Gaz ziemny w sytuacji ocieplenia klimatu – w odróżnieniu od węgla – nie może być przechowywany, bo się ulatnia

Ryba na dawnym targu rybnym była sprzedawana coraz szybciej, za coraz niższą cenę, jako „gorący” towar. Taki wyścig, w związku z globalnym ociepleniem, obserwujemy współcześnie na rynku gazu ziemnego.

Jacek Musiał, Michał Musiał

Wiele wskazuje na to, ze przełom XX i XXI wieku to czas wieloczynnikowego wzrostu temperatury powierzchni naszej planety z towarzyszącym mu spektakularnym wzrostem uwalniania i dwutlenku węgla z oceanów, i potężnych zasobów gazu ziemnego uwięzionego przez setki i tysiące lat w zbiornikach pod chłodną pokrywą na średnich i wysokich szerokościach geograficznych oraz z klatratów. Wymienione zasoby są wyjątkowo wrażliwe na zmianę średniej temperatury nawet o ułamek stopnia Kelvina. Widocznym tego dowodem jest powstawanie na Syberii setek potężnych dziur w ziemi i zjawisko falującego wskutek podchodzenia metanu gruntu.

Jeśli obserwowana tendencja wzrostowa utrzyma się jeszcze przez 20–30 lat, to istotna część płytszych zasobów naturalnych gazu ziemnego/metanu po prostu się ulotni, czyli bogactwa naturalne kilku krajów znikną bezpowrotnie. Dla świata biznesu to niepowetowana strata wielu miliardów metrów sześciennych gazu, który mógłby zostać sprzedany. Strata nieporównanie większa od tej, jaką gospodarka światowa poniosła w ubiegłym wieku, gdy budowała potężne kopalnie odkrywkowe węgla bez wcześniejszego pozyskania gazu ziemnego. Gaz jest tym zasobem, który – w sytuacji naturalnego bądź antropogennego ocieplenia klimatu – w odróżnieniu od węgla nie może zostać przechowany na później, bo się ulatnia. Podobnie jak ryba na dawnym targu rybnym, gdy słońce wychodziło wyżej i robiło się ciepło, sprzedawana była coraz szybciej, za coraz niższą cenę, jako „gorący” towar. Taki wyścig, w związku z globalnym ociepleniem, obserwujemy współcześnie na rynku gazu ziemnego.

Przy nadpodaży gazu ziemnego, utrzymanie nieadekwatnie wysokiej ceny wobec kosztów pozyskania i transportu prawdopodobnie stało się jedną z przyczyn rozpowszechnienia kłamstwa ekologicznego, jakoby to dwutlenek węgla (skutek, a nie przyczyna) stał za globalnym ociepleniem.

Nawet Stany Zjednoczone, gdzie przez 40 lat obowiązywał zakaz eksportu własnego gazu ziemnego, od roku 2015 otwarły się na eksport, gdyż dziś jeszcze swój gaz mogą dobrze sprzedać… A za kilka lat zasoby płytkie mogą wyparować samoistnie.

Tylko od roku 1980 sprzedaż gazu ziemnego na świecie wzrosła o ponad 100%!, osiągając w 2017 roku poziom 3680 mld m³ (za PB Statistical Review of World Energy, 2018). To najlepiej obrazuje pośpiech jego producentów i eksporterów. Świat stanął w obliczu nadpodaży gazu ziemnego na rynku energii.

Nadprodukcja wiąże się z tworzeniem podziemnych magazynów gazu ziemnego. Ocenia się, iż od odwiertu do spalania straty metanu są rzędu 20%! Jeśli dodamy do tego naturalne uwalnianie metanu związane z globalnym ociepleniem, nie powinien nikogo dziwić fakt, że krzywa względnego wzrostu stężenia metanu w atmosferze w okresie minionych 200 lat znacznie przewyższa podobną krzywą dla dwutlenku węgla.

Abstrahujemy w tej chwili od prawdziwości efektu cieplarnianego powodowanego przez dwutlenek węgla, wobec którego metan ma mieć działanie dwadzieścia do ponad stu razy silniejsze. Jeśli faktycznie tendencja wzrostu temperatury (obojętnie z jakiej przyczyny) została zidentyfikowana pod koniec lat 70. XX wieku i producenci gazu ziemnego już wtedy zdali sobie sprawę z możliwych z tego tytułu naturalnych strat gazu (gorącości towaru) lub zysków – to na przeszkodzie wzrostowi popytu w Europie stały wtedy silna niemiecka energetyka jądrowa i węglowa. Sprzymierzeńcami mogli za to stać się Zieloni, prezydent Schröder i być może STASI. Przeprowadzona indoktrynacja społeczeństw, i to od najmniejszych dzieci, kłamstwem ekologicznym o globalnym ociepleniu pochodzącym od węgla, mało gdzie natrafiła na tak łatwowierny grunt jak w Europie.

Cały artykuł Jacka Musiała i Michała Musiała pt. „Gaz ziemny – gorący towar” znajduje się na s. 4 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jacka Musiała i Michała Musiała pt. „Gaz ziemny – gorący towar” na s. 4 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Angst (strach) ma wiele znaczeń. Niemcy boją się na przykład, że przestanie rządzić lewica i zastąpi ją skrajna prawica

Radykalna prawica to worek, do którego lewicowe media niemieckie (a innych po prostu tu nie ma) wrzucają wszelkie ugrupowania wykraczające poza wyznaniowy kanon politycznej poprawności.

Jan Bogatko

W Kassel ofiarą zamachowca, wiele lat temu aktywisty neonazistowskiego (nie nazywam tego świadomie skrajną prawicą, bo wszelki socjalizm to jednak lewica), padł niskiego szczebla urzędnik państwowy z ramienia CDU, Walter Lübke. Lübke był orędownikiem polityki imigracyjnej prowadzonej przez kanclerz Angelę Merkel. Szybko udało się zatrzymać potencjalnego sprawcę, Stephana E., który niebawem przyznał się do czynu. Policja polityczna (Urząd Ochrony Konstytucji) badała ewentualne powiązania Stephana E. z grupą neonazistów Combat 18 w Dortmundzie. Niedługo potem Geritt Weber, rzecznik krajowego ministerstwa spraw wewnętrznych w Nadrenii Północnej-Westfalii, stwierdził wobec FOCUS Online, że dowodów na jakiekolwiek powiązania z tą organizacją w tym landzie – na razie – brak.

A cóż to za armia, ten Combat 18, której to żołnierzem ma być jakoby sprawca mordu na polityku w Kassel, Stephan K.? Combat 18 to dość tajemnicza nazistowska międzynarodówka made in GB, operująca w wielu państwach Europy (także i w Rosji, i oczywiście w Niemczech). Określa się ją jako zbrojne ramię Blood and Honour. ‘Combat’ oznacza tyle, co walka, a liczba 18 w nazwie tego ugrupowania, to pierwsza i ósma litera alfabetu, zatem inicjały Adolfa Hitlera. Jeden ze sloganów organizacji brzmi „White Revolution is the only solution“ („biała rewolucja jest jedynym rozwiązaniem“). Symbolem Combat jest smok. Czy Stephan E., zabójca polityka CDU w Kassel, mógł nosić ten symbol? Wydaje się, że sprawa jest mocno naciągana. Od lat nie był notowany jako neonazista.

Ale nagle i niespodziewanie głos w „aferze Lübkego” zabrał nie byle kto, lecz były co prawda, lecz jednak sekretarz generalny CDU, Peter Tauber. Oświadczył on, że śmierć Waltera Lübkego obciąża AfD (a nie politykę imigracyjną Angeli Merkel).

A w szczególności Alice Weidel (współprzewodniczącą klubu poselskiego AfD w Bundestagu) i ekonomistę Maxa Ottego (naukowca niemiecko-amerykańskiego, wieloletniego członka CDU – tak, CDU – i od czerwca ubiegłego roku prezesa kuratorium bliskiej AfD fundacji Desiderius-Erasmus-Stiftung). Peter Tauber przeszedł samego siebie, żądając… by rozważyć możliwość pozbawienia Weidel i Ottego podstawowych praw, takich jak swobody wypowiedzi, wolności zgromadzeń, a nawet własności!

– Wyjątkowe to żądanie jak na demokratę, nawet chrześcijańskiego – zauważa z przekąsem komentator niszowego portalu MM-News, Felix Krautkrämer. – Jakież to dziwne – pisze – że nigdy nie usłyszano takich żądań, kiedy to islamiści mordowali w Niemczech.

W każdym razie nic nie wiadomo o tym, by były sekretarz generalny CDU Tauber po zamachu w Berlinie, dokonanym przez Anisa Amriego (pamiętają Państwo ten zamach, dokonany uprowadzoną polską ciężarówką na rynek bożonarodzeniowy?), zastanawiał się nad tym, czy nie należałoby pozbawić praw podstawowych członków radykalnej organizacji islamskiej wspierającej terrorystę albo środowisko salafitów.

A przecież związek Amriego z nimi był, w przeciwieństwie do powiązań Stephana E. z AfD, oczywisty i poza wszelkimi wątpliwościami.

Cały felieton Jana Bogatki pt. „Strach” – jak co miesiąc, na stronie 3 „Wolna Europa” „Kuriera WNET”, nr lipcowy 61/2019, gumroad.com.

 


Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku WNET na wnet.fm.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia  na gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Jana Bogatki pt. „Strach” na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

94-letnia Stella Zylbersztajn do dziś zabiega o przyznanie kolejnym Polakom medali Sprawiedliwy wśród Narodów Świata

Jeżeli przeżyję, to przyjmę chrześcijaństwo – zwierzyła się matce. Gdy pytam, dlaczego nieznani ludzie przyjmowali ją pod dach, narażając całą rodzinę, odpowiada cicho: – To był odruch serca.

Marek Jerzman

– Obudziłam się o 3 rano – opowiada Stella. To była sobota 22 sierpnia 1942 r. Na Rynku stało kilku policjantów. Potem przyszedł kuzyn Nehemia, który był w policji żydowskiej. Kazał wziąć osobiste rzeczy i iść na Rynek. Kilka tysięcy Żydów było strzeżonych przez około 50 Niemców.

– Wiedziałam, że ucieknę – mówi Stella. Mama bała się, strach ją sparaliżował. Kobiety i dzieci wsiadły na wozy. Ja zeskoczyłam i popędziłam uliczką do ogrodu Piotrowskich. Taki był początek dwuletniej tułaczki 17-letniej Stelli po okolicznych wioskach.

Najpierw trafiła do Wacława Radzikowskiego z Szańkowa. Spotkali się na drodze, gdy gospodarz wracał z niedzielnej sumy w Łosicach. Zaprosił ją do siebie. Być może wpływ na decyzję Radzikowskiego miało kazanie proboszcza Stanisława Zarębskiego, który wspomniał o ciężkim losie Żydów. U Radzikowskich przebywała trzy tygodnie, pomagając w pracach domowych i ucząc małe dzieci czytania z katechizmu. Nocowała w kryjówce w stodole. Jej pobyt zakończył się ucieczką w nocy, gdy usłyszała strzały na podwórku. Jak się potem okazało, to złodzieje przyszli kraść świnie i strzelali do ujadającego psa.

Po nocy spędzonej na polu, o świcie trafiła do Hieronima Kalickiego, sołtysa w pobliskich Wyczółkach. Znała go dobrze.

– Przyjęli mnie jak córkę – wspomina Stella. – Obiad na białym obrusie i łóżko z pościelą, to była rozkosz.

U Kalickich spotkała się z matką, która jednak zdołała uciec w trakcie marszu łosickich Żydów do Siedlec 22 sierpnia 1942 r. Po długich poszukiwaniach odnalazł ją Kalicki. Gdy po paru tygodniach w wiosce mieszkańcy zaczęli plotkować o Stelli, postanowiła opuścić Wyczółki. Wędrowała od wioski do wioski, szukając pracy. Podawała się za Polkę, mówiła świetnie po polsku, ale uroda zdradzała pochodzenie. Ludzie bali się. W zimowy wieczór zapukała do domu Józefa i Ireny Izdebskich w Pietrusach, którzy okazali się niezwykle serdeczni. Mieli jedną izbę, której połowę zajmowały zwierzęta. Trójka bosych dzieci spała na zapiecku.

