca przez co najmniej dwa tygodnie w jakiejś strukturze działającej na rzecz celów społecznych czy publicznych.
16 czerwca tego roku nastąpił pierwszy, eksperymentalny pobór. W tym roku wszyscy poborowi byli ochotnikami i musieli wykazać się zgodą rodziców na udział w służbie. Zgłosiło się 2 tysiące chłopców i dziewcząt w wieku 15 i 16 lat. Służyli oni w trzynastu departamentach francuskich pod nadzorem ponad 450 opiekunów przez okres 12 dni. Wszyscy byli umundurowani.
W przyszłym roku liczbę poborowych planuje się na 40 tysięcy. Ta liczba ma stopniowo wzrastać do roku 2026, kiedy to w powszechnej służbie narodowej weźmie udział we Francji 800 tysięcy nastolatków. (…)
Cele, jakie postawili sobie obecnie rządzący nad Sekwaną, to scalanie wspólnoty narodowej poprzez czerpanie z tradycji i dorobku minionych pokoleń, odnowienie stosunków świeckiego państwa z religiami wyznawanymi przez obywateli francuskich, zwalczanie separatyzmów, wychowanie obywatelskie i doprowadzenie do tego, aby tożsamość narodowa stała się we Francji lepiej rozumiane, bardziej szanowane i akceptowane. Powszechna służba narodowa ma się stać środkiem do osiągnięcia tych celów, instrumentem, który scali francuską wspólnotę narodową i zapewni jej przetrwanie.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Powszechna służba wojskowa jako metoda wychowawcza we Francji” znajduje się na s. 6 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Powszechna służba wojskowa jako metoda wychowawcza we Francji” na s. 6 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com