– Szybko zrobiłam im ciepłe skarpety – wspomina Stella.

Izdebscy traktowali ją jak członka rodziny.

– Czułam jednak z każdym dniem ich rosnący strach – mówi Stella.

Po dwóch tygodniach pożegnała się z nimi, a Izdebski odwiózł ją do kuzyna w Krzesku. Wiosną trafiła do Anny i Kazimierza Gałeckich na kolonii w Szańkowie, gdzie przebywała jej matka. Pomagała w domu, robiła na drutach rękawice, czapki, swetry. Zachorowała na tyfus. Gałeccy opiekowali się nią troskliwie.

– Jeżeli przeżyję, to przyjmę chrześcijaństwo – zwierzyła się matce. – Przecież ci ludzie nie dla moich swetrów narażają życie. (…)

– Piekło to stan duszy, która wie, że Bóg jest, ale nie może Go kochać –usłyszała i zapamiętała. Poczuła głód Boga, taki sam, jak podczas pobytu w getcie w Łosicach. Po mszy poprosiła ks. Suleja o chrzest. Miesiąc trwały przygotowania i po mszy w sobotę przed Zielonymi Świątkami ks. Czesław Chojecki ochrzcił Stellę.

– Z ks. Chojeckim i rodzicami chrzestnymi było nas czworo – wspomina Stella. Po chrzcie podjęła decyzję, że wstąpi do zakonu karmelitanek. Po lekturze Dziejów duszy Mała św. Teresa od Dzieciątka Jezus została jej duchową przewodniczką.

Niemcy odeszli pod koniec lipca 1944 r. Akurat do Piechowiczów przyjechali goście, więc Stella poszła spać do stodoły na siano. Gdy obudziła się rano, na klepisku pokotem spali Sowieci.

Nadrabiając zaległości, Stella zdała naturę w 1945 roku. A 22 sierpnia 1948 r. włożyła habit zakonny, została siostrą Emmanuelą od św. Józefa. Była to szósta rocznica likwidacji getta w Łosicach.

Przebywała w Karmelu w Poznaniu, Krakowie i Częstochowie. Czuła się szczęśliwa, pracowała, modliła się i czytała: szczególnie Stary Testament, czyli dzieje narodu wybranego. Poznała też o. Daniela, Żyda, który działał w ruchu oporu, potem ochrzcił się i wstąpił do karmelitów. Był znanym i szanowanym kapłanem, na jego kazania przychodziły tłumy. W latach 50. wyjechał do Izraela. Stella postanowiła także wyjechać do Izraela. (…)

Pierwszy raz odwiedziła Polskę w 1987 r. i rozpoczęła wędrówkę, zaczynając od Łosic, Szańkowa i Wyczółek, a kończąc na Kornicy i Radzikowie. Była radość i łzy szczęścia. Podczas każdego pobytu Stella zawsze robiła objazd, odwiedzając „swoją rodzinę”. Zapraszała do siebie, do Izraela, gościła też dzieci i wnuki „swojej rodziny”.

W 1992 r. ukazały się wspomnienia Stelli A gdyby to było wasze dziecko?. Autorka podała listę 25 nazwisk rodzin, które udzieliły jej schronienia.

– Wszystkich nazwisk już nie pamiętam – zaznacza Stella. – Było ich więcej. (…)

27 maja br. odbyła się w Łazienkach Królewskich uroczystość wręczenia medali Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Wśród uhonorowanych rodzin znajdowali się Anna i Kazimierz Gałeccy oraz Józef Izdebski, którzy dali schronienie Stelli Zylbersztajn po ucieczce z getta w Łosicach. Za pomoc udzieloną Stelli w latach 1942–1944 medal Sprawiedliwych otrzymało już 25 polskich rodzin.

Cały artykuł Marka Jerzmana pt. „Stella” znajduje się na s. 11 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marka Jerzmana pt. „Stella” na s. 11 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Katolicy doświadczają w Gruzji ucisku / Jolanta Hajdasz, ks. Zurab Kakachishvili, „Wielkopolski Kurier WNET” 61/2019

Gruzini prawosławni zabrali nam kościoły, które budowali katolicy, nasi przodkowie. Dlaczego akurat nas, katolików, tak prześladują? Na to nie ma odpowiedzi. Takich problemów nie mają np. muzułmanie.

Jolanta Hajdasz, Zurab Kakachishvili

Między Gruzją i Polską

Gruzini są tacy jak Polacy. Kochają wolność – mówi ks. dr Zurab Kakachishvili w rozmowie z Jolantą Hajdasz. Ks. Zurab to pierwszy katolicki kapłan-Gruzin wyświęcony po rewolucji październikowej. W tym roku obchodzi 20-lecie swojego kapłaństwa. Był wyświęcony w Polsce, od 16 lat z powrotem mieszka i pracuje w Gruzji.

Księże Zurabie, jak Ksiądz ocenia ostatnie wydarzenia polityczne w Gruzji?

Prawdę mówiąc, nie mieszam się do polityki, ale myślę, że ostatnie wydarzenia polityczne w Tbilisi chyba dla każdego Gruzina były wstrząsające. To było 20 czerwca 2019 roku, kiedy w fotelu przewodniczącego parlamentu Gruzji nieoczekiwane zasiadł poseł rosyjskiej Dumy, komunista Sergiej Gawriłow. Gwałtowny protest naszego, gruzińskiego społeczeństwa, manifestacje przeciwko temu były całkowicie zrozumiałe, co potwierdziła nawet obecna władza w Gruzji i czym uzasadniono dymisję przewodniczącego parlamentu gruzińskiego. Ale naszego społeczeństwa to nie uspokoiło i ludzie nadal domagają się kolejnych dymisji, np. ministra spraw wewnętrznych, tego, który brutalnie próbował rozpędzić protestujących.

Te sceny przypomniały pewnie niektórym w Gruzji dramatyczne wydarzenia z 1989 r., prawda?

Dokładnie tak. Gdy obserwowałem to, co działo się w nocy 20 czerwca, miałem te przykre wspomnienia w głowie. Pamiętam dobrze, co wydarzyło się w Tbilisi wtedy, praktycznie w tym samym miejscu, przed

Ks. dr. Zurab Kakachishvili | Fot. J. Hajdasz

gmachem budynku naszego parlamentu, w nocy 9 kwietnia 1989 roku. Wtedy Gruzini, wykorzystując ówczesną konstytucję ZSSR, zaczęli domagać się wystąpienia ze Związku Radzieckiego. W konstytucji ZSRR było przecież napisane, że te 14 krajów tworzących ZSRR dołączyło dobrowolnie do starszego brata – Rosji i że każdy z nich może dobrowolnie wystąpić z Związku Radzieckiego, kiedy będzie chciał, w pokojowy sposób. Kilka osób zaczęło w tej sprawie głodówkę. Ja wtedy byłem studentem i bardzo starałem się angażować w przywracanie niepodległości naszej ojczyzny. Cała stolica była wówczas wręcz sparaliżowana, przestały funkcjonować szkoły, uczelnie, różne urzędy. Protest trwał tylko kilka dni, ale 9 kwietnia nad ranem, około godziny 4.00, radziecka jednostka antyterrorystyczna rozpoczęła „oczyszczanie” placu przed parlamentem. Zabito wówczas 21 osób, przeważnie kobiet i dziewcząt, a ponad 1500 osób zatruło się z powodu użycia przez Rosjan nieznanego gazu.

Ja cudem tego uniknąłem. Kilka godzin przed pacyfikacją ludzi na placu poszedłem do domu, bo byłem już bardzo zmęczony. Dopiero rano dowiedziałem się, jak straszna rzecz się wtedy wydarzyła.

Dziś myślę, że Pan Bóg mnie oszczędził, by potem powołać mnie do kapłaństwa. Nie wiem, co może się teraz wydarzyć. W naszym kraju jest jeszcze bardzo niespokojnie, ale ufam, że Gruzinom wystarczy mądrości i rozwagi, by się porozumieć ze sobą bez przemocy. Jak wielu, mam nadzieję, że nastąpią w Gruzji pozytywne zmiany. Wszyscy na to czekamy.

Jaka jest Gruzja dzisiaj?

Jednym słowem trudno to określić, ale… życie u nas jest trudne. Po prostu jest wielka bieda, duże bezrobocie. Dwa lata temu Gruzja dostała pozwolenie na bezwizowe wyjazdy do krajów Unii Europejskiej i dużo ludzi z tego korzysta. Uciekają, szczególnie młodzież, uciekają, szukając pracy w Polsce i innych krajach Europy. Obecna władza niestety nie daje szans, by ludzie mogli godnie żyć. Widać na każdym kroku, że ciągle jeszcze jesteśmy krajem postkomunistycznym. Nie ma pracy w kraju. Ludzie szukają pracy za granicą, to naprawdę stała tendencja. W Gruzji zostaje coraz mniej Gruzinów, bo wyjeżdżają, szukając pracy. Jest poczucie ogromnej beznadziejności i rozczarowania wobec obecnej władzy, bo jeszcze pięć, sześć lat temu, wtedy, gdy na czele państwa stał Saakaszwili, jeszcze była w ludziach nadzieja, że coś się odbudowuje, było widać, że kraj się rozwija. I ludzie, może nie na stałe, ale choć dorywczo znajdowali jakąś pracę. Obecnie, niestety, nawet tego nie ma, bo jest zastój, kraj się nie rozwija. To rodzi frustrację.

A co na to Kościół? Czy Gruzini są religijni?

Jeśli chodzi o religijność w Gruzji, co czytelnicy „Kuriera WNET” pewnie wiedzą, to oczywiście dominuje prawosławie. Gruzja jest prawosławna, chyba ponad 90 procent mieszkańców Gruzji to wyznawcy Gruzińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, taka jest jego oficjalna nazwa. On ma swojego patriarchę, swoją hierarchię i surowe zasady, jeśli chodzi o kontakty z innymi wyznaniami. I ten Kościół rozpowszechnia pogląd, że Gruzin powinien być tylko prawosławny. I często Gruzin innej wiary jest traktowany jako człowiek drugiej kategorii.

Co Ksiądz przez to rozumie?

5. Katedra Sweti Cchoweli w Mcchecie, centrum życia religijnego współczesnej Gruzji. Fot. J. Hajdasz

Są to takie specyficzne formy prześladowania nas, katolików, bardzo poniżające. Trwają jeszcze od lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku… Wtedy, gdy upadł komunizm, mieliśmy jeszcze nadzieję, że wszystkie kościoły będą otwarte, że będzie można praktykować wiarę bez problemów. Ale tak nie jest. Podam przykład. Wtedy, gdy odzyskiwaliśmy niepodległość, gdy upadał komunizm, w tym czasie prawosławny Kościół gruziński zajął – i można powiedzieć, że nam zabrał – sześć kościołów katolickich, sześć budynków. Katolikom najpierw zabrało je państwo komunistyczne, a potem Kościół prawosławny… Dla nas to bardzo dużo, bo w całej Gruzji dzisiaj są tylko trzydzieści cztery parafie katolickie.

I nie można tego odzyskać?

Z Kościołem prawosławnym nie udaje się nawet o tym rozmawiać. Dla nas jest to tragedią, że nasi rodacy, Gruzini prawosławni, zabrali nam kościoły, które budowali katolicy, nasi przodkowie. A teraz twierdzą, że to jest własność Kościoła prawosławnego.

To jest problem zasadniczy. Problemów jest zresztą jeszcze więcej. Na przykład prawosławny Kościół gruziński nie uznaje naszego chrztu – ani naszego, ani ormiańskiego, nic. Oni twierdzą, że tylko ich chrzest jest prawdziwy

Ja w ogóle dostrzegam traktowanie katolików jako „gorszych” obywateli w różnych miejscach – w szkołach, na uczelniach, w miejscach pracy, w mediach.

Na przykład na uczelniach, jeśli student odważy się przyznać, że jest katolikiem, to wiadomo, że wykładowcy będą mu stawiali niższe oceny. Tak samo w szkołach. Taka prawidłowość. W pracy mówią im, że powinni się przechrzcić. Przejść na prawosławie. Po to, żeby mieć święty spokój, by móc pracować. Jak ktoś tego nie zrobi, to tak będą kombinować, że go w końcu wyrzucą z pracy. To jest bardzo bolesne. Ogromnym problemem jest też zawieranie małżeństwa, gdy jedno z narzeczonych jest katolikiem. Ta osoba musi się przechrzcić, przejść na prawosławie.

Sweti Cchoweli, „Życiodajna Kolumna” – jeden z najważniejszych i najstarszych zabytków chrześcijańskich w Gruzji. Znajduje się w katedrze w dawnej stolicy Gruzji, Mcchecie. Katedra pochodzi z XI w., ale została wybudowana w miejscu świątyni z V w.. Gruzja przyjęła chrzest już w IV w. Katedra stanowiła w ciągu wielu stuleci miejsce koronacji i pochówków władców Gruzji. Obecnie jest siedzibą prawosławnego arcybiskupa Mcchety i Tbilisi, sprawującego urząd Katolikosa Gruzji. Według legendy Elizeusz, Żyd z Mcchety, wyruszył do Jerozolimy, by bronić Chrystusa przed sądem Piłata, lecz zdążył dopiero w chwili Ukrzyżowania. Od rzymskiego żołnierza odkupił szatę Chrystusa, o którą żołnierze rzymscy rzucali losy, i zabrał ją ze sobą do Gruzji. W Mcchecie oddał szatę swojej siostrze Sydonii, która otuliwszy się nią, zmarła i została w niej pochowana. Na jej grobie wyrósł wielki cedr. Z jego pnia powstała kolumna, dająca życiodajny sok. Fot. J. Hajdasz

Czyli musi się wyrzec swojej wiary? Dlaczego?

U nas, w Gruzji, w rodzinach jest patriarchat, czyli mężczyzna jest głową rodziny. To jest bardzo mocno zakorzenione i jeśli chłopak jest prawosławny, a dziewczyna katoliczka i chcą się pobrać, to automatycznie idą do kościoła prawosławnego, żeby zawrzeć ślub. Jeśli pop się dowie, że ona jest katoliczką, to im nie udzieli ślubu, dopóki jej nie przechrzci, nie udzieli jej chrztu w obrządku prawosławnym. To jest bardzo przykre, bo co ma ta dziewczyna robić? Zostawić przyszłego męża, uciekać? Trudność z prawosławnymi polega na tym, że nie da się z nimi nawet usiąść i porozmawiać, mam na myśli rozmowy formalne, na oficjalnym poziomie. Nie jest praktycznie możliwe, żeby przedstawiciele Kościoła katolickiego i prawosławnego spotkali się i porozmawiali o tych problemach. O przechrzczeniach, o odzyskaniu kościołów. Kilka lat temu udało się nawet stworzyć taką specjalną wspólną komisję, po cztery osoby z obu stron. Ja też należałem do tej komisji. Ale po trzecim spotkaniu wszystko się przerwało.

Dlaczego?

Nie wiem. Na drugim spotkaniu zadaliśmy konkretne pytania. Postawiliśmy jasno problemy do dyskusji – chcemy odzyskać nasze kościoły. I chcemy porozmawiać o przechrzczeniach. Oni poprosili, by to dać im na piśmie. Na następne spotkanie przynieśliśmy to pismo i po nim wszystko się skończyło. Kolejnego spotkania nie było. Potem przez długi czas próbowaliśmy wrócić do tych rozmów, starał się nasz nuncjusz i nasz biskup, ale oni po prostu nam powiedzieli, że nie mają o czym z nami rozmawiać. Pytanie, dlaczego akurat nas, katolików, tak prześladują? Na to nie ma odpowiedzi. Takich problemów nie mają np. muzułmanie, którzy też przecież są w Gruzji, ale ich zostawiają w spokoju.

To bardzo smutne, co Ksiądz mówi.

Widzę to na co dzień, na przykład w mojej wiosce, gdzie pracuję jako proboszcz. To jest na południu Gruzji, region Meschedi, wioska Arali. To jest wioska, w której kiedyś wszyscy mieszkańcy byli katolikami. I całe regiony wiedziały, że to jest wioska, której nie można złamać, że tu ludzie nie zmienią wiary. Ale powoli odchodzą od katolicyzmu, bo w wiosce pojawili się prawosławni. I oni np. zaczęli buntować katolickie dziewczyny, które chcą wychodzić za mąż za chłopaków prawosławnych. Wmawiają im, że ślub katolicki nie jest ważny, że musi być prawosławny i że muszą przyjąć chrzest prawosławny, jeśli chcą ślubu kościelnego…

A co na to przedstawiciele Kościoła katolickiego?

W pojedynczych, konkretnych sprawach niewiele możemy zrobić. Jest oczywiście w Gruzji przedstawiciel papieża, jest nuncjatura i nuncjusz apostolski, który jest nuncjuszem dwóch krajów, Gruzji i Armenii, a jego siedzibą jest Tbilisi, czyli stolica Gruzji. Mamy biskupa, który jest narodowości włoskiej, ale w całej Gruzji jest nas tylko 20 kapłanów katolickich. Połowa z nich to Polacy, jest pięciu Gruzinów i pięciu Włochów. My po prostu próbujemy głosić dobrą nowinę. Wszędzie, w naszych parafiach, na różnych spotkaniach, katechezach, w homiliach. Ale sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana przez media, do których praktycznie nie mamy dostępu.

Dlaczego Ksiądz uważa, że katolicy nie mają dostępu do mediów, a np. wyznawcy prawosławia mają?

Prawosławni w mojej ocenie często przez media i prasę prowadzą antykatolicką agitację. Często słyszy się o tym, że katolik się nie zbawi, pójdzie do piekła, że katolicy służą szatanowi itd. A my nie mamy gdzie mówić i pokazywać, czym naprawdę jest katolicyzm, czy chociaż przypomnieć gruzińskiemu społeczeństwu jak wiele dobrego zrobili gruzińscy katolicy w historii Gruzji.

Podam jeszcze inny przykład. Gdy są jakieś wielkie uroczystości, np. Boże Narodzenie czy Pascha, czy muzułmańskie święta, prezydent czy premier chętnie idą składać tym grupom wyznaniowym życzenia, składają też innym, na przykład Żydom – ale nam, katolikom, nie, nie składają życzeń. Dla nas jest to bardzo upokarzające.

Dwa lata temu dwie dziennikarki z telewizji państwowej, jej pierwszego kanału, przyjechały do mojej wioski zrobić film o nas, bo my mieszkamy tuż przy granicy z Turcją. Mamy do niej tylko siedem kilometrów. Dwa dni u nas były, kręciły co chciały, wszystko im pokazaliśmy, nasi parafianie też się wypowiadali. Umówiliśmy się, że one przed emisją pokażą nam ten materiał, ale wykręciły się od tego potem, mówiąc, że nie mają na to czasu. Po czym puścili w telewizji ten film pod tytułem „Francuzi‟. Dla nas, katolików, było to bardzo obraźliwe, że o nas mówią, że jesteśmy Francuzami.

Dlaczego Was to oburzyło?

Im chodziło o to, by pokazać, że katolicy w Gruzji to są obcy. Jest to związane z tym, że od trzynastego wieku, jak zaczęli przyjeżdżać do nas misjonarze, międzynarodowym językiem dla nich był francuski. Tak się na naszych terenach porozumiewali, podobnie jak dziś, powiedzmy, po angielsku. I wtedy u nas ludzie wiarę katolicką identyfikowali z językiem francuskim, ale dziś mówienie, że jesteśmy Francuzami, ma na celu obrażanie nas. Dla mnie jako dla katolickiego księdza jest to szczególnie przykre.

Podam inny przykład. W mojej parafii żyła jedna babcia, katoliczka, która przetrwała komunizm. Komuniści namawiali ją wiele razy, by się tej wiary wyrzekła, ale ona nie zgadzała się na to i do tej pory zachowała swoją wiarę. Ale poprzez agitację prawosławnych jej dzieci przechrzciły się, a swoje dzieci ochrzciły w kościele prawosławnym i w tej rodzinie praktycznie tylko ona została katoliczką. Gdy była już umierająca, jej dzieci przyszły do niej i prosiły: „Mamo, przechrzcij się, bo jak umrzesz jako katoliczka, my jako prawosławni nie będziemy mogli się modlić za ciebie. Nasza modlitwa do ciebie nie dojdzie”. Ale ona się nie zgadzała. Tuż przed jej śmiercią, gdy już praktycznie nie mogła nawet mówić, jedna z jej córek pobiegła po księdza prawosławnego, by przechrzcił matkę: „Szybko, szybko, ojcze, bo umiera, mama umiera, a dopóki żyje, trzeba przechrzcić!”. No to ten prawosławny ksiądz przyszedł i zaczął obrzęd przechrzczenia. Ta babcia już nie mogła mówić, ale zrozumiała, co on robi i łzy jej pociekły po twarzy, zaczęła płakać. Ten ksiądz prawosławny skomentował, że ona tak się cieszy, bo prawdziwą wiarę przyjmuje. I ta kobieta zmarła.

Dowiedziałem się o tym, bo miesiąc później przyszła do mnie ta córka z pytaniem, co ma zrobić, bo śni jej się mama, która we śnie jej wyrzuca: „Córko, co mi zrobiłaś? Teraz nigdzie nie mam miejsca, nigdzie mnie nie przyjmują, ani tam, ani tam”. Ma teraz wyrzuty sumienia, ale co się stało, to się nie odstanie.

Dwadzieścia lat temu, w 1999 roku, był w Gruzji Jan Paweł II, trzy lata temu, w 2016 roku był w Gruzji Papież Franciszek. Czy te wizyty zmieniały coś w waszym położeniu?

4. Panorama Tbilisi, stolicy Gruzji, z widokiem na Most Pokoju na rzece Mkwari. Fot. J. Hajdasz
Popiersie Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi. Zostało odsłonięte w drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Skwer, na którym stanął pomnik, został nazwany jego imieniem. Imię Lecha i Marii Kaczyńskich nosi także ulica przylegająca do skweru, którą jedzie się z lotniska do centrum miasta. Ówczesna prezydentowa Gruzji Sandra Saakaszwili tak wspominała Lecha Kaczyńskiego: „Ryzykował życiem, żeby przylecieć do Gruzji i wesprzeć nas w czasie wojny. On zawsze bronił gruzińskich spraw”. Fot. J. Hajdasz

Uczestniczyłem już jako ksiądz w obu. Zacznę więc od tej pierwszej. Punktem centralnym wizyty w Gruzji była Msza św. „Pro Ecclesia” odprawiona przez Jana Pawła II. Do Pałacu Sportu, gdzie sprawowano Eucharystię, przybył prezydent Eduard Szewardnadze, przedstawiciele rządu i korpusu dyplomatycznego oraz wierni z całego niemal Kaukazu z Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Papież wygłosił po włosku homilię, która była tłumaczona na gruziński, a wcześniej spotkał się z Katolikosem – Patriarchą, zwierzchnikiem Kościoła prawosławnego i udał się nawet do prawosławnej katedry patriarchalnej w Mcchecie, zbudowanej w XI w., gdzie według naszej tradycji przechowywana jest szata Chrystusa. Na zakończenie spotkania Ojciec Święty i Katolikos-Patriarcha podpisali wspólną deklarację w sprawie pokoju na świecie i na Kaukazie. Ta wizyta to było wielkie wyróżnienie dla nas, katolików, ale zauważyłem, że po pierwszej wizycie papieża Jana Pawła II prawosławni jakby bardziej zacięcie zaczęli walczyć przeciwko nam. Oni stali się bardziej aktywni. Wtedy katolików w Gruzji było około 2 procent, teraz jest nas niecały 1 procent.

A wizyta Ojca św. Franciszka? Jak Ksiądz ją wspomina?

Wizyta Franciszka była nam bardzo potrzebna. Papież nas bardzo wyróżnił, postąpił tak ewangelicznie, bo Ewangelia mówi, że pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i idzie szukać tej jednej. Przecież są kraje na świecie, gdzie są miliony katolików, a on przyjechał do nas, do Gruzji, gdzie nas, katolików, jest tylko jeden procent, nawet niecały jeden procent mieszkańców. Pamiętam, jaka była medialna nagonka trzy lata temu, jak miał przyjechać papież Franciszek. Media mówiły, że przyjeżdża jeszcze jeden najeźdźca. Kontekst był taki: nie chcemy tej wizyty, po co on przyjeżdża? A on przyjechał dla nas; to było bardzo budujące. Pokazał wobec świata, wobec wszystkich, że dla niego jesteśmy ważni, choć jest nas tu tak mało. Myślałem, że dużo ludzi przyjdzie na to spotkanie z Papieżem, ale przyszło według mnie bardzo mało. Może maksimum dziesięć tysięcy; ale co się dziwić, ciągle nas ubywa.

Ale to w czasie tej wizyty Papież Franciszek przestrzegł przed nawracaniem na siłę, określając prozelityzm jako wielki grzech przeciw ekumenizmowi.

Pamiętam te słowa Papieża „Nigdy nie wolno uprawiać wobec prawosławnych prozelityzmu!”. Według mnie papież to powiedział do prawosławnych, żeby oni uświadomili sobie to, co robią przeciwko nam.

Jest też taki problem w Gruzji, że tylko z katolikami rząd w Gruzji nie podpisał do tej pory konkordatu, choć był nawet moment w 2003 roku, że wszystko było już przygotowane i przybył do nas nawet kardynał z Watykanu. Jednak w ostatniej chwili, na skutek protestu Kościoła prawosławnego, rząd się wycofał i dokument nie został podpisany. Oburzony kardynał pojechał od nas do Azerbejdżanu i tam wszystko przebiegło bez problemów, tak jak było przygotowane. Okazało się, że w kraju chrześcijańskim nie można podpisać konkordatu z Watykanem, a w muzułmańskim jest to możliwe.

Jak wobec tego sobie radzicie, co robią katolicy w Gruzji?

Mamy jeszcze uniwersytet katolicki w Gruzji, który jest fundowany przez Kościół katolicki, ale w nazwie nie ma określenia „katolicki”, jak na przykład KUL. To jest prywatna uczelnia, jest malutkim uniwersytetem, mamy około ośmiuset studentów. Rektorem jest katolik, niektórzy profesorowie są katolikami, a dziewięćdziesiąt pięć procent studentów to prawosławni.

Działa u nas w Gruzji Caritas, który w tym roku obchodzi dwadzieścia pięć lat swojego istnienia, jest bardzo aktywny, realizuje różne projekty. Katolicy prowadzą w Gruzji różne charytatywne organizacje, centrum rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych, a w Armenii szpital, bardzo dobry, miejscowi lekarze tam pracują. Szpital ten został zbudowany po tym strasznym trzęsieniu ziemi, które było w Armenii w 1988 roku, a w którym zginęło kilka tysięcy ludzi. Wtedy papież ufundował ten szpital, przyszła pomoc z Watykanu i on do dziś służy Armenii i Gruzji.

Jakiego rodzaju pomocy oczekuje ksiądz z Polski?

Będzie Pani o tym pisała? Naprawdę?

Tak.

Przede wszystkim proszę Polaków o modlitwę za Gruzję i za nas, gruzińskich katolików, żebyśmy nie tracili wiary, żeby Bóg dał nam cierpliwość i rozwijał się Kościół katolicki w Gruzji. Mówię to dlatego, że Polska inaczej przeszła przez komunizm niż kraje takie jak nasz. W Polsce komunizm przyszedł późno, dopiero po II wojnie światowej. A u nas już w 1921 roku. Armia Czerwona przyjechała do Gruzji i od tego czasu, można powiedzieć, wierzący mają ciężko. To trwa już co najmniej dwa, trzy pokolenia. I ci, którzy wtedy mieli wiarę, już nie żyją, choć kto jak umiał, starał się ją przekazywać. Ale moje pokolenie, w średnim wieku, czy młode pokolenie, które teraz dojrzewa, nie mają fundamentu wiary.

A jak nie masz fundamentu wiary, jak nie ma wychowania religijnego w domach, w rodzinie, to jest bardzo trudno to zmienić. Ewangelia mówi, że ziarno rzucone do ziemi żyznej da dobry owoc, a jeśli jest rzucone na drogę lub na skałę, to byle wiatr może to ziarenko wywiać i nic z niego nie wyrośnie. Nie jest łatwo tu ewangelizować i dlatego proszę o modlitwę.

Jest Ksiądz pierwszym gruzińskim kapłanem wyświęconym po rewolucji październikowej. Stało się to w 1999 roku, w Warszawie, czyli w tym roku mija 20 lat od tych święceń. Jak ksiądz ocenia te swoje dwadzieścia lat kapłaństwa?

Po święceniach dwa lata pracowałem w Warszawie, w parafii świętej Anny w Wilanowie. Potem następne dwa lata byłem w seminarium bo pisałem doktorat i pomagałem trochę jako prefekt, a teraz jestem z powrotem w Gruzji; już szesnasty rok, jak w Gruzji pracuję. Po przyjeździe potrzebowałem czasu, by na nowo jakby oswoić swój kraj, bo wcześniej przez dwanaście lat byłem w Polsce. Przyznam, że nie było łatwo wrócić do siebie i zacząć pracę kapłana. Dziwnie się poczułem, gdy po studiach i zrobieniu doktoratu biskup przydzielił mi pracę wikariusza w mojej rodzinnej wiosce… Myślałem, że należy mi się jakieś lepsze miejsce, może w Tbilisi, bo doktorat – a tu wioska i mieszkanie dwieście metrów od rodziców na plebanii z proboszczem. Ale po dwóch latach zostałem proboszczem, a potem przez siedem lat byłem praktycznie sam, miałem cztery parafie do obsłużenia. Bardzo trudno było i doświadczyłem tego, co mówi Ewangelia, że trudno być prorokiem w swoim kraju.

W czym to się przejawiało?

Mówiłem do ludzi, a to do nich nie docierało. Wiele razy płakałem z bezsilności. To było takie dziwne, że na przykład odprawiam mszę i mam głosić homilię, a w kościele patrzę i widzę przed sobą swoich rodziców, moje rodzeństwo, rówieśników, moich nauczycieli…

Dziś się nawet z tego śmieję, ale np. jedna nauczycielka, która uczyła mnie od pierwszej do czwartej klasy, bała się przyjść do mnie do spowiedzi (śmiech). Moi rówieśnicy, z którymi razem byłem w klasie, też się wstydzili. Jak to, mam się u niego spowiadać, przecież byliśmy kolegami, razem rozrabialiśmy w szkole. A zakrystianem w mojej wiosce był mój ojciec. Do tej pory jest.

A tu ja zostaję proboszczem i jestem szefem swojego ojca. No, ale doktorat pisałem o prześladowaniach chrześcijan w Gruzji, to wiedziałem, czego mogę się spodziewać (śmiech).

3. Plakat z Gruzińskiego Muzeum Narodowego w Tbilisi, w którym jest obszerna i ciekawa ekspozycja o Polsce i naszej walce o niepodległość. Jedyny w muzeum film pochodzi z 2008 r. i pokazuje wyjazd rosyjskich czołgów z Gori w kierunku stolicy oraz akcję prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który razem z prezydentami Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy w geście solidarności z Gruzją przemówił na wiecu w Tbilisi. Rosjanie zajęli wówczas 1/5 terytorium Gruzji, ale Gruzini bardzo często wspominają z wdzięcznością tamto wydarzenie i mówią „Lech Kaczyński, nasz bohater”. Fot. J. Hajdasz

Czy kiedyś Ksiądz żałował, że wybrał taką drogę?

Nie, kapłaństwa nigdy nie żałowałem. Tylko czasem zastanawiałem się, dlaczego muszę pracować w Gruzji, dlaczego akurat w swojej wiosce. Ale u nas się mówi, że jak człowiek chce zerwać różę, to musi się pokłuć, bo są kolce. I tego doświadczam.

Jestem w Gruzji pierwszy raz i uderza mnie niezwykła serdeczność, z jaką Gruzini odnoszą się do Polaków, praktycznie na każdym kroku można tego doświadczyć: w hotelu, w restauracji, w taksówce, w sklepie, na przystanku autobusowym i w metrze… Wszędzie ogromna życzliwość.

Gruzini są bardzo przyjaznym dla wszystkich narodem, ale do Polaków mają wręcz ogromną miłość od 2008 roku. Wtedy, kiedy praktycznie wybuchła wojna, bo Rosja najechała Gruzję, wtedy wasz ówczesny prezydent, świętej pamięci Lech Kaczyński, wykazał się bohaterstwem. Zrobił wielką rzecz. Jego przyjazd z prezydentami z Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy był dla nas zbawienny. Przecież on ryzykował swoim życiem, bo mogli wysadzić w powietrzu ten samolot z pięcioma prezydentami, a wystąpienie na wiecu w Tbilisi, pokrzyżowało, czy wręcz zablokowało plany Putina.

Wtedy z Gori, miasta, gdzie urodził się Stalin, już jechały na naszą stolicę rosyjskie czołgi, a to jest przecież tylko osiemdziesiąt kilometrów od Tbilisi. Lech Kaczyński powiedział wtedy na wiecu przed parlamentem w centrum Tbilisi te piękne i mocne słowa, że teraz jesteśmy tu dlatego, że nasi bracia Gruzini potrzebują pomocy. Jesteśmy tu, bo jeśli byśmy nie przyjechali tutaj, może jutro będzie Ukraina przeżywać to samo, potem może Estonia, a potem może przyjdzie czas na moją ojczyznę, Polskę.

I wtedy Kaczyński dostał ogromne oklaski, bo nikt nie oczekiwał, że w takiej sytuacji, kiedy byliśmy już prawie bezbronni, ktoś przyjdzie i wystąpi w naszej obronie. Naprawdę to dla nas było zbawienie.

W Tbilisi jest ulica Lecha Kaczyńskiego i jest skwer jego imienia, gdzie jest też popiersie, pomnik Lecha Kaczyńskiego. Kiedy z lotniska w Tbilisi wjeżdżasz do centrum, to musisz jechać najpierw ulicą prezydenta Busha, a potem prezydenta Lecha Kaczyńskiego; to jest bardzo symboliczne.

W mieście Batumi z kolei nowy bulwar nazwano imieniem Marii i Lecha Kaczyńskich. Jest dość długi, liczy kilka kilometrów. A wcześniej, gdy tylko po I wojnie światowej Gruzja odzyskała niepodległość, jednym z pierwszych krajów, który ją uznał, była Polska. I bardzo szybko powstało Towarzystwo Gruzińsko-Polskie. I jak w 1921 r. Czerwona Armia zajęła Gruzję, to dzięki temu Towarzystwu wielu Gruzinów mogło uciec do Warszawy przed bolszewikami. My to pamiętamy.

Charakter też chyba mamy podobny.

Też tak myślę. I Gruzini, i Polacy to takie walczące narody. I lubimy, jak to się mówi, biesiady z przyjaciółmi. Lubimy być samodzielni. Mamy wspólnego wroga. A jeszcze dodam, że w carskim wojsku bardzo wielu Polaków służyło i oni potem zostawali w Gruzji. Główny kościół katolicki w Tbilisi, pw. świętego Piotra i Pawła, zbudowali właśnie Polacy. Był on zresztą jedynym kościołem katolickim, jaki pozostał otwarty przez cały okres komunizmu. Uczęszczali do niego w przeważającej części Polacy mieszkający w Tbilisi, stąd jest on powszechnie znany jako „kościół polski”.

Czego Księdzu życzyć na nadchodzące lata, na nadchodzący czas? Czego sobie Ksiądz życzy?

Cierpliwości, cierpliwości i jeszcze raz cierpliwości. I mocnej wiary.

Ks. dr Zurab Kakachishvili Pierwszy katolicki kapłan Gruzin wyświęcony po rewolucji październikowej, autor książki pt. Świadkowie Chrystusa w Gruzji od IV do X wieku, wydanej przez Editions Spotkania pod patronatem Radia WNET i Kuriera WNET. Urodził się w czasach ZSRR, jego ojczyzna – Gruzja była jedną z radzieckich republik. W wieku 3 lat został potajemnie ochrzczony, ale jego rodzice nie mogli wyznawać swojej wiary, byli nauczycielami, więc gdyby się przyznali do swojego katolicyzmu, straciliby pracę. Ks. Zurab jako 25-latek nawrócił się i wziął udział w Światowych Dniach Młodzieży w Częstochowie. Jak mówił w wywiadzie udzielonym Magdalenie i Andrzejowi Słoniowskim z „Kuriera WNET”, wówczas, w 1991 roku, prosił na Jasnej Górze Matkę Bożą, by dała Gruzji choć jednego gruzińskiego księdza katolickiego. Przez myśl mu nie przeszło, że tym kapłanem będzie on sam. Jeszcze w tym samym roku (1991) wstąpił do Archidiecezjalnego Seminarium Misyjnego „Redemptoris Mater” w Warszawie. W 1999 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk kard. Józefa Glempa. Dziś nadal jest kapłanem Archidiecezji Warszawskiej i pracuje jako misjonarz w swojej ojczyźnie, Gruzji. Jest proboszczem 5 parafii i duszpasterzem akademickim na Uniwersytecie Pedagogicznym Sulkhan-Saba Orbeliani w Tbilisi.

Wywiad Jolanty Hajdasz z ks. dr. Zurabem Kakachishvilim, pt. „Między Gruzją i Polską”, znajduje się na s. 4-5 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Jolanty Hajdasz z ks. dr. Zurabem Kakachishvilim, pt. „Między Gruzją i Polską” na s. 4-5 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rządy PiS-u to epoka wiarygodnego przywracania polskiej własności w Polsce/ Andrzej Jarczewski, „Kurier WNET” nr 61/2019

Rządy PO zaś było to pilnowanie obcych interesów, budowanie systemu oligarchiczno-celebryckiego, bogacenie się nielicznych kosztem większości, a po utracie władzy – antypolskie smrodzenie za granicą.

Andrzej Jarczewski

To nie rozdawnictwo. To przywracanie własności

Polityczna krytyka działań rządu jest zjawiskiem naturalnym i pozytywnym, nawet jeżeli odbywa się na poziomie… obecnym. Jeżeli jednak dokonujących się przemian nie rozumie środowisko akademickie, znaczy to, że coś szwankuje w komunikacji społecznej. Albo po stronie odbiorcy, albo – nadawcy. Rozpatrzmy najpierw przykład zapomnianej już ustawy z roku 2007, zwanej „ustawą uwłaszczeniową”. Członkowie spółdzielni mieszkaniowych mogli wtedy nabyć na własność swoje mieszkanie po uiszczeniu symbolicznej kwoty. Ustawa dotyczyła również mieszkań zakładowych, lokali użytkowych i garaży (inne szczegóły są dziś nieistotne).

Przywołałem tę ustawę z czasów „pierwszego PiS-u”, by podkreślić pewien charakterystyczny dla tej partii wektor polityczny: przywracanie realnej własności. Trzeba tu dopowiedzieć, że nie chodziło wówczas o oddawanie konkretnej własności konkretnym osobom, bo wcześniej prezydent Kwaśniewski „w trosce o dobro narodu” zawetował regulującą te sprawy ustawę o reprywatyzacji (2001), a później nie było wystarczającej większości w sejmie, by na nowo podjąć tę kwestię.

W ustawie uwłaszczeniowej z roku 2007 chodziło o to, żeby Polacy w ogóle dysponowali jakąś własnością, a drogi dochodzenia do tej własności mogą być różne, nie zawsze proste, i obejmujące różne grupy w porządku dość przypadkowym, bo zależnym od możliwości.

Wszak nadanie własności „wszystkim po równo” jest niemożliwe. Jak pamiętamy – w ramach czyszczenia śladów po PiS-ie – Trybunał Konstytucyjny pod wodzą Bohdana Zdziennickiego już w roku 2008 uznał główny przepis tamtej ustawy za… niekonstytucyjny, bo „prowadził do nieuzasadnionego uprzywilejowania osoby względem spółdzielni”. Wcześniejsze uprzywilejowanie spółdzielni i różnych instytucji względem osoby nie miało dla TK znaczenia, choć – w kwestii mieszkalnictwa – doprowadziło do stanu głęboko patologicznego, z którego do dziś się w wielu miejscach wygrzebujemy.

Własność wg komunistów

Starsi pamiętają to z PRL-u, a młodszym trzeba stale o tym mówić: krótko po wojnie odebrano Polakom własność środków produkcji, następnie wszelką inną większą własność. Uchowały się tylko drobne gospodarstwa rolne i trochę rzemiosła. Ale i ta marginalna własność była na wszelkie sposoby ograniczana, potępiana i tępiona.

Po latach można już pomijać drugorzędne szczegóły i opisywać przemiany istotnymi dla danej epoki wektorami politycznymi. Oto przychodzi rok 1988: zmienia się główny wektor. Własność już komunistom nie wadzi pod oczywistym warunkiem, że jest to własność komunistów, uwłaszczonych na PRL-owskiej gospodarce. Zmiany zachodzą szybko, a w roku 1991 prezydent Wałęsa powierza rządy liberałom, którzy szermują hasłem „prywatyzacji” i rozpoczynają wyprzedaż majątku narodowego na wielką skalę.

Własność wg aferałów

Teraz zaczynają się rządy doktryny liberalnej, ogólnie jak najbardziej poprawnej, ale błędnej w jednym szczególe: otóż teoretyczna wersja tej doktryny opisywała gospodarkę Zachodu i w żaden sposób nie odpowiadała interesom Polski, znajdującej się w zupełnie innej przestrzeni własnościowej, nie mówiąc o technologicznej.

Głoszono ogólnie słuszną tezę, że gospodarka prywatna jest bardziej efektywna od państwowej. Prywatyzacja stała się fetyszem. Należało „jak najszybciej” znaleźć prywatnego właściciela dla państwowych fabryk. I znaleziono. Ponieważ w Polsce nie było nikogo, kto uczciwą drogą mógłby zgromadzić sumy pozwalające kupić bank czy fabrykę, szukano nabywców za granicą, a ci już od dawna czyhali na łatwy kąsek.

Zastosowano przy tym drugi dogmat liberalnych neofitów: „towar jest tyle wart, ile za niego gotów jest zapłacić nabywca”. Rzucono na rynek od razu wielką ilość owego „towaru”, co spowodowało obiektywny spadek cen na banki (jakkolwiek dziwacznie to brzmi). Sprzedawano ogromne nieruchomości fabryczne za drobny ułamek ich wartości rzeczywistej, której w takich warunkach w ogóle nie można było rzetelnie wycenić. W ten sposób PRL-owska własność „ogólnonarodowa” (tak do roku 1997 nazywano własność państwową w obowiązującej wówczas konstytucji) przechodziła we władanie kapitału obcego. Kolejne rządy łatały sobie w ten sposób budżety, a „ogólnonaród” nic z tego nie miał, jeśli nie liczyć oszukańczej operacji Narodowych Funduszy Inwestycyjnych Janusza Lewandowskiego i spółki. Wyglądało to tak, jakby w każdym ministerstwie siedział jakiś „doradca”, pilnujący, by kolejne ustawy, rozporządzenia i zaniechania faworyzowały kapitał międzynarodowy kosztem interesu Polski.

Na razie ujawniono tylko jednego takiego doradcę, gdy ministrem finansów był najgłupszy profesor w historii polskich finansów – Jan Vincent z Bydgoszczu – którego wykręty w sprawie afery VAT można streścić następująco: „niczego nie wiedziałem, nic nie rozumiałem; co mi doradzali, to podpisywałem”.

Kategoria własności

Pod względem PKB na mieszkańca (Produkt Krajowy Brutto) w roku 2018 osiągnęliśmy już 71% średniej unijnej, a mimo to – na porównywalnych stanowiskach – zarabiamy w Polsce trzy razy mniej niż w Niemczech. Nieprędko to się wyrówna, bo polska gospodarka straciłaby na konkurencyjności i nikt by od nas nie kupował. Musimy jakoś lawirować między kosztami pracy za wschodnią i za zachodnią granicą. Przykre to, ale nie do przezwyciężenia za życia jednego pokolenia. Również pensje sfery budżetowej muszą pozostawać w rozsądnej relacji do zarobków w gospodarce, bo przecież to nie urzędnicy tworzą dochód narodowy, ale robotnicy, inżynierowie i – nawet jeśli ich nie lubimy – prezesi spółek. Nauczyciele krzyczą: chcemy zarabiać jak na Zachodzie! Mogę im odpowiedzieć tylko, że to będzie możliwe wtedy, kiedy będą oni uczyć dzieci robotników i menedżerów, zarabiających jak na Zachodzie.

Jakoś tam gonimy wynagrodzenia europejskie i – przy dobrej polityce – za kilkanaście, kilkadziesiąt lat dogonimy. Ale jest jeszcze inna kategoria, decydująca o bogactwie narodów: wartość majątków indywidualnych. Tu statystyki są naprawdę dramatyczne. Przeciętny Polak posiada siedem razy mniej skumulowanego majątku niż przeciętny Niemiec. Samoistne wyrównanie w ciągu nawet stu lat wydaje się nieosiągalne. Trzeba ten proces wspomagać, bo my sami – okradani i niszczeni przez dwa wieki – nie mamy wiele, a jak już trochę zaoszczędzimy, chętniej nadrabiamy zaległości w wojażach zagranicznych niż w gromadzeniu rodowego kapitału, który dopiero naszym wnukom mógłby przynieść dobrobyt materialny. Łatwo wyjechać do Grecji, trudniej coś sensownego zrobić z kilkoma luźnymi tysiącami. Za mało na kupno własnego banku, za dużo na bezproduktywną lokatę w banku cudzym.

Pod względem przywracania własności pozytywnie oceniam np. obniżkę CIT z 19% do 9% dla małych podatników, osiągających przychód do 1,2 mln euro, a źle obniżkę VAT o 1%, cokolwiek by to obejmowało. Obniżka CIT jest ogromna (ponad 50-procentowa), a skorzystają na niej drobni przedsiębiorcy, którzy – jak można przewidywać – zainwestują niezapłacony podatek w swoje firmy i będą mieli mniej powodów, by na tym obniżonym podatku oszukiwać. Jest to więc sposób na wspieranie zdrowego powiększania polskiej własności. Natomiast drobnych zmian w podatku VAT nikt nie zauważy w portfelu. To tylko obniży zasobność budżetu i jest bezcelowe, chyba że wynika z jakichś innych ważnych, a nie doktrynalnych czy wyborczych przyczyn. Chętnie bym je poznał.

Kategorie socjalistyczne

Ci niezbyt liczni, którzy już się dorobili lub urządzili, z pogardą patrzą na biedotę, a Program „500+” nazywają rozdawnictwem. Przykro się czyta wypowiedzi celebrytów, wiszących u portfela różnych zagranicznych mocodawców. W ich prostackim pojęciu „500+” to socjalizm. Nauczyli się frazeologii dawnych doktryn i jeszcze nie potrafią myśleć kategoriami polskiego interesu.

Trzeba więc im cierpliwie przypominać, że socjalizm nie polegał na powiększaniu własności obywateli, ale na jej pomniejszaniu. Realny socjalizm zabierał własność i wszelkimi sposobami pilnował, by ludzie nie mogli swojej własności pomnożyć. Dodatkowo – socjalizm miał też utrwalać podległość podbitych narodów względem obcego mocarstwa. To były główne, długo i skutecznie realizowane wektory socjalizmu w PRL. Ci, którzy między socjalizmem a liberalizmem nie widzą innych idei, np. interesu narodowego Polaków, powinni trochę nad swoją optyką popracować. A tych, którzy dzięki PRL-owi porobili kariery artystyczne czy pseudonaukowe, nie warto już pouczać, bo to daremny futer. Wystarczy… przeczekać.

Dodatki mieszkaniowe

Tu trzeba przypomnieć ważne osiągnięcie rządu AWS: ustawę z roku 2001 o dodatkach mieszkaniowych. Wtedy też padały oskarżenia o „rozdawnictwo” i „czysty socjalizm”. Dziś nikt już nie krytykuje tego rozwiązania. Było ono faktycznie skierowane do najbiedniejszych, ale miało charakter systemowy i jednocześnie – jak „500+” – rozwiązywało kilka ważnych problemów społecznych.

Ot, drobna wzmianka, że dodatki przelewa się na konto administracji domu pod warunkiem niezalegania z opłatami. Przecież to spowodowało radykalną poprawę ściągalności czynszów. Korzyści okazały się wielokrotnie większe niż koszty, bo koncepcja dodatków miała też pozytywny aspekt wychowawczy. Dziś już mało kto z tych dodatków korzysta, a dobre efekty pozostały.

O zabieraniu

Warto też przypomnieć rozwiązania przeciwne. Była już mowa o zastopowaniu „nieuzasadnionego uprzywilejowania osoby względem instytucji” w pierwszej kadencji rządów PO. Przypomnijmy inny przejaw tej samej tendencji z tej samej kadencji. Kto dziś pamięta, że do roku 2010 ZUS wypłacał zasiłek pogrzebowy w wysokości dwóch średnich pensji? Wynosiło to ok. 6400 zł. Premier Tusk stwierdził, że to jest nieuzasadnione rozdawnictwo i przeprowadził ustawę okołobudżetową, obniżającą ten zasiłek do 4000 zł. Nie wykluczam, że 6400 zł to była kwota za wysoka w roku 2010, ale 4000 w roku 2019 – to stanowczo za mało. Ważne jest w tym wypadku to, że ów zasiłek ustalono kwotowo i nie przewidziano mechanizmu waloryzacji. Był to więc przejaw zabierania „na zawsze”. Najwyższa pora to odkręcić.

Odnotujmy, że zasiłek pogrzebowy nie jest żadnym rozdawnictwem. To jest rozwiązanie ważnego problemu społecznego, wynikającego z odwiecznego ludzkiego obowiązku: „zmarłych pochować!”.

Tymczasem zdarzały się (obecnie znów się o tym słyszy) przypadki zatajania śmierci rencisty czy emeryta. Bo renta sama wpływa na dostępne konto, a na pogrzeb „nas” nie stać. To przytrafia się również w Niemczech, Szwecji i nawet w Ameryce! Każdy kraj wypracował inne w tej sprawie rozwiązania, ubezpieczenia i zabezpieczenia. U nas jest to akurat zasiłek ZUS. To działa dobrze zarówno pod względem indywidualnym, jak i systemowym. Ale wszystko, co stoi w miejscu wobec pędzącego świata, traci na znaczeniu, a często rodzi konflikt.

Praca emeryta

Najsłynniejsze przykłady Tuskowego zabierania to niezapowiedziana, nagła półlikwidacja Otwartych Funduszy Emerytalnych (za aprobatą ówczesnego TK; Rzepliński, wiadomo) i – dokonane wbrew przedwyborczym deklaracjom – podniesienie wieku emerytalnego. Nie należę do żadnej partii, więc nie mam obowiązku uważać wszystkich reform PiS za słuszne i systemotwórcze. Niektóre wynikają z aktualnej walki politycznej i wcale nie są dobre. Dotyczy to np. obniżenia wieku emerytalnego mężczyzn. Akurat należę do rocznika 1950, któremu szczęśliwie trafiło się Tuskowe przedłużenie okresu zatrudnienia. Dzięki temu wypracowałem wyższą emeryturę i nie bardzo na to narzekam. Pracuję nadal tak samo jak przez poprzednie pół wieku. Tyle samo godzin, taka sama ilość pracy i – mam nadzieję – taka sama jakość.

Obserwuję natomiast moich rówieśników, którzy popadają w bezsens istnienia poza pracą zawodową. Przeszli na emeryturę, zaczęli chorować (najchętniej na alkoholizm) i podupadają ogólnie. Praca trzymała ich w pionie. Emerytura zgina i poziomuje przed telewizorem. Bezczynność nie jest dobra dla w miarę silnego i sprawnego mężczyzny, a przecież tacy nadal jesteśmy i – daj Boże – przez kilka lat po siedemdziesiątce jeszcze będziemy.

Z kolei dla kobiet emerytura po sześćdziesiątce jest zbawienna. Babcie nareszcie mają czas dla wnuków, pomagają rodzinie i potrafią się skrzyknąć do różnych działań społecznych. Nie próżnują. Są wciąż potrzebne. To je podnosi i uskrzydla. A chłopy, cóż… marnieją na wycugu. To jest problem, który wymaga nowego rozwiązania. Żyjemy coraz dłużej i ustawodawca powinien to uwzględnić. Nie wystarczy podarować starszemu panu dwóch lat beztroski. Trzeba jeszcze pomóc mu te i następne lata godnie przeżyć. Sam (statystycznie) nie da sobie rady z nadmiarem wolności.

Kataster

Teoria podatku katastralnego jest ogólnie wspaniała: ci, którzy mają duże nieruchomości, powinni płacić podatek, bo państwo – z podatków biedniejszych obywateli – zapewnia bogatym opiekę prawną i bezpieczeństwo ich majątku, dostarcza dóbr infrastrukturalnych itd. W teorii w pełni zgadzam się z tą argumentacją. Ale przejdźmy do praktyki. W czerwcu 2019 Jarosław Kaczyński na specjalnej konferencji prasowej wypowiedział się o podatku katastralnym następująco:

– To jest instytucja – co prawda znana w różnych krajach i mająca swoją historię – ale instytucja, która w polskich warunkach (…) doprowadziłaby po prostu do wywłaszczenia z wszelkiego rodzaju (…) nieruchomości ogromnej części Polaków.

Zwróciłem uwagę na rzadko podnoszoną okoliczność. Otóż dane rozwiązanie (tu: podatek katastralny) jest dobre w niektórych krajach, a w Polsce przyniosłoby szkody, zwłaszcza na wsi.

Myślenie całkowicie przeciwne aferalnemu doktrynerstwu, które nie tak dawno pozbawiło nas polskich mediów, banków i wielkiego przemysłu, a obecnie próbuje obciążyć Polskę nadmiernymi kosztami ekologicznymi i energetycznymi.

Podobne, chroniące polski interes podstawy ma procedowana właśnie w sejmie ustawa antylichwiarska. Chodzi znów o drobny w skali społecznej, ale dotkliwy problem pozbawiania obywateli własności pod pretekstem niespłacenia długu. Oszuści nachalnie oferowali drobne pożyczki, zabezpieczone np. mieszkaniem czy inną nieruchomością, a następnie czekali, aż niespłacony procent narośnie tak, że można będzie ową nieruchomość przejąć, a raczej ukraść w świetle prawa. Aż dziw, że ten proceder tak długo był tolerowany!

Szrot na drogach

Dobra polityka nie polega na rewolucyjnych zmianach, ale na drobnych krokach i niezauważalnych zaniechaniach, których sumaryczny efekt jest dobry dla kraju, choć często niezgodny z ortodoksją czy to liberalną, czy socjaldemokratyczną.

Tu wzorcowych przykładów dostarczają Niemcy. W czerwcu 2019 Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu orzekł, że winieta za użytkowanie dróg w Niemczech przez samochody osobowe jest sprzeczna z prawem Unii. Niemiecki spryt polegał na tym, że faktycznie płaciliby tylko kierowcy z innych krajów. Rzecz trudna do zauważenia, ale teraz już czyta się dokładnie każdy przepis, bo wszędzie można schować coś korzystnego dla siebie lub szkodliwego dla innych. Austriacy przeczytali, znaleźli słaby punkt, zaskarżyli i wygrali, a największe korzyści prawdopodobnie odniosą Polacy.

Z kolei przykładem sprytnego zaniechania Niemców jest uznawanie numeru identyfikacyjnego samochodu (VIN) za daną osobową, podlegającą tajemnicy. Daleki, ale oczywiście zamierzony skutek jest taki, że np. Polacy, którzy sprowadzają z Niemiec setki tysięcy używanych samochodów rocznie, nie mogą sprawdzić historii wypadkowej danego egzemplarza. U nas można to sprawdzić, w Holandii i w wielu innych państwach można, a w Niemczech nie można. Cel jest oczywisty – cichy eksport, a raczej pozbycie się z niemieckich dróg samochodów powypadkowych. Ale – jak to zwykle bywa – i w tej sprawie są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Nowobogaccy, którzy jeżdżą salonowymi limuzynami, pogardliwie wyrażają się o „niemieckim szrocie na polskich drogach”. Okazuje się jednak, że te powypadkowe, ale solidnie naprawione auta w ogóle nie są problemem. Zły stan techniczny takich wozów jest przyczyną statystycznie niezauważalnej liczby wypadków. Strach jest przesadzony i wyraża wyłącznie fobie (lub interes) krytyków. Drobny polski przedsiębiorca, który uzbierał 10 000 złotych na niezbędny w jego firmie samochód, może za tę kwotę kupić całkiem niezły pojazd o nieustalonej historii i zarabiać pieniądze. Gdyby słuchał pięknoduchów i rozważał tylko zakup nowego samochodu na kredyt, mógłby szybko zbankrutować. To kolejny przykład szkodliwości doktrynerstwa.

Coś, co jest teoretycznie niesympatyczne (używane auto), może być praktycznie podstawą prowadzenia biznesu i warunkiem dalszego rozwoju, który pozwoli wszystkim Polakom kupować nowe auta w salonach. Ale dopiero w przyszłości.

Paranaukowe doktrynerstwo

Uczeni komentatorzy oceniają decyzje polityczne z punktu widzenia znanych sobie teorii i doktryn. Są to oczywiście doktryny ogólnie słuszne, ale tylko zachodnie, bo jakoś nasi mędrcy nie pracują nad teorią interesu polskiego tu i teraz. Tymczasem każdy poseł, zanim użyje broni masowego rażenia – przycisku w głosowaniu – powinien odpowiedzieć sobie najpierw na jedno pytanie: czy ta ustawa jest dobra dla Polski! Pytanie jest ważne, bo w każdym sejmie (w przeszłości, w przyszłości i obecnie) zasiadają również posłowie, których jedynym zadaniem jest pilnowanie interesów państw ościennych i międzynarodowych mafii. Widzimy to codziennie aż nazbyt wyraźnie! Całokadencyjne badanie głosowań posła daje ciekawe wyniki.

A projektodawcy nowych rozwiązań prawnych powinni jeden aspekt wydobyć wyraźnie w uzasadnieniu każdej ustawy i rozporządzenia: „to jest dobre dla Polski, bo…”. To samo dotyczy zaniechań, jak w omówionym wyżej przykładzie teoretycznie słusznego podatku katastralnego, do którego zapewne wrócimy, gdy się wzbogacimy. Nie teraz!

PiS „pierwszy” i „drugi”

Z czasów „pierwszego PiS-u” przypomnę jeszcze drobną modyfikację prawa spadkowego. Chodzi do dodanie niepozornego artykułu 4a w ustawie o podatku od spadków i darowizn. W rezultacie – od 1 stycznia 2007 można legalnie dziedziczyć cały majątek zgromadzony w rodzinie. Likwidacja podatku od spadków i darowizn pozwoliła zgodnie z prawem budować rodową własność przez pokolenia. Doktrynerzy znów się oburzali. Mieliby rację w innym kraju lub w innym czasie. Wszyscy jednak szybko zaczęli korzystać z tego dobrodziejstwa i teraz nie słychać krytyki nawet wtedy, gdy umiera miliarder, a jego progenitura otrzymuje niczym niezasłużone bogactwo. W przyszłości na pewno pojawi się rząd, który takie spadki opodatkuje. Na razie – więcej korzyści w skali kraju mamy z pomnażania własności niż z jej podszczypywania na każdym kroku. Bo ta własność wciąż jeszcze – z paroma wyjątkami – jest za mała.

Tak więc zarówno „pierwsze rządy PiS-u”, jak i „drugie” przechodzą do historii jako epoka wieloaspektowego i wiarygodnego przywracania polskiej własności w Polsce. To jest wektor prymarny. Wszystkie inne osiągnięcia i błędy zostaną zapomniane. Z kolei rządy PO będą pamiętane jako pilnowanie interesów niepolskich, budowanie systemu oligarchiczno-celebryckiego i bogacenie się nielicznych kosztem większości (a po utracie władzy – antypolskie smrodzenie za granicą). To trzeba przypominać przed każdymi następnymi wyborami. Bo pamięć ludzka jest krótka, a wdzięczność – falą na wodzie.

W poprzednim numerze „Kuriera WNET” (60/2019) przez niedopatrzenie przy artykule Pana Andrzeja Jaczewskiego pojawił się niewłaściwy podtytuł, pochodzący z innego tekstu, a w nim nieużywane w odniesieniu do Polski ani przez Autora, ani w naszej gazecie  sformułowanie „ten kraj”. Najmocniej przepraszamy Autora za tę pomyłkę.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „To nie rozdawnictwo. To przywracanie własności” znajduje się na s. 7 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „To nie rozdawnictwo. To przywracanie własności” na s. 7 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Przedsiębiorcy nie oczekują od jakiegokolwiek rządu, żeby im cokolwiek dał. Chcą jedynie, żeby im jak najmniej zabrał

Bez głosów przedsiębiorców obóz Dobrej Zmiany wygra za mało, żeby uzyskać większość konstytucyjną i wreszcie zmienić państwo-wydmuszkę, tzw. III RP, w państwo prawdziwe, w Rzeczpospolitą IV.

Jan A. Kowalski

Hallo! Obozie Zjednoczonej Prawicy, czy ktoś mnie słyszy?!

Refleksje przed jesiennymi wyborami

Strasznie mnie wkurzył minister Sasin swoją frywolną wypowiedzią o podwyżce składki ZUS dla przedsiębiorców do 1500 zł co miesiąc od stycznia 2020 roku. Są wskaźniki, procedury i wytyczne, i on, bidny minister, nic na to poradzić nie może. Może i bidulek nie może, ale może znajdzie się jednak w sztabie PiS ktoś mądrzejszy, kto zrozumie, że te głupie wskaźniki, procedury i wytyczne niszczą polską przedsiębiorczość. I na pewno nie przydadzą głosów Obozowi Dobrej Zmiany w czasie nieodległych wyborów parlamentarnych ze środowiska drobnych przedsiębiorców. Trzech milionów głosów wraz z żonami (lub mężami).

O medialnym szoł sprzed roku pn. Konstytucja dla Biznesu nikt już chyba nie pamięta. A najmniej zdaje się o tym pamiętać środowisko (socjalistycznej) Zjednoczonej Prawicy.

Ale bez głosów przedsiębiorców, bez ich co najmniej 50-procentowego poparcia, obóz Dobrej Zmiany wygra za mało. Za mało, żeby uzyskać większość konstytucyjną i wreszcie zmienić państwo-wydmuszkę, tzw. III RP, w państwo prawdziwe, w Rzeczpospolitą IV.

Głos ministra Sasina nie jest jedyny na przestrzeni ostatnich lat. Kilka lat temu na zjeździe Klubów Gazety Polskiej sam Jarosław Kaczyński wyznał z porażającą szczerością, że „tak to już jest, proszę Państwa, że przedsiębiorcy na nas nie głosują”. Dlatego dochodzę do wniosku, że w Prawie i Sprawiedliwości nikt nie rozumie podstawowego problemu przedsiębiorców. Tego, dlaczego popierają taką, a nie inną partię. Jest to na tyle smutne dla mnie, przedsiębiorcy i wyborcy PiS-u w ostatnich wyborach, że spróbuję ten problem poniżej rozwikłać. Dla dobra Polski, Prawa i Sprawiedliwości i przedsiębiorców, rzecz jasna.

Po pierwsze, przedsiębiorcy nie oczekują od jakiegokolwiek rządu, żeby im cokolwiek dał. Chcą jedynie, żeby im jak najmniej zabrał, nie marnował ich czasu na bzdury i maksymalnie upraszczał możliwość prowadzenia biznesu.

Zarabiać pieniądze chcą sami i nie potrzebują do tego pomocy rządu. Przedsiębiorcy są inaczej ułożeni mentalnie niż grupy społeczne oczekujące rządowej pomocy lub bezpośrednio czy pośrednio przez rząd zatrudniane.

Po drugie, przedsiębiorcy cenią konkret, czyli takie rozwiązania rządowe, które przyczyniają się do ułatwienia w zarabianiu przez nich pieniędzy = w rozwoju ich przedsięwzięć. Dlatego z przymrużeniem oka patrzą na polityczne bicie piany i unikają doktrynalnych i ideologicznych sporów. A cenią tych polityków, którzy dokonali rzeczywistej zmiany. To dlatego Leszek Miller, premier SLD-owskiego rządu, na zawsze pozostanie w ich i mojej pamięci. Jako ten, który umożliwił im zbudowanie jakiegokolwiek kapitału poprzez wprowadzenie podatku liniowego w wysokości 19%. Przed tą decyzją, żeby uratować wypracowany dochód swoich firm przed podatkiem 40%, przedsiębiorcy dokonywali kreatywnych cudów organizacyjnych – tak to eufemicznie nazwijmy. Kto nie jest przedsiębiorcą, nie zrozumie, ale przedsiębiorcy tamtych czasów ze zrozumieniem nie będą mieli większych problemów. Dlatego, za tę decyzję, cześć i chwała Leszkowi Millerowi!

Pisałem już wielokrotnie o tym, co rząd może i powinien (od)dać przedsiębiorcom, żeby zyskać ich poparcie. Dwie rzeczy.

Pierwsza to obniżenie kosztów pracy do poziomu obowiązującego w Wielkiej Brytanii – 13, a nie 50% od pensji pracowniczej. Wraz z obniżką o połowę za zatrudnienie wdów i rozwódek. Tak drastyczna różnica uniemożliwia polskim przedsiębiorcom uczciwe i skuteczne konkurowanie na globalnym rynku. Druga to odejście od obowiązku płacenia ZUS od pierwszego dnia działalności bez pytania o zysk. Obecne biurewskie rozwiązania połowiczne dla rozpoczynających działalność są korzystne chyba tylko dla biurw. Bo zwiększają na nie popyt w państwowych urzędach.

Tu proponuję, również na wzór Anglii, zaczekać, aż przedsiębiorca osiągnie dochód w wysokości 40/50 tysięcy złotych i dopiero wtedy obciążyć go kosztami ubezpieczenia społecznego.

I na rozwiązanie tych dwóch kwestii przez Obóz Dobrej Zmiany jeszcze przed wyborami czekam, najpóźniej do połowy września. Czekam na prawdziwą propozycję dla przedsiębiorców, a nie na jakiś kolejny medialny szoł wizerunkowy. Po którym wszyscy nie-przedsiębiorcy będą opowiadać, jak dużo rząd Prawa i Sprawiedliwości robi dla przedsiębiorców. A przedsiębiorców będzie kolejny raz szlag trafiał z powodu idiotycznych utrudnień i kłód rzucanych pod nogi przez „nasz” prawicowy i patriotyczny rząd.

A głos każdy z nas, przedsiębiorców, ma przecież tylko jeden. Ale po zsumowaniu tych głosów może być jakieś 3 miliony.

Hallo! Obozie Zjednoczonej Prawicy, czy ktoś mnie słyszy?!

Artykuł Jana A. Kowalskiego pt. „Hallo! Obozie Zjednoczonej Prawicy! Czy ktoś mnie słyszy?” znajduje się na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana A. Kowalskiego pt. „Hallo! Obozie Zjednoczonej Prawicy! Czy ktoś mnie słyszy?” na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Na motocyklach po Gruzji. Relacje Gruzinów z Polakami są bardzo dobre i jest to także zasługa śp. Lecha Kaczyńskiego

Gruzja była naszym marzeniem od kilku lat. Chcieliśmy tu przyjechać na motocyklach, by pojeździć po pięknych górach nad morzem, ale także spotkać ludzi, którzy są serdeczni i bardzo szanują Polaków.

Jolanta Hajdasz

Rafał Lusina, założyciel i prezes Motocyklowego Stowarzyszenie Pomocy Polakom za granicą Wschód-Zachód z Grodziska Wielkopolskiego, już od 10 lat organizuje rajdy motocyklowe śladami wielkich i ważnych dla Polski wydarzeń historycznych oraz poszukując współcześnie żyjących tam naszych rodaków, by im choć trochę pomóc. Właśnie z grupą kilkunastu wspaniałych i oddanych przyjaciół wraca z Rajdu im. Lecha Kaczyńskiego Kaukaz 2019.

Na motocyklach byli już w Katyniu, na Białorusi, w Turcji, Mołdawii, Rumunii, Fatimie i w Smoleńsku. Z okazji 150 rocznicy powstania styczniowego dojechali nawet nad Bajkał szlakiem polskich zesłańców.

Uczestnicy rajdu z przedstawicielami Polonii gruzińskiej. Fot. R. Lusina

– W tym roku w czasie naszej trzytygodniowej wyprawy motocyklowej do Gruzji wszystkie nasze plany udało się zrealizować i wszystko się potwierdziło – opowiada Rafał Lusina – i to, że relacje Gruzinów z Polakami są bardzo dobre, i że to ogromna zasługa śp. Lecha Kaczyńskiego i jego politycznego wsparcia dla Gruzji w wojnie z Rosją w 2008 r.

Uczestnicy rajdu przejechali blisko 5 tysięcy kilometrów, odwiedzili wiele niesamowitych miejsc nie tylko w Gruzji, ale także w Armenii i Azerbejdżanie.

– Wszędzie szukamy nowych kontaktów z Polakami, którzy tam mieszkają, bo zawsze staramy się fundować stypendia dla młodzieży, która potem przyjeżdża do Polski, by się uczyć – mówi Rafał Lusina. – Wszędzie, gdzie jesteśmy, nawiązujemy kontakty, które do tej pory trwają, bo wraca się w te same miejsca, np. jak my na Białoruś i wiemy, że teraz jedziemy do przyjaciół, do ludzi nam znanych i bliskich. To jest duża wartość.

Każdy nasz rajd ma jakieś przesłanie, odkrywa ten element historii naszego kraju, który łączy się z danym miejscem. To daje satysfakcję, jest dla nas czymś więcej niż zwykłym wakacyjnym wypoczynkiem.

(…) Uczestnicy rajdu mają różne zawody, ale łączy ich pasja – historia naszego kraju, poznawana nie tylko z książek, ale na miejscu, wszędzie tam, gdzie działo się coś ważnego, niepowtarzalnego, wielkiego. Jedną z niewielu kobiet uczestniczącą w rajdach od początku ich istnienia jest Iwona Michałek, nauczycielka, a teraz także poseł Zjednoczonej Prawicy (klub PiS) z Torunia, prywatnie – wielka fanka motocykla.

– Na motocyklu jeżdżę od ponad 10 lat, uczestniczyłam już w wielu rajdach i nadal chciałabym to robić. Piękno świata, piękno przyrody motocyklista ma dosłownie na wyciągnięcie ręki. Gruzińskie krajobrazy, wodospady i… zwierzęta swobodnie chodzące po drogach zapamiętam na pewno na zawsze; te pojawiające się znienacka obok pojazdów konie, krowy, a nawet świnie! – śmieje się Iwona, gdy rozmawiamy w Tbilisi, tuż przed powrotem rajdowców do Polski. Dla niej wszystko na tym rajdzie jest niesamowite, ale najważniejsi są przede wszystkim ludzie.

– Wszędzie, gdzie jesteśmy, szukamy Polaków. Mamy na naszych kurtkach i koszulkach polskie flagi i polskie napisy. Wszędzie budzimy pozytywne zainteresowanie Polską, ludzie chętnie z nami rozmawiają i są dla nas bardzo serdeczni – podkreśla. Wtórują jej Iza i Piotr Sokołowscy, motocykliści z blisko 10-letnim stażem uczestnictwa w rajdach, prywatnie lekarze z Grodziska Wielkopolskiego.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Na motocyklach po Gruzji” znajduje się na s. 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Na motocyklach po Gruzji” na s. 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Noc przedślubna. Oleodruk popularnego na przełomie XIX i XX w. wiedeńskiego artysty czeskiego pochodzenia, Hanza Čački

Panieński wianek, biel ślubnej sukni, klejnoty najlepszych cnót, bukiety szczerych uczuć, girlandy marzeń, subtelne nutki miłosnych drżeń serca, romans na kartach powieści… Temat wionie słodyczą.

Barbara Maria Czernecka

Alkowa mieściła się kiedyś za kotarą tabu. I niepotrzebne były domówienia, bowiem tam natura działała bez potrzeby specjalnej edukacji. Miłość scalała dwoje zakochanych w jedno ciało i – co było najważniejsze – odbywało się to legalnie. Cierpliwe czekanie na spełnienie uznawano za dobre samo w sobie.

Piękny tego obraz stworzył wiedeński artysta czeskiego pochodzenia, Johann Franz Čačka, tworzący pod pseudonimami: Hans Zatzka, Zabateri, P. Ronsard, Joseph Bernard lub Bernárd Zatzka. Tworzył on na przełomie XIX i XX wieku. Jego dzieła zwykle przedstawiały scenki idylliczne, sielankowe, baśniowe, wręcz magiczne. Jest on także autorem licznych obrazów religijnych.

Tenże malarz stworzył najpopularniejsze przedstawienie Anioła Stróża, przeprowadzającego przez kładkę dwoje dzieci. Był on artystą popularnym i niezwykle pracowitym. Tworzył tygodniowo po dwie akwarele, obrazy olejne i litografie. Pozowały mu żona i dwie córki.

Wiele z jego dzieł zostało powielonych w oleodrukach, które zdobiły potem mieszkania. Występowały też jako reklamowe etykiety i pocztówki.

Na jednym z nich przedstawił uroczą pannę spędzającą ostatnią noc przed ślubem. Młoda kobieta jest rozmarzona, w koronkowym negliżu, na miękkim łożu, owiana pastelową aurą; czyli dokładnie taka, jaką chciałby widzieć ją ukochany. Tęskni za doznaniem prawdziwej miłości. Radośnie czeka na ten moment. Wokoło niej krążą myśli w postaci niewinnych amorków. Otacza ją to, czym pragnie obdarzyć ukochanego: panieński wianek, biel ślubnej sukni, klejnoty najlepszych cnót, bukiety szczerych uczuć, girlandy marzeń, subtelne nutki miłosnych drżeń serca, romans zapisany na kartach powieści… Temat wionie słodyczą, jaką powinna smakować rozkoszna miłość nowożeńców.

Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Noc przedślubna” znajduje się na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Noc przedślubna” na s. 12 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy istnieje prawda obiektywna w historii, w życiu moralnym, w nauce i nauczaniu? Czy w ogóle warto dociekać prawdy?

Zdezorientowani, rozbici brakiem adekwatnych reakcji i zróżnicowanymi opiniami, wygłaszanymi także w mediach katolickich, rozstrzygamy, że roztropniej jest milczeć, aby „nie nagłaśniać sprawy”.

Katarzyna Purska USJK

„Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, aby szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a antykościołem, Ewangelią i jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności; jest to czas próby, w który musi wejść Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”.

Słowa te wypowiedział w 1976 w Stanach Zjednoczonych Karol Wojtyła – wówczas jeszcze kardynał. Przypomniałam je sobie podczas oglądania relacji filmowej z tegorocznego Marszu Równości, który odbył się w u stóp Jasnej Góry 16.06. Ujrzałam prześmiewczą procesję aktywistów spod znaku LGBT, idących naprzeciw stojących jak mur z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej parafian wraz ze swoim księdzem. Stały tak naprzeciw siebie dwie: „Tęczowa Matka Boska” i ta z Jasnogórskiej Ikony Bogurodzicy. Konfrontacja. Słowo to pochodzi od łac. ‘confrontare’ – to znaczy ‘być naprzeciw czegoś, graniczyć z czymś’. „Non possumus” napisał w 1953 roku ks. Prymas Stefan Wyszyński w memoriale do Bolesława Bieruta, wystosowanym w odpowiedzi na ataki wymierzone w Kościół. Po latach „non possumus” powtórzyli po nim polscy katolicy. (…)

Zjawiska, które opisuję, są obecne od 1968 r. w całej Europie, a jednak na gruncie polskim wciąż słychać pobłażliwe komentarze o wojence pomiędzy PiS-em a PO, w której politycy walczą ze sobą na podobieństwo chłopców w piaskownicy.

Niejednokrotnie wypowiada się też opinie o „brudnej polityce”, w której chodzi tylko o „kasę” i władzę. Ja jednak, kiedy słyszę o „polonezie równości” warszawskich maturzystów podczas balu studniówkowego, o karcie LGBT podpisanej przez Rafała Trzaskowskiego, która powołując się na standardy WHO, chce wprowadzać do szkół wczesną seksualizację dzieci, o oficjalnym podziękowaniu dla uczniów warszawskiej szkoły za ich za udział w paradzie LGBT, czy wreszcie o przyjętym z aplauzem wystąpieniu Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim – w żaden sposób nie mogę się zgodzić z tymi, którzy sprowadzają konflikty publiczne do waśni międzypartyjnych. Przychylam się raczej do tych, którzy piszą o wojnie cywilizacyjnej. Wojnie, którą przed laty trafnie przewidział i opisywał polski historyk i twórca oryginalnej koncepcji cywilizacji – prof. Feliks Koneczny (1862–1949), a po nim rozwinął wybitny amerykański politolog – prof. Samuel Huntington w swojej słynnej publikacji z roku 1993. pt. Zderzenie cywilizacji.

Tęczowy marsz na Jasną Górę odbywał się w czasie, gdy trwała XX Pielgrzymka Podwórkowych Kół Różańcowych. Trasa ich marszu miała przebiegać tuż obok miejsca spotkania dzieci. Jeden z organizatorów tego marszu – Dominik Puchała – powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: „Początek przy Jasnej Górze jest symbolicznym powiedzeniem »nie« paulinom, którzy uważają, że to miejsce jest godne nacjonalistów, ale nas tam widzieć nie chcą. – A termin też jest nieprzypadkowy? – W zeszłym roku marsz odbywał się, gdy na Jasnej Górze trwała pielgrzymka dorosłych słuchaczy Radia Maryja. W tym roku na Jasnej Górze będą się wtedy modlić dzieci ze związanych z Radiem Maryja podwórkowych kółek różańcowych… Przyznam, że rozbawiło mnie, gdy się dowiedziałem, że na Jasnej Górze podczas naszego marszu znowu będzie o. Tadeusz Rydzyk”. (…)

Właśnie na taką rzeczywistość – jak sądzę – chciał przygotować Polaków papież Jan Paweł II podczas swojej I pielgrzymki do ojczyzny w roku 1979. Słuchaliśmy go, biliśmy brawa, cytowaliśmy wielokrotnie wypowiedziane wówczas słowa, a potem tak jakbyśmy o nich zapomnieli. Odniosłam takie wrażenie i dlatego wróciłam do tekstów wystąpień i homilii sprzed 40 lat. Czytałam je, analizowałam treści i ze zdumieniem odkrywałam, że słyszę w nich coś innego, a raczej coś więcej niż przed laty.

Z całą pewnością wtedy uważnie śledziliśmy słowa papieża i zachwyceni biliśmy brawo zawsze, ilekroć odkrywaliśmy w nich aluzję do sytuacji Polski zduszonej przez reżim komunistyczny. Łaknęliśmy wolności jak świeżego powietrza i dlatego byliśmy zachwyceni, że nasz Papież jest naszym głosem. Sądzę, że on wtedy widział dużo dalej i głębiej.

Teraz wreszcie może nadszedł czas, aby dojrzeć, że słowa ojca świętego były głosem prorockim kierowanym do rodaków w nadziei, że uchroni ich przed niebezpieczeństwami, które niesie współczesna cywilizacja.

Cały artykuł Katarzyny Purskiej USJK pt. „Jan Paweł II do współczesnych usłyszany po 40 latach” znajduje się na s. 6 i 7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Katarzyny Purskiej USJK pt. „Jan Paweł II do współczesnych usłyszany po 40 latach” na s. 6 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

W upalne lato warto odpocząć od polityki. Skierujmy więc myśl ku wyższym rejonom ducha, ku gastronomii na przykład

Czy Wujek woli bób, czy krewetki? – zapytał mnie ostatnio synek znajomych. To poważne pytanie, świadczące o tym, jak bardzo zglobalizował się świat dzisiejszych dzieci, zasługuje na poważną odpowiedź.

Henryk Krzyżanowski

Obie potrawy są dość kłopotliwe w obsłudze – nie bardzo nadają się do zaserwowania Prezydentowi RP czy Arcybiskupowi Metropolicie z Krakowa, gdyby zaszczycili nas swoją obecnością na kolacji. Bez względu na sposób konsumpcji, wymagają umycia rąk po posiłku. Chyba, że podamy młodziutki bób (ale sezon trwa bardzo krótko), bo ten można jeść ze skórką. Z bobem byłby jeszcze problem językowy – „Dałem bobu arcybiskupowi” brzmi jakoś dziwnie i lokuje nas w kręgach, od których czytelnicy „Kuriera WNET” woleliby trzymać się z dala. Co innego pełne wytworności: „Na kolację podaliśmy krewetki”. Elegancja elegancją, ale bób jest znacznie tańszy, przynajmniej nad Wartą – nad fiordem zapewne nie.

Bób można jeść na surowo, a krewetki, zwłaszcza jeśli przeszły przez kilka chłodni, nie za bardzo. Jako dziecko uważałem gotowanie bobu za dziwactwo dorosłych. Zerwany na grządce, w grubym, włochatym strąku, wymagał rozłupania paznokciem, żeby dobrać się do owocu, który trzeba było obrać ze skórki (znowu paznokieć w akcji, żeby naciąć, choć można też było nadgryźć i wydusić). Ale po wykonaniu tych skomplikowanych czynności – niebo w buzi, słodycz z odrobiną cierpkości na samym końcu. Tak, tak, bób na surowo to było to. Mimo, iż bolały potem paznokcie.

Dodatkowo te bobowe żniwa dawały siedmiolatkowi lekcję ekonomii – świadomość wyboru między, jak mówią libertariańscy ekonomiści, niską preferencją czasową (zaoszczędzić na później i rozkoszować się całą garścią zielonych ziaren wkładanych naraz do ust), a preferencją wysoką (konsumpcja natychmiastowa w trakcie zbioru ziarno po ziarnie). Socjalizm niewątpliwie sprzyjał tej ostatniej, o czym jednak siedmiolatek jeszcze nie wiedział. Wiedział natomiast, że może pojawić się młodszy brat, z którym trzeba będzie podzielić się uskładanym w garści plonem. Dziś przy krewetkach jedyna nauka ekonomiczna dla brzdąca to chyba ta, że pieniądze bierze się z maszyny w ścianie. Nie wiem, czy najwłaściwsza.

Wracając do początkowej alternatywy: bób czy krewetki, widzimy teraz jasno, że wybór jest oczywisty. Tym bardziej, iż za bobem przemawia nie tylko nasze podniebienie – także obywatelska świadomość.

Bowiem bób jest nasz, swojski, prawie populistyczny, kupiony na targu lub w sklepiku za rogiem, a nie w wielkoobszarowym markecie o cudzoziemskiej nazwie.

Zatem, gdyby jakiś znajomy światowiec próbował nas przekonać do wyboru ośmiorni… o, pardon, krewetek, odpowiemy mu bez wahania takim hasłem:

Miast krewetką cieszyć snobów,
Daj im, jeśliś Polak, bobu!

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „O wyższości bobu nad krewetkami” znajduje się na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „O wyższości bobu nad krewetkami” na s. 2 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